Lalka z Lizbony - Iwona Słabuszewska-Krauze - ebook + książka
NOWOŚĆ

Lalka z Lizbony ebook

Iwona Słabuszewska-Krauze

4,5

31 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Życie może się zmienić w ciągu jednej zaledwie chwili. Otwierasz drzwi i nie wiesz, co cię za nimi spotka…

 

W różnych okolicznościach w Lizbonie znikają trzy osoby. Łączy je to, że ktoś je kocha, ktoś za nimi tęskni, ktoś ich szuka. Inez pewnego dnia budzi się w pustym mieszkaniu. Po narzeczonym, z którym przyjechała do miasta, pozostaje tylko niezapisana kartka. Dziennikarz Carlos zostaje wyprowadzony z domu o czwartej nad ranem i bez słowa pozostawia ciężarną żonę. Młody chłopak Diogo chce uniknąć wysłania do Afryki, ale nie zdąża uciec. Za sprawą Florindy, ekscentrycznej właścicielki kliniki dla lalek, niezwiązane ze sobą historie zapętlają się tak, że jedna nie może istnieć bez drugiej, a czasy współczesne mieszają się z trudną przeszłością okresu dyktatury Salazara i rewolucji goździków.

 

 

Miasto słońca staje się miejscem, w którym rozgrywają się ludzkie dramaty, ale też takim, w którym wszystko jest możliwe.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 399

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0

Popularność




Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66966-37-6

Wszyscy zachwycają się Lizboną — tą skąpaną w blasku słońca.

Ale tylko nieliczni wiedzą, co dzieje się w głębokich cieniach,

które to słońce tworzy.

(Anísio Franco)

PROLOG

W przepastnych szufladach z małymi okienkami leżały części korpusów, ściśnięte jak portugalskie sardynki. Od lewej, w środkowym rzędzie — ręce. Niektóre nienaturalnie większe od pozostałych, inne zbyt małe, by mogły chwycić orzech, czasami oszpecone brakiem kciuka czy innego palca. Jedne bardziej opalone, inne mniej, pomiędzy nimi kilka rąk czarnych jak czekolada. W rzędzie niższym, w szufladkach również z okienkami, lecz nieco większymi, piętrzyły się nogi. Nogi posiniaczone, o kolanach wystających lub okrąglutkich jak u niemowlaka, dłuższe i krótsze, mniej lub bardziej ubrudzone. Nogi w większości przypadków miały stopy, ale nie zawsze. Niektórym nogom stóp brakowało — po prostu piszczele kończyły się i ciach, dalej nic. Takie przypadki leżały osobno. Potem głowy. To było naprawdę coś — każda głowa inna, niektóre całkiem łyse, inne z resztkami włosów zwisających z łysej czaszki jak strąki fasoli, a kolejne, zwłaszcza te nowsze, z bujną czupryną, z pasmami pofalowanych lub podkręconych włosów, sprawiających wrażenie zbyt obfitych, zbyt zdrowych jak na okoliczność leżenia w szufladzie z okienkami. Zwłaszcza że było to leżenie w oderwaniu od reszty korpusu. Włosy wyglądały, jakby ktoś rozczesał je naelektryzowaną szczotką i Florinda myślała czasem, że to one w pierwszej kolejności chciałyby nadal istnieć, być dotykane, związywane, dopieszczane. Jeśli ze wszystkich elementów posegregowanych w szufladach miałaby wybrać jeden, najbardziej ją rozżalający, byłyby to właśnie pukle złocistych włosów. Niezniszczalnych, niezmiennych, po prostu wiecznych.

Na półce niżej zwykle trzymała oczy. Oczy były również na swój sposób szczególne, niektóre tak cenne, że Florinda wkładała je do zakręcanych słoiczków wyłożonych atłasową chusteczką. Słoiczki zaś ustawiała delikatnie, uważając, by ich nie pomieszać, by zawsze oczy brązowe stały w sąsiedztwie brązowych, a niebieskie przy niebieskich i tak dalej. Zaoszczędzała sobie w ten sposób pracy na wypadek pojawienia się konieczności wykonania pilnego zabiegu.

Lubiła to miejsce. Choć owszem, czasami miała wrażenie, że pracuje w kostnicy. Te kończyny w szufladach przy słabym wieczornym oświetleniu wyglądały jak kości — blade, bezkrwiste, statyczne, czekające na godny pochówek. Florinda miewała koszmary, w których szła polem, pustym polem i co jakiś czas potykała się o bezskórne piszczele, dłonie, przedramiona, stopy. Leżały na polu przez nikogo nieuprawianym, opuszczonym i czekały, aż ktoś je pozbiera. Więc schylała się i zbierała, nie myśląc zbyt wiele, bo nawet we śnie pamiętała, że przesada w myśleniu przynosi więcej szkody niż pożytku.

W pomieszczeniu unosił się zapach kleju zmieszany z zapachem rozpuszczalnika. Florinda zwykła używać gorącego kleju, nici i drucików, zresztą użyłaby każdej możliwej i dostępnej metody, byle mieć pewność, że zrobiła wszystko, by dokonać ocalenia — jeśli już się tego podjęła. Miała zestaw cudonarzędzi, których nikomu nie pokazywała. Leżały w przeróżnych szufladkach biurka, zbyt cenne, by je pozostawiać na wierzchu. W końcu był to szpital i należało tu ratować, a nie unicestwiać. Dokonywała więc przeszczepów i operacji na otwartych ranach, przyszywała i scalała, choć niekiedy musiała też rozkroić to i tamto, przypominając sobie cały czas, że robi to dla dobra sprawy.

W tym miejscu wszystko mogło się zmienić. Ci, którzy do niczego już się nie nadawali, odzyskiwali nagle siły i przez kolejne lata zachwycali swoją sprawnością. Ci, którym brakowało jakiejś części ciała, otrzymywali ją podczas jednej zaledwie operacji. Natomiast ci nieszczęśni, którym wydawało się, że są idealni, musieli podzielić się swoją urodą z bardziej potrzebującymi.

Zasadniczo jednak cel był jeden — przywrócić do życia. Czasem podarować zupełnie nowe. Lecz także czasem je odebrać. A wszystko w ciągu jednego zaledwie mgnienia oka.

ROZDZIAŁ 1

Głosie,

wyjdź z ciszy.

Powiedz coś

(Theodore Roethke)

Wszedł po cichu do sypialni, nachylił się i ucałował ją w czoło. Drgnęła i zaraz przekręciła się na plecy.

— Wychodzę na chwilkę — szepnął jej do ucha. Złapała go za rękaw i przytrzymała. Jej brązowe oczy, jeszcze zaspane, ale już przytomne, wyrażały pytanie. — Wszystko w porządku, kochanie, wychodzę na chwilę — powtórzył. — Po papierosy.

Uśmiechnęła się.

Nałożył kapelusz i cicho zamknął za sobą drzwi. Schodził po schodach niemal na palcach. Nie chciał obudzić sąsiadów, było tak wcześnie. Wzdrygnął się na wspomnienie tamtej nocy. Było po dwudziestej drugiej i właśnie wstał od stołu, kiedy nagle poczuł, że coś jest nie tak. Zaraz potem usłyszał huk na dachu, jakby walił się komin, jakby coś ciężkiego spadało ze zwielokrotnionym hałasem. Zrozumiał, że dom drży. W kuchni brzęczały talerze. Lampa się kołysała. Stojąca na brzegu komody szklanka spadła i rozprysła się w drobny mak. Co się działo? Złapał Anę za rękę. „Szybko!” — krzyknął. Usłyszeli dudnienie, jakby coś ciężkiego przetaczało się po ulicy. Cała ziemia drżała. Wpełzli pod stół, ale tu było jak w pułapce. Ana bezgłośnie poruszała ustami i domyślił się, że to modlitwa. Przemknęło mu przez głowę, że zrobił błąd — należało zbiec na dół, z daleka od domów, od kruchych konstrukcji, które mogły zaraz runąć i przygnieść ich swoim ciężarem, pogrzebać ich za życia. Zdawało mu się, że pokój faluje, a z nim wszystkie sprzęty, wszystkie przedmioty. W jego rodzinnym Algarve trzęsienia się zdarzały, ale nigdy nie odczuwał z tego powodu takiego przerażenia jak tu, w Lizbonie. Trwało to wszystko chwilę. Później w telewizji powiedzieli, że wstrząsy o sile ponad sześciu stopni w skali Richtera i z epicentrum w pobliżu Taviry były odczuwalne w całym kraju. Rozpoczęły się o 22.31 i trwały minutę. Dla niego to była cała wieczność, całe epoki.

Kiedy wszystko ucichło, wyszli na ulicę. Zgromadziło się tam wielu ich sąsiadów. To był 15 marca. Od tamtego czasu minął rok, ale niektórzy nadal o tym rozmawiali, wspominali, gdzie kto był. A inni dziękowali Bogu, że nie doszło do takiej tragedii jak wtedy, gdy Lizbona niemal cała została zmieciona z powierzchni ziemi na skutek wstrząsów, ognia i wody1.

On nie chciał myśleć zbyt wiele. Miał inne rzeczy do roboty, inne zobowiązania.

Postawił kołnierz, chroniąc się przed rześkim powietrzem, i wyszedł na ulicę. Uwierały go ukryte w klapie płaszcza kartki. Wydawało mu się, że ważą tonę, że nie może przez nie oddychać. Chciał jak najszybciej się ich pozbyć. Przyspieszył kroku.

Piekarnia wyglądała, jakby była jeszcze zamknięta, ciężkie rolety przysłaniały okna, w środku musiało być całkiem ciemno. Rozejrzał się powoli, nikogo nie spostrzegł, zapewne wszyscy jeszcze spali. Niemal nie podnosząc ręki, zastukał cichutko w szybę, raz i dwa razy. Usłyszał kroki, skrzypnęła zasuwka w drzwiach. Chudy mężczyzna w okularach niemal wciągnął go do środka. Carlos odetchnął.

W chwilę potem był już z powrotem na zewnątrz. W małym kiosku na końcu ulicy kupił trzy paczki papierosów. Sprzedawca ledwo zaczął otwierać, ale nawet się nie zdziwił, że Carlos przychodzi tak wcześnie.

— Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje, co? — zagadnął. — Wschód słońca nad Lizboną to dla mnie codzienność, a widzę, że i dla pana widok nieobcy. — Mrugnął okiem i położył papierosy na ladzie. — Robota dzisiaj goni?

— Dziś wolne. — Carlos uśmiechnął się. Lubił tego człowieka. Zawsze miał dobre słowo dla klienta i odpowiedni towar. Poza tym w jego kiosku panował porządek. Wszystko było perfekcyjnie ułożone. Nie tak jak w innych, gdzie dzisiejsze gazety leżały na stercie razem z wczorajszymi, a papierosy sprzedawca podawał z rzuconego w kąt pudełka.

Podziękował i wrócił pod dom. Wchodził po schodach znów ostrożnie, wolał nie narażać się wścibskim sąsiadom. Stanął przed drzwiami na ostatnim piętrze i zatrzymał się w pół ruchu. Wydawało mu się, że drzwi zamykał na klucz, a jednak teraz były lekko uchylone. Z mieszkania sączył się kojący głos Carlosa Mendesa w eurowizyjnym przeboju Verão. Ana musiała włączyć radio, chociaż spodziewałby się raczej zastać ją jeszcze w łóżku. Zaniepokoiły go te drzwi. Naprawdę zapomniał je zamknąć? W głowie pojawiły się tysiące myśli, jak iskierki ognia rozprzestrzeniły się w umyśle i sprawiły, że zrobiło mu się duszno. Miał złe przeczucia. Ale musiał wejść, przecież tam była Ana. Pchnął lekko klamkę i stanął oko w oko z niskim mężczyzną opierającym się o szafę.

— Bom dia — powitał go ten, lekko się uśmiechając. — Wcześnie wstajesz, mój drogi — dodał. — Radziłbym ci się bardziej wysypiać.

— Co pan tu… gdzie moja żona? — Carlos rzucił zaniepokojone spojrzenie w stronę sypialni. Kołdra była w nieładzie, a łóżko puste. — Gdzie ona jest? — powtórzył zdenerwowany.

— Pańska żona? O tam. — Mężczyzna wskazał uprzejmie na kuchnię. — Spokojnie, nic jej nie dolega — dodał, chcąc poklepać Carlosa po ramieniu, ale ten zrobił szybki unik i ruszył w głąb mieszkania.

Ana siedziała na taborecie, na koszulę nocną zdążyła narzucić jego stary sweter. Jej twarz w pierwszych promieniach słońca, wpadających przez kuchenne okno była śmiertelnie blada, przypominała maskę z papiermâché, sztuczną i nienaturalną. Powietrze drgało, poruszane jej płytkim oddechem, w pokoju pachniało lękiem. Ana wydawała się przerażona niemal tak bardzo jak wtedy, gdy zatrzęsła się ziemia. Działo się coś niedobrego.

— Kim panowie są? — zaczął, bo przecież oprócz tego niskiego był tu jeszcze ten drugi, wysoki, barczysty i owłosiony tak bardzo, że kłęby kręconych włosów wystawały spod kołnierzyka jego białej koszuli, pięły się dalej, na szyję i niemal przechodziły w gęsty zarost na twarzy.

— Jesteśmy z sąsiedztwa, Carlosie. — Ten niższy się uśmiechnął, a kiedy to zrobił, Carlosa zalała fala gorąca. A więc znali jego imię. W sekundę zrozumiał, kim są.

— Czego chcecie? — Starał się, by jego głos był pewny, a ton żądający wyjaśnień, ale zdał sobie sprawę, że z jego gardłem stało się coś dziwnego i słowa wibrują w niebezpieczny sposób. Powietrze nagle zgęstniało. Podszedł do Any, przecież musiał ją chronić, to było najważniejsze. Stanął za żoną, ręce położył na jej ramionach. Wyczuł, że lekko drży.

— Chcemy ciebie, Carlosie — usłyszał.

— Pomyliliście mnie z kimś innym — odpowiedział zbyt szybko.

„Znowu źle” — pomyślał.

— W naszych fachu rzadko dochodzi do pomyłek — odparł tamten. — Powinieneś to wiedzieć.

Na ułamek sekundy Carlos przymknął oczy. Prosił w duchu, by to nie działo się naprawdę. By ci ludzie po prostu wyszli z jego mieszkania, zamknęli za sobą drzwi, zniknęli, rozpłynęli się. Wróciłby do łóżka, położył się obok Any, objął ją ramionami i zapewnił, że nic się nie stało. Była taka krucha, zwłaszcza teraz, odkąd nosiła pod sercem ich dziecko. Zerknął w stronę drugiego pokoju. Mieli z Aną zamiar odmalować w nim ściany i wstawić tam dziecięce łóżeczko, które już teraz dostali od kuzyna. Na razie jednak Carlos trzymał w pokoju swoje papiery i książki. Z tego miejsca nie mógł stwierdzić, czy już tam weszli, czy już tam byli.

— No dobrze — westchnął niższy mężczyzna. Najwyraźniej to on tu dowodził, ten barczysty był pewnie facetem od brudnej roboty. — Zbieramy się. Jeśli chciałbyś coś zabrać ze sobą, masz na to minutę. — A pani Barreto — zwrócił się do Any — już dziękujemy. I przepraszamy za to poranne najście.

Carlos nie poruszył się. Gorączkowo myślał. Przecież musiał zareagować, przekonać ich, że jest niewinny. Nie mogli tak po prostu wtargnąć do jego mieszkania i kazać mu iść ze sobą.

— To pomyłka — powtórzył. Nic innego nie przychodziło mu do głowy, jego głowa była pusta. Zawsze uważał się za odważnego, zawsze sądził, że poradzi sobie nawet w najtrudniejszych sytuacjach, najbardziej ekstremalnych, a teraz proszę, stoi jak kretyn, niezdolny do obrony, niezdolny do wydukania choćby jednego sensownego zdania.

Mężczyźni wymienili znaczące spojrzenia. Ten wysoki i włochaty zaraz znalazł się przy Carlosie. Chwycił go za nadgarstki i boleśnie wykręcił dłonie. Carlos syknął i zobaczył, jak drugi mężczyzna wymownie odsłania poły marynarki i pokazuje mu broń. Zrozumiał. Ruszyli do drzwi. Odwrócił się jeszcze do Any, jej oczy się szkliły. Ten obraz wbił mu się w pamięć — kuchnia zalana słońcem, w cieple którego tak lubili pić poranną kawę, i Ana nieruchomo siedząca przy stole, zrozpaczona i piękna jednocześnie. Tak bardzo chciał ją przeprosić.

Zaraz potem wpakowali go do samochodu i ruszyli z głośnym warkotem. Ulica nadal spała, nikt nic nie zauważył. Carlos pomyślał, jakie to proste — zabrać człowieka z domu tak, żeby nikt nie powiedział nawet słowa.

Skręcili w dół, w wąskie uliczki starej dzielnicy i jechali dobrą chwilę. Zaparkowali niemal pod katedrą Sé, na wprost smutnego, białego budynku. Właśnie zakwitły tam bugenwille.

ROZDZIAŁ 2

Skwer na Graça, powstały pomiędzy rozgałęzieniem dwóch uliczek, zalany był słońcem, ale okalające go kamienice zaczynały rzucać już popołudniowy cień. Minęliśmy drzwi z pokaźnych rozmiarów tabliczką informującą, że tutaj znajduje się Clínica Dentária, i z ulgą stwierdziliśmy, że wystawione na zewnątrz stoliki nie należą do niej, tylko do umiejscowionej obok kawiarni. Pastelaria wyglądała jak większość w Portugalii — niepozorna witryna z rozciągniętą markizą i widocznym logo kawy — tu akurat była to Sical — trochę miejsca na zewnątrz i wewnątrz oraz niespiesznie obsługujący mężczyzna w bliżej nieokreślonym wieku. Z pewnością podawali tu kawę, jak mówią — najbardziej niezbędnego diabła ze wszystkich. Zamówiliśmy po małej cafezinho. Byłam zmęczona. Chodziliśmy po mieście od rana, błądząc w labiryntach starej Lizbony i szukając jej nieopowiedzianych historii aż do teraz, kiedy wybiła piąta i naprawdę padaliśmy z nóg. Wiktor zaraz wdał się w rozmowę z młodą Portugalką siedzącą przy stoliku obok. Odpalała jednego papierosa od drugiego, chcąc chyba odstraszyć natarczywe muchy krążące nad naszymi stolikami, ale im wcale nie przeszkadzały opary dymu wydobywające się z ust dziewczyny. Miała długie włosy i piękne oczy ocienione gęstymi rzęsami, spod których zerkała na Wiktora. Uśmiechnęłam się do niej niemal przepraszająco. Tak, byłam ze wspaniałym mężczyzną u boku, wiedziałam o tym. Tak jak i wiedziałam, że jej spojrzenia będą odbijały się od niego jak nieudolnie rzucane piłeczki pingpongowe.

Kiedyś bywałam o Wiktora zazdrosna. Jest facetem, który przyciąga uwagę kobiet, ledwo się uśmiechnie lub odezwie, jakby każdy jego drobny gest był zaproszeniem do bliższego poznania. Moje koleżanki, które uwielbiają z nim rozmawiać, twierdzą, że to kwestia posiadania pierwiastka kobiecej duszy. Wiktor go posiada, dlatego tak dobrze je rozumie, a czego kobieta pragnie bardziej niż zrozumienia? Ale moim zdaniem chodzi o coś innego. Moim zdaniem Wiktor ma w sobie coś nieuchwytnego, czego nawet ja do tej pory nie potrafię nazwać. Tego nie widać, ale to się podskórnie czuje — że z takim facetem przeżyje się coś pięknego.

Spróbowałam kawy, była gęsta i słodka jak cukierek. Taką lubiłam najbardziej. Za dwa dni mieliśmy przenieść się na południowe wybrzeże Portugalii, zostawiając miasto za sobą. Myślałam o tym, co powiedział nam dzisiaj rano antykwariusz, u którego kupowaliśmy starą mapę Lizbony. Że Portugalia to Lizbona, a reszta to wieś i zagon kapusty. Nawet jeśli tak było, to nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć ciągnące się po horyzont gaje oliwne, rozrzucone po pagórkowatym terenie lasy piniowe i pachnące wysuszoną trawą alentejańskie przestrzenie z niewielkimi skupiskami starych, białych domów tu i tam.

Ten wyjazd to były nasze powtórzone wakacje, moje i Wiktora. Prawdopodobnie ostatnie przed ślubem, który zaplanowaliśmy na przyszły rok. Mieliśmy spędzić je tylko we dwoje, ale w ostatniej chwili zabraliśmy Zo. Była moją przyjaciółką, teraz już naszą. Znałyśmy się od dawna, to ona pierwsza pojawiła się w moim życiu, nie Wiktor. Kiedyś pojechałyśmy razem do Barcelony, spałyśmy pod gołym niebem, przepędzane przez strażników z jednego parku do drugiego, aż nad ranem jakiś hotelowy boy ulitował się i pozwolił nam umyć zęby w pięciogwiazdkowej łazience. Potem poszłyśmy do pierwszej otwartej kawiarni przy Ramblach, po nieprzespanej nocy zwykła kawa smakowała jak napój bogów. Jeszcze tego samego dnia dojechałyśmy autostopem na nasz studencki obóz w Andaluzji. Zakochałyśmy się w tym samym facecie, ciemnowłosym Hiszpanie, a kiedy nie wybrał żadnej z nas, wzajemnie ocierałyśmy sobie łzy. To była tego rodzaju przyjaźń, jaka przydarza się raz czy dwa razy w życiu, nie więcej. Bezinteresowna. Przez te wszystkie lata widywałyśmy się częściej lub rzadziej, ale nie miało to wpływu na jakość naszej relacji, na rodzaj zaufania, jakim się obdarzałyśmy, na poczucie absolutnego pokrewieństwa. Różniłyśmy się w tak wielu rzeczach i miałyśmy różne doświadczenia, a mimo to czułyśmy się ze sobą jak siostry. To było cenne.

Wszędobylskie gołębie załopotały skrzydłami obok moich stóp, wydziobując spomiędzy szpar w chodniku okruchy mojego palmiera.

— Jestem głodna. — Zo szturchnęła mnie łokciem. Zo ciągle była głodna. Nie wiem, jak ona to robiła, ale jadła jak facet, a nadal wyglądała jak baletnica. — Tutaj nie zjemy nic oprócz słodkości — jęknęła. — Chodźmy, bo zaraz połknę ten porcelanowy talerzyk.

Miała rację. Witryna kawiarni obstawiona była tacami z najróżniejszych kształtów ciastkami, a w głębi widać było rzędy słonych przekąsek, ale nie należało liczyć na obszerniejsze menu. Spojrzałam na Wiktora. Nadal rozmawiał z piękną Portugalką i kończył dopijać kolejną kawę. Gdybym poznała go tutaj, przy tym stoliku, prawdopodobnie zainteresowałabym się nim po raz drugi. Przecież właśnie tak wszystko się zaczęło — przy kawie i croissancie. Byłam na służbowym wyjeździe, stałam z talerzem w dłoni, zastanawiając się, co wybrać ze szwedzkiego stołu, kiedy on odezwał się za moimi plecami: „polecam croissanty”. Tylko tyle: „polecam croissanty”. Prawie czułam jego słowa na swojej skórze. Usiadłam obok niego, tak jak teraz siedzi ta dziewczyna i przegadałam cały poranek. Wystarczyło tak niewiele, żeby przestawić moje życie na inny tor, tylko tyle — dwa słowa.

— Idziemy? — rzuciłam teraz w stronę Wiktora. Dziewczyna skrzywiła się, wyraźnie jej to nie pasowało, ale i tak była na straconej pozycji. Wiktor uprzejmie się pożegnał i ruszyliśmy dalej.

Ten wieczór mieliśmy spędzić wyjątkowo. Planowałam z Zo niby przypadkiem trafić do naszej ulubionej tasca na skraju dzielnicy Bairro Alto, miałyśmy tam już zarezerwowany stolik. Dzisiaj były urodziny Wiktora. Być może o tym zapomniał, nigdy nie miał głowy do dat, nigdy nie pamiętał o rocznicach, świętach i składaniu życzeń, to ja zawsze nad tym panowałam. Miałyśmy więc z Zo nadzieję, że urodzinowy wieczór będzie dla niego niespodzianką.

Potem długo siedzieliśmy przy butelce wina i grillowanych krewetkach, najlepszych, jakie w życiu jadłam. Na deser zamówiłyśmy duży kawałek czekoladowego bolo2, w który włożyłyśmy symboliczną świeczkę. Wiktor dał się zaskoczyć, wiedziałam, że sprawiłyśmy mu przyjemność. W końcu nieczęsto spędza się urodziny w lizbońskiej tasca, słuchając fado zaśpiewanego specjalnie dla solenizanta.

Wróciliśmy po północy, a mnie niespodziewanie rozbolała głowa. Być może wypiłam za dużo wina, a może zmęczenie dopiero teraz dawało o sobie znać. Położyłam się do łóżka, Zo przyniosła mi szklankę wody. Kiedy wyszła, Wiktor zamknął za nią drzwi i położył się obok mnie.

— Dziękuję — powiedział, przyciągając mnie do siebie i dopasowując położenie swego ciała do mojego, akuratnie i przylegająco jak foremka. Jakby chciał mnie zapamiętać. — To było miłe z waszej strony.

Wtuliłam głowę w zagłębienie przy jego obojczyku i przysunęłam nos do jego szyi. Lubiłam zapach Wiktora. Czasami wzbudzał we mnie poczucie bezpieczeństwa, a czasami rozbudzał zmysły. Teraz jednak oczy same mi się zamykały, nie miałam siły wypowiedzieć słowa. Dłoń Wiktora gładziła moje włosy i było to tak kojące, że zaczęłam natychmiast odpływać.

— Zasypiasz? — spytał szeptem.

— Mhm — mruknęłam niechętnie. Było mi tak dobrze, mogłabym przeleżeć w ten sposób całe życie. Pierś Wiktora unosiła się i opadała, słychać było miarowe bicie jego serca. Czasami w takich momentach zaczynał mruczeć, a ja po prostu zasypiałam. Podobno kocha się kogoś nie za coś ani nie mimo wszystko, ale dlatego, że nie można inaczej. Czułam właśnie coś takiego: kochałam Wiktora, ponieważ nie potrafiłabym go nie kochać.

— O której chcesz jutro wstać? — pocałował mnie delikatnie w ucho.

— Wybudzasz mnie, żeby zapytać, o której chcę jutro wstać? — wymamrotałam.

— Nie, przepraszam, śpij już. — Wycofał się szybko.

— Wstanę, kiedy ty wstaniesz, dobrze? — obiecałam i zasnęłam na dobre.

Boże, jak ja tego potem żałowałam.

ROZDZIAŁ 3

Obudziłam się z uczuciem, jakby ktoś trzymał mnie za rękę. Mogłabym przysiąc, że czułam przed chwilą czyjś uścisk, czyjeś ciepło, czyjś dotyk. To był ten rodzaj pewności, za który dałabym sobie głowę uciąć. Musiałam mieć jakiś sen, a to była jego pozostałość — na wpół realne i gotowe zniknąć w każdej chwili wrażenie. Przymknęłam oczy, chciałam je zatrzymać, złapać jeszcze tę nić, pozwolić trzymać się za rękę. To było dziwaczne uczucie, pożądane, lecz trochę straszne zarazem. Nie wiedziałam, kto mnie trzymał i dlaczego, ale pamiętałam twarz. Spojrzenie jasnych oczu, patrzących prosto na mnie. Pragnęłam z całych sił przypomnieć sobie więcej szczegółów, więcej wrażeń, więcej danych, ale to było wszystko — tylko twarz i uścisk dłoni. Reszta snu rozpłynęła się w blasku słońca odbijającego się od białych ścian, w rodzących się powoli myślach. Czyjaś twarz z jasnymi oczami. Widziałam ją już wcześniej, śniła mi się, choć nigdy tak wyraźnie jak dzisiaj. Nie miała imienia i nie wiedziałam, do kogo należy. Myślę jednak, że gdybym zobaczyła tę twarz na ulicy, rozpoznałabym ją.

Sięgnęłam ręką na poduszkę obok, tam, gdzie położył się wczoraj Wiktor. Chciałam opowiedzieć mu o tym dziwnym odczuciu. Przekręciłam się. Wiktora nie było, poduszka wgłębiona jeszcze po ciężarze jego ciała, pamiętała jego ruchy. Pewnie poszedł pobiegać. Albo parzy mi poranną kawę. Czasem tak robił. Zamykał się w kuchni, a potem podawał mi na tacy śniadanie, pozwalając, bym poczuła się jak królewna. Zawsze lubił gotować, przyrządzać coraz to nowe dania, bawić się tym. Kiedy tylko miał trochę czasu, otwierał butelkę wina, zakładał fartuch kucharski i dawał ponieść się żywiołowi. Byłam mu za to wdzięczna, bo ja nie znosiłam pichcenia. Dla mnie było ono monotonną koniecznością, zajęciem wyzutym z przyjemności. Wiktor przemieniał je w twórczy proces, którego efekt końcowy zachwycał i rzucał na kolana, bez względu na to, kto próbował przygotowanych przez niego przysmaków — ja, nasi znajomi czy ktoś z rodziny. „Taki facet to skarb” — powtarzała moja mama, a przyjaciele już wpraszali się na kolejny obiad.

Przymknęłam ponownie oczy, a kiedy znów je otworzyłam, było już po dziewiątej. Musiałam przysnąć. Ziewnęłam i usiadłam, nasłuchując odgłosów dnia. W naszym wynajętym apartamencie panowała cisza. Nie było śniadania do łóżka, drzwi do sypialni pozostawały zamknięte. Wstałam i otworzyłam je, przeszłam do salonu. Panował w nim nieskazitelny porządek, który wzbudził we mnie uczucie niepokoju. Coś było nie tak. Ani jednego talerza zostawionego na stole, ani jednego okruszka na dywanie, jedynie papier ozdobny, w który zapakowałyśmy z Zo urodzinowy prezent Wiktora, leżał podarty pod stołem. Pchnęłam drzwi do drugiej sypialni. Tutaj też było pusto. Przepuszczone przez firanki światło padało na środek pokoju, z ulicy dochodziły ciche dźwięki miasta. Stukot kół jadącego na dole tramwaju wyrwał mnie z otępienia. Mieszkanie wyglądało tak, jakby nikogo oprócz mnie w nim nigdy nie było. Jeśli Wiktor i Zo wyszli gdzieś razem, dlaczego mnie nie obudzili? Przysiadłam na krawędzi kanapy. Niemożliwe, żeby wybrali się gdziekolwiek beze mnie. Zo zwykle spała dłużej niż ja, była typem sowy, markowała w nocy, odsypiała w dzień. Nie wiem, jaka diabelska siła mogłaby ściągnąć ją z łóżka o tak wczesnej porze. Na stole stał dzbanek z zaparzoną herbatą. Dotknęłam go, był jeszcze ciepły. W zlewie tkwiły dwa brudne kubki. Przeszłam dalej, do przedpokoju. Na wieszaku wisiał mój płaszcz, ale nie było kurtki Wiktora ani skórzanej baskijki Zo. Nie było też ich butów ani podręcznego plecaka Wiktora. Naprawdę musieli gdzieś wyjść. Nie obudzili mnie, a przecież miałam wstać wtedy, kiedy wstanie Wiktor. Tak mu obiecałam. Miałam nadzieję, że zaraz wyjaśni się ta zagadka, usłyszę zgrzyt kluczy w zamku i w progu stanie Wiktor w swoich butach do biegania albo Zo ze świeżymi bułeczkami w torbie. Spojrzałam w kierunku szafy. Chwyciłam gałkę i pociągnęłam ją, stare zawiasy cicho pisnęły i moja ręka zawisła w powietrzu.

Na półce była tylko jedna walizka. Moja.

ROZDZIAŁ 4

Czekałam. Minęły trzy godziny, odkąd Wiktor i Zo zniknęli. Próbowałam przypomnieć sobie krok po kroku cały wczorajszy wieczór w poszukiwaniu jakiegoś znaku lub wskazówki, która podpowiedziałaby mi, dokąd mogli beze mnie pójść. Może rozmawialiśmy o czymś, co teraz mi umknęło, może na coś się umawialiśmy, a ja po dużej ilości wina i z bólem głowy tego nie zarejestrowałam? Może gdzieś na mnie czekają, może miałam do nich przyjść, gdy się wyśpię, gdy mi się polepszy? A może to była kontynuacja wczorajszej urodzinowej zabawy… jakiś żart, głupi dowcip… tylko na czym miałby on polegać?

Nic nie przychodziło mi do głowy, żaden szczegół nie wydawał się dostatecznie ważny, żaden moment dostatecznie wyjaśniający.

Jutro rano musiałam oddać klucze do mieszkania. Nasz wynajem się kończył, mieliśmy ruszyć przecież na południe. Zastanawiałam się, co zrobię, jeśli Wiktor i Zo nie pojawią się do tego czasu, jeśli nie powrócą. Czy powinnam pójść wtedy na policję? Zgłosić zaginięcie dwóch osób? Czy możliwe, że stało im się coś złego? Wyjrzałam przez okno od kuchni — do ziemi było blisko, mogłabym łatwo zeskoczyć, nic by mi się nie stało. Równie dobrze ktoś mógłby wspiąć się w drugą stronę: z ulicy do środka. To była stara kamienica, pierwsze piętro tak naprawdę było półpiętrem, okna umieszczono nisko nad chodnikiem. Wystarczyło stanąć na kwietniku, sięgnąć naszego parapetu i się podciągnąć. Dla kogoś sprytnego to żaden kłopot. Czy możliwe, żeby ktoś wszedł tutaj w nocy, rozpylił gaz… nie, nie, nie powinnam myśleć w ten sposób. Ja też tutaj byłam, dlaczego mnie miałby ktoś oszczędzić, a Wiktorowi i Zo zrobić krzywdę. Poza tym Wiktor i Zo zabrali swoje rzeczy. Gdyby coś im się przytrafiło, ich walizki nadal by tutaj stały.

Otworzyłam lodówkę. Leżały w niej tylko jajko, pomidor i garść oliwek zakupionych wczoraj na targu przy Cais do Sodré. Chciałam kilka zjeść, ale mój żołądek zacisnął się w pięść, nie byłam w stanie nic przełknąć. Sięgnęłam po telefon i po raz kolejny wybrałam numer Wiktora. Czekałam, aż odbierze, aż przerywany sygnał zmieni się w nosowe „halo” mojego narzeczonego, aż usłyszę jego głos pełen ulgi „nareszcie, Inez!”, ale nic takiego się nie stało. Zo również nie odbierała. Po prostu zapadli się pod ziemię.

Ubrałam się, nie wypuszczając telefonu z rąk, na wypadek gdyby jednak zawibrował. Czułam się w tym mieszkaniu nieswojo. Było przestronne i jasne, a jednak już mi się nie podobało. Nie mogłam pozbyć się przekonania, że wydarzyło się tu coś złego. Że ktoś tu był, kiedy ja spałam, bezbronna i nieświadoma. To tak jakby za moimi plecami czaiło się śmiertelne niebezpieczeństwo, a ja nadal opalałabym się na leżaku. Głupio i bezmyślnie, ryzykując życie.

Poczułam chłodny powiew wiatru za plecami i mimowolnie zadrżałam. Firanki poruszyły się i na moment wybrzuszyły. Podeszłam do okna, niebo w ciągu kilku chwil zdążyło zaciągnąć się szarymi chmurami, które nadpływały z jednego kierunku, przegrupowywały się, aż wreszcie szczelnie zakryły błękit, obecny jeszcze parę minut temu na niebie. Zbierało się na porządny deszcz. Zamknęłam wszystkie okna i przymknęłam wewnętrzne okiennice. Po mieszkaniu rozlała się cisza, która natychmiast zakłuła mnie w uszy. Zniknęło ciepłe południowe światło, przedmioty nabrały nagle wyrazistości. Dopiero teraz zauważyłam leżącą na stole pomiętą kartkę i zostawiony na niej długopis. Podeszłam szybko i podniosłam ją. Nie widniała na niej jednak ani jedna litera, ani jedna kropka. Tak jakby ktoś zamierzał coś napisać, ale nie zdążył lub się rozmyślił.

Grube krople załomotały o parapet i zaraz potem deszcz z całą siłą uderzył w ulicę. Tutaj, za zamkniętymi oknami, słuchać było jednak tylko jednostajny szum. Nie wiem, ile to trwało, ile czasu siedziałam w bezruchu, trzymając w dłoni pustą kartkę. Wydawało mi się, że czas przestał płynąć, zawiesił się, nie przynosił żadnych odpowiedzi.

Nie potrafiłam zostać dłużej w mieszkaniu. Kiedy szum za oknem ucichł, wyszłam na ulicę. Na zewnątrz już nie padało. Powietrze pachniało mokrą gliną i przyjemnie chłodziło, ale ulica była śliska i należało ostrożnie stawiać kroki na nierównym lizbońskim bruku. W powietrzu wszystko było widać jak przez mgłę, jak przez zaparowane lustro. Ludzie gdzieś zniknęli, cały ten tłum przemieszczający się niedawno w kierunku Alfamy i z powrotem musiał gdzieś się schronić przed ulewą. Tylko jakiś ptak pojawił się na niebie, zrobił kółko nad moją głową i — nie poruszając skrzydłami — poszybował dalej. Nie podobało mi się to. Chwyciłam kamyk i rzuciłam go pod nogi. Nic, cisza. Czy ja z rozpaczy ogłuchłam? Usiadłam na ławce i zamknęłam oczy. Na całej ulicy słychać było tylko bicie mojego serca. Musiałam się uspokoić, wziąć kilka głębszych oddechów, policzyć do dziesięciu. Zacisnęłam pięści i wbiłam paznokcie w skórę. Tak, przynajmniej to było realne. Ból. Wszystko inne wydawało się złym snem, ale miałam nadzieję, że zaraz się on skończy i będzie jak dawniej, jak wcześniej. Znów powiał wiatr i poczułam na twarzy kilka zimnych kropel, które skapnęły gdzieś z góry. Musiałam siedzieć tak dobrych kilka minut, bo kiedy otworzyłam oczy, ulica była już inna. Teraz szli po niej ludzie, niektórzy pojedynczo, inni zbici w grupki, środkiem drogi jechał rozpędzony tuk-tuk. Po mgle ani śladu, kamienice nabrały kolorów, słońce zaczynało przebłyskiwać zza chmur.

Ruszyłam w stronę najbliższego sklepiku. Był tak mały, że zza sterty zgrzewek z wodą mineralną, ustawionych jedna na drugiej, prawie nie było widać sprzedającego. To było jedno z tych miejsc, w których można kupić wszystkie „przydasie” — od świeżych owoców po waciki do demakijażu, od papierosów po podręczny zestaw śrubokrętów i kiczowatych magnesów na lodówkę. Sprzedawca, starszy Azjata, siedział za ladą otoczony towarami i czytał gazetę. Podsunęłam mu pod nos komórkę ze zdjęciem Wiktora i zapytałam, czy widział tego mężczyznę. Podniósł głowę znad lektury i przyjrzał się zdjęciu. Przeniósł wzrok na mnie i patrzył przez chwilę, jakby sobie coś przypominał. Prosiłam w duchu, żeby potrafił mi pomóc.

— Tak — oświadczył wreszcie. — Widziałem.

— Naprawdę? Naprawdę go pan widział? — ucieszyłam się. Nareszcie jakiś ślad.

— Oczywiście. — Sprzedawca skinął głową zadowolony, że okazał się przydatny.

— Kiedy?

— Kiedy… — wymamrotał, szperając w pamięci. — Nie dalej jak wczoraj.

— Ach, wczoraj. — Spuściłam wzrok. Wczoraj jeszcze wszystko było normalne, wczoraj wszystko było piękne. — Był sam?

— Nie. — Spojrzał na mnie jakoś dziwnie. — Był razem z panią.

Uniosłam brwi, gorączkowo szukając jakiegoś wspomnienia z mojej rzekomej wczorajszej wizyty w tym miejscu. Byłam pewna, że jestem tu po raz pierwszy. Nie mogłam sobie przypomnieć, żebym kiedykolwiek wcześniej odwiedziła ten mały kantorek z towarami, a tym bardziej, żebym widziała wcześniej tego starszego Azjatę. Ale skoro on mnie widział, to ja musiałam widzieć jego, prawda?

Wyszłam na zewnątrz z dziwnym uczuciem dezorientacji. Wciągnęłam mocno powietrze, które teraz niosło zapach słodkich kwiatów i ruszyłam w drogę. Chciałam przejść całą ulicę, na której mieszkaliśmy, całą długą Rua wzdłuż i wszerz, zaglądając do wszystkich bocznych uliczek i zakamarków. Przez kolejne godziny wchodziłam do sklepów i sklepików, zajrzałam do rzeźnika, który chciał mnie częstować szynką, i do golibrody, u którego musiałam przekrzyczeć głośne radio, weszłam do kawiarni pełnej turystek w ciemnych hidżabach i baru, w którym starsi panowie nie chcieli ze mną rozmawiać, ponieważ w telewizji grał Sporting CP. Pytałam przechodniów: „Przepraszam, widziała pani może tego chłopaka?”, podsuwając żwawej kobiecinie pod nos zdjęcie Wiktora, „Przepraszam, pan może widział? Przepraszam, a pan? Przepraszam, przepraszam…”.

Wieczorem padłam na łóżko. Nienaturalnie jasne światło księżyca wdzierało się do pokoju, sprawiając, że wszystkie przedmioty i meble wyglądały jak rekwizyty na scenie — jak nierealne, smutne rekwizyty, których nikt nie chciał już używać. Ta poduszka, na której leżał Wiktor, ten fotel, w którym sprawdzałam rozkład pociągów jadących na południe, to krzesło, na którym Zo jadła śniadanie… Czy naprawdę jeszcze wczoraj byliśmy tutaj wszyscy razem, we trójkę? A może mi się to śniło? Światło księżyca powoli przesuwało się na kolejne przedmioty, uwydatniając ich absurdalność, a ja powtarzałam jak mantrę w myślach: to tylko księżyc, to tylko księżyc, nic więcej.

ROZDZIAŁ 5

Uderzyła go ta cisza. Z pewnością znajdowało się tu wiele osób, ale i tak w budynku panowała złowroga cisza. Carlos wchodził po wyślizganych marmurowych schodach. Już teraz był zmęczony, jakby przeczuwał, że to nie skończy się dobrze. Przypominał sobie wszystkie słowa, które padły między nim a Roberto, między Roberto a Nuno. Zawsze starali się być ostrożni, zachowywali się naprawdę uważnie, zwłaszcza w rozmowach telefonicznych. Nie był nigdy w parku Monsanto, nie przekroczył progu Palácio de Fronteira, a markiza Dom Fernando Mascarenhas znał tylko ze słyszenia. A mimo to był teraz prowadzony po białych marmurowych schodach, eskortowany przez dwóch niemiłych facetów i nie miał pojęcia, co się z nim dalej stanie. Pomyślał o Anie. O tym, jak siedziała przy stole i co mogła teraz robić, czy pobiegła do swojej matki, czy raczej położyła się na chwilę, chcąc przetrwać ten dzień, po prostu udając, że nic złego się nie wydarzyło.

Doszedł do końca korytarza, były tam białe drzwi. Jeden z mężczyzn otworzył je i Carlos wszedł do środka. W pokoju stało tylko biurko z maszyną do pisania i krzesło. Carlos spostrzegł też, że pod oknem zamontowany był kaloryfer. Zdziwiło go to — po co komu kaloryfer w pustym pokoju, kto miałby się przy nim grzać, komu miałby służyć w takim miejscu jak to. A potem przypomniał sobie, co mówili inni — że kaloryferami można kogoś porządnie ogrzać, jeśli na przykład ten ktoś nie chce mówić. Można go tak rozpalić, że w końcu nabierze chęci. Podobno nietrudno jest pokonać kogoś za pomocą tak banalnej i pozornie niegroźnej rzeczy, jaką jest kaloryfer.

Czekał kolejne, długie minuty. Zza zakratowanego okna dobiegały go drażniące odgłosy jadącego tramwaju, nasilający się szum miasta.

Pojawił się mężczyzna.

— Matias Furtado — przedstawił się.

Carlos nie zamierzał mu odpowiedzieć. Jego ręce pozostały luźno zwieszone wzdłuż ciała, usta zaciśnięte w wąski paseczek. Mężczyzna uśmiechnął się, znał tę reakcję, widział ją pewnie tysiąc razy. Poprosił Carlosa o opróżnienie kieszeni, wyjęcie portfela, kazał wysypać wszystko na biurko. Potem ktoś przyniósł ubranie. Luźna koszula i spodnie. Naprawdę miał się w to przebrać? Mężczyzna go ponaglił. Tak zostawia się normalne życie za sobą — pomyślał Carlos — marynarka, koszula, nawet skarpetki…

Ubranie, które dostał, było dla niego za duże. Sięgnął po swój pasek — więzienne spodnie zsuwały mu się z bioder, ale Matias Furtado powstrzymał go ruchem ręki.

— Nie wolno — ostrzegł.

Przeszli do kolejnego pomieszczenia, Carlos cały czas przytrzymywał zbyt luźne spodnie. Stanął pod ścianą, miał patrzeć przed siebie, nie mrugać oczami. Kilka razy błysnął flesz, zrobiono mu trzy zdjęcia — z przodu, z prawego i lewego profilu. Chociaż nie podawał swego imienia, Matias Furtado zapisał je na białej kartce i włożył do teczki leżącej na biurku. Potem pobrał od niego odciski palców.

Wyszli na korytarz i wspięli się piętro wyżej. Przeraźliwie jasne słońce wpadało przez zakratowane okna, ale na korytarzu panował chłód, a może to Carlosowi zrobiło się nagle zimno. Matias Furtado zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami. Był ich cały rząd, jedne przy drugich, zrobione z ledwo oheblowanych desek, kiedyś pewnie pomalowanych na biało, ale teraz zszarzałych i brudnych. Carlos domyślił się, że to cele. Siedzący w kącie korytarza strażnik wyglądał, jakby sam odsiadywał tu dożywocie. Był wysoki i chudy, a jego twarz od dawna nie widziała słońca. Podniósł się i bez słowa do nich podszedł. Odpiął od pasa pęk kluczy, otworzył najbliższą celę, Carlos wszedł do środka.

— Do zobaczenia — rzucił Carlosowi Matias Furtado, ale ten znów nie odpowiedział.

Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Carlos poczuł lepki zapach potu. W maleńkim pomieszczeniu było duszno i ciemno. Kiedy usiadł na pryczy, jego kolana dotknęły zimnego muru. Gdy rozpostarł ramiona, dotykał dwóch przeciwległych ścian. To była jedna z czternastu „pens” — celi o szerokości otwartej trumny, zresztą dokładnie tak Carlos się tutaj poczuł — jakby za życia włożono go do trumny. Światło i powietrze mogły wpadać tu przez zaledwie dziesięciocentymetrowej szerokości zakratowane okienko, teraz i tak zamknięte. Dwie pary drzwi izolowały go od zewnętrznego świata. Sufit był wysoko nad głową. Carlos zerknął na krawędź pryczy — czarny robak wchodził właśnie pod cienki materac. Pewnie pluskwa — pomyślał z obrzydzeniem i odsunął się trochę, lecz nie mógł się przemóc, by go zgnieść.

Przewijał w głowie obrazy, w tył i w przód, i od nowa, próbując znaleźć jakiś błąd, potknięcie, odgadnąć, na czym polegało i w którym momencie je popełnił. Był przecież taki ostrożny. Nie paplał na prawo i lewo. Uważał, co pisze i z kim się spotyka. W gazecie od dawna zajmował się niszowymi sprawami, a Eduardo zwykle go chwalił za dyskrecję. Nie dostał żadnego ostrzeżenia, żadnego sygnału, że coś idzie nie tak. Gdyby tylko wiedział, czym ci faceci dysponują, jakie mają dowody… Gdyby miał przypuszczenia, dlaczego tu się znalazł, komu albo czemu to zawdzięcza, czułby się pewniej. Chociaż — czy w końcowym rozrachunku miało to jakiekolwiek znaczenie? Był tutaj i musiał przetrwać.

ROZDZIAŁ 6

Florinda przerwała pracę nad pacjentką. Odłożyła ją na bok, teraz klej na głowie lalki musiał odczekać swoje. Wyszła na próg i patrzyła ze smutkiem, jak z lokalu w kamienicy obok wynoszone są kolejne ramy od obrazów. Niesamowite, ile Duarte nazbierał tego przez lata. Większość niemiłosiernie zakurzona, ale kilka wyglądało, jakby wyszły dopiero co spod Duartowego dłuta. Duże i małe, solidne i leciutkie jak piórko, dębowe, sosnowe i z drewna madery, rzeźbione i zupełnie proste. Jakieś stare deski, przycięte dawno temu, ale nigdy niewykorzystane, pojechały już wcześniej na rozpałkę do wiejskiego domu. Siostrzeniec Duarte wynosił je partiami do małej furgonetki, którą z braku miejsca zaparkował niemal pod drzwiami lokalu Florindy. Naprawdę, smutne to było. Duarte od trzech miesięcy wyprzedawał wszystko, co miał. Za pół, za ćwierć ceny, ale i tak niewielu zaglądało do ciemnego warsztatu na końcu małej uliczki. Starzy klienci, zaprzyjaźnieni z Duarte przez dekady, składali ostatnie zamówienia — niektóre całkiem zbyteczne, jak chociażby wymiana ramy na nową w lustrze o wymiarach dwa metry na dwa, przytarganym przez Mafaldę i Afonsa. Rama była w całkiem dobrym stanie, może farba trochę odprysła, ale młodzi uparli się, że już nigdzie nie znajdą tak dobrego fachowca jak Duarte. „I co, nie mieli może racji?”, myślała Florinda.

Pamięta, jakby to było wczoraj… Gdy przejmowała szpital po senhor Gustavo — jakby to było takie oczywiste, że niczym innym w życiu nie będzie się zajmować — w każdym razie wtedy, gdy Florinda dopiero zaczynała — Duarte już tu był. Starszy od niej o kilka lat, chociaż tego nie widać, bo prosto się trzyma. Starszy, ale chyba nie mądrzejszy, skoro tak łatwo dał się wyprosić z lokalu zajmowanego przez jego rodzinę niemal od zarania dziejów tej ulicy, a na pewno od roku 1902. Walczyć trzeba było — myślała Florinda — pisma wysyłać, protestować, a nie takim ofermą być. Przecież Duarte całe życie spędził w tym swoim warsztacie, przychodził nawet wtedy, gdy nie było nic do roboty, otwierał okna, wietrzył, w drzwiach postał, zamiótł podłogę. A po co przychodził, lepiej zostałby w domu, na skwerze w cieniu posiedział, skoro teraz tak łatwo dał się wywieść w pole. Eh, spotkają się w sobotę, to Florinda mu powie, co myśli na ten temat. O tak, powie mu, że kawał bałwana jest, bo mógł chociaż sąsiadów skrzyknąć, mógł do urzędu pójść, choćby spróbować. Przecież w tym mieście nigdy tak się nie robiło, nigdy nie wyrzucało się ludzi na bruk, dlaczego on miałby być pierwszy?

Dawno nie była niczym tak zbulwersowana. Wiele zmian zachodziło dookoła. W Palácio Chiado było teraz sześć restauracji. Sześć! I luksusowe pokoje do wynajęcia. Kiedy poszła tam po remoncie, nie mogła uwierzyć, jak to miejsce się odmieniło. A szkoła przy Santa Catarina? Przecież tam nawet okien nie było, ruina, a teraz leżaczki na trawce, kawiarenka. To miasto nigdy nie było tak oblegane, no może w czasie wojny, kiedy pojawili się tutaj ci wszyscy szukający ratunku, wtedy może tak. Ale dzisiaj? Nawet jeśli zmiany zachodziły w mieście, to nigdy tutaj, nie w tej okolicy. Da Graça3 zawsze była spokojna, zawsze troszkę odizolowana, może nie tak ciekawa, jak Alfama poniżej i nie tak idealna jak pombalińska Baixa, ale to właśnie najbardziej nie miało prawa się zmienić.

Kobieta oparła się o framugę drzwi i założyła ręce na piersi. Chciała głęboko odetchnąć nawilżonym po nocy powietrzem, ale wtedy zelektryzowała ją myśl: a gdyby ją też spotkał ten sam los co Duarte? Zadrżała. Co by było, gdyby właściciele kamienicy, w której ma swój siedemdziesięcioośmiometrowy szpital i mieszkanie powyżej, nagle postanowili zmienić najemców albo — co gorsza — sprzedać dom jakiejś spółce, a ta kazałaby Florindzie się wynosić? Nie, nie. Taki scenariusz jej nie groził. Vicente przez lata stał się jej dobrym znajomym. Niemal za każdym razem, gdy miał coś do załatwienia w pobliżu, zachodził do Florindy na pogawędkę, przypatrywał się jej pracy, wypytywał. Lubił to miejsce. Poza tym płaciła czynsz za szpital i mieszkanie regularnie. Tak, przynajmniej w tej kwestii była bezpieczna.

Cofnęła się do zacienionego wnętrza i przymknęła za sobą drzwi. Nie było na co się już gapić, lokal Duarte został opróżniony. Teraz należało tylko czekać na nowych lokatorów. Kogo się spodziewać? Sklepu z markowymi biustonoszami? Francuskiej restauracji? Szturchnęła kota, który zajął jej miejsce przy biurku i nie miał zamiaru się ruszyć.

— Vai à merda4! — wydarła się, chcąc go pospieszyć. Zgramolił się z krzesła z pretensją w oczach.

Następnego dnia postanowiła zostać w domu. Wywiesiła nawet kartkę na drzwiach szpitala piętro niżej: „Nieczynne”. Rzadko opuszczała dzień w pracy, ale ostatnimi czasy miała zbyt dużo zmartwień i zbyt dużo dolegliwości dawało jej znać o sobie naraz. To chyba starość — pomyślała ze smutkiem i podreptała do kuchni nastawić czajnik na wodę. Nie musiała pokonywać dużej odległości — zaledwie kilka kroków od pokoju, dwa kroki obok małego schowka na odkurzacz, obrót w lewo i już jest w maleńkiej kuchni z oknem wychodzącym na ulicę. Nie były to może luksusy, ale przynajmniej miała swoją łazienkę z prysznicem, nie tak jak jej niektóre znajome mieszkające w starych domach z niskimi drzwiami i bez wygód w ciasnej Alfamie.

Alfama… Każdy dzień zdaje się tam być dniem prania — pomyślała nie bez ironii i przypomniała sobie, jak jej matka mawiała, że eksponowanie suszących się prześcieradeł i ubrań to demonstracja dobrobytu. Florinda zawsze uważała jednak, że to bardziej konieczność niż cokolwiek innego, bo przecież nikt nie chciałby wieszać swoich mokrych gaci niemal w centrum miasta, gdyby miał dostatecznie dużo miejsca, żeby zrobić to w mieszkaniu.

Odkręciła kran i nalała wody do czajnika. Ukroiła kromkę chleba i posmarowała ją obficie masłem. Wyskrobała resztkę dżemu morelowego i dokładnie rozprowadziła go po chlebie. Zanim ugryzła pierwszy kęs, zamknęła okno. Na ulicy skończyli co prawda ustawianie rusztowań, ale i tak ciągle ktoś obcy się tam kręcił. Jacyś ludzie w odblaskowych kamizelkach i kaskach budowlanych, teraz dwóch gości w niebieskich koszulach — szybkim krokiem przemierzali ulicę w tę i we w tę, wyraźnie o czymś dyskutując. Florindzie wszystko to bardzo się nie podobało. Nie lubiła obcych. Nie lubiła hałasu. Nie lubiła facetów w niebieskich koszulach. Popołudniami szczelnie zasłaniała okna, żeby nie widzieć, co dzieje się na dole. Denerwowało ją, kiedy ktoś niespodziewanie wpadał z wizytą. Podskakiwała, gdy słyszała pukanie do drzwi. Rzadko kiedy pojawiała się na festach i sąsiedzkich imprezach. Uchodziła przez to za odludka, ale co z tego — opinie innych jej nie obchodziły.

Położyła kanapkę na talerz i zabrała go ze sobą. Okna salonu wychodziły na wewnętrzny dziedziniec, nie była zmuszona oglądać tego, co dzieje się na ulicy. Usiadła w swoim ulubionym fotelu, zresztą jedynym w mieszkaniu. Wczoraj przyjechała do niej pacjentka z daleka, aż z Niemiec. Florinda czasami gościła w szpitalu obcokrajowców. Od razu wiedziała, jakie są ich korzenie i skąd przyjeżdżają. Taką niemiecką panienkę poznałaby z daleka — niebieskie oczy, jasna karnacja, pewna zasada w proporcjach ciała — zupełnie inna niż u ciemniejszych Hiszpanek i bardziej wymuskanych Francuzek. Ta, którą przyjęła wczoraj, zbliżała się do setki, choć wyglądała jak dziecko. Nadal miała zaróżowione policzki i urzekające spojrzenie. Nie krzywiła się jak niektóre, nie otwierała ust w niemym krzyku, nie płakała. Była na swój sposób piękna, a jednak w fatalnej kondycji i Florinda przez chwilę wątpiła nawet, czy uda się ją uratować. Natychmiast zarezerwowała dla niej miejsce i dokonała dokładnych oględzin. Wpisała do notesu: czaszka, oko, przedramię, no i strój. Nadała pacjentce numer i przyczepiła opaskę do kostki u nogi. Głowa wymagała natychmiastowej operacji i Florinda nie chciała z nią zwlekać ani chwili. Twarz niedraśnięta, czoło całe, ale tam, gdzie zaczynały się włosy, u nasady… tam miazga, przykryta długimi, choć mocno przerzedzonymi włosami. Co wydarzyło się w jej życiu, że była w takim stanie? Musiała mieć wypadek, coś po niej przejechało, a może pies wyszarpał. Oko też szwankowało, być może z powodu tego, co stało się z głową, przecież to naczynia połączone. A więc głowa i oko. Potem przedramię. Potrzebna była proteza, która połączyłaby obojczyk z łokciem, bo ręka zwisała na kilku splecionych ze sobą ścięgnach. Na koniec ubiór. Skórzane pantofle ze sznurowadłami wyglądały tak, jakby przeszły pół świata, a zresztą — może i tak było, kto wie. Miały zamiar się rozlecieć i Florinda zastanowiła się dwa razy, zanim ich dotknęła. I jeszcze sukienka, która miała dobre czasy dawno za sobą — rękawy obdarte, wszystko spłowiałe, ogólnie widok żałosny.

Czekało ją dużo pracy — i cieszyło ją to. To lepsze niż ględzenie z Celestą. Przełknęła kęs i uśmiechnęła się. Będzie musiała dobrze się przygotować, zakupić kilka rzeczy. Na szczęście nie miała takich problemów z zamówieniami jak dawniej senhor Gustavo, który musiał stawać na głowie, jeśli chciał sprowadzić transplanty spoza kraju. W dawnych czasach to naprawdę był wyczyn. Dziś dla niej — bułka z masłem. Czasami zastanawiała się, dlaczego senhor po prostu nie pozbył się interesu. Owszem, na brak pacjentów nie narzekał, z pewnością miał ich więcej niż Florinda, ale przecież mógł zająć się czymś lepszym, odpowiedniejszym dla mężczyzny. Połowem ryb na przykład. Uśmiechnęła się na tę myśl — senhor Gustavo, ten poczciwy staruszek z wąsami, w przerdzewiałym kutrze i gumowych butach, wychylający się za burtę, żeby wyciągnąć sieci pełne sardynek. Nie, to nie byłby on, wiedziała o tym. Senhor był artystą, nie sprawdziłby się w roli rybaka.

Odstawiła talerz. Poczuła zbliżającą się falę melancholii, ale odgoniła ją jednym, siarczystym przekleństwem. Jej spojrzenie zawisło na przysychającym aloesie zajmującym parapet. Nigdy nie umiała dbać o rośliny. Dziwne, tak świetnie radziła sobie z pacjentami, a nie potrafiła zapamiętać, że rośliny też mają swoje potrzeby, niewielkie przecież. Kiedyś posadziła w ogródku kilka krzaków pomidorów i skonstruowała system nawadniający — przy każdym krzaku zawiesiła plastikową butelkę odwróconą do góry nogami i z obciętym dnem. Kiedy padało, woda zbierała się w butelce, a potem rytmicznie skapywała przez otwór w korku prosto pod krzaczek pomidora. Mijały godziny, zanim się skończyła. System był dobry, ale pomidory i tak zmarniały. „Ktoś się nimi zachwycił — mówiły sąsiadki — ktoś rzucił na nie urok, to proste…”

Florinda zakaszlała, suche dudnienie rozległo się w jej płucach.

— Ten tytoń mnie zabije — mruknęła, patrząc na opróżnioną paczkę mentolowych Austinów. Z wysiłkiem wstała, strzepnęła okruszki chleba ze spódnicy i powróciła do kuchni. Ulica uspokoiła się, tylko jakaś turystka turkotała walizką po chodniku, czyniąc przy tym nieznośny hałas.

ROZDZIAŁ 7

Zmęczona odstawiłam walizkę. Zajęłam krzesło, które przedwczoraj zajmowała piękna Portugalka, a które dzisiaj stało puste. Nogi same przyniosły mnie w miejsce, w którym byliśmy wcześniej z Wiktorem i Zo. Sama nie wiem, jak tu, na Rua da Graça, trafiłam. Chciałam iść po prostu przed siebie, licząc, że w ten sposób cokolwiek się wyjaśni. Nie spałam dobrze, budziłam się z nadzieją, że moja dłoń napotka dłoń Wiktora, że kiedy na raz, dwa otworzę oczy, dostrzegę go leżącego obok. Ale myliłam się. Nic się tej nocy nie wydarzyło, nic nie wyjaśniło. Przed chwilą spojrzałam w szklaną witrynę kawiarni, szukając pocieszającej autorefleksji w rodzaju „nie jest jeszcze tak źle” albo „jak na te okoliczności wyglądasz pięknie”, ale nic z tego — oczy miałam zaczerwienione, a nos opuchnięty, z braku snu ledwo trzymałam się na nogach. Oddałam rano klucze i zostałam bez mieszkania. Teraz musiałam się zastanowić, co dalej. Być może powinnam zgłosić na policję to, co się stało. Albo próbować odszukać Wiktora. Albo też zaakceptować to, co mówiło mi moje serce i racjonalny umysł: że Wiktor nie zaginął w pojedynkę.

Ona była z nim.

W głowie dźwięczało natrętne pytanie: Dlaczego?

Wiedziałam, że zachowuję się jak jedna z tych osób, które zdziwione nagłą odmianą swego losu pytają o to samo bez końca. Dlaczego akurat wtedy odebrałam telefon, dlaczego wsiadłam w ten, a nie inny autobus, dlaczego on zrobił to, a ona tamto. Nie umiałam jednak znaleźć żadnego sensownego wytłumaczenia, żadnego usprawiedliwienia dla sytuacji, w której się znalazłam, a więc pytałam: Dlaczego to się wydarzyło? I dlaczego spotkało właśnie mnie?

Chciałabym wrócić w bezpieczne ramiona Wiktora. „Chyba że są one zajęte”, dopowiedział jakiś rewolucjonista w mojej głowie, ale stłumiłam jego głos.