O objętości czasu I - Solvej Balle - ebook + audiobook

O objętości czasu I ebook i audiobook

Solvej Balle

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Wyobraź sobie, że czas się zatrzymał. Co robisz?

Tara Selter wpadła w pętlę czasu: pewnego ranka odkryła, że dni przestały biec. Codziennie budzi się i wciąż jest osiemnasty listopada. Jest ta sama pogoda, o tej samej porze pada deszcz, spotykani ludzie robią to samo. Tylko Tara pamięta poprzednie dni; jej mąż Thomas raz po raz zaczyna swój osiemnasty listopada od nowa, nie pamięta ani jej powrotu do domu, ani ich rozmów. Z dnia na dzień przepaść między nimi rośnie: ona gromadzi zapętlone wspomnienia, on stoi w miejscu. Powoli Tara uczy się żyć w szczelinach czasu – porusza się po domu jak cień, by Thomas jej nie usłyszał, liczy dni, prowadzi dziennik. Co musi zrobić, aby uwolnić się z pętli? 

Pierwszy tom cyklu, który stał się międzynarodową sensacją – prawa do jego wydania kupiły 33 kraje. Zachwycająca powieść nominowana do Międzynarodowej Nagrody Bookera, okrzyknięta najlepszą książką roku przez „New Yorkera” i zdobywczyni Literackiej Nagrody Nordyckiej. Lektura tej książki sprawi, że czas stanie w miejscu, a ty nawet tego nie zauważysz. 

 

A co, jeśli czas nagle się zawiesi? Czy teraźniejszość może stać się nieskończonością? Balle, przyglądając się takiemu scenariuszowi wypadków, pochyla się nad kwestiami samotności, bliskości, przemijania i rutyny.
Michał Nogaś

Oniryczna, oryginalna i bezterminowo przedłużona wersja „Dnia świstaka”… Dylemat stanowiący serce powieści zakorzeniony jest w zwyczajności codziennego, domowego życia i w rozterkach małżeństwa, w którym jedno z partnerów się zmienia, a drugie nie.
„Booklist”

Arcydzieło swoich czasów.
jury Nagrody Literackiej Rady Nordyckiej

Absolutnie, absolutnie niesamowita.
Karl Ove Knausgård

Wspaniała!
Lauren Groff

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 195

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 50 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marta Markowicz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Om udregning af rumfang I

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Sylwia Izabela Schab, 2026 Copyright © 2020 Solvej Balle Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen in co-operation with Booklab Literary Agency, Poland.

Książka została opublikowana przy wsparciu Danish Arts Foundation

Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak

Redaktorzy prowadzący: Weronika Jacak, Adrian Stachowski

Marketing i promocja: Agata Gać, Katarzyna Schinkel-Barbarzak

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Agnieszka Ewa Zygmunt, Magdalena Chrobok

Projekt typograficzny i łamanie: Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki

Projekt okładki i strony tytułowe: Aleksandra Nałęcz-Jawecka | to/studio

Obraz na okładce: © Cinta Vidal. Reproduced with permission.

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68889-85-7

Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

#121

W domu jest człowiek. Słychać, jak przemieszcza się po pokoju na piętrze. Gdy wstaje z łóżka albo schodzi do kuchni. W rurach szumi woda, gdy napełnia czajnik. Zgrzyta metal, gdy odstawia go na kuchenkę, słychać delikatne kliknięcie iskrownika, gdy włącza gaz. Potem następuje cisza, aż do chwili, gdy woda zaczyna wrzeć. Szeleszczą herbata i papier, gdy najpierw jedna, a potem kolejna łyżka herbacianych liści wyjmowana jest z papierowej torebki i wsypywana do dzbanka, i słychać zalewanie herbaty wodą, ale to są dźwięki, które rozchodzą się tylko w kuchni. Słyszę, że otwierana jest lodówka, ponieważ drzwiczki uderzają w róg blatu kuchennego. I znowu cisza, podczas gdy herbata naciąga, a po chwili docierają do mnie odgłosy wyciągania filiżanki i spodka z szafki kuchennej. Nie słyszę plusku herbaty wlewanej do naczynia, ale za to rozbrzmiewają kroki między kuchnią a salonem, gdy człowiek niesie filiżankę z napojem. Nazywa się Thomas Selter. Dom jest kamienny, dwupoziomowy, na obrzeżach miasta Clairon-sous-Bois w północnej Francji. Do najgłębiej leżącego pokoju, wychodzącego na ogród i stertę drewna, nikt nie wchodzi.

Jest osiemnasty listopada. Przyzwyczaiłam się do tej myśli. Przywykłam do tych odgłosów, do szarego światła poranka i do deszczu, który zaraz zacznie padać w ogrodzie. Przywykłam do kroków, do zamykania i otwierania drzwi. Słyszę, że Thomas przechodzi z salonu do kuchni i odstawia filiżankę na blat kuchenny, a za chwilę usłyszę go w przedpokoju. Słyszę, jak zdejmuje płaszcz z wieszaka, słyszę, jak upuszcza parasol na podłogę i go podnosi.

Gdy Thomas wychodzi na listopadowy deszcz, w domu robi się cicho. Zostają tylko moje własne odgłosy i nikły szmer deszczu za oknem. Skrobanie ołówka po papierze, szuranie krzesła o podłogę, gdy je odsuwam i wstaję od stołu. Moje stopy stąpające po podłodze i lekkie zgrzytanie klamki, gdy otwieram drzwi na korytarz.

Gdy Thomasa nie ma, zazwyczaj przemieszczam się po domu. Chodzę do toalety i przynoszę wodę z kuchni, ale szybko wracam do swojego pokoju. Zamykam drzwi i siadam na łóżku albo na krześle w kącie, tak żebym nie była widoczna ze ścieżki ogrodowej, jeśli z niej spojrzeć do środka.

Gdy Thomas wraca z dwiema foliówkami z cienkiego plastiku, dźwięki wracają. Klucz w zamku i buty wycierane o matę. Szeleszczenie reklamówek, gdy odstawia zakupy na podłogę. Odgłos zamkniętego parasola odkładanego na krzesło w przedpokoju. Chwilę później słyszę, jak wiesza płaszcz na haczyku przy drzwiach. Słyszę powtarzające się szeleszczenie plastiku, gdy stawia torby na stół kuchenny i odkłada zakupy na miejsce. Chowa ser do lodówki, dwie puszki pomidorów do szafki, a tabliczkę czekolady kładzie na stole. Gdy opróżni reklamówki, zwija je i umieszcza w szafce pod zlewem. Zamyka drzwiczki i pozwala, by dalej tam szeleściły.

W ciągu dnia słyszę go w gabinecie na piętrze. Przesuwanie fotela przy biurku i drukarkę wypluwającą etykiety adresowe i listy. Słyszę kroki na schodach i to wytłumione uderzenie w deski podłogowe, gdy Thomas odkłada paczki i listy w przedpokoju. Słyszę go w kuchni i w salonie. Słyszę, jak dłoń albo rękaw ociera się o ścianę, gdy znów wchodzi po stopniach, słyszę go w łazience i słyszę chlupot w muszli klozetowej, który wytworzyć może tylko człowiek sikający na stojąco.

Chwilę później znów słyszę go na schodach i w przedpokoju, niedługo potem wchodzi do salonu i siada w fotelu przy oknie wychodzącym na ulicę. Czas oczekiwania pożytkuje na czytanie albo obserwację listopadowego deszczu.

To na mnie czeka. Nazywam się Tara Selter. Siedzę w najgłębiej położonym pokoju, wychodzącym na ogród i stertę drewna. Jest osiemnasty listopada. Każdego wieczoru, gdy kładę się spać w pokoju gościnnym, jest osiemnasty listopada, i każdego ranka, gdy się budzę, jest osiemnasty listopada. Nie spodziewam się już, że gdy otworzę oczy, będzie dziewiętnasty, i nie pamiętam już siedemnastego tak, jakby to było wczoraj.

Otwieram okno i rzucam trochę chleba ptakom, które zaraz przylecą do ogrodu. Przyfruwają, gdy ustaje deszcz. Najpierw kosy, które oddają się dziobaniu ostatnich owoców na jabłoni albo chleba, który wyrzuciłam, a chwilę później pojedynczy rudzik. Krótko po nim wpada raniuszek, potem kilka bogatek, od razu odganianych przez kosy. Powoli znów zaczyna kropić. Kosy nie przestają dziobać, ale gdy deszcz przybiera na sile, odlatują, szukając schronienia w żywopłocie.

Thomas napalił w salonowym kominku. Przyniósł drewno z domku ogrodowego i za moment w domu zrobi się cieplej. Słyszałam dźwięki w przedpokoju i w salonie, ale teraz, gdy Thomas czyta, dobiega mnie tylko skrobanie własnego ołówka po papierze, szept, który zaraz zniknie w odgłosie deszczu.

Policzyłam dni i jeśli zrobiłam to dobrze, to dzisiaj jest osiemnasty listopada #121. Podążam za dniami. Podążam za dźwiękami w domu. Gdy jest cisza, nie robię nic. Kładę się i odpoczywam na łóżku albo czytam książkę, ale nie wydaję żadnych dźwięków. Albo prawie żadnych. Oddycham. Podnoszę się i ostrożnie chodzę po pokoju. To dźwiękom daję się prowadzić. Siadam na łóżku albo ostrożnie odsuwam krzesło od stołu pod oknem.

Wczesnym popołudniem Thomas włącza muzykę w salonie. Najpierw słyszę go w korytarzu i w kuchni. Słyszę, jak stawia czajnik na gaz, i słyszę jego kroki, gdy wraca do salonu i włącza muzykę. Wtedy wiem, że zaraz się rozjaśni. Chmury odpłyną, pojawi się trochę słońca.

Zazwyczaj przygotowuję się do wyjścia, gdy tylko rozlega się muzyka. Podnoszę się, wkładam płaszcz i botki. Czekam przy drzwiach, chwilę później muzyka jest tak głośna, że mogę niesłyszana opuścić dom, bo tony dochodzące z salonu tłumią odgłosy otwierania drzwi, kroków i ponowny trzask.

Opuszczam dom przez drzwi wychodzące na ogród. Zawieszam torbę na ramieniu, ostrożnie otwieram drzwi sieni, wychodzę do przedpokoju i znów je zamykam. Na podłodze leżą trzy średniej wielkości koperty i cztery paczki w brązowych pudłach z naszymi nazwiskami: T. & T. Selter. To my. Sprzedajemy stare księgi, zwłaszcza ilustrowane woluminy z XVIII wieku. Kupujemy je na aukcjach, u prywatnych kolekcjonerów albo u innych handlarzy, odsprzedajemy i wysyłamy w brązowych pudłach z naszymi nazwiskami. Bezgłośnie mijam paczki na podłodze, otwieram drzwi i wychodzę. Nie potrzebuję parasola. Ciągle mży, ale jeszcze chwila i deszcz ustanie. Nie idę ścieżką ogrodową prowadzącą do furtki, ale wzdłuż lewego boku domu, obok domku ogrodowego i dalej, ku zakątkowi ogrodu, którego nie widać z okna. Gdy minę grządkę z porami i dwoma rzędami buraków liściowych, dochodzę do przerwy w żywopłocie i wychodzę na drogę. Zerkam za siebie. Dostrzegam nieco dymu kręcącego się w powietrzu nad kominem. Słyszę stłumione dźwięki muzyki, ale spieszę dalej i po kilku krokach nie słyszę ani muzyki, ani deszczu, bo deszcz ustał, muzyka zniknęła za moimi plecami, a jedynymi dźwiękami są moje własne kroki na chodniku, pomruki nielicznych samochodów i dochodzące z oddali głosy dzieci ze szkoły kilka przecznic stąd.

Chwilę później, gdy Thomas zobaczy, że przestało padać, wyłącza muzykę. Wkłada płaszcz, zgarnia z podłogi stos listów i paczek. O godzinie 15.24 wychodzi z domu. Niesie listy i paczki. T. & T. Selter. To my. Ale między nami stanął czas. Idziemy do miasta niewielkimi uliczkami albo z powrotem do domu. Jesteśmy na zewnątrz, chodzimy podczas przerwy w opadach, ale nie podążamy tymi samymi ścieżkami. Nie spodziewa się mnie spotkać po drodze – i mnie nie spotyka. Znam inną trasę, a gdy on wraca, znowu siedzę w pokoju wychodzącym na ogród.

Jeśli czegoś potrzebuję, robię zakupy w niewielkim supermarkecie kilka ulic dalej. Nie spieszę się, z reguły wracam do domu okrężną drogą. Przechodzę przez furtkę, podążam ogrodową ścieżką do tylnego wejścia, tu sobie otwieram. W domu panuje cisza. Thomasa nie ma i już przestało padać. Jest w drodze do miasta, a gdy nada paczki, wyjdzie słońce. Idzie przez las i nad rzekę, wraca dopiero późnym popołudniem, gdy znów pojawia się deszcz, bo nikt na niego w domu nie czeka i nie ma niczego więcej do zrobienia.

Zazwyczaj po powrocie do domu zanoszę zakupy do pokoju. Przewieszam płaszcz przez krzesło, zdejmuję buty i wchodzę do kuchni. Przy zlewie stoi filiżanka, a czajnik na kuchence nadal jest ciepły. Mogę iść przez dom śladami Thomasa. Wchodzę do gabinetu na piętrze. Na stole leżą książki w stosach i porozrzucane kupki papierów. Książki stoją na regałach i spoczywają w skrzynkach na podłodze. Jedna ze skrzynek jest otwarta, bo Thomas czegoś w niej szukał i jej ponownie nie zamknął. Sypialnia obok gabinetu wygląda tak, jakby ktoś właśnie wstał, ale tylko jedna strona łóżka jest w użyciu.

Mam półtorej godziny w domu, zanim wróci Thomas. Mam czas wziąć kąpiel albo wyprać trochę ciuchów w umywalce, mam czas, by przynieść sobie książkę z regału i zasiąść w jednym z foteli przy oknie.

Jeśli przebywam w salonie, to zazwyczaj słucham muzyki albo czytam, aż zacznie się zmierzchać, ale dzisiaj zostałam tam, w tym pokoju, który wychodzi na ogród i stertę drewna. Słyszałam, jak Thomas zdejmuje płaszcz z wieszaka i jak opuszcza dom. Otworzyłam drzwi do sieni – paczki zniknęły z podłogi – siadłam przy stole pod oknem. Jest osiemnasty listopada. Zaczynam przyzwyczajać się do tej myśli.

Rankiem siedemnastego listopada pożegnałam się z Thomasem w drzwiach wejściowych. Była za piętnaście ósma, taksówka czekała przed domem, i zdążyłam na pociąg z Clairon-sous-Bois o godzinie 8.17. Wybierałam się do Bordeaux na doroczną aukcję ilustrowanych ksiąg z XVIII wieku. Niebo było zszarzałe, w powietrzu unosiła się wilgoć, ale nie padało.

Ze stacji w Clairon pojechałam do Lille-Flandres, przesiadłam się na pociąg do Lille-Europe i podążyłam dalej, do Paryża, gdzie złapałam przesiadkę w kierunku Bordeaux. Dojechałam tam krótko przed drugą, a po chwili zamieszania spowodowanej remontem drogi przed stacją, blokadą ulic, tablicami informacyjnymi i zamkniętymi przejściami odnalazłam drogę do centrum wystawienniczego, gdzie miała się odbyć aukcja i dokąd dotarłam kilka minut później. Zarejestrowałam się, dostałam program i identyfikator z nadrukiem 7ème Salon Lumières, z moim nazwiskiem poniżej i – na samym dole – nazwą firmy: T. & T. Selter.

Przybyłam przed czasem, przed główną aukcją ksiąg ilustrowanych, która miała się rozpocząć o godzinie trzeciej. Odbyło się już kilka innych licytacji i zobaczyłam w programie, że także w tym roku oferowano zarówno wykłady, jak i dyskusje panelowe, ale nie zamierzałam w nich uczestniczyć.

Zawahałam się nieco i nieomal znów straciłam orientację, gdy otoczyła mnie cała ta konferencyjna atmosfera pozamykanych drzwi i porzuconych kubków po kawie, wreszcie znalazłam tabliczki i strzałki wskazujące kierunek do sali aukcyjnej i połączonej z nią hali antykwarycznej, w której całe zastępy antykwariuszy jak zazwyczaj prezentowały stoiska z książkami i rycinami naukowymi. Miałam całkiem sprecyzowane wyobrażenie, jakie dzieła chcę licytować podczas aukcji, a gdy najważniejsze z nich przejrzałam, przeszłam się po hali. Przywitałam się z wieloma już mi znanymi księgarzami i krótko przed trzecią zajęłam miejsce w sali aukcyjnej, która chwilę później zapełniła się ludźmi napływającymi z sal konferencyjnych.

Udało mi się kupić na aukcji dwanaście dzieł. Pięć, na które już mieliśmy zamówienia, i siedem innych, które mogliśmy według mnie sprzedać z przyzwoitym zyskiem. Handlujemy przede wszystkim książkami po niewygórowanych cenach, sprzedajemy je różnorodnej grupie zbieraczy, w większości z Europy, ale mamy też pojedynczych klientów w innych częściach świata. Zazwyczaj to ja jeżdżę na aukcje i odwiedzam antykwariaty, a Thomas rejestruje książki i zajmuje się wysyłką. Na początku robiliśmy to wspólnie, ale z czasem podzieliliśmy zadania między siebie. Dlaczego to ja podróżowałam, nie jest dla mnie jasne. Może dlatego, że nie mam nic przeciwko podróżowaniu, a może dlatego, że dość szybko wykształciłam w sobie rodzaj zmysłu do książek, wyczucie papieru, oko do oceny jakości druku, udanej oprawy. Nie wiem, na czym to polega, ale to niemal fizyczne doznanie, jak wtedy, gdy gąsienica miernikowca wyczuwa, czy jakiś liść warty jest tego, by się po nim przesuwać, albo gdy jakiś ptak nasłuchuje ruchu owadów pod korą drzewa. Może chodzić o szczegół: szelest kartkowanych stron, nasycenie barw w jakiejś ilustracji, precyzję detali na planszy, dokładność w wybarwieniu tablic z przekrojami – nie mam pojęcia, co zaważa na decyzji, bo mimo że zazwyczaj wiem, jakie dzieła mnie interesują, to jasność, czy chcę je kupić, mam z reguły dopiero wtedy, gdy trzymam je w rękach.

Po aukcji wróciłam do hali antykwarycznej, zapłaciłam za kilka książek, które sobie odłożyłam, i znalazłam jeszcze sześć poszukiwanych przeze mnie dzieł oraz kilka, o których wcześniej nie słyszałam. Najcięższe i najkosztowniejsze z nich są z reguły wysyłane bezpośrednio do Clairon-sous-Bois, ale często niektóre zakupy od razu zabieram w swojej torbie. Tym razem – nieznany mi wcześniej leksykon kieszonkowy o odgłosach ptaków, uporządkowany wedle tonacji, drugie wydanie leksykonu anatomii zwierząt Harcarda i ładny egzemplarz słynnej książki o pająkach Boisota Atlas des Araignées, który jeden z naszych stałych klientów chciał sprezentować swojej przyjaciółce, a my obiecaliśmy mu go znaleźć.

Pod koniec siedemnastego listopada wsiadłam do pociągu do Paryża, a późnym wieczorem dotarłam do Hôtel du Lison, gdzie zazwyczaj się zatrzymuję, kiedy jestem w mieście. Hotel leży tuż za rogiem rue Almageste, gdzie wielu z tych księgarzy, z którymi współpracujemy, ma swoje antykwariaty i gdzie nasz dobry przyjaciel Philip Maurel prowadzi sklep z antycznymi monetami. Mój plan na kolejne dwa dni był taki, by oprócz zakupu książek dla firmy i spotkania z Philipem odwiedzić bibliotekę naukową, Bibliothèque 18 w Clichy, gdzie następnego dnia miałam umówione spotkanie z badaczką o nazwisku Nami Charet, która opisała niektóre dotąd pominięte warianty technik graficznych z XVIII wieku. Odkrycie kilku zmian w narzędziach i metodach pracy grawerów umożliwiło datowanie ilustracji z końca tego okresu z dużą precyzją i tym samym rzuciło światło na niezgodność między czasem powstania ilustracji a rokiem wydania książek.

Gdy dotarłam do hotelu, zadzwoniłam do Thomasa. Nie rozmawialiśmy długo. Opowiedziałam o dotychczasowych zdobyczach dnia i zapytałam, czy chce dodać jakieś tytuły do mojej listy zakupów na jutro. Przyszło mu na myśl kilka dzieł, których jego zdaniem warto było poszukać, a ponadto w ciągu dnia dwóch znajomych księgarzy z rue Renart, bocznej ulicy do rue Almageste, odłożyło mu kilka książek. Poprosił mnie o ich przejrzenie i zakup, jeśli by były w wystarczająco dobrym stanie. Dopisałam tytuły do listy i obiecałam przyjrzeć się im bliżej nazajutrz. Chyba rozmawialiśmy jeszcze chwilę o aukcji i trochę o listopadowej aurze, zanim powiedzieliśmy sobie dobranoc dwa albo trzy razy i zakończyliśmy rozmowę.

Staramy się unikać długich rozmów telefonicznych, gdy jestem w podróży. Nie tylko dlatego, że w przeciwnym razie prowadzilibyśmy szczegółowe dialogi o stanie książek, roku wydania, ilustracjach i wycenie, ale także dlatego, że takie rozmowy sprawiają, że rośnie dystans między nami. Gdy tylko odchodzimy od prostych i praktycznych kwestii, rozmowa przemienia się niewyczuwalnie w jakiś rodzaj połączenia dźwiękowego, wytłumionego miłosnego mamrotania. Nasze porozumiewanie się, które przecież zaczęło się jako sensowne i spójne, przeobraża się i staje wymianą luźnych sekwencji, bez zdań czy informacji: drobne słowa i dźwięki, które chyba właściwie miały podtrzymać połączenie między nami, ale zamiast tego nader wyraźnie uwypuklają, że znajdujemy się daleko od siebie. Stopniowo nauczyliśmy się rozdzielać zadania, trzymać się kwestii praktycznych i rozmawiać tylko wtedy, kiedy to konieczne.

Sama zapomniałam już wiele szczegółów naszych rozmów, ale Thomas, który pamięta siedemnasty listopada, jakby to było wczoraj, powiedział mi, że zachwycona opowiadałam o swoich znaleziskach, że zastanawiałam się, czy T. & T. Selter powinna rozszerzyć działalność także o handel planszami naukowymi i rycinami. Rozmawialiśmy głównie na temat praktycznych problemów związanych z moją propozycją, szczególnie w kwestii przesyłek, która zapewne spadłaby na barki Thomasa. Warto by było to rozważyć, uważałam, ale on był bardziej sceptyczny.

Nie pamiętam reszty rozmowy, ale przypominam sobie, że krótko po niej wzięłam kąpiel, potem usiadłam na łóżku w pokoju i rzuciłam okiem na moją listę książek. Pamiętam też, że byłam trochę zmęczona po podróży, że nastawiłam budzik w telefonie, rozebrałam się i położyłam spać.

Nadal nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby T. & T. Selter zaczęła handlować planszami naukowymi i ilustracjami, ale wiem, że ten rodzaj rozważań już nie ma sensu. Wiem też, że Thomas już dawno temu zaniósł paczki na pocztę, że był nad rzeką i minął młyn wodny, że przeszedł przez las i zaraz wróci do domu.

Przyglądam się chmurom deszczowym. To one informują o upływie czasu. Światło znika i widzę, że niebo zmienia barwę na ciemnoszarą. Jeśli jestem w salonie z książką, robi się za ciemno na czytanie i zbieram się, żeby wycofać się do pokoju gościnnego. Siedzę przez chwilę i słucham deszczu, a gdy przybiera na sile, wiem, że Thomas wkrótce będzie z powrotem. Wstaję z fotela przy oknie. Idę do kuchni, płuczę szklankę nad zlewem, dokładnie osuszam ją ściereczką, odstawiam na miejsce w szafce i wychodzę. Zazwyczaj pamiętam, żeby podkręcić grzejnik, zanim opuszczę salon. Żar w kominku już dawno ostygł, a gdy Thomas wróci, będzie przemoczony od deszczu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki