Labirynt - Kate Mosse - ebook

Labirynt ebook

Mosse Kate

0,0

Opis

[PK]

 

„Labirynt” to opowieść o odwadze, zdradzie i przeznaczeniu , rozgrywająca się w średniowiecznej i współczesnej Langwedocji.

Lipiec 1209: Alais, 17-letnia mieszkanka Carcassonne, otrzymuje od ojca jedną z trzech ksiąg, w których zawarty jest sekret Świętego Graala. Chociaż dziewczyna nie potrafi zrozumieć słów i symboli ukrytych w manuskrypcie, czuje, że jej przeznaczeniem jest ochrona księgi. Wymagać to będzie od niej poświęcenia i wiary, by dochować tajemnicy o Trylogii Labiryntu.

Lipiec 2005: 30-letnia dr Alice Tanner natknęła się na dwa szkielety podczas archeologicznych wykopalisk poza murami Carcassonne. Wewnątrz ukrytego grobowca Alice doświadcza przejmującego uczucia, że stało się tu coś złego, oraz pewności, że potrafi zrozumieć starożytne napisy wyryte w skalnej ścianie. Jednak zbyt późno zdaje sobie sprawę, że trafiła w sam środek niebezpiecznej przygody i serii zdarzeń, nad którymi nie umie zapanować, i że jej życie zostało związane z losem katarów sprzed 800 lat.

 

Cykl: Langwedocja, t. 1

 

ISBN 83-7469-263-4

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.

Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.

 

Książka dostępna w zasobach:

Miejska Biblioteka Publiczna w Brusach

Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 763

Rok wydania: 2006

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



LABIRYNT

Kate Mosse

LABIRYNT

Przełożyła

Agnieszka Barbara Ciepłowska

Prószyński i S-ka

Tytuł oryginału: LABYRINTH

Copyright © Mosse Associates Ltd 2005 All Rights Reserved

Projekt okładki: Emma Wallace

Ilustracja na okładce (hieroglif): Laura Brett

Redakcja: Magdalena Koziej

Redakcja techniczna: Małgorzata Kozub

Korekta:

Bronisława Dziedzic-Wesołowska

Łamanie komputerowe: Ewa Wójcik

ISBN 83-7469-263-4

Wydawca: Prószyński i S-ka SA ul. Garażowa 7

Miejska Biblioteka Publiczna w Brusach

82-3

. tel. (O-prefiks-22) 654-36-06 D-Tcchniczna - oddział PAP SA •828 Warszawa

001-032165-00-0

Mojemu ojcu, Richardowi Mosse, człowiekowi prawemu, współczesnemu chevalier

I Gregowi - jak zwykle - za wszystko, co było, jest i będzie.

OD AUTORKI

Notka historyczna

W marcu roku 1208 papież Innocenty III zarządził krucjatę przeciwko chrześcijanom zamieszkującym południowe tereny dzisiejszej Francji, znanym współcześnie jako katarzy. Sami siebie nazywali oni bons chré-tiens, czyli „dobrymi chrześcijanami”, znakomity teolog Bernard z Clair-vaux określał ich mianem albigensów, a w rejestrach inkwizycji figurują jako - heretycy. Innocenty III postawił sobie za cel usunięcie katarów z obszaru Langwedocji i przywrócenie w tym rejonie autorytetu Kościoła katolickiego. Wsparli go w tych dążeniach francuscy baronowie, którzy liczyli na możliwość zdobycia nowych ziem, bogactwa oraz osiągania niebagatelnych korzyści z handlu po ujarzmieniu niepodległej szlachty Południa.

Choć wyprawy krzyżowe jako takie były istotnym elementem średniowiecznego życia chrześcijańskiego od schyłku jedenastego wieku i choć już w roku 1204, podczas czwartej krucjaty, w czasie oblężenia Żary chrześcijanie zwrócili się przeciwko chrześcijanom, to właśnie za sprawą krucjaty przeciw albigensom święta wojna przeniosła się na obszar Europy. Prześladowania katarów doprowadziły bezpośrednio do powstania w roku 1231 świętej inkwizycji pod auspicjami dominikanów, zwanych także „psami Pana” {Domini canes).

Niezależnie od religijnych motywów działań Kościoła katolickiego oraz niektórych przywódców wypraw krzyżowych, takich jak na przykład Szymon de Montfort, krucjata przeciw albigensom była w rzeczywistości wojną okupacyjną i okazała się punktem zwrotnym w historii ziem wchodzących w skład dzisiejszej południowej Francji. Była końcem niepodległości europejskiego Południa i spowodowała upadek wielu tradycji, ideałów oraz zmianę sposobu życia.

Ani słowo „katar”, ani wyraz „krucjata” nie zaistniały nigdy w średniowiecznych dokumentach. Armia Kościoła katolickiego w języku d’oc nazywana była UOst. Ponieważ jednak wyżej wymienione terminy, w średniowieczu zakazane, obecnie znajdują się w powszechnym użyciu, pozwoliłam sobie na ich stosowanie.

Notka lingwistyczna

W okresie średniowiecza język oksytański, langue d’oc, od którego wywodzi się nazwa Langwedocja, był mową całego Południa dzisiejszej Francji, od Prowansji po Akwitanię. Był to także język chrześcijańskiej Jerozolimy oraz obszarów zajętych w następstwie krucjat od roku 1099. Używano go również na niektórych terenach północnej Hiszpanii, a także w północnych Włoszech. Jest zbliżony do prowansalskiego i katalońskiego.

W trzynastym wieku na północnych obszarach dzisiejszej Francji dominował langue d’oil, poprzednik współczesnego języka francuskiego.

W czasie ekspansji Północy na Południe, która rozpoczęła się w roku 1209, francuscy baronowie narzucili swoją mowę podbitym regionom, ale już od połowy wieku dwudziestego rozpoczęło się odrodzenie języka oksy-tańskiego, używanego przez pisarzy, poetów i historyków, takich jak René Nelli, Jean Duvernoy, Déodat Roché, Michel Roquebert, Anne Brenon, Claude Marti i innych. Powstała dwujęzyczna szkołą oc-francuska, zlokalizowana w La Cité, sercu średniowiecznej warowni Carcassonne. Oksy-tańska pisownia nazw miast i regionów występuje na drogowskazach jednocześnie z francuską.

W „Labiryncie”, dla rozróżnienia mieszkańców Pays d’Oc - Okcytanii - oraz francuskich najeźdźców, używam odpowiednio języka oksytańskie-go i francuskiego. Dla przykładu: Carcassona i Carcassonne, Tolosa i Tuluza, Besiérs i Béziers.

Wyjątki z poezji oraz przysłowia zostały zaczerpnięte z „Proverbes & Dictons de la langue d’Oc”, zebranych w tym dziele przez opata Pierre’a Trinquiera oraz z „33 Chants Populaires du Languedoc”.

Oczywiście istnieją różnice pomiędzy średniowieczną pisownią języka oksytańskiego oraz współczesnymi zapisami. Dla uzyskania pewnej jednolitości opierałam się na „La Planqueta”, słowniku oksytańsko-francus-kim autorstwa André Lagarde’a. Krótki słowniczek zamieściłam na końcu tej książki.

I poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli.

Ewangelia według św. Jana 8,321

L'histoire est un roman qui a été, le roman est une histoire qui aurait pu étre.

Historia jest opowieścią o tym, co się zdarzyło, a opowieść - historią o tym, co mogłoby się zdarzyć.

E. i J. de Goncourt

Ten perdu, jhamdi se recöbro.

Utraconego czasu nic nie wróci

Średniowieczne przysłowie oksytańskie

PROLOG

1

Biblia Tysiąclecia, wyd. IV (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki)

I

Południowo-zachodnia Francja Montagnes du Sabarthés Pic de Soularac

Poniedziałek, 4 lipca 2005

Po wewnętrznej stronie przedramienia płynie strużka krwi. Jak cienki czerwony szew na białym rękawie.

Alice nie zwraca uwagi na delikatne łaskotanie, uznaje, że to kolejna mucha. Owady stanowią element ryzyka zawodowego przy wykopaliskach, a z niewyjaśnionych przyczyn jest ich znacznie więcej tutaj, wysoko w górach, niż w okolicach obozu.

Kropla spada na gołą stopę, rozpryskuje się jak fajerwerk na niebie w noc Guy Fawkesa.

Tym razem Alice spogląda na rękę. Znowu się otworzyło rozcięcie po wewnętrznej stronie łokcia. Rana jest głęboka, nie chce się zagoić. Alice wzdycha, przyciska opatrunek i poprawia plastry. A potem, ponieważ w pobliżu nie ma nikogo, zlizuje czerwoną plamę z nadgarstka.

Kilka pasm włosów w kolorze karmelu wyślizgnęło się spod czapki. Wsuwa je za uszy, ociera czoło chusteczką, potem związuje koński ogon w ciasny węzeł na karku.

Skoro już i tak skupienie przepadło, wstaje i rozprostowuje nogi -szczupłe, lekko opalone. Ma na sobie krótko obcięte dżinsy i obcisłą białą koszulkę bez rękawów. Wygląda prawie jak nastolatka. Kiedyś jej to przeszkadzało. Teraz, w miarę upływu czasu, dostrzega korzyści płynące z tego, że nie wygląda na swoje lata. Jedyną ozdobą, jaką ma na sobie, są delikatne srebrne kolczyki w kształcie gwiazdek, błyszczące jak cekiny.

Odkręca butelkę, łapczywie pociąga kilka dużych łyków. Woda jest ciepła, trudno. W dole gorące powietrze zamazuje migoczącą warstwą łuk drogi. W górze - nieskończony błękit nieba. Cykady ukryte w cieniu zeschłej trawy koncertują niezmordowanym chórem.

Choć jest w Pirenejach po raz pierwszy, czuje się tu jak w domu. Powiedziano jej, że postrzępione szczyty górskiego pasma Montagnes du Sabarthés zimą pokrywa śnieg. Wiosną pojawiają się delikatne kwiatki, bia-

łe i bladoróżowe. Wychylają główki ze szczelin pomiędzy skałami. Wczesnym latem pastwiska powlekają się zielenią i obsypują żółtymi jaskrami. Teraz rządzi słońce. Spaliło zieleń na brąz.

Piękny zakątek, myśli Alice, tylko jakiś niegościnny. Ten szczyt, Pic de Soularac, to miejsce tajemnicze, które było świadkiem zbyt wielu zdarzeń i za dużo skrywa, by dojść ze sobą do ładu.

W obozowisku rozłożonym niżej na stoku widzi innych, stojących pod płóciennym zadaszeniem. Od jasnego tła wyraźnie odcina się Shelagh, jak zwykle ubrana w czarne firmowe ciuchy. Dziwne, że już przerwali pracę. Jeszcze za wcześnie. W końcu w zespole nie ma pracoholików, wszyscy trochę się obijają.

Praca jest nużąca i monotonna, polega głównie na wykopywaniu i ób-skrobywaniu, zapisywaniu i katalogowaniu, a najczęściej znaleziska okazują się niezbyt znaczące, więc nie rekompensują wysiłku włożonego w ich wydobycie. Zdobyli kilka fragmentów garnków oraz mis z okresu wczesnego średniowiecza i dwa groty strzał z końca dwunastego lub początku trzynastego wieku, ale żadnych dowodów na istnienie w tym regionie osad z okresu paleolitycznego, co było celem wykopalisk.

Kusi ją, by zejść na dół, do przyjaciół, poprosić o zmianę opatrunku. Skaleczenie boli, nogi jej ścierpły od kucania, barki są nieprzyjemnie spięte. Jednocześnie jednak zdaje sobie sprawę, że jeśli teraz przerwie pracę, straci impet.

A może szczęście się do niej uśmiechnie? Jakiś czas temu dostrzegła coś błyszczącego pod głazem opartym o górski stok równo, jakby go postawił jakiś olbrzym. Chociaż nie potrafiła określić, co to za przedmiot, nie umiała nawet odgadnąć jego wielkości, kopała cały ranek i miała nadzieję niedługo się do niego dostać.

Powinna kogoś wezwać. Albo przynajmniej powiedzieć Shelagh, najlepszej przyjaciółce, a jednocześnie kierowniczce wykopalisk. Nie jest przecież zawodowym archeologiem, jedynie wolontariuszką, która postanowiła część wakacji spędzić pożytecznie. Dziś kończy się jej czas. Dlatego tym bardziej chce się sprawdzić. Jeśli zejdzie do obozowiska i powie, że się na coś natknęła, wszyscy się tu zbiegną i odkrycie już nie do niej będzie należało.

A ona pragnie zachować ten moment we wspomnieniach. Pamiętać kąt padania światła, metaliczny smak krwi w ustach, wszechobecny pył, zastanawiać się, co by to było, gdyby odeszła, a nie została. Gdyby przestrzegała reguł.

Osusza butelkę do dna, wrzuca ją do plecaka.

Przez następną godzinę słońce wspina się po niebie, temperatura rośnie, a Alice pracuje. Słychać tylko drapanie metalu o kamień, brzęczenie owadów, czasem odległy warkot silnika samolotu. Czuje kropelki potu na górnej wardze i między piersiami, ale nie ustaje w wysiłkach, aż w końcu szczelina pod głazem jest na tyle szeroka, że można tam wsunąć dłoń.

Klęka, ramieniem i policzkiem opiera się o skałę. Podekscytowana wpycha palce głęboko w ziemię. Instynkt jej podpowiada, że to nie byle ja-

kie znalezisko. Jest gładkie, lekko śliskie. Metal, nie kamień. Chwyta mocno i powtarzając sobie w duchu przypomnienie, że nie wolno oczekiwać zbyt wiele, powolutku wyciąga tę rzecz na światło dzienne. Wydaje jej się, że ziemia drgając, sprzeciwia się oddaniu skarbu.

Ciężka, bogata woń gleby wypełnia nozdrza i gardło Alice, lecz ona niczego nie zauważa. Już jest zagubiona w przeszłości, już ją porwała cząstka historii, czule ujęta w dłonie. To ciężka, okrągła brosza, czas i ziemia wyryły na niej ślad - zostawiły czarne i zielonkawe plamy. Alice przecierają delikatnie opuszkami palców, uśmiecha się, odsłaniając miedziane i srebrne zdobienia. Na pierwszy rzut oka to także przedmiot z okresu średniowiecza: brosza, używana do przytrzymania płaszcza lub sukni. Widywała już takie.

Wie, jak niebezpieczne jest wyciąganie pochopnych wniosków albo poddanie się pierwszemu wrażeniu, ale i tak nie może się oprzeć pokusie i już widzi oczyma wyobraźni właściciela tego przedmiotu, człowieka, który zmarł przed wiekami, ale kiedyś chodził po tych ścieżkach. Obcego, którego historię musi poznać.

Jest tak zatopiona w myślach, że nie zauważa, iż głaz drgnął w posadach. Jakiś szósty zmysł każę jej podnieść wzrok. Na ułamek sekundy czas staje w miejscu. Patrzy zahipnotyzowana, jak kamienna płyta z gracją zaczyna się ku niej pochylać.

W tej chwili na jej twarz pada światło. Pryska czar. Alice rzuca się do tyłu, potyka, ześlizgując się po zboczu, ucieka przed toczącym się głazem i ledwie unika zmiażdżenia. Wielki kamień uderza w ziemię z głuchym łoskotem, podnosi chmurę brązowawego pyłu i toczy się w dół, jak w zwolnionym tempie, aż w końcu zatrzymuje na stoku.

Alice chwyta gałązki jakichś krzewów, by nie zsunąć się niżej. Jakiś czas leży płasko, oszołomiona i zdezorientowana. Gdy wreszcie pojmuje, że otarła się o śmierć, robi jej się zimno ze strachu.

Mało brakowało, myśli.

Robi kilka głębokich wdechów. Czeka, aż świat przestanie wirować.

Stopniowo łomotanie w głowie ucicha. Mijają mdłości, wszystko zaczyna wracać do normalnego stanu. Może usiąść i przeprowadzić rachunek strat. Kolana ma podrapane do krwi, nadgarstek boli po niezgrabnym upadku, bo nie wypuściła z dłoni broszy, ale poza kilkoma siniakami nie ma szczególnych obrażeń.

Nic mi nie jest, myśli..

Wstaje, otrzepuje się z kurzu. Czuje się jak ostatnia idiotka. Jak mogła popełnić tak podstawowy błąd? Nie zabezpieczyła głazu. Spogląda w stronę obozowiska. Niesamowite! I fantastyczne. Najwyraźniej nikt niczego nie widział ani nie słyszał. Podnosi rękę, już ma zawołać, obwieścić o swoim znalezisku, ale jeszcze zerka w górę, na miejsce swojej chwały. Dostrzega tam wąską szczelinę, pęknięcie zbocza, jeszcze przed chwilą zasłonięte głazem. Niczym przejście wykute w skale.

Wiadomo, że te góry są podziurawione tysiącem jaskiń, grot i korytarzy, więc nie jest zdziwiona. A jednocześnie ma nieodparte wrażenie, iż

spodziewała się tam tego wejścia, chociaż z zewnątrz wcale nie było go widać. Po prostu wiedziała. Odgadła.

Waha się. Wie, że powinna kogoś zawiadomić. Byłoby głupio, wręcz niebezpiecznie, wchodzić tam bez żadnej eskorty, nawet bez wsparcia. Zdaje sobie sprawę z tego, czym to się może skończyć. Ale z drugiej strony - przecież w ogóle nie powinna była kopać sama. Shelgah o niczym nie wie... Coś ją tam ciągnie. Wzywa. Właśnie ją. To jej odkrycie.

Na chwileczkę.

Wspina się z powrotem. U wejścia do jaskini, w miejscu, gdzie stał głaz na straży, zieje w ziemi głęboka dziura. Wilgotna gleba żyje, porusza się za sprawą licznych owadów gwałtownie zalanych słonecznym blaskiem. Czapka leży tuż obok, tam, gdzie upadła. Motyka również.

Alice zagląda w ciemność. Szpara ma najwyżej półtora metra długości, nie więcej niż metr szerokości. Brzegi są nieregularne, zębate. Raczej stworzona przez naturę niż ręką człowieka, ale gdy dziewczyna przesuwa dłonią po jej brzegu, odkrywa w miejscu połączenia z głazem zadziwiająco gładkie powierzchnie.

Jej wzrok powoli przywyka do mroku. Aksamitna czerń zmienia się w węglastą szarość, otwiera długi wąski tunel. Alice czuje ciarki na plecach, jakby ostrzeżenie, że jest tam coś, co lepiej zostawić w spokoju. Ale to tylko dziecinne lęki, więc odsuwa je od siebie. Nie wierzy ani w duchy, ani w przeczucia.

Ściskając w dłoni broszę, jak potężny talizman, robi głęboki wdech i wchodzi do tunelu. Od razu spowijają stęchlizna podziemnej pieczary, wdziera się do nosa, gardła i płuc. Powietrze jest chłodne i wilgotne, nie czuć w nim trujących gazów powstających w suchych zamkniętych jaskiniach, przed którymi ją ostrzegano, wobec czego z pewnością jakoś dociera tu świeże powietrze. Na wszelki wypadek jednak wyciąga z kieszeni spodni zapalniczkę. Jakiś czas pozwala jej się palić, by się upewnić, że w tunelu jest tlen. Płomień chybocze się, trącany podmuchem, ale nie gaśnie.

Trochę zdenerwowana i z lekkim poczuciem winy Alice zawija broszę w chusteczkę i chowa do kieszeni spodni. Potem ostrożnie rusza tunelem. Płomień zapalniczki jest słaby, rzuca na nierówne szare ściany niespokojne cienie, lecz mimo to natychmiast odsłania przed nią ścieżkę.

Już po kilku krokach zimne powietrze zaczyna jej się ocierać o gołe nogi i ramiona jak spragniony pieszczot kot. Droga prowadzi w dół. Alice czuje pod stopami nierówny, żwirowaty grunt. W tym miejscu podobnym do grobowca, gdzie od niepamiętnych czasów króluje cisza, każdy poruszony kamyk jest źródłem hałasu. Światło dzienne z wolna gaśnie za plecami.

Nagle nie chce iść dalej. Nie chce w ogóle tutaj być. Tyle że jej wola nie ma żadnego znaczenia, bo coś ją wciąga dalej we wnętrzności góry.

Po następnych dziesięciu metrach tunel się kończy. Alice staje w progu jaskini, na naturalnej kamiennej platformie. Kilka szerokich, niewysokich

stopni prowadzi na środek, gdzie podłoga jest płaska i gładka. Jaskinia ma jakieś dziesięć metrów długości i może pięć szerokości, wyraźnie została stworzona ludzkimi rękami. Strop znajduje się nisko, jest sklepiony, jak w krypcie.

Alice podnosi wyżej samotny płomyk zapalniczki. Nie może się pozbyć dziwacznego wrażenia, że skądś zna to miejsce. Już ma zejść ze schodów, gdy na najwyższym dostrzega litery. Pochyla się, próbuje odczytać napis. Zachowały się tylko pierwsze trzy słowa i ostatnia litera - nie wiadomo: N czy może H? Resztę zatarł czas. Dziewczyna odgarnia dłonią pyl, głośno wymawia kolejne głoski. Echo powtarza dźwięk brzmiący wrogo w zastałej ciszy.

P-A-S A P-A-S... Pas a pas.

Krok za krokiem? Co: krok za krokiem? Blade wspomnienie przenika do świadomości, niczym dawno zapomniana pieśń. I natychmiast przepada.

- Pas a pas - szepce.

Nic to nie znaczy. Modlitwa? Ostrzeżenie? Bez ciągu dalszego nie ma żadnego sensu.

Lekko podenerwowana wstaje i powoli schodzi ze schodów. Ciekawość walczy z ostrożnością i złym przeczuciem, na szczupłych ramionach dziewczyny pojawia się gęsia skórka - czy ze strachu, czy od chłodu — trudno powiedzieć.

Alice podnosi zapalniczkę wysoko, uważa, by niczego nie potrącić, nie przesunąć. Na poziomie posadzki jaskini przystaje. Nabiera głęboko powietrza i wstępuje w mahoniową ciemność. Ledwo widzi skalną ścianę przed sobą.

Z tej odległości nie sposób stwierdzić z całkowitą pewnością, czy to nie złudzenie albo dziwny cień, ale zdaje jej się, że widzi duży kolisty wzór złożony z linii prostych i półkoli wymalowanych lub wyrzeźbionych w skale. Przed nim stoi kamienny stół, wysokości mniej więcej metra, przypomina ołtarz.

Dla dodania sobie odwagi Alice wbija wzrok w symbol. Idzie naprzód. Teraz widzi go wyraźniej. Przypomina labirynt, choć pamięć jej podpowiada, że to jednak coś innego. Niezupełnie labirynt. Droga nie wiedzie, jak powinna, dó środka. Dziwaczny wzór, chybiony. Alice nie potrafi wyjaśnić, skąd ma tę pewność, ale swoje wie.

Podchodzi coraz bliżej. Nagle trąca stopą coś twardego. Rozlega się głuche stuknięcie i odgłos toczenia się jakiegoś poruszonego przedmiotu.

Dziewczyna patrzy w dół.

Nogi zaczynają jej się trząść. Blady płomień w ręku drży. Alice wstrzymuje oddech. Stoi na brzegu płytkiego grobu, ledwie zagłębienia. Nad dwoma ludzkimi szkieletami o kościach wybielonych przez czas. Puste oczodoły jednej czaszki patrzą na nią z wyrzutem. Druga, kawałek dalej, leży na boku, jakby odwracała od njeLwzrok.

Ciała zostały złożone obok s^M^iM&f^ami w kierunku ołtarza, jak rzeźby nagrobne. Leżą symetryc/ufl^idsalm^^wno, ale nie ma w nich śla-

du spokoju. Brakuje tu wrażenia spoczynku. Kość policzkowa jednej z czaszek jest pokruszona, wgnieciona do środka, wygląda jak maska z papier machć. W drugim szkielecie kilka żeber sterczy dziwacznie, niczym kruche gałązki martwego drzewa.

Oni ci nie zrobią krzywdy.

Alice, zdecydowana pokonać strach, kuca powoli. Uważa, by przy tym już nic nie poruszyć. Ogląda uważnie cały grób. Pomiędzy zmarłymi leży kilka strzępów tkaniny, sztylet o ostrzu zmatowionym przez czas oraz skórzana sakwa ściągana rzemieniami. Można by w niej zmieścić książkę lub niezbyt dużą szkatułkę. Alice marszczy brwi. Jest pewna, że już widziała coś takiego, ale nic więcej nie pamięta.

Okrągły biały przedmiot zaklinowany między szponiastymi palcami mniejszego szkieletu jest tak mały, że omal umyka jej uwagi. Dziewczyna bez namysłu wyciąga z kieszeni szczypczyki. Pochyla się i ostrożnie uwalnia tę rzecz, następnie ogląda ją w nikłym blasku gazowego płomyka, zdmuchnąwszy kurz.

To kamienny pierścień, zwykły, bez żadnych ozdób, o gładkiej powierzchni. On także wydaje się dziwnie znajomy. Alice przygląda mu się bliżej. Jest jednak wzór - wydrapany od wewnątrz. Z początku zdaje się, że to jakiś rodzaj pieczęci. Aż nagle go rozpoznaje. Podnosi spojrzenie na ścianę za ołtarzem, przenosi wzrok z powrotem na pierścień.

Identyczny symbol.

Alice nie jest wierząca. Nie wierzy w niebo ani w piekło, w Boga ani w szatana. Ani w istoty, które ponoć nawiedzają te góry. Ale po raz pierwszy w życiu odnosi wrażenie, że obcuje z czymś ponadnaturalnym, niewytłumaczalnym, przerastającym jej doświadczenie i zdolność pojmowania. Wyczuwa wrogość. Całym ciałem.

Odwaga ją opuszcza. Robi jej się zimno. Strach łapie ją za gardło, ściska żołądek. Dziewczyna wstaje. Nie powinna była tu wchodzić. Chce wyjść jak najszybciej, uciec od dowodów gwałtu, zapachu śmierci, wrócić do bezpiecznego, jasnego słońca.

Za późno.

Gdzieś nad nią, a może za nią - nie potrafi ocenić - słychać kroki. Dźwięk niesie się w grobowcu głuchym echem, odbija od skały i kamienia. Ktoś nadchodzi.

Alice obraca się przerażona, upuszcza zapalniczkę. Jaskinia pogrąża się w ciemności. Dziewczyna próbuje biec, ale w smolistej czerni traci orientację i nie potrafi znaleźć wyjścia. Potyka się o coś. Traci równowagę.

Upada. Pierścień ucieka jej z dłoni i spada na kości. Tam, gdzie jego miejsce.

II Południowo-zachodnia Francja Los Seres

Kilka kilometrów na wschód wrona krąży nad zagubionym między szczytami Montagnes du Sabarthés miasteczkiem. Wysoki szczupły mężczyzna w jasnym garniturze siedzi sam przy stole z ciemnego drewna.

Powała w tym wnętrzu jest niska, podłoga wyłożona terakotą w kolorze górskiej ziemi. Bije od niej miły chłód, choć na zewnątrz panuje skwar. Okiennicę na jedynym oknie zamknięto, mrok rozprasza tylko krąg żółtego światła padający z niewielkiej oliwnej lampki ustawionej na stole. Obok niej połyskuje szklanica niemal po brzegi napełniona czerwonym płynem.

Na blacie leży kilka arkuszy kremowego papieru, wszystkie pokryte są gęsto rzędami zwartych liter naniesionych czarnym atramentem. Słychać tylko skrzypienie pióra, od czasu do czasu, gdy mężczyzna upija łyk, kostki lodu uderzają o szkło. Czuć subtelną woń alkoholu i wiśni. Gdy piszą-cy przerywa swoją czynność, upływ czasu znaczy tykanie zegara.

Podejmuje pisanie na nowo:

Zostawiamy za sobą wspomnienie o tym, kim byliśmy i co zrobiliśmy. Tylko ślad. Wiele się nauczyłem. Zmądrzałem. Ale czy coś zmieniłem? Nie potrafię ocenić Pas å pas, se va luénh.

Patrzyłem, jak wiosenna zieleń ustępuje przed złotem pełni lata, jak miedziana jesień usuwa się przed bielą zimy. Siedziałem i czekałem, aż zblednie światło. Ciągle na nowo zadawałem sobie pytanie o przyczynę. Gdybym wiedział, jak się żyje z samotnością, jaki jest los jedynego świadka nieskończonego cyklu narodzin i śmierci, czy postąpiłbym tak samo? Alai's, samotność jest dla mnie zbyt wielkim brzemieniem. Tak długo żyłem z pustką w sercu, iż chyba już nie mam serca.

Starałem się dotrzymać złożonych ci obietnic. Jednej dotrzymałem, drugiej nie spełniłem. Aż dotąd nie zdołałem. Od jakiegoś czasu czuję cię, całkiem blisko. Prawie nadszedł nasz wspólny czas. Wszystko na to wskazuje. Wkrótce jaskinia zostanie otwarta. Czuję tę prawdę, ja ją znam. A wówczas księga, tak długo bezpiecznie ukryta, zostanie odnaleziona.

Mężczyzna sięga po szklankę. Spojrzeniem błądzi we wspomnieniach. Dopiero mocny, słodki guignolet1 przywraca go rzeczywistości.

Znalazłem ją. W końcu znalazłem. I zastanawiam się, co poczuje, gdy włożę jej księgę w dłonie? Czy wyda jej się znajoma? Czy ma przeszłość zapisaną w duszy i w sercu? Czy będzie pamiętała połyskliwą okładkę? Potem rozwiąże rzemienie, ostrożnie przewróci karty cienkiego pergaminu, kruchego i wyschłego na wiór. Czy przypomni sobie słowa wracające echem przez wieki?

Teraz, gdy mój długi czas dobiega końca, modlę się, by dane mi było naprawić to, co kiedyś uczyniłem źle. Chcę wreszcie poznać prawdę. Prawda mnie wyzwoli.

Mężczyzna prostuje się w krześle, dłonie poznaczone ze starości brązowymi plamami kładzie płasko na lśniącym blacie. Pragnie tylko jednego: szansy, by się wreszcie dowiedzieć, jak wyglądał koniec.

Niczego więcej.

1

likier wiśniowy

franc.: Jestem gotowy.

III

Północna Francja Chartres

Nieco później tego samego dnia, siedemset kilometrów na północ, w mrocznym korytarzu pod ulicami Chartres, inny mężczyzna czeka na rozpoczęcie ceremonii.

Dłonie ma wilgotne od potu, w ustach sucho, krew pulsuje mu w skroniach. Trochę mąci mu się w głowie, trudno powiedzieć, czy to efekt podniecenia i niecierpliwości, czy wina. Nie przywykł też do białej lnianej szaty ani ciężkiego konopnego sznura na biodrach. Zerka na boki, na dwie milczące postacie o twarzach skrytych pod kapturami. Nie potrafi ocenić, czy ci ludzie są równie mocno poruszeni, nie wie, czy wcześniej zdarzyło im się odprawiać ten rytuał. Ubrani są prawie tak samo jak on, tylko ich szaty mają złotawy połysk. Ach, no i obaj mają buty. On stoi na zimnej kamiennej posadzce boso.

Wysoko nad ukrytą siatką tuneli rozległ się pierwszy ton dzwonów ogromnej gotyckiej katedry. Dwaj mężczyźni drgnęli. Na ten sygnał czekali. Natychmiast spuścił głowę i skupił się na tym, co miało nastąpić.

-    Je suis pręt* - mamrocze pod nosem, bardziej 'dla dodania sobie pewności niż wyrażając rzeczywistą gotowość. Żaden z mężczyzn nie reaguje.

Gdy cichnie ostatni pogłos dzwonów, akolita po lewej występuje do przodu i kamieniem częściowo ukrytym w dłoni uderza w masywne drzwi pięć razy. Z wnętrza dobiega odpowiedź: Dintrar. Wejść.

Mężczyzna odnosi wrażenie, iż głos kobiety nie jest mu obcy, ale nie ma czasu zgadywać, gdzie albo kiedy go słyszał, bo już drzwi się otwierają i odsłaniają komnatę, do której tak bardzo chciał trafić.

Równym krokiem trzy postacie powoli ruszają naprzód. Mężczyzna odbywał próby, dlatego wie, czego się spodziewać i jak ma się zachować. Mimo to nie czuje się pewnie na własnych nogach. W komnacie jest gorąco i prawie ciemno. Jedyne światło dają świece ustawione we wnękach i na ołtarzu. Podłogę ożywiają tańczące cienie.

Czuje przypływ adrenaliny, choć jednocześnie zdaje się dziwnie oderwany od przebiegu zdarzeń. Na dźwięk niegłośnego trzaśnięcia zamykanych drzwi wzdryga się zaskoczony.

W każdym z czterech rogów pomieszczenia stoi jeden starszy pomocnik. Mężczyznę korci, by podnieść wzrok, przyjrzeć im się dokładniej, lecz idzie z pochyloną głową, tak jak go nauczono. Szóstym zmysłem wyczuwa dwa rzędy nowicjuszy stojących pod dłuższymi ścianami, sześciu z każdej strony. Czuje ciepło bijące od ich ciał, uświadamia sobie oddech ożywiający ciała, choć nikt się nie porusza ani nie odzywa.

Zna kształt tego wnętrza z dokumentów, jakie mu dano. Idąc ku środkowi komnaty, gdzie znajduje się grób, czuje na plecach wzrok obecnych. Zastanawia się, czy jest między nimi ktoś znajomy. Kolega z pracy? Zona przyjaciela? Każdy może zostać członkiem stowarzyszenia. Na ustach mężczyzny pojawia się lekki uśmiech, może pozwolić sobie na chwilę fantazji. Oczyma wyobraźni widzi, jak teraz się zmieni jego pozycja towarzyska.

Nagle potyka się i omal upada na kamienny stopień u podstawy grobu. Natychmiast wraca do rzeczywistości. Wnętrze jest mniejsze, niż sądził z rysunku, ciaśniejsze, bardziej klaustrofobiczne. Spodziewał się większej odległości pomiędzy drzwiami a tym występem.

Gdy klęka, słyszy, że ktoś niedaleko gwałtownie zaczerpnął tchu. Ciekaw jest dlaczego. Serce bije mu szybciej. Opuszcza wzrok, widzi swoje pobielałe kłykcie. Zakłopotany składa ręce, ale zaraz sobie przypomina, że powinny być luźno spuszczone po bokach.

Pośrodku zimnego kamienia wyczuwa niewielkie wgłębienie. Przesuwa się, tak jest wygodniej. Trudno mu się skoncentrować, nadal nie może zebrać myśli, ze zdenerwowania niełatwo mu spamiętać porządek zdarzeń, choć powtarzał go z pamięci wiele razy.

Ciszę w komnacie przerywa jasny brzęk dzwonka. Wtóruje mu niski ton pieśni, z początku ledwo słyszalnej, lecz coraz głośniejszej w miarę jak dołączają kolejne głosy. Do świadomości mężczyzny docierają poszczególne słowa: montanhas, czyli góry, noblesa - to arystokracja, libres - książki, a graal - Graal.

Kapłanka zstępuje z ołtarza. Mężczyzna ledwie słyszy miękkie kroki, wyobraża sobie, jak połyskuje i migocze jej złota szata w blasku świec. Długo czekał na ten moment.

-    Je suis pręt - powtarza z bijącym sercem. I tym razem naprawdę jest gotowy.

Kapłanka staje przed nim bez ruchu. Dobiega go jej zapach, subtelny i ulotny, ledwo wyczuwalny pod ciężką wonią kadzideł. Wstrzymuje oddech, gdy kobieta pochyla się i bierze go za rękę. Ma chłodne palce, ładnie utrzymane paznokcie. Przeszywa go dreszcz, jak porażenie prądem, jak fizyczne pożądanie. Ona wciska mu w dłoń okrągły przedmiot, nieduży. Chciałby spojrzeć jej w twarz. Pragnie tego ponad wszystko na świecie, lecz mimo to patrzy w -ziemię, jak mu nakazano.

Czterech starszych pomocników zbliża się do kapłanki. Ktoś delikatnie odchyla mu głowę do tyłu, wlewa w usta słodki gęsty płyn. To także część ceremonii, więc mężczyzna nie stawia oporu. Gdy ciepło rozpływa mu się po ciele, podnosi ręce, a jego dwaj towarzysze zakładają mu na ramiona złotą opończę. Choć odprawiają ten rytuał nie pierwszy raz, są wyraźnie zdenerwowani.

Nagle mężczyzna zaczyna się dusić, jakby mu ktoś zaciskał na szyi żelazną obręcz, miażdżącą tchawicę. Chwyta się za gardło, walczy o oddech. Chce krzyczeć, ale z jego ust nie wychodzi żaden dźwięk. Znów budzi się przenikliwy dzwonek, bezlitośnie zalewa uszy wysokim, świdrującym dźwiękiem. Pojawiają się nudności. Mężczyzna jest o krok od omdlenia, skupia się na okrągłym przedmiocie w dłoni, ściska go z całej siły, aż paznokcie kaleczą dłoń. Ostry ból pozwala mu zachować przytomność. Teraz dopiero zaczyna pojmować, że dłonie kompanów spoczywają na jego ramionach nie po to, by mu dodać otuchy. Nie mają przynosić mu ulgi, mają go przytrzymać. Zalewa go kolejna fala mdłości, kamień przy grobowcu zdaje się śliski jak żywy.

Mąci mu się wzrok, obraz się rozmywa. Mimo to dostrzega w ręku kapłanki błyszczący nóż, choć nie ma pojęcia, skąd się tu wzięło owo srebrne ostrze. Próbuje się podnieść, ale narkotyk zrobił swoje, zawładnął nim całkowicie, odebrał mu siły. Mężczyzna nie jest już panem samego siebie, nie ma władzy nad własnym ciałem.

-    Nie! - Krzyk więźnie mu w gardle.

Zresztą i tak jest już za późno.

W pierwszej chwili ma wrażenie, że ktoś go huknął pięścią w plecy. Nic więcej. Tępy ból rozchodzi się między łopatkami. Ciepła strużka gładko spływa po plecach.

Raptem puszczają go obce dłonie. Składa się wpół, jak szmaciana lalka, podłoga wychodzi mu na spotkanie. Uderza głową w kamienną posadzkę, ale nie czuje bólu, tylko przyjemny chłód. Milknie hałas, znika strach. Mruga, zamyka oczy. Już nie dociera do niego nic poza głosem kapłanki, który zdaje się dobiegać z bardzo daleka.

-    Une leęon. Pour tous1. - Tak chyba mówi, choć nie ma to żadnego sensu.

W ostatnim przebłysku świadomości człowiek oskarżony o zdradę i skazany za to, że mówił, gdy powinien był milczeć, ściska w dłoni upragniony przedmiot. Dopiero śmierć rozluźnia mu palce. Wypada spomiędzy nich niepozorna krągła płytka, nie większa niż moneta. Toczy się po podłodze.

Po jednej stronie ma litery NV. Po drugiej - labirynt.

1

Nauczka. Dla wszystkich.

IV

Montagnes du Sabarthés Pic de Soularac

Na chwilę zapada całkowita cisza.

Potem ciemności zaczynają rzednąć. Alice nie znajduje się już w jaskini. Leci przez biały świat pozbawiony siły ciążenia, jasny i spokojny.

Jest wolna. Bezpieczna.

Ma wrażenie, jakby się ześlizgnęła ze ścieżki czasu, spadła do innego wymiaru. Linia łącząca przeszłość z teraźniejszością blednie, zanika w bezczasowej, bezkresnej przestrzeni.

Nagle, jakby się otworzyła zapadnia pod szubienicą, Alice traci wszelkie oparcie. Zaczyna spadać, coraz szybciej, mknie w dół, ku lesistym górskim stokom. Wiatr gwiżdże jej w uszach, a ona pędzi na spotkanie zagłady.

Nie dochodzi do uderzenia. Nie rozbryzgują się kości na szarych kamieniach. Teraz biegnie stromym zboczem, wąską ścieżką między drzewami. Rosną gęsto i wysoko, poza nimi nie widzi nic.

Za szybko.

Wyciąga ręce do gałęzi, może ją zatrzymają, może choć wyhamują ten pęd w nieznane? Nie potrafi ich uchwycić, przenikają jej przez dłonie, jakby była duchem. W palcach zostają tylko młode listki. Podnosi je do twarzy, chce wciągnąć w płuca subtelną zieloną woń. Nic z tego. Nie czuje zapachu.

Kolka kłuje ją w boku, ale teraz nie chce się zatrzymać, bo coś ją goni i jest coraz bliżej. Dróżka prowadzi ostro w górę. Już nie ma na niej miękkiej ziemi, mchu i zielonych gałązek. Teraz są kamienie i wyschnięte łodygi. Nadal panuje całkowita cisza. Nie słychać ptasich treli, żadnego wołania. Alice ma w uszach tylko własny oddech. Drożyna skacze na boki, wije się i zapętla, aż w pewnej chwili odsłania bezdźwięczną ścianę ognia. Pożoga zwija się w wirujący filar, biały, przetykany złotem i czerwienią, rozedrgany, jak żywy.

Alice instynktownie ostania rękami głowę, ale nie czuje gorąca. Dostrzega twarze uwięzione wśród tańczących płomieni, wykrzywione śmiertelną udręką, pieszczohe ogniem i spalane.

Chce się zatrzymać. Musi. Poranione stopy krwawią, długie mokre spódnice pętają nogi.

Lecz prześladowca jest coraz bliżej. Jakaś nieznana siła wiedzie ją wprost w zgubne objęcia płomieni.

Nie ma wyjścia: skacze przez ogień. Leci wysoko w powietrze, spiralą, jak smużka dymu. Daleko w dole została parząca czerwień przeplatana złotem i pomarańczem. Wiatr niesie dziewczynę w dal, uwalniając od ziemi.

Woła ją jakaś kobieta. Dziwnie wymawia jej imię.

Alai’s.

Jest bezpieczna. Wolna.

Nagle czuje na kostce znajomy uścisk zimnych palców. Ściągną ją na ziemię. To nie palce, to kajdany. Teraz dopiero zauważa, iż ściska coś w dłoniach. To księga związana rzemieniami. On tego właśnie chce. Im właśnie o to chodzi. Są wściekli, bo stracili księgę.

Gdyby mogła mówić, może by się jakoś porozumieli. Niestety, w głowie ma pustkę, a usta nie potrafią utworzyć żadnego słowa. Wyrywa się, kopie, lecz została pochwycona. Nie uwolni nogi ze stalowego uchwytu. Ciągną ją na dół, w ogień. Krzyczy, ale jej krzyk jest ciszą.

Jeszcze raz próbuje krzyknąć, bo czuje, że gdzieś w głębi jej ciała głos usiłuje przybrać swój kształt. I nagle wraca prawdziwy świat: dźwięk i światło, zapach i dotyk. Metaliczny smak krwi. Jeszcze na ułamek sekundy przebija się tamten przejrzysty obraz... To nie jest znajomy chłód jaskini, ten oślepia i przejmuje do szpiku kości. Tam Alice dostrzega blady zarys twarzy - pięknej, choć niewyraźnej. Ten sam głos raz jeszcze wołają po imieniu.

- Alais!

Głos jest przyjazny. Ta osoba nie chce jej skrzywdzić. Alice próbuje rozewrzeć powieki. Wie, że jeśli zobaczy, wszystko zrozumie.

Nie może. Nie potrafi.

Sen blednie, uwalnia ją z objęć.

Muszę się obudzić. Najwyższy czas.

Teraz słyszy inny głos. Wraca jej czucie w rękach i nogach, odzywają się podrapane kolana, siniaki powstałe przy upadku. Ktoś potrząsa ją za ramię.

- Alice! Otwórz oczy! Alice!

MIASTO NA WZGÓRZU

ROZDZIAŁ 1 Carcassona

JULHET 1209

Alai's obudziła się nagle, szeroko otworzyła oczy. Strach wychodził z niej przyśpieszonym oddechem, jak u ptaka schwytanego w sieć. Przycisnęła dłonie do serca, żeby jej się nie wyrwało z piersi.

Przez chwilę trwała zawieszona między jawą a snem. Jakby się unosiła w powietrzu, patrząc na siebie samą z wysoka, spomiędzy gargulców, które wykrzywiały się do przechodniów z dachu katedry Sant-Nasari.

Wreszcie ściany komnaty wróciły na swoje miejsce. Była bezpieczna, we własnym łóżku, w zamku książęcym, w chateau comtal. Stopniowo jej wzrok przywykał do ciemności. Już nie zagrażali jej ci wiotcy ciemnoocy ludzie, którzy prześladowali ją przez całą noc, gonili, chwytali szponiastymi palcami.

Teraz już mnie nie dosięgną.

Ten lud i jego język wyryty w kamieniu, bardziej w obrazach niż słowach, dla niej całkiem niezrozumiały, zniknął niczym dymy z jesiennych ognisk. Płomienie także zbladły, zostawiły po sobie jedynie niewyraźne wspomnienie.

Czy to proroctwo? Czy tylko nocny koszmar?

Nie miała jak się dowiedzieć. I bała się poznać prawdę.

Sięgnęła do zasłony związanej przy wezgłowiu. Dotyk grubej tkaniny pozwolił jej poczuć się mniej przejrzystą, bardziej materialną. Przesunęła między palcami szorstką kotarę, przesyconą kurzem i znajomymi woniami zamku.

Noc w noc ten sam sen. Przez całe dzieciństwo budziła się przerażona, z twarzą mokrą od łez. Wtedy ojciec siadywał przy jej łóżku, jakby była synem. Stawiał kolejne świece w miejsce wypalonych i szeptem opowiadał jej swoje przygody z Ziemi Świętej. Mówił o piaszczystych morzach pustyni, rysował słowami krągłości meczetów, wspominał nawoływanie wiernych Saracenów do modlitwy. Wracał do aromatycznych przypraw, żywych kolorów i pikantnych potraw. Do oślepiającego blasku krwistoczerwonego słońca zachodzącego nad Jerozolimą.

Przez wiele lat te bezsenne godziny między zmrokiem a świtem wyglądały tak samo: siostra Alais spała tuż obok, a ojciec przeganiał demony. Nie wezwał mnichów w czarnych kapturach ani zabobonnych katolickich księży uzbrojonych w fałszywe symbole.

Ocalił ją własnymi słowami.

- Guilhem? - szepnęła.

Mąż jednak spał głęboko. Rozrzuciwszy szeroko ramiona, objął w posiadanie większą część łóżka. Na poduszce rysowały się wachlarzem jego ciemne długie włosy, pachnące dymem, winem i stajniami. Przez otwarte okno zaglądał księżyc. W jego bladym świetle Alai's widziała świeży zarost na policzkach męża. Łańcuch na jego szyi połyskiwał unoszony oddechem.

Cudownie byłoby, gdyby Guilhem się obudził, zapewnił ją, że wszystko będzie dobrze i nie ma czego się bać. Niestety, ani drgnął, a jej nie przyszło do głowy, by mu przerywać sen. Nie była strachliwa, lecz ponieważ brakowało jej doświadczenia i biegłości w sprawach małżeńskich, nie czuła się przy swoim wybranku całkowicie swobodnie. Gdy przypomniało jej się, co robili we wczesnych godzinach nocnych, spłonęła rumieńcem, choć przecież nikt ich nie widział. Przesunęła wzrokiem po jego mocnych, opalonych rękach i szerokich ramionach. Pod gładką skórą pulsowało życie. Długie godziny spędzał na doskonaleniu sztuki władania mieczem oraz przygotowaniach do turnieju.

Gubiła się w uczuciach, jakie w niej wzbudzał Guilhem. Serce pęczniało jej ze szczęścia, gdy na niego spoglądała, a gdy się do niej uśmiechał, świat wirował jej przed oczami. Z drugiej strony jednak nie podobało jej się wrażenie bezsilności, jakie ją zwykle przy nim ogarniało. Obawiała się, że miłość przemieni ją w istotę słabą i rozbitą. Nie wątpiła w swoją miłość do męża, lecz jednocześnie starała się zachować rezerwę.

Westchnęła ciężko. Pozostawała jej tylko nadzieja, że z czasem będzie łatwiej.

Czerń nocy nabrała szarawego odcienia, od czasu do czasu odzywał się jakiś ptak. Nadchodził świt. Nie da się już spać.

Alais usiadła i spuściła nogi z łóżka. Od kamiennej podłogi, zarzuconej szorstkimi matami, tchnęło chłodem.

Na palcach podeszła do kufra stojącego w rogu komnaty. Podniosła wieko, przełożyła woreczek z lawendą leżący na ubraniach. Wyjęła ciemnozieloną suknię bez żadnych ozdób i dygocząc lekko, weszła w nią, wsunęła ręce w wąskie rękawy. Podciągnęła do góry chłodną tkaninę, ciasno zasznurowała gorsecik na bieliźnie.

Miała siedemnaście lat i prawie rok była mężatką, ale jej ciało jeszcze nie rozkwitło kobiecymi krągłościami. Sukienka wisiała na niej luźno, wyglądała na własność starszej siostry. Alais wsparła się dłonią o stół i wsunęła stopy w miękkie skórzane pantofle. Na oparciu krzesła leżał jej ulubiony czerwony płaszcz. Brzegi miał lamowane haftem ułożonym w zawiły wzór niebieskich i zielonych kwadratów oraz rombów przeplatanych maleńkimi żółtymi kwiatuszkami. Sama je wyszywała, na dzień ślubu. Się-

czata z igłą w dłoni przez długie tygodnie, cały sierpień i wrzesień. Palce ją bolały, nieraz drętwiały od wieczornego chłodu, ale zdążyła na czas.

Obok kufra stał na podłodze jej panier, wiklinowy koszyk z woreczkiem na zioła i czystymi kawałkami płótna do zawijania poszczególnych ^ części roślin oraz narzędziami ogrodniczymi.

Zawiązała płaszcz pod szyją, do pochwy przy pasie wsadziła nóż, naciągnęła na głowę kaptur, zasłaniając rozpuszczone włosy, i z koszykiem w ręku cicho wymknęła się na pusty korytarz. Drzwi zamknęły się za nią z głuchym łoskotem.

* * *

Jeszcze nie minęła prima, więc wszyscy spali. Alais żwawo maszerowała korytarzem, kraniec płaszcza sunął miękko po kamiennej posadzce. Przeszła nad chłopcem śpiącym pod drzwiami komnaty, którą jej siostra Oriane dzieliła ze swoim mężem, i wkrótce dotarła do wąskich schodów.

Dobiegły ją odgłosy krzątaniny z kuchni mieszczącej się w podziemiach. Służba już dawno była na nogach. W pewnej chwili rozległo się suche klaśnięcie i zaraz po nim krótki krzyk - najwyraźniej jakiś nieszczęsny kuchcik naraził się kucharzowi, a ten miał ciężką rękę.

W jej stronę szedł chłopiec dźwigający ceber, zaledwie do połowy napełniony wodą dopiero co wyciągniętą ze studni.

- Bonjorn - uśmiechnęła się do niego Alais.

— Bonjorn, pani — odpowiedział chłopiec i spiekł raka.

- Przytrzymam ci drzwi. - Alais wyprzedziła go przed schodami.

- Mercé, pani - odezwał się chłopiec nieco śmielej. - Grand mercé.

W kuchni było gwarno i rojno. Z payrola, wielkiego kotła wiszącego nad paleniskiem, buchały kłęby pary. Któryś ze starszych służących wlał wodę do kotła i bez słowa oddal ceber chłopcu. Mały westchnął, spojrzawszy na Alais, przewrócił oczami i powędrował z powrotem do studni.

Na wielkim stole zajmującym środek kuchni stały zapieczętowane gliniane słoje z kapłonami i soczewicą oraz barweną, węgorzem i szczupakiem, leżały płócienne torby z puddingiem fogaca, pasztet z gęsi i solona wieprzowina. Na tace wysypano rodzynki, pigwę, figi i wiśnie. Jakiś chłopiec, dziewięcio-, może dziesięciolatek oparł łokcie na stole i z naburmuszoną miną przyglądał się zapasom. Stanowczo nie cieszyła go perspektywa spędzenia kolejnego dnia w gorącej kuchni przy kołowrocie obracającym rożen. Tuż przy otwartym palenisku, w sklepionym na kształt kopuły piecu chlebowym, żywym ogniem paliły się cienkie gałązki krzewów. Pierwszy wypiek pan de blat, białego chleba, stygł na blacie. Od jego zapachu ślinka ciekła do ust.

- Mogę dostać trochę chleba? - spytała Alais.

Kucharz podniósł na nią wściekłe spojrzenie. Kobieta w kuchni?! Ale gdy ujrzał, kto pyta, jego twarz rozjaśniła się uśmiechem, odsłaniającym rząd zepsutych zębów.

- Pani Alai's! - Otarł ręce fartuchem. - Benvenguda. Co za zaszczyt! Dawno pani do nas nie zaglądałaś. Brakowało nam pani odwiedzin.

- Nie chciałam zawadzać.

- Pani miałabyś zawadzać! Coś podobnego! To niemożliwe! - Jako dziecko Alai's spędzała w kuchni wiele czasu, obserwowała i pilnie się uczyła. Była jedyną dziewczynką, której kucharz, Jacques, pozwalał przekraczać próg swojego królestwa. - Czym mogę służyć, pani?

- Chciałabym trochę chleba. I może odrobinę wina.

- Pani, zechciej mi wybaczyć - Jacques zmierzył ją uważnym, pełnym troski spojrzeniem - czy aby przypadkiem nie wybierasz się nad rzekę? O tej porze? Bez towarzystwa? Taka wielka dama? Przecież jeszcze ciemno! Ludzie gadają...

Alais położyła mu rękę na ramieniu.

- Doceniam, że się o mnie troszczysz, ale martwisz się niepotrzebnie. Nic złego mi się nie przytrafi. Przyrzekam. Wkrótce będzie świtać. Drogę znam. Wrócę, zanim ktokolwiek zauważy moje zniknięcie.

- Czy pan Pelletier wie o tej wycieczce?

- Oczywiście, że ojciec o niczym nie wie. - Z uśmiechem położyła palec na ustach. -1 niech tak zostanie. Będę ostrożna.

Jacques nie wyglądał na przekonanego, ale więcej, niż zrobił, zrobić nie mógł. Zawinął w lnianą szmatkę grubą pajdę chleba i rozkazał kuchcikowi przynieść dzban wina.

Alais patrzyła na niego ze ściśniętym sercem. Kucharz poruszał się wolniej niż kiedyś, wyraźnie utykał.

- Czy noga ciągle ci dokucza?

- Eee tam, nie ma o czym mówić - skłamał.

- Opatrzę ci ją, jak wrócę. Coś mi się zdaje, że nie bardzo chce się goić.

- Nie jest tak źle, jak wygląda.

- Smarowałeś tą maścią na skaleczenia, którą ci zrobiłam? - Z wyrazu jego twarzy od razu odgadła odpowiedź.

Jacques rozpostarł wielkie dłonie.

- Jest co robić, pani. Tylu gości zjechało, setki gąb do wyżywienia, jeśli policzyć całą tę służbę, écuyers1 i dworzan, i damy dworu... nie mówiąc już o konsulach z rodzinami. A i niełatwo dzisiaj o dobre zaopatrzenie! Nie dalej jak wczoraj posłałem...

- Wszystko rozumiem - Alais wpadła mu w słowo - ale noga sama z siebie nie wydobrzeje. Cięcie było za głębokie.

Nagle zdała sobie sprawę, że w kuchni wyraźnie przycichło. Wszyscy obecni starali się słuchać ich rozmowy. Młodsi chłopcy, do tej pory dosy-piający przy stole, patrzyli z otwartymi ustami, jak ich srogi mistrz jest strofowany. I to przez kobietę!

Alais udała, że niczego nie dostrzegła, ale ściszyła głos.

- Pozwól, że w podziękowaniu za chleb i wino opatrzę ci nogę po powro-

cie. I to także utrzymamy w tajemnicy, ocl Tak będzie sprawiedliwie. — Nie miała pewności, czy nie posunęła się zbyt daleko, czy nie za bardzo spoufali-ła się z kucharzem, ale ten po chwili uśmiechnął się i zgodnie pokiwał głową.

-    Ben. Dobrze.

-    Wobec tego przyjdę, kiedy słońce będzie już wysoko na niebie i zajmę się twoją nogą. Dins d’abord. Do zobaczenia.

Gdy wyszła z kuchni i wspięła się na schody, usłyszała, jak Jacques donośnym głosem przypomina wszystkim, że czas ucieka i nie ma co się gapić bez pożytku, pora brać się do roboty. Uśmiechnęła się w duchu. Życie toczyło się swoim torem. Tak jak powinno.

* * *

Alai’s pociągnęła ciężkie drzwi prowadzące na główny dziedziniec i wyszła tam, gdzie już objawił się nowy dzień.

Liście wiązu rosnącego na samym środku zamkniętego podwórca, pod którego gałęziami wicehrabia Trencavel wymierzał sprawiedliwość, rysowały się czarniejszym cieniem na tle blednącej nocy. Między konarami pełno było gniazd skowronków i strzyżyków, ich szczebiot niósł się w świeżym powietrzu poranka.

Chateau comtal postawił sto lat temu z okładem dziadek Raymonda Rogera Trencavela. Z tego miejsca sprawował władzę nad swoimi rosnącymi terytoriami. Jego ziemie ciągnęły się od Albi na północy po Narbonne na południu i od Besiérs na wschodzie po Carcassonę na zachodzie.

Budowla stanęła wokół prostokątnego dziedzińca, w jej zachodniej części wykorzystano ruiny dawniejszej cytadeli. Ten fragment umocnień zamykał kamiennym pierścieniem cały gród, otoczony murem obronnym, wzniesionym wysoko nad rzeką Aude i moczarami.

Donjon, gdzie spotykali się konsulowie, gdzie podpisywano najważniejsze dokumenty i porozumienia, znajdował się w południowo-zachodnim narożniku dziedzińca i był doskonale strzeżony. W niepewnym świetle poranka rysował się pod murem nieokreślony kształt. Przyjrzawszy się dokładniej, Alai’s rozpoznała w nim zwiniętego w kłębek psa. Dwóch chłopców, przycupniętych jak kruki na żerdzi na skraju wybiegu dla gęsi, rzucało w niego kamieniami. W szarawej ciszy głośno niosły się stuknięcia kamyków o ziemię i głuche dudnienie pięt o drewniane belki zagrody.

Z zamku można było wyjść na dwa sposoby. Szeroką, łukowato sklepioną bramą zachodnią, która prowadziła wprost na trawiaste zbocze i zwykle była zamknięta, lub dużo węższą bramą wschodnią, nieledwie przesmykiem pomiędzy dwiema wysokimi basztami, przez którą wychodziło się prosto na ulice ciutat, samego grodu. Między piętrami wież można się było przemieszczać wyłącznie dzięki drabinom i zręcznie rozmieszczonym klapom w podłodze. Jako dziecko Alai's uwielbiała tu myszkować z chłopcami kuchennymi. Wygrywał ten, kto nic dal się złapać strażnikom. Alai's była szybka. I zawsze najlepsza.

Owinęła się szczelnie płaszczem, żwawym krokiem przecięła dziedziniec. Gdy przebrzmią! wieczorny dzwon, bramę ryglowano, a nocna straż nie przepuszczała nikogo bez pozwolenia wicehrabiego. Bertrand Pelletier, ojciec Alais, choć nie był konsulem, zajmował wyjątkową pozycję wśród mieszkańców zamku. Mało kto ośmielał się okazać mu nieposłuszeństwo.

Nie podobał mu się zwyczaj córki. Uważał, że samotne wycieczki poza mury grodu są dla niej niebezpieczne. Zwłaszcza w ostatnich dniach. Alais podejrzewała, iż jej mąż podziela zdanie ojca, choć nigdy głośno go nie wyraził. Niestety, ona tylko w tej bezimiennej zastygłej w bezruchu porze dnia czuła się wolna: jeszcze niezwiązana codziennymi obowiązkami, nie-obciążona rolami córki, siostry i żony. W głębi ducha sądziła, iż może liczyć na zrozumienie ojca. I tak, choć łamanie jego zaleceń sprawiało jej przykrość, nie potrafiła się wyrzec tych kilku chwil swobody.

Większa część nocnej straży przymykała oko na jej wycieczki. W każdym razie do niedawna. Natomiast odkąd zaczęły krążyć niepokojące plotki, garnizon znacznie wzmógł czujność. Z pozoru życie toczyło się bez większych zmian. Chociaż w grodzie od czasu do czasu zjawiali się uciekinierzy, ich opowieści o napaściach i prześladowaniach religijnych nie wydawały się bardziej alarmujące niż zwykle. Najeźdźcy pojawiający się znikąd, jak grom z jasnego nieba, byli od zawsze nieodłącznym elementem egzystencji poza murami ufortyfikowanych miast.

Guilhem nie wydawał się szczególnie przejęty wieściami o najnowszym konflikcie, a w każdym razie Alais nic podobnego nie dostrzegała. Nigdy zresztą nie rozmawiał z nią o takich sprawach. Oriane tymczasem twierdziła, że francuska armia krzyżowców i siły Kościoła przygotowują się wspólnie do ataku na ziemie Okcytanii. Jej zdaniem krucjatę wspierał papież i król francuski. Alais wiedziała z doświadczenia, że starsza siostra najczęściej opowiada takie historie po to, by ją zdenerwować, ale też mu-siała przyznać, iż Oriane często pierwsza w zamku znała najnowsze wieści. Nie dało się także nie zauważyć stale rosnącej liczby posłańców codziennie przybywających do zamku i ruszających w świat z pilnymi przekazami. Alais widziała również zmarszczki na twarzy ojca. Coraz głębsze i wyraźniejsze.

Sirjans d'arms przy bramie wschodniej czuwali dzielnie, choć oczy mieli czerwone ze zmęczenia. Srebrzyste hełmy o płaskiej górnej części dzwonu podsunęli wysoko. Zbroje kolcze w niemrawym świetle brzasku zdawały się matowe. Jeśli się do tego dodało zwisające z ramion tarcze i miecze ukryte w pochwach, straż wyglądała na gotową bardziej do spania niż do obrony.

Z bliska Alais rozpoznała w jednym z żołnierzy Bćrengera. Uśmiechnął się na jej widok szeroko i nisko skłonił głowę.

-    Bonjorn, pani Alais. Wcześnie wstałaś.

-    Nie mogłam spać - odparła pogodnie.

-    Jej mąż najwyraźniej nie wie, do czego jest noc - odezwał się żołnierz stojący nieopodal. Minę miał obleśną, twarz zeszpeconą znakami po ospie

i paznokcie obgryzione do krwi. Jego oddech cuchnął nieświeżym jadłem oraz kwaśnym piwem.

Alais udała, że go nie słyszy.

- Jak się czuje twoja żona? - spytała Bćrengera.

- Coraz lepiej, pani. Szybko wraca do siebie.

- A syn?

- Rośnie w oczach. Ale i tak lepiej go ubierać niż karmić?

- Jednym słowem, wdał się w tatusia! - Szturchnęła go w wystający brzuch..

- To samo mówi moja żona.

- Pozdrów ją ode mnie, dobrze?

- Pozdrowię, oczywiście. Ucieszy się na pewno. - Umilkł. - Jak się domyślam, chcesz pani wyjść z zamku?

- Tylko do citutat, może na chwilę nad rzekę. Niedługo wrócę.

-.Mamy nikogo nie wypuszczać - warknął drugi strażnik.

- Nikt cię nie pytał o zdanie! - uciszył go Berenger. - To nic nowego -powiedział, zniżając głos - ale sama wiesz, pani, jak się rzeczy mają. Jeśli coś ci się stanie i do twojego ojca dotrze wieść, kto cię wypuścił...

- Wiem, wiem - przerwała mu Alais miękko. - Ale naprawdę nie ma powodu do niepokoju. Nie urodziłam się wczoraj. Zresztą... - zerknęła na drugiego żołnierza, który właśnie dłubał w nosie i z zapamiętaniem wycierał palec w rękaw - nad rzeką nie spotka mnie nic gorszego niż ciebie tutaj!

Berenger roześmiał się szczerze.

- Obiecujesz mi, pani, że będziesz ostrożna, ć?

Alais pokiwała głową i lekko rozchyliła płaszcz, pokazując myśliwski nóż przy pasie.

- Będę ostrożna. Daję słowo.

Do przejścia miała dwoje drzwi. Berenger kolejno odsunął rygle, na końcu dźwignął dębową belkę zamykającą zewnętrzne skrzydło i uchylił je tylko na tyle, by Alais mogła się prześlizgnąć. Podziękowała mu uśmiechem, zanurkowała pod jego ramieniem i zniknęła.

1

giermków

ROZDZIAŁ 2

Alais wyszła z cienia pomiędzy basztami przy bramie wschodniej jak nowo narodzona. Była istotą wolną. Przynajmniej na jakiś czas.

Bramę z kamiennym mostem prowadzącym z chateau comtal na ulice Carcassony łączył drewniany mostek zwodzony. Trawa w suchej fosie błyszczała od rosy odbijającej szkarłatny blask wschodzącego słońca. Księżyc jeszcze wisiał na niebie, ale już bladł i ustępował przed brzaskiem. Alais szła szybkim krokiem, płaszcz zostawiał w pyle zawiły wzór. Miała nadzieję, że uda jej się uniknąć pytań strażników po drugiej stronie mostu - i rzeczywiście, szczęście jej dopisało. Żołnierze drzemali, w ogóle jej nie zauważyli. Szybko pokonała otwartą przestrzeń i zanurkowała w plątaninę wąskich uliczek. Skierowała się ku Tour du Moulin d’Avar, wieży w najstarszej części murów. Przez bramę w tej baszcie wychodziło się na ogrody warzywne oraz faratjals, pastwiska otaczające gród i podgrodzie Sant-Vicens. O tej porze była to najszybsza dyskretna droga ku rzece.

Zebrała i podciągnęła spódnice, ostrożnie mijając pozostałości rozpustnej nocy w taberna Sant Joan dels Evangélis. Poobijane jabłka, nadgryzione gruszki, kości oraz porozbijane garnce po piwie. Kilka kroków dalej w przejściu spał jakiś żebrak, z ramieniem przerzuconym przez wielkiego, skudłaconego psa. Przy studni trzech mężczyzn chrapało tak głośno, że zagłuszali ptasie trele.

Wartownik przy bramie nie wyglądał najlepiej, kasłał, zawinięty w płaszcz tak dokładnie, że nad brzeg wystawał tylko czubek nosa oraz krzaczaste brwi. Nie życzył sobie żadnych atrakcji. W ogóle nie chciał zauważyć Alais. Podsuniętą monetę chwycił brudną ręką, sprawdził zębami, a potem otworzył rygle i uchylił bramę, by się pozbyć intruza.

* ♦ ♦

Ścieżka prowadząca w dół, do barbakanu, była stroma i kamienista. Biegła między dwoma wysokimi palisadami z drewną, gdzie wiecznie panował półmrok, a teraz nie widać było prawie nic. Alais jednak znała tę drogę na pamięć, więc pokonała ją bez trudu. Okrążyła podnóże przysadzistej drewnianej wieży, podążając wzdłuż wartkiej strugi.

Podrapała sobie nogi o jeżyny, kolce czepiały się sukni. Zanim dotarła na sam dół, krawędź płaszcza pociemniała od wilgoci, a na czubkach pantofli pojawiły się mokre ciemne plamy.

Gdy tylko wyszła z cienia palisady na otwartą przestrzeń, odetchnęła pełną piersią. W dali, nad ciemnymi szczytami łańcucha Montagne Noire zawisł jasny obłoczek lipcowej mgiełki. Niebo na horyzoncie poróżowiało.

Czas jakiś stała, przyglądając się doskonałemu rysunkowi pól jęczmienia, pszenicy i owsa oraz lasom, ciągnącym się jak okiem sięgnąć. Czuła wokół obecność przeszłości. Przemawiały do niej wrogie i przyjazne duchy, opowiadały o minionych istnieniach, dzieliły się z nią sekretami. Łączyły ją z każdym, kto kiedyś stał na tym wzgórzu, i z każdym, kto kiedyś na nim stanie, zastanawiając się, co dla niego życie chowa w zanadrzu.

Nigdy nie odbyła podróży poza granice ziem wicehrabiego Trencavela. Trudno jej było sobie wyobrazić szare miasta północy - Paryż, Amiens czy choćby Chartres, gdzie przyszła na świat jej matka. Były dla niej tylko nazwami, pustymi dźwiękami, pozbawionymi ciepła i barw. Mieszkali tam ludzie posługujący się szorstkim językiem, langue d'oil. Choć jednak nie miała możliwości porównać swoich stron z innymi zakątkami świata, trwała w niezachwianym przekonaniu, iż nie ma na świecie drugiego miejsca tak pięknego jak trwające ponad czasem okolice Carcassony.

Między gęstymi zaroślami i kolczastymi krzewami dotarła na moczary na południowym brzegu rzeki Aude. Mokre spódnice lepiły jej się do łydek, więc od czasu do czasu musiała je odklejać. W pewnej chwili uświadomiła sobie, że jest niespokojna i idzie szybciej niż zwykle. Na pewno nie z powodu troski Jacques’a i Bćrengera! Po prostu akurat tego dnia czuła się osamotniona i słabsza niż zazwyczaj.

Pewien kupiec utrzymywał, jakoby w zeszłym tygodniu dostrzegł po drugiej stronie rzeki wilka. Wszyscy sądzili, że mu się przywidziało. O tej porze roku był to zapewne lis albo zdziczały pies. Teraz jednak, poza mu-rami miasta, opowieść wydawała się bardziej prawdopodobna. Alai’s odruchowo podniosła dłoń do noża. Chłodny metal dodał jej odwagi.

Przez chwilę kusiło ją, by zawrócić.

To byłoby tchórzostwo.

Ruszyła dalej przed siebie. Raz i drugi obejrzała się przez ramię, wystraszona jakimś niespodziewanym dźwiękiem, ale to tylko ptak zerwał się z gniazda albo węgorz plusnął na płyciźnie. Stopniowo się uspokajała.

Aude była szeroka i płytka, razem z dopływami przypominała wyglądem żyły na przedramieniu. Tuż nad powierzchnią wody unosiła się połyskująca mgiełka. Zimą rzeka toczyła swe wody szybko i gniewnie, napęcz-niała od lodowatych strumieni schodzących z gór, ale teraz, latem, płynęła wolno i spokojnie. Młynki solne, powiązane grubymi linami, obracały się niemrawo. Tworzyły na powierzchni grubą krechę sięgającą środka nurtu.

Muchy i komary jeszcze się nie zbudziły, dopiero za jakiś czas miały zawisnąć nad kałużami w kształcie czarnych chmur, toteż Alai's poszła skrótem przez nadbrzeżne błota. Ścieżkę znaczyły białe kamienic, które wska-

zywały właściwą drogę, by idący nie ześliznęli się w zdradliwe bagna. Szła, uważając na każdy krok, aż dotarła do lasu, kończącego się tuż pod zachodnimi murami grodu.

Zdążała na polankę ukrytą między wysokimi pniami, w miejscu, gdzie drzewa schodziły na sam brzeg rzeki. Tam, na zacienionych płyciznach, rosły najlepsze zioła.

Gdy tylko weszła do lasu, zwolniła kroku. Swobodnym gestem odgarniała pędy bluszczu zarastającego ścieżkę, z rozkoszą wdychała upajający zapach liści i mchu.

W gęstwinie nie widać było śladów człowieka, ale tętniła ona życiem, pulsowała barwami i dźwiękami, rozbrzmiewała świergotem ptaków. Odzywały się szpaki, strzyżyki i makolągwy, tu i tam trzasnęła gałązka lub zaszeleścił liść pod stopą. Pośród krzewów przemykały króliki, a ich białe ogonki podskakiwały między żółtymi, fioletowymi i niebieskimi letnimi kwiatami. Wysoko, na rozłożystych gałęziach sosen, harcowały rude wiewiórki, rozgryzały szyszki, a ze strącanych przez nie igieł dobywał się balsamiczny aromat.

Zanim Alais dotarła na polankę, bezdrzewną wysepkę w oceanie lasu schodzącego na brzeg rzeki, była już bardzo zgrzana. Z ulgą odstawiła pa-nidr, roztarta przedramię, gdzie rączka wpiła jej się w skórę i wreszcie zdjęła ciężki płaszcz. Powiesiła go na niskiej gałęzi wierzby, twarz i szyję otarła chusteczką. Dzban z winem wstawiła do jamy między korzeniami, żeby się trunek nie zagrzał.

Wysoko na niebie rysowały się mury chateau comtal z charakterystyczną smukłą sylwetką La Tour Pinte. Ciekawe, czy ojciec już się obudził, czy już jest z wicehrabią w jego prywatnych komnatach? Jej wzrok zbłądził w lewo od wieży strażniczej, szukała okna własnej komnaty. Czy Guilhem jeszcze śpi? Czy już się ocknął i spostrzegł jej nieobecność?

Zawsze ją zdumiewało, gdy tak spoglądała przez zielony baldachim liści, że miasto jest tak blisko. Dwa zupełnie różne światy, a jeden tuż obok drugiego. Tam, na ulicach grodu i w korytarzach zamku, panował gwar i ruch. Tutaj, w leśnym królestwie zwierząt, trwał odwieczny spokój.

Właśnie tutaj czuła się u siebie.

Zsunęła z nóg skórzane pantofle. Źdźbła trawy, cudownie chłodne i delikatne, ciągle jeszcze wilgotne od porannej rosy, łaskotały ją między palcami. W takiej chwili łatwo było zapomnieć o wszystkich obowiązkach czekających w grodzie.

Z narzędziami w ręku stanęła nad wodą. Niedaleko, na płyciźnie, ujrzała kępkę dzięgielu. Mocne proste łodygi sterczały jak zastęp żołnierzy ustawionych na straży rzecznego błota. Jasnozielone liście, niektóre większe niż dłoń Alai's, rzucały na wodę ruchomy cień.

Nie było na świecie lepszego środka, gdy chodziło p oczyszczenie krwi i ochronę przed zakażeniem. Przyjaciółka i nauczycielka Alais, Esclar-monde, powtarzała jej zawsze, iż należy zbierać pożyteczne rośliny przy każdej nadarzającej się okazji. Nawet jeśli dziś nie było w grodzie żadnej

choroby, kto wie, co przyniesie jutro? Człowiek nie zna dnia ani godziny. Jak wszystkie rady Esclarmonde, również i ta zasługiwała na uwagę.

Alai's podwinęła rękawy, przesunęła pochwę z nożem na plecy, splotła włosy w warkocz, żeby jej przy pracy nie spadały na twarz, w końcu zatknęła spódnice za gorsecik i weszła do wody. Z zimna dostała gęsiej skórki i straciła oddech. Po chwili jednak zaczęła się przyzwyczajać. Zanurzyła w wodzie kawałki płótna, rozłożyła je w równym rzędzie na brzegu i zaczęła ostrożnie wykopywać dzięgiel motyczką. Wkrótce miała w ręku pierwszą roślinę. Podzieliła ją na części, korzenie zawinęła w szmatkę i ułożyła na dnie koszyka, w następnej ukryła drobne żółtozielone kwiatki roztaczające charakterystyczną ostrą woń i włożyła do skórzanej sakwy. Łodygę oraz liście wyrzuciła. Wróciła na brzeg i zaczęła wykopywać następną roślinę. Nie minęło wiele czasu, a dłonie miała całe w zielonych plamach i ręce po łokcie umazane błotem. Za to dzięgiel został zebrany. Rozejrzała się dookoła, w poszukiwaniu innych przydatnych roślin. Nieco dalej w górę rzeki dostrzegła żywokost o szorstko włochatych, lancetowatych liściach i różowofioletowych dzwonkowatych kwiatach. Doskonały środek na siniaki, trudno gojące się rany i połamane kości. Postanowiła odłożyć zjedzenie śniadania jeszcze na kilka chwil. Wzięła narzędzia i ponownie zabrała się do pracy.

Skończyła dopiero, gdy paniér był pełny i nie zostało już ani kawałka czystego płótna.

Zabrała koszyk i wróciła na polanę, usiadła pod drzewem i z rozkoszą rozprostowała nogi. Plecy ją bolały, barki i palce zesztywniały, ale za to mogła się z czystym sumieniem pochwalić zbiorami. Sięgnęła po dzban wina. Korek ustąpił z cichym pyknięciem, nabrała w usta zimnego płynu. Odwinęła chleb, oderwała od pajdy spory kęs. Smakował dziwnie: trochę pszenicą i solą, ale też błotnistą rzeką i ziołami, był jednak wyśmienity. Dawno nie jadła czegoś tak dobrego.

Niebo przyoblekło się w delikatny błękit, kolor niezapominajek. Na pewno minęło już sporo czasu. Patrząc jednak na złoty słoneczny blask tańczący na powierzchni wody, gładzona podmuchem wiatru, nie umiała się zmusić do powrotu na zatłoczone, hałaśliwe ulice Carcassony, nie potrafiła się jeszcze wtopić w tłum mieszkańców zamku. Obiecując sobie solennie, że zbierze się za kilka chwil, położyła się na wznak i na moment zamknęła oczy.

* * *

Obudził ją głośny skrzek jakiegoś ptaka.

Usiadła gwałtownie. Nie wiedziała, gdzie jest. Spojrzała w górę, na na-krapianą złotem narzutę zielonych liści. Wtedy sobie przypomniała.

Zerwała się na równe nogi. Słońce stało już wysoko na bezchmurnym niebie. Za długo trwała jej nieobecność w zamku. Do tej pory na pewno ktoś zwrócił na to uwagę.

Rzuciła się do pakowania rzeczy. Pośpiesznie obmyła narzędzia i spryskała wodą kawałki płótna, żeby rośliny nie wyschły. Właśnie miała biec z powrotem, gdy kątem oka dostrzegła jakiś dziwny kształt w szuwarach. Przypominał gruby konar albo nawet pień... Osłoniła oczy przed słońcem, zadziwiona, że nie spostrzegła go wcześniej.

Nie, jednak nie. Kołysał się na powierzchni zbyt miękko, zbyt płynnie jak na kawał drewna.

Podeszła bliżej.

Teraz widziała zupełnie wyraźnie ciężką ciemną tkaninę wzdętą przez wodę. Zawahała się, lecz tylko na moment - ciekawość zwyciężyła. Weszła do wody, tym razem głębiej, aż za mielizny, bliżej głównego nurtu, który szybko toczył się ciemnym strumieniem. Im głębiej wchodziła, tym zimniejszy prąd ją zagarniał. Z coraz większym trudem utrzymywała równowagę. Wczepiła się stopami w śliski muł, woda zawirowała wokół jej białych ud, zmoczyła spódnice. Serce waliło dziewczynie jak młotem, dłonie spociły się ze zdenerwowania, ale wreszcie zobaczyła dokładnie.

- Payre Sant\ Ojcze Święty - wyrwało jej się z głębi serca.

Na powierzchni wody unosiło się ciało mężczyzny, zwrócone twarzą do dołu. Wokół niego dryfował wzdęty płaszcz. Topielec ubrany był w kurtę z brązowego aksamitu, z wysokim kołnierzem, obszytym czarną jedwabną taśmą, a na brzegach zdobionym złotą nicią. Na szyi połyskiwał gruby złoty łańcuch i coś jeszcze, jakby purpurowa wstęga? Ponieważ nie miał nakrycia głowy, czarne kręcone włosy, przetykane nitkami siwizny, utworzyły w wodzie kolistą wyspę.

Zbliżyła się jeszcze o krok. Na pewno poślizgnął się w ciemności, wpadł do wody i utonął. Już miała do niego sięgnąć, gdy uświadomiła sobie, że głowa trupa porusza się jakoś dziwnie. Alai’s znieruchomiała. Nie pierwszy raz widziała topielca. Ten miał skórę poznaczoną niebieskawymi i fioletowymi plamami, przywodzącymi na myśl sińce. Coś tu się nie zgadzało.

Najwyraźniej stracił życie, zanim znalazł się w wodzie. Ramiona rozrzucił szeroko, jakby chciał płynąć. Lewa ręka znalazła się bliżej Alai’s. Wzrok młodej kobiety przyciągnęło coś jasnego, barwnego, tuż pod powierzchnią wody. Jakieś uszkodzenie, nieregularne i nierówne, może znamię? Czerwone na brzegach, pośrodku białe.

Miejsce po kciuku.

Pod Alai’s ugięły się nogi. Mężczyźnie obcięto kciuk. Mało tego. Ten nierówny czerwony szlak na jego szyi to nie była wstęga, lecz głęboka cięta rana. Biegła od lewego ucha przez gardło, omal nie oddzieliła głowy od ciała. Strzępy skóry tańczyły wokół rozcięcia, powleczone zielonkawymi refleksami. W ranie ucztowały drobne srebrzyste rybki oraz czarne pijawki, już wielkie i napuchnięte.

Alai’s serce zamarło w piersi. Ogarnęło ją przerażenie. Gdy odzyskała zdolność ruchu, obróciła się i najszybciej jak zdołała ruszyła do brzegu. Stopy uciekały spod niej w śliskim mule, rzeka hamowała jej ruchy, ale

ona brnęła, byle dalej od trupa. Mokra była już do pasa. Przemoczona suknia krępowała jej ruchy, wciągała do rzeki.

Droga powrotna wydała jej się dwukrotnie dłuższa niż w przeciwną stronę, ale wreszcie wydostała się na suchy ląd. Zwymiotowała gwałtownie, żołądek zwrócił i wino, i chleb, i rzeczną wodę. Na czworaka wdrapała się wyżej, w cień drzew - tam bez siły upadła na ziemię. W głowie jej się kręciło, w ustach zaschło, nogi odmówiły posłuszeństwa. Nie chciała krzyczeć ani płakać, tylko otarła usta grzbietem drżącej dłoni. Wspierając się o szorstki pień wierzby, zdołała dźwignąć się na nogi. Ściągnęła płaszcz z gałęzi, wepchnęła ubłocone stopy w pantofle i nie dbając o resztę, pobiegła przez las, jakby ją goniło zło wcielone.

* * ♦

Gdy wypadła z lasu na moczary, uderzyła ją fala gorąca. Obudziły się już owady, muchy i komary sinymi obłokami zawisły nad kałużami po obu stronach ścieżki, gotowe zaatakować intruza.

Nogi miała jak z waty, oddech palił ją w piersiach, lecz mimo to biegła bez ustanku, opanowana jedną myślą: uciec jak najdalej i o wszystkim opowiedzieć ojcu.

Odruchowo skierowała się ku Porte de Rodez, bramie łączącej podgrodzie Sant-Vicens z samą Carcassoną.

Na ulicach było już tłoczno, więc z trudem torowała sobie drogę. Gwar rósł omal z chwili na chwilę, przybierał na sile w miarę, jak zbliżała się do wejścia do grodu. Usiłowała nie słyszeć wrzawy, myśleć tylko o dotarciu do bramy, rozpaczliwie przedzierała się przez ludzką ciżbę.

Jakaś kobieta dotknęła jej ramienia.

- Pani, twoja głowa - odezwała się cicho. Jej głos zdawał się dochodzić z daleka.

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że włosy ma znów rozpuszczone i w nieładzie. Narzuciła płaszcz na ramiona i naciągnęła kaptur na głowę. Była jeszcze w szoku i krańcowo wyczerpana, ale ostatnim przytomnym gestem otuliła się płaszczem, zakrywając poplamioną suknię.

Ludzie przepychali się, sprzeczali, pokrzykiwali. Alais kręciło się w głowie, obawiała się, że zemdleje. Zdołała przedrzeć się do ściany, oparła się o nią, pragnąc chwili wytchnienia.

Wartownicy przy Porte de Rodez przepuszczali większość mieszkańców grodu bez zbędnych formalności, ale zatrzymywali żebraków, Cyganów, Saracenów i Żydów, żądając odpowiedzi na pytanie o cel ich przybycia do Carcassony. Przeszukiwali bagaże podróżnych znacznie pilniej, niż nakazywała potrzeba i tak długo, aż kilka dzbanów z piwem lub parę monet zmieniło właściciela. Wtedy przechodzili do następnej ofiary.

Alais przepuścili bez słowa.

Na wąskich uliczkach grodu panował tłok i ścisk. Kogo tu nic było? Domokrążcy, kupcy i żołnierze, kowale i cyrulicy, jongleurs, żony kon-

sulów oraz ich służba, kaznodzieje i żywy inwentarz. Szła ze spuszczoną głową, pochylona, jakby walczyła z kąśliwym północnym wiatrem. Miała nadzieję, że nikt jej nie rozpozna.

Wreszcie ujrzała znajome sylwetki Tour du Major oraz Tour des Casernes - dwóch wież strzegących bramy wschodniej, zaraz potem jej oczom ukazał się chateau comtal w całej krasie.

Odczuła ogromną ulgę, gorące łzy napłynęły jej do oczu, a jednocześnie przepełniała ją złość na własną słabość. Zagryzła wargi aż do krwi. Wstyd jej było, że tak się dała ponieść emocjom, nie chciała płakać przy ludziach, okazać im dowody swojego braku odwagi.

Musiała koniecznie znaleźć ojca.