Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy można zacząć od nowa, jeśli przeszłość wciąż trzyma cię za serce?
Turkusowe morze, rozgrzane słońcem plaże, zapach oliwek i gwar rodzinnej tawerny. „Grecki sekret” to poruszająca, klimatyczna opowieść o miłości, tajemnicach i odwadze, by zawalczyć o siebie. Francesca Catlow, finalistka konkursu literackiego Kindle Storyteller Award, zabiera czytelników na słoneczne Korfu i snuje historię pełną emocji, rodzinnych napięć oraz uczuć, które rodzą się wtedy, gdy najbardziej potrzebujemy nadziei.
Po bolesnych przeżyciach Ruby wyjeżdża z Anglii na Korfu, aby pomóc ciotce w prowadzeniu rodzinnej tawerny Grecki Sekret i odnaleźć spokój. Wśród zapachów greckiej kuchni, szumu morza i rozgrzanego słońcem powietrza Ruby zaczyna odzyskiwać nadzieję, a kiedy na jej drodze staje Yianni, musi zmierzyć się z przeszłością, własnymi lękami i pytaniem, czy jest gotowa znowu komuś zaufać.
„Grecki sekret” to pełna emocji powieść obyczajowo-romantyczna o nowym początku, sile marzeń i miłości, która potrafi uleczyć najgłębsze rany. Przenosi czytelnika prosto do serca greckiego lata, gdzie słońce, zapach morza i ciepło chwil nadają życiu nowy sens.
Francesca Catlow – brytyjska pisarka powieści obyczajowo-romantycznych, finalistka konkursu literackiego Amazona Kindle Storyteller Award 2023 i autorka międzynarodowych bestsellerów, takich jak „Under a Greek Sky” i „The Little Blue Door”. Wychowała się w Suffolk w Anglii, a inspiracji do twórczości dostarczają jej liczne podróże po Europie. W 2024 roku przeniosła się wraz z rodziną do Francji. Więcej informacji na stronie: francescacatlow.co.uk/subscribe. Autorkę można obserwować w mediach społecznościowych: Facebook i Instagram: @francescacatlowofficial oraz X i TikTok: @francescacatlow.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 392
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU:
Greek Secret
Redaktorka prowadząca: Marta Budnik
Wydawczyni: Katarzyna Masłowska
Redakcja: Dagmara Deska
Korekta: Kinga Dąbrowicz
Projekt okładki: Wojciech Bryda
Zdjęcie na okładce: © MARWA BELAL, © Alena, © Julija / Stock.Adobe.com
Zadruk okładki: © Maria / Stock.Adobe.com
Text copyright © 2023, 2025 by Francesca Catlow. Previously self-published in 2023.
This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with GRAAL, SP. Z O.O.
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece
Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Fabianowska, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie I
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-906-2
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Dedykuję tę książkę moim dzieciom –
tej sile, która mnie napędza we wszystkim, co robię.
M., twierdzisz, że mam pisać więcej książek…
Tylko nie mów, że się nie staram.
Kocham was oboje.
Teraz
Ludzie tłoczą się wokół mnie i przepychają – każdy chce zacząć wakacje pierwszy przed innymi.
Ja jestem ponad to. Będę się cieszyć tym upałem przez całe pół roku, poza tym nie przyleciałam tu na wczasy.
Jak na ironię, moje bagaże pojawiają się na taśmie jako jedne z pierwszych, więc niezwłocznie ruszam do wyjścia.
Lotnisko na Korfu jest malutkie – wystarczy kilka kroków, aby znaleźć się w hali przylotów, mając przed sobą tłum ludzi, pokazujących nazwiska nabazgrane na kartkach. Z dwiema walizkami i plecakiem nie da się iść szybko, ale dzięki temu mogę się dokładniej przyjrzeć twarzom oczekujących i ich transparentom.
Jedno imię przykuwa moją uwagę: Ruby.
Nie chodzi jednak o mnie, bo ja czekam na ciocię Hazel.
Bawi mnie, że ktoś odbiera moją imienniczkę, bo imię Ruby nie należy do najpopularniejszych. Choć nie jest też aż tak rzadkie.
Mężczyzna, który trzyma tę tabliczkę, ma spuszczoną głowę. Bujne włosy opadają mu na twarz, gdy patrzy w telefon. Rozglądam się przez moment, zastanawiając się, kim może być ta druga Ruby, na którą ciągle czeka.
Wspinam się na palcach w balerinkach, patrząc ponad głowami ludzi, ale nie widzę cioci Hazel.
Po prostu jej tu nie ma.
Przechodzę przez szklane drzwi i staję na chodniku, obserwując podjeżdżające taksówki, minibusy i samochody. Ludzie śmiało wparowują na pasy, licząc, że kierowcy w porę wcisną hamulec.
Wzdrygam się, widząc tę beztroskę.
Odkąd pamiętam, bałam się takich przejść. Może mniej się przejmowałam, kiedy byłam nastolatką. Może, bo nie mogę sobie tego przypomnieć.
Odwracam się i wbijam wzrok w chodnik, skupiając się na jego matowej szarości i żarze słońca, palącym mi głowę. W piersi zaczyna mi się dudnić, jakby pod żebrami płonął ogień, który moje serce musiało zdusić.
Gdzie ona może być?
Lot był trochę opóźniony, więc tym bardziej powinna już czekać. Kolejny raz zerkam na telefon, ale nie ma żadnych esemesów ani nieodebranych połączeń. Nic.
Mija kolejny kwadrans. Piszę do Hazel, że już dotarłam, ale się martwię, bo jej nie ma, więc wezmę taksówkę i spotkamy się w tawernie. Liczę, że nawet jeśli zapomniała po mnie wyjechać albo, nie daj Boże, stało się coś gorszego, zobaczy moją wiadomość i gdy zorientuje się, że jest spóźniona, po prostu zawróci albo zaczeka na mnie na miejscu.
A przynajmniej taką mam nadzieję.
Lepiej wylądować w nadmorskim kurorcie z kręcącymi się po okolicy turystami, bo ktoś zawsze wskaże mi drogę do restauracji cioci Hazel. Gdybym pojechała prosto do wioski, trudno by mi było wyjaśnić miejscowym, czego szukam.
Głupio zrobiłam, że nie zadałam sobie trudu, aby zapisać dokładny adres domu Hazel i Peryklesa. Zanotowałam tylko samą nazwę wioski. Ale właściwie po co miałabym to robić, skoro spodziewałam się cioci na lotnisku?
I co teraz?
Wsuwam telefon z powrotem do kieszeni szerokich spodni. Mój niepokój narasta, w głowie pulsują dwa słowa: „co jeśli?”. Co jeśli coś jej się stało w drodze na lotnisko? Co jeśli gdzieś utknęła?
Przed oczami przemykają mi obrazy samochodu, wypadającego z drogi i roztrzaskującego się na drzewie oliwnym. Widzę, jak luźne przedmioty przelatują przez kabinę, kiedy Hazel bezwładnie opada na kierownicę, a potem dźwięczy mi w głowie narastające wycie syren.
Nie!
Musiała pomylić godzinę albo po prostu coś ją zatrzymało. Ciotka potrafi się czasem spóźnić, lecz przeważnie jest słowna. Wysyła wiadomość, jeśli coś się dzieje, i zwykle ma jakiś ważny powód. Nacisk walizek, opartych o moje nogi, zaczyna mnie przytłaczać.
Rozpaczliwie skanuję wzrokiem twarze każdego, kto się do mnie zbliża, kompulsywnie obracając kciukiem pierścionek na palcu prawej dłoni.
Nerwowo splatam palce drugiej dłoni w nadziei, że pech się odwróci. Nie wiem, co zrobię, jeśli coś jej się stało.
Znów wyjmuję telefon i patrzę na selfie, które sobie zrobiłam z moją najlepszą przyjaciółką Amarą, zaledwie kilka dni temu, na naszym pożegnalnym pikniku. Nadal nie ma żadnych wieści od cioci.
To przestaje być zabawne.
Widząc pustą taksówkę, podjeżdżającą do krawężnika, chowam telefon i spieszę do nieskazitelnego mercedesa. Kobieta wysiada, żeby pomóc mi z bagażem.
– Dokąd jedziemy? – pyta.
– San Stefanos, północny zachód. Mówią też na to Agios Stefanos. – Uśmiecham się, ale szybko poważnieję, gdy przechodzący mężczyzna odwraca się gwałtownie w moją stronę.
Jest wyższy ode mnie. Ma gęste, falujące włosy, opadające na szerokie ramiona i cień zarostu na twarzy.
– San Stef? Północny zachód? – rzuca. – Ty jesteś Ruby? – Unosi do piersi kartkę z moim imieniem i wymownie stuka w nią palcem.
Najwyraźniej nie ma tu innej Ruby i ten facet naprawdę szuka właśnie mnie.
Odwracam się do taksówkarki, która już zdążyła wtaszczyć moje walizki do bagażnika.
– Bardzo przepraszam, nie wiedziałam, że ten pan na mnie czeka. Dziękuję. Efcharistó.
Kobieta wzrusza ramionami, nie wydaje się, żeby miała mi to za złe. Kędzierzawy mężczyzna mówi coś do niej po grecku, a ona odpowiada mu z uśmiechem, wyjmując z powrotem mój bagaż. Mój kierowca przejmuje walizki i zamaszystym krokiem rusza w stronę parkingu. Zerka przez ramię, upewniając się, że podążam za nim.
– Wypatrywałam mojej cioci – tłumaczę, z trudem dotrzymując mu kroku. – Miała mnie odebrać osobiście, ale widzę, że zleciła to tobie.
– Zgadza się. – Przenosi walizki przez wysoki krawężnik i idzie dalej przez parking. Czuję, jak pot zbiera mi się na górnej wardze.
– Nie skojarzyłam, że chodzi o mnie – tłumaczę. – Widziałam twoją kartkę, ale pomyślałam, że musi chodzić o jakąś inną Ruby. Szkoda, że nie podałeś też nazwiska.
Facet odwraca się do mnie, unosząc brwi.
– Nie przyszło ci do głowy, żeby spytać?
Jego zdegustowana mina jest irytująca. Przecież nie zrobiłam tego celowo.
– Przepraszam, ale myślałam, że ciotka napisze albo zadzwoni. Nie znasz jej. Zwykle się tak nie zachowuje.
Mężczyzna wyjmuje kluczyk i wciska guzik. Kierunkowskazy w Fordzie Focusie migają.
Słyszę cichy śmiech. A raczej ironiczne prychnięcie.
– Chcesz powiedzieć, że można mieszkać z kimś od lat i go nie znać? Ciekawe.
Teraz moje brwi unoszą się w wyrazie zdziwienia. Co on bredzi? Patrzę, jak wkłada jedną walizkę do bagażnika, taksuje wzrokiem drugą, po czym otwiera tylne drzwi i umieszcza ją na siedzeniu.
Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, kiedy dociera do mnie, że ten wóz nie jest taksówką. Kierowca odwraca się i patrzy na mnie.
– Czy coś przeoczyłam?
Odrywam wzrok od jego loków i przenoszę go na samochód.
Nieznajomy celuje palcem w swoją pierś.
– Yianni. Już kiedyś się spotkaliśmy. Jestem pasierbem Hazel.
Kręcę głową z niedowierzaniem.
Jak ten drągal w obcisłych dżinsach, z bujnymi włosami, sięgającymi niemal do ramion, może być chłopakiem, który przed laty mignął mi na ślubie?
Serce mi wali. Ten atrakcyjny Grek miałby być tą samą osobą? Nie potrafię połączyć w głowie tych dwóch obrazów. Wtedy miał krótkie włosy, może trochę kręcone. Ledwo go pamiętam.
Teraz nabrał mięśni i pewności siebie. Zrobił się z niego facet, który przyciąga wzrok i aż trudno uwierzyć, że może być taki przystojny.
– Jesteś pewien, że się już poznaliśmy? – Pytanie jest idiotyczne i nie muszę widzieć jego uśmiechu, żeby to wiedzieć. – Nie wyglądasz tak, jak cię zapamiętałam.
– Rozumiem. Ty wyglądasz mniej więcej tak samo.
– Naprawdę?
Yianni wydyma usta, przekrzywia głowę i przygląda mi się przez długą chwilę, jakby się chciał upewnić, czy rzeczywiście się zmieniłam. Wreszcie wzrusza ramionami.
– Tak.
Odwraca się do samochodu. Kłamie, bo wtedy miałam swoje naturalne, długie, ciemne włosy, a nie blond boba z odrostami.
– A Hazel napisała do ciebie. Widziałem, jak wysyła wiadomość.
Kryjąc zakłopotanie, wyciągam telefon z kieszeni kombinezonu.
– Sam zobacz. – Yianni odwraca się do mnie z tak rozbawioną miną, że podtykam mu komórkę pod nos. – Żadnego esemesa – dodaję z naciskiem.
Bierze ode mnie telefon, przygląda mu się przez chwilę, po czym zerka na mnie spod uniesionych brwi.
– Wciąż jest w trybie samolotowym.
Teraz
Nie wiem, dlaczego Hazel mnie wysłała, zamiast sama po ciebie wyjechać. Przecież mogłem ją zastąpić w kuchni. – Yianni trzyma kierownicę lewą ręką, a prawą odgarnia włosy z twarzy.
Gdyby nie ta niezręczna sytuacja, droga byłaby wręcz idylliczna. Kiedy mijamy wioski w głębi lądu i jedziemy w stronę gór, z okien samochodu widać wielkie ptaki drapieżne, chwilami krążące nisko nad nami.
Wyniosłe cyprysy sterczą niczym wysokie, zielone kapelusze imprezowe, wystając ponad inne drzewa, a niebo ma najjaśniejszy turkusowy kolor, jaki kiedykolwiek widziałam. Pragnę to wszystko chłonąć, zachować w wiecznej pamięci, bo to najpiękniejsza trasa, jaką w życiu przemierzyłam. Po bokach migają wszelkiego rodzaju drzewa, w tym oliwne i cytrynowe, lecz większość jest mi nieznana. Krajobraz jest usiany uroczymi wioskami z bielonymi domami, sprawiającymi wrażenie cichych i opustoszałych. Jakby sam wiatr uznał, że jest za gorąco, aby zawracać sobie głowę szeleszczeniem w liściach drzew.
– Posłuchaj, a może, zamiast jechać od razu do domu, zawieziesz mnie najpierw do tawerny? – proponuję. – Oszczędzisz w ten sposób trochę czasu, prawda?
Jestem gotowa zaproponować cokolwiek, byle poprawić mu humor. Jak na kogoś tak przystojnego, potrafi być strasznie kąśliwy. Nie odbierałam wiadomości ani połączeń, ale przecież nie zrobiłam tego z rozmysłem. Oczywiście, to moja wina, że po przylocie zostawiłam telefon w trybie samolotowym. Wylądowałam na Korfu zrelaksowana i gotowa na przygodę, ale kiedy pomyślałam, że cioci mogło coś się stać, trochę się zapętliłam i wpadłam w panikę. W takich chwilach potrafię robić głupoty.
Gdy tylko Yianni wyłączył mi tryb samolotowy, pojawiły się trzy esemesy od Hazel, jeden od niego, a do tego komunikat o pięciu nieodebranych połączeniach, także od niego, wliczając w to pocztę głosową.
Yianni dyskretnie na mnie zerka.
Czuję to.
Czuję jego wzrok, prześlizgujący się po mnie. Nie mogę się mylić, bo drgania gęstych czarnych rzęs podkreślają ruch oczu.
– Jesteś pewna? – Chyba po raz setny patrzy na zegarek.
– Oczywiście – zapewniam, tłumiąc ziewnięcie. Jest późne popołudnie i zbliża się wieczór. Niewiele spałam, bo już nad ranem siedziałam w taksówce, żeby być na lotnisku na parę godzin przed wylotem. Przeciągam się dyskretnie, aby rozluźnić mięśnie. – Będzie dobrze – zapewniam. – Pod jednym warunkiem.
– Tak? Jakim?
– Koniec pretensji o to, że niechcący zostawiłam telefon w trybie samolotowym – wyjaśniam, kładąc nacisk na słowo „niechcący”.
Yianni cmoka z dezaprobatą i mamrocze coś po grecku, po czym bierze głęboki wdech i wypuszcza powietrze tak gwałtownie, że aż wibrują mu wargi. Nerwowo bębni palcami po kierownicy.
Zaczynam myśleć, że zażądałam niemożliwego. Ten facet mi nie odpuści.
– Nie mam pretensji. Po prostu spóźniam się właśnie do pracy, to wszystko.
– Czyli nie zgadzasz się na mój warunek i dalej się dąsasz?
Już nie unikam patrzenia mu prosto w oczy. Poprawiam się na siedzeniu, krzyżując ręce na piersiach. Yianni wciąga policzki.
– Jak mogę przestać się dąsać, skoro wcale się nie nadąsałem? To sprzeczność, nie?
Zerka na mnie z przelotnym uśmiechem.
– Dobrze. Nie nadąsałeś się. Możemy w takim razie zacząć od nowa, z czystym kontem? Wybaczysz mi, że przeze mnie jesteś spóźniony? – W moim głosie słychać lekki sarkazm.
Co mi strzeliło do głowy, żeby dać się tu zaprosić na pół roku?
Łapię oddech i wyglądam przez okno. „Musisz robić swoje, Ruby” – upominam się w myśli. Ten gość nie ma pojęcia, jak wiele ten przyjazd dla mnie znaczy. Nie wie, że marzę o prowadzeniu własnej restauracji. Nie obchodzi go to. Nikogo nie obchodzi. I nie musi. Moje marzenia są ważne dla mnie.
Przynajmniej widok za oknem jest kuszący. Lepszy niż deszcz w Anglii. A nawet jeśli bywa tam słońce i tak od dwóch lat mam wrażenie, że żyję w wiecznej szarej mżawce.
Yianni pokonuje ostry zakręt i przez chwilę mam widok ponad krawędzią urwiska na morze zieleni w dole. Ciągnie się aż po horyzont, gdzie łączy się z niebem.
Wypuszczam oddech tak samo wymownie jak wcześniej Yianni. To, że będziemy pracować – i mieszkać – razem, nie oznacza, że nie mogę go ignorować. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Po Jonathanie przestałam się starać, aby wszystkich zadowolić. Nauczyłam się, że człowiek powinien robić to, co daje mu radość, i nie przejmować się, jeśli ktoś inny uparcie chce być nieszczęśliwy. Choć nie zawsze jest łatwo.
Przysięgłam też sobie, że nigdy nie pozwolę, aby ktokolwiek mi dyktował, jak mam żyć. Korfu ma być nowym początkiem, którego potrzebuję, aby odzyskać marzenia.
– Dobrze, dobrze – mówi Yianni ugodowym tonem. – Jedziemy prosto do tawerny. Jeśli zdążymy, wybaczę ci.
Skóra mnie mrowi od złych wspomnień.
Stare rany pulsują, jakby zostały ponownie otwarte. Najlepiej, gdyby ten piękny widok mnie pochłonął i wypluł dopiero w domu, w łóżku.
Yianni wzdycha, w kąciku jego ust czai się uśmiech.
– Przepraszam za tego… focha. Tegoroczny sezon jest dla mnie bardzo ważny. Większa odpowiedzialność i… Zresztą nieważne. W każdym razie przepraszam za moją nadąsaną minę. Każdy popełnia błędy.
Jestem kompletnie zdezorientowana tą nagłą zmianą. Nie przywykłam do takich zwrotów akcji. Zerkam na Yianniego, wpatrzonego w szosę przed sobą.
Teraz uśmiecha się od ucha do ucha.
– W sumie nie powinienem być zaskoczony – ciągnie. – Ale nie przypuszczałem, że przebijesz Hazel, która jest prawdziwym antytalentem, jeśli chodzi o telefon.
Nie odpowiadam, ale też się uśmiecham.
W końcu wjeżdżamy na niewielki zapylony parking, na którym stoją jeszcze dwa inne samochody.
Restauracja przypomina duży taras z drewnianym obramowaniem zamiast solidnych ścian.
Perykles stoi przy wejściu, trzymając menu. Nad jego głową, na metalowym łańcuchu, wisi duży drewniany szyld z napisem: „Grecki Sekret”.
Litery są jasnoniebieskie, a szyld wygląda tak tradycyjnie, jak to tylko możliwe.
Po prawej stronie tarasu znajduje się trejaż, obsadzony winoroślą. Po lewej jest bar z wysokimi drewnianymi stołkami, a z tyłu – budynek główny z kuchnią i toaletami.
Przysuwam nos do przedniej szyby i chłonę ten widok, mając w pamięci jedynie mgliste wspomnienie, kiedy przyjechaliśmy tutaj na ślub cioci Hazel i Peryklesa.
Niewiele się zmieniło, może tylko lokal świeżo pomalowano.
Yianni wyskakuje z auta, zanim zdążę odpiąć pas.
– No to na razie – mówię cicho.
Ale on już jest na tarasie, zbyt daleko, żeby mnie usłyszeć.
Większość stolików jest wolnych. Nie rozumiem, po co było to całe gadanie o pośpiechu.
Perykles ściska ramię Yianniego, uśmiechając się spod gęstej czupryny, szarej jak te greckie kamienie.
Zastanawiam się, czy Yianni ma swoje piękne loki po nim, czy po matce.
Wysiadam. Perykles, słysząc trzask zamykanych drzwi, odwraca się i marszczy brwi, po czym klepie syna w ramię kartą dań, oprawioną w granatową skórę.
Szybko wymieniają parę zdań po grecku i Yianni znika. Perykles odwraca się w stronę kuchni i woła Hazel, a sam zbiega do mnie po schodkach, szeroko rozpościerając ręce.
– Ruby! Kopę lat. Kalispera.
Jest wysokim, postawnym mężczyzną o szerokich barach, z niewielkim brzuszkiem. Chwyta mnie za ramiona swoimi dużymi dłońmi, cztery razy cmoka w policzki i dopiero wtedy puszcza.
Za nim słyszę radosny pisk i tupot stóp, po czym wpadam w objęcia Hazel. Wokół niej unosi się woń czosnku i koperku. To mi uświadamia, jak bardzo jestem głodna, bo od solidnego gorącego śniadania, które zjadłam na lotnisku przed wylotem, minęło wiele godzin.
– Kochana, nareszcie! – Ujmuje moją twarz w dłonie pachnące czosnkiem. – Jak się cieszę, że przyjechałaś. Myślałam, że pojedziesz prosto do domu, żeby się rozpakować i odpocząć. Zostawiłam ci jedzenie w lodówce.
Bierze mnie za rękę i prowadzi do lokalu.
– Doszło do małego nieporozumienia. Zapomniałam wyłączyć tryb samolotowy w komórce i przeze mnie się spóźniliśmy – tłumaczę.
Dochodzimy do schodków na taras, gdzie Yianni stoi w lekkim rozkroku, z rękami splecionymi z tyłu, gotowy na powitanie gości. Jego dopasowane czarne dżinsy i koszula są ewidentnie strojem roboczym i wygląda, jakby urodził się gotowy do pracy.
– Na szczęście Yianni jakoś to zniósł – dodaję. – I nie miał do mnie żalu.
Yianni zerka na mnie kątem oka. Mam wrażenie, że jego usta drgnęły – mimowolnie czy od tłumionego śmiechu?
Uśmiecham się do niego wymownie. Spodziewam się, że odpowie na mój sarkazm, ale zamiast tego przenosi wzrok na ulicę.
– No cóż – mówi Perykles. – Jesteś tu teraz i tylko to się liczy, prawda?
– Założę się, że umierasz z głodu – dodaje ciotka. – Może jednak pojedziesz do domu, żeby odpocząć? Ale najpierw poproszę Natalię, żeby szybko ci coś podała. O, jest. – Pokazuje na moją kuzynkę, która wyłania się z kuchni z dwoma ogromnymi talerzami, na których leżą grillowane ryby.
Natalia dostrzega mnie i na jej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Nie może podejść i się ze mną przywitać, ale z daleka mówi bezgłośnie: „Kalispera”.
Hazel otacza mnie ramieniem.
– Och, jaka jesteś zimna.
– Yianni lubi utrzymywać chłodną atmosferę w swoim samochodzie. – Uśmiecham się, udając, że mówię o klimatyzacji.
– Trudno go winić, upał jest większy niż zwykle. Cieszysz się, że tu jesteś? Wiem, że kiedy cię namawiałam na przyjazd, miałaś pewne obawy, ale myślę, że to może być miła odmiana. Czas się zregenerować z dala od starych wspomnień.
– Tak. – Obracam pierścionek na palcu, przesuwając go w górę i w dół. Wolałabym, żeby ciocia tak na mnie nie patrzyła.
Moja mama zerwała z tym nawykiem, ale widok ściągniętych brwi Hazel i jej nieznacznie zaciśniętych ust każe mi stłumić jęk frustracji i chęć natychmiastowego powrotu do Anglii.
– Wiem, wiem, nie chcesz o tym rozmawiać. Dobrze cię znam. Ale pamiętaj, że jestem tutaj i zawsze możesz do mnie przyjść, jeśli będziesz miała ochotę pogadać. – Niemal siłą sadza mnie przy kwadratowym stoliku dla dwojga, przysuwa sobie krzesło i zajmuje miejsce naprzeciwko mnie. – Słyszałam też, że jesteś pracoholiczką. Pewien ptaszek mi powiedział, że żyjesz tylko pracą. I pewnie już za nią tęsknisz, ale uważam, że po całej tej podróży potrzebujesz chwili wytchnienia.
– W porządku, chętnie sobie posiedzę i popatrzę, jak to wy pracujecie. Ale nie powinnaś nazywać mamy ptaszkiem, to brzmi seksistowsko – stwierdzam.
Twarz Hazel rozjaśnia się w radości i bruzda pomiędzy jej brwiami znika.
– Och, ty głuptasie. – Wstaje, okrąża stolik i całuje mnie w policzek. – Tak się cieszę, że tu jesteś. I że spędzę trochę czasu z moją piękną siostrzenicą. Mam nadzieję, że ci się u nas spodoba. To miejsce dało mi spokój i szczęście. Obyś znalazła tu to samo. Jesteś w raju, wiesz, Ruby?
W końcu ogarnia mnie ekscytacja. Ma rację, jestem w raju.
Teraz
Usiądź na chwilę! – Podsuwam krzesło Natalii, która stawia przede mną talerz z okoniem morskim i pieczonymi ziemniakami.
Zrywam się i ściskam ją na powitanie.
– Mama mówi, że skoro nie ma dużego ruchu, mogę sobie zrobić chwilę przerwy i przywitać się, jak należy. Czego się napijesz? – pyta.
– Cóż, dzisiaj raczej nie będę pracować, więc poproszę kieliszek białego wina.
Natalia spieszy za bar, gdzie Perykles przygotowuje drinki dla jednego ze stolików. Ostrożnie zabieram się za rybę, czując na sobie jej martwy wzrok.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat przeszłam przez wszystkie restauracyjne stanowiska i dobrze sobie radzę z ośćmi. Zanim otworzę własny lokal, chcę poznać tajniki tej pracy od każdej możliwej strony, żeby wszystko działało idealnie.
Hazel nie wspomniała jeszcze, jaką funkcję mam pełnić w Greckim Sekrecie – czy będę obsługiwała gości, pracowała w kuchni, miksowała koktajle, czy też mam odgrywać rolę posągu czuwającego przy wejściu jak Yianni.
Natalia wraca i siada naprzeciwko mnie. Jest dość pospolitą, ale ładną dziewczyną. Taką, z której można ulepić wszystko. Odpowiedni makijaż mógłby zrobić z niej modelkę, ale równie dobrze mogłaby też zostać szarą myszką.
Jeśli już przyciąga wzrok, to za sprawą fryzury. Ma na głowie istną burzę loków, jeszcze bardziej obfitą niż Yianni – tyle że jej włosy są o wiele dłuższe i dużo bardziej zadbane. Pukle, trzymane w ryzach dużą spinką, wymykają się spod niej figlarnie, ukazując całe swoje piękno.
– Yamas – mówimy jednocześnie, gdy mój pękaty kieliszek wina stuka o jej szklankę z lemoniadą.
Zapada cisza. Pijemy. Przymykam oczy i mimowolnie mruczę z zadowolenia. Wino w moich ustach jest chłodne, lekko ostre i orzeźwiające w porównaniu z łagodnym upałem wieczoru. Temperatura nie jest jeszcze skrajna, lecz niewiele brakuje do skwaru.
– Jak tam w szkole? – Odstawiam kieliszek i wsuwam do ust porcję ryby.
Natalia wywraca oczami i zaczyna narzekać, że wciąż brakuje im nauczyciela i że nie może się doczekać, kiedy dorośnie, aby wyjechać na studia do Anglii.
– Nie mamy nauczyciela historii Grecji. W sumie nie przepadam za tym przedmiotem. A co u ciebie? Nie widziałam cię, odkąd…
Przerywam jej gestem, bo nie chcę usłyszeć reszty zdania, ale nie mogę mówić z ustami pełnymi okonia morskiego w sosie cytrynowym.
W końcu udaje mi się wykrztusić:
– Wszystko jest dobrze. – Szybko przełykam resztę jedzenia. – Naprawdę. Proszę, nie rób takiej miny. Nie chcę współczucia.
Zatroskana mina znika z jej twarzy jak zdmuchnięta. Natalia otwiera i zamyka usta, jakby próbowała przełknąć niewypowiedziane słowa albo napełnić powstałą pustkę nowymi.
Cokolwiek chce powiedzieć, ciągnę dalej, nie pozwalając jej dojść do słowa.
– To był dziwny czas i naprawdę nie musimy o tym rozmawiać. Nie chcę tego. Nie czuj się więc zobowiązana, żeby do tego nawiązywać. Bardzo się cieszę, że tu jestem i pragnę się jak najwięcej nauczyć. Nowy początek, sama rozumiesz.
– Jeszcze chcesz się uczyć? Siedzisz w tym dłużej niż ja!
Wzruszam ramionami, nadziewając na widelec kawałek ziemniaka.
– Zawsze można dowiedzieć się czegoś nowego. Mam nadzieję, że mi się uda.
Natalia nie ma pojęcia, ile taka możliwość dla mnie znaczy. Liczę, że w rodzinnym zaciszu nabiorę wystarczającej pewności siebie, aby zrobić kolejny krok i znaleźć sposób na prowadzenie własnego lokalu.
– Może nauczysz się łowić ryby? – podsuwa Natalia.
Prycham cicho.
– Chyba jednak pozostanę przy ich przyrządzaniu.
Po chwili Natalia wraca do kuchni. Posiłek mnie ożywił i chciałabym się do czegoś przydać.
Wygładzam palcami fałdy białej papierowej serwetki, którą położono na niebieskim obrusie.
Umilam sobie czas, obserwując innych gości. Nie rozumiem, czemu Yianni tak się spinał. Przecież jeszcze nie ma szczytu sezonu i tylko trzy stoliki są zajęte, więc po co sterczy w tych drzwiach i czeka?
Na tarasie lekko wieje i z przyjemnością wdycham ciepłe powietrze. Grecki Sekret ma rustykalny klimat, wzmocniony przez woń ciepłego pieczywa, grillowanej jagnięciny i świeżych ryb. A wszystko, oczywiście, z wyraźnymi nutami czosnku, koperku i tymianku.
Po wysłaniu wiadomości do mamy czuję, że nie usiedzę dłużej, zajęta wyłącznie gapieniem się na ludzi. Biorę talerz i kieruję się w stronę kuchni. Yianni łapie mnie za łokieć.
– Dokąd idziesz?
Trudno go rozgryźć. Nie wiem, czy jest poirytowany, czy po prostu ciekawski.
– Do kuchni. – Pokazuję kierunek głową, bo mam zajęte ręce. – Odnieść talerz. Choć na tyle się przydam.
– Dziś jesteś naszym gościem. To rozkaz Hazel, więc pozwól, że to wezmę.
Yianni sięga po talerz, ale cofam się o krok, poza jego zasięg.
Ledwo dostrzegalnie zaciska szczęki i marszczy brwi, w których cieniu jego oczy wyglądają jak dwie filiżanki czarnej kawy. Bez cukru.
– Ruby, powtarzam, jesteś naszym gościem. Rozkaz Hazel. A teraz proszę, usiądź.
Znów robi podchody do talerza, ale udaję, że go nie zauważam i sunę dalej w stronę kuchni na tyłach lokalu. Słyszę, jak cmoka z irytacją, lecz nie zamierzam się przejmować.
Kuchnia nie ma drzwi, została po nich tylko futryna. Trzeba zejść w dół po paru schodkach, więc niełatwo zajrzeć do środka z poziomu lokalu. Teraz się nie dziwię, skąd tak intensywne zapachy.
Kuchenny wystrój jest nowoczesny, kontrastujący z resztą lokalu. Wszystko wykonano ze stali nierdzewnej, a na blatach jest mnóstwo miejsca. W takim pomieszczeniu dobrze się pracuje i łatwo je utrzymać w czystości. Moja kuchnia będzie wyglądać podobnie.
– Przyniosłam ze stołu – mówię, unosząc talerz i kieliszek.
Hazel odgarnia włosy opadające na okulary. Ma na sobie czarny fartuch. Jej policzki i dekolt są zaróżowione od gorąca, gdy delikatnie porusza nad ogniem patelnią z jajkami.
– Niegrzeczna dziewczynka! Powiedziałam Yianniemu, że dzisiaj nie ma dla ciebie pracy. Nie przekazał ci?
Stawiam naczynia na blacie koło zmywaka. Obok Natalia zgarnia resztki do kosza.
Potwierdzam, że Yianni próbował mnie zatrzymać, ale po prostu chciałabym się na coś przydać. Ale wtedy Hazel jeszcze bardziej się nakręca.
– Yianni, pozwoliłeś jej uprzątnąć stolik? Przecież powiedziałam, że dziś ma nic nie robić! – peroruje, nie kryjąc niezadowolenia.
Odwracam się i widzę za sobą Yianniego odgarniającego włosy z twarzy. Czuć w nim napięcie, widoczne nawet w bicepsach, które zdają się kurczyć pod krótkimi rękawami, lecz pokornie chyli głowę przed matką.
– Wybacz, Hazel, nie zdążyłem jej powstrzymać. Ruby, proszę. – Pokazuje gestem drzwi. Kiwam ciotce głową, wymijam go i idę do wyjścia. Yianni wychodzi za mną.
– Może usiądziesz tutaj? – Wskazuje na bar i tym razem nie protestuję. Mam wrażenie, że niechcący narobiłam mu kłopotu.
Przez resztę wieczoru sączę kolejną lampkę wina, rozmawiając z Peryklesem o interesach i wysłuchując jego sensownych uwag.
Właśnie dlatego tu jestem. Tego chcę. Chłonąć wszystko. Odbyć jak najwięcej takich pożytecznych konwersacji, dyskretnie wypytując, jak Perykles radził sobie przez te wszystkie lata – w nadziei, że odkryję sekret jego sukcesu.
Inny niż tylko sprzyjająca aura tego miejsca i turystyczna klientela, która z entuzjazmem łyka wszystko, co się jej podsuwa.
Nikt nie zna moich prawdziwych intencji. Nie wie, jaki jest rzeczywisty powód, dla którego, mimo początkowych obaw o logistykę przeprowadzki tutaj i trudności z ułożeniem swoich spraw w Anglii, przyjęłam ofertę pracy od cioci Hazel. I od razu zarezerwowałam bilety lotnicze.
Moja rodzina myśli, że po prostu potrzebowałam nowej pracy po tym, jak straciłam posadę w La Salle à Manger.
Od początku mnie dręczyło, że awansowałam na maître d’hôtel tylko dlatego, że właściciel restauracji, Charles, uważał mnie za atrakcyjną i otwarcie mówił o moich pełnych ustach i nie tylko.
W swoim mniemaniu prawił mi komplementy i uważał, że powinnam być zachwycona. Mnie tymczasem jego obleśne komentarze przyprawiały o mdłości i w końcu stały się nie do zniesienia.
Z kolei angaż w Grecji dostałam tylko dlatego, że należę do rodziny. Mam jednak nadzieję, że uda mi się wykazać swój profesjonalizm, a przy okazji nauczę się, jak sprawić, żeby biznes prosperował, a nie upadł – jak cudowna piekarnia moich rodziców, którą prowadzili, kiedy byłam jeszcze dzieckiem.
Uwielbiałam ją. Przybiegałam tam i udawałam, że pomagam. To wspomnienie stało się głównym powodem, dla którego nikomu nie zdradziłam swoich ambitnych planów posiadania własnego lokalu. Plajta bardzo zabolała rodziców. Ludzie uwielbiali ich wypieki, ale koszty utrzymania były zbyt wysokie i nie udało się uratować interesu.
W sumie niewiele o tym wiem. Rodzice nie lubią rozmawiać o tamtych sprawach, a ja nie chcę ich dręczyć.
Natomiast tutaj mogę spokojnie pytać o sukces, a nie o ból porażki.
Dowiaduję się od Peryklesa, że w Greckim Sekrecie są czasowo zatrudnione jeszcze dwie osoby: Nico i Gaia.
Nico staje za barem latem, w najtrudniejszym sezonie, a Gaia przychodzi do sprzątania stolików i na zmywak, a jeśli trzeba, donosi też dania. Jest jedną z najlepszych przyjaciółek Natalii i ma dopiero piętnaście lat.
Kalkuluję w myślach, ile kosztuje opłacenie dodatkowych pracowników – sprzątaczki, pomocy kuchennej, barmana i kelnerki. Może nawet pozwolą mi zajrzeć do ksiąg – oficjalnie, a nie jak w La Salle à Manger, gdzie ukradkiem zerkałam Charlesowi przez ramię, gdy wieczorami ślęczał nad iPadem.
W przerwach rozmowy obserwuję Yianniego. Jest zagadkowy. To i jego oczywista uroda mimowolnie przyciągają mój wzrok.
W niczym nie przypomina chłopaka sprzed lat, którego pamiętam jak przez mgłę.
Kiedy Perykles miesza drinki, próbuję wycisnąć z zakamarków umysłu wspomnienie o tamtym Yiannim. Zamieniliśmy raptem parę słów.
Jako jedyny nie powitał mnie wtedy w słynnym greckim stylu.
Staram się o tym nie myśleć, a jednak mnie to dręczy.
To wrażenie podobne do tego, gdy coś utknie między zębami i trzeba to wydłubać tak, żeby nikt nie zauważył. To coś, co nie daje mi spokoju i nie spocznę, póki się nie dowiem, co to jest. Kim on jest. Tylko tak będę się tu mogła skupić.
Popijam ciepłe już wino i zastanawiam się, czy Yianni pozostanie taką enigmą przez całe lato.
Teraz
Zmiana się kończy i wszyscy siadamy razem, aby omówić plany. Nareszcie. Na to czekałam. Na swoje miejsce na ziemi na następne sześć miesięcy.
Liczę, że pod koniec lata uda mi się zaoszczędzić na tyle, abym mogła przeznaczyć fundusze na coś własnego. Mam nadzieję, że do tego czasu dojrzeję do kolejnych kroków na drodze do swojego celu.
Zacznę od małych rzeczy – od miejsca, do którego ludzie będą mogli przyjść i cieszyć się wieczorem w spokojnej atmosferze. To będzie luksus dostępny dla wszystkich. Zachęcający, aby się trochę wystroić i choć na parę godzin uciec od rzeczywistości.
Taki azyl, do którego ja sama będę mogła uciec, pobyć pośród uśmiechniętych twarzy. To właśnie kocham w pracy w gastronomii – ludzkie uśmiechy. Radość z dobrego jedzenia i wykwintnej atmosfery.
Sama myśl o tym sprawia, że przechodzi mnie dreszcz. Muszę wreszcie spełnić swoje marzenie. Jeśli nie uda mi się do końca tego roku, nie uda mi się nigdy.
Kiedy wszystko zostało uprzątnięte i wyczyszczone, zbieramy się przy barze, mało widocznym z drogi. Yianni i Perykles łączą dwa kwadratowe stoliki i siadamy przy nich.
Wszyscy poza mną albo mają na sobie długie rękawy, albo narzucili coś lekkiego na koszulki. Jak widać, dla Greków łagodny chłód majowych nocy równa się zimnu. Dla mnie, po angielskiej mżawce, tutejszy klimat jawi się jako cudownie ciepły.
Okulary Hazel jak zwykle zsunęły jej się na czubek nosa. Taką ją od zawsze pamiętam. Tylko swoje jasne włosy upina teraz w inny sposób. Albo dotąd znałam wyłącznie jej wakacyjną wersję, a teraz jest przecież w pracy.
Wydaje mi się dziwne, że można traktować Anglię jako miejsce turystyczne, kiedy do wyboru jest taki raj. Ale co kto lubi.
– Jak już ustaliliśmy, będziemy ci wypłacać pensję pod koniec miesiąca. Do tego darmowe posiłki i pokój u nas. Nasz dom jest twoim domem, Ruby. Wiem, że praca jako maître d’hôtel sprawiała ci przyjemność, ale po długich naradach – wzrok ciotki Hazel powędrował nieznacznie w stronę Yianniego, ale wyłapałam ten ruch – uznaliśmy, że u nas zaczniesz od pracy za barem. Jeśli oczywiście ci to odpowiada.
– Idealnie! Cieszę się, że będę mogła pomóc.
Policzki Hazel drgają. Nie uśmiecha się, ale widać, że się odprężyła. Odchyla się na krześle i zmarszczki wokół jej oczu łagodnieją. Może się bała, że będę rozczarowana i chciała o tym porozmawiać, zanim zacznę pracę. Albo myślała, że będę się spodziewać stanowiska o równie wysokiej randze jak w poprzednim miejscu.
Niesłusznie się obawiała. Bardzo się cieszę, że po miesiącu, w którego trakcie czułam się totalnie bezużyteczna, znowu mam co robić – nieważne, na jakim stanowisku. Uwielbiałam być maître d’hôtel, ale zawsze miałam wrażenie, że dostałam tę pracę tylko dlatego, że szef chciał się ze mną przespać. Do głowy by mi nie przyszło, żeby pójść do łóżka z Charlesem. Fuj!
Potem, kiedy restauracja zaczęła podupadać, ja pierwsza zostałam zwolniona. To wydarzenie mocno zachwiało moją wiarą, czy uda mi się zdobyć własny lokal, a potem go utrzymać.
Hazel nie wie, jak wiele ten wyjazd dla mnie znaczy. Bo skąd miałaby wiedzieć? Nie miałam odwagi zwierzyć się komukolwiek, z obawy, że mogę ponieść porażkę już na starcie. Albo że skończę jak moi rodzice ze swoją piekarnią.
To jak wrzucenie monety do studni – jeśli wypowiem życzenie na głos, może się nie spełnić.
Perspektywa spędzenia całego lata z Hazel i Peryklesem, z możliwością zadawania im pytań o każdy szczegół funkcjonowania tawerny, jest ekscytująca. Dowiem się, czy zaciągnęli pożyczki na remont tego miejsca, czy dzierżawią lokal, czy są jego właścicielami. Tego mi właśnie trzeba.
Zrozumiałam, że w naszym życiu jest niewiele rzeczy, nad którymi mamy pełną kontrolę – o ile mamy jakąkolwiek. Marzenia do nich należą. Marzenia…
Tak czy owak muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby nauczyć się jak najwięcej. Pół roku w Grecji będzie do tego świetną okazją. Mam nadzieję, że przybliży mnie to o krok do spełnienia mojego wielkiego pragnienia.
Nie wyobrażam sobie, że miałabym być bezrobotna w Anglii. Myśl o wykorzystaniu resztki oszczędności mnie załamuje. Już i tak musiałam porzucić część swoich marzeń o przyszłości.
Dzięki darmowym posiłkom i zakwaterowaniu będę mogła zaoszczędzić zarobione pieniądze, jednocześnie przekonam się, czy daję sobie radę w takiej pracy. Za pół roku się okaże.
Albo będę w stanie założyć własną firmę, albo będę musiała wszystko jeszcze raz przemyśleć i prawdopodobnie zrezygnować ze swoich planów.
Teraz, kiedy już wiadomo, czym dokładnie będę się zajmować w Greckim Sekrecie, widzę, że Yianniemu wyraźnie ulżyło. Uśmiech co chwilę igra na jego pełnych wargach. Rzuca nawet kilka zabawnych uwag, gdy cała rodzina rozmawia przy drinkach. Obejmuje ramieniem swoją przyrodnią siostrę Natalię, drocząc się z nią na temat jej chłopaka.
Skąd więc te niedawne dąsy? Może uznał mnie za zagrożenie dla swojej pracy i bał się, że spóźnienie pogorszy sytuację? Może… Nie mogę już dłużej powstrzymać ziewania. Ten dzień był taki długi – przecież wstałam o świcie, żeby zdążyć na lotnisko.
Zbliża się północ i Hazel daje hasło, by się rozejść. Wszyscy wstają i zaczynają całować Yianniego na pożegnanie.
Z jakiegoś powodu sądziłam, że nadal mieszka w swoim domu rodzinnym. Ale nie ciągnę tej myśli, kiedy okrążam stół, aby także się z nim pożegnać.
– Dziękuję, że odebrałeś mnie dzisiaj z lotniska. I jeszcze raz przepraszam za zamieszanie – mówię.
Wzrusza ramionami, ale już bez tej niemiłej miny, którą miał wcześniej. Wydaje się bardziej wyluzowany. Jakby o wszystkim zapomniał.
Pochylam się, żeby cmoknąć go w policzek. Zarost łaskocze mi wargi.
Nie zamierzałam go tak pocałować. Całus miał być ulotny, czuły, ale formalny.
Zamiast tego moje usta dotykają jego policzka, a zapach ciepłych cytrusów i nuta spalonego drewna czarują moje zmysły.
Wbrew mojej woli coś rezonuje mi w piersi, pobudzone kontaktem z tym mężczyzną. Z muśnięciem jego warg, gdy w odpowiedzi na moment dotykają mojego policzka.
Odsuwam się z uśmiechem, niezdolna oprzeć się pokusie dyskretnego oblizania ust.
Słony posmak trwa na moich wargach.
Marszczę czoło, zaskoczona własną reakcją. Mój puls przyspiesza i rumieniec zakłopotania barwi mi policzki.
Wzrok Yianniego opływa mnie, kiedy każde z nas się cofa.
Unosi brwi i przeszywa mnie niepokój, że mógłby coś wyczytać z mojej twarzy.
Na szczęście tak się nie dzieje.
– Śpij dobrze, Ruby. Kalinikta – mówi tylko.
– Kalinikta, Yianni.
Wcześniej
Raz łosoś w cieście, raz małże w szampanie. Czy coś jeszcze dla państwa? – Zmuszam się do uśmiechu i marzę, aby ręce przestały mi drżeć.
Para ledwo mnie zauważa. Zgodnie kręcą głowami, nie przerywając rozmowy przy łagodnym blasku świec.
W całym lokalu panuje półmrok. Na ceglanych ścianach, pomalowanych na grafitowo, porozmieszczano w pewnych odstępach czarno-białe zdjęcia.
Kelneruję od czternastego roku życia. Ten dzień nie różni się od innych.
Obsługiwałam klientów w dyskretnie oświetlonych restauracjach i w jasnych kawiarniach. To nie powinno robić różnicy.
A jednak robi.
Teraz bardziej mi zależy. To mój pierwszy angaż poza rodzinnym hrabstwem Suffolk. Moja pierwsza poważna praca w wielkim Londynie.
Jeśli będę miała szczęście, może uda mi się awansować z kelnerki i zdobyć doświadczenie na różnych szczeblach restauracyjnej hierarchii.
Miejsce jest idealne. Gwarna restauracja w modnej dzielnicy Shoreditch z pewnością będzie lepsza niż mała kawiarnia w miasteczku targowym, w którym dorastałam.
Muszę się tylko skupić, a moja determinacja zrobi swoje.
Uprzejmie kiwam głową, choć para na mnie nie patrzy, i odwracam się, żeby odejść.
Nadciąga kolejny kelner, aby obsłużyć swój stolik. Sprawia wrażenie kogoś, kto zna własną wartość i potwierdza to wyglądem.
Nasze spojrzenia się spotykają, gdy spieszę z powrotem do kuchni.
To mój pierwszy dzień, ale mam wrażenie, że poznałam już wszystkich innych kelnerów. Poza nim. Zapamiętałabym go.
Dogania mnie i szepcze mi do ucha:
– Jesteś aktorką?
– Nie. – Usta mi drgają, kiedy staram się stłumić śmiech.
On się nie śmieje.
Ma poważną minę.
Idziemy razem do kuchni.
Ten piękny mężczyzna przygląda mi się – jawnie, wręcz bezczelnie.
Jeszcze tego mi trzeba! Wciąż mam tremę pierwszego dnia – napięcie, które nie opuszcza mnie, odkąd weszłam na tę salę – a on, nawet mnie nie znając, wyrokuje, kim mogę być.
– Więc może modelką? Tak, musisz być modelką. Nie wybiegową, ale reklamową, prawda?
– Pomyłka. Jestem kelnerką. – Nerwowo poprawiam czarną muszkę na szyi.
Wszyscy tutaj wyglądamy tak samo. Każdy musi mieć włosy zaczesane do tyłu i ułożone na żel. Nosimy też takie same uniformy.
Chociaż nie. Nie wszyscy wyglądamy tak samo.
On prezentuje się inaczej niż reszta. Na nim ten mundurek wygląda dobrze.
– A dlaczego nie wybiegową? – rzucam, starając się odbić piłeczkę. Nie, żebym uważała, że nadaję się na modelkę, ale ten facet nie musi o tym wiedzieć.
Razem wchodzimy do kuchni przez drzwi wahadłowe. Wita nas eksplozja gorąca i dźwięków. Syczenie patelni, bulgotanie wody i przekrzykujące się głosy. Uwielbiam towarzystwo. Ludzki gwar.
– Hej, ty, nowa! – woła Rob z drugiego końca sali.
Jego spocona czerwona twarz pochyla się nad jedną z wielkich skwierczących patelni.
Zostawiam faceta, który uważa mnie za modelkę, aby poszukać pocieszenia u swojego starego przyjaciela. Rob był tak miły, że załatwił mi tę pracę i mieszkanie. Jestem jego dłużniczką.
– Tak jest, szefie – melduję się.
– Nigdy, przenigdy nie umawiaj się z aktorem – ostrzega, zerkając ponad moim ramieniem. – Nawet jeśli jest apetyczny jak ten stek.
Mięso, obracane na patelni, syczy i skwierczy. Dym miesza się z parą, wypełniając pomieszczenie tłustymi wyziewami.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Jestem tu, żeby pracować. Żeby się uczyć. To wszystko.
Rob cmoka, kręcąc głową.
Ktoś krzyczy: „Serwis!” i wracam tam, gdzie powinnam być – pod oślepiającą lampę, jarzącą się nad chromowaną powierzchnią, która odbija palący blask prosto w moje oczy.
– Nie chodzisz po wybiegach, bo jesteś za niska – odzywa się chłopak, od którego dopiero co uciekłam. – Co nie znaczy, że nie wyglądasz olśniewająco. Ale na wybieg biorą tylko wysokie. – Jego pierś ociera się o moje ramię, gdy bierze talerz z lady, po czym obdarza mnie szerokim uśmiechem, uwydatniającym dołeczki w policzkach. – To pracowałaś w modelingu czy nie?
– Co to za pytanie? – Mimo zakłopotania chce mi się śmiać. – Nie, oczywiście, że nie.
– Wow. – Patrzy mi w oczy zdecydowanie za długo. A potem bierze talerze i znika.
– Nowa, ten sam stolik co Jonathan. Numer sześć. Dwa talerze suną do mnie po blacie.
Jonathan. Teraz znam imię tego tajemniczego faceta.
Biorę dania i spieszę do szóstki.
Kiedy podchodzę, Jonathan stawia dania przed gośćmi.
– Proszę, oto… – Zerkam na talerz trzymany w lewej ręce, nagle niepewna, na co, do cholery, patrzę.
– Suflet warzywny. – Jonathan wchodzi mi w słowo.
– To dla mnie – mówi z uśmiechem pulchna pani z idealnie narysowaną kreską na powiekach.
Stawiam przed nią talerz, a drugą potrawę serwuję jedynej osobie, która jeszcze czeka.
I zawracam z Jonathanem do kuchni.
– Dzięki – mówię.
– Nie ma za co, modelko. Chcę od ciebie tylko jednej rzeczy. Nie, jednak dwóch. – Przystaje przed drzwiami do kuchni.
– Tak, czego?
– Twojego imienia. I randki.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Rozdzial 1
Rozdzial 2
Rozdzial 3
Rozdzial 4
Rozdzial 5
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
