Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
TA HISTORIA PATRZY CI W OCZY. I JEST PIEKIELNIE GŁODNA
Po odejściu ojca świat Ji-won rozpada się na kawałki. Zdruzgotana matka szybko wchodzi w kolejny związek, sprowadzając do domu mężczyznę, którego Ji-won i jej siostra szczerze nienawidzą. Obrzydliwe zachowanie George’a sprawia, że w dziewczynie budzą się demony.
Wkrótce zaczynają ją dręczyć koszmary. Ji-won widzi w nich oczy. Soczyste, niebieskie i… zatrważająco apetyczne. Oczy o takim samym kolorze ma George. Mężczyzna zasługujący na wszystko, co najgorsze, za to, w jak ohydny sposób niszczy jej rodzinę.
Gniew i głód, które czuje Ji-won, rosną każdego dnia. W tym samym czasie miastem wstrząsa seria brutalnych morderstw, a granica między koszmarem a rzeczywistością zaczyna się niebezpiecznie zacierać.
BRUTALNIE POMYSŁOWY HORROR O MŁODEJ KOBIECIE ZAŚLEPIONEJ RZĄDZĄ ZEMSTY. ODWAŻNY, NOWY GŁOS NA LITERACKIEJ SCENIE WYRÓŻNIONY NOMINACJĄ DO GOODREADS CHOICE AWARDS.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 301
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Eyes Are The Best Part
Copyright © 2024 by Monika Kim Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Natalia Laprus, 2026
Redaktorka inicjująca i prowadząca • Agata Ługowska
Marketing i promocja • Agata Gać, Katarzyna Schinkel-Barbarzak
Redakcja • Małgorzata Sikora-Tarnowska
Korekta • Anna Gądek, Damian Pawłowski
Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała
Łamanie • Grzegorz Kalisiak
Projekt okładki • Mel Four
Adaptacja okładki i strony tytułowe • Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68889-80-2
Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
dla mojej ummy
Umma mówi mi, że oczy są najsmaczniejsze.
Obserwuję, jak nachyla się nad stołem jadalnianym, z włosami gładko zaczesanymi za uszy, jak jej zadbane palce pracują szybko i umiejętnie nad rybą na talerzu przed nią. Tak wiele razy przygotowywała obiad w ten sposób, że mogłaby to teraz robić z zamkniętymi oczami. Najpierw kroi rybę na pół, korzystając z metalowych pałeczek, by rozerwać mięso u góry, gdzie głowa łączy się z płetwami grzbietowymi, i ukazuje tym ruchem równy rządek malutkich, prawie niewidzialnych ości. Mięso wciąż paruje, ale moja matka zdaje się nic nie czuć. Szarpie kręgosłup, który w całości odchodzi, i odkłada go na bok, po czym wraca do pracy nad miękkim białym mięsem.
Kiedy kończy, ryba jest zupełnie rozłożona na części, jej kości leżą na niedużym stosie na serwetce obok talerza. Umma podnosi wzrok na Ji-hyun i mnie, na jej twarzy pojawia się uśmiech. Wiemy, co powie, ale i tak się krzywimy z poczucia dyskomfortu.
– Kto chce oko? – pyta, wskazując na talerz.
Ryba spogląda na nas pusto.
Ji-hyun, moja siostra, ma piętnaście lat i jest najbardziej wybredną w kwestii jedzenia osobą, jaką znam. Nie przełknie nawet pomidora bez odruchu wymiotnego; ich oślizgła konsystencja ją obrzydza. Za każdym razem, gdy nasza matka wspomina o rybich oczach, Ji-hyun robi się blada, a na jej czole pojawiają się połyskujące krople potu.
– Nie ma opcji. – Moja siostra potrząsa głową i odsuwa się od stołu. – Wolałabym umrzeć.
Ummy nie rusza odpowiedź Ji-hyun.
– Ji-won? – pyta. – A ty? Nie chcesz oka?
Wzdrygam się.
– Nie. Naprawdę nie chcę.
– Więcej dla mnie! – oznajmia radośnie Umma.
Chwyta metalowe pałeczki i unosi je wysoko, żebyśmy razem z Ji-hyun widziały małą białą kulkę pomiędzy dwoma smukłymi kawałkami metalu. Ma triumfalny wyraz twarzy, jej własne oczy lśnią, i zanim którakolwiek z nas będzie miała szansę ją zatrzymać, pakuje oko do ust.
– Jakie pyszne! – woła, po czym otwiera usta i pokazuje nam język. Srebrzyste plomby w jej zębach mienią się w świetle. – Widzicie? Umma nie kłamie. Naprawdę nie wiecie, co tracicie.
Posiłek jest teraz splamiony. Ji-hyun i ja wybieramy jedzenie spomiędzy kawałków ryby, starając się jej unikać, i skupiamy się tylko na ryżu gotowanym na parze i dodatkach. Wiem, że ryba była martwa jeszcze długo przed tym, jak matka wyjęła z jej głowy oko, ale jakoś wydaje mi się to zbyt ekstremalne.
Zanim Umma zaczęła to robić, nigdy nie miałam problemu z jedzeniem ryby. Gdy była na obiad, zajadałam się łapczywie, pochłaniałam każdy kawalątek mięsa pozostałego na kostkach. Teraz nie mogę nawet spojrzeć na rybę bez poczucia, że robię coś okrutnego. Ona widziała, czuła i myślała. Pewnie miała rodzinę, może nawet przyjaciół.
Niepomna naszych nastrojów, Umma gada jak najęta, wciskając kawałki ryby i ryż do ust. Nie przestaje mówić, nawet kiedy ma pełne usta, przez co na wpół przeżute kęsy ryżu co jakiś czas opadają na stół. Co gorsza, podnosi skórę ryby, przysmażoną na chrupiący brąz oraz ociekającą tłuszczem, i wkłada ją sobie do ust. Ta trzeszczy jej w zębach.
– To dlatego, że jesteście jeszcze młode – oznajmia ze śmiechem. – Kiedy byłam dzieckiem, nienawidziłam rzeczy typu rybia skóra czy oczy. Pewnie dlatego, że moi rodzice zmuszali mnie do jedzenia ich. Byliśmy biedni i nie chcieli niczego marnować. Powtarzali nam, że zjedzenie oka przynosi szczęście, ale nawet wtedy odmawiałam. Takie rzeczy zaczęły mi smakować potem, kiedy byłam starsza, kiedy przybyłam do Kalifornii i spotkałam waszego ojca...
Nagle milknie. Bez jej gadaniny panuje niezręczna i nieznośna cisza, która nad nami wisi. Ji-hyun i ja patrzymy po sobie kątem oka. Matka wspomniała o ojcu po raz pierwszy, odkąd pospiesznie wyprowadził się dwa tygodnie temu.
Umma odgarnia grzywkę z czoła, kąciki jej ust drgają, gdy je unosi. Wymuszony uśmiech. Wstaje, jej krzesło głośno szura po linoleum.
– To był genialny posiłek, prawda? – pyta. – Jestem tak pełna, że chyba pęknę.
Kiwam głową, utrzymując neutralny wyraz twarzy.
– Przepyszny.
Odkłada talerze do zlewu i puszcza wodę. Ji-hyun i ja słuchamy piszczenia kuchennej gąbki w dłoni naszej matki oraz chlupania wody uderzającej o powierzchnię zlewu. Następnie Umma bez słowa odchodzi i znika w swojej sypialni.
Nasze mieszkanie jest małe. Kuchnia i przestrzeń salonowa bezpośrednio ze sobą sąsiadują, a za rogiem znajdują się krótki korytarz i łazienka, którą wszystkie dzielimy. Za nimi są dwie sypialnie. Mieszkanie ma zaledwie sześćdziesiąt pięć metrów kwadratowych, dlatego wszystko tu słychać. Każdy szept, każdy krok, każde skrzypnięcie i każde spuszczenie wody.
Czekam, aż drzwi do pokoju Ummy się zamkną, po czym wstaję i biorę talerz, na którym leży w połowie zjedzona ryba z dziurą w miejscu, gdzie miała oko. Jest wciąż ciepła.
– Nie chcesz więcej, prawda? – pytam Ji-hyun.
Przekrzywia głowę, wpatrując się we mnie zmrużonymi oczami.
– Absolutnie nie.
Podchodzę do śmietnika i zrzucam resztki ryby z talerza, ząbki widelca zgrzytają o ceramikę. Ryba ląduje na fusach po kawie i wykręconych łupinach cebuli, skąd spogląda na mnie oskarżycielsko, jakbym to ja ją skrzywdziła. Gdyby Ji-hyun tu nie było, powiedziałabym: „To nie ja. Nie zrobiłam tego”.
Dopiero gdy zamyka się wieko śmietnika, czuję jakąś formę ulgi.
Jeśli mam być szczera, o tym, że ludzie jedzą rybie oczy, dowiedziałam się dwa tygodnie temu. Kiedy zobaczyłam to po raz pierwszy, byłam przekonana, że matka straciła rozum po odejściu mojego ojca.
Stało się to kilka dni po wyprowadzce Appy. Umma była niepocieszona. Szlochała nocą i choć starała się to ukryć przed Ji-hyun i przede mną, było to oczywiste. Rano miała oczy zaczerwienione i opuchnięte, a skórę na czubku nosa podrażnioną. Poza tym słyszałyśmy wszystko, jej ciche łkanie i niepokojące jęki, które niosły się przez cienką ścianę do naszej sypialni, gdzie Ji-hyun i ja leżałyśmy we wspólnym łóżku. Spojrzałyśmy na siebie, rozbudzone.
To Ji-hyun odezwała się pierwsza. Głosem tak cichym, że ledwo ją słyszałam, wyszeptała:
– Powinnyśmy coś zrobić?
– Nie – wymamrotałam. – Nie chcę jej zawstydzać.
Szczerze mówiąc, bałam się. Ji-hyun chciała, żebym przejęła ster, żebym odegrała rolę starszej siostry. I może powinnam. Ale sama myśl o wejściu tam i ujrzeniu matki leżącej na poduszce sprawiała, że było mi niedobrze. Chciałam spać, zignorować wszystko, co się dzieje. Za każdym razem, gdy zamykałam oczy, odgłosy szlochania matki przybierały na sile i wypełniały całą przestrzeń, póki nie było miejsca nawet na oddech.
Ji-hyun szturchnęła mnie łokciem.
– Co? – zapytałam.
– Appa wróci, prawda? – szepnęła Ji-hyun. – Nie zostawiłby nas tak.
Wbiłam wzrok w kołdrę.
– Nie uważasz, że nie zrobiłby czegoś tak okropnego? – ciągnęła Ji-hyun.
Znałam wtedy prawdę – że nasz ojciec nie wróci. Ale nawet w ciemności widziałam wyraz twarzy siostry, zmarszczki na jej czole. Tak mnie to bolało, że ją okłamałam.
– Oczywiście, że wróci.
Obróciła się na bok, twarzą do mnie, i przygryzła dolną wargę.
– Skąd taka pewność?
– Po prostu.
Uspokojona Ji-hyun skuliła się obok mnie jak ugotowana krewetka, jej stopy zwisały z łóżka. Głaskałam jej jedwabiste ciemne włosy, póki nie zasnęła. Obserwowałam, jak jej pierś faluje. Wyglądała na tak spokojną i odprężoną, że prawie nie czułam się winna. Długo po tym, kiedy matka zamilkła, dalej nie spałam, wsłuchiwałam się w chrapanie Ji-hyun obok mnie. Dopiero wtedy okropieństwo sytuacji znowu zawitało w moim sercu.
Następnego wieczoru mama przygotowała ucztę. Zaskoczyło nas to, jako że tamtego ranka była przygnębiona i pogrążona w letargu. Wróciła z pracy wcześniej, przeszła nad Ji-hyun i stertami pracy domowej na podłodze, po czym spędziła całe popołudnie, gorączkowo gotując. Pot ściekał jej z czoła. Wytarła go i zawołała nas wysokim głosem:
– Obiad gotowy!
Mieszkanie było zamglone od dymu. Słyszałam, jak matka chodzi w tę i z powrotem od kuchni do części dziennej, ale i tak byłam zdziwiona, że nasz niewielki prostokątny stół jadalniany – każdy jego centymetr – był zastawiony jedzeniem. Pośrodku znajdował się duży kamienny garnek wypełniony duszonymi żeberkami wołowymi, ulubionym daniem ojca. Obok znajdowała się cała ryba, smażona na głębokim tłuszczu; na serwetce pod nią widać było krople oleju. Zobaczyłam też tofu marynowane w sosie sojowym i jajko na parze ze szczypiorkiem, które drżało po poruszeniu stolikiem. Był też szeroki wybór kolorowych, domowej roboty dodatków: blanszowany szpinak w kolorze głębokiej zieleni, w całości zanurzony w oleju sezamowym; przyprawione kiełki soi, których żółciutkie główki wystawały tu i tam, oraz jadalne czosnkowe pędy paproci ugotowane do brązowości. Umma zrobiła nawet świeże kimchi, chrupiącą białą kapustę oprószoną jasnoczerwonymi płatkami gochugaru. Nie było miejsca, by oprzeć się łokciami. Oczami wyobraźni widziałam, jak stolik ugina się pod ciężarem naszego obiadu.
To dużo jedzenia jak na naszą trójkę, ale kiedy zobaczyłam dodatkowe nakrycie w miejscu, które zazwyczaj zajmował ojciec, zrozumiałam. Ji-hyun i ja usiadłyśmy tam gdzie zawsze, otoczone talerzami i miskami, i zaczęłyśmy jeść. Matka przycupnęła jednak na krawędzi krzesła, a w wiotkiej dłoni trzymała łyżkę. Była skoncentrowana na drzwiach wejściowych, jakby Appa miał przez nie wparować lada chwila.
Ji-hyun uniosła brwi, spoglądając na mnie, i skinęła głową w stronę spiętego ciała Ummy. Odchrząknęłam.
– Spędziłaś tyle czasu, gotując to wszystko. Powinnaś coś zjeść.
Umma niechętnie oderwała kawałek mięsa i położyła go na swojej porcji ryżu. Gdy zaczęła się zajadać parującą górą przysmaków, usłyszałyśmy ciche brzękanie dobiegające z korytarza za drzwiami. Odgłos kluczy. Umma podskoczyła i podbiegła do drzwi. Wstrzymałam oddech i obserwowałam, jak stoi z dłonią nad gałką. Czekałyśmy, aż gałka się przekręci. Zamiast tego piskliwy głos zawołał:
– Nie te drzwi, przepraszam!
To był sąsiad, rozkojarzony i zapominalski starszy mężczyzna, który usiłował otworzyć nasze drzwi przynajmniej raz w tygodniu. Umma osunęła się na podłogę, zakryła twarz dłońmi. Z jej ust wydobył się zduszony szloch. Ji-hyun i ja szybko do niej podeszłyśmy. Kiedy dotknęłam delikatnie jej ramienia, wzdrygnęła się. Obróciła głowę w moim kierunku i zobaczyłam, że starannie zaaplikowany wcześniej tusz do rzęs teraz ścieka po jej policzkach.
Ji-hyun i ja pomogłyśmy Ummie wstać i zaprowadziłyśmy ją z powrotem do stolika, gdzie usiadła, zwiędła jak spragniony kwiat. Miała rozczochrane włosy. Podniosła wzrok, najpierw na Ji-hyun, a potem na mnie, po czym zaczęła się śmiać. Ten odgłos był ostry i przerażający.
– Myślicie, że mam pecha? – zapytała Umma.
– Nie – odpowiedziała łagodnie Ji-hyun. Bała się, ściskała krawędź stolika. Jej knykcie zbielały. – Dlaczego pytasz?
Umma wzruszyła ramionami i wskazała na rybę na stole.
– Rybie oczy przynoszą szczęście. Jeśli zjem jedno, może to sprowadzi z powrotem waszego ojca.
Zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, Umma wyrwała oko z głowy ryby. Ciągle zwisały z niego jakieś galaretowate kawałki, płatki skóry i mięsa. Bez zawahania wrzuciła je całe do ust i zaczęła żuć. Ji-hyun i ja pisnęłyśmy w tej samej chwili.
– Wypluj to!
Ku naszemu przerażeniu Umma przełknęła, jej przełyk poruszył się przy wielkim kęsie. Nieświadoma naszego obrzydzenia, obróciła rybę na drugą stronę.
– Spójrzcie! Tu macie drugie oko! Kto chce spróbować?
Tofu niepewnie zadrżało, gdy Ji-hyun i ja odsunęłyśmy się od stolika. Krzesło Ji-hyun przechyliło się do tyłu i spadło z hukiem na podłogę.
Po raz pierwszy tego wieczoru Umma zaśmiała się szczerze.
– Nie zmuszę was do zjedzenia go – powiedziała, uśmiechając się przez łzy. – Jeśli już, to jestem wdzięczna, że nie chcecie spróbować. Wasza matka potrzebuje tyle szczęścia, ile to możliwe.
Prawda jest taka, że Appa odszedł, bo poznał inną kobietę. Wiem to, ponieważ na własne uszy słyszałam, gdy to mówił.
Był początek lipca. Minął już Dzień Niepodległości, ale ludzie wciąż odpalali fajerwerki w całym mieście. Obudziłam się przestraszona nagłym wybuchem i otworzyłam oczy akurat, żeby ujrzeć deszcz iskier za oknem i wolno wijący się dym w powietrzu. Z jękiem wygrzebałam się z plątaniny koców i odsunęłam rękę, którą Ji-hyun położyła na mojej piersi. W pokoju było duszno, co pogarszała bliskość ciała mojej siostry. Jakimś cudem ten huk jej nie obudził. Na zewnątrz usłyszałam podniesione głosy. Założyłam, że znowu kłócą się sąsiedzi. Potarłam twarz i się wsłuchałam.
Od razu zdałam sobie sprawę, że te głosy wcale nie dobiegają z dworu. Dochodziły z sypialni rodziców zaraz obok. Było po północy, choć to, że nie spali, nie było szczególnie dziwne, jako że ojciec często kładł się późno. Nietypowy był ton głosu matki. Nie byłam w stanie dokładnie zrozumieć tego, co mówiła, ale wiedziałam, że coś jest poważnie nie tak.
Umma była bierną, spokojną kobietą. Nigdy nie śmiała kłócić się z ojcem, który był w naszym domu zarówno królem, jak i bogiem. Jego słowo było niepodważalne; reszta z nas, jego pionki, robiła, co nam kazano.
Obudzona przystawiłam ucho do ściany. Słyszałam wyraźnie każde słowo: ostry i cierpki ton ojca oraz stłumiony głos matki, jakby ktoś trzymał ją pod wodą. Płakała.
– Ale dlaczego? – zapytała Umma. – Nie rozumiem, dlaczego chcesz odejść. Nie obchodzę cię? Nie obchodzą cię dziewczynki?
– Oczywiście, że obchodzą – warknął Appa. – Nie włączaj w to Ji-won i Ji-hyun. To nie ma z nimi nic wspólnego.
– Więc jaki masz powód? Naprawdę chodzi o mnie? Yeobo, proszę. Daj mi szansę to naprawić. Masz rację. Ostatnimi czasy nie byłam dla ciebie dobrą żoną. Teraz to rozumiem. Potrafię być lepsza. Będę lepsza.
Kiedy ich słyszałam, zaciskał się supeł w mojej piersi. Musiałam odsunąć się od ściany, przestać słuchać, ale jednocześnie przytłaczała mnie potrzeba wiedzy. Jak Appa odpowie? Co powie? Czekałam, wstrzymując oddech.
Głos ojca był tak cichy, że musiałam się wysilić, by go dosłyszeć.
– Nie mogę zostać – oznajmił. – Poznałem kogoś.
Po chwili ciszy rozległ się okropny odgłos. Na początku był powolny, ale zaczął przybierać na sile, póki nie pochłonął całego mieszkania. Zatkałam uszy, bo nie byłam w stanie w pełni zrozumieć, co się dzieje.
Matka wyła. Jej płacz był tak pełen bólu, że włosy na karku stanęły mi dęba, i obróciłam się w stronę Ji-hyun, pewna, że się obudziła. Ale jej oczy pozostawały zamknięte. Wpełzłam pod kołdrę obok niej, miałam gorącą i drażliwą skórę.
Nie chciałam dłużej słuchać. Nie chciałam dłużej się dowiadywać. Chciałam tylko zasnąć, zapomnieć. Ale przez resztę nocy wybrzmiewał szloch matki. Zastanawiałam się, jak ojciec potrafi to znieść, leżąc obok niej. Nawet kiedy próbowałam stłumić dźwięki jej płaczu, przyciskając poduszkę do głowy, i tak miałam wrażenie, że jest ze mną w pokoju.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
