Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 07.07.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
„Mistrzowska” — Guardian
„Powrót literackiej tytanki” — Telegraph
„Dziesięć lat pracy — i warto było czekać każdą minutę!” — Elle
„Miłość, śmierć, macierzyństwo — wszystko tu jest, a niewielu potrafi opisać to tak dobrze jak Adichie.” — GQ
„Czyta się jak feministyczną Wojnę i pokój. Wspaniała powieść.” — Sunday Times
Wybrana jako Książka Roku 2025 przez: Sunday Times, Guardian, Observer, Financial Times, Independent, Telegraph, GQ i Cosmopolitan.
„Bilans snów” to poruszająca, pełna emocji opowieść o czterech kobietach: Chiamace, Zikorze, Omelogor i Kadiatou, których losy splatają się w pytaniu o naturę miłości, szczęścia i uczciwości wobec samych siebie. To refleksja nad wyborami, które nas definiują, nad więziami matek i córek oraz nad światem, w którym każdy gest odbija się echem w życiu innych.
Adichie, z charakterystyczną przenikliwością i pięknem języka, kreśli historię pulsującą intensywnością i prawdą. To potwierdzenie jej miejsca wśród najbardziej wpływowych i błyskotliwych autorek współczesnej literatury.
„Bilans snów” to jednocześnie intymna i bezlitosna opowieść o kobiecie rozdartej między kontynentami i klasami społecznymi. To studium związku, w którym czułość miesza się z pogardą, a intelekt staje się narzędziem dominacji. Adichie – jedna z najważniejszych pisarek globalnego feminizmu – pokazuje, jak władza przybiera subtelne, intymne formy. Daje portret klasy, władzy i emocjonalnej zależności w świecie po utracie złudzeń.
PAULINA MAŁOCHLEB, KSIĄŻKI NA OSTRO
Nowa powieść Adichie zachwyca i wciąga w splot czterech pięknych kobiecych historii. W czasie lektury śmiałam się, oburzałam i płakałam na przemian. Czy może być coś lepszego?
AGATA ROMANIUK, AUTORKA
Warto było czekać ponad dekadę! Najnowsza powieść Adichie, będąca współczesną wersją hymnu na cześć przyjaźni i siostrzeństwa, uwodzi – jak to zawsze w przypadku Chimamandy – językiem, konstrukcją, stylem, a przede wszystkim opowieścią o pełnokrwistych, nieoczywistych bohaterkach. Humor zderza się tu z powagą, ciemność z przebłyskami jasności, pesymizm z dużą dawką nadziei. Jednym słowem: powrót w najlepszym stylu.
MICHAŁ NOGAŚ, TRÓJKA – PROGRAM 3 POLSKIEGO RADIA
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 597
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: DREAM COUNT
Copyright © 2025, Chimamanda Ngozi Adichie
All rights reserved
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Wydawczyni: Monika Długa
Redakcja: Maria Fredro-Smoleńska
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski
Projekt okładki: Jo Thomson © HarperCollinsPublishers Ltd 2025
Adaptacja okładki: Anna Pol
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Jagoda Świegot
ISBN: 978-83-8441-305-0
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Pamięci mojej pięknej, ukochanej matki,Grace Ifeomy Adichie (z domu Odigwe) 29 LISTOPADA 1942 – 1 MARCA 2021Uwa m uwa ozo, i ga-abu nne m
Zawsze pragnęłam, by jakaś inna istota ludzka poznała mnie tak prawdziwie. Bywa, że latami nosimy w sobie tęsknoty, których nie potrafimy nazwać. Aż pewnego dnia na niebie pojawia się pęknięcie, rozszerza się i odsłania nas przed nami samymi, tak jak zrobiła to pandemia. To właśnie podczas lockdownu postanowiłam przyjrzeć się własnemu życiu i nazwać rzeczy, które od dawna pozostawały nienazwane. Na początku przyrzekłam sobie, że wykorzystam tę zbiorową izolację najlepiej, jak się da: skoro nie mam innego wyboru, jak tylko pozostać w domu, będę codziennie nawilżać swoje cienkie włosy, wypijać osiem dużych szklanek wody, biegać na bieżni, sypiać długo i głęboko oraz nakładać na twarz odżywcze serum. Spiszę na nowo relacje z podróży na podstawie starych, niewykorzystanych notatek, a jeśli lockdown potrwa dostatecznie długo, może w końcu uda mi się zebrać materiał do książki. Jednak już po kilku dniach wszystko się posypało. Słowa i ostrzeżenia wirowały i kotłowały mi się w głowie, a ja miałam wrażenie, że ludzkość w zawrotnym tempie cofa się do pradawnej ery chaosu, która powinna już dawno przeminąć. Nie dotykaj twarzy; myj ręce; nie wychodź na zewnątrz; spryskuj powierzchnie środkiem dezynfekującym; myj ręce; nie wychodź na zewnątrz; nie dotykaj twarzy. Czy mycie twarzy liczyło się jako dotykanie? Zawsze używałam do tego celu specjalnej ściereczki, ale pewnego ranka musnęłam policzek dłonią i zamarłam, a woda z kranu płynęła dalej. Przecież to i tak bez znaczenia, ja i tak nawet nie wychodzę na zewnątrz, ale co oznaczało „nie dotykaj twarzy” i „myj ręce”, skoro nikt nie wiedział, jak to się zaczęło, kiedy się skończy i czym w ogóle jest? Codziennie budziłam się pełna niepokoju, serce biło mi jak oszalałe, niezależnie od mojej woli, czasami przyciskałam dłoń do klatki piersiowej i przez chwilę ją tam trzymałam. Byłam sama w swoim domu w Maryland, pośród podmiejskiej ciszy i upiornie pustych dróg obsadzonych drzewami, które same zdawały się zamierać wskutek panującego wokół bezruchu. Nie przejeżdżały tamtędy żadne samochody. Wyglądałam przez okno i widziałam, jak stado jeleni przemierza polanę przed domem. Było ich około dziesięciu, a może piętnastu, a nie jakiś jeden samotny jeleń, którego od czasu do czasu widywałam, jak nieśmiało przeżuwał trawę. Bałam się ich, ich niezwykłej śmiałości, jakby mój świat miały teraz opanować nie tylko jelenie, ale także inne, nieznane mi stworzenia. Czasami niemal niczego nie jadłam, zaglądałam tylko do spiżarni, żeby poskubać krakersy, a innym razem wyciągałam zapomniane torebki mrożonych warzyw i gotowałam fasolę w pikantnym sosie, która przypominała mi dzieciństwo. Bezkształtne dni zlewały się ze sobą i miałam wrażenie, że czas przestał posuwać się do przodu. Bolały mnie stawy, mięśnie pleców i szyja, jakby moje ciało aż nazbyt dobrze wiedziało, że nie jesteśmy stworzeni do takiego życia. Nie pisałam, bo nie potrafiłam pisać. Ani razu nie włączyłam bieżni. Podczas rozmów przez Zoom głosy wszystkich odbijały się echem, sięgaliśmy, ale nie zdołaliśmy dotknąć, a dystans między nami jeszcze bardziej się zwiększał.
MOJA NAJLEPSZA PRZYJACIÓŁKA Zikora, która mieszka niedaleko Waszyngtonu, zadzwoniła pewnego popołudnia i powiedziała, że jest w Walmarcie i kupuje papier toaletowy.
– Wyszłaś z domu! – niemal krzyknęłam.
– Mam na sobie dwie maski i rękawiczki – odparła. – Policja zawiaduje kolejką po papier toaletowy, wyobrażasz sobie? – Zikora przeszła na język igbo i mówiła dalej. – Ludzie krzyczą na siebie. Naprawdę boję się, że ktoś zaraz wyciągnie broń. Ten Biały przede mną wygląda podejrzanie; przyjechał wielką ciężarówką i na głowie ma czerwoną czapkę.
Nigdy nie rozmawiałyśmy wyłącznie w igbo – co rusz wtrącałyśmy angielskie słowa – ale Zikora czujnie omijała angielszczyznę na wypadek, gdyby ktoś obcy nas podsłuchał, i teraz brzmiała sztucznie, jak w kiepskim serialu o przedkolonialnych czasach. Mężczyzna prowadzący wielką łódź desantową, w czapce barwy krwi. Zaczęłam się śmiać, ona też zaczęła się śmiać i poczułam chwilową ulgę, powrót sił.
– Szczerze mówiąc, Zikor, nie powinnaś była wychodzić.
– Ale potrzebny nam papier toaletowy.
– Chyba nadszedł czas, żebyśmy zaczęły myć sobie tyłki – stwierdziłam, po czym chórem dodałyśmy: – Jesteś nieczysta!
Od lat opowiadam tę historię – o Abdulu, naszym stróżu w Enugu – smukłym Abdulu w długiej galabiji, który pewnego wieczoru szedł do latryny na tyłach domu, trzymając plastikowy dzbanek z wodą, a potem odwrócił się i spokojnie mi powiedział: „Wy, chrześcijanie, używacie papieru po skorzystaniu z toalety. Jesteście nieczyści”.
PODCZAS RODZINNEJ ROZMOWY NA ZOOMIE powiedziałam:
– Dziś w Ameryce największym przestępstwem jest zakłócanie porządku w supermarketach, w których ludzie stoją w długich kolejkach, by kupić papier toaletowy. Policja jest teraz bardzo zajęta pilnowaniem kolejek po papier toaletowy w całym kraju.
Miałam nadzieję, że wszyscy się roześmieją – kiedyś bardzo często się śmialiśmy – ale tylko ojciec to zrobił. Bracia byli o krok od kolejnej kłótni.
– Nigdy nie rozumiałam, dlaczego Amerykanie mówią na to papier – powiedziała matka. – Papier toaletowy. To brzmi tak nieprzyjemnie. Dlaczego nie chusteczki toaletowe albo coś w tym rodzaju?
Rozmawialiśmy przez Zoom co drugi dzień – moi rodzice w Enugu, mój jeden brat Afam w Lagos, a drugi, jego bliźniak Bunachi, w Londynie. Każda rozmowa była niczym pochmurny dzień, ponury i brzemienny w nowe złe wieści.
Rodzice mówili o śmierci, o umierających i zmarłych, a moi bracia przerzucali się bezczelnie złośliwościami, nie dbając już o to, by kryć przed rodzicami wzajemną wrogość. Wyglądało tak, jakbyśmy nie mogli już być sobą, ponieważ świat nie był sobą. Rozmawialiśmy o liczbie przypadków w Nigerii, rosnącej z dnia na dzień, stan po stanie, jak w makabrycznym wyścigu. Najwięcej odnotowano na razie w Lagos, a na drugim miejscu w Cross River. Afam wysłał nam filmik z karetką pogotowia na swoim osiedlu, która pędzi ulicą z włączoną syreną, i opatrzył go podpisem „trafiony, zatopiony”. Bunachi powiedział, że lekarze w Wielkiej Brytanii wkrótce zostaną bez kombinezonów ochronnych, ponieważ ludzie, którzy je produkowali w Chinach, nie żyją. Zawsze dołączałam do rozmowy jako ostatnia i udawałam, że rozmawiałam wcześniej z redakcją, podczas gdy w rzeczywistości tylko wpatrywałam się w telefon i zbierałam na odwagę, by kliknąć „Dołącz”. Rodzice wrócili do Nigerii z Paryża tuż przed wprowadzeniem lockdownu, a matka lubiła powtarzać: „Wyobraźcie sobie, co by było, gdybyśmy utknęli w Europie. Nasi rówieśnicy padają od tej choroby jak muchy”.
– Wyobraźcie sobie, jaka byłaby katastrofa, gdybyśmy mieli tak wysoki wskaźnik śmiertelności jak Europa – stwierdził ojciec.
– Bóg ratuje Nigerię. Inaczej nie da się tego wyjaśnić – odezwał się Afam.
– Po prostu magia – rzucił z przekąsem Bunachi. Po czym dodał: – Europa po prostu prowadzi rzetelne statystyki zgonów spowodowanych koronawirusem.
– Nie, nie, nie – zaprotestował ojciec. – Gdybyśmy mieli tak dużą umieralność, nie zdołalibyśmy tego ukryć. Nie jesteśmy na to dostatecznie zorganizowani; nie jesteśmy jak Chiny.
– Jezu, Maryjo i Józefie święty! Wszystkie te liczby to ludzie, ludzie – powiedziała matka. Twarz miała odwróconą, patrzyła na ekran telewizora.
– Dzisiaj rano zabrałem łyżkę do bankomatu – oznajmił Afam.
– Łyżkę? – zapytała matka, znów przodem do nas.
– Po prostu nie chciałem dotykać tej maszyny, więc wprowadziłem kod za pomocą łyżki, a potem ją wyrzuciłem – wyjaśnił Afam.
– Nie założyłeś rękawiczek? – dopytywała matka.
– Założyłem, ale kto wie, może koronawirus przez nie przenika? – odparł Afam.
– Wirus ginie w ciągu kilku sekund na twardych powierzchniach. Po prostu zmarnowałeś łyżkę – odezwał się Bunachi, jak zawsze wszechwiedzący. Kilka dni wcześniej oznajmił, że respirator nie jest właściwym rozwiązaniem w przypadku koronawirusa. Był księgowym.
– Ale nie powinieneś był wychodzić z domu, Afam – upomniał syna ojciec. – Po co ci w ogóle gotówka? Wy się tam przecież dobrze zaopatrzyliście.
– Potrzebuję gotówki. W Lagos panuje napięta atmosfera – odparł Afam.
– Jak to napięta? – chciał wiedzieć Bunachi, ale Afam nie zwracał na niego uwagi, dopóki ojciec nie zapytał:
– Co masz na myśli, mówiąc „napięta atmosfera”?
– Na osiedlach na wyspie zbierają się tłumy, które domagają się pieniędzy i żywności. Wiecie przecież, że wiele osób żyje z dnia na dzień i nie ma żadnych rezerw. Wszyscy ci uliczni handlarze. Widziałem film, na którym ktoś z tłumu mówił, że nie chcą lockdownu, że to bogacze wyjeżdżają za granicę i zarażają się koronawirusem, a ponieważ przed lockdownem to oni prali ich ubrania i pompowali opony w ich samochodach, to teraz powinni ich nakarmić. Szczerze mówiąc, jest w tym pewna logika.
– Nie ma w tym żadnej logiki. To po prostu chuligani – stwierdził Bunachi.
– Są głodni – powiedział Afam. – Ja nawet poszedłem na piechotę do bankomatu. Słyszałem, że jeśli odważysz się wyjechać drogim samochodem, będą cię gonić z kijami.
Mieszkał na osiedlu okazałych domów, gdzie goście potrzebowali specjalnych kodów dostępu, by otworzyć elektroniczne bramy wejściowe. Następnego dnia powiedział, że tłum pobił strażników i walił w bramy, próbując wyłączyć system bezpieczeństwa.
– Rozpalili ogień tuż przy wejściu – dodał. – Osiedlowa grupa na WhatsAppie jeszcze nigdy nie była tak aktywna. Zbieramy pieniądze i zastanawiamy się, jak najlepiej je im przekazać.
– Nadal uważasz, że są nieszkodliwi? – zapytał Bunachi.
– Nie mówiłem, że są nieszkodliwi. Powiedziałem, że są głodni – odparł Afam.
Widzieliśmy za nim siwy dym unoszący się na wieczornym niebie. Afam wyglądał krucho i niezbyt pewnie, gdy tak stał na marmurowym balkonie przy wysokiej roślinie w donicy. Roślina była tak zielona, a liście tak bujne, że zaskoczyło mnie wspomnienie czasów, kiedy życie toczyło się normalnie, a mój brat, pan własnego losu, prowadził swoje firmy, młody ważniak z Lagos trzymający władzę. Teraz stał tam, podczas gdy jego żona zabarykadowała dwójkę dzieci w kuchni, bo kuchnia miała najwytrzymalsze drzwi. Próbował zgrywać nieustraszonego, co tylko sprawiało, że wyglądał na przestraszonego, a ja pomyślałam, jak strasznie kruche jest każde z nas i jak łatwo zapominamy o tej kruchości. Głośny huk rozdarł powietrze i podskoczyłam, niepewna przez chwilę, czy dochodził z ekranu Afama, czy zza mojego okna.
– Słyszeliście to? – zapytał Afam. – Jakiś wybuch przy bramie.
– To nic poważnego – uspokoił nas ojciec. – Pewnie wrzucili puszkę środka owadobójczego do ognia.
– Afam, wejdź do środka i pozamykaj wszystkie drzwi – poleciła matka.
Chcąc zmienić temat, powiedziałam, że witamina C w dużych dawkach wyprzedana, nie da się jej kupić online. Na co wszechwiedzący Bunachi oczywiście odparł, że witamina C nie chroni przed wirusem, ale prześle nam przepis na napar ze świeżej bazylii, który powinniśmy codziennie wdychać.
– Nikt nie ma świeżej bazylii – warknął Afam.
Bunachi zaczął recytować najnowsze statystyki dotyczące zgonów w poszczególnych krajach, na co oznajmiłam, że pada mi bateria, i się rozłączyłam. Wysłałam Afamowi wiadomość tekstową, kończącą się rzędem czerwonych serduszek: „Trzymaj się, stary, wszystko będzie dobrze”.
MOJA KUZYNKA OMELOGOR powiedziała, że w Abudży nic takiego się nie dzieje, Abudża to łagodniejsza wersja Lagos, jak zawsze, jakby Lagos, wyblakłe od słońca, zostało pozbawione składników odżywczych.
– Jedni umierają, a inni organizują urodziny – stwierdziła.
– Co?
– Szef sztabu prezydenta zmarł wczoraj na koronawirusa, a dziś rano Ejiro zaprosiła mnie na imprezę. Odpowiedziałam, że jeśli miałabym ryzykować śmierć, wybrałabym lepszy sposób niż jej urodziny.
Słowa „zmarł” i „śmierć” wypowiedziane przez Omelogor zabrzmiały dziwnie, ponieważ rzadko wspominała o objawach czy liczbie zmarłych. Opowiadała o tym, jak oklejała kartony zupek Indomie mocną taśmą przed pozostawieniem ich przed bramą domu dziecka; albo o zwiększeniu ruchu na swojej stronie internetowej „Tylko dla mężczyzn” od wprowadzenia lockdownu, o większej liczbie unikalnych użytkowników z różnych krajów, z których wielu prosiło ją, by nagrała film i w końcu ujawniła swoją tożsamość.
– To niemal intymna prośba – stwierdziła Omelogor ze śmiechem w głosie. Spośród wszystkich bliskich mi ludzi Omelogor najbardziej wydawała się niezmiennie sobą, niepokonana przez tę wspólną niewiadomą; za każdym razem wyglądała na wypoczętą, zadbaną i pełną planów na przyszłość. – Chia, to minie. Ludzkość przetrwała już niejedną plagę – mawiała często, wyczuwając moje przygnębienie, a jej ton dodawał mi otuchy, mimo że słowo „plaga” z jakiegoś powodu kojarzyło mi się z pijawkami.
– Nie nazywaj tego plagą – odparłam.
Czasami w ogóle ze sobą nie rozmawiałyśmy, opierałyśmy telefony o książki albo kubki i wymieniałyśmy się ciszą i odgłosami z otoczenia. Tylko z Omelogor cisza dawała się znieść. Podczas rozmów przez Zoom z przyjaciółmi cisza jawiła mi się jako porażka, więc gadałam bez przerwy, myśląc o tym, jak szybko potrafimy się dostosować – lub udawać, że się dostosowujemy – do życia ograniczonego do ekranu i dźwięku. Zikora powiedziała, że lubi pracować w domu, w łóżku, bo słyszy wysokie piski Chidery dochodzące z salonu i niskie, kojące tony głosu jej matki. Chidera tak bardzo płakał i prosił, by zabrać go na plac zabaw, że w końcu po raz pierwszy w życiu pozwoliła mu oglądać bajki. Kiedy zaczęła się pierwsza kreskówka, chyba się wystraszył, ale teraz siedział jak zahipnotyzowany przed telewizorem i płakał, kiedy mama wyłączyła odbiornik. LaShawn z Filadelfii piekła chleb na zakwasie i zostawiała na schodach talerze ze smażonym kurczakiem dla swojej matki, która odbywała kwarantannę na piętrze, bo nie chciały ryzykować. Hlonipha z Johannesburga przyznała, że odłączyła Wi-Fi i malowała akwarele, ale zrobiło jej się smutno, bo wydawały się zbyt wodniste, zbyt wyblakłe. Lavanya z Londynu ciągle piła czerwone wino, wznosząc butelkę w stronę monitora, gdy napełniała kieliszek. Jej sąsiadka zmarła na covid. To była starsza pani, która mieszkała sama z psem. Po jej śmierci nikt zwierzaka nie zabrał, a Lavanya słyszała jego szczekanie i serce jej pękało, ale nie wiedziała, czy psy też mogą zarazić się koronawirusem.
Wkrótce rozmowy przez Zoom przerodziły się w mieszankę halucynacyjnych obrazów. Pod koniec każdego połączenia czułam się bardziej samotna niż przedtem, nie dlatego, że rozmowa się skończyła, ale dlatego, że w ogóle do niej doszło. Te rozmowy przypominały mi o wszystkim, co straciłam. Pragnęłam usłyszeć oddech innej osoby tuż obok mnie. Śniłam, że przytulam matkę w przedsionku naszego domu w Enugu, i budziłam się zaskoczona, ponieważ na jawie wcale o tym nie myślałam. Chciałam nie być sama. Gdyby tylko Kadiatou zgodziła się przywieźć Bintę i poddać się kwarantannie razem ze mną. Rozumiałam jednak, że chce pozostać w swoim mieszkaniu, nawet jeśli bardzo się o nią martwiłam. Kilka dni przed wprowadzeniem lockdownu powiedziała: „Czekam w swoim mieszkaniu”. „Czekam”. Wszyscy naprawdę czekaliśmy. Lockdown był nieznanym oczekiwaniem na nieznany koniec, a u Kadiatou sytuację dodatkowo pogarszał nieposkromiony ból. Dzwoniłam do niej codziennie, a kiedy nie odbierała, dzwoniłam do Binty, by upewnić się, że wszystko w porządku. Rozmawiałyśmy przez WhatsApp, ponieważ nie korzystała z Zooma. „Co u ciebie, Kadi?” – pytałam, a ona odpowiadała: „Dobrze, dzięki Bogu”. Czasami mówiła: „Pani Chia się o mnie nie martwi” – cichym głosem, nie chcąc robić zamieszania. A przecież zaledwie kilka tygodni wcześniej ten sam głos, podniesiony w popłochu, krzyczał przez telefon: „On wyśle ludzi, żeby mnie zabili! On wyśle ludzi, żeby mnie zabili!”. Nie zgodziła się na terapię, potrząsała głową i powtarzała: „Nie rozmawiam z obcymi, nie rozmawiam z obcymi”. Chciała tylko, żeby proces się skończył, ale sądy teraz nie działały i martwiłam się, że uwięziona w zawieszeniu może pogrążyć się w mroku.
– Jak ja po tym wszystkim znajdę pracę? Jak znajdę pracę? – pytała mnie, a brzmiało to tak przygnębiająco, że chciało mi się płakać.
– Po procesie możesz otworzyć własną restaurację, Kadi – odparłam.
– Po koronawirusie nikt nie będzie chodził do restauracji – stwierdziła beznamiętnie.
Podczas jednej z rozmów zaskoczyła mnie agresja Kadiatou.
– Pani Chia nie wysyła mi więcej pieniędzy. Już dość od pani dostałam.
Nigdy wcześniej nie zwracała się do mnie takim tonem. Po obu stronach ekranu zapadła pełna napięcia cisza.
– Dobrze, Kadi – powiedziałam w końcu.
Rozłączyła się bez pożegnania, a ja odczekałam kilka dni, zanim zadzwoniłam do niej ponownie. Za każdym razem, gdy pytałam Bintę: „Jak się ma twoja mama?”, odpowiadała to samo: „Płacze w nocy”.
Nikt już nie pójdzie do restauracji. Nie mogłam sobie wyobrażać tej nowej, odosobnionej egzystencji, w której ludzie nie wychodzą już do restauracji, ponieważ potrzebowałam wiary, że świat nadal może być zaczarowanym miejscem.
CISZA NA ZEWNĄTRZ mnie przerażała. Przerażały mnie wiadomości. Czytałam o starszych mężczyznach i kobietach umierających samotnie, jakby nikt ich nie kochał, podczas gdy ludzie, którzy ich kochali, stali za szybą. W telewizji widziałam wynoszone ciała wyglądające jak sztywne manekiny owinięte w białe prześcieradła i opłakiwałam śmierć nieznajomych. Na Twitterze szukałam hashtagów dotyczących koronawirusa, a w Tłumacza Google wklejałam tweety włoskich lekarzy, którzy najwyraźniej wiedzieli, o czym mówią. Niewiele to znaczyło, ponieważ tak naprawdę wszyscy wiedzieli bardzo mało i poruszali się po omacku niczym w ciemności. Wmawiałam sobie, że mam każdy nowy objaw, o którym się dowiadywałam, a te symptomy ciągle się zmieniały – każdego dnia nowa niespodzianka, od wysypki na twarzy po owrzodzenia stóp, niczym nieskrępowana apokalipsa bez końca. Swędzenie palca u nogi lub chrypka rano wywoływały u mnie panikę i powtarzałam sobie: „Oddychaj, oddychaj”, jak nakazywały apki do medytacji, których wcześniej nie traktowałam poważnie.
Często czułam, że drętwieję od otępiającej apatii, a potem zdarzało się, że narastał we mnie niepokój. Rozmowy przez Zoom stały się napięte, zwłaszcza te grupowe z przyjaciółmi, podczas których wszyscy ostentacyjnie wymachiwali kieliszkami wina. Stopniowo ich unikałam, podobnie jak rozmów z rodziną. Ignorowałam nawet telefony od Omelogor, a nikt nie był mi bliższy niż ona, ale rozmowa z nią zaczęła wymagać wysiłku, ponieważ wszelkie rozmowy wymagały wysiłku. Leżałam w łóżku i nic nie robiłam, czułam się źle z powodu tego, że nic nie robię, ale nadal nic nie robiłam. Wysyłałam wiadomości do przyjaciół, zapewniałam ich, że piszę, a ponieważ kłamałam, podawałam zbyt wiele szczegółów, zamiast zwięźle przekazywać informacje. Chcąc złagodzić poczucie katastrofy, postanowiłam, że przestanę śledzić wiadomości. Zignorowałam internet i telewizję i zabrałam się za czytanie kryminałów Agathy Christie, ochoczo uciekając w ich eleganckie niedorzeczności. Potem wiadomości znów mnie pochłonęły. Piłam ciepłą wodę z imbirem i dodatkiem soku z cytryny z pękniętej starej butelki, spoczywającej na tyłach lodówki, oraz pieprzu cayenne, czosnku i mielonej kurkumy, które znalazłam w szafce z przyprawami, aż mikstura zaczęła wywoływać u mnie mdłości. Każdego ranka nie chciało mi się wstawać, ponieważ wyjście z łóżka oznaczało ponowne narażenie się na smutek.
W tym nowym, zawieszonym życiu pewnego dnia odkryłam na głowie siwy włos. Pojawił się z dnia na dzień, niedaleko skroni, mocno skręcony, patrząc w lustro w łazience, pomyślałam najpierw, że to jakiś kłaczek. Pojedynczy siwy włos z lekkim połyskiem. Rozprostowałam go na całą długość, puściłam, a potem znów rozprostowałam. Nie wyrwałam go. Pomyślałam: starzeję się. Starzeję się, świat się zmienił, a mnie nikt jeszcze tak naprawdę nie poznał. Przypływ głębokiej melancholii sprawił, że łzy napłynęły mi do oczu. Wszystko, co mam, to ten wątły wdech i wydech. Gdzie podziały się minione lata i czy wykorzystałam życie w pełni? Ale jaka jest ostateczna miara pełnego wykorzystania życia i skąd mam wiedzieć, czy to zrobiłam?
SPOJRZENIE W PRZESZŁOŚĆ wywoływało we mnie falę żalu. Nie wiem, co było pierwsze – czy najpierw zaczęłam żałować, a potem googlowałam mężczyzn ze swojej przeszłości, czy też wyszukiwanie mężczyzn z przeszłości sprawiło, że ogarnął mnie żal. Rozmyślałam o wszystkich początkach i lekkości bytu, która im towarzyszyła. Opłakiwałam czas stracony na nadzieję, że to, co miałam, przerodzi się w coś cudownego. Opłakiwałam to, co wcale nie musiało być prawdą, że ktoś mnie kiedyś minął, ktoś, kto nie tylko mógł mnie pokochać, ale też naprawdę mnie poznać.
Na pierwszym roku studiów, bardzo dawno temu, kiedy wszystko było dla mnie jeszcze nowe, miałam zajęcia, na które chodził też pewien Koreańczyk. Przedmiot nazywał się wprowadzenie do muzyki. Drobna Biała profesorka wykładała z ogromnym entuzjazmem, mówiła bardzo szybko, a jej amerykańska angielszczyzna z wyraźnym regionalnym akcentem brzmiała dziwnie, jak nieustanne buczenie, przez co często czułam się zagubiona. Pewnego dnia spojrzałam na siedzącego obok mnie studenta, żeby sprawdzić, czy zrozumiał ostatnie słowa wykładowczyni, ale na leżącej przed nim kartce zamiast znanych mi liter widniały delikatne obrazki złożone z króciutkich, nieuchwytnych wręcz kresek. Wpatrywałam się w nie, zafascynowana piękną koreańską kaligrafią, zachwycona tym, że on potrafił napisać coś takiego i nadać temu znaczenie. We wspomnieniach tak właśnie wyglądał moment, gdy zauważyłam go po raz pierwszy, ale pamięć przecież kłamie. Jak mogłam rozpoznać język i alfabet, skoro nie rozróżniałam japońskiego, chińskiego i koreańskiego? Nie wiem, skąd to wiedziałam, ale wiedziałam, i wiedziałam również, że skoro pisał po koreańsku, to musiał pochodzić z Korei; nie był Amerykaninem, byliśmy do siebie podobni, więc jego dni, tak samo jak moje, musiały być naznaczone samotnością. Pragnęłam jego uwagi, ale nie zrobiłam nic, by ją na siebie zwrócić. Był przystojny, krzepki i solidnie zbudowany, miał krótko przystrzyżone, sterczące włosy, co wydawało mi się cudownym wyrazem buntu. Zawsze wchodził do sali z opuszczoną głową, jakby był nieśmiały albo zamyślony, i zanim usiadł, zrzucał plecak na podłogę. Wyobrażałam sobie, jak trzymamy się za ręce, siedząc razem na trawie, tam gdzie Amerykanie jedzą kanapki w słońcu. Bylibyśmy jak ci studenci, którzy jeżdżą samochodem na plażę, a po powrocie parkują przed akademikiem, podchmieleni, beztroscy, oblepieni piaskiem i mokrzy od słonej wody. W każde środę i piątek przed zajęciami z muzyki planowałam wręczyć mu karteczkę z moim numerem telefonu. Taki gest wydawał mi się odważny i ekscytujący, tak przecież robili ludzie w filmach, tacy, co znali się na rzeczy. Przez kilka tygodni siedziałam obok niego na zajęciach, jego bliskość pulsowała elektrycznie w powietrzu, ale swój numer zapisałam dopiero w ostatnim tygodniu przed egzaminami. Dodałam: „Chcesz się później spotkać?”. Potem podarłam kartkę, a kiedy usiedliśmy do egzaminu, napisałam tylko swoje imię i numer na odwrocie paragonu z kawiarni. Ostatecznie wcale mu go nie wręczyłam. Oddałam niebieski arkusz egzaminacyjny i wyszłam z sali. Nigdy więcej nie widziałam mojego przystojnego Koreańczyka o sterczących włosach. Przez cały następny semestr rozglądałam się po salach i korytarzach i raz czy dwa dostrzegłam Azjatę o kanciastej twarzy, a potem patrzyłam tak długo, aż upewniłam się, że to nie on. Być może wrócił do Korei. Czy moglibyśmy być teraz razem, mój Koreańczyk i ja? Mielibyśmy jedno dziecko, może dwoje, odwiedzalibyśmy Seul i Lagos i mieszkalibyśmy w Nowym Jorku? Nie lubię Nowego Jorku. Powietrze ma tam cierpki zapach, a anonimowość parzy. Sprawia, że czuję się zagubiona, jak kamyk grzechoczący w wielkiej, obojętnej tykwie. Mieszkałam tam przez rok, zaraz po studiach, w kawalerce na rogu 42. ulicy i Lex, po tym, jak przekonałam ojca, że ktoś, kto chce zostać pisarką, musi mieszkać w Nowym Jorku. To miasto miało w sobie coś, co sprawiało, że chciałam się ukryć, więc całymi dniami kuliłam się w mieszkaniu, zamawiałam jedzenie z dostawą i unikałam kontaktu wzrokowego z sympatycznym portierem. Potem dałam spokój z pisaniem powieści, znalazłam pracę w branży reklamowej i wyprowadziłam się, pewna, że nigdy tam nie wrócę. Jednak Nowy Jork często pojawiał się w moich wyobrażeniach o życiu, może dlatego, że to miasto, które powinno pojawiać się w wyobrażeniach o życiu. Pojawiał się w nich również Paryż, kolejne miasto, które nie przypadło mi do gustu. Paryż zbyt nachalnie podkreśla własną wyjątkowość, przez co traci na uroku. Paryż zakłada, że oczaruje cię tylko dlatego, że jest czarujący. A Czarni Paryżanie wyglądają szaro, jakby serdeczna pogarda, jaką Francja darzy Czarnych Francuzów, osadziła się na ich skórze w postaci popiołu. Ten opis Czarnych Paryżan pochodzi od mężczyzny, którego, jak mi się wydawało, kochałam przez trzy lata swojego życia. Nie, mężczyzny, którego kochałam przez trzy lata, ale po zakończeniu tego związku żałowałam, że go kochałam. Darnell. Nazywał się Darnell.
– Wyglądają szaro i blado. Francuzi traktują swoich Czarnych jak gówno, ale amerykańskim jakoś odpuszczają – stwierdził.
Opowiedział mi historię o tym, jak wysiadł z pociągu w Paryżu, a umundurowani mężczyźni wbiegli na peron i zaczęli domagać się dokumentów wyłącznie od Czarnych pasażerów – „Les papiers! Les papiers!”. Na niebieski amerykański paszport Darnella rzucili tylko okiem i zaraz go odprawili, a kiedy się obejrzał, zobaczył, jak czterej Czarni Francuzi kulą się upokorzeni pod dworcowym filarem, podczas gdy inni francuscy przechodnie mijają ich obojętnie. Chciałam, żeby Darnell powiedział, że go to poruszyło, zasmuciło albo rozgniewało, ale on stwierdził, że to urzeczywistnienie subiektywnego paradygmatu neorasowego. Czy coś w tym rodzaju.
Poznaliśmy się na kolacji urodzinowej. Moja przyjaciółka LaShawn powiedziała, że ludzie mówią o nim „Denzel Washington świata akademickiego”, chętni na jego zajęcia z historii sztuki zapisują się na długie listy oczekujących, a najlepsi studenci wysiadują pod jego gabinetem w godzinach konsultacji. Nie przypominał Denzela, ale Denzel to oczywiście tylko metafora mężczyzn takich jak on, mężczyzn o przyczajonej urodzie. Spojrzałam na niego i poczułam silne przyciąganie, jakby grawitacja trzymająca mnie mocno na ziemi słabła, aż znikła. Przyciąganie było natychmiastowe, wszechogarniające, pierwotne, każda cząstka mnie nagle rzuciła się w jego kierunku. W tej chwili nie tyle coś straciłam, co raczej się poddałam. Był ciemny i miał ciemne brwi. Kilka razy spotykaliśmy się wzrokiem i na chwilę tak zastygaliśmy, ale potem on spoglądał w inną stronę i prawie nie zwracał na mnie uwagi. W jego zachowaniu, w tym, jak obnosił się ze swoją władzą, dało się dostrzec nonszalanckie rozleniwienie; wiedział, że nie musi się zbytnio starać, ponieważ świat i tak z łatwością ustępuje przed jego blaskiem. Kiedy przemawiał, wszyscy przy stole słuchali w zachwycie, jakby siedzieli u jego stóp i czekali, aż spadną na nich okruchy jego niezwykłej mądrości.
– Zwalczał prawa obywatelskie i popierał apartheid w RPA, a ja mam go opłakiwać? – powiedział bardzo powoli, jakby uważał, że słuchacze powinni byli wiedzieć, że lepiej nawet nie poruszać tego tematu. – Czyżbyśmy już zapomnieli o jego przemówieniu z kampanii wyborczej na temat „praw stanowych”? Nie wspominając już o katastrofalnej wojnie z narkotykami. Ludzie, przecież reaganomika doprowadziła nas do ruiny.
Wcześniej nie znałam słowa „reaganomika”, a potem przez lata, ilekroć je słyszałam, ogarniały mnie jednocześnie tęsknota i słodko-gorzkie wzruszenie. Kolacja dobiegła końca i wszyscy się żegnali, a on nadal nie wykonał żadnego ruchu. Żałowałam, że nie jestem na tyle odważna, jak Omelogor, żeby sama wykonać ten ruch, ale nie wiedziałam, jak być taką kobietą w stosunku do mężczyzn, tą, która inicjuje działania. W końcu poprosił mnie o numer telefonu, nie z entuzjazmem, ale jakby było mu wszystko jedno, mnie jednak wydało się to wielkim zwycięstwem.
Nigdy w życiu nie kłamałam tak często, jak wtedy, gdy okłamywałam Darnella. Kłamałam, by mu się przypodobać, by być osobą, którą chciał, bym była, a czasami kłamałam, by wyciągnąć od niego marne drobiny wsparcia. „Jestem chora” – pisałam, by wymusić na nim reakcję po tym, jak przez wiele dni wysyłałam mu wiadomości, na które nie odpowiadał. Czasami odpisywał od razu, a czasami czekał dzień czy dwa. „Zdrowiej” – pisał tylko; nie zadawał pytań, które otwierałyby drzwi do dalszej rozmowy, żadnego „Jak się czujesz?” ani „Co się dzieje?”. Dni mijały mi w pustce, aż znów mogłam się z nim zobaczyć. Telefon cały czas leżał obok mnie na biurku, nigdy go nie wyciszałam z obawy, że przegapię moment, gdy zadzwoni. Kiedy słyszałam sygnał wiadomości, chwytałam komórkę i złościłam się na osobę, która ją wysłała, jakby zajmowała miejsce przeznaczone dla niego. Jego milczenie mnie zaskakiwało. Jak to możliwe, że siła moich uczuć nie wywoływała w nim podobnej obsesji? Wyobrażałam sobie, jak przegląda pudła z dokumentami w czeluściach biblioteki, jak kicha z powodu kurzu i nie myśli o mnie, podczas gdy ja każdą chwilę spędzam na rozmyślaniu o nim. Znów próbowałam napisać powieść i znów mi się to nie udawało, ale jego milczenie sprawiało, że porażka była jeszcze większa. We wszystkim, co czytałam, doszukiwałam się choćby nikłych odniesień do Darnella, raz po raz zaczynałam od nowa, zatrzymując się na zdaniach dotyczących miłości, mężczyzn lub związków, jakby mogły rzucić światło na tajemnicę, którą stanowił.
– MARTWIŁAM SIĘ O CIEBIE – mówiłam, gdy w końcu się zjawiał.
– Przecież ja spędzam każdą wolną chwilę w archiwach, a ty pracujesz nad swoją powieścią.
– Chyba możemy codziennie się do siebie odzywać, prawda? Nawet jeśli to będzie tylko krótkie „cześć” przed rozpoczęciem zajęć lub podczas przerwy na toaletę – odpowiadałam, czując, że ogarnia mnie desperacja, nad którą nie potrafię zapanować. On odpowiadał tylko spojrzeniem, tym miażdżącym spojrzeniem, jakże wymownym we władczym rozczarowaniu, które mówiło: „twoje potrzeby są takie pospolite”. Pragnęłam miłości, miłości w starym stylu. Chciałam, żeby moje marzenia splatały się z jego marzeniami. Chciałam być wierna, dzielić się naszym prawdziwym „ja”, kłócić się i przeżywać chwilowe rozstania, ale zawsze mieć pewność, że wkrótce nadejdzie słodka chwila pojednania. On jednak twierdził, że ta idea miłości jest banalna, że to burżuazyjna dziecinada, którą Hollywood karmi ludzi od lat. Chciał, żebym była niezwykła, interesująca, i zajęło mi trochę czasu, zanim zrozumiałam, co to oznacza.
– Robiłaś jakieś świństwa? – pytał. – Powiedz mi.
Mówiłam mu o rzeczach, które nigdy się nie wydarzyły, opowiadałam bogate w szczegóły historie wyssane z palca: o masażystce o zręcznych dłoniach, która w trakcie masażu odwinęła dildo ze srebrnej tkaniny. Seks, to prymitywne splatanie się ciał, zawsze wiązał się dla mnie z nadzieją na więź, sens, piękno, a nawet błogostan. Ale okłamywałam Darnella, ponieważ bardziej niż prawdy pragnął niezwykłości. Przy każdej opowieści obserwował mnie, jakby oceniał jej wartość. Czasami chciał, żebym powtórzyła historie, które mu się podobały, a za każdym razem, gdy to robiłam, dodawałam drobne ozdobniki. Zawsze miałam wrażenie, że coś mi umyka. Byliśmy dwojgiem dorosłych ludzi, a Darnell zarabiał na życie, ucząc dorosłych, ale w moich kłamstwach i jego oczekiwaniach było coś strasznie dziecinnego. Powiedział mi, że jego była dziewczyna wycinała sobie żyletką krwawiące rany na udach. Somalijka o imieniu Sagal. Już samo to imię. Sagal. Wyobrażałam ją sobie, smukłą i gibką, jak płynnie porusza się po pokoju. Powiedział, że była błyskotliwa i żądna przygód, ale nie wyjaśnił, co przez to rozumie. Nie chciałam pytać, co się z nią stało. Była duchem, który istniał tylko po to, by wywołać we mnie niepewność.
PEWNEGO RAZU pojawił się nagle po tygodniu milczenia i oświadczył, że był w Alabamie, gdzie oglądał litografie przedstawiające sztukę afroamerykańską.
– Jak to? Nie miałam o niczym pojęcia – powiedziałam.
– No cóż. – Wzruszył ramionami i odchylił się na krześle, jakby już znudziła go nasza rozmowa, a jego wzrok błądził po ludziach stojących w kolejce do lady kawiarni. Wydał mi się człowiekiem, którego nie da się w pełni poznać, wręcz przeciwnie, był zagadką z każdym dniem trudniejszą do odgadnięcia.
– Myślałam, że dasz mi znać, jeśli będziesz planował wyjazd poza stan – stwierdziłam.
– A co to za różnica? Przecież równie dobrze mogłem siedzieć w bibliotece.
Różnica jednak istniała. A co, gdyby doszło do katastrofy lotniczej, tornada, huraganu? Albo gdyby nawet nic takiego się nie wydarzyło, ja po prostu chciałam, nie, ja zasługiwałam na to, by wiedzieć, że nie ma go na kampusie, jak zwykle, kilka kilometrów ode mnie. Zasługiwałam na to, by wiedzieć, czy wyjechał gdzieś poza Filadelfię – jak więc mógł wyjechać poza stan, na południe, półtora tysiąca kilometrów stąd, do Alabamy, i ignorować mnie przez cały tydzień? Łzy napłynęły mi do oczu.
– Co my robimy? Czy jestem twoją dziewczyną? – zapytałam. Usłyszałam paskudny, nosowy ton we własnym głosie.
– Co my robimy? – powtórzył, wykrzywiając na moment usta z jednej strony. Czasami okazywał w ten sposób rozdrażnienie, innym razem pogardę. – To sztampowe pytanie zaczerpnięte z bagna współczesnej popkultury. Taki język jest wrogiem myśli.
Odwróciłam wzrok, próbując powstrzymać łzy. Na ścianie kawiarni wisiały wesołe rysunki: wygięty kieliszek do wina z truskawką na krawędzi, lizak wetknięty w kubek do kawy.
– Najważniejsze, że tu jestem – oznajmił, a twarz na chwilę mu złagodniała. Pod stołem przycisnął swoją nogę do mojej.
– Kocham cię – powiedziałam. Oczywiście nie zareagował, więc dodałam: – Darnell, chcę usłyszeć, jak mówisz „kocham cię”.
– Nie siedziałbym tu, gdyby tak nie było.
– Ale powiedz to, proszę. Chcę to usłyszeć.
– Kocham cię – powiedział. Właściwie wymamrotał, ale dla mnie i tak oznaczało to zwycięstwo. Byłam żebraczką bez krzty wstydu.
– Chciałabym usłyszeć to w łóżku.
– Co?
– Kiedy mówisz „o kurwa, o kurwa”, to brzmi strasznie nieromantycznie.
– Dziewczyno, hormony ci szaleją.
Roześmiałam się. Udawany śmiech zawsze przychodził mi z łatwością. Wcześniej wspomniałam mu, że lekarz w końcu nadał nazwę temu koszmarowi, z którym zmagałam się od lat, cierpiąc, naprawdę cierpiąc, przez kilka dni w miesiącu, z umysłem ogłuszonym nienawiścią do samej siebie, z opuchniętym, wyzutym z energii i nadziei ciałem – przedmiesiączkowe zaburzenia dysforyczne.
– Czym to się różni od zespołu napięcia przedmiesiączkowego? – zapytał mnie Darnell klinicznym tonem, jakbym była przypadkiem medycznym bez duszy. Kiedy zwierzałam mu się z intymnych spraw, odpowiadał beznamiętnie albo z kąśliwą kpiną, która mnie raniła. Ale ukrywałam swój ból za śmiechem, bo ból wydawał się oznaką desperacji, a on twierdził, że desperacja jest nudna. Moja miłość do niego nie miała nic wspólnego z rozsądkiem. Nawet fizyczność nie przynosiła pocieszenia. Jak na mężczyznę lubującego się w niezwykłych opowieściach, był całkiem zwyczajny, przywiązany do swoich nawyków, nieświadomy potrzeb innych, a kiedy tuż przed ekstazą powtarzał „o kurwa, o kurwa,”, zamykałam umysł na jego słowa, co z kolei powodowało, że moje ciało samo się zatrzaskiwało. Miłość może prowadzić do samookaleczenia, jeśli faktycznie jest miłością. Czy potrzebujemy innej nazwy dla tego stanu mdlącej euforii? Tego żarliwego braku zadowolenia. Szukałam informacji o nim w internecie, czytałam to, co już wcześniej zdążyłam przeczytać, wpatrywałam się w zdjęcia, które już widziałam. Zakładałam fałszywe konta e-mailowe i wysyłałam mu wiadomości, udając zakochane w nim studentki. Czułam ulgę, gdy nie odpisywał, ale jednocześnie martwiłam się, że jednak to zrobi. Teraz, gdy myślę o szaleństwie własnych emocji, ogarnia mnie zdumienie.
KAŻDEGO ROKU ojciec zabierał nas wszystkich na wakacje do Portugalii, do Lizbony i Porto, a potem na Maderę. Był to jedyny moment, kiedy hojną ręką wydawał pieniądze. Mówił, że w ten sposób chce okazać wdzięczność Portugalii za pomoc udzieloną Biafrze podczas wojny. Podobnie było w przypadku mistrzostw świata w piłce nożnej – gdy tylko afrykańskie drużyny odpadły z rozgrywek, zaczynał kibicować Portugalii. Przez lata obserwowałam zmiany zachodzące w Lizbonie. Kiedyś byliśmy jedynymi Afrykanami na zakupach na Avenida da Liberdade, a sprzedawcy przełączali się na angielski, gdy tylko wchodziliśmy do sklepu. Potem nastąpił boom naftowy w Angoli i ulica zapełniła się Angolczykami w ubraniach Gucci i Prady, kupującymi kolejne ubrania Gucci i Prady, a sprzedawcy zaczęli zwracać się do nas po portugalsku, zakładając, że my również pochodzimy z Angoli.
– Ironia historii: Angola ratuje portugalską gospodarkę – stwierdził mój brat Bunachi, gdy przyglądaliśmy się portugalskiemu sprzedawcy, jak przyklęka na jedno kolano, by pomóc eleganckiej Angolce przymierzyć parę designerskich butów. Potajemnie zrobiłam zdjęcie tej kobiecie z zaczesanymi do tyłu włosami po trwałej ondulacji z wyniośle półprzymkniętymi oczami, gdy wkładała buty. Wysłałam je Omelogor z dopiskiem „Portugalia na kolanach”, a ona odpisała: „To zabawne, powinnaś zawiesić pisanie powieści i spróbować swoich sił w literaturze podróżniczej”. Żartowała, ale to dało mi do myślenia. Turystyka tak bardzo skupiała się na przeszłości, ale co z teraźniejszością? Restauracje i życie nocne mówiły więcej o danym miejscu niż muzea i stare zamki. Ożywiona nową nadzieją, rzuciłam pracę i już wyobrażałam sobie swoje artykuły oraz listy motywacyjne do redakcji zatytułowane „Dowcipne obserwacje z afrykańskiej perspektywy”.
Podróżowałam wygodnie, korzystałam z taksówek, robiłam zakupy i spacerowałam w pojedynkę. Pisałam o słonym omlecie zjedzonym w słynnym hotelu w Paryżu, o imprezie rave w Budapeszcie, na którą wybrałam się z kilkoma kobietami również podróżującymi samotnie, oraz o liczeniu ubrań rozwieszonych na sznurach nad brukowanymi uliczkami rzymskiej dzielnicy Trastevere. Wszystkie magazyny podróżnicze odrzuciły moje artykuły. Jedna redakcja odesłała mi list motywacyjny opatrzony w poprzek wielkim „NIE” z wykrzyknikiem. Ten wykrzyknik wyprowadził mnie z równowagi. Tak agresywna linia i kropka. Przeczytałam swój artykuł jeszcze raz, szukając jakichkolwiek wskazówek, które wyjaśniałyby, czym zasłużyłam na taki policzek. Wystarczyłoby proste „nie”, wielkie litery w poprzek strony to i tak już przesada. Pozostałe czasopisma wysłały mi wąską karteczkę, rozmiaru jednej czwartej strony A4, z dwoma ogólnikowymi zdaniami, że artykuł nie nadaje się do publikacji na ich łamach.
Na forum internetowym poświęconym pisaniu o podróżach zapytałam, czy ktoś jeszcze otrzymał odmowę z wykrzyknikiem. Nikt. Ale podzielili się własnymi doświadczeniami odrzucenia, jedna osoba napisała, że redakcja najpierw zgodziła się na publikację, ale po ostatecznej korekcie odmówiła. Inna stwierdziła, że wykrzyknik mógł być efektem błędu drukarskiego. „Nie” – odpowiedziałam, to było napisane odręcznie. Ktoś wspomniał, że zgłoszenia są obecnie przesyłane elektronicznie i wkrótce nikt nie będzie otrzymywał niegrzecznych, odręcznie pisanych wiadomości od redaktorów, którzy mają akurat zły dzień. Jeszcze inna osoba skomentowała, że „opinie redakcyjne na temat twojej pracy nigdy nie są ostateczne. Być może temu redaktorowi od wykrzyknika spodoba się twój następny tekst i postanowi go opublikować”.
„Dziękuję” – odpowiedziałam. W internetowej dżungli nadal można było liczyć na życzliwość nieznajomych. Na forach znajdowałam wskazówki i pomysły, nawiązywałam wirtualne znajomości z osobami, które publikowały w prawdziwych magazynach podróżniczych, a czasem jeździłam w miejsca, które one odwiedziły.
Po powrocie z każdej podróży tryskałam energią, mój umysł pracował na pełnych obrotach, a kartki mojego notatnika wypełniały się po brzegi zapiskami. Pomysły kłębiły mi się w głowie, ale kiedy siadałam przy swoim biurku i próbowałam ułożyć je w zdania, uciekały mi, uparcie się rozdzielały i za nic nie chciały się połączyć. W przypływie frustracji pisałam zdania, które nie do końca oddawały to, co chciałam powiedzieć, i czułam, że moje właściwe słowa są blisko, tak blisko, że aż boli, a jednak nigdy nie mogłam ich dosięgnąć.
– Teraz piszesz o podróżach? – zapytała matka. – Zostałaś odkrywczynią odległych lądów?
– Nie, raczej obserwatorką ludzi i degustatorką potraw na odległych lądach – odparłam z uśmiechem.
Matka spojrzała w niebo i klasnęła w dłonie – cudom nie ma końca! Nie miałam jej za złe tej podejrzliwości. Oto kolejna okazja do wykazania się butą po tym, jak od ukończenia studiów imałam się dorywczych prac, zamiast wrócić do domu i zająć się rodzinnym biznesem wraz z ojcem i Afamem.
– Nic nie zarabiasz, dopóki nie opublikują twojego tekstu? To jak zamierzasz opłacić te wszystkie obserwacje i degustacje?
– Z własnej kieszeni.
– To znaczy z pieniędzy ojca, które wpłaca na twoje konto.
– Mamo, jeśli ktoś wpłaca pieniądze na twoje konto, to czy nie są to teraz twoje pieniądze?
– Nie zarobiłaś ich.
Ona też nie zarabiała, a wydawała więcej pieniędzy mojego ojca niż on sam. Ale oczywiście nigdy bym tego nie powiedziała. Później usłyszałam rozmowę rodziców i po teatralnym tonie matki domyśliłam się, że chciała, żebym to podsłuchała.
– Najpierw pisanie powieści, teraz pisanie o podróżach. A co, jeśli nie byłoby nas stać na finansowanie wszystkich jej zachcianek?
– Ale nas stać.
– Musisz przestać rozpieszczać najmłodsze dziecko. To nie wychodzi jej na dobre; zawsze była zbyt miękka, a ty jej w ten sposób nie pomagasz.
Ojciec wydał z siebie cichy, neutralny pomruk na znak, że zależy mu na porozumieniu. Gdzieś pod jego przebiegłą, ostrożną naturą kryła się cząstka, która marzyła, rozumiała marzenia i pozwalała marzyć innym. Matka chroniła mnie jedynym sposobem, jaki znała – za pomocą twardych, pragmatycznych zasad, sprawdzonych i niezawodnych, zgodnych z normą. Często widziałam, jak przygaszonymi ze zdumienia oczami patrzy na mnie, na swoje dziecko, jedyną córkę, która nie chce wrócić do domu, tylko dryfuje jak wyschnięty, smagany wiatrem liść. Brakowało mi ambicji, które były jej bliskie, a winą za to obarczała Amerykę. Minęły lata, zanim przestała pytać, kiedy wrócę do Nigerii, jakby moje życie tutaj stanowiło jedynie preludium. Ameryka była jak impreza, której gospodarz przygotował się na każdą, absolutnie każdą ewentualność. Chciałam zostać, ponieważ tutaj nigdy nie wydawałam się zbyt dziwna. Nie powiedziałam jej tego jednak, ponieważ uważałam, że to nie fair oczekiwać od niej zrozumienia.
DARNELL WYSZUKAŁ MOJEGO OJCA W GOOGLE.
– Jezu Chryste. Czy to naprawdę jego rynkowa wartość?
– Wiesz, że takie informacje są zawsze przesadzone – odparłam.
– Nie, nie wiem. Niektórzy z nas mają rodziców, którzy nawet nie wiedzą, co to jest „wartość rynkowa”. Wiedziałem, że jesteś księżniczką, masz wypasiony apartament w centrum miasta i ot tak rzuciłaś pracę, żeby skupić się na pisaniu o podróżach – stwierdził, robiąc palcami cudzysłów przy słowach „pisanie o podróżach”. – Ale coś takiego? Jezu.
Potem często dowcipkował na temat bogactwa mojej rodziny, a jego żarty zawsze były naszpikowane cierpkimi komentarzami. Powiedział, że jego przyjaciel bezpłatnie wypełnia dokumenty imigracyjne dla afrykańskiej rodziny w New Jersey, i dodał: „Prawdziwej afrykańskiej rodziny, nie takiej jak twoja” – jakby bogactwo odbierało czystość afrykańskiej tożsamości.
Pod wpływem alkoholu jego gorzki humor, który nie był do końca humorem, rozbłyskał i wypełniał cały pokój. Po kilku drinkach z przyjaciółmi mawiał:
– Wiecie, że przodkowie Chii prawdopodobnie sprzedali moich przodków? Ona pochodzi ze starego, bogatego rodu Igbo, którego korzenie sięgają wielu wieków wstecz. Nie tylko owoce palmowe sprzedawali Białym na zachodnim wybrzeżu Afryki.
Jego przyjaciele zastygali, jakby nie mogli się roześmiać, ale też nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Na początku odpowiadałam żartobliwie: „Wojna biafrańska wytrzebiła stare igbońskie fortuny, więc teraz wszystko jest całkiem nowe”. Ale żart nie wypalił, więc potem tylko uśmiechałam się z obietnicą skruchy wypisaną na twarzy.
Byle tylko powstrzymać buzujące w Darnellu napięcie. Był to dziwny rodzaj urazy, ponieważ na jej obrzeżach czaił się podziw. Podczas zorganizowanej przez jego przyjaciela gali charytatywnej w Nowym Jorku Darnell zakomunikował z dumą Białemu mężczyźnie o arystokratycznej aparycji, który opłacił nasz stolik: „Eleganckie mydło, które pańscy nowojorscy przodkowie zamawiali w Londynie w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, powstało z oleju palmowego eksportowanego przez rodzinę Chii z kraju Igbo”.
– To wspaniale – odparł mężczyzna, kiwając głową bez przerwy. Na jego czerwonej od alkoholu twarzy malował się wyraz skrywanej z trudem konsternacji.
Sprawiło mi to przykrość, ale powiedziałam sobie, że mogło być gorzej, jak wtedy, gdy urzędniczka biura do spraw cudzoziemców na uczelni zapytała koleżankę, gdy stałam tuż obok i czekałam, żeby wypełnić formularz: „Jak brudne są pieniądze jej rodziny?”. Zaniemówiłam zszokowana. Dopiero gdy wyszłam i ruszyłam korytarzem, wpadła mi do głowy odpowiedź, której i tak nie miałabym odwagi udzielić: „Majątek mojej rodziny jest czystszy niż twoje ciało”.
ODŁOŻYŁAM PIERWSZĄ PODRÓŻ do Indii na później, ponieważ Darnell niespodziewanie przerwał milczenie. Po kilku dniach bez odpowiedzi na wiadomości pojawił się pod drzwiami mojego mieszkania z czarną torbą przewieszoną przez ramię. Gdy tylko go zobaczyłam, niebo zrównało się z ziemią i wszystko było w porządku. Podekscytowanie sprawiło, że wpadłam w nerwowy dygot, jakbym wypiła za dużo kawy. Kręciłam się wokół niego, pytając, co chce robić, zamówić kolację czy może woli dokądś wyjść; a że miał plamę na bluzie, czy mam ją wrzucić do pralki. Leżał na mojej kanapie, a ja usiadłam obok i delikatnie dotknęłam jego policzka. Zwykle go nie dotykałam, o ile nie zrobił tego pierwszy, ponieważ moja słabość do dotyku mogła być kolejną wadą. Przycisnął moją dłoń do swojej twarzy i przez chwilę poczułam, że znamy się nawzajem, a nasza przyszłość rysuje się w jasnych barwach. Później zapytałam, czy mógłby przeczytać mój artykuł. Nigdy wcześniej o to nie prosiłam, bo wiedziałam, że nie powinnam, ale ten dzień wydawał się wyjątkowy i pełen nadziei. Artykuł nosił tytuł „Jak podróżują Nigeryjczycy, zanim faktycznie wyruszą w podróż” – opisywał przeszkody związane z moim paszportem, odmowy wydania wizy, dodatkowy czas oczekiwania, ponure spojrzenia urzędnika wizowego w ambasadzie Indii. Nigeryjski paszport jako przedmiot podejrzliwości.
– To coś trochę innego niż zwykle. Chcę wiedzieć, co o tym myślisz – wyjaśniłam.
– Potrzebujesz opinii kogoś obiektywnego – odparł. Nie spojrzał nawet na otwarty laptop, który mu podsunęłam. Stwierdzenie, że potrzebuję opinii kogoś obiektywnego, oznaczało w jego przypadku odmowę.
– Ale przecież recenzujesz prace znajomych – powiedziałam.
– To co innego – skwitował krótko.
Nigdy więcej już go o to nie prosiłam, tak samo jak nie mówiłam mu o swoich obawach, żeby nie obciążać go moimi problemami.
Zmieniałam właśnie rezerwację hotelu w Delhi, kiedy zapytał:
– Czy to jeszcze pisanie o podróżach, skoro podróżujesz w luksusowych warunkach?
– Tak naprawdę to żaden luksus.
– Może nie dla ciebie. Ludzie jeżdżą po świecie z plecakami, śpią w hostelach i tak dalej.
– Ale są też tacy, którzy podróżują tak jak ja. Nie wydaje mi się, żeby pisanie o podróżach dotyczyło wyłącznie wyjazdów budżetowych.
– Czytelniku, znaj swą klasę! Tako rzecze wyższa instancja! – zadrwił ze mnie.
– Gdybyś czytał moje teksty, wiedziałbyś, że tak nie jest.
Spojrzał na mnie i zdałam sobie sprawę, że uznał moją odpowiedź za przejaw buntu, choć nie miałam takiego zamiaru.
– To znaczy nie chodzi mi konkretnie o ciebie – dodałam i roześmiałam się. – Mam na myśli to, że jeśli ktoś przeczyta to, co piszę, zrozumie, że wcale nie jestem wyniosła.
– No dobrze, dobrze – odparł z tym swoim grymasem w kąciku ust, od którego moja samoocena rozpadała się na kawałeczki.
Zaczęłam się martwić, że brzmię protekcjonalnie. Otworzyłam plik z najnowszym artykułem i usunęłam akapit o tym, jak wynajęłam taksówkę, żeby przez kilka godzin jeździć po okolicach Zurychu. Wynajęcie taksówki zamiast wycieczki autobusowej mogło trącić wyniosłością. Ale tak było naprawdę, więc po co udawać? Wkleiłam ten akapit z powrotem, a potem znów go skasowałam. Poczułam podobne zakłopotanie, jak podczas wyjazdu do Meksyku z grupą przyjaciół w ostatniej klasie liceum podczas ferii wiosennych. Dziewczyna, której nie znałam zbyt dobrze, zapytała mnie: „Jedziesz do Tulum taksówką? Kto tak robi? Opłata za przejazd wystarczyłaby, żeby wyżywić dzieci w górach przez cały rok”. Pamiętam jej blade brwi, twarz rozjaśnioną wyrzutem, jakbym w jakiś sposób przywłaszczyła sobie pieniądze przeznaczone na wyżywienie dzieci w górach. Nie wiedziałam nawet, o jakie góry chodziło. Ale odwołałam taksówkę i pojechałam autobusem z resztą grupy. Później LaShawn zapytała: „Dlaczego to zrobiłaś? Bardzo chcieliśmy zabrać się z tobą taksówką”.
Żałowałam, że wtedy nie postawiłam na swoim. Wkleiłam z powrotem akapit o prawie siedmiogodzinnej przejażdżce po okolicach Zurychu z serdecznym, rozmownym kierowcą, pochodzącym z rolniczej rodziny z Vnà i mówiącym w języku retoromańskim, o którego istnieniu do tamtej pory nie miałam pojęcia. Czy pisanie o nim też zakrawało na protekcjonalność? Ostatecznie wykasowałam ten akapit.
PRZYJACIELE DARNELLA reprezentowali typ osób, które żywią przekonanie, że na wszystkim znają się najlepiej. Na ich rozmowy składały się ciągłe narzekania; wszędzie doszukiwali się „problematycznych” kwestii, nawet w sprawach, które akceptowali. Tworzyli plemienne środowisko, jednak zawsze w atmosferze niepokoju, nieustannie krążyli wokół siebie nawzajem i obserwowali pozostałych członków grupy z nadzieją, że uda im się wyłapać jakiekolwiek uchybienia, niedociągnięcia lub oznaki sabotażu. Byli ironiczni w stosunku do tego, co im się podobało, z obawy, że polubią coś, czego nie powinni lubić, i nie potrafili odczuwać podziwu, więc krytykowali ludzi, których po prostu mogli podziwiać. Nikt nie dostaje dotacji tak prędko, chyba że pieprzy się z jakimś łysym Białym kolesiem. Połowa tej książki to plagiat rozprawy habilitacyjnej. Skończył ten szajs za szybko, to nie są prawdziwe badania, on w ogóle się nie liczy.
W ich towarzystwie czułam się beznadziejnie wybrakowana. Córka bogacza, autorka dwóch tekstów opublikowanych w internetowym magazynie, o którym nikt nigdy nie słyszał. Gdybym tylko pisała skomplikowane artykuły dla renomowanych czasopism.
– Darnell mówi, że jeździłaś po Ameryce Środkowej i Południowej – zagadnęła mnie Shannon, Czarna wykładowczyni amerykanistyki. Wydawała się świeższa i znacznie młodsza od pozostałych, nosiła T-shirty z graficznymi nadrukami, a piękne miedziane włosy skręcone w drobniutkie dredy upinała w dwa dziewczęce koczki.
– Tak – odparłam.
Spojrzała na mnie, czekając na dalszy ciąg.
– Przekonałam się, jak różnorodne pod względem etnicznym są kraje Ameryki Łacińskiej – dodałam i od razu pomyślałam, że zabrzmiało to idiotycznie.
– Warto zastanowić się nad licznymi przejawami niewidzialności tamtejszej Czarnej diaspory – stwierdziła Shannon. Bardzo często używała zwrotu „liczne przejawy”. Jak oni wszyscy zresztą.
Pomyślałam o swoim artykule o Brazylii, w którym porównywałam dwie restauracje: „Beztroska w Rio albo zadufanie w São Paulo”. Wydawało mi się, że to sprytny tytuł, ale teraz dotarło do mnie, jak płytki był cały ten tekst. Shannon i tak nigdy nie sięgnęłaby po nikomu nieznany magazyn internetowy z Nowej Zelandii.
– Nie mogłam uwierzyć, że Czarni stanowią połowę brazylijskiej ludności. Na zdjęciach z Brazylii z reguły w ogóle ich nie widać – oznajmiłam z nadzieją, że to wystarczy.
Darnell poruszył się i zacisnął usta; widziałam, że nie jest zachwycony, może nawet go zirytowałam. Gdybym tylko umiała mówić tak jak jego znajomi.
– To strukturalne wymazanie, symboliczne ludobójstwo, bo jeśli cię nie widać, to nie istniejesz – stwierdził.
– Zgadza się. Tyle że to ludobójstwo nie jest tylko symboliczne – wtrąciła Charlotte, Biała wykładowczyni socjologii.
– Ja przeżyłem ludobójstwo – oznajmił sucho Thompson, mężczyzna z plemienia Garifuna z Belize, artysta plastyk, z brodą przypominającą czarną mapę namalowaną na skórze. Roześmiałam się z wdzięcznością, bo Thompson zawsze przygaszał blask ich ostrych spojrzeń.
Kiedy się poznaliśmy, zapytał, czy „Chia” to skrót od jakiegoś imienia, a potem powtórzył „Chiamaka” tak, że poczułam się jak osoba, która może być interesująca.
– Skoro mowa o literaturze podróżniczej – dodał – czy obraziłbym cię stwierdzeniem, że jesteś zbyt piękna, by się tym zajmować, Chia? Mogłabyś być aktorką.
Zerknęłam na Darnella. Wyglądał na rozbawionego, więc roześmiałam się i odparłam:
– Nie potrafię odgrywać żadnej roli, nawet gdyby zależało od tego moje życie.
– Wielu aktorów też nie umie – zauważył Thompson.
– Mam dla ciebie nowinę, Thompson. Kobieta może być piękna i wykonywać zawód niezwiązany z jej wyglądem – odezwała się Shannon zupełnie poważnie, jakby Thompson nie żartował. – Poza tym potrzebujemy więcej pisarek podróżniczych. Podróżująca kobieta napotyka specyficzne wyzwania.
– To prawda – zgodził się Thompson.
– Literatura podróżnicza to gatunek egocentryczny – oświadczyła Charlotte, patrząc na mnie.
Była drobna i szczupła, miała ściągniętą, wiecznie skwaszoną twarz osoby, która czerpie radość z narzekania.
– Rozumiem, o co ci chodzi – odparłam szybko. – Ale mam nadzieję, że moje teksty nie są przesadnie egocentryczne. Właśnie wróciłam z Komorów, to naprawdę bardzo interesujące miejsce.
– Moja znajoma z Brown kiedyś tam pracowała – stwierdziła Charlotte.
– Naprawdę? – zapytałam. Mówiła o Afryce wyłącznie jako o miejscu, w którym jej znajomi „pracowali” – taki a taki pracował w Tanzanii, w Ghanie, w Senegalu, w Ugandzie – i wyobrażałam sobie jej Afrykę pełną Białych ludzi, którzy tyrają w piekącym słońcu, nie otrzymując za to żadnego uznania. Strasznie mnie to śmieszyło, ale zawsze starałam się wyglądać na skupioną i zainteresowaną.
– Ładna koszulka – rzucił Thompson do Shannon.
– A, to stara szmata – odparła, spoglądając na swoją koszulkę z nadrukiem przedstawiającym Mary J. Blige w kapeluszu, z twarzą częściowo ukrytą w cieniu.
– Czy tylko mi się tak wydaje, czy może uroda Mary J. naprawdę nie doczekała się dostatecznego uznania? Warto zbadać ten temat – stwierdził Thompson.
– O co chodzi z twoją mizoginiczną obsesją na punkcie urody? – zapytała Shannon.
– Dlaczego mizoginiczną? – chciał wiedzieć Thompson.
– Pytanie powinno brzmieć: dlaczego talent Mary J. Blige nie jest wystarczająco doceniany? – wyjaśniła Charlotte.
– Jej talent nie podlega dyskusji. Jest piękna, ale to oczywiste, że przemysł muzyczny nie docenia urody niektórych Czarnych kobiet – stwierdził Thompson.
– Przy współudziale tych, które zostały docenione – sprecyzowała Charlotte, jakby sprzeciwiała się nie tylko uprzedmiotowieniu kobiet, ale także ich atrakcyjności.
Pewnie chciała mi dać do zrozumienia, że zachwycanie się fizycznym pięknem jest poniżej jej godności, że samo piękno jest problematyczne i że najwyraźniej to właśnie ono było moim jedynym atutem. Spojrzała na mnie, a ja odwróciłam wzrok i zaczęłam kroić dobrze wysmażony stek. Kroiłam ostrożnie, spowolniona przez moją słabnącą pewność siebie.
– Nie mogę uwierzyć, że się sprzedałam i kupiłam iPhone’a. Apple to taka problematyczna firma – odezwała się Shannon, trzymając telefon w dłoni niczym niechętnie składaną ofiarę.
– Apple dąży do ujednolicenia naszych myśli i działań. Nie chodzi tu o wyzwolenie kreatywności czy rozwiązywanie konkretnych problemów, ale o plan masowej konformizacji i masowej banalności. Pod pewnymi względami jest to zjawisko podobne do heteronormatywności – stwierdziła Charlotte. Następnie zwróciła się do mnie: – Jesz śmierć.
Desperacko próbowałam znaleźć związek między Apple, moim jedzeniem i śmiercią.
– A, chodzi ci o mój stek. W takim razie to całkiem smaczna śmierć – odparłam z szerokim udawanym uśmiechem. Chciałam, żeby Darnell mnie bronił – on też jadał mięso, nawet jeśli teraz zamówił sałatkę z kaszą bulgur – ale on nic nie powiedział.
Charlotte jeszcze nie skończyła.
– Gdyby tylko ludzie mogli zobaczyć, ile mięsa gromadzi się im w jelitach w postaci niestrawionych złogów. To obrzydliwe. Nie wspominając już o tym, że jedzenie mięsa ma katastrofalne skutki dla krajów globalnego południa, zwłaszcza Afryki.
– Charlotte, Charlotte, Charlotte – odezwał się Thompson. – W ten sposób nie pozyskamy zwolenników dla sprawy klimatu. Potrzeba nam lepszego przekazu.
– Ustępstwa to nigdy nie jest dobry sposób – oznajmiła Charlotte, a Thompson uśmiechnął się, wyciągnął rękę i przytulił ją krótko.
– Pisałaś kiedyś o Belize, Chia? Powinnaś tam pojechać. Ja cię zabiorę – obiecał i ostentacyjnie puścił oko.
– Hej, Thompson. Kto powiedział, że moja kobieta chce, żebyś ją gdzieś zabierał? – zapytał Darnell.
Zaborczość Darnella, nawet jeśli tylko żartobliwa, sprawiła, że poczułam przypływ szczęścia. Moja kobieta. Uwielbiałam te słowa, a on rzadko je wypowiadał. Czasami w miejscach publicznych trzymał mnie całkiem na dystans, a ja obawiałam się wtedy, że tylko czeka na koniec wieczoru, żeby ze mną zerwać.
– Moglibyśmy pojechać latem, kiedy Darnell będzie prowadził badania terenowe wśród rzeźbiarzy-połowników czy kogo tam jeszcze – zasugerował Thompson i parsknął serdecznym jak zawsze śmiechem.
– Właściwie to Chia zamierza spędzić lato w pisarskiej samotni – powiedział Darnell. – W swoim domu w Maryland. Ojciec kupił jej dom na przedmieściach, bo chciała mieć spokojne miejsce do pisania książki. Będzie tak sobie siedzieć i pisać w tym domu z zabytkowym kominkiem i gosposią.
– Wow – westchnął Thompson. – To dopiero życie!
– To, że bogacze kupują domy, a potem zajmują je tylko przez część roku, podczas gdy inni borykają się z kryzysem mieszkaniowym, ma w sobie element przemocowy – oświadczyła Charlotte.
– Tak naprawdę to dom rodzinny. Moi rodzice zatrzymują się tam, kiedy nas odwiedzają – odparłam.
Brzmiało to zbyt defensywnie, więc spróbowałam zażartować: „Darnell nie dodał, że gosposia nie należy do wyposażenia domu” – co oczywiście nie spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem. W oczach Charlotte zalśniła łagodna pogarda. Żułam mięso, nienawidząc jej i pragnąc jej aprobaty. Widziałam zdjęcia, które Darnell zrobił w letnim domu jej rodziców, były na nich puchate psy i jasne wnętrza w stylu shabby chic, typowe dla nowoangielskiej elity finansowej. Zastanawiałam się, czy ten dom również zaliczał się do „przemocowych” – a może przemoc miała miejsce tylko wtedy, gdy ludzie niepodobni do niej posiadali drugie domy. Oczywiście nigdy bym tego nie powiedziała, ponieważ nie byłam równie odważna jak Omelogor. Zamiast tego przywołałam na twarz swój beznadziejny, bezradny uśmiech. Później powiedziałam Omelogor: „Charlotte mnie nie lubi, ale gdybym była biedną Afrykanką, to by mniej mnie nie lubiła”.
– Bzdura, nie potrzebujesz jej sympatii – odparła natychmiast Omelogor. – Oni nie cierpią bogatych ludzi z biednych krajów, bo to oznacza, że nie mogą się nad nimi litować.
– Charlotte wcale taka nie jest – zaoponowałam, świadoma, że bronię nie Charlotte, ale Darnella. Nasi bliscy znajomi są przecież poniekąd odzwierciedleniem nas samych, to my ich wybieramy, nie są darem natury, jak krewni, a bliska więź z Charlotte mówiła coś o Darnellu. Omelogor potrafiła bardzo surowo oceniać ludzi, którzy nie mieli pojęcia o Afryce, a ja nie chciałam, żeby Darnell wpadł w sidła jej pogardy. Złagodziłam i zmodyfikowałam historie, które opowiadałam jej o nim, ale martwiłam się, że ona to zauważy, przecież tak dobrze mnie znała. Kiedyś powiedziałam, że odkąd poznałam Darnella, otrzymuję przychylniejsze odpowiedzi od redakcji, a ona zapytała: „Myślisz, że to dzięki jego magicznej aurze?”.
Przez telefon było łatwiej, przynajmniej nie obserwowała mnie nieustannie z pochyloną głową – a nikt nie miał tak przenikliwego spojrzenia jak ona. Widziała ludzi, potrafiła przejrzeć ich na wylot. Była ode mnie starsza tylko o dwa lata, ale zawsze czuwała nade mną, gotowa wkroczyć do akcji i chronić mnie przed samą sobą. Opowiedziałam Darnellowi, jaka była błyskotliwa i nieustraszona, jak lśniła wszędzie, gdziekolwiek się pojawiała, gwiazda od urodzenia, robiąca gwiazdorskie rzeczy jako bankierka w Abudży.
– Mówisz o niej jak o mitologicznej bohaterce – stwierdził Darnell.
– Naprawdę?
– Tak. Jakby nie mogła popełnić żadnego błędu. Jej tata też ma tyle kasy?
– O nie. Jest tylko wykładowcą – odparłam szybko i natychmiast ogarnął mnie wstyd.
Dlaczego to powiedziałam o moim ukochanym wujku Nwoye? Owszem, nie był bogaty, a zamożność nie miała dla niego żadnego znaczenia, ale stwierdzeniem, że jest „tylko wykładowcą”, i to takim tonem, niepotrzebnie umniejszyłam jego wartość, by zadowolić Darnella, a nie po to, aby powiedzieć prawdę o wujku.
– Jest wybitnym profesorem, studiował w Cambridge i zdobył światową sławę w swojej dziedzinie – dodałam. – To brat mojej mamy. Jest uroczy, bardzo sympatyczny, ale jednocześnie nie ma pojęcia o wielu rzeczach. Często mawiamy, że to jedyny profesor, który nie umie obsługiwać pilota do telewizora.
REDAKTOR MAGAZYNU „OUT WONDER” NAPISAŁ, że podobał mu się mój tekst o Kopenhadze i liczy na poprawioną wersję z nieco większą dozą werwy. Prawdziwy redaktor, a nie jednoosobowa firma pracująca z domowego biura w Auckland. „Out Wonder” to magazyn z redakcją, który płacił pieniędzmi, a nie egzemplarzami pisma. Zamknęłam oczy i zobaczyłam spis treści, prawdziwe nazwiska autorów rozrzucone po całej stronie, a gdzieś wśród nich moje, ja. Rzecz jasna, jeden opublikowany artykuł powinien otworzyć drzwi do kolejnych, i do zleceń, i do wydawców poszukujących nowych twarzy. To może być historia powstania mojej książki: zaczęła się od artykułu o Kopenhadze. Powieść była poza moim zasięgiem, ale książkę podróżniczą mogłam napisać, zbiór lekkich esejów, miałam już nawet tytuł: „Nieprzygodowe przygody pewnej Afrykanki”. Byłabym prawdziwą pisarką. Matka w końcu by we mnie uwierzyła, wzięłaby moją książkę do ręki i przeglądała ją, wysłałaby po egzemplarzu do wszystkich swoich oszczerców, zarówno tych prawdziwych, jak i wyimaginowanych. Przeczytałam ponownie artykuł o Kopenhadze, jakbym to nie ja go napisała, żeby wyłuskać z niego sekret zainteresowania „Out Wonder”.
Dziś rano jedna elegancka kobieta na rowerze prawie mnie przejechała, ponieważ rozkojarzona gapiłam się na drugą stronę ulicy, gdzie inne eleganckie kobiety jechały do pracy na rowerach. Miały na sobie ładne buty, a nie trampki. Czy one się nie pocą? I dlaczego wszyscy w moim hotelu mówili po angielsku, podczas gdy ja chciałam posłuchać duńskiego? Czy tak szeroki asortyment lukrecji w minibarze butikowego hotelu był wyrazem patriotyzmu? Takie pytania zaprzątały mi głowę. W nocy dopadał mnie głód i miałam straszną ochotę na cukierki, słodkie cukierki, a nie te małe, kolorowe drażetki, z których każda kolejna smakowała jeszcze bardziej jak lekarstwo niż poprzednia.
Nie wiedziałam, co dokładnie oznaczało więcej werwy, ale postanowiłam wrócić do Kopenhagi, znaleźć tę werwę i tam napisać artykuł.
Nie posiadałam się z radości, ledwo mogłam usiedzieć, tak byłam podekscytowana. Opowiedziałam o swoich planach Omelogor i Zikorze, ale Darnellowi o niczym nie wspomniałam, bo bałam się jego obojętności i tego, jak mogłaby popsuć mi nastrój. Mimo to chciałam, żeby pojechał ze mną, tak samo jak chciałam, żeby robił ze mną wszystko.
– Wiedziałeś, że Dania handlowała afrykańskimi niewolnikami? – zapytałam go.
– Oczywiście – odparł z przekąsem, jakby wszyscy o tym wiedzieli oprócz mnie.
– Właśnie czytam o duńskiej fortecy niewolniczej w Ghanie – dodałam. Nie interesował mnie duński handel niewolnikami, ale chciałam, żeby tak myślał; był to temat ponury i wystarczająco doniosły. – Zastanawiam się, czy nie wybrać się znowu do Danii. Kopenhaga i Aarhus. Może pojedziesz ze mną? Zajęcia zaczynasz dopiero za dwa tygodnie.
– Słuchaj, nie wiem, czy mi się podoba ta zabawa w „utrzymanka”. Kiedy pomyślę, ile zapłaciłaś za wycieczkę na Mauritius, to aż mnie pot oblewa.
– Tym razem mam bilety za wylatane mile, więc z praktycznego punktu widzenia to nic nie kosztuje – odparłam, choć nie była to prawda.
– No nie wiem – mruknął nieprzekonany, ale ja wiedziałam, że na pewno się zgodzi. Najpierw musiał jednak odegrać swoją rolę. Zawsze odmawiał, gdy chciałam za coś zapłacić, chociaż tak naprawdę właśnie tego ode mnie oczekiwał. Czasem nawet przy drobnych zakupach, jak piwo w supermarkecie późnym wieczorem, zwlekał z wyjęciem portfela. W dniu swoich urodzin rozdarł brązowy papier, w który zapakowałam MacBooka i iPhone’a.
– Dzięki, kochanie, ale daj spokój, to za dużo, to prawie wulgarne – powiedział.
– W telefonie pękł ci ekran i ciągle powtarzasz, że twój laptop strasznie zamula.
– No tak, ale mimo wszystko. Mogłaś wybrać jedno albo drugie – uznał.
A jednak zatrzymał oba urządzenia. A kiedy nieśmiało wsunęłam bilet pierwszej klasy między strony książki, którą czytał, powiedział:
– Hej. Próbujesz mnie kupić?
Roześmiałam się. Ale w pewnym sensie tak właśnie było. Płaciłam za butelki dobrego wina, masaże, posiłki w restauracjach, osobę sprzątającą jego mieszkanie: zmiany w życiu, z których sam się wyśmiewał, doświadczenia, na które mógł liczyć, tylko pozostając ze mną. To było swego rodzaju kupowanie. Podczas tej urodzinowej podróży miał humory, jakby żałował tego, na co się zgodził, a ja zachowywałam się czujnie i ostrożnie, chodziłam wokół niego na palcach. „Jezu Chryste. Luksusowe spa na lotnisku” – powiedział w poczekalni pierwszej klasy, a ja prawie go przeprosiłam. Na Mauritiusie wszystko go irytowało, nic nie zasługiwało na pochwałę. Chciał odwołać rejs statkiem; nie obchodziło go oglądanie wodospadu; i tak miał mnóstwo zaległych prac studenckich do sprawdzenia. Być może jego zrzędliwość stanowiła akt pokuty: lubienie luksusowych wycieczek było problematyczne, więc teraz mógł przynajmniej nie czerpać z nich przyjemności. Mo, pomarszczony facet o hinduskich rysach, który woził nas po krętych drogach, podczas jazdy żywo gestykulował.
– Matka mojej żony tutaj mieszka. Kiedyś tam rosły same dzikie drzewa – opowiadał.
Rozmawiałam z Mo i chciałam, żeby Darnell też z nim pogadał, ale on tylko gapił się przez okno i powiedział jedynie, że swędzi go szyja po ukąszeniu owada. Mo ciągle zerkał na Darnella w lusterku wstecznym, licząc na jakąś reakcję, jak to mężczyzna w zderzeniu z mężczyzną.
– Ależ to ciekawe! – odparłam wesoło i zbyt entuzjastycznie, żeby zrekompensować chłód Darnella. W dniu odlotu na lotnisku otworzyłam portfel, aby dać Mo napiwek w dolarach amerykańskich. Miałam kilka dwudziestek i jedną setkę. Złożyłam setkę i wcisnęłam mu ją do ręki.
– Dziękuję – powiedział i odwrócił się do wyjścia. – Bezpiecznej podróży! Do zobaczenia następnym razem! – Chwilę później wrócił biegiem. – Dałaś mi… – zaczął i przerwał. – Czy ty chciałaś mi tyle dać? Może to pomyłka?
– Nie, to nie pomyłka, Mo. Bardzo dziękuję.
– Dziękuję, dziękuję – powtarzał, kłaniając się, pochylając się nisko.
Patrzyłam, jak się pospiesznie oddala, aż jego drobna postać zniknęła za drzwiami wyjściowymi lotniska. Potem wybuchłam płaczem. Przytłoczyło mnie to wszystko – chłód Darnella, którego nie potrafiłam rozproszyć mimo wszelkich starań, powszechna uległość na Mauritiusie, jakby wszyscy tam zamiast powietrzem oddychali oparami służalczości. Omelogor powiedziała kiedyś, że cieszy się, iż Nigeria nie jest krajem turystycznym, bo „wtedy ludzie zamieniają się w rekwizyty, a kraje w spektakle”. Myślałam, że jak zwykle trochę przesadza, ale miała całkowitą rację. Nagle wszystko okazało się przesądzone, nie do uratowania. Bolały mnie plecy i pulsowały skronie. Stałam tam i płakałam.
– Co? – zapytał niecierpliwie Darnell, ciągnąc za sobą obie nasze walizki.
– Turystyka w biednych krajach wyrządza ludziom takie szkody, że serce mi pęka.
– Hormony ci szaleją – skwitował Darnell.
To była prawda. Za dwa dni miałam dostać okres, czułam się nabrzmiała i ciągle bliska płaczu. Ale on powiedział: „Hormony ci szaleją” tak niedbale, jakby rzucił we mnie kamieniem, a ja rozszlochałam się na dobre i zaczęłam grzebać w plecaku w poszukiwaniu chusteczki do wytarcia nosa.
– Chia, weź się w garść. Ci ludzie myślą, że to przeze mnie płaczesz, że coś ci zrobiłem – powiedział Darnell.
W PODRÓŻY POWROTNEJ skuliłam się w fotelu, zmęczona i słaba, niewiele się odzywałam, ale wystarczyło, by dać mu do zrozumienia, że walczę tylko o przetrwanie i nie zamykam się przed nim. Moje spuchnięte ciało było napięte, obolałe, gotowe pęknąć. Naszła mnie nagła potrzeba, by porozmawiać o Darnellu, naprawdę o nim porozmawiać, nie tak, jak zwykle, ostrożnie, ale bez ochronnej powłoki. Zaczęłam pisać wiadomość do Omelogor, ale przerwałam. Już nie raz zdarzało się, że rozmowa z Omelogor wydobywała ze mnie siłę, o której istnieniu nie miałam pojęcia, jej słowa zawsze trafiały w samo sedno. Teraz jednak nie chciałam, by wymagano ode mnie siły. Chciałam tylko narzekać na swoją słabość, a potem wycofać się w głąb niej. Nie miało sensu, bym dała się spętać wysokimi oczekiwaniami Omelogor. Nie potrzebowałam pomocy, by odejść od Darnella, nie zamierzałam go opuszczać, chciałam tylko porozmawiać. Lepiej porozmawiać z Zikorą. O tym, że jestem w związku, ale nigdy nie czuję się w nim swobodnie, o tym, że jestem niepewna i nie otrzymuję żadnych sygnałów, że kiedyś może się to zmienić. Z Darnellem czułam się jak małe zwierzątko, nowo narodzone i bezwłose, z natury niezdolne do niczego i wiecznie się przewracające. Zamierzałam powiedzieć te rzeczy Zikorze tylko po to, żeby je z siebie wyrzucić, nie w poszukiwaniu rozwiązań czy odpowiedzi. Już sama decyzja o tym sprawiła, że od razu zrobiło mi się lepiej. Gdy tylko znalazłam się sama w mieszkaniu, zadzwoniłam do Zikory.
– ZIKOR – zaczęłam, a ona wybuchła płaczem. Zikora nie należała do płaczliwych osób. Ktoś musiał umrzeć lub był bliski śmierci. Ręce zaczęły mi się gwałtownie trząść i pożałowałam, że zadzwoniłam, bo gdyby nie to, usłyszałabym złe wieści później.
– Zikor, o gini? Co się stało? – zapytałam.
– Mam trzydzieści jeden lat – zdołała wydusić pomiędzy kolejnymi szlochami, które zniekształcały jej głos.
Ogarnął mnie nagle strach, że zdiagnozowano u niej poważną chorobę, że to nie ktoś inny jest bliski śmierci.
– Mam trzydzieści jeden lat. Myślałam, że w wieku trzydziestu jeden lat będę miała męża i pierwsze dziecko.
– Och – westchnęłam z niedowierzaniem i ogromną ulgą jednocześnie, bałam się wręcz, że zaraz wybuchnę śmiechem.
– Trzydzieści jeden lat i żadnych perspektyw – dodała Zikora.
– Ale do twoich urodzin zostały jeszcze dwa tygodnie – odparłam głupio, jakby w tym czasie mogła znaleźć sobie mężczyznę i wyjść za mąż.
– W sobotę moja przyjaciółka Nkechi bierze ślub w New Jersey. Ludzie będą się zastanawiać i plotkować. Wiesz, jak to jest, wszyscy teraz pytają: „Czy ona jest mężatką?”.
Nie zauważyłam tego, ale krąg znajomych Zikory, w przeciwieństwie do mojego, składał się głównie z Nigeryjczyków i Nigeryjek. Jej przyjaciółki były nieco starsze, a ich problemy nieco inne.
To moja mama i ciotki rozmawiały ze mną o małżeństwie. W ostatnie święta Bożego Narodzenia ciotka z wioski powiedziała: „Chiamaka, bardzo pragnę wina. Od dawna pragnę wina”. Popatrzyłam na nią, nie rozumiejąc, o czym mówi, a potem uśmiechnęłam się, gdy dotarło do mnie, że chodzi jej o ceremonię noszenia wina. Udzieliłam jej standardowej odpowiedzi, która sprawia, że zostawiają cię w spokoju: „Modlę się, ciociu. Wszystko w rękach Boga”.
Nie byłam pewna, co bardziej pocieszy Zikorę: bagatelizowanie małżeństwa czy mówienie jej, żeby pozytywnie się nastawiła i wierzyła, że wkrótce to nastąpi. Powiedziałam więc:
– Nie musisz iść na ślub. Poinformuj Nkechi, że będziesz wtedy w podróży służbowej do Hongkongu albo Londynu, bo masz świetną pracę w renomowanej kancelarii prawnej w Waszyngtonie, a potem kup najdroższą rzecz na jej liście prezentów ślubnych.
Zikora przynajmniej się roześmiała, choć tylko na chwilę.
