Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Młoda matka przyjeżdża z kilkuletnią córką do hotelu, który od dawna nikogo nie gościł. Odkąd w sąsiednim lesie szaleją pożary, niegdyś odosobnione uzdrowisko straciło swój urok. Dla Iris, właścicielki hotelu, niespodziewana wizyta jest zarówno miłą odmianą, jak i powodem do niepokoju: coś jest nie tak z nieznajomą. Czy uciekła od męża? Czy Iris powinna pomóc kobiecie, która chyba niewystarczająco starannie opiekuje się córką? A może powinna chronić dziecko przed nią? Z biegiem czasu jednak kobiety zbliżają się do siebie i zaczynają odkrywać cienie swojej przeszłości. Iris podejrzewa, że ta wizyta prędzej czy później nagle się zakończy – jedyne pytanie brzmi: skąd nadchodzi prawdziwe zagrożenie?
„Lato bez końca” to sugestywna, klaustrofobiczna powieść osadzona w świecie ekstremalnych zmian klimatycznych, która wciąga nas głęboko w perspektywę Iris i zajmuje się analizą problemu przemocy niefizycznej w związkach. Ciągła obecność pożarów tworzy dramatyczne tło dla tej delikatnie opowiedzianej historii o przyjaźni, zaufaniu i solidarności kobiecej. Napisana rytmiczną, nastrojową prozą ta prowokująca do refleksji powieść narusza nasz spokój i stawia nurtujące pytanie: „Komu można zaufać?”.
„Debiut Gänsler to feministyczna powieść klimatyczna, która porusza na wiele sposobów. Właśnie teraz jest właściwy moment, aby przeczytać „Lato bez końca.”
„Berliner Zeitung”
„Ta powieść wciąga czytelnika do świata w płomieniach, do przemocowego związku i tęsknoty, która pozostanie w pamięci na długo po tym, jak zamkniesz tę książkę.”
Catherine Venner, tłumaczka
„Język Gänsler jest spokojny i doskonały. Równolegle do tragicznych konsekwencji kryzysu klimatycznego książka opowiada historię kobiet.”
„Der Spiegel”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 146
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Cytat na s. 154–155 pochodzi z piosenki White Wedding Billy’ego Idola (tekst i muzyka: Billy Idol, 1982).
Tytuł oryginału Ewig Sommer
Przekład Agata Teperek
Redakcja Gabriela Niemiec
Korekta Marcin Grabski,Anna Gądek
Grafika na okładce – obraz „Helen” Jessica Brilli
Projekt stron tytułowych Tomasz Majewski
EWIG SOMMER
Copyright © 2022 by Kein & Aber AG Zurich – Berlin.
All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Agata Teperek, 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2026
Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Bahar Kaygusuz
Skład i łamanie Dariusz Ziach
ISBN 978-83-980539-7-6 (EPUB); 978-83-980539-7-6 (MOBI)
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
Wydawnictwo Pauza
ul. Meksykańska 8 m. 151
03-948 Warszawa
+48501177119
www.wydawnictwopauza.pl
WydawnictwoPauza
wydawnictwo_pauza
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Kobieta z dzieckiem przyszła we wtorek. Już od tygodni nie zaglądali do mnie żadni goście. Targi odwołano albo przełożono z powodu utrzymującego się stanu zagrożenia, a najwyraźniej nie było innych powodów do przyjazdu w nasze strony.
Chociaż zaczął się już październik, upały w ostatnich dniach na nowo roznieciły pożar. Od ogrodu dochodziły odgłosy helikopterów krążących nad lasem, do tego komunikaty policji objeżdżającej co dwie godziny pobliskie miejscowości: Zostań w domu, noś maseczkę, nie otwieraj okien ani drzwi. Zostań w domu, noś maseczkę, nie otwieraj okien ani drzwi.Zostań w domu. Polecenia raz stawały się głośniejsze, raz cichły; zbliżały się i oddalały.
Akurat się opalałam, stałam więc teraz w chłodnym holu w płaszczu kąpielowym.
– Ma pani wolny pokój?
Oczy potrzebowały chwili, żeby przyzwyczaić się do ciemności. W końcu zobaczyłam przed sobą dwie postaci: kobietę i małą dziewczynkę, na oko trzy-, czteroletnią. Kobieta była mniej więcej w moim wieku – jakieś trzydzieści pięć lat, no, może bliżej czterdziestu. Ubrana w jasną sukienkę, stała obok walizki na kółkach, dziecko trzymała prawą ręką, przez ramię przewiesiła sobie torebkę. Zwróciłam uwagę, że ani ona, ani dziewczynka nie są w maseczkach, ale może czekały na mnie już dobrą chwilę i zdążyły je schować. Nogi i buty miały zakurzone i szare, przyniosły ze sobą woń lasu, palonych liści i dymu.
Ruszyłam przodem przez małą jadalnię i drzwiami na taras wyszłam do ogrodu. Zadaszona drewniana ścieżka w stylu japońskiej werandy prowadziła z tarasu do pokoi. W połowie drogi znajdowało się oczko wodne, obok rósł niewielki ozdobny klon z liśćmi lśniącymi czerwienią. Szary kotek, skradający się pośród twardych trzcin, zatrzymał się i wbił w nas wzrok.
Dobrze wiedziałam, że goście są na ogół zaskoczeni tym ogrodem. Nie pasował do reszty hotelu: ciemnego holu, jadalni z drewnianymi meblami i zasłonami w kolorze butelkowej zieleni, do kompletnie pozbawionej wyrazu nazwy – ot, takiej jak nazwa miasteczka: Hotel Bad Heim. To dziadek założył ten ogród pewnego lata, kiedy przyjechałyśmy tu z mamą na wakacje. Ja między pierwszą a drugą klasą i mama uwielbiająca wszystko, co japońskie. Traf chciał, że w obecnych czasach ogród świetnie się sprawdzał, bo poza oczkiem wodnym nie wymagał w zasadzie nawadniania.
Niebo napierało od strony lasu. Kiedy szłyśmy ścieżką, zauważyłam, że kobieta za mną nagle się zatrzymała. Podążyłam za jej wzrokiem ku słupom brązowych chmur wznoszących się nad pożarem, za rzeką, gdzie las składał się niemal wyłącznie z drzew iglastych. Przez głowę przemknęła mi myśl, że ona nie słyszała o pożarach, że znalazły się tu przypadkiem. U kogoś, kto nie jest do tego przyzwyczajony, kto w ogóle się z czymś takim nie liczył, taki widok musi wywoływać poczucie zagrożenia.
– Proszę się nie bać – uspokoiłam je. – Palą się tylko krzaki. A pomiędzy nami jest rozlewisko. Ogień utrzymuje się po drugiej stronie.
Otworzyłam ostatnie drzwi: pokój numer pięć. Na łóżko i dywan przez zamknięte okiennice sączyło się popołudniowe słońce.
Dziecko zostało w ogrodzie i obserwowało kota. Kobieta rozejrzała się, postawiła walizkę obok drzwi. Spytałam, czy otworzyć okiennice. Ten pokój jako jedyny miał też drugie okno, wychodzące na łąkę za domem i dalej na las. Kobieta uśmiechnęła się do mnie.
Położyłam klucz na stoliku.
– Może pani zjeść kolację tutaj, restauracje w okolicy są zamknięte. – Uświadomiłam sobie, że zapomniałam poprosić je o dane. – Potrzebowałabym jeszcze pani nazwiska – dodałam. – I dokumentów.
Skinęła głową, znów się do mnie uśmiechnęła.
– Czy mogłabym donieść później? Nie wiem, gdzie je w tej chwili mam. Ansel, nasze nazwisko. Dorota i Ilya.
Przeliterowała je, ja również się przedstawiłam i dodałam, żeby dały mi znać, jeśli tylko czegoś będą potrzebować. Potem się pożegnałyśmy. Kiedy w progu jeszcze raz się odwróciłam, kobieta siedziała na łóżku i rozpinała buty. Przyjacielski uśmiech zniknął z jej twarzy. Zamiast niego w oczach pojawiło się pewne napięcie, jakby odpłynęła gdzieś myślami i nie przypuszczała, że jeszcze raz się obejrzę.
Przez resztę dnia już ich nie widziałam. Paliłam papierosa za papierosem, opalałam się, słuchałam muzyki. Pod wieczór zrobiłam sobie kolację: sardynki w oleju i pomidory z puszki. Zastanawiałam się przez chwilę, czy mam przygotować coś dla kobiety i dziecka, ale zdecydowałam się poczekać. W razie czego powinno mi wystarczyć zapasów na prosty posiłek: miałam mrożone ryby, ziemniaki, chleb, ser, jajka i sporo konserw.
W jadalni obejrzałam wiadomości. Niecodzienny upał nie chciał przeminąć, nic nie zapowiadało deszczu. Otworzyłam drzwi wejściowe i te przesuwne, na taras – w domu zrobił się ciepły przeciąg. Niekończące się lato przyniosło ze sobą dziwny niepokój, poczucie bezsilności, które przez większość czasu staram się ignorować. W końcu musi się przecież ochłodzić, zbiorą się chmury, zacznie padać. Przyjdzie jesień. Ach, ta wiara w powrót dawnej normalności, rozwiewana każdego dnia na nowo przez meteorologów. Bezradnie obserwowaliśmy wykres temperatury, czerwone i niebieskie linie, oznaczające dzień i noc, niezmiennie utrzymujące się wysoko, niezmiennie blisko siebie. Każdego dnia – nadzieja na ochłodzenie, na obniżenie się przynajmniej tej niebieskiej linii, na chłodniejsze noce, na zderzenie nad lasem mas powietrza o różnej temperaturze. Każdego dnia – nadzieja na chmury, na deszcz. Każdego dnia – jeszcze nie dzisiaj. Każdego dnia – kiedyś musi to nadejść, kiedyś nadejdzie. Czekanie.
Lato bez końca potęgowało nie tylko mój lęk przed pożarami, ale także moje poczucie bezradności. Do pożarów w lipcu i sierpniu już się przyzwyczaiłam, ale od połowy września czekaliśmy, by ziemia znów nabrała wilgoci, a powietrze się oczyściło.
Udałam się na tradycyjny obchód po ogrodzie, nakarmiłam ryby, przegoniłam koty, zebrałam z powierzchni wody pierwsze opadłe liście. Tego wieczoru prawie nie czułam dymu, wiatr wiał od miasteczka. Wkrótce pożary ustaną. To już kwestia dni.
Z jednego z leżaków obserwowałam zaróżowione niebo, czekałam, aż zaciągnie się czernią, aż pozostanie tylko łuna lasu daleko za rozlewiskiem. Zapaliłam papierosa i powoli ruszyłam po żwirze do płotu, za nim aż do skraju lasu rozciągał się teren porośnięty brązową trawą. Rzuciłam okiem na pokój, do którego wprowadziła się kobieta z córką. Od przyjazdu już go nie opuszczały i teraz za okiennicami było ciemno; ciemno i cicho. Nie grał telewizor, nikt nie rozmawiał. Przyszło mi do głowy, że nie zapytałam, jak długo zamierzają tu zostać. Założyłam, że jedną noc.
Ta matka musi mieć jakiś powód, żeby zatrzymywać się z małym dzieckiem w miejscu, gdzie w związku z podjętymi środkami zaradczymi obowiązuje tak wiele ograniczeń, a jakość powietrza jest dramatycznie zła. Zapewne tylko tędy przejeżdżały, musiały się gdzieś przesiąść, utknęły. Wyobraziłam sobie tor kolejowy, który nie dał rady stawić czoła upałowi. Popsuta klimatyzacja, w przedziałach temperatura nie do zniesienia.
Wróciłam do leżaka, wzięłam pęk kluczy i ruszyłam do głównego wejścia, żeby tamtędy wyjść z hotelu. W holu stał wózek dziecięcy – składana spacerówka – na który wcześniej nie zwróciłam uwagi.
Ulice były puste. Powoli szłam przez miasteczko. Obok oklejonych srebrną folią okien, obok placu zabaw, zamkniętego od lata, żeby ograniczyć liczbę miejsc, w których przebywają pod gołym niebem dzieci. Na szczycie drabinek grupa młodzieży. Paląca i szepcąca coś do siebie; światło telefonów odbijało się od ich twarzy, jasne wysepki pośród ciemności. Usłyszałam, jak się śmieją. Jeden z nich się poruszył, złapał za górny drążek i powoli się podciągnął. Szare plecy, szare ramiona, robił to z taką lekkością – w górę i w dół – jakby nie wymagało to najmniejszego wysiłku.
Przystanęłam na chwilę na skrzyżowaniu, nasłuchując głosów, śmiechów, basu, splotu dźwięków – prawdziwych i tych z telefonów. Nikt nie skorzystał z zielonego światła, pociąg bez zatrzymania przejechał przez pustą stację. Plakaty na słupach latarni ostrzegały przed pożarami i skażeniem powietrza, obrazowo pokazywały, jak należy się zachowywać. Schematyczne rysunki głów z maskami przeciwdymnymi, dzieci i starsi przy termometrze, numery ratunkowe, mapa z zaznaczonymi punktami zbornymi na wypadek ewakuacji.
Przed wychodzeniem z domów ostrzegano już od połowy kwietnia. Sytuacja zmieniała się codziennie – wraz z kierunkiem wiatru, postępami w akcji gaśniczej, pogodą. Wiatr często przynosił dym do miasteczka. Starsi i dzieci pozostawali w domach, za zamkniętymi oknami, przy ekranach, na których pokazywano okolicę. Wszyscy obserwowali wahania czerwonych, pomarańczowych i żółtych pól, przedstawiających stężenie związków siarki w powietrzu.
Bad Heim. Niskie domy, brukowane podjazdy, puste ulice. Tablice wskazujące drogę do nieistniejących już miejsc: do uzdrowiska, kasyna, na porośnięte winoroślą wzgórza. Ściany pokryte plakatami. Za nimi budynki komunalne, niczym szczyty górskie wyznaczające biały horyzont, balkon jeden nad drugim, prywatność obok prywatności, oddzielona jedynie przepierzeniem z mlecznego szkła. Drapaki dla kotów, domki dla ptaków, plastikowe meble z przyszpilonymi ceratami, suszarki na pranie, rowerki stacjonarne. Opuszczone mury Grand Hotelu, niepełna nazwa wznosząca się ku niebu na fasadzie, stare zasłony. Na wielu domach wciąż widoczne ślady po zlikwidowanych pensjonatach – zielone tablice obiecujące zawsze wolne pokoje, odpoczynek i czyste powietrze.
Szłam asfaltówką, minęłam dworzec, perony. Za ostatnią latarnią po prawej – łąka. Z tego punktu na skraju miasteczka było widać mój hotel, jedyny wciąż działający w Bad Heim. Na tyłach budynku czarne okno pokoju numer pięć. Kobieta najwyraźniej, mimo wszystko, otworzyła okiennice.
W jasnym kręgu światła rzucanego przez zewnętrzną lampę mój mały świat. Trzy leżaki, stolik. Przy nich głośnik, popielniczka.
Pokonałam łąkę i przez dziurę w płocie wślizgnęłam się do ogrodu. Kiedy byłam już obok budynku, spostrzegłam za oknem mały jasny kształt. Dopiero gdy się poruszył, zorientowałam się, co widzę. Spód przyciśniętej do szyby stopy kogoś, kto siedzi w ciemności. Ogarnęło mnie przerażenie. Sądziłam, że kobieta i dziecko śpią, najwyraźniej jednak matka siedziała przy oknie, w ciemności, ze wzrokiem utkwionym na zewnątrz, w lesie. Musiała mnie widzieć. Pilnując, żeby się nie odwrócić w jej stronę, szybko przeszłam obok, tak jakbym błądziła myślami zupełnie gdzie indziej. Jednak ten obraz stopy – palucha, bladych palców przyciskających się do szyby, jakby chciały poszerzyć przestrzeń – utkwił mi w pamięci niczym dziwnie nieprzyjemne wspomnienie.
Następnego ranka popiół pokrywał łąkę, miękkie szare płatki wirowały w rogach ogrodu i opadały na wodę. Niebo było brązowe, nisko zawieszone chmury podnosiły się z lasu, w nocy znów wiało. Wiatr wciąż był ciepły, za ciepły, i niósł ze sobą gorzką woń. Na myśl przyszli mi strażacy: ich wołanie między pniami, szybkie rozkazy, ciężkie buty miażdżące ściółkę.
Kiedy wyszłam ze swojego pokoju, dziewczynka, Ilya, siedziała sama w ogrodzie.
– Wcześnie wstałaś. – Uśmiechnęłam się do niej, ale tylko na mnie spojrzała, po czym zaraz wróciła do zabawy. Krótkim patykiem grzebała w żwirze, mieszała popiół z kamykami i spalonymi liśćmi. Przypomniały mi się zalecenia, żeby dzieci nie przebywały zbyt długo na zewnątrz, zamknięte place zabaw, baseny i parki, ale nie chciałam się mieszać w sprawy tej dwójki.
Od lat zaglądali do mnie tylko samotni podróżni, którzy cenili to, że mają tu spokój. Rodziny nie przyjeżdżały na tereny zagrożone pożarem, do tego nie miałam praktycznie żadnego doświadczenia z dziećmi. Garstka znajomych, która w moim otoczeniu została rodzicami, już się stąd wyprowadziła. Paula, Helene. Zastanawiałam się przez chwilę, czy zadzwonić do Baby, mojej sąsiadki, i spytać, na co powinnam zwrócić szczególną uwagę, ale dziewczynka, pogrążona w zabawie, sprawiała wrażenie zadowolonej. Przeszkadzanie jej, wyjaśnianie czegoś nie wydawało mi się konieczne.
Jak co dzień sprawdziłam klon, obejrzałam czerwone liście w poszukiwaniu dziur, szarych bąbelków, szkód spowodowanych upałem, suszą, dymem, nic takiego jednak nie znalazłam. Jeszcze raz się zastanowiłam, czy pozwolić dziewczynce na zabawę w ogrodzie, i sprawdziłam aplikację, żeby ocenić dane na ten dzień. Stężenie nie było niepokojące, Bad Heim i cała reszta położona na południe od rozlewiska znajdowały się w jasnożółtej strefie. Uznałam, że powszechne środki ostrożności dotyczą stałych mieszkańców, dzieci, które na co dzień przebywają na obszarze objętym pożarem. Ten jeden poranek nie powinien zaszkodzić Ilyi.
Przechodząc koło niej, powiedziałam, że zajmę się śniadaniem, ale dziewczynka nie zareagowała. W kuchni zaparzyłam kawę i zagotowałam mleko, położyłam na dwóch talerzach chleb tostowy i jednorazowe opakowania z dżemem i masłem, postawiłam to wszystko na stoliku pod oknem, wyciągnęłam krzesełko dziecięce ze schowka. Nie miałam świeżych owoców, więc do dużej szklanej miski przełożyłam sałatkę owocową z puszki. Żółte, białe i pomarańczowe kawałki, krzykliwie czerwone wiśnie w gęstym syropie. Przez brudne szyby widziałam, że dziewczynka wciąż jest sama w ogrodzie. Drzwi do pokoju jej matki były uchylone, na co wcześniej nie zwróciłam uwagi. Zapewne kobieta wszystko już spakowała, wzięła prysznic, pościeliła łóżko. Pomyślałam o popiele, który w tym czasie wpadł przez szczelinę do pokoju. O szarym meszku we włóknach dywanu, na pościeli i w ręcznikach. O tym, jak później, kiedy będę przejeżdżać po podłodze odkurzaczem, zostawię za sobą jasne ślady.
Wypiłam kawę w drzwiach kuchennych, wypaliłam do tego papierosa, zjadłam resztkę pakowanego warkocza drożdżowego. Tutaj, przy śmietniku, przechadzały się koty, przeciskały swoje chude ciała przez szpary w ogrodzeniu. Przychodziły i odchodziły, przychodziły i odchodziły.
Kiedy znów wyszłam do ogrodu, była prawie dziewiąta. Dziewczynka siedziała teraz na brzegu oczka, pyszczki ryb wynurzały się nad powierzchnię, chwytały popiół, jakby to była karma, po czym znów znikały. Lustro wody opadło zbyt nisko, ale odkąd ponownie ograniczono zużycie, mogłam dolewać ją do stawu tylko raz w tygodniu.
Usiadłam na leżaku w pobliżu dziecka. Przemknęło mi przez głowę, czy dziewczynka nie jest głodna lub czy nie chce się jej pić, może powinnam znów ją zagadnąć, przynieść jej coś na śniadanie, ale dalej wydawała się nieosiągalna. Po chwili wstałam, wzięłam szczotkę, po czym zamiotłam werandę kawałek po kawałku, aż do drzwi numer pięć. Miałam wrażenie, że w pokoju za nimi panuje całkowita cisza. Kiedy dotarłam do końca, zamiotłam ostrożnie kąt domu. Przez szparę w drzwiach widziałam tylko kilka centymetrów pokoju. Pasek dywanu, brzeg łóżka, na nim nieruchome jasne fragmenty nóg pod kolanami i zgięte nogi matki ułożone jedna na drugiej. Musi leżeć plecami do drzwi, niczym nieprzykryta, skulona na łóżku jak małe dziecko.
Popiół był lżejszy niż normalny kurz. Łatwo się przyczepiał, a kiedy już się go wytarło, natychmiast znów się osadzał. Cicho wróciłam tą samą drogą, wciąż zamiatając werandę. Przede mną na drewnianą poręcz opadł powoli tlący się liść. Wciąż zachował swój zakrzywiony kształt, ale między czarnymi żyłkami było widać już tylko białe wypalone placki. Oparłam szczotkę o ścianę, ostrożnie wzięłam liść do ręki i osłaniając go przed wiatrem, podeszłam do dziecka.
– Widziałaś coś takiego? – Ukucnęłam i powoli otworzyłam dłonie.
Dziewczynka z zaciekawieniem zajrzała do norki, którą utworzyły moje palce, ostrożnie się przysunęła. Przez moment liść siedział tam jak motyl, a potem został porwany przez wiatr. Rozpadł się tuż nad naszymi twarzami, obrócił się w proch.
– Ilya! – Matka stała teraz w uchylonych drzwiach. Miała na sobie białą sukienkę, włosy związała na karku. – Przepraszam – zwróciła się do mnie, a następnie do córki: – Ilyo, chodź tutaj, daj pani Lehmann pracować w spokoju.
Wstałam i się uśmiechnęłam.
– Żaden problem. – Zauważyłam, że kobieta ma na sobie te same buty, w których pojawiła się w hotelu, paski z klamerką wciąż były szare i zakurzone. Wyglądała na zmęczoną, na wyczerpaną, jakby w ogóle nie zmrużyła oka.
Stojąca między nami dziewczynka dalej patrzyła w niebo, wypatrując nieistniejącego już liścia.
– Zje pani coś na śniadanie, pani Ansel? – zapytałam. – Może napije się pani kawy?
Zareagowała z lekkim opóźnieniem, jakby słowa potrzebowały chwili na dotarcie do jej świadomości. Potem uśmiechnęła się do mnie i zamknęła za sobą drzwi. Usłyszałam pospieszne stukanie obcasów o drewno.
Kiedy obie siedziały przy stole, zamknęłam drzwi na taras. Matka paliła i patrzyła przez okno, na las. Wyczuwało się w niej pewną nerwowość. Wydawała się spięta, nieustannie poruszała palcami u stóp, drżały jej kąciki ust. Skrobała palcem wskazującym paznokieć kciuka, sięgała w nicość, kręciła nadgarstkami. Prawie nie rozmawiała z córką, uśmiechała się tylko za każdym razem, kiedy podchodziłam do ich stolika, żeby coś przynieść albo zabrać. Na krawędzi tego uśmiechu czaiła się pewna powściągliwość, jasno dająca znać, że jest to jedynie przejaw uprzejmości, dobrego wychowania, a nie prawdziwa chęć nawiązania kontaktu. Tym napięciem przypominała mi w pewien sposób moją matkę, chociaż poza tym miała z nią niewiele wspólnego. Jej oczy były w niecodziennym kolorze, między szarym a zielonym. Wysoka i szczupła; wyraziste rysy twarzy: przedziałek, brwi, kości policzkowe, szczęka, linia ust. Była nadzwyczaj piękna, ale na jej urodzie kładła się cieniem jakaś zachowawczość – uciekała wzrokiem, poruszała się w taki sposób, jakby nie chciała, żeby inni na nią patrzyli. Moja mama była delikatna, jej kontury jakby zlewały się z otoczeniem, zawsze łaknęła uwagi, zainteresowania, afirmacji.
– Mogłabym teraz u pani posprzątać? – spytałam kobietę, kiedy wszystko już było na stole.
– Dziękuję, nie trzeba.
Wytarłam stojące obok stoły, oparcia krzeseł. Wszędzie popiół.
– Wie pani, jak długo tu zostanie?
Zaciągnęła się papierosem.
– Nie całkiem – powiedziała. – To jakiś problem?
Odparłam, że hotel tak czy inaczej stoi pusty z powodu pożaru, po czym podążyłam za jej wzrokiem przez ogród, łąkę, na skraj lasu.
[...]
Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku
na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –
do czytania i dobrej prozy zagranicznej.
Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,
która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.
Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki
z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.
Lato bez końca to sto druga książka
Wydawnictwa Pauza.
Wcześniej ukazały się:
2018
Legenda o samobójstwie – David Vann
Pierwszy bandzior – Miranda July
Nasz chłopak – Daniel Magariel
Historia przemocy – Édouard Louis
Tirza – Arnon Grunberg
2019
Pasujesz tu najlepiej – Miranda July
O zmierzchu – Therese Bohman
Piękna młoda żona – Tommy Wieringa
Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug
Floryda – Lauren Groff
Przyjaciel – Sigrid Nunez
Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall
Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh
Brud – David Vann
Koniec z Eddym – Édouard Louis
2020
Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz
Linia – Elise Karlsson
Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry
Ta druga – Therese Bohman
Dorośli – Marie Aubert
Turbulencje – David Szalay
Nikolski – Nicolas Dickner
Fauna Północy – Andrea Lundgren
Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård
Pełnia miłości – Sigrid Nunez
Przejście – Pajtim Statovci
Niebieska Księga z Nebo – Manon Steffan Ros
Dziennik upadku – Michel Laub
2021
Halibut na Księżycu – David Vann
Zabierz mnie do domu – Marie Aubert
Utonęła – Therese Bohman
Koniec dnia – Bill Clegg
Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag – Sigrid Nunez
Tęsknota za innym światem – Ottessa Moshfegh
Ostatnie stadium – Nina Lykke
Niepoprawna mnogość – zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell
Wyznanie – Domenico Starnone
Za otrzymane łaski – Valeria Parrella
Trzymam wilka za uszy – Laura van den Berg
Kto zabił mojego ojca – Édouard Louis
Archiwum zagubionych dzieci – Valeria Luiselli
2022
Komodo – David Vann
Londyn – David Szalay
Wyspa kobiet – Lauren Groff
Wizyta – Katharina Volckmer
Ostatni wywiad – Eshkol Nevo
Strega – Johanne Lykke Holm
Intymności – Lucy Caldwell
Coś nie tak. Kobiecość i wstręt – Eimear McBride
Pomniejsi wędrowcy – Eimear McBride
Dla Rouenny – Sigrid Nunez
Zmagania i metamorfozy kobiety – Édouard Louis
2023
Odmawiam myślenia – Lotta Elstad
Elmet – Fiona Mozley
Mleko krew żar – Dantiel W. Moniz
Urugwajka – Pedro Mairal
Andromeda – Therese Bohman
Czy muszę odchodzić? – Yiyun Li
Wcale nie jestem taka – Marie Aubert
Fatum i furia – Lauren Groff
Nędza – Andrzej Tichý
Długa odpowiedź – Anna Hogeland
W lasach ludzkiego serca – Antje Rávik Strubel
Zmiana – Édouard Louis
Dostatek – Jakob Guanzon
Lapvona – Ottessa Moshfegh
Ptaki – Samanta Schweblin
2024
Słabsi – Sigrid Nunez
Eileen – Ottessa Moshfegh
Ostatni dzień na Ziemi – David Vann
Szczegóły – Ia Genberg
Fuga – Lauren Groff
Miałam tak wiele – Trude Marstein
Soho – Fiona Mozley
Zaproszona – Emma Cline
System – Amanda Svensson
Niewidzialni – Pajtim Statovci
Psychiatrzy i masażyści – Arnon Grunberg
Na czworakach – Miranda July
Dzikie bezkresy – Lauren Groff
Lot – Lynn Steger Strong
2025
Śmierć w jej dłoniach – Ottessa Moshfegh
Metry na sekundę – Stine Pilgaard
Gdzie indziej – Yan Ge
Nie jesteśmy tu dla przyjemności – Nina Lykke
Stan raju – Laura van den Berg
Goście – Agnes Ravatn
Tłusty róż – Fernanda Trías
Teo od 16 do 18 – Raluca Nagy
Góra prawdy – Therese Bohman
Wonderland – Hanna Nordenhök
Siedem pustych domów – Samanta Schweblin
2026
Wymieranie Ireny Rey – Jennifer Croft
Oto słońce – Gunnhild Øyehaug
Awanturnica – Lauren Groff
Czesanie kota – Jane Campbell
Nie, po prostu nie – Nina Lykke
Gdzie są dorośli? – Nina Lykke
Rozmowy są nagrywane – Katharina Volckmer
Ciało – David Szalay
Dobre i złe – Samanta Schweblin
