Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wnikliwy i porywający dramat literacki o rodzinie, władzy i przyszłości rodzinnej firmy wydawniczej. Norweska „Sukcesja” na rynku książki!
Rodzina Høstów od pokoleń buduje swoją pozycję w branży wydawniczej. Teraz jednak zmiany są nieuniknione: nestorka rodu, Myrna Høst, zbliża się do emerytury, a dwoje jej dzieci – idealistyczny humanista Filip oraz pragmatyczna finansistka Henny – rywalizuje o przejęcie sterów w firmie.
Spotkanie w sprawie przyszłości rodzinnego biznesu, zorganizowane na odległej wyspie, staje się areną wydarzeń wykraczających daleko poza kwestię wyboru nowego lidera. W centrum konfliktu znajduje się Edda – redaktorka i żona Filipa, która skrywa tajemnice mogące zburzyć dotychczasowy ład. Gdy na jaw wychodzi rękopis, który mógłby wydobyć na powierzchnię niewygodne fakty, lojalność członków rodziny zostaje wystawiona na próbę, a tłumione od lat napięcia wybuchają z wielką siłą.
„Doggerland” to intensywny, precyzyjnie skonstruowany dramat rodzinny zgłębiający granice pomiędzy prawdą a kłamstwem, sztuką a komercją, dziedzictwem a walką o przetrwanie. Agnes Ravatn, z właściwą sobie precyzją i wnikliwością psychologiczną, tworzy powieść ponadczasową i niezwykle aktualną – historię o tym, co tracimy, co dziedziczymy oraz jak wiele trzeba poświęcić, by ocalić zarówno literaturę, jak i samych siebie.
„Błyskotliwe spojrzenie na rodzinę i jej dynamikę. Autorka trafia w sedno, tworząc inteligentną satyrę na temat sztucznej inteligencji, rodzinnych sekretów i branży wydawniczej.”
„Aftenposten”
„Powieść ma przemyślaną konstrukcję i jest pełna nagłych zwrotów akcji odpalanych niczym fajerwerki w miarę wychodzenia na jaw rodzinnych sekretów… „Doggerland” świetnie oddaje ducha naszych czasów.”
„Dagbladet”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 215
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment przekładu zaczerpnięty z: Gilgamesz – epos starożytnego Dwurzecza, zrekonstruował i przełożył Robert Stiller, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1980 (wersja elektroniczna) – s. 134.
Tytuł oryginału Doggerland
Przekład Karolina Drozdowska
Redakcja Gabriela Niemiec
Korekta Marcin Grabski,Anna Gądek
Projekt okładki Ellen Lindeberg
Projekt stron tytułowych Tomasz Majewski
DOGGERLAND
Copyright © Agnes Ravatn, 2025
Published in agreement with Northern Stories and Booklab Literary Agency.
All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Karolina Drozdowska, 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2026
Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Agnete Brun
This translation has been published
with the financial support of NORLA.
Skład i łamanie Dariusz Ziach
ISBN 978-83-981585-0-3 (EPUB); 978-83-981585-0-3 (MOBI)
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
Wydawnictwo Pauza
ul. Meksykańska 8 m. 151
03-948 Warszawa
+48501177119
www.wydawnictwopauza.pl
WydawnictwoPauza
wydawnictwo_pauza
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
– Myślisz, że to symboliczne? – zagaduje niespokojnie Filip, wpatrując się w morską otchłań.
– Co takiego? – pytam.
– No to, że wybrała wyspę – wyjaśnia Filip.
– Może chce się pokazać jako wyjątek potwierdzający regułę, że żaden człowiek nie jest samotną wyspą?
– Coś w tym stylu – mówi Filip z pełną powagą, wciąż odwrócony do mnie tyłem.
– Ale czemu miałaby kierować do nas właśnie takie przesłanie z okazji swoich siedemdziesiątych urodzin? – rzucam, wyciągając z torby wiatrówkę Matiasa. – Czytałam o tym miejscu. To takie trochę bardziej wyrafinowane centrum konferencyjne z hotelem.
Matias, z niebieskimi słuchawkami nieco przekrzywionymi na głowie, usiadł na suchym asfalcie. Narzucam mu kurtkę na ramiona, on nawet tego nie zauważa, zupełnie odpłynął i jest w swoim świecie. Całą drogę miał na uszach te słuchawki, przez dwie i pół godziny w samochodzie z Bergen, nawet na promie.
Łapię się na tym, że znów patrzę na niego zatroskanym wzrokiem. Czasami, gdy się nie pilnuję, Matias podnosi oczy i pyta zdziwiony: Jesteś smutna, mamo?
Gmach, będący zapewne Hotelem Marholm, jaśnieje białością w słońcu na zupełnie nagiej wysepce daleko przed nami. Zasłonę wiszącej nad wodą mgły przebija nagle ciemnoszary grzbiet wieloryba.
Filip ogrzewa sobie dłonie – trzyma je przed ustami jak ogromny dziób, chucha w nie i zaciera. Pokrowiec z jego garniturem wisi złożony wpół na rączce walizki z kółkami. Powiedziałam mu przecież: To jakaś wyspa na wygwizdowie, Filip, nie potrzebujesz garnituru. Płatki jego uszu pod czapką z daszkiem są czerwone, jakby nabrzmiałe. Zawsze był z niego zmarzluch. Postawił kołnierz oliwkowozielonej kurtki, przeznaczonej właściwie dla ludzi uprawiających sporty konne, ale zaliczającej się teraz do tego, co uznać można za osobisty styl Filipa, mocno inspirowany naszymi odwiedzinami w siedzibach trzech czołowych nowojorskich wydawnictw przed pięcioma laty, a zwłaszcza młodą gwiazdą branży redaktorskiej u Simona & Schustera, naszego przewodnika. Już tego samego wieczora, gdy go poznaliśmy, Filip poszedł na Fifth Avenue i kupił sobie stos śnieżnobiałych koszul ze sztywnym kołnierzykiem, cienkich swetrów z jagnięcej wełny w stonowanych kolorach i chinosów w określonym odcieniu khaki, przyniósł też dwie pary butów ze skóry wysokiej jakości, w kolorze czekoladowego brązu. Humanistyka z lekką nutką biznesu.
Jesteśmy na miejscu pierwsi. Stoję przed tabliczką informacyjną, na której można przeczytać o tutejszych gatunkach ssaków, ptaków i roślin oraz o unikalnej geologicznej formacji wyspy. Masuję mięśnie karku po kilku godzinach za kółkiem. Filip siedział całą drogę obok mnie, z laptopem na kolanach.
– Matias! – mówię, ale on nie podnosi nawet wzroku. – Matias! Tu kiedyś żyły dinozaury!
Na tabliczce nie ma takiej informacji, ale te skały rzeczywiście są prehistoryczne, więc niewykluczone, że dinozaury też tu chodziły. Zainteresowanie Matiasa dinozaurami było niestety krótkotrwałe i powierzchowne. Z zazdrością i nadzieją patrzyłam, jak inne dzieci w przedszkolu – z tego, co byłam w stanie stwierdzić, nieszczególnie obiecujące intelektualnie – zagłębiały się w tym niezmiennie pociągającym materiale z czasów jury i kredy, zapamiętywały mnóstwo długich, skomplikowanych nazw, rozpiętość skrzydeł i prędkość w locie, jak po jednym rzucie oka odróżniały diplodoka od brachiozaura. Myślałam wtedy, że skoro Matias jest takim zamkniętym w sobie, ostrożnym dzieckiem, to pewnie należy do tych przedszkolaków, które rzucają się na tego rodzaju głębię specjalistycznej wiedzy. Kupowałam mu drogie, bogato ilustrowane książki, kosztowne figurki z niemieckiego jakościowego plastiku, ale nie odniosło to żadnych skutków. Dookoła widziałam, jak inne dzieci toną bez reszty w tym czy innym hobby, czy to figurkach Pokémonów, czy modelach samochodów, statystykach z Premier League i flagach wszystkich krajów tego świata, tymczasem nie wyglądało na to, by Matias interesował się czymkolwiek. Tak chciałam, żeby zajmował się własnymi sprawami w swoim pokoju, ale on najbardziej lubi kręcić się pod nogami dorosłym, cały czas chce być z nami. Nie zmieniło się to za bardzo, odkąd poszedł do szkoły, wbrew moim wielkim nadziejom.
W pogoni za jakąś normalnością kupiłam mu też różne gadżety do gier komputerowych, ale nawet najbardziej neurochemicznie uzależniające dziecięce algorytmy pozostawały wobec niego bezsilne. Matias dostał właściwie nieograniczony dostęp do YouTube’a, lecz jedyne, co w pewnym momencie przykuło jego uwagę, to przypadkowo znaleziony kanał, na którym dorośli bawili się zabawkami dla dzieci. To akurat lubił oglądać. Owłosione męskie dłonie gmerające przy koparkach z Duplo i ciężarówkach dla najmłodszych – moim zdaniem to było zupełnie odrażające. Tymczasem zdawało się, że Matiasa fascynowała właśnie sama dysproporcja wieku między tym, kto się zabawką bawił, a tym, dla kogo była ona przeznaczona.
I dlatego właśnie zaczęliśmy z czasem patrzeć tak przychylnym okiem na te słuchawki, które dostaliśmy w poradni zdrowia psychicznego pod koniec drugiej klasy Matiasa. Dzięki nim nasz syn może w dowolnym momencie słuchać i (jeśli ma ochotę) rozmawiać z wytworem sztucznej inteligencji, dziewiętnastoletnią Norą, która – dzięki swojemu imponująco naturalnemu głosowi i zachowaniu – zapewnia mu odpowiedni trening ilościowy w zakresie kontaktów społecznych. Dołączona do słuchawek aplikacja była początkowo ustawiona na chłopca w wieku Matiasa – Liama, lat osiem, ale nie bardzo to się sprawdziło, bo nasz syn zwyczajnie nie lubi rozmawiać z innymi dziećmi. Dlatego weszliśmy w ustawienia i znaleźliśmy Norę, lat dziewiętnaście, „pochodzącą ze Strandy studentkę pedagogiki”, jak głosił opis na jej profilu. Matias z czasem się z nią poznał i zupełnie jakby coś w nim puściło: nagle chciał używać tych słuchawek coraz częściej, właściwie non stop.
– Dinozaury tutaj? – pyta Filip ze sceptycyzmem.
– Tak, to znaczy... są tu w każdym razie skały z tamtych czasów.
– Dla mnie to wyglądają jak całkiem normalne góry – oświadcza Filip, nie podnosząc wzroku znad telefonu, jego głos jest zakatarzony.
Mój mąż wytrząsa ciężki zegarek spod mankietu koszuli, domyślam się, że jego rodzice mogą się tu pojawić w każdej chwili, Myrna zaraz przyjedzie. Filip przygotowuje się na to mentalnie – i to stąd ta jego kłótliwość, jak gdyby chciał się podbudować i uważał za naturalne, że robi to moim kosztem.
– „Zazwyczaj na prastarych skałach zalegają warstwy nowszych, grube na kilka kilometrów. Ale nie tutaj. Tu wszystko zostało oskrobane. Skała, którą przed sobą widzisz, ma półtora miliarda lat. Stoimy na samym fundamencie euroazjatyckiej platformy kontynentalnej” – cytuję tekst z tabliczki, bardzo z siebie zadowolona.
– Powinienem był przygotować mowę – mamrocze Filip, znów zagłębiony w swoich myślach.
– Masz na to jeszcze czas – odpowiadam.
Filip rozpina suwak wewnętrznej kieszeni walizki na kółkach, wyjmuje swojego laptopa.
– O rany, no przecież nie teraz. Poczekaj przynajmniej, aż będziemy pod dachem.
Wzdycha w odpowiedzi, zupełnie jakbym nie traktowała spraw dość poważnie.
– Mogę przynajmniej zrobić notatki – mówi. Siada obok Matiasa na asfalcie, otwiera klapę laptopa. – Pomóż mi trochę.
– No dobrze, zobaczmy – mówię i zaczynam wyliczać. – Chłodny, autorytarny styl wychowywania dzieci. Problemy z nawiązywaniem więzi. Interesowne relacje z ludźmi. Beznadziejnie wysokie oczekiwania, którym nie sposób sprostać...
Filip mierzy mnie wzrokiem.
– To miały być notatki o mamie, nie o tobie.
– Auć, dobra – odpowiadam, unosząc przed sobą dłonie.
Filip zdejmuje czapkę i pociera czoło. Włosy zaczęły mu siwieć na skroniach. Któregoś wieczora zapytał mnie, czy powinien je ufarbować. Niech ci to nigdy nie przyjdzie do głowy, odpowiedziałam, siwizna jest dystyngowana. Jestem za młody na dystyngowany styl, odparł Filip. Ale siwa grzywa pasuje do przyszłego dyrektora, rzuciłam, na co on tylko przewrócił oczami i zdusił cisnący się na wargi uśmiech.
Strasznie się stresował prezentem dla Myrny. Zaproponowałam drzewo, magnolię, japońską wiśnię albo coś podobnego, mogliśmy powiedzieć, że to od Matiasa, pierwszego i jedynego wnuka, symbol ciągłości pokoleń. Filip zmarszczył nos, nie sądził, by jego matka przejęła się jakimś drzewem. Myrna była pragmatyczką, zorientowaną na konkretną wartość użytkową. Z ich dwojga to już raczej Gustaf interesuje się ogrodem, dba o róże, a po przejściu na emeryturę zaczął nawet uprawiać warzywa na skarpie po południowej stronie domu.
Filip przeczesywał na oślep internet w poszukiwaniu ekskluzywnych pierwszych wydań książek, bez większego pojęcia, jakich pisarzy, jakie dzieła czy tendencje literackie tak naprawdę ceni Myrna.
Rozbrzmiewa nad nami skrzek mew, dwa krótkie piski.
Typowa zachodnia, wąska cieśnina. Rządek pięciu osmaganych wiatrem i rdzewiejących szop na łodzie w odcieniach wyblakłej ochry. Nagie skały wybrzuszające się na brzegu. Można znaleźć pochowane wśród nich zaciszne zatoczki z kawałkami plaż, kilka porośniętych trawą polanek w lasach z sosen i brzóz. Co by było, gdyby Matias dorastał w takim miejscu? Chyba nie zrobiłoby to większej różnicy. Ale skoro już tak się złożyło, że mój syn nie wykazuje zainteresowania innymi dziećmi, czemu nie pozwolić mu rozwijać się w miejscu wolnym od dzieci, w którym nie byłby narażany na swoje codzienne społeczne porażki? Filip podnosi wzrok znad laptopa.
– Co?
– Nic.
Odwracam się w kierunku ostatniego domu przy kamiennym nabrzeżu. W ogrodzie uwija się starsza para, współpracuje przy paleniu zgrabionych liści i gałęzi. Dym unosi się wąską strużką, kręci lekko w nosie. Kobieta ma na sobie bladozielony anorak, za pomocą żeliwnych grabi przysuwa gałązki i śmieci w kierunku ogniska. Mężczyzna w kraciastej koszuli pojawia się za nią między dwoma świeżo przyciętymi drzewkami owocowymi, wyładowuje z taczki kolejny transport gałęzi i układa go na żarze. Ci ludzie mają w sobie coś, co przypomina mi moich rodziców, oni też mogliby teraz tak wyglądać. Jakie to przypadkowe, że wylądowałam właśnie tutaj. Nie „tutaj”, w tym miejscu, ale „tutaj”, w tym właśnie życiu, w małej trzyosobowej rodzinie, a patrząc na to nieco szerzej – jako członkini lekko arystokratycznego rodu Filipa, jako redaktorka wydawnictwa Høst. A równie dobrze mogłabym być tą kobietą w anoraku, ściskającą żeliwne grabie.
Gdzieś w oddali dźwięczą dzwonki owiec, ich pogłos miesza się z szumem wiatru znad morza. Wspominałam Filipowi, że fajnie byłoby mieć domek wakacyjny, móc wyjeżdżać z miasta w weekendy. On się jednak przed tym wzbrania – albo czeka, aż odziedziczy dom w Ustaoset. Ale Myrna i Gustaf cieszą się bezczelnie dobrym zdrowiem, mogą pociągnąć jeszcze ze dwadzieścia lat.
– Zupełnie nie rozumiem jej logiki. Kto świętuje urodziny w środku tygodnia? – mamrocze Filip. – Przecież oni wiedzą, że nie lubimy zwalniać małego ze szkoły.
– Parę dni wolnego mu nie zaszkodzi – odpowiadam. – Powiedziałabym, że nawet wręcz przeciwnie.
Filip dźwiga się na nogi i zamyka laptop.
– I co, przemówienie gotowe? – pytam, a on odburkuje coś w odpowiedzi, chowa komputer z powrotem do walizki.
– A, słuchaj, to dzisiaj do ciebie przyszło – mówi, wyciągając jasnobrązową kopertę z zewnętrznej kieszeni walizki.
Biorę ją od niego. Jest ciężka.
– Przywiozłeś mi maszynopis? Myślisz, że będę pracować na imprezie urodzinowej?
– Przecież nie da się świętować całą dobę – odpowiada Filip, patrząc na mnie z politowaniem.
– Co za głupi pomysł wychodzić za mąż za własnego szefa – rzucam, wsuwając kopertę do mojej szmacianej torby. Jest na niej logo wydawnictwa oraz dosadny, bergeńskopatriotyczny cytat z Henrika Mosfelda: „Mieszkańcy wschodniej Norwegii to zdrowa ludzka rasa, być może dlatego, że są zbyt głupi, by chorować”.
Zaczynam myśleć o Hauku, przyłapuję się na tym, że za nim tęsknię. Uważał, że wyprodukowanie tych toreb to kompromitacja kultury wysokiej, że to zupełnie jakby paść na kolana przed komercjalizmem, a cała partia towaru powinna natychmiast pójść na przemiał, bo odkryto, że cytat przypisywany Mosfeldowi jest w rzeczywistości plagiatem z Heinricha Heinego, Mosfeld po prostu zmienił Tyrolczyków na mieszkańców wschodniej Norwegii.
Udało mi się uratować z masowej destrukcji ten jeden egzemplarz, obiekt kolekcjonerski, i noszę teraz tę torbę każdego dnia, choć wiem, że Myrnie – a co za tym idzie: Filipowi – się to nie podoba. To chyba z mojej strony jakaś kombinacja hermetycznego poczucia humoru i dziecinnego buntu. Myrna ma tyle zasad, a Filip i Henny bezwarunkowo im się poddają – ktoś musi przecież stawiać jakiś opór.
– Zobacz! – odzywa się nagle Matias, a ja na niego patrzę. Mój syn wskazuje w górę, podnoszę wzrok. Dostrzegam sunący wysoko cień.
– Bielik – mówię. – Ale super, Matias.
Patrzę na drapieżnika zataczającego nad nami kręgi i robi mi się ciepło na sercu. Czy to dlatego, że mój syn zwrócił uwagę na ptaka na niebie? Tak niewiele mi trzeba? Przypominam sobie, jak Filip i ja – zwłaszcza on – mówiliśmy, półżartem, półserio, jak błyskotliwie inteligentne będzie dziecko pluskające się w moim brzuchu. Z mózgami takimi jak nasze nie było właściwie mowy o granicach. Matias skończył teraz osiem lat, a my dawno zorientowaliśmy się w rzeczywistości, radykalnie dostosowując nasze oczekiwania i porzucając iluzje. Ale to przecież też zupełnie w porządku. Matias jest, jaki jest. Oby tylko było mu w życiu dobrze. Takie rzeczy sobie powtarzam. Ale czy jemu jest dobrze? Bo chyba przecież nie?
– Może on ma gdzieś w pobliżu gniazdo? – odzywa się Filip, również chce się podłączyć pod tę rozmowę, bo przecież nasz syn zobaczył na niebie orła, ale Matias tylko wzrusza w odpowiedzi ramionami.
– A co się tyczy orlich gniazd – mówię nagle, nadstawiając ucha – chyba się zbliża orlica.
– Matias, jadą babcia z dziadkiem – odzywa się Filip z podnieceniem, a nasz syn odwraca głowę w kierunku, z którego dochodzi charakterystyczny warkot silnika.
Należący do Myrny czarny Jeep Wrangler, budzący skojarzenia z pojazdami do transportu więźniów, wyjeżdża zza skalnego wzniesienia. To oznacza, że jadą prosto z domu wakacyjnego. Za kierownicą siedzi Gustaf. Myrna patrzy prosto przed siebie zza okrągłych okularów, mimo że Matias wymachuje ramionami w polu jej widzenia. Są jak para plantatorów. Gustaf w tweedowej marynarce, nonszalancko trzymający kierownicę jedną dłonią. Ona zaś ma na sobie wełniany sweterek, który wygląda zupełnie niepozornie, ale kosztował sześć tysięcy koron. Wiem, bo sprawdziłam. Wrzuciłam kiedyś zdjęcie mojej teściowej do wyszukiwarki grafik Google, nie pamiętam już właściwie dlaczego.
– Dziadek! – krzyczy Matias i rusza galopem po asfalcie, ze swoimi chudymi nogami przywodzi na myśl marionetkę.
Gustaf wysiada i chwyta go w ramiona, podrzuca małego w powietrze, okręca wokół siebie i całuje go w kark. Zerkam na Filipa, który zawsze mięknie, widząc swojego ojca i syna razem. Teraz też już zaszkliły mu się oczy.
– Edda, jak dobrze cię widzieć – rzuca Gustaf wesoło. Zbliża się do nas, prowadząc Matiasa za rękę, przytula mnie.
Rzadko go teraz widuję. Po przejściu na emeryturę jeździ w góry tak często, jak się tylko da. Gdy się na niego patrzy, myśli się o gulaszu z dziczyzny przyprawionym jagodami jałowca i brązowym serem, o ciężkim czerwonym winie i strzelbie na plecach. Gustaf należy do tej kategorii ludzi zamożnych, którzy zawsze wyglądają, jakby dopiero co wyszli z lasu: ciężkie włoskie buty trekkingowe i szorstka wełna, trzydniowy zarost, włosy w nieładzie. Matias wyciąga do niego ramiona, stękając po dziecięcemu: „ech, ech!”, Gustaf bierze go za ręce i pozwala opleść się w pasie nogami, chłopiec ma osiem lat i jest już za duży, by go podnosić. Filip staje przy Jeepie, gotowy na przyjęcie swojej matki, pełen zapału, ale bez wyczucia. Czeka zdezorientowany przy drzwiach od strony kierowcy, a tymczasem Myrna rozmawia w środku przez telefon. W końcu Filip rezygnuje, okrąża samochód i zaczyna wypakowywać bagażnik, wyjmuje z niego dwie torby podróżne z pokrytej patyną skóry, które zarzuca sobie na ramiona.
– On nie jest chory, co? – pyta Gustaf, wskazując skinieniem głowy Matiasa.
– Chory? Czemu?
– Nie powinien być w szkole?
Filip podchodzi do nas i kładzie obie ciężkie torby na asfalcie.
– Tato, przecież musieliśmy go zabrać ze sobą! – mówi dziarskim tonem, na co Gustaf patrzy na niego zdziwiony.
– A oto i nasza jubilatka! – rzucam, odwracając się do Myrny, która idzie w naszym kierunku ze swoim niezamierzenie surowym uśmiechem, ale Filip mnie uprzedza, robi dwa kroki w przód i przytula się do niej.
– Wszystkiego najlepszego, mamo – mówi, przyciskając jej twarz do swojego barku.
– A on co tutaj robi? – pyta Myrna. Uwalnia się z uścisku Filipa i poprawiając okulary, kiwa głową w kierunku Matiasa.
– Co tutaj robi? Przecież musieliśmy go zabrać ze sobą – powtarza Filip, nieco cieńszym głosem, a do mnie dociera, że ktoś tu chyba czegoś nie zrozumiał.
– Zabrać ze sobą dziecko? Na spotkanie strategiczne? – pyta Myrna.
– Co? – dziwi się Filip.
Zaczynam się śmiać, zasłaniam sobie usta dłonią. Myrna posyła mi karcące spojrzenie.
– Jakoś to rozwiążemy – mówi Gustaf. – Ja się mogę nim zajmować.
– Nie, wykluczone – odpowiada Myrna tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Musisz brać udział w sesjach.
„Sesjach?”, powtarzam bezgłośnie, patrząc na Filipa, ale on nic nie rozumie i tylko kręci głową.
– Oj, dłużej cię już nie utrzymam – mówi Gustaf i opuszcza Matiasa na ziemię. Chłopiec próbuje się w niego wczepić.
Filip wyciągnął telefon i czyta na głos:
– „Zapraszam na spotkanie ze środy na czwartek. Zbiórka na przystani Oldervik o 11.00. Kto chce, może wziąć strój kąpielowy”.
Podnosi wzrok na matkę.
– No? – mówi Myrna. – Przecież wszystko jest napisane.
– Mamo, ale ty masz urodziny. Dzisiaj. Nie zaprosiłaś nas chyba na spotkanie strategiczne w dzień, w którym kończysz siedemdziesiąt lat?
– Noż rany boskie – odpowiada mu Myrna. – Będziemy świętować w ten weekend, w Ustaoset, przecież mówiłam.
– Tak, ale to miało być przyjęcie z przyjaciółmi – protestuje Filip. – Przecież chcesz też uczcić ten dzień z rodziną, osobno?
– No już, już – odzywa się Gustaf.
– Wszystkiego najlepszego, Myrno – mówię i robię krok w jej kierunku, jak zawsze niepewna, czy mam ją uścisnąć, czy nie. W końcu decyduję się na jakąś formę pośrednią, zbliżam policzek do jej policzka, ale go nie dotykam.
– Dzięki, dzięki – odpowiada jubilatka, łapie mnie za oba nadgarstki i uśmiecha się, niemal zawstydzona. Ma blade policzki upstrzone kilkoma jasnobrązowymi plamami, gładką jak na swój wiek skórę. Pięć razy w tygodniu chodzi na pilates i trzyma się jak emerytowana baletmistrzyni. – Ktoś rozmawiał z Henny? – pyta i mnie puszcza.
– Ona chyba planowała przyjechać taksówką – odpowiadam. – Powinna już niedługo być.
W tej samej chwili zza cypla wypływa stara biała łódka motorowa, sunie ku nam w niespiesznym tempie.
– To chyba nasz transport – mówi Gustaf i odwraca się do Myrny. – Matias popłynie z nami. Przecież nie będzie przeszkadzał.
Myrna robi minę komunikującą „wszystko mi jedno”, a Filip posyła mi znaczące spojrzenie. O mały włos znów nie wybucham śmiechem. Odwracam się w kierunku białej łódki, stojącej już przy nabrzeżu. Ze sterówki wygląda młody jasnowłosy chłopak w pełnym komplecie pomarańczowej odzieży przeciwdeszczowej. Kiwa nam głową, po czym chwyta cumę.
– Hej – mówi wesoło do Matiasa. – Złapiesz, jak ci rzucę?
Matias kręci niechętnie głową, nadal ma słuchawki na uszach.
– Nie sądzę, że to... – zaczyna Filip.
– Ależ oczywiście, że tak – przerywa jasnowłosy mężczyzna, zupełnie go ignorując. Ostrożnie rzuca cumę na kamienne nabrzeże, lina upada ciężko. Gustaf kuca przy Matiasie, który podnosi cumę z wahaniem.
– Czy on musi cały czas w nich chodzić? – pyta Myrna, wskazując słuchawki.
– Nie musi, po prostu je lubi – odpowiada Filip. – One mu bardzo pomagają.
– Nie mieszaj się w to – rzuca Gustaf przez ramię przyjaznym, lecz ostrzegawczym tonem, pomagając Matiasowi w cumowaniu łodzi.
– Ale on przecież cały czas siedzi we własnym świecie – zauważa Myrna.
– To mu zapewnia trening – wyjaśnia Filip. – Pedagog specjalny jest zadowolony. A my każdego ranka dostajemy w aplikacji raport, więc widzimy, jakie Matias robi postępy.
– A oto i ona – mówię, bo teraz zza skalnego wzniesienia wyłania się czarna taksówka.
Henny opuszcza szybę w tylnym oknie i wystawia głowę.
– Arriba! – wykrzykuje i wybucha głośnym śmiechem, a Filip krzywi twarz w grymasie niesmaku.
Gdy taksówka się zatrzymuje, Henny wystawia przez drzwi parę wypastowanych na wysoki połysk czarnych botków. Wbija obcasy w asfalt i gramoli się z tylnego siedzenia, trzymając w ramionach ogromny bukiet kremowych róż. Rusza w kierunku matki i wpycha jej kwiaty do rąk. Myrna robi zaskoczoną minę. Widzę, że Filip jest zły, bo nam nie przyszło do głowy, żeby kupić bukiet. Bo ja o tym nie pomyślałam. Myrna podaje kwiaty Gustafowi, szepce „wsadź je do auta”, przytula Henny, kierowca taksówki zaś wysiada i zaczyna wypakowywać bagaże: dwie walizki, jedną srebrzystoszarą, drugą czarną.
– Mamy tu spędzić jedną dobę, Henny, a nie kolonizować Marsa – komentuje Filip. Ale momentalnie milknie i sztywnieje, gdy otwierają się drzwi pasażera po przeciwnej stronie taksówki. Z samochodu wysiada mężczyzna w ciemnozielonym wełnianym swetrze, z czarnymi prostymi włosami i krótko przyciętą brodą. Ma na nogach lśniące wysokie buty.
Jakiś generał? – myślę.
– Zapłaciłem – oświadcza mężczyzna wesoło, Filip zaś patrzy na niego, potem na mnie, a w końcu na Myrnę.
– Moi drodzy – rzuca Henny swobodnie. – Poznajcie Alvara.
Alvar unosi dłoń, posyła nam nieco zażenowany uśmiech, wita nas.
– Okej – mówi Myrna głośno i klaszcze dwukrotnie w dłonie. – Co się tutaj dzieje?
– Chyba wolno przywieźć ze sobą kawalera? – odzywa się Henny, nieco mniej pewnym głosem, jej nozdrza się rozszerzają.
– Kawalera? Na spotkanie strategiczne? – pyta Filip z wyższością.
– Spotkanie strategiczne? – odpowiada Henny i patrzy zaskoczona na matkę.
– Może załadujemy bagaż? – pyta jasnowłosy mężczyzna w łódce, trochę zniecierpliwiony.
– Przedyskutujemy wszystkie niejasności na pokładzie – mówi Gustaf. – Proszę bardzo, oto pierwsza partia ładunku.
Podnosi Matiasa i podaje go mężczyźnie, a Filip robi dwa nerwowe kroki w kierunku krawędzi nabrzeża, na wypadek gdyby chłopiec wylądował za burtą.
– Ach, a tu mamy jubilatkę? – pyta Alvar, wyciągając rękę do Myrny w pełnym galanterii geście, kłania jej się z czcią. – Wszystkiego najlepszego w tym wielkim dniu.
– Dziękuję – odpowiada Myrna cichym, zaskoczonym głosem, choć może zrobiło to na niej wrażenie. W każdym razie dobrze ukrywa irytację.
Alvar wchodzi następnie płynnie w rolę brygadzisty i zaczyna podawać kapitanowi torby oraz walizki. Tworzy się prowizoryczna kolejka do odprawy. Wsiadamy do łodzi jedno za drugim z pomocą obu mężczyzn, Henny – chwiejąc się lekko na wysokich obcasach. Dłoń kapitana jest zaskakująco ciepła, wchodzę spokojnie na pokład. Alvar odwiązuje cumę i rzuca ją do łodzi, po czym sam do nas dołącza.
– Pomożesz mi trochę kierować? – zwraca się kapitan do Matiasa, który odwraca się do mnie niepewnie. Kiwam głową. Mały wchodzi za mężczyzną do niewielkiej sterówki. Wkrótce już silnik zwiększa obroty i odbijamy od nabrzeża, wokół nas unosi się zapach Diesla i starych lin.
Henny i Alvar stoją obok siebie przy burcie i szepcą ze sobą roześmiani. Filip posyła im przeciągłe spojrzenia. Wyspa wyłania się przed nami z mgły. Biały gmach zdaje się do nas zbliżać. Zamykam oczy i zwracam twarz ku październikowemu słońcu, które nadal grzeje, próbuję znaleźć równowagę na rozkołysanym pokładzie.
Henny muska ramię Alvara, po czym odwraca się do Filipa.
– Okej, braciszku, co to za bzdury ze spotkaniem strategicznym? Żartowałeś sobie tylko?
– Żartowałem? Skąd, mama zorganizowała zebranie – odpowiada Filip.
– Więc mowę, którą napisałam, możemy wyrzucić za burtę?
– Taa, pewnie, ty napisałaś mowę – prycha Filip, a Henny nie chce się nawet protestować. – A ty z jakiej agencji towarzyskiej jesteś? – zwraca się do Alvara, który posyła swojej partnerce zaskoczone spojrzenie.
– Nie przejmuj się nim. Filip zawsze postrzegał męskość jako zagrożenie – odpowiada Henny lekko. – Uznaj to za komplement.
– Jestem Edda – mówię i wyciągam dłoń, próbując odwrócić uwagę od faktu, że Filip milczy. Drugą ręką przytrzymuję się burty. – Żona Filipa. Bardzo mi miło.
Alvar ściska moją dłoń, patrzy mi z uśmiechem w oczy. Jest wyższy od Filipa o głowę. Mój mąż przeczesuje włosy palcami, próbując dodać im w ten sposób objętości.
– Jak się poznaliście? – pytam.
– Tak się składa, że w internecie – odpowiada Henny.
– Aha? Na Truth Social? – komentuje Filip, na co Alvar śmieje się z wahaniem. Próbuję dać mężowi znać spojrzeniem, by się uspokoił, ale on unika mojego wzroku.
Henny, zadowolona, że najwyraźniej wytrąciła brata z równowagi, odrzuca lśniące ciemnobrązowe włosy za ramię, zbiera je pod kołnierzem płaszcza. Filip wbija wzrok w matkę. Myrna stoi wyprostowana i kołysze się w rytm fal, na dziobie, razem z Gustafem, próbującym w rozkroku zachować równowagę. Słone morskie powietrze obciąża mi włosy. Odwracam się w kierunku sterówki, macham do Matiasa. Mój syn siedzi na kolanach młodego kapitana i nie zwraca na mnie uwagi. Ma słuchawki zawieszone na szyi i wpatruje się z głębokim podziwem w twarz mężczyzny, który coś mu pokazuje i tłumaczy.
– Co to właściwie za miejsce? – pyta Henny.
– Coś w rodzaju centrum konferencyjnego z hotelem – odpowiadam.
– Nie mogliśmy się zatrzymać w Hotelu Terminus, jak wcześniej? Czy masz już od niego zespół stresu pourazowego?
– Wręcz przeciwnie, często marzę, by tam wrócić – odpowiadam.
Zza cypla wyłaniają się dwaj ludzie na kajakach, jednym żółtym, a drugim czerwonym, ja zaś przypominam sobie, jak w czasie pandemii – idąc za popularnym trendem – kupiliśmy sobie hamaki. Dla mnie drogi, ekskluzywny, zaprojektowany specjalnie z myślą o użytkownikach preferujących spanie na boku. Mniejszy dla Matiasa. Filip nie dostał hamaka, byłoby to zbyt nierealistyczne. Motywacją do tego zakupu były naiwne wyobrażenia: Matias i ja idziemy przez rozgrzany letnim słońcem las. Rozbijamy obóz nad wodą. Rozpalam ognisko, łowimy pstrągi. Solimy skórę i pieczemy je nad żarem. Matias miał wtedy cztery lata i odmawiał jedzenia ryby w formie innej niż wysokoprzetworzona, co zresztą się do dziś nie zmieniło. A do lasu nigdy nie dotarliśmy. Za każdym razem, gdy znajdowałam dogodny termin wyjazdu, coś nam stawało na drodze. Na przykład zmiana pogody. Ale mimo to, w miarę jak Matias rósł i coraz gorzej czuł się w szkole, utrzymywałam tę fantazję przy życiu, rozmyślając o naszym obozie nad wodą. O trzech solidnych sosnach, między którymi rozwieszamy hamaki. O tym, jak kroczymy przez naturę, nie pozostawiając po sobie śladów. Z czasem fantazja się rozrosła i zaczęła obejmować też coś w rodzaju domowej szkoły. Siedzimy przy ognisku albo leżymy w hamakach, a ja go uczę. Historii. Geografii. Nie żebym była jakąś ekspertką, ale w moich marzeniach znam się na tym wszystkim. Rysuję mu mapy gałęzią na piasku. Opowiadam o Mezopotamii. Pierwszym ręcznym toporze. Sztuce epoki paleolitu. Uczę go używać noża. Myjemy się w jeziorze, skóra na podeszwach naszych stóp staje się twarda. Siadamy w cieniu wielkiego drzewa liściastego, a ja opowiadam stare bajki ludowe, mity z tradycji greckiej i staronordyckiej, pozwalam, by wręcz spijał całe dziedzictwo ludzkiej kultury z mlekiem matki. A co się mleka tyczy, to nie do końca przemyślałam, jak pokrywałabym jego podstawowe zapotrzebowanie na witaminy i minerały, na przykład wapń. Jak rozwiązalibyśmy kwestię mycia zębów i papieru toaletowego. No a Filip, czy zaakceptowałby po prostu, że jego rodzina mieszka teraz w dziczy? Może przynajmniej odwiedzałby nas co jakiś czas i nie posiadał się z zaskoczenia i zachwytu, jak uczonym i krzepkim młodzieńcem stał się jego syn?
Hamaki leżą pod łóżkiem w pokoju gościnnym, schowane w plastikowym pojemniku na kółkach, razem z innymi rzeczami, które w miarę upływu czasu tam wrzucałam i których też nigdy nie używaliśmy. Jest tam między innymi kocher, nadal w oryginalnym opakowaniu. Solidna płachta biwakowa. Śpiwór dostosowany do temperatur osiągających minus czterdzieści stopni Celsjusza. A także bardzo kosztowna karimata wypełniona izolującym kaczym puchem.
Często się zdarzało, że siedziałam w pracy i czytałam o dmuchanych kajakach. Tak lekkich, że można nosić je na plecach. Studiowałam wyniki testów najlepszych modeli. Szukałam okazji i przecen, wychodząc z założenia, że taki środek transportu pomoże mi bez wysiłku pokonywać jeden ciek za drugim, nieważne, po co miałabym to robić.
Czasami fantazjuję o tym, że pewnego dnia zniknę. Mniej lub bardziej bez śladu. Może zostanie po mnie zapis z monitoringu z tramwaju, może ktoś zobaczy mnie na tej czy innej stacji z wielkim plecakiem. Ale w tym miejscu będą się urywać wszystkie ślady. Nikt nie będzie wiedział, co do czasu mojego zniknięcia leżało pod łóżkiem w pokoju gościnnym, w tym pojemniku na kółkach, chyba że policja postanowi sprawdzić historię mojej korespondencji mailowej. Znajdzie tam pokwitowania z różnych sklepów internetowych i doda dwa do dwóch. Powinnam sobie raczej kupić solidny, ale lekki namiot. Hamaki są zbyt niepoważne. Czasami spacerowicze natykają się na tego rodzaju namioty głęboko w lesie. W środku leżą szczątki ludzi, którzy żyli z pozoru zupełnie normalnym życiem, aż do dnia, gdy za wszystko podziękowali i wywędrowali do lasu z ciężkim plecakiem.
[...]
Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku
na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –
do czytania i dobrej prozy zagranicznej.
Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,
która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.
Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki
z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.
Doggerland to sto trzecia książka
Wydawnictwa Pauza.
Wcześniej ukazały się:
2018
Legenda o samobójstwie – David Vann
Pierwszy bandzior – Miranda July
Nasz chłopak – Daniel Magariel
Historia przemocy – Édouard Louis
Tirza – Arnon Grunberg
2019
Pasujesz tu najlepiej – Miranda July
O zmierzchu – Therese Bohman
Piękna młoda żona – Tommy Wieringa
Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug
Floryda – Lauren Groff
Przyjaciel – Sigrid Nunez
Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall
Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh
Brud – David Vann
Koniec z Eddym – Édouard Louis
2020
Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz
Linia – Elise Karlsson
Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry
Ta druga – Therese Bohman
Dorośli – Marie Aubert
Turbulencje – David Szalay
Nikolski – Nicolas Dickner
Fauna Północy – Andrea Lundgren
Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård
Pełnia miłości – Sigrid Nunez
Przejście – Pajtim Statovci
Niebieska Księga z Nebo – Manon Steffan Ros
Dziennik upadku – Michel Laub
2021
Halibut na Księżycu – David Vann
Zabierz mnie do domu – Marie Aubert
Utonęła – Therese Bohman
Koniec dnia – Bill Clegg
Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag – Sigrid Nunez
Tęsknota za innym światem – Ottessa Moshfegh
Ostatnie stadium – Nina Lykke
Niepoprawna mnogość – zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell
Wyznanie – Domenico Starnone
Za otrzymane łaski – Valeria Parrella
Trzymam wilka za uszy – Laura van den Berg
Kto zabił mojego ojca – Édouard Louis
Archiwum zagubionych dzieci – Valeria Luiselli
2022
Komodo – David Vann
Londyn – David Szalay
Wyspa kobiet – Lauren Groff
Wizyta – Katharina Volckmer
Ostatni wywiad – Eshkol Nevo
Strega – Johanne Lykke Holm
Intymności – Lucy Caldwell
Coś nie tak. Kobiecość i wstręt – Eimear McBride
Pomniejsi wędrowcy – Eimear McBride
Dla Rouenny – Sigrid Nunez
Zmagania i metamorfozy kobiety – Édouard Louis
2023
Odmawiam myślenia – Lotta Elstad
Elmet – Fiona Mozley
Mleko krew żar – Dantiel W. Moniz
Urugwajka – Pedro Mairal
Andromeda – Therese Bohman
Czy muszę odchodzić? – Yiyun Li
Wcale nie jestem taka – Marie Aubert
Fatum i furia – Lauren Groff
Nędza – Andrzej Tichý
Długa odpowiedź – Anna Hogeland
W lasach ludzkiego serca – Antje Rávik Strubel
Zmiana – Édouard Louis
Dostatek – Jakob Guanzon
Lapvona – Ottessa Moshfegh
Ptaki – Samanta Schweblin
2024
Słabsi – Sigrid Nunez
Eileen – Ottessa Moshfegh
Ostatni dzień na Ziemi – David Vann
Szczegóły – Ia Genberg
Fuga – Lauren Groff
Miałam tak wiele – Trude Marstein
Soho – Fiona Mozley
Zaproszona – Emma Cline
System – Amanda Svensson
Niewidzialni – Pajtim Statovci
Psychiatrzy i masażyści – Arnon Grunberg
Na czworakach – Miranda July
Dzikie bezkresy – Lauren Groff
Lot – Lynn Steger Strong
2025
Śmierć w jej dłoniach – Ottessa Moshfegh
Metry na sekundę – Stine Pilgaard
Gdzie indziej – Yan Ge
Nie jesteśmy tu dla przyjemności – Nina Lykke
Stan raju – Laura van den Berg
Goście – Agnes Ravatn
Tłusty róż – Fernanda Trías
Teo od 16 do 18 – Raluca Nagy
Góra prawdy – Therese Bohman
Wonderland – Hanna Nordenhök
Siedem pustych domów – Samanta Schweblin
2026
Wymieranie Ireny Rey – Jennifer Croft
Oto słońce – Gunnhild Øyehaug
Awanturnica – Lauren Groff
Czesanie kota – Jane Campbell
Nie, po prostu nie – Nina Lykke
Gdzie są dorośli? – Nina Lykke
Rozmowy są nagrywane – Katharina Volckmer
Ciało – David Szalay
Dobre i złe – Samanta Schweblin
Lato bez końca – Franziska Gänsler
