Kłamstwa, które nam wmawiano - Ellen Marie Wiseman - ebook
NOWOŚĆ

Kłamstwa, które nam wmawiano ebook

Ellen Marie Wiseman

0,0

Opis

W cieniu wielkiej historii rozgrywa się cicha, przejmująca walka o godność, miłość i prawo do bycia razem

Maj 1928 roku. Lena Conti ucieka z powojennych Niemiec do Ameryki, wierząc, że za oceanem czeka ją nowe życie. Zamiast upragnionego bezpieczeństwa doświadcza jednak upokorzenia i strachu. Na Ellis Island zostaje brutalnie rozdzielona z matką i bratem, których uznano za „niepożądanych” i skazano na deportację do ojczyzny. Zostaje sama z małą córką, jej jedynym powodem, by się nie poddać.

Nowym domem Leny zostaje należące do jej kuzyna Wolfe Hollow w Wirginii – miejsce surowe, piękne, ale pełne napięcia. Wśród górskich zboczy i zamkniętej społeczności kobieta zaczyna budować życie od nowa, choć nic nie jest tu takie, jakim się wydaje. Lokalne dzieci uczone są ukrywania się przed szeryfem, sąsiedzi częściej milczą, niż mówią, a nad wszystkim unosi się rosnący niepokój.

Władze mają plan. Pod pozorem postępu i naprawiania świata chcą odbierać ludziom ziemie, rozdzielać rodziny i decydować, kto zasługuje na przyszłość. Eugeniczne idee, które miały ulepszyć społeczeństwo, stają się narzędziem krzywdy i przemocy.

Lena stanie przed najtrudniejszym wyborem: jak daleko można się posunąć, by ocalić swoje dziecko? I czy w świecie opartym na uprzedzeniach jest jeszcze miejsce na nadzieję?

„Kłamstwa, które nam wmawiano” bestsellerowej Ellen Marie Wiseman to poruszająca powieść o sile matczynej miłości, ludziach skazanych na niesprawiedliwość i odwadze, która rodzi się wtedy, gdy nie ma już nic do stracenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 470

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Lies They Told

Redaktorka prowadząca: Ewelina Kapelewska

Wydawczyni: Agnieszka Fiedorowicz

Redakcja: Adrian Kyć

Korekta: Małgorzata Lach

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Céline Chamiot-Poncet / Unsplash.com;

© Chadys; © Daniil / Stock.Adobe.com

Wyklejka: © Anar / Stock.Adobe.com

DTP: Maciej Grycz

THE LIES THEY TOLD

Copyright © 2025 by Ellen Marie Wiseman

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece

Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Przemysław Hejmej, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-929-1

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk

Dla moich najmniejszych ukochanych skarbów, Owena Benjamina i Eleny Catherine – jesteście niezwykłym cudem i cennym skarbem

Książka ta nie jest oparta na faktach. Wszystkie zawarte w niej nazwiska, postacie, firmy, organizacje, miejsca oraz wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki, a jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żywych bądź martwych, wydarzeń oraz miejsc jest czysto przypadkowe.

Och, czemuż to takimi głupcami jesteście – wy, którzy rodzicie i wychowujecie naszych obywateli? Dlaczego bez końca pozwalacie się mnożyć słabeuszom oraz szaleńcom? Wszelakim przestępcom, kalekom, odmieńcom, utrzymańcom, niezdolnym do samodzielności, chorowitym i całej reszcie? Mnożąc rodzinę ludzką, jej najgorszych członków traktujemy tak samo jak najlepszych.

A tymczasem proszę, idźcie do dowolnego rolnika, zajrzyjcie do jego stodół czy szop w gospodarstwie, spójrzcie na jego konie lub bydło: nawet świnie ów chłop woli mieć rasowe. A potem zwróćcie uwagę na piętno, jakie odcisnął na własnych dzieciach. Nisko sklepione czoła, małpie szczęki, goryle dłonie, tępota, głupota – oto skutek praw Mendla.

Albo przyjrzyjcie się wsi, ogrodowym grządkom, kapuście, sałacie i rzepie.

Nawet buraki rosną tu pierwszej klasy. Dzieci tymczasem, przecież liczne, cechują małpie łapy. Na krzywych chadzają nogach, mają płaskogłowie, są durnowate – też zgodnie z prawem Mendla.

Prawo to jasno głosi, że wady rodzą wady, a choroba umysłowa karmi chorobę umysłową. Dlaczego pozwalamy, aby ci ludzie się rozmnażali, cofając nas do małpich przodków? Dlaczego nakładamy na nasz kraj coraz większe ciężary, skoro powinniśmy hodować tylko najlepszych? Wy, mądrzy ludzie, weźcie na siebie to brzemię, uczyńcie je swoim najgłośniejszym credo: natychmiast wysterylizować odmieńców – wszystkich, którzy nie nadają się do rozmnażania!

Wtedy nasza rasa się wzmocni i rozkwitnie, a nasi mężczyźni i nasze kobiety staną się doskonali, nie zaś podobni do małp, odrażający i tępi. Niechaj najlepsi płodzą najlepszych.

– JOSEPH S. DEJARNETTE

Amerykański eugenik, dyrektor Western State Hospital

Rozdział 1

Ellis Island, 31 maja 1928 roku

Na widok tego, co wyprawiają żołnierze, Magdalena Conti poczuła, że po szyi spływa jej gęsty pot zdenerwowania. Gdyby wiedziała, jakie niebezpieczeństwa czyhają na nią tutaj, po drugiej stronie Atlantyku, zaryzykowałaby i została w domu. A teraz tkwiła w potrzasku, pośród przejmujących krzyków przerażonych matek, dzieci, mężczyzn; otchłanne wnętrze budynku wypełniał płacz kobiet. Ostre dźwięki odbijały się od łukowatego sklepienia i przetaczały przez zamknięte na klucz bramy i żelazne kraty niczym burza. Jak gdyby to pandemonium przeżywane przez tysiące zdesperowanych ludzi tłoczących się na ogromnej, wrzącej przestrzeni samo w sobie nie było wystarczająco złe, w powietrzu unosił się niewidzialną mgłą odór potu oraz strachu. Słyszało się drapanie kufrów i walizek po drewnianej podłodze, szuranie wzbijających kurz stóp, a także szepty i krzyki w chyba stu różnych językach. Wszystko to potęgowało chaos w pełnym niepokoju umyśle Magdaleny.

Jak to możliwe, że zaledwie kilka godzin temu marzyła o zejściu ze statku, nie mogąc się doczekać, aby opuścić cuchnące pomieszczenie dla pasażerów trzeciej klasy i postawić stopę na połyskliwych wybrzeżach Ameryki? Może plotki były prawdziwe – może Ellis Island słusznie nosiła nazwę wyspy łez? Może Amerykanie nadal zatrzymywali „wrogich cudzoziemców”, tak jak podczas Wielkiej Wojny, albo powrócili do wieszania piratów, przestępców… każdego, kogo uznali za zagrożenie? Być może wojsko odprowadzało imigrantów w ustronne miejsca, aby ich rozstrzelać? Teraz wszystko wydawało jej się możliwe.

Z przodu surowy żołnierz za wysokim kontuarem zadawał pytania podróżnym z klasy trzeciej, a potem kierował ich na dalsze badania. Inny odciągnął od młodego chłopaka wątłą kobietę z laską i dokądś ją zabrał. Jeszcze kolejny kazał jednorękiemu mężczyźnie oraz staruszce, z trudem łapiącej oddech, pójść ze sobą ciemnym korytarzem, w którym ostatecznie zniknęli. Dwóch mundurowych usunęło z kolejki całą rodzinę, ignorując gorączkowe błagania rodziców i zadawane nerwowo pytania. Zdarzało się, że jakiś żołdak wyrywał dziecko z ramion matki, po czym niósł je w inną stronę, niż wleczono jego rodziców. Ludzie ci wyciągali ku sobie ręce, krzycząc i rozpaczliwie walcząc, by ich nie rozdzielano. Ten sam los spotykał mężów i żony, którzy zupełnie zdezorientowani, próbowali się uwolnić z rąk żołnierzy. Przed zniknięciem imigrantów funkcjonariusze mieli częsty zwyczaj wypisywania białą kredą liter C, H, X, N, P, L, S na ich okryciach.

Nikt nie wiedział, co one oznaczają.

Nikt nie widział, dokąd i dlaczego zabierano mężczyzn, kobiety i dzieci.

Próbując zapanować nad paniką, Magdalena spojrzała na swoją dwuletnią córeczkę Ellę, którą przywiązała sobie do piersi czerwonym szalem. W ochronnym geście położyła dłoń na jej dzianinowej czapeczce. Ella, mała jak na swój wiek – częściowo z powodu niedożywienia, które pozbawiło jej matkę mleka zaraz po porodzie – wpatrywała się w rodzicielkę zmęczonymi, niespokojnymi oczkami. Chuda twarzyczka świadczyła o ciągłym głodzie, jaki dziecko cierpiało w pierwszych, trudnych latach swojego życia. Magdalena spróbowała posłać córce krzepiący uśmiech, a potem, drżącym głosem, zaczęła nucić kołysankę. Gdyby żołnierze spróbowali zabrać jej Ellę, najpierw musieliby połamać Magdalenie ręce.

Wcześniej słyszała tragiczne historie, które docierały na drugą stronę oceanu – o pogrążonych w rozpaczy matkach dzieci umierających na choroby zakaźne podczas kwarantanny na Ellis Island. O mężach i żonach, którzy w ten sam sposób tracili współmałżonków. Słyszała o ojcach, którym udawało się w końcu zaoszczędzić odpowiednią sumę pieniędzy, aby sprowadzić swoje rodziny do Ameryki – tylko po to, żeby po drodze ich dzieci zginęły. Opłakiwali oni noworodki nigdy niewidziane na oczy. Nie przyszło jej jednak do głowy, że można ludzi rozdzielać celowo, wyrywać niemowlęta z ramion ich matek.

Najwyraźniej popełniła straszny błąd.

Ale czy miała inny wybór?

Kraj, który kochała jako dziewczynka, już nie istniał. Niemcy nie podniosły się jeszcze ze skutków wojennej zawieruchy, zginęło wielu zgłaszających się do wojska mężczyzn, mnóstwo cywilów głodowało, ziemię splądrowano. Ci, którzy przeżyli, zostali bez pracy, zdani na pastwę losu, głodni i zgorzkniali, a gospodarka wciąż cierpiała z powodu niekontrolowanej inflacji. Przez lata Magdalenie i jej rodzinie musiało wystarczyć pół kubka mleka na cały dzień, większość ich posiłków składała się z ziemniaków oraz rzepy. Próbowała namówić matkę, aby przeprowadzili się z miasta na wieś, gdzie mogliby uprawiać ogródek i hodować kurczaki, ale nie mieli środków na kupno domu czy ziemi. Poza tym Mutti nie miała zielonego pojęcia ani o uprawie roślin, ani o zajmowaniu się drobiem.

W Ameryce możliwości były nieograniczone, człowiek z łatwością stawał się z pucybuta milionerem. Właśnie dlatego weszła na statek. Bo zrobiłaby wszystko, byle jej córeczka nie musiała już chodzić głodna. Nigdy jednak nie brała pod uwagę tej okropnej ewentualności rozdzielenia z Ellą. Teraz strach wymazywał z niej wszystkie inne uczucia i obawy.

Wraz z każdą mijającą minutą temperatura wewnątrz budynku zdawała się rosnąć. Magdalena odnosiła wrażenie, że jest w piekarniku, bolały ją nogi, zwłaszcza stopy, Ella ciążyła coraz bardziej. Starając się nie wpaść w zadyszkę, wzięła pod ramię brata i wsparła się na nim. Chciała pamiętać, że nie jest tu sama.

Enzo spojrzał na nią ze słabym uśmiechem; jego piwne oczy błyszczały zmęczeniem i strachem. Mimo ciągłego głodu, od którego skręcał mu się żołądek – jak wszystkich innych zresztą, tak często, że przestali liczyć – w wieku czternastu lat chłopak przerósł siostrę i matkę, a jego stoicki spokój, jego cicha obecność sprawiały, że Magdalena czuła się bezpieczna. Nawet teraz, trzymając na jednym ramieniu drewniany kufer, stał prosto jak drzewo, jak gdyby podniszczona skrzynia pełna ich skromnego dobytku nic nie ważyła.

Kiedyś również przy Mutti Magdalena czuła się chroniona, ale w ostatnich trzech latach po śmierci ojca na tyfus matka bardzo się postarzała. Garbiła się pod ciężarem swojego brzemienia. Dziewczyna nie chciała się do tego dokładać, szukając u niej pociechy, zwłaszcza po tym, jak naraziła ją na wstyd: oto okazało się, że jej siedemnastoletnia, niezamężna córka była w ciąży. Och, jakże sąsiedzi plotkowali za ich plecami, gdy długo czekały na zgodę na wyjazd do Ameryki! I jakże głupia była Magdalena, uwierzywszy obietnicom brytyjskiego oficera, że zabierze ją ze sobą do domu, przedstawi rodzinie, a potem się z nią ożeni. Powiedział nawet, że po ślubie Magdalena będzie mogła wysyłać Mutti pieniądze.

Że to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe, powinna była wiedzieć już w chwili, gdy Jonathan Dankworth ruszył jej z pomocą. Koło jej ręcznego wózka oderwało się nagle na wiejskim placyku, poturlało po kocich łbach i wylądowało obok jego buta. Obawiała się, że zostanie zbesztana, ale w przeciwieństwie do innych brytyjskich żołnierzy, którzy wciąż traktowali Niemców jak wrogów, ten uprzejmie zaoferował wsparcie. Sprawiał wrażenie autentycznie zatroskanego. Tak przynajmniej myślała. Kiedy nie udało mu się naprawić kółka, zaczął nalegać, żeby zanieść wózek – wraz z ładunkiem robótek krawieckich – z powrotem do jej mieszkania, mimo że znajdowało się ono aż dwadzieścia przecznic dalej. Zanim dotarli do budynku, zdołał ją oczarować i namówić na wieczorną schadzkę nad rzeką; miał czekać na Magdalenę na ławce w parku, z winem, importowanym serem oraz brytyjskimi herbatnikami. Przyjęła zaproszenie, bo na wzmiankę o serze i ciastkach zaburczało jej w żołądku, a smaku wina w ogóle nie znała, gdy jednak przesiedzieli w blasku księżyca nad wodą cztery godziny, jego swobodny uśmiech, inteligencja, traktowanie jej jak równej sobie, a także srebrzystoniebieskie oczy i wyraźnie zarysowana żuchwa ostatecznie ujęły ją za serce. Trzy miesiące później wyznawał jej miłość, zapewniał jej rodzinie dodatkowe zapasy żywnościowe, obiecywał wyrwać Magdalenę z niszczącej biedy powojennych Niemiec. Nim zdała sobie sprawę, że spodziewa się jego potomka, oficer zniknął – wrócił do żony i dzieci, jak twierdzili jego towarzysze.

Potrzebowała wielu tygodni, aby ból serca zmienił się w gniew, a potem we wdzięczność, że nie musi mieć do czynienia z mężczyzną, który okazał się kłamcą i oszustem. Przynajmniej poduczył ją angielskiego w stopniu większym niż podczas ośmioletniej edukacji w szkole. I oczywiście czuła wdzięczność za Ellę, jej główny powód do życia. Pomagała też świadomość, że to przede wszystkim on poniósł stratę: nigdy nie zobaczy dołeczków na buzi swojej córki, nie zakocha się w jej maleńkich paluszkach. Nigdy nie usłyszy jej śmiechu, nie będzie mieć żadnych związanych z nią wspomnień. Cała cudowna radość z bycia rodzicem Elli należała wyłącznie do Magdaleny, a tego on nie był w stanie jej odebrać.

Spojrzała na szarą, bladą twarz Mutti. Strach w kasztanowych oczach matki sprawił, że już i tak wyczerpane nogi Magdaleny zadrżały. Po raz pierwszy od dwóch tygodni, to znaczy od wyjazdu z domu, Mutti wyglądała na więcej niż zmęczoną i chorą. Sprawiała wrażenie przerażonej.

– Dobrze się czujesz, Mutti? – spytała Magdalena.

– Nic mi nie jest, Leno – odrzekła kobieta, używając zdrobnienia, które przypomniało córce i wnuczce, że nie są same. – Bitte, nie frasuj się o mnie. – Położyła kochającą dłoń na główce dziecka. – Po prostu mocno trzymaj kleine Engel, naszego aniołka.

Lena skinęła głową, broda jej dygotała. Ochrona dziecka była rzeczą najważniejszą na świecie, ale o Mutti też się martwiła. Czekali już od wielu godzin, najpierw na statku, potem na barkach, obecnie w ogonku. Owszem, zbliżała się ich kolej, lecz teraz, na widok tego całego zamieszania, Mutti z każdą minutą miała się gorzej. Na pokładzie okrętu dopadła ją choroba morska, mogła tylko spać i czasem wypić kilka łyków chłodnej wody; do siebie doszła dopiero przed zacumowaniem w Nowym Jorku. Lena i Enzo też chorowali, zwłaszcza w trakcie dwudniowego sztormu, który rzucał statkiem jak zabawką – konstrukcja kołysała się i trzeszczała. Ich stan był jednak o wiele lepszy niż stan Mutti, która w krytycznym momencie nie mogła nawet unieść głowy.

Lena ocierała pot z twarzy matki, podtrzymywała ją, kiedy ta wymiotowała, i czuła nieustanny strach, że Mutti umrze – czego w ogóle nie brała pod uwagę, kiedy wypływali. Jednakże po śmierci starszego mężczyzny, pasażera tego samego przedziału, jej umysł zatruła owa przerażająca myśl. W pewnym momencie pogoda stała się tak fatalna, że drzwi do najtańszej klasy zamknięto i zablokowano, by pasażerowie nie wychodzili na pokład, gdzie groziło im zmycie do morza. Wtedy Lena nabrała pewności, że niebawem wszyscy zginą. Na szczęście sztorm ucichł, a Ella miała się dobrze, nie licząc zwykłego niepokoju oraz głodu. Znowu.

Lena omiatała teraz wzrokiem znużonych, pełnych strachu współpasażerów stojących w innych kolejkach – nieogoleni mężczyźni trzymali na głowach bądź ramionach kufry, kobiety miały na sobie haftowane spódnice i chusty, tuliły małe dzieci. Wielu z nich szeptało rozpaczliwe modlitwy, wszystkie twarze wychudły z głodu. Ogrom bezradnych, ale pełnych nadziei osób, stłoczonych i niespokojnych, w ubraniach cuchnących przedziałem trzeciej klasy i chorobą morską. Kto wie, co przeszli, zanim w ogóle wsiedli na ten statek – co im odebrano, jakie znieśli okrucieństwa lub inne trudy życiowe, nim zdecydowali się na podróż do Stanów Zjednoczonych. Teraz na dodatek musieli się obawiać rozłąki z najbliższymi. Jakby to wszystko już i tak nie było wystarczająco trudne i zagmatwane, z jakiegoś irytującego powodu pasażerom pierwszej i drugiej klasy pozwolono zejść na ląd bezpośrednio na Manhattanie, a ci z klasy trzeciej zostali załadowani na barki i odesłani do stacji inspekcyjnej na Ellis Island. Tam ustawiono ich w szeregu i oceniano niczym bydło.

Lena chciała się odwrócić i znów patrzeć przed siebie, ale nie zdążyła: złapał ją udręczony wzrok ciężarnej w innej kolejce. Kobieta przytulała do piersi malca o kręconych włosach, owiniętego podartym szarym szalikiem. W płonących gorączkowo przekrwionych oczach tamtej odbijało się wszystko, co czuła sama Lena, nadzieja i niepohamowany strach, każde marzenie, każdy koszmar. Zlustrowała otaczających młodą kobietę ludzi w poszukiwaniu członków jej rodziny, męża albo matki, ale nikogo takiego nie znalazła. Być może samotna dziewczyna znała kogoś w Ameryce, spotka się z nim, a ten ktoś zaopiekuje się nią i jej dziećmi. Lena przypomniała sobie nagle o oszustach, przed którymi ją ostrzegano – polowali na samotne imigrantki, oferując im pokój w pensjonacie oraz zatrudnienie w „dobrych chrześcijańskich domach”, podczas gdy w rzeczywistości kończyły jako harujące niewolnice, gorzej nawet – zmuszano je do sprzedawania się za pieniądze. Lenę ogarnął przymus zaproszenia młodej matki, aby przyłączyła się do niej i do jej rodziny. Lecz tamta spojrzała na Ellę zmrużonymi oczami i Lena odwróciła wzrok, raptem przestraszona, że obca kobieta domyśli się jej niezamężnego stanu… a także tego, że przybyła do Ameryki w ukrytych zamiarach.

Było to oczywiście absurdalne. Nikt nie mógł przecież wiedzieć, że człowiek, który zgodził się zatrudnić Mutti i Enza, nie miał pojęcia o przyjeździe także Leny i Elli. Nikt na świecie nie znał prawdy. Czuła lekki ciężar skórzanej sakiewki zawieszonej na rzemyku wokół szyi, ukrytej pod jej wiejską sukienką, dwiema bluzkami, swetrem z dzianiny oraz wełnianym płaszczem, które nosiła od czasu wypłynięcia z Bremerhaven. Mutti miała pod ubraniem podobną torebeczkę, woreczek wielkości pieroga, w którym znajdowała się druga połowa skromnej sumy pieniędzy uzyskanych po sprzedaży wszystkiego, co posiadali – żeby kupić bilet dla Leny. Radzono im bowiem zabrać dość gotówki w celu udowodnienia, że nie skończą jako uliczni żebracy. Lena nie miała pojęcia, czy kilkadziesiąt Rentenmark rzeczywiście wystarczy – nowa niemiecka waluta była w obiegu dopiero od kilku lat. Wcześniej posługiwano się Papiermark; dwa miliardy ledwo starczały na bochenek chleba, ludzie palili w piecach starymi banknotami, aby się ogrzać. Nikt nie wiedział, jaką wartość przedstawiała obecnie nowa marka w Stanach Zjednoczonych. Oby to, co trzymali w sakiewkach, okazało się satysfakcjonujące, ponieważ nie posiadali nic poza ubraniem na sobie, bagażami, paroma garnkami i patelniami, koszykiem do robótek ręcznych Mutti, ręcznie szytą kołdrą oraz kilkoma osobistymi pamiątkami. Spoczywały one w starym drewnianym kufrze.

Nagle kolejka ruszyła, wyrywając Magdalenę z zamyślenia. Wkrótce mieli stanąć przed surowym żołnierzem za kontuarem. Teraz podchodziła do niego jakaś para z małą dziewczynką. Żołnierz zerknął na dziecko i gestem wezwał innego funkcjonariusza. Matka chwyciła córeczkę za barki, gorączkowo potrząsając głową.

– No, per favore! – krzyknęła i zrobiła krok w tył. – No!

Jej mąż zbliżył się do żołnierza z rozciągniętymi ramionami, gotów bronić swojej rodziny.

– Il bambina resta con noi – oświadczył twardo.

– Il bambino e malato – odpowiedział tamten, potykając się na włoskich wyrazach. – Ha bisogno di cure mediche. Capisci? – I dodał po angielsku: – Ona jest chora. Ma odrę. Wyleczymy ją w szpitalu, ale musicie zapłacić za opiekę. Inaczej odeślemy ją do kraju. Rozumiesz?

Twarz mężczyzny wykrzywiła się z bólu, skinął głową. Odwrócił się do żony, coś do niej powiedział, a potem się wycofał. Kobieta przyklękła ze łzami w oczach, pogłaskała dziewczynkę po policzku i szepnęła jej do ucha. Dziecko krzyknęło, zarzucając matce rączki na szyję; przytulała je przez chwilę, następnie wstała i zaprowadziła małą do drugiego funkcjonariusza. Żołnierz złapał dziecko za nadgarstek i zaczął odciągać. Dziewczynka, próbując się wyrwać, wrzeszczała:

– Voglio andare con mia mama!

– Nie – rzucił mundurowy. – Musisz iść ze mną.

– Va tutto bene! – zawołała jej matka. – Ci rivedremo presto amore mio. – Po czym łkając, schowała się w ramionach męża. Kilka sekund później zjawił się kolejny funkcjonariusz, który skierował rodziców w przeciwną stronę. Matka kryła twarz w dłoniach.

– Co jej było? – zapytał Enzo.

Mutti, która znała włoski lepiej niż jej dzieci, a to dzięki małżeństwu z mieszkańcem Italii, wyjaśniła:

– Podobno jest chora i wymaga opieki lekarskiej. Chyba widziałam wysypkę na buzi.

Ta wymiana zdań przypomniała Lenie, że choć Mutti posługuje się włoskim i niemieckim, to jednak bardzo słabo zna angielski. A Enzo jeszcze gorzej. Skoro znajdowali się w Ameryce, musiała ich co nieco poduczyć.

Zdeterminowana, by sprawiać wrażenie silnej i zdrowej – mimo nieskończenie wielu dni i nocy w trzewiach zaszczurzonego statku, gdzie zajmowała się matką, córką i bratem, na głodowych racjach żywnościowych, prawie bez snu, w towarzystwie tysięcy chorych, cuchnących pasażerów trzeciej klasy – Lena puściła ramię Enza, wyprostowała się, po czym starła z oczu wilgoć i piasek. Pewnie napuchły z wyczerpania i od paskudnego powietrza. Odgarnęła z twarzy kosmyki brudnych włosów, pełna nadziei, że mimo drobniutkiej postury wygląda na więcej niż dziewiętnaście lat. Teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej musiała sprawiać wrażenie mocnej i sprawnej, nawet jeśli czuła się przerażona. Ella jej potrzebowała. Mutti i Enzo również.

Zdjęła bratu czapkę, zsunęła mu z czoła spoconą grzywkę, po czym z powrotem nałożyła czapkę, wygładziła mu płaszcz i wyprostowała kołnierz Mutti. Po tych wszystkich przejściach, po tylu stratach musieli trzymać się razem. Po prostu musieli. Nagle przyszła jej do głowy inna myśl, od której dostała ciarek. A jeśli odmówią im prawa wjazdu? Deportują z jakiegoś dziwnego powodu? Nie mieli już do czego wracać – ani domu, ani pracy, ani pieniędzy.

Lena prawie nie mogła uwierzyć, że się na to zdecydowali: sprzedać skromny dobytek i przebyć tak długą drogę. Nigdy nie zapomni, jak po raz ostatni wychodziła ze swojego ciasnego mieszkania, przez wytarty próg oglądając się na coś, co od zawsze nazywała domem. Próbowała przypominać sobie, że od śmierci ojca i tak wszystko się zmieniło. Matka, brat, ona sama. Czasami się zastanawiała, czy aby Mutti nie wyjeżdża z Niemiec, ponieważ chce uciec od bólu serca.

Tyle że przeprowadzka za ocean nie miała właściwości leczniczych, nie mogła pogrzebać cierpienia. Matka, Lena oraz Enzo mieli już zawsze nosić w sobie żal, straszną, ciężką i bolesną tęsknotę za straconym człowiekiem, dokądkolwiek by się udali. Mimo nieszczęścia, głodu oraz porzucenia przez tego, który zmajstrował jej dziecko, Lena uważała, że jest więcej niż gotowa do rozpoczęcia nowego życia w nowym miejscu. Teraz jednak, będąc na Ellis Island, gdzie kładziono kres marzeniom i rozbijano rodziny, rozpaczliwie zatęskniła za maleńką kuchnią z piecem na węgiel oraz ręcznie wykonanym stołem, za jeszcze mniejszą sypialnią, którą dzieliła z Ellą, za brukowanymi uliczkami i dźwiękiem katedralnych dzwonów za oknem.

Po raz tysięczny spróbowała się uwolnić od tęsknoty. Pragnienie czegoś, czego nie można mieć, było pozbawione sensu. Decyzja o wyjeździe do Ameryki została podjęta i koniec. Nie mówiąc już o tym, że Mutti i Enzo dopiero po wielu miesiącach dostali oficjalne numery, dlatego mężczyzna, który zgodził się ich zatrudnić, mógł im kupić bilety. „W Ameryce wszystko się ułoży – powiadała Mutti. – Będziemy mieli stałą robotę, bez konieczności zbierania węgli wzdłuż torów kolejowych całymi dniami albo szperania w śmieciach w poszukiwaniu jedzenia. Już nigdy nie będziemy głodni ani biedni”.

Lena chciała wierzyć w zapewnienia matki, ale teraz wydawało się to niewykonalne. A jeśli ich amerykański dobroczyńca odmówi przyjęcia zarówno jej, jak i Elli?

Zanim się spostrzegła, nadeszła ich kolej. Z duszą na ramieniu dziewczyna zbliżyła się do żołnierza za wysokim kontuarem. Odznaka, czarne skórzane pasy przecinające mundur na piersi oraz szpakowate włosy sprawiały, że z bliska wydawał się jeszcze groźniejszy. Na odznace widniał napis: „Funkcjonariusz Urzędu Imigracyjnego”.

– Imię, nazwisko, numer i narodowość – warknął, nie podnosząc wzroku.

– Magdalena Sofia Russo Conti – odrzekła Lena. – Numer pięćset dwadzieścia siedem. Narodowość niemiecko-włoska. – Położyła dłoń na Elli. – A to moja córka, Ella Gianni Conti. Numer pięćset dwadzieścia sześć. Niemka. Moja matka, Katrina Pauline Conti, numer pięćset dwadzieścia osiem, także Niemka, oraz mój brat Enzo Nikolas Conti. Numer pięćset dwadzieścia dziewięć. Narodowość niemiecko-włoska.

Dopiero teraz funkcjonariusz podniósł wzrok. Marszczył czoło i przyglądał się Lenie uważnie przez małe, okrągłe okulary.

– Twoja matka i brat nie umieją mówić?

– Nein – powiedziała. – Znaczy, ja. Tak. – Skuliła się, karcąc samą siebie w duchu za taką angielszczyznę. – Przepraszam. Pomyślałam, że będzie lepiej, jeśli zacznę odpowiadać w ich imieniu. Oni dopiero uczą się angielskiego i…

Mężczyzna wyciągnął rękę.

– Karty kontrolne i dokumenty.

Dobywając papierów z kieszeni płaszcza, Lena przetłumaczyła wszystko Mutti oraz Enziemu. Natychmiast sięgnęli po własne dokumenty.

– Urodziła się pani we Włoszech? – spytał wpatrzony w Lenę funkcjonariusz.

– Tak. Przeprowadziliśmy się do Niemiec, kiedy miałam rok.

– Jest pani Żydówką?

– Nie – odparła.

– Mężczyzna czy kobieta?

Lena uniosła brwi.

– Ja?

Tamten skinął głową.

– Kobieta.

– Zawód?

– Zajmujemy się z matką praniem i szyciem. W Ameryce mamy nadzieję na…

– Gdzie ojciec dziecka?

Przez sekundę chciała powiedzieć prawdę, że tata Elli ich porzucił, ale szczerość w tej sytuacji wiązałaby się ze zbyt dużym ryzykiem. Poza tym ten człowiek mógł już nie żyć.

– Zmarł.

– A pani nie jest zamężna. – To nie było pytanie.

Przełknęła ślinę. Skąd facet to wiedział? Nagle skojarzyła: przecież nosi nazwisko matki.

– Zmarł przed ślubem.

Krzywiąc się z dezaprobatą, funkcjonariusz nabazgrał coś na kartce, a potem znów podniósł wzrok na Lenę.

– Umie pani czytać i pisać?

– Tak.

Zacisnęła zęby. Dlaczego zadają tyle pytań? Przed wyjazdem z Niemiec byli wielokrotnie prześwietlani, a potem po raz kolejny, w punkcie kontrolnym przy wejściu na barkę zmierzającą do Ellis Island. Wcześniej inspektorzy dostali się na okręt po drabinkach sznurowych, aby wyłuskać pasażerów z objawami ospy, żółtej febry, cholery, dżumy lub trądu. Gdy to się zakończyło, na pokład weszli kolejni funkcjonariusze, w jeszcze większej liczbie, i przed zacumowaniem w porcie zadawali dodatkowe pytania.

– Ostatnie miejsce zamieszkania?

– Beckingen, Niemcy.

– Ostateczny cel podróży?

– Wirginia.

– Które miasto?

Odwróciła się do matki.

– Dokąd jedziemy? Co to za miejscowość?

Mutti odchrząknęła i odparła łamanym angielskim:

– Old Rag Mountain.

Funkcjonariusz zapisał tę nazwę i po raz kolejny zapatrzył się w Lenę.

– Macie sponsora?

Lena zmarszczyła brwi, zaskoczona obcym wyrazem.

Mężczyzna westchnął.

– Odbierze was znajomy, przyjaciel, krewny?

– Tak – potwierdziła. – Kuzyn mojej mamy.

– Nazwisko i zajęcie tej osoby.

– Pan Silas Wolfe. Mieszka w Wirginii w… – Znów zerknęła na Mutti, niepewna, czy dobrze zapamiętała. – W Old Rag Mountain.

– Była pani wcześniej w Stanach Zjednoczonych?

Lena potrząsnęła głową.

– Nie.

– Przebywała kiedyś w więzieniu, szpitalu albo w zakładzie opiekuńczo-leczniczym dla obłąkanych?

Lena pojęła jedynie słowa „szpital” oraz „więzienie”, ale i tak odpowiedziała:

– Nie.

– Przybywa pani tutaj na skutek propozycji, nagabywania, obietnicy bądź umowy, jednoznacznej lub dorozumianej, aby świadczyć pracę w Stanach Zjednoczonych?

– Nie wiem, o co pan mnie pyta.

– Proponowano pani lub obiecywano stanowisko pracy w tym kraju?

– Tak – odparła Lena. – Mój brat ma dostać zatrudnienie u pana Wolfe’a, a mama i ja będziemy się zajmować jego domem i dziećmi.

– Gdzie jest jego żona?

– Nie żyje.

– Jest pani poligamistką?

Lena znów zmarszczyła brwi.

– Oszustką – mruknął funkcjonariusz. – Cudzołożnicą, osobą łamiącą prawo małżeńskie.

To o łamaniu prawa dało się zrozumieć.

– Nie.

– Anarchistką?

– Słucham? – zdziwiła się Lena.

– Wichrzycielką? Kobietą, która nie przestrzega zasad?

– Nie.

– Sama zapłaciła pani za rejs czy uczyniła to inna osoba albo firma, stowarzyszenie, gmina bądź władze publiczne na szczeblu rządowym? Jeśli tak, to kto?

– Pan Silas Wolfe zapłacił za moją mamę i brata. Na mój bilet złożyliśmy się sami.

– Jest pani w posiadaniu kwoty niemniejszej niż dwadzieścia pięć dolarów?

– Mamy trzydzieści cztery marki niemieckie.

– Na was wszystkich?

– Tak – potwierdziła.

Funkcjonariusz aż prychnął.

– Zdaje sobie pani sprawę, że to niecałe dziesięć dolarów amerykańskich?

W żołądku Leny wezbrała fala strachu. Czy zostaną teraz odesłani z powrotem, ponieważ nie dysponują wystarczającą ilością pieniędzy? Kiwnęła głową, niepewna, co mogłaby jeszcze dodać.

– Wasz sponsor będzie musiał się zgłosić do Komisji Weryfikacyjnej w celu podpisania dokumentów dowodzących, że ma dla was pracę – poinformował funkcjonariusz. – Rozumie pani?

Kolejny płomień paniki zapłonął jej w piersi. Jak niby pan Wolfe miałby potwierdzić, że ma dla niej robotę, skoro nie wiedział, że Lena przyjedzie?

– Zrozumiała pani? – powtórzył mężczyzna za kontuarem. – Nie wolno nam wpuścić na teren kraju nikogo, kto mógłby stać się brzemieniem dla instytucji publicznych. Nie pozwolimy pani na bycie obciążeniem dla Stanów Zjednoczonych.

Lena pokiwała głową.

Skończywszy przepytywać dziewczynę, funkcjonariusz zwrócił się do Enza. Jego siostra przetłumaczyła.

– Mówiła pani, że on zna angielski? – zdziwił się oficer imigracyjny.

– Tylko trochę. Ale się uczy.

Na niektóre pytania Enzo wzruszał ramionami, inne wprawiały go w wyraźne zakłopotanie. Lena starała się wszystkie objaśniać. W niektórych przypadkach sama udzielała odpowiedzi.

– Ile nóg ma kot? – zapytał funkcjonariusz, a dziewczyna przełożyła.

– Głupie pytanie – zwrócił się do niej Enzo po niemiecku.

– Po prostu odpowiedz.

Rysy oficera imigracyjnego wykrzywiła irytacja.

– Jest opóźniony umysłowo?

– Nie rozumiem, co pan… – zaczęła.

– To idiota? Dureń? Wariat?

Nie była pewna, co owe wyrazy znaczą, jednakże ton mężczyzny wskazywał, że nic dobrego.

– Nie – wydukała. – W Niemczech pracował jako doręczyciel telegramów i…

– Cztery – rzucił Enzo po angielsku, unosząc tyleż palców i patrząc na tamtego spode łba.

– On też musi stanąć przed Komisją Weryfikacyjną i odpowiedzieć na dalsze pytania – oznajmił funkcjonariusz. Obszedł kontuar i kredą napisał na płaszczu Enza literę X. – Lepiej, żeby tego nie starł.

– Dlaczego? Co to oznacza?

– Że potrzeba go dokładniej prześwietlić. Jedyny sposób, żeby utrzymać Amerykę w czystości rasowej, to sprawdzanie imigrantów pod kątem wszelkich możliwych choróbsk.

Lena pokręciła głową.

– Przepraszam, ale nie rozumiem.

– Nie mam czasu na wyjaśnienia. Inni czekają. – Funkcjonariusz przyglądał się teraz Mutti. – Matka niezdrowa?

– Ależ nie! – zaprzeczyła Lena. – Źle się czuła na statku, ale już jest lepiej.

Mężczyzna patrzył sceptycznie.

– Co jej dolegało?

– Od fal zrobiło się jej niedobrze.

Oprócz pytań, które urzędnik imigracyjny zadał Lenie i Enzowi, od Mutti wymagał też innych informacji: jak długo pozostawała w związku małżeńskim, czy ma inne dzieci, czy kłóciła się z mężem, czy raczej się dogadywali. Tłumacząc treść owych absurdalnych nagabywań, Lena z trudem znosiła ból malujący się na twarzy matki. Jakie znaczenie miała jej relacja z Vaterem? Biedny ojczulek nie żył, został pochowany trzy tysiące mil stąd, leżał zimny, samotny na cmentarzyku obok kamiennego kościoła, gdzie Lena i Enzo zostali ochrzczeni jako dzieci.

W końcu funkcjonariusz wręczył każdemu zawieszkę z imieniem, nazwiskiem, nazwą statku, numerem manifestu oraz wskazaniem miejsca docelowego.

– Proszę to przypiąć do ubrania tak, żeby było widać – nakazał.

Na odwrocie zawieszki, po angielsku oraz w dziewięciu innych językach, napisano: „Po przybyciu do Nowego Jorku kartę tę należy umieścić na okryciu wierzchnim pasażera w widocznym miejscu”.

Lena przywiązała ją do guzika w kurteczce Elli, tak samo postąpiła ze swoją. Mutti i Enzo przypięli je sobie wzajemnie.

– Proszę podejść do lekarza, tego za mną – odezwał się urzędnik.

Lena zerknęła na stojącego za funkcjonariuszem mundurowego, a potem, zdezorientowana, znów przeniosła na niego wzrok.

– Nie widzę tu żadnych lekarzy – oznajmiła.

– To chirurdzy wojskowi. Doktorzy. A teraz proszę się ruszyć. Poinformują was, co dalej.

Dopiero wtedy Lena zauważyła, że mężczyźni ci noszą odmienne uniformy. Gdy wszystko przetłumaczyła już Mutti oraz Enzowi, całą trójką minęli kontuar, kierując się ku pierwszemu lekarzowi. Powstrzymał ich uniesioną ręką dziesięć stóp przed sobą, a potem wskazał na dziewczynę z maluchem.

– Najpierw wy – powiedział. – Postaw dziecko. Niech samo idzie.

Z pomocą Mutti, drżąc, Lena odwinęła Ellę z chusty i usadowiła ją na podłodze. Ciężar ciepłego dziecięcego ciała na piersi nagle zniknął, pozostała okropna pustka w sercu. A jeśli któryś z żołnierzy złapie małą i ją zabierze?

Ella z płaczem wyciągnęła rączki do Leny:

– Mamo! Mamo!

– Naprzód! – polecił doktor, przyzywając Lenę do siebie. – Ona pójdzie za tobą.

– Wszystko dobrze – zwróciła się do córeczki dziewczyna. – Nie płacz. Chodź ze mną, za chwilę znów cię wezmę.

Spoglądając za siebie, czy mała na pewno za nią idzie, Lena zbliżyła się do chirurga. Kończyny jej dygotały. Ella dreptała tuż za nią, nie przestając szlochać.

Lekarz przyglądał się temu marszowi, krytycznym wzrokiem lustrując matkę i córkę. Kiedy Lena dotarła do niego, kazał jej wyciągnąć dłonie wnętrzem do góry.

– Masz jakieś deformacje? Wykrzywione palce, protezę?

Pokręciła głową. Mężczyzna szybko obejrzał ręce Leny, następnie polecił odwrócić je na drugą stronę.

– Przebywałaś w towarzystwie osób chorych na cholerę, dżumę, ospę, trąd albo tyfus?

Słowa brzmiały obco, skojarzyła tylko „tyfus”.

– Nie – odparła.

Ella pociągnęła za rąbek matczynego płaszcza, twarzyczkę miała czerwoną i mokrą.

– Do góry, mamo! Na rączki!

– Proszę poluzować kołnierz – odezwał się lekarz.

Lena zrobiła, co kazał. Rozpięła sweter oraz obie bluzki, a następnie odpięła kołnierzyk swojej wiejskiej sukienki.

Doktor pomacał ją pod żuchwą, po czym polecił jej spoglądać w dół, sam zaś zaczął badać skórę głowy.

– Podnieść dziecko – powiedział.

Skończywszy z Ellą, odesłał je do kolejnego medyka, który trzymał coś, co wyglądało jak haczyk do zapinania guzików.

– Zajrzę wam w oczy, ale musicie stać bardzo spokojnie – ostrzegł mężczyzna, kładąc dłoń na policzku Leny.

Gdy ujął jej powiekę między kciuk a palec wskazujący, nozdrza dziewczyny wypełnił zapach środka dezynfekującego. Doktor wsadził krawędź haczyka pod powiekę, a następnie obrócił gałkę oczną na drugą stronę. Jedyne, co Lena mogła zrobić, to nie krzyknąć z bólu. Miała wrażenie, że tamten za chwilę wyrwie jej narząd wzroku. Wreszcie lekarz wytarł palce w ręcznik zarzucony przez ramię, chwycił kawałek kredy i namazał na jej płaszczu dwie litery: TC.

– A to co znaczy? – spytała, dotykając znaków.

– Zostaw to! – zawołał surowo medyk. – Możesz mieć jaglicę, zwaną też trachomą, więc zanim zdecydujemy, czy cię leczyć, czy odesłać do domu, konieczna jest dodatkowa inspekcja.

– Ale mnie nic nie dolega! – sprzeciwiła się Lena. – Jestem zdrowa i silna.

– Wygląda na to, że cierpisz na chorobę oczu – zawyrokował lekarz. – To poważne zaburzenie, od którego możesz oślepnąć.

Lenie przewróciło się w żołądku. Wyraz „oślepnąć” zrozumiała, tylko że jej oczy działały prawidłowo. Była po prostu wyczerpana, od dwóch tygodni albo płakała, albo tamowała łzy. Nic dziwnego, że gałki oczne nabiegły krwią, a powieki napuchły.

– Teraz twoja córka – mruknął doktor.

Lena uniosła Ellę.

– Trzymaj ją mocno. Złap za rączki.

Działając z niechęcią, młoda kobieta unieruchomiła ramiona dziecka, podczas gdy medyk badał mu oczy haczykiem. Ella krzyczała z bólu i przerażenia, chciała się wyrwać, a jej matka z całych sił starała się nie wybuchnąć płaczem. Kiedy badanie dobiegło końca, Lena natychmiast rozluźniła chwyt i pocałowała córeczkę w czoło.

– Ciii – szepnęła. – Już po wszystkim. Nic ci nie jest.

Wtedy, ku jej przerażeniu, lekarz wskazał w lewo.

Jakiś żołnierz złapał Lenę pod ramię i zaczął odciągać. Zapierała się nogami.

– Dokąd mnie zabieracie?! – wrzasnęła. – Muszę zostać przy rodzinie! – Patrzyła na matkę i brata, którzy bezradnie przyglądali się sytuacji.

Inny lekarz przyzwał gestem Mutti, która wykonała rozkaz, skamieniałym wzrokiem wpatrując się w Lenę.

Przerażenie toczyło się przez klatkę piersiową dziewczyny. Oddzielano ją od swoich, Mutti i Enzo byli coraz dalej od niej! Nie pamiętała, kiedy puściła ramię brata; ganiła się w duchu, że nie pozostała z członkami rodziny tak długo, jak tylko mogła. Nim zdołała zarejestrować, co się dokładnie dzieje, poprowadzono ją wraz z dzieckiem niekończącym się korytarzem do rozległej sali pełnej innych kobiet. Niektóre miały przy sobie dzieci, nawet niemowlęta. Wszystkie sprawiały wrażenie równie przestraszonych jak Lena, ale nosiły na płaszczach inne litery: H, G, L, P, B, X. Pomieszczenie o białych ścianach było nagie i zimne, znajdowały się w nim tylko szklane gabloty. Za długim stołem siedziało dwóch inspektorów z notesami, trzymając w rękach pióra, a przed nimi stało kilku lekarzy – obserwowali wchodzące do środka kobiety i ich maluchy, które płakały i zadawały pytania w różnych językach. Lena szukała w tłumie Mutti, modląc się, aby się zjawiła, nigdzie jednak jej nie dostrzegła. Drzwi się zamknęły, a wówczas jeden z medyków zaczął czytać z kartki.

– Zostaną deportowani wszyscy pasażerowie, u których po przejściu badań stwierdzi się chorobę psychiczną, debilizm, głuchotę, niemotę, ślepotę, okaleczenia lub niedołęstwo, a także osoby powyżej sześćdziesiątego roku życia, wdowy z dzieckiem bądź dziećmi, każda kobieta z dzieckiem lub dziećmi, ale bez męża, każdy niezdolny zadbać o samego siebie, kto może stać się brzemieniem dla systemu opieki społecznej lub wskutek jakichkolwiek okoliczności stanowić ciężar dla społeczeństwa bądź też przez choroby czy dolegliwości obecne w chwili wyjazdu może wkrótce takim ciężarem się stać. Osoby niedomagające i kalekie, jak również wdowy z dziećmi nie otrzymają prawa wjazdu, chyba że armator udzieli rządowi Stanów Zjednoczonych pełnych gwarancji dotyczących zabezpieczeń finansowych, że ludzie ci nie znajdą się na garnuszku państwa.

Lena miała trudności ze zrozumieniem powyższego oświadczenia, pojmowała jednak na tyle dużo, aby narastający w niej strach jeszcze się spotęgował. Miała córkę, ale nie męża. A Mutti była wdową z dziećmi.

Skoro groziła im deportacja, Lena musiała wrócić do członków swojej rodziny; w takim momencie powinni być razem. Mocno ściskając w ramionach Ellę, rozglądała się rozpaczliwie w poszukiwaniu drogi ucieczki, ale żadnej nie widziała. Poza tym dokąd miałaby uciec? Urzędnik imigracyjny powiedział, że Enzo wymaga dodatkowego przesłuchania, matkę też zabrano w nieznane miejsce. Jakim cudem mieliby się teraz wszyscy odnaleźć?

Zaczęła oddychać głęboko i powoli, próbując się uspokoić. Lekarze poruszali się po zimnej sali, przyglądali kobietom i dzieciom, sprawdzali skórę pod rozpiętymi kołnierzykami, metalową suwmiarką metodycznie mierzyli ich głowy, nosy oraz uszy. Ustalenia przekazywali mężczyznom za stołem, którzy je spisywali.

Do pomieszczenia weszła pielęgniarka, aby zbadać skórę głowy ciężarnej kobiety z literami SC na klapie płaszcza. Kazała jej usiąść na stołku, po czym rozdzielała włosy na pasma. Jeden z lekarzy polecił starszej pani z literą L na swetrze chodzić w tę i z powrotem, mimo że wyraźnie kulała i nie potrafiła ukryć bólu. Inny medyk, zbadawszy oczy dziewczyny, która nosiła na kurtce ten sam znak co Lena, skinął głową na jej matkę. Kobieta stała z dwojgiem małych dzieci przy boku.

– Ma jaglicę – zwrócił się lekarz do matki. – Nie może otrzymać prawa wjazdu.

Gdy tłumacz przełożył to z angielskiego na niemiecki, kobieta krzyknęła, załkała i zaczęła medyka błagać.

– Co mamy teraz zrobić? – wołała w ojczystym języku. – Przebyliśmy tak długą drogę, żeby połączyć się z mężem! Nie widzieliśmy się z nim dwa lata. Czeka na nas w nowym domu. Musicie ją wpuścić!

– Przykro mi – powiedział doktor. – Ale ma pani wrócić do domu ze wszystkimi dziećmi, nie tylko z tym chorym.

Gdy te słowa przełożono, kobieta upadła na podłogę, zemdlona. Podbiegła pielęgniarka, podstawiła jej pod nos sole trzeźwiące, potem pomogła jej wstać i wyjść. Maluchy szły w płaczu.

Lena zacisnęła zęby; w żołądku wirowały jej strach i gniew.

Jak mogli deportować matkę z dziećmi, skoro jej mąż już przebywał w Ameryce? Jak mogli ciągle, nieustannie rozdzielać całe rodziny? Było to barbarzyńskie, więcej niż okrutne. Wpatrzyła się w twarzyczkę Elli, próbując powstrzymać łzy. Gdyby ktoś próbował ją zabrać, Lena wolałaby wcześniej umrzeć. Podniósłszy wzrok, zobaczyła podchodzącego brodatego lekarza. Zerknął na literę na płaszczu, a potem zajrzał Lenie głęboko w oczy. Wstrzymała oddech. Co zrobi, jeśli doktor powie, że nie może wjechać do tego kraju? Czy deportują także Mutti i Enza? Nie, Lena będzie się domagać, aby zostali w Stanach bez niej. Nie zniweczy szans swoich bliskich na lepsze życie. Tylko co z nią samą i z Ellą?

– Postaw dziecko – rozkazał medyk.

Lena wykonała polecenie, starając się sprawiać wrażenie dzielnej i silnej.

– Mamaaa! – wrzasnęła Ella.

Lekarz przyłożył stetoskop do klatki piersiowej Leny, zajrzał do jej nosa i uszu, a potem – przy pomocy haczyka, który już znała – zbadał jej oczy. Powstrzymywała krzyk bólu, dopóki nie skończył, wreszcie wypuściła powietrze z płuc i podniosła córkę. Serce waliło jej w piersi.

– Mówisz po angielsku? – zapytał lekarz.

– Ja. To znaczy tak.

– Bolą cię oczy? Albo swędzą?

– Nie.

– Światło im przeszkadza?

– Nie – powtórzyła. – Jestem tylko zmęczona. No i płakałam.

– Zgadza się – rzekł doktor. – Sądzę, że to podrażnienie spojówek. A córeczka też wygląda na całkiem zdrową. – Odwrócił się do jednego z mężczyzn przy stole. – Żadnych oznak jaglicy.

Lena prawie zemdlała z ulgi.

Zbadawszy wszystkich, medycy się wycofali i omietli kobiety wzrokiem.

– Zdjąć odzież wierzchnią, rozpiąć bluzki – polecił któryś.

Lena zamarła. Czyżby słuch ją zawiódł? Miały odsłaniać nagie piersi przed tymi mężczyznami?

Kiedy tłumacze powtórzyli polecenie w różnych językach, w pomieszczeniu rozległy się głośne westchnienia, a na twarzach kobiet odmalował się szok. Podobnie jak Lena większość z nich chyba nie obnażała piersi, odkąd przestały być dziećmi, kiedy to kąpały je i zmieniały im odzież matki bądź starsze siostry. Nawet mężowie i kochankowie widywali tylko fragmenty ich nagich biustów pod kołdrą albo w zaciemnionych sypialniach.

– Dlaczego mamy to robić? – spytała głośno Lena.

Pozostałe kobiety spojrzały na nią wielkimi oczami. Policzki miały szkarłatne ze wstydu i strachu.

– Bo chyba chcecie zostać obywatelkami amerykańskimi? – odrzekł brodaty lekarz. – A w tym celu trzeba przejść badania.

Drugi z medyków wpatrywał się w Lenę spode łba, zły, że ośmieliła się sprzeciwić.

– Jeśli wybierasz nieposłuszeństwo, możemy podpisać twoje papiery deportacyjne od razu, tu i teraz.

Lena spuściła wzrok, modląc się, żeby to było już ostatnie badanie. Niechętnie postawiła Ellę na podłodze, zdjęła z pleców płócienną torbę, potem także płaszcz i rozłożyła je u swoich stóp. Następnie rozpięła sweter, po nim dwie bawełniane bluzki pod spodem, wreszcie haczyki z przodu sukienki, wdzięczna, że ma na sobie biustonosz, dzięki czemu może pozostać w sukience – w odróżnieniu od części kobiet, które musiały zdejmować ubrania przez głowę.

Stały teraz rozebrane i drżące, a lekarze chodzili po pomieszczeniu, szukając oznak choroby, badając skórę na ich klatkach piersiowych. Na szczęście Lenie przyglądał się brodaty lekarz.

– Wydajesz się zdrowa – powiedział, gdy już skończył.

Zanim zdążyła zapytać, co dalej albo kiedy zobaczy członków swojej rodziny, medyk kazał jej się ubrać i ruszył ku następnej. Lena zapięła guziki i haczyki, zarzuciła worek na plecy, posadziła sobie Ellę na biodrze, mocno ją przytuliła, po czym ucałowała w policzki. Dziewczynka wsunęła się w zagłębienie matczynej szyi; oddychała nierówno, walczyła ze łzami.

Jedną po drugiej Lenę oraz inne kobiety, które pomyślnie przeszły badania, wyprowadzano z sali, a następnie kazano im się ustawić w kolejce na korytarzu. Gdy wyszła ostatnia, powiodło ich holem dwóch funkcjonariuszy, stukając obcasami o kamienną posadzkę. Nikt nie wiedział, dokąd je zabierają ani po co. Niektóre cicho płakały, inne mamrotały coś niespokojnie, słychać było modlitwy w różnych językach.

Co kilka jardów od głównego holu odchodziły boczne korytarze, niczym w jakimś gigantycznym labiryncie. Ostatecznie skręcili w lewo, w ogromną przestrzeń wielkości liniowca oceanicznego. Pod jedną ze ścian sali stały klatki sięgające od podłogi do sufitu, na tyle duże, by zmieścić trzy lokomotywy. Lena stwierdziła z przerażeniem, że w każdej tkwią mężczyźni, kobiety i dzieci: siedzieli na ławkach, łazili w tę i z powrotem lub byli zatopieni w modlitwie. Maluchy płakały, a mężczyźni próbowali naciskać na mijających ich żołnierzy, błagali o wypuszczenie i zadawali pytania, na które nikt nie odpowiadał.

Nowy lęk ścisnął jej serce. Czyżby zamierzano je wszystkie zamknąć w klatce? Dlaczego? Na jak długo? Lustrowała poszczególne twarze, szukając znajomych rysów, wpatrywała się w każdą grupę młodych chłopaków, czy nie ma wśród nich jej brata, wołała Mutti i Enza. Nigdzie jednak nie widziała swoich. W głębi sali kazano im zawrócić i podejść do mężczyzny w szytym na miarę garniturze, który rozmawiał z innym urzędnikiem imigracyjnym. Na widok zbliżających się kobiet obaj odstąpili w bok, nie przerywając konwersacji.

– Przyjmowanie do Stanów Zjednoczonych imigrantów upośledzonych umysłowo uderza w same podstawy istnienia naszego kraju – tłumaczył ten w garniturze. – Musimy go chronić przed rozprzestrzeniającym się zatruciem. Zwłaszcza przed Żydami, którzy charakteryzują się chowem wsobnym i są wysoce niemoralni, a przecież wiemy, że ich wady wynikają prawie wyłącznie z prawa dziedziczności. Należy dokładać wszelkich starań, aby wyłapać tych, którzy choćby sprawiają wrażenie upośledzonych umysłowo lub opóźnionych w rozwoju. Szczególnie uważnie trzeba badać dzieci. Powinniśmy również odmawiać przyjmowania tych brudasów Włochów oraz rosyjskich starozakonnych. Mamy w kraju wystarczająco brudu, nędzy, przestępczości i wskaźników umieralności. Nie pozwólmy, żeby narzucano nam tego jeszcze więcej.

– Ależ komisarzu Williams – odezwał się urzędnik. – Nie możemy polegać tylko na jednym teście albo jednej procedurze, które automatycznie skutkują diagnozą czy rozstrzygnięciem danej sprawy. Trudno oczekiwać, że ubogi rolnik, mieszkający w nędznej chacie, potrafi nazwać wszystko, co tutaj widzi, bo to dla niego absolutna nowość. Wielu imigrantów wywodzi się z biednych krajów. Opuścili krewnych i przyjaciół, podjęli długą podróż, znieśli wiele niedogodności. Chcą zacząć nowe życie. Wszystkie te okoliczności muszą mieć wpływ na ich postawy i zachowania.

– Być może, ale nie jest to nasza wina ani nasz problem, który powinniśmy rozwiązać. Nie wolno nam lekceważyć chorób, jakie ci brudni ludzie sprowadzają do kraju. Azjaci są nosicielami gruźlicy, Hiszpanie przywożą ospę i żółtą febrę. I jak pan wie, większość Żydów ma cholerę.

Lena nie wszystko z tej rozmowy zrozumiała, ale jej sens wydawał się jasny. Funkcjonariusz imigracyjny zdawał sobie sprawę, że każdy ma własną, odrębną historię i wykształcenie, podczas gdy człowiek w garniturze uważał, iż da się ocenić poziom inteligencji innych na podstawie wyglądu; większość imigrantów była dla niego brudna i chora. Czy to on wymyślił te wszystkie pytania i badania? Czy to przez niego wyrywano dzieci z ramion matek? Trzymano ludzi w klatkach? Lena miała ochotę na niego nawrzeszczeć, powiedzieć mu, że pójdzie do piekła za traktowanie bliźnich bez odrobiny współczucia czy zwykłej przyzwoitości. Ale była w oczach tego człowieka niczym, po prostu kolejną brudną imigrantką. Miałby gdzieś to, co by powiedziała. Poza tym musiała myśleć o Elli. Wpakowanie się w dodatkowe tarapaty nie poprawiłoby ich sytuacji. Mimo to zwolniła kroku, ogarnięta pokusą wyrzucenia z siebie wszystkiego, co myśli. Jeden ze strażników krzyknął, aby szła dalej.

W głębi holu otworzyły się drzwi i wyłonił się z nich mężczyzna w białym fartuchu. Pchał łóżko na kółkach, do którego przywiązano małą dziewczynkę. Za nimi kroczyła kobieta w babcinej chuście oraz wyszywanej sukience, z chusteczką przyciśniętą do warg. Dziewczynka zanosiła się histerycznym płaczem, wzywając matkę i próbując się uwolnić. Człowiek w bieli skierował łóżko na koniec holu, po czym wjechał przez drzwi oznaczone napisem: DO SZPITALA. Kobieta podążała za nimi, jej ramiona podrygiwały konwulsyjnie.

Nagle, bez ostrzeżenia, jeden z inspektorów wyciągnął Lenę z kolejki, zaprowadził do niewielkiego biura, po czym zamknął za nią drzwi. Przeciwległą ścianę pokrywały miniaturowe flagi różnych państw oraz zdjęcia mężczyzn w garniturach. Dwóch urzędników imigracyjnych podniosło wzrok znad długiego biurka – jeden ze śladami trądziku na policzkach, drugi z wąsami niczym wycior. Lęk sprawił, że dziewczyna zaczęła oddychać szybciej. Czyżby mieli coś na nią? Powinna się liczyć ze złymi wiadomościami?

Dziobaty polecił jej usiąść, co wykonała, a następnie drżącymi dłońmi ułożyła sobie dziecko na kolanach. Wąsaty wpatrywał się w Lenę, minę miał pozbawioną emocji.

– Mówisz po angielsku czy mam wezwać tłumacza? – spytał cicho.

Skinęła głową.

– Mówię… mówię po angielsku.

Zerknął w notes, a potem znów podniósł wzrok na dziewczynę.

– Imię, nazwisko i numer?

– Magdalena Sofia Russo Conti. Numer pięćset dwadzieścia siedem.

– To twoje dziecko?

– Tak.

– Język ojczysty?

– Niemiecki.

Zaznaczył kilka ptaszków na papierze. Drugi funkcjonariusz przejrzał stos jakichś kart, jedną podał koledze.

– Znasz inne języki? – zapytał.

– Trochę włoski.

– Potrafisz czytać i pisać w mowie ojczystej?

– Tak.

Wąsaty wręczył jej kartę.

– Przeczytaj to po cichu.

Napis po niemiecku głosił: „Po zapoznaniu się z tym tekstem weź leżący przed sobą ołówek i oddaj go urzędnikowi imigracyjnemu. Ma to dowieść twojej umiejętności czytania”.

Lena odłożyła papier, chwyciła ołówek i zrobiła, co należało.

– Bardzo dobrze – powiedział wąsacz. Znów coś zaznaczył na formularzu, a następnie umieścił przed dziewczyną prymitywny, drewniany sześcian oraz wycięte w tym samym materiale gwiazdy, okręgi, kwadraty i trójkąty. – Dokończ układankę.

Ella wyciągnęła rączki, lecz matka powstrzymała ją ruchem dłoni. Drugą szybko ułożyła elementy we właściwych miejscach, zastanawiając się, czy ich zdaniem wygląda na dziecko. Córka poradziłaby sobie z tym równie sprawnie, gdyby jej pozwolić.

– Ile to dwa plus trzy plus pięć? – zapytał dziobaty.

Lena zamknęła oczy, rozpaczliwie próbując sobie przypomnieć angielskie liczebniki. Matematyka nigdy nie była jej silną stroną. Liczyła na palcach, przyciskając je po kolei do nogi. Raz, dwa, trzy razy – dla pewności.

– Panno Conti – odezwał się ten z wąsami – czy zrozumiała pani pytanie?

Otworzyła powieki.

– Dziesięć – odrzekła i modliła się o prawidłowy wynik.

Mężczyzna potwierdził.

– A teraz mów: czy lepiej jest zamiatać brudne schody z góry na dół czy z dołu do góry?

Zmarszczyła brwi. A cóż to za podstępne pytanie? Czy Mutti i Enzo też powinni się takich spodziewać? Na to akurat odpowiedzieliby prawidłowo, ale brat jeszcze gorzej radził sobie z liczbami niż ona. A na jego płaszczu już widniała litera X, ponieważ zdaniem pierwszego urzędnika imigracyjnego, z którym rozmawiali, Enzo był… Jak on go nazwał? Niedorozwiniętym umysłowo?

Mimo strachu zaczynała się irytować. Jej rodzina to dobrzy ludzie, ona też. A Enzo nie należał może do najbystrzejszych czternastolatków na świecie, ale był miły, zabawny i pracowity. Żadne z nich nie było przestępcą, wichrzycielem ani kretynem. I zdecydowanie nie trucizną, jak mówił mężczyzna w wielkiej sali.

– Nie przebyłam tak dalekiej drogi, żeby zamiatać schody.

Ku zaskoczeniu Leny wąsaty funkcjonariusz się uśmiechnął; przyłapawszy się na tym, natychmiast spoważniał.

– Jak brzmi odpowiedź?

– Z góry na dół.

Po raz kolejny zaznaczył coś w dokumentach.

– Gdybyś miała trzy konie, dwie krowy i pięć owiec, ile miałabyś łącznie zwierząt?

– Gdybym była tak bogata, nie musiałabym się wybierać do Ameryki – odparła dziewczyna.

Tym razem wąsacz wybuchnął głośnym śmiechem. Dziobaty rzucił mu surowe spojrzenie, więc tamten się opanował.

– Może i tak – powiedział. – Ale muszę usłyszeć odpowiedź. Trzy konie, dwie krowy, pięć owiec… ile to razem?

– Dziesięć zwierząt. A wy dwaj i my dwie daje łącznie cztery.

Na czole dziobatego ukazały się zmarszczki złości.

– To nie zabawa, Conti. Pani przyszłość zależy od odpowiedzi udzielanych na nasze pytania. – Głos miał twardy. – Czy następujące wyrazy znaczą to samo, czy są przeciwieństwami: mokry i suchy?

Zanim Lena zdołała zareagować, otworzyły się drzwi i do pokoju wkroczył następny funkcjonariusz.

– Odwózka na Hoffman Island – oznajmił.

Tamci nagle wstali i cofnęli się kilka kroków; na ich twarzach malował się lęk. Lena gapiła się jak urzeczona. Dlaczego nagle się jej przestraszyli?

– Może odejść – mruknął wąsaty.

– Proszę ze mną – polecił ten w drzwiach, otworzył je na oścież i też się cofnął.

Dziewczyna wstała.

– Co się dzieje? – rzuciła. – Dokąd nas zabieracie?

– Do delousing plant.

Rozdział 2

Oparta o reling powoli płynącej barki, pełnej zdezorientowanych, zalęknionych kobiet i dzieci, Lena trzymała śpiącą Ellę przy piersi. Mrużąc oczy, wpatrywała się w drugą barkę, za nimi, która odbijała właśnie od Ellis Island. Modliła się, by dostrzec na niej Mutti i Enza. Przez chwilę odczuła przypływ radości, bo wydało jej się, że widzi starszą panią z wysokim chłopcem, być może swoich matkę i brata, lecz tamci znajdowali się zbyt daleko, aby odróżnić rysy twarzy. Mimo to Lena wmawiała sobie, że to właśnie oni i że po dotarciu na Hoffman Island będą wszyscy razem. Musiała w to wierzyć. Jak inaczej miałaby ich kiedykolwiek odnaleźć?

Wcześniej, gdy szukała członków rodziny na swojej barce, wypytywała niemieckojęzyczne kobiety na pokładzie, czy nie widziały tych dwojga, czy wiedzą, co to jest delousing plant i dlaczego ich tam zabierają. Wszystkie potrząsały głowami, z wyjątkiem pewnej bladej młódki w bluzce z wysokim kołnierzem i w lśniących skórzanych butach. Z takim ubraniem i z elegancką fryzurą sprawiała wrażenie zbyt zamożnej, aby podróżować w trzeciej klasie.

– Angielski wyraz „delousing” znaczy, że trzeba się pozbyć Läuse. Wszy – powiedziała blada kobieta.

– Ale ja ich nie mam! – zawołała inna, w pobliżu. – Moje dzieci też nie.

Włączyło się kilka kolejnych:

– My również!

– Zgadza się.

– Gdybyśmy mieli wszy, nie wpuściliby nas na statek.

– Boją się tyfusu – dodała blada. – Muszą się upewnić, że insekty zostały wybite. – Przemawiała spokojnie i dobitnie, w literackim niemieckim, różniącym się od dialektu południowego, którym posługiwała się Lena i jej rodzina.

– Danke za te wyjaśnienia – westchnęła dziewczyna. – Wie pani, jaką stosują metodę?

Wszyscy wpatrywali się w tamtą, niespokojnie oczekując odpowiedzi.

Pokręciła głową.

– Przykro mi, ale nie. Mogą użyć proszku albo cyklonu B.

Jedna z kobiet głośno westchnęła.

– Przecież cyklon został zakazany po wojnie.

Blada wzruszyła ramionami.

– Zadałyście pytania, ja odpowiedziałam. A teraz dajcie mi spokój, proszę. Straciłam na statku syna, a mojego męża umieszczono w szpitalu na Ellis Island. Nie mam już ochoty rozmawiać.

– Ach, Gott! – wykrzyknęła Lena. – Szczere wyrazy współczucia!

Pozostałe panie również złożyły kondolencje. Elegantka zapadła w zupełne milczenie, wpatrzona w morze. Kobiety spojrzały po sobie ze zrozumieniem, a potem znów skupiły się na własnym wnętrzu, pochłonięte osobistymi kłopotami i zmartwieniami.

Lena również wbiła wzrok w fale uderzające w kadłub barki; nie mogła uwierzyć, że znów są na wodzie. Miała nadzieję, że będzie to krótka podróż i że choroba morska Mutti nie wróci. Z drugiej strony – skoro inspektorzy i lekarze tak bardzo obawiali się tyfusu, zwykłe wymioty wywołane kołysaniem statku nie mogły ich zbytnio zaniepokoić. Czy Lena i jej rodzina przybyli tu z tak daleka, żeby stracić życie przez choroby? Nie. Nie zamierzała się poddać tej myśli. Musiała wierzyć, że odwszawianie to tylko środek ostrożności i że kiedyś będą wspominać tę całą sytuację jako zły sen.

Gdy wpatrywała się w port oraz plątaninę wieżowców Manhattanu, doznała dziwnego wrażenia – mieszanki dojmującej tęsknoty za domem oraz zazdrości wobec ludzi, którzy już mieszkali i pracowali w tym mieście, którzy mieli tu swoje zwykłe obowiązki i plany dnia, czuli się u siebie na tych chodnikach, pomiędzy tymi budynkami, którzy sypiali w znanych sobie łóżkach i wyglądali przez znane sobie okna. Ileż Lena by oddała, byleby znów poczuć się jak w domu, doświadczyć komfortu codziennych zwykłych spraw do załatwienia, chadzać po wytartym bruku ulic i alejek, które prowadziły do znajomych ludzi czy miejsc – na targ, do gotyckiej katedry na miejskim placu, do mieszkania jej najlepszej przyjaciółki Ingrid. To miejsce, do którego przynależała. Życie w Niemczech z pewnością było trudne, lecz teraz Lena miała wrażenie zbłąkania, unoszenia się z prądem zdarzeń. Wszelkie poczucie normalności zostało roztrzaskane, a jego szczątki – rzucone na wiatr.

Barka przepływała obok Statuy Wolności, a w gardle Leny formowała się paląca gruda. Jak to możliwe, że jeszcze kilka godzin temu widok tego wspaniałego posągu napełniał ją ogromem nadziei? Teraz, kiedy patrzyła na ikoniczną postać, na trzepoczącą obok amerykańską flagę, serce ściskały smutek i strach. Słowa „dajcież mi waszych zmęczonych, waszych biedaków” dotyczyły chyba tylko tych, którzy wcale nie byli ani zmęczeni, ani biedni. A przed człowiekiem potrzebującym pomocy, lecz uznanym za ciemnego bądź chorego, bramy wolności były zamknięte.

Lena odwróciła się od relingu i rozejrzała po zatłoczonym pokładzie w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogłaby usiąść. Musiała odpocząć, Ella stawała się cięższa z każdą sekundą. Jednakże wszystkie ławki były zajęte, wszędzie siedziały kobiety i młode dziewczyny; ich twarze kurczyły się w podobnych liniach stresu i wyczerpania. Nie zobaczywszy wolnej przestrzeni, Lena zdjęła worek, przycupnęła na zatęchłych deskach barki i oparła się plecami o zimną, stalową ścianę, obojętna na kurz i smar brudzące płaszcz oraz sukienkę. Obejmując jedną ręką torbę, drugą zaś dziecko śpiące na piersi, zamknęła oczy i spróbowała się zdrzemnąć. Ciągłe dudnienie potężnego silnika wprawiało całą jednostkę w wibracje, współgrało z pulsowaniem serca, grożąc jego natychmiastowym wybuchem niczym bomby, intensyfikowało każdą myśl.

Na domiar złego Lenę skręcało z głodu. Oddałaby wszystko za kromkę razowego chleba i wątrobiankę, które Mutti spakowała na podróż do Ameryki. Niestety te dodatkowe racje żywnościowe wystarczyły tylko na parę dni, mimo że matka ich nie jadła, a jedyne pożywienie, jakie dostawali na statku, stanowiły nędzne porcje letniej zupy, żylastej wołowiny tudzież śledzie. Lena przypomniała sobie mdły zapach ryb i zaczęła się zastanawiać, czy jeszcze kiedyś zobaczy wątrobiankę. W tej chwili zadowoliłaby się nawet śledziem.

Gdy nieco później barka wreszcie zwolniła, kobiety jęły wyciągać szyje, ciekawe, gdzie też się zatrzymują. Lena z trudem wstała, starając się nie zbudzić Elli, i spojrzała w kierunku dziobu. Fale przed nimi rozbijały się o skalisty brzeg niewielkiej wyspy, na której wznosił się ogromny piętrowy budynek o paru skrzydłach, z kilkunastoma kominami. Miał liczne drzwi oraz łukowate okna, z których część zamurowano cegłami – te oznaczono gigantycznymi białymi literami X. Nad metalową wieżą ciśnień górowały dwa fabryczne kominy: jeden sześcienny, drugi obły.

Miejsce wyglądało na więzienie. Albo szpital.

W głowie Leny zabrzmiały słowa usłyszane na Ellis Island. „Powinniśmy również odmawiać przyjmowania tych brudasów…”

Być może na Hoffman Island Amerykanie nie pozbywali się wszy, lecz ludzi. Może zamierzali trzymać przybywające tu kobiety w zamknięciu na zawsze – albo jeszcze gorzej. Nie. Lena musiała zablokować te okropne myśli. Amerykanie po prostu starają się powstrzymać rozprzestrzenianie groźnych chorób – nic ponadto. Powinna być im nawet wdzięczna, że są tak ostrożni. Tyle że wdzięczność przychodziła jej z coraz większym trudem, zwłaszcza że była tu niemile widziana.

Gdy barka zacumowała, umundurowani strażnicy kazali kobietom i dzieciom zejść z pokładu. Kolejni, sprawdziwszy karty identyfikacyjne, zapisywali na bagażach numery pasażerów.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji