Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 04.08.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
28 osób interesuje się tą książką
Powieść autorki Dzikiego, mrocznego brzegu
Bestseller „New York Timesa”, „Los Angeles Times” i „Washington Post”
„Odważna, szczera i poruszająca powieść.” — „The New York Times Book Review”
„To prawdziwe arcydzieło.” — „Publishers Weekly”
Inti Flynn przybywa do Szkocji wraz ze swoją siostrą bliźniaczką, Aggie, aby poprowadzić zespół biologów, których zadaniem jest ponowne wprowadzenie czternastu wilków szarych do odległych rejonów Highlands. Ma nadzieję uleczyć nie tylko umierający krajobraz, lecz także Aggie — naznaczoną traumą i straszliwymi tajemnicami, które zmusiły siostry do ucieczki z Alaski.
Gdy populacja wilków zaczyna się odradzać, Inti stopniowo odzyskuje spokój, a w jej życiu pojawia się przestrzeń na nowe uczucia. Wszystko jednak ponownie się komplikuje, gdy w okolicy zostaje znalezione ciało rolnika. Podejrzenia padają na drapieżniki — oraz na samą Inti, która zrobi wszystko, by je ochronić. Tylko… jeśli to nie wilki, to kto?
Kiedyś były tu wilki to mroczna, poruszająca opowieść o siostrzanej więzi, uważności na otaczający nas świat oraz granicach, które jesteśmy gotowi przekroczyć, by ocalić tych, których kochamy.
McConaghy splata wciągającą intrygę z przejmującym portretem ludzkiej przemocy, pokazując, że prawdziwe bestie nie zawsze mają kły. Po mistrzowsku tworzy opowieść o ocaleniu, traumie i przekraczaniu granic — zarówno tych wyznaczanych przez naturę, jak i przez nas samych.
Anna Bartłomiejczyk, Marta Gajewska, „Bestselerki”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 344
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: ONCE THERE WERE WOLVES
Copyright © 2021 by Charlotte McConaghy
Published by arrangement with Flatiron Books.
All rights reserved.
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2025
Wydawczyni: Monika Długa
Redakcja: Piotr Chojnacki
Korekta: Elżbieta Górnaś, Hanna Trubicka
Projekt okładki: Florian Rychlik
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Jagoda Świegot
Obrazy wykorzystane na okładce:
Alfred Wierusz-Kowalski – Samotny wilk
Sidney Richard Percy – On the road to Loch Turret, Crieff
ISBN: 978-83-8441-327-2
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Dla mojej kruszyny
Jeden zwierz, i tylko jeden, wyje nocą w lesie
– ANGELA CARTER
Kiedy miałyśmy po osiem lat, tata rozciął mnie od szyi do brzucha.
W leśnej dziczy Kolumbii Brytyjskiej miał swój warsztat, zakurzony i cuchnący krwią. Wisiały tam suszące się skóry, które drapały nas po czołach, kiedy się między nimi przeciskałyśmy. Trzęsłam się, nawet wtedy, kiedy z przodu Aggie, o wiele odważniejsza ode mnie, chichotała szatańsko. Chociaż od lat chciałam się dowiedzieć, co dzieje się w tej szopie, nagle rozpaczliwie zapragnęłam znaleźć się jak najdalej od niej.
Złapał królika i choć zabierał nas do lasu na tropienie zwierzyny, nigdy nie pozwolił nam uczestniczyć w samym akcie zabijania.
Aggie była podekscytowana i w pośpiechu potknęła się o beczkę z solanką, a jej stopa wywołała głuche echo, które ja też odczułam we własnej stopie. Tata podniósł głowę i westchnął.
– Naprawdę chcecie patrzeć?
Aggie kiwnęła głową.
– Jesteście na to gotowe?
Znowu kiwnięcie.
Patrzyłam na puchatego królika i wszystkie te ostre narzędzia. Nie ruszał się, już był martwy.
– No to chodźcie tu.
Stanęłyśmy po jego bokach i spojrzałyśmy na stół. Z tej perspektywy doskonale widziałam wszystkie przepiękne odcienie futerka, od rudobrunatnego, ciemnopomarańczowego, ciepłego beżu po szarości, biele i czernie. Kalejdoskop kolorów, zaprojektowany tak, jak podejrzewałam, żeby pozwalał mu wtopić się w tło i zapobiec właśnie temu, co go spotkało. Biedny królik.
– Rozumiecie, dlaczego to robię? – spytał nas tata.
Obie kiwnęłyśmy głowami.
– Niezbędne dla przetrwania – powiedziała Aggie.
– To znaczy? Inti?
– Polujemy tylko wtedy, kiedy musimy, i odwdzięczamy się ekosystemowi. Uprawiamy też jadalne rośliny i staramy się być samowystarczalni – wyrecytowałam.
– Tak jest. Dlatego oddajmy cześć temu stworzeniu i podziękujmy za to, że zapewni nam pożywienie.
– Dziękujemy – odpowiedziałyśmy chórem z Aggie.
Miałam wrażenie, że królika nie obchodzi nasza wdzięczność. W duchu ponuro go przeprosiłam. Ale przez cały czas czułam mrowienie w dole brzucha. Chciałam stamtąd wyjść. To było królestwo taty, futra i noże, i krew, i zapach, który zawsze się za nim snuł, to było jego królestwo i chciałam, żeby tak zostało. Czułam się, jakby ktoś otworzył przede mną drzwi do mroczniejszego miejsca, okrutniejszego. Dorosłego. I nie rozumiałam, dlaczego ona tego chce, ale skoro chciała, naprawdę chciała, ja musiałam zostać. Tam, dokąd szła Aggie, szłam i ja.
– Zanim zjemy mięso, musimy go oskórować. Wyprawię skórę, żebyśmy mogli ją wykorzystać albo sprzedać, a potem zjemy całą tuszę, żeby nie było…?
– Marnotrawstwa – odpowiedziałyśmy.
– Dlaczego?
– Bo marnotrawstwo to prawdziwy wróg planety – wyrecytowałyśmy.
– No, dalej, tato – niecierpliwiła się Aggie.
– Dobrze. Najpierw cięcie od szyi do brzucha.
Koniec noża dotknął futra na gardle królika i wiedziałam, że popełniłam błąd. Zanim zdążyłam zacisnąć powieki, nóż przeciął mi gardło i skórę jednym długim płynnym ruchem aż do brzucha.
Upadłam ciężko na podłogę, z długiego rozcięcia lała się krew. Czułam to tak realistycznie, byłam pewna, że musi być mnóstwo krwi, więc krzyczałam i krzyczałam, tata też zaczął krzyczeć, nóż upadł, Aggie opadła obok mnie i mocno mnie objęła. Jej serce biło tuż obok mojego. Jej palce wystukiwały rytm na moim kręgosłupie. W jej kościstych ramionach nadal byłam cała. Wcale nie lała się ze mnie krew, tak naprawdę w ogóle nie miałam żadnej rany.
Zawsze wiedziałam, że pod pewnym względem jestem dziwna, ale dopiero tamtego dnia zrozumiałam, że to jest niebezpieczne. Był to ten sam dzień, w którym wyszłam z szopy na długi fioletowy zmierzch, spojrzałam na skraj lasu i zobaczyłam mojego pierwszego wilka – a on zobaczył mnie.
*
Teraz, w zupełnie innej części świata, ciemność jest gęsta, a ja czuję ich oddechy wszędzie. Zapach się zmienił. Pozostał ciepły, ale teraz stał się bardziej piżmowy, co oznacza strach, a to znaczy, że jedna z nich się obudziła.
Złociste oczy uchwyciły dość światła, żeby je odbić.
„Spokojnie”, proszę ją bez słów.
To wilczyca numer Sześć, matka, i patrzy na mnie zza metalowej kraty. Futro ma blade jak zimowe niebo. Łapy aż do tej pory nie znały dotyku stali. Odmówiłabym jej tego doświadczenia, gdybym tylko mogła. To otrzeźwiająca myśl. Instynkt podpowiada mi, żebym spróbowała uspokoić ją łagodnym głosem albo delikatnym dotknięciem, ale to moja obecność przeraża ją najbardziej, więc zostawiam ją w spokoju.
Przemykam bezszelestnie obok pozostałych klatek w skrzyni ciężarówki. Zawiasy roletowych drzwi skrzypią, gdy wypuszczają mnie na zewnątrz. Buty chrzęszczą na ziemi. Widmowy świat, kraina nocy. Śnieżny dywan sięga księżyca, rozświetlony na jego cześć. Nagie drzewa skąpane są w srebrze. Mój oddech zmienia się w kłęby pary.
Pukam w okno od strony kierowcy, żeby obudzić resztę. Spali w kabinie ciężarówki i patrzą teraz na mnie półprzytomnie. Evan owinął się kocem, czuję jego drapiący brzeg na szyi.
– Szóstka się obudziła – informuję ich, a oni wiedzą, co to oznacza.
– To się źle skończy – mówi Evan.
– Nie dowiedzą się.
– Anne będzie wściekła, Inti.
– Pieprzyć Anne.
Miała tu być prasa, przedstawiciele rządu i uzbrojeni strażnicy. Miały być fanfary. Zamiast tego zostaliśmy sparaliżowani decyzją podjętą w ostatniej chwili, żeby opóźnić akcję, aż stres spowodowany przeciągającą się podróżą doprowadzi zwierzęta do śmierci. Nasi wrogowie chcieliby, żebyśmy trzymali je w klatkach, aż ich serca przestaną bić. Ale ja się na to nie zgadzam. Jesteśmy więc tu we czworo – troje biologów i lekarka weterynarii – i w świetle księżyca przekradamy się z naszym cennym ładunkiem do lasu. Po cichu i niepostrzeżenie. Bez pozwolenia. Tak jak powinno to wyglądać od początku.
Ciężarówka nie może wjechać dalej, więc idziemy pieszo. Najpierw bierzemy transporter numer sześć, ja i Nils trzymamy za tylne rogi, a krzepki Evan sam dźwiga przód. Amelia, weterynarka i jedyna miejscowa wśród nas, zostanie i przypilnuje pozostałych dwóch transporterów. Od zagrody dzieli nas niecały kilometr, a śnieg jest głęboki. Szóstka wydaje z siebie jedynie ciche dyszenie, które sygnalizuje, że bardzo się męczy.
Słychać wyraźne i piękne nawoływanie nura.
Zastanawiam się, czy ten samotny nocny okrzyk ją porusza, rozpoznanie tego samego pradawnego nawoływania, jakie sama zwykła z siebie wydawać. Ale jeśli tak, to nie odpowiada na niego w sposób, który potrafiłabym zinterpretować.
Wydaje się, że mijają wieki, zanim w końcu docieramy do zagrody, ale wreszcie widzę zarys ogrodzenia z siatki. Wstawiamy transporter z Szóstką za bramę i wracamy po pozostałe dwoje zwierząt. Nie podoba mi się, że zostawiamy ją bez opieki, ale bardzo niewiele osób wie, gdzie w lesie znajdują się zagrody.
Potem przenosimy samca numer Dziewięć. Jest potężnie zbudowany, dlatego tym razem nasza wędrówka jest trudniejsza, ale ten przynajmniej się nie wybudził. Trzecia jest roczna wilczyca oznaczona numerem Trzynaście. To córka Szóstki i waży mniej niż dorosłe osobniki, a w ostatnim kursie towarzyszy nam Amelia. Kiedy stajemy z Trzynastką przy zagrodzie, już prawie świta, jestem ledwo żywa, ale też podekscytowana – i czuję niepokój. Samica numer Sześć i samiec numer Dziewięć nigdy wcześniej się nie spotkali. Nie należeli do tego samego stada. Ale umieścimy ich w jednej zagrodzie z nadzieją, że się zaakceptują. Potrzebujemy par rozrodczych, żeby nam się udało.
Równie prawdopodobne jest, że się pozabijają.
Otwieramy trzy transportery i wychodzimy z zagrody.
Szóstka, wyjątkowo czujna, nie rusza się. Musimy się najpierw wycofać możliwie daleko, jednocześnie nie tracąc ich z oczu. Nie podoba jej się nasz zapach. Wkrótce widzimy, że smukła sylwetka podnosi się i wychodzi na śnieg. Jest prawie tak biała jak podłoże, po którym stąpa z niezwykłą lekkością. Ona też połyskuje. Po kilku chwilach unosi pysk i węszy, może czuje skórzaną obrożę z radioodbiornikiem, którą założyliśmy jej na szyję, a potem, zamiast badać nowe otoczenie, w kilku susach podbiega do transportera córki i układa się obok niego.
Budzi to coś we mnie, coś ciepłego i kruchego, zaczynam się tego bać. Wyczuwam niebezpieczeństwo.
– Nazwijmy ją Ash – mówi Evan.
Brzask przemalowuje świat z szarości na złoto, a kiedy wstaje słońce, pozostała dwójka zwierząt budzi się z narkotycznego snu. Wszystkie trzy wilki wychodzą z transporterów na jeden akr rozmigotanego lasu. Od tej chwili należy im się tylko tyle przestrzeni, a to za mało, żałuję, że to ogrodzenie w ogóle tutaj musi być.
Zawracam do ciężarówki.
– Żadnych imion. To numer Sześć.
Nie tak dawno temu, w szerszej perspektywie, ten las nie był mały i rachityczny, ale mocny i tętniący życiem. Bujny, z gęstwą jarzębin, osik, brzóz, jałowców i dębów, ciągnął się po horyzont, nadawał koloryt teraz jałowym szkockim wzgórzom, zapewniał pokarm i schronienie wszelkiego rodzaju dzikim stworzeniom.
I pośród tych korzeni, pni i koron żyły wilki.
Dziś wilki ponownie kroczą po ziemi, która od setek lat nie widziała tego gatunku. Czy coś w ich ciałach pamięta tę krainę, tak jak ona je zapamiętała? Zna je dobrze. Czekała, aż ją wybudzą z długiego snu.
Do końca dnia przenosimy pozostałe wilki do ich zagród, a gdy zapada wieczór, wracamy do bazy, małej kamiennej chaty na skraju lasu. Reszta w kuchni opija musującym winem wypuszczenie wszystkich czternastu wilków szarych do trzech zagród aklimatyzacyjnych. Ale nasze wilki jeszcze nie są wolne, eksperyment dopiero się zaczyna. Siedzę z boku przy monitorach i obserwuję transmisję z kamer w zagrodach. Zastanawiam się, co zwierzęta myślą o swoim nowym domu. Las nie różni się bardzo od tego, z którego przybyły z Kolumbii Brytyjskiej, chociaż jest ze strefy umiarkowanej, nie borealny. Ja też pochodzę z tego lasu i wiem, że będzie inaczej pachniał, brzmiał i wyglądał, dawał inne odczucia. Wiem jednak doskonale, że wilki mają zdolność do adaptacji. Wstrzymuję oddech, gdy ogromny numer Dziewięć zbliża się do drobnej Szóstki i jej córki. Samice wygrzebały sobie jamę w śniegu na tyłach zagrody i przyczaiły się czujnie przed nadchodzącym Dziewiątką. Stanął nad nimi, w odcieniach szarości, bieli i czerni, najwspanialszy wilk, jakiego widziałam. Położył głowę na karku Szóstki w geście dominacji, a ja czuję, z niesamowitą realnością, jego pysk opierający się na moim karku. Jego miękkie futro mnie łaskocze, ciepło oddechu wywołuje gęsią skórkę. Szóstka skomle, ale pozostaje na miejscu, okazując respekt. Nie poruszam się, jakakolwiek oznaka nieposłuszeństwa i szczęki zacisną się na mojej szyi. Skubie ją w ucho, a zęby wbijają mi się płatek, przez co z zaskoczenia zamykam oczy. W ciemności ból ustępuje prawie tak szybko, jak się pojawił. Wracam do siebie. Kiedy ponownie spoglądam, Dziewiątka znowu ignoruje samice i robi rundę wzdłuż ogrodzenia. Jeśli będę patrzeć, przy każdym jego kroku poczuję zimno śniegu na bosych stopach, ale nie patrzę, już znalazłam się za blisko, jestem na krawędzi siebie. Dlatego wbijam wzrok w sufit i tętno mi zwalnia.
Nie jestem jak większość ludzi. Przechodzę przez życie w inny sposób, z całkowicie wyjątkowym rozumieniem dotyku. Zanim poznałam nazwę, wiedziałam, na czym polega. Żeby nadać temu sens, nazwano to zaburzeniem neurologicznym. Dotykowa synestezja lustrzana. Mój mózg odtwarza sensoryczne odczucia żywych istot, wszystkich ludzi, a czasem nawet zwierząt. Jeśli coś zobaczę, czuję to i przez chwilę jestem nimi, jesteśmy jednością, a ja odczuwam ich ból albo przyjemność. Można pomyśleć, że to magia, i ja sama przez długi czas tak myślałam, ale faktycznie nie różni się to zbytnio od zachowania innych mózgów: fizjologiczna reakcja na doświadczenie przez kogoś bólu to wzdrygnięcie, cofnięcie się, grymas na twarzy. Zostaliśmy zaprogramowani do empatii. Dawno temu czerpałam radość z odczuwania wrażeń innych. Teraz nieustający strumień danych sensorycznych mnie wyczerpuje. Teraz dałabym wszystko, żeby się uwolnić.
Ten projekt nie wypali, jeśli nie uda mi się wytworzyć dystansu między mną a wilkami. Nie mogę się w nich zatracić, bo nie przetrwam. Świat to niebezpieczne miejsce dla wilków. Większość z nich wkrótce zginie.
*
Kiedy znowu patrzę na zegarek, jest już północ. Obserwowałam wilki, śpiące lub spacerujące, w daremnej nadziei, że zaczną wyć, że gdy jeden zacznie, reszta do niego dołączy. Ale wilki nie wyją, kiedy się stresują. Bazę badawczą urządziliśmy w głównym pokoju chaty, gdzie trzymamy wszystkie monitory i sprzęt, z aneksem kuchennym i łazienką z tyłu. Obok jest stajnia na trzy konie. Evan i Niels najwyraźniej przenieśli się już do wynajętych domków w pobliskiej miejscowości – jestem taka zmęczona, że nie pamiętam, czy się z nimi pożegnałam – a Zoe, nasza analityczka danych, śpi na kanapie. Powinnam była wyjść wiele godzin temu i z trudem naciągam na siebie zimowe ubranie.
Na zewnątrz panuje przenikliwy ziąb. Wyjeżdżam z lasu na krętą drogę, mam do pokonania parę kilometrów wzdłuż północno-zachodniego pasma Cairngorm, kierując się światłem wyłącznie małych przednich reflektorów. Nigdy nie lubiłam prowadzić nocą, ponieważ wtedy barwny świat staje się w pusty i bezkształtny. Gdybym się zatrzymała i wysiadła, byłby jeszcze innym światem, wypełnionym drgnieniami życia, błyskami oczu spod mrużonych powiek i szelestem małych łapek w zaroślach. Skręciłam na mniejszą, jeszcze bardziej zygzakowatą drogę, która prowadzi do doliny, gdzie przycupnął Błękitny Domek. Zbudowany z szaroniebieskiego kamienia i otoczony kilkoma trawiastymi pastwiskami, za dnia oferuje podwójny widok: na południu znajduje się gęsty, kuszący las, na północy wznoszą się długie, jałowe wzgórza, na których wiosną zaroi się od pasących się jeleni.
W środku światła są zgaszone, ale ogień w kominku rzuca pomarańczową poświatę. Zdejmuję ciepłe ubranie, sztuka po sztuce, a potem przechodzę przez mały dzienny pokój do nie mojej sypialni. Leży nieruchomo w łóżku, kształt rysujący się w ciemności. Kładę się obok niej. Jeśli się obudziła, nie daje tego po sobie poznać. Wdycham jej zapach, znajduję ukojenie w jej zapachu, niezmienionym nawet teraz, kiedy jest tak wycieńczona. Wplatam palce w jasne włosy i zasypiam, teraz bezpieczna w sferze mojej siostry, która od zawsze miała być tą silniejszą.
„Delikatnie”, mówi tata.
Jej małe dłonie tak mocno zaciskają się na wodzach. Jest na to za mała, jest tak mała, że z całą pewnością zostanie zrzucona.
„Delikatnie”.
Lekko ją spowalnia, kładzie jej rękę na kręgosłupie, żeby się bardziej pochyliła.
„Poczuj go. Poczuj bicie jego serca w swoim ciele”.
Ogier jeszcze nie tak dawno biegał dziko i po części taki pozostał, ale kiedy Aggie opiera się na nim w ten sposób, delikatnie, delikatnie, tak jak mówi tata, zwierzę się uspokaja.
Siedzę okrakiem na ogrodzeniu padoku treningowego i patrzę. Pod rękami czuję szorstkie drewno, drzazga wbiła mi się pod paznokieć. Ja też siedzę na tym koniu, jestem moją siostrą, przyciskam się do ciepłego, drżącego, silnego zwierzęcia, a duża, pewna dłoń ojca przytrzymuje mnie na miejscu, i jestem też tą pewną dłonią ojca, jestem ogierem, lekkim ciężarem, który niesie na grzbiecie, i chłodnym metalem w jego pysku.
„Wszystkie stworzenia potrafią kochać”, mówi tata.
Obserwuję, jak uścisk Aggie staje się łagodny i intensywny. Nie da się wysadzić z siodła.
Ale nagle ogier unosi łeb w różowym wieczornym świetle. Jego nozdrza wyczuwają woń przyniesioną przez wiatr i grzebie kopytem. Odwracam się na ogrodzeniu i przesuwam wzrokiem po linii drzew.
„Spokojnie”, mówi tata, uspokaja i konia, i córkę. Ale myślę, że jest na to za późno. Bo teraz go widzę. Obserwuje spomiędzy drzew. Dwoje niemrugających oczu.
Nasze spojrzenia się spotykają i przez chwilę jestem wilkiem.
Wtedy za mną koń staje dęba, a moja siostra spada…
Budzę się zdezorientowana ze snu, który śni mi się często, a który jednocześnie jest wspomnieniem. Przez kilka chwil leżę w ciepłym łóżku, wspominam, ale nie da się wyprzeć dnia, przez okno wpada światło i muszę obudzić siostrę.
– Dzień dobry, kochanie – szepczę. Odgarniam włosy z twarzy Aggie i delikatnie pomagam jej wstać. Prowadzę ją do łazienki, rozbieram i sadzam w wannie. – Na dworze świeci najprawdziwsze słońce – mówię – więc lepiej umyjmy tę grzywę, na wypadek gdybyś chciała usiąść na zewnątrz i ją wysuszyć.
Uwielbia to robić, podobnie jak wszystko inne, ale moje słowa są dla nas obu grą pozorów: wiem, że dzisiaj nigdzie nie wyjdzie.
– Wilki są już w swoich zagrodach. Przeżyły podróż – opowiadam, wmasowując szampon w skórę jej głowy. – Będą chciały pobiec do domu.
Nie odpowiada. To jeden z tych gorszych dni, co oznacza, że mogę sobie gadać i gadać, a ona będzie tylko apatycznie wpatrywać się w coś, czego nie jestem w stanie dostrzec. Ale będę mówić dalej, na wypadek gdyby słyszała mnie z tego swojego odległego miejsca.
Włosy Aggie są gęste, długie i jasne, tak jak moje, i kiedy starannie nakładam na nie odżywkę, zastanawiam się, czy nie miała racji i nie powinnyśmy były ich obciąć. Teraz podchodzi do tego bez emocji, ale mimo sporego wysiłku, jakiego wymaga ich pielęgnacja, nie mogłam się zdobyć na decyzję o ścięciu. Ta grzywa, tak dla niej charakterystyczna, włosy, które przez całe życie czesałam, zaplatałam i podcinałam.
– Gdybyśmy nie wywieźli ich za ocean, być może dałyby radę to zrobić.
Pomagam Aggie wyjść z wanny i wycieram ją, następnie ubieram w ciepłe, wygodne rzeczy, sadzam przed kominkiem, a sama idę przygotować śniadanie.
– Między Szóstką a Dziewiątką nie ma jeszcze miłości – ciągnę. – Ale też się nie pozabijali.
Słowa wypływają z moich ust tak swobodnie, że sama czuję się tym zaskoczona. Czy na tym polega każda miłość? Czy zawsze wiąże się z ryzykiem śmierci?
Ale te słowa nie kojarzą się Aggie z tym samym, jest za daleko, żeby dało się do niej dotrzeć. Chcę podążać za nią, dokądkolwiek wędruje, ale jednocześnie boję się tego miejsca bardziej niż czegokolwiek innego. Boję się też dnia, w którym przestanie z niego wracać.
Nie zjada jajek, które zostawiam przy jej łokciu, jest zbyt zmęczona, zbyt zmaltretowana psychicznie, żeby zrobić cokolwiek. Powoli, delikatnie rozczesuję jej mokre włosy i opowiadam o wilkach, ponieważ czuję, że tylko one nie wiążą się z gniewem.
Błękitny Domek znajduje się niedaleko bazy. Chatka i baza leżą na skraju lasu Abernethy, jednej z ostatnich resztek pradawnego lasu kaledońskiego, który wyrósł tutaj po epoce lodowcowej. Stare drzewa należą do nieprzerwanej, trwającej od dziewięciu tysięcy lat linii ewolucyjnej i to właśnie pośród nich umieściliśmy najbliższą zagrodę, w której przebywają wilki Sześć, Dziewięć i Trzynaście. Jeśli uda im się stworzyć stado, nadamy im imiona nawiązujące do ich nowego domu: Abernethy. W okolicy jest niewiele domów, ale za nami rozciąga się pas zielonych pastwisk dla wielu owczych farm, który oddziela nas od najbliższego miasta. Ja sama nie zdecydowałabym się umieścić tutaj nowego stada wilków. Jednak w Highlands nie ma zbyt wielu miejsc, gdzie nie hoduje się owiec, a wilki i tak nie pozostaną w jednym miejscu. Mam tylko nadzieję, że będą wolały schronić się w lesie. Za nieprzyjaznymi sosnowymi lasami wznoszą się góry Cairngorm, a tam, jak mi powiedziano, znajduje się dzikie serce Highlands, gdzie nie ma ani owiec, ani dróg. Być może właśnie tam wilki będą czuły się najlepiej.
W samochodzie włączyłam ogrzewanie na pełną moc. Droga jest oblodzona, a do tego zaczął sypać drobny śnieg, koronkowa zwiewność. Jazda jest piękna, przez ten rozległy kraj, pełen pofałdowanych wzgórz, wijących się, zamarzniętych rzek i ciągnących się kilometrami gęstych lasów.
Kiedy na drogę przede mną wybiega czarny koń, w pierwszej chwili myślę, że to tylko wyobraźnia płata mi figle. Ogon ciągnie się za nim jak ciemna kometa. Naciskam zbyt mocno na hamulec i wpadam w poślizg. Samochód obraca się o sto osiemdziesiąt stopni i zatrzymuje się tyłem na środku drogi, w samą porę, żebym mogła zobaczyć, jak koń znika między drzewami.
Czuję ucisk w piersi, gdy zjeżdżam na pobocze.
Obok mnie zatrzymuje się półciężarówka.
– Wszystko w porządku? – pyta męski głos przez uchylone ledwo na centymetr okno kierowcy.
Kiwam głową.
– Widziałaś konia?
Wskazuję kierunek, w którym się oddalił.
– Niech to szlag – mówi kierowca, a potem, ku mojemu zdziwieniu, furgonetka zjeżdża z drogi i rusza za zwierzęciem. Patrzę z przerażeniem, jak ześlizguje się po śniegu. Rzucam okiem na zegarek, wyskakuję z samochodu i ruszam po śladach opon. Nie jest to trudne. Za autem zostają głębokie koleiny.
Śnieg pada coraz intensywniej, świat kurczy się wokół mnie. Spieszę się, spóźniam się do pracy, ale jednak. Przechylam głowę i patrzę w górę. Płatki śniegu osiadają mi na ustach i rzęsach. Wyciągam rękę, żeby dotknąć chłodnej papierowej kory srebrnej brzozy. Wspomnienie czterdziestu tysięcy osik oddychających wokół mnie, ich korony nie są nagie, lecz kanarkowożółte i tak żywe, jak jego głos w moim uchu. „Umiera. To my go zabijamy”.
Gdzieś w oddali słychać krzyk.
Pozwalam wspomnieniu odpłynąć i ruszam biegiem. Mijam furgonetkę i wbiegam w głęboki śnieg, naruszony jedynie śladami stóp kierowcy i podków spłoszonego konia. Zanim docieram do rzeki, jestem już mokra od potu. Wąska lodowa wstęga wije się między stromymi brzegami.
Widzę przed sobą ciemną sylwetkę mężczyzny. Niżej, na lodzie, stoi koń.
Nawet z tej odległości czuję lodowaty chłód pod jego kopytami. Mężczyzna jest wysoki, ale pod grubą warstwą odzieży nie widzę, jak jest zbudowany. Ma krótkie ciemne włosy i brodę. Obok niego spokojnie siedzi border collie. Mężczyzna odwraca się do mnie.
– Wiesz, że ten las to obszar chroniony? – pytam.
Marszczy brwi z lekkim zdziwieniem.
Wskazuję na półciężarówkę i bałagan, jaki zostawiła.
– Nie przeszkadza ci, że łamiesz przepisy?
Przygląda mi się, a potem uśmiecha.
– Możesz mnie zgłosić, ale najpierw muszę złapać konia.
Mówi z silnym szkockim akcentem.
Patrzymy na zwierzę stojące na lodzie. Nie opiera się całym ciężarem na przedniej nodze.
– Na co czekasz? – pytam.
– Mam kontuzję nogi. Nie dam rady wejść z powrotem pod górę. A ten lód długo nie wytrzyma.
Na powierzchni rzeki pojawiają się drobne pęknięcia, które rozchodzą się z każdym ruchem konia.
– Lepiej pójdę do samochodu po strzelbę.
Klacz parska i rzuca łbem. Czerń sierści zaburza tylko biały romb między szeroko otwartymi, błyszczącymi oczami. Widzę szybkie unoszenie i opadanie brzucha.
– Jak się nazywa? – pytam.
– Nie mam pojęcia.
– Nie jest twoja?
Kręci głową.
Zaczynam schodzić po stromym zboczu.
– Nie rób tego – ostrzega mnie. – Nie dam rady cię stamtąd wyciągnąć.
Nie spuszczam wzroku z konia, gdy ześlizguję się po nierównościach.
Uderzam butami o lód, stąpam ostrożnie i omijam pęknięcia. Na razie wytrzymuje, ale miejscami jest na tyle cienki, że widzę ciemny strumień wody pod spodem. Wiem, że każdy krok może okazać się fałszywy, że powłoka może pęknąć, a ja bezgłośnie wpadnę pod nią. Widzę, jak głębia wciąga moje ciało, głową w dół, aż całkiem znika.
Klacz patrzy na mnie.
– Cześć – mówię i zaglądam w jej głębokie, wilgotne oczy.
Rzuca łbem i stuka kopytem. Jest dzika i krnąbrna. Przysuwam się bliżej, a ona staje dęba i z hukiem uderza w lód podkowami. Ciekawe, czy wie, że ta furia ją zabije, że może jej to nie przeszkadza, może woli osunąć się w nicość, niż wrócić do tego, przed czym uciekła. Wędzidło, uzda, siodło. Niektóre konie nie powinny być ujeżdżane.
Przykucam, chcę być mniejsza. Już nie staje dęba, obserwuje mnie.
– Masz w aucie linę? – pytam mężczyzny, nie patrząc na niego.
Słyszę, że po nią idzie.
Klacz i ja czekamy. „Kim jesteś?”, pytam ją w duchu. Jest silna i gdybym miała zgadywać, nigdy nie została okiełznana. Minęło dużo czasu, odkąd ostatnio jeździłam konno i jestem teraz kimś zupełnie innym niż wtedy. Pozwalam jej, żeby mnie sobie dokładnie obejrzała, zastanawiam się, co o mnie pomyśli.
Mężczyzna wraca ze zwojem liny i rzuca mi ją. Nie zrywam kontaktu wzrokowego z koniem, ręce automatycznie wiążą znajome węzły. Trzymam zwój przy sobie, po czym wstaję. Szybkim ruchem zarzucam pętlę na jej głowę i zaciskam na szyi. Znowu staje dęba, jest wściekła, a lód zaraz pęknie, jestem pewna. Pozwalam linie przesunąć się w rękach, nie chcę, by szarpnięcie mnie przewróciło, ale pilnuję, żeby nie wymknęła mi się z rąk. Kiedy klacz opada na kopyta, nie daję jej szansy na kolejne poderwanie się, pociągam mocno za linę, czym zmuszam ją do opuszczenia głowy, potem podchodzę i podciągam jej przednią nogę. Te dwa ruchy sprawiają, że koń opada na drugą przednią nogę, prawie z ulgą osuwa się na lód i ciężko kładzie na boku. Opadam na nią, głaszczę ją po czole, szyi, mówię do niej szeptem. „Dobra dziewczynka”. Serce mocno jej wali. Czuję linę na własnej szyi.
– Lód – mówi mężczyzna, bo teraz widać tysiące pęknięć.
Kiedy jest gotowa, przekładam nogę nad jej grzbietem i delikatnie ściskam kolanami, kilka razy cmokam, „wstawaj, wstawaj”. Podnosi się, a ja prawidłowo się na nią wślizguję, ustawiam dobrze drugą nogę, zaciskam kolana. Lina zostaje na jej szyi, ale już jej nie potrzebuję, chwytam się grzywy, a gdy nakierowuję klacz na stromy brzeg, lód głośno trzeszczy pod nami. „To zaboli”, mówię, ale ona lekko wskakuje na zbocze, aż przechylam się na jej grzbiecie. Jestem na to przygotowana, nogi mam dostatecznie silne, żeby się utrzymać. Klacz prze w górę, grzebie kopytami, szukając oparcia, ziemia się osuwa, ale za chwilę jesteśmy już na górze, a dreszcz, który przez nią przechodzi, przeszywa także mnie. Za nami lód na rzece pęka z hukiem.
Ponownie płasko przywieram do jej szyi. „Dobra dziewczynka, dzielna”. Jest teraz spokojna, ale nie wiem, jak długo to potrwa. Nie staje na bolącej nodze. Może być tak, że przy uwalnianiu uszkodziła ją nieodwracalnie. Zsiadam z konia i oddaję linkę mężczyźnie. Jest szorstka w jego dłoni, w mojej.
– Uważaj na nią.
– Wyrazy uznania. – Pochyla głowę w ukłonie. – Jesteś dżokejką?
Uśmiecham się lekko.
– Nie.
– Mogłabyś na niej podjechać do jej domu? Jest z farmy Burnsa, kawałek stąd na północ.
– Dlaczego za nią pojechałeś, skoro nie należy do ciebie?
– Po prostu ją zobaczyłem, tak samo jak ty.
Chwilę się zastanawiam.
– Ma zranioną nogę. Nie powinna być dosiadana.
– W takim razie wezwę przyczepę przez radio. Nie jesteś stąd?
– Dopiero się przeprowadziłam.
– A dokładnie skąd? – docieka i zastanawiam się, czy należy do tych osób, które uznają za swój obowiązek poznać wszystkich w promieniu stu kilometrów. Ma szerokie brwi i ponure spojrzenie. Nie potrafię stwierdzić, czy jest przystojny, ale jest w nim coś niepokojącego. – Co cię tu sprowadza?
Zawracam.
– Nie miałeś przypadkiem wezwać przez radio kogoś do konia?
– Przyjechałaś z wilkami? – pyta, a ja się zatrzymuję. – Powiedziano nam, że przyjedzie tu jakaś Australijka. Jak do tego doszło? Nie macie tam dość misiów koala do przytulania?
– Nie za bardzo. Większość zginęła w pożarach buszu.
– Och.
To ucina temat.
Po chwili jednak pyta dalej.
– Wypuściliście je na wolność?
– Jeszcze nie. Ale wypuścimy.
– Ostrzegę mieszkańców, żeby pozamykali żony i córki. Wielkie złe wilki nadciągają.
Patrzę mu w oczy.
– Na twoim miejscu bardziej martwiłabym się, że żony i córki wyrwą się na swobodę z wilkami.
Gapi się na mnie zaskoczony.
Ruszam w stronę mojego samochodu.
– Następnym razem, jak będziesz tropił zwierzę, wezwij kogoś, kto się tym zajmie, zamiast rozjeżdżać rezerwat tą potworną furgonetką.
„Dupek”.
Słyszę, jak się śmieje.
– Tak jest, psze pani.
Rzucam ostatnie spojrzenie na klacz. „Cześć”, żegnam się z nią. „Przepraszam”. Bo myślę, że uszkodzona noga może oznaczać dla niej wolność innego rodzaju.
Przez pierwsze szesnaście lat naszego życia rok w rok kilka miesięcy spędzałyśmy z Aggie u naszego ojca w lesie. W naszym prawdziwym domu, miejscu, do którego przynależałyśmy. W pejzażu, który nadawał sens mojemu życiu. W dzieciństwie wierzyłam, że drzewa z tego lasu są naszą rodziną. Najwyższe i najgrubsze miały gałęzie, które zaczynały wyrastać wysoko nad ziemią: dzięki temu można było rozpoznać, że są bardzo stare. Czerwone cedry miały paski, prawie proste pionowe rowki w korze, które biegły przez całą ich wysokość, ale poza tym były gładkie, a ich szarość mieniła się srebrem w popołudniowym słońcu, które przedzierało się przez korony drzew. Cedry były eleganckie, z liśćmi przypominającymi paprocie. Cisy wyglądały inaczej, ciemniejsze, bardziej ziemiste, a wzory na ich szorstkiej korze tworzyły zawijasy. Oba gatunki pokrywały plamy mchu przypominającego farbę, niemal elektryzująco zielonego. Przy większych przycupnęło też wiele innych drzew, mniejszych, młodszych, może nastoletnich, i niesfornych. Niektóre z nich wyciągały palce po ziemi, żebyśmy się o nie potykali, to te zuchwałe, inne były rozłożyste i grube, a jeszcze inne cienkie i wiotkie. Żadne z nich nie było takie same; każde było wyjątkowe, dziwne i nietuzinkowe, ale łączyło je jedno: potrafiły mówić.
„Las ma bijące serce, którego nie widzimy”, powiedział nam kiedyś tata. Położył się płasko na ziemi, a my zrobiłyśmy to samo, oparłyśmy ręce na ciepłej ziemi i przycisnęłyśmy uszy do poszycia, nasłuchując. „Jest tutaj, pod nami. W ten sposób drzewa rozmawiają ze sobą i troszczą się o siebie nawzajem. Ich korzenie splatają się, dziesiątki drzew z dziesiątkami innych tworzą sieć, która ciągnie się w nieskończoność, i szepczą do siebie poprzez korzenie. Ostrzegają się przed niebezpieczeństwem i dzielą się pożywieniem. Są jak my, jak rodzina. Razem są silniejsze. Nic nie przebrnie przez życie w pojedynkę”. Uśmiechnął się wtedy i zapytał: „Słyszycie bicie?”. A my słyszałyśmy, w jakiś sposób słyszałyśmy.
W dniu naszych dziesiątych urodzin tata zaprowadził nas w miejsce, w którym nigdy wcześniej nie byłyśmy. Biwakowaliśmy w lesie przez całe życie, ale nigdy nie zabrał nas tak daleko. Przez pięć nocy spaliśmy tutaj, pośród zieleni, pięć dni wędrowaliśmy. Aggie lubiła wyczekiwać na moment najgłębszej ciszy i nagle znienacka krzyczeć, tak głośno, że cały świat drżał w posadach. Ja wolałam ciszę.
Tata zabierał wszędzie ze sobą Nomenklaturę kolorów Wernera. Uważał, że to podręcznik życia. Przewracałyśmy z Aggie strony, przesuwałyśmy palcami po kwadracikach z kolorami i czytałyśmy opisy, ucząc się ich na pamięć. Każdy odcień przypisany był zwierzęciu, roślinie i minerałowi o takim kolorze. Tata mawiał też często z dumą, że to właśnie z tej książki korzystał Charles Darwin, opisując barwy natury, które obserwował podczas podróży na HMS „Beagle”. Zawsze mnie fascynowało, że „mięsny czerwony”, który według mnie wyglądał jak blady, brązowawy róż, był kolorem nie tylko wapienia i kwiatów ostróżki, ale też odcieniem ludzkiej skóry. Albo że „błękit pruski” był plamką na skrzydle samca kaczki krzyżówki, pręcikiem niebieskofioletowego zawilca i ciemnoniebieską rudą miedzi.
– Ta książka łączy ze sobą rzeczy – mówił nam tata. – Sprawia, że wszystko jest takie samo, tylko w innych odcieniach koloru. Czyni z nas część natury.
Ale tamtego dnia tata zamilkł, a my poszłyśmy za jego przykładem, aż do chwili, gdy po przekroczeniu grzbietu nie wkroczyliśmy do kolejnego bujnego zagajnika, lecz ujrzeliśmy przed sobą pustą dolinę. Ziemia przed nami została oczyszczona, wszystkie drzewa ścięto i wywieziono.
– Co tu się stało? – zapytała Aggie, ale tata patrzył w milczeniu, wchłonął to w siebie i natychmiast się postarzał. Utkwił wzrok w jakimś punkcie w oddali. Trudno było to przeoczyć. Samotne drzewo, najpotężniejsze, jakie kiedykolwiek widziałam. Zachwycająca daglezja zielona, sięgająca nieba, co najmniej osiemdziesiąt procent jej pnia pozbawione było gałęzi. Wznosiła się niewzruszenie na tym cmentarzysku.
Tata poprowadził nas przez dolinę do drzewa. Im bardziej się do niego zbliżaliśmy, tym większe się stawało. Położyłam się na plecach i obserwowałam odległe liście muskające niebo.
Wtedy tata opowiedział nam historię.
– Nie zawsze byłem tym człowiekiem, którego znacie – zaczął. – Dawno, dawno temu, zanim w ogóle wy dwie pojawiłyście się w moich myślach, byłem drwalem.
Opowiedział nam o swoich spacerach po lesie, jednocześnie bardzo podobnych do tych obecnych i tak bardzo od nich różnych. Do niego należało wskazywanie współpracownikom, gdzie ciąć, a gdzie przestać. Za pomocą kolorowej taśmy znakował drzewa i oceniał wartość drewna. Gdy kończył, wkraczali drwale, odpalali piły i miejsce pełne życia, kiedy do niego wkraczał, stawało się martwe.
Pewnego dnia przyszedł tutaj. Wtedy to miejsce wyglądało zupełnie inaczej. Rozbił obóz nad rzeką, którą sforsowaliśmy rano, mierzył odległości i znakował drzewa. I natknął się właśnie na to. Ta daglezja odmieniła jego życie.
Od razu wiedział, że jest wyjątkowa. Większa niż jakiekolwiek drzewo, które widział, warta fortunę. Oznaczył ją czerwoną taśmą i poszedł dalej.
Ale przez cały dzień raz po raz do niej wracał i patrzył. Coś w tym drzewie go poruszało. Dwudziestopięcioletni Alexander Flynn wyjął zieloną taśmę i oznaczył drzewo po raz drugi, tym razem by je „zachować”. Tak skończyła się jego kariera.
– Tamtego dnia odszedłem z pracy i nigdy do niej nie wróciłem. Za późno. O wiele za późno. – Wpatrywał się w karcze. – Teraz to gatunek zagrożony. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent starodrzewu daglezji zielonych zostało wycięte. Co oznacza, że ta tutaj jest jedną z ostatnich ze swojego gatunku.
– Jest samotna? – spytałam. Zabolała mnie myśl o korzeniach, które na pewno szukają czegoś, czego nie mogą znaleźć.
– Tak – powiedział tata. – Potem oparł czoło o pień daglezji i zrobił coś, czego nigdy wcześniej przy nas nie robił, zapłakał.
Podróż z Vancouver do Sydney była bardzo długa i doskonale o tym z Aggie wiedziałyśmy. Długa podróż od ojca drwala, który zamieszkał w lesie i stał się przyrodnikiem, do przywiązanej do miasta matki, detektywki z determinacją tropiącej przestępców. Życie z mamą to był zupełnie inny świat. Ale nawet po powrocie do domu, do betonowego blokowiska i bezdrzewnych, piaszczystych plaż, o które rozbijały się fale oceanu, nadal śniłam o samotnej daglezji i budziłam się przekonana, że jej korzenie są też moimi, sięgają i nie mogą znaleźć nikogo, nawet Aggie.
Mama nie spytała nas, jak nam się udał wyjazd – nigdy nie pytała. Tak szczerze, prawie nigdy nas o nic nie pytała. Zwykle to ja zadawałam pytania, zawsze chciałam wiedzieć więcej, żadna odpowiedź nie wydawała mi się wystarczająca, jak papuga, która została nauczona słowa „dlaczego”, tylko po to, żeby doprowadzać matkę do szału, jak twierdziła mama.
Najbardziej absorbowali mnie moi rodzice i dlaczego nigdy nie widziałam ich w tym samym pomieszczeniu, nie mówiąc o tym, że nie widziałam ich razem. „Dlaczego zamieszkaliście z tatą tak daleko od siebie?” Ktoś musi dać zarobić liniom lotniczym, mówiła, albo coś w tym rodzaju. Pytałam więc: „Gdzie się poznaliście?”. W Kanadzie. „Dlaczego w Kanadzie?” Bo czasem ludzie wyjeżdżają do innych krajów, Inti. „Ile mieliście lat?” Nie pamiętam. „Zakochaliście się w sobie?” Kiedy się dorasta, to słowo nabiera innego znaczenia. „Ucieszył się, kiedy zaszłaś w ciążę?” Nigdy nie widziałam go szczęśliwszego. „A ty też byłaś szczęśliwa?” A jak myślisz, mądralo? „No to dlaczego się rozstaliście?” Bo ja chciałam robić karierę zawodową, a on nie chciał opuścić swojego lasu. „Dlaczego?” Dlaczego co? „Dlaczego nie chciał wyjechać?” Nie wiem, Inti, nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć, mawiała mama, a potem udawała, że wkłada mi knebel w usta, obie wybuchałyśmy śmiechem i tak się kończyło przesłuchanie – do następnego razu.
Po tamtej ostatniej wizycie u taty, kiedy koszmary o martwych drzewach dręczyły mnie już od jakiegoś czasu, wezwała mnie do siebie do gabinetu i było to na tyle dziwne, że się zdenerwowałam. Gabinet mamy był miejscem siniaków, krwi i śmierci. W sumie nie różnił się zbytnio od szopy taty. Zwykle nie wolno nam było tu wchodzić.
– Usiądź. – Przysunęła drugie krzesło do biurka.
Usiadłam i rzuciłam okiem na szparę pod drzwiami, gdzie podsłuchiwała Aggie.
– Co robiłyście tym razem u taty? – spytała mama.
– No, biwakowaliśmy w lesie i tak dalej.
– Co tak bardzo was obie poruszyło?
Zastanowiłam się nad odpowiedzią.
– Te wszystkie drzewa, które zostały wycięte.
Wpatrywała się w moją twarz przez wieki.
– Inti – powiedziała stanowczym tonem. – Musisz się hartować.
Oblałam się rumieńcem.
Mama pogłaskała mnie raz po włosach, potem silnymi rękami posadziła mnie sobie na kolanach. Na biurku leżały teczki, jedna otworzyła się z szelestem. W środku były zdjęcia. Kobiety z uśmiechem na twarzy.
– To są kobiety – wyjaśniła mama – które w tym miesiącu zostały zabite przez swoich mężów lub chłopaków.
Nie rozumiałam.
– W Australii dochodzi do tego raz w tygodniu.
– Dlaczego?
– Nie wiem. Ale wiem, że zamartwianie się drzewami nie jest najlepszym sposobem trwonienia energii. O to się trzeba martwić. O innych ludzi. Twoja synestezja sprawia, że jesteś bardziej narażona na krzywdę, a do tego jesteś zbyt miła, Inti. Jeśli nie będziesz uważała, jeśli nie zachowasz czujności, ktoś cię skrzywdzi. Rozumiesz?
Wyjęła z szuflady biurka scyzoryk. W tej samej szufladzie trzymała też pałkę i paralizator, pistolet jednak zostawiała w pracy. Nigdy nie widziałam, żeby go nosiła go przy sobie, ale Aggie zawsze rysowała ją z bronią w ręku i ciągle o nią wypytywała.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
