Prawie wieczór, wciąż jasno - Linea Maja Ernst - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Prawie wieczór, wciąż jasno ebook i audiobook

Linea Maja Ernst

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

78 osób interesuje się tą książką

Opis

ELEKTRYZUJĄCY DUŃSKI DEBIUT – OBOWIĄZKOWA WAKACYJNA LEKTURA!
Bo miłość jest właśnie tym czymś innym niż zwykłe przyziemne życie z pracą na etacie, dziećmi i w stałym związku, jest alternatywą dla życia, którego żadne z nas tak naprawdę nie chce.
Grupa przyjaciół z czasów studenckich postanawia spędzić siedem letnich dni w domku na duńskiej wsi. To okazja, aby pływać, opalać się, flirtować, czytać i spędzać razem czas jak dawniej. Co może pójść nie tak?
Kiedy Gry przyjeżdża z dziećmi, a Esben i Karen ogłaszają swój ślub, Sylvia zaczyna się zastanawiać, co stało się ze śmiałymi planami na życie, które snuli na studiach. Jej obawy podziela Pigwa, który jest gotów na szaleństwa, ale obecność dzieci wszystko zmienia.
Wśród przyjaciół pragnienia i niepokój mieszają się w równych proporcjach, a w miarę upływu tygodnia rozmowy oraz flirt nabierają intensywności, prowadząc do zaskakującego finału.
Czy przyjaźń jest silniejsza niż miłość? I jakie są granice między niewinnym flirtem a zdradą? I jak najlepiej żyć i kochać, kiedy się starzejemy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 255

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 22 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Małgorzata Klara

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Kun Til Navlen

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Edyta Stępkowska, 2026 Copyright © Linea Maja Ernst, Lindhardt og Ringhof Forlag A/S 2024

Książka została opublikowana przy wsparciu Danish Arts Foundation:

Redaktorka inicjującai prowadząca • Weronika Jacak

Marketing i promocja • Agata Gać

Redakcja • Magdalena Hildebrand

Korekta • Agata Piotrowska, Katarzyna Dragan

Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała

Łamanie • Grzegorz Kalisiak

Projekt graficzny layoutu serii i okładki • Ula Pągowska

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-94-4

Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

W SERII DZIEŁ PISARZY SKANDYNAWSKICHUKAZAŁY SIĘ DOTYCHCZAS:

Gun-Britt SUNDSTRÖM, Zostańmy przyjaciółmi, przełożyła Agata Teperek

Theis ØRNTOFT, Na tej ziemi, przełożyła Agata Lubowicka

Torborg NEDREAAS, Nic nie rośnie w blasku księżyca, przełożyła Karolina Drozdowska

Auður Ava ÓLAFSDÓTTIR, DJ Bambi, przełożył Jacek Godek

IIda TURPEINEN, Żywe istoty, przełożył Sebastian Musielak

Helga FLATLAND, Pogłos, przełożyła Karolina Drozdowska

Pedro GUNNLAUGUR GARCIA, Płuca, przełożył Jacek Godek

Tarjei VESAAS, Ptaki, przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak

Maria TURTSCHANINOFF, Mokradła, przełożyła Agata Teperek

Mia KANKIMÄKI, Kobiety, o których myślę nocą, przełożyła Iwona Kiuru

Roy JACOBSEN, Niegodni, przełożyła Iwona Zimnicka

Karin SMIRNOFF, Wracam do domu, przełożyła Agata Teperek

Carl Frode TILLER, Ucieczka, przełożyła Katarzyna Tunkiel

Nina WÄHÄ, Babetta, przełożyła Justyna Kwiatkowska

Karin SMIRNOFF, Jedziemy z matką na północ, przełożyła Agata Teperek

Tarjei VESAAS, Wiosenna noc / Zamek z lodu, przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak

Tommi KINNUNEN, Powiedziała, że nie żałuje, przełożył Sebastian Musielak

Roy JACOBSEN, Anneliese PITZ, Człowiek, który kochał Syberię, przełożyła Iwona Zimnicka

Helga FLATLAND, Ostatni raz, przełożyła Karolina Drozdowska

Karin SMIRNOFF, Pojechałam do brata na południe, przełożyła Agata Teperek

Nina WÄHÄ,Testament, przełożyła Justyna Czechowska

Kjell WESTÖ,Niebo w kolorze siarki, przełożyła Katarzyna Tubylewicz

Roy JACOBSEN, Tylko matka, przełożyła Iwona Zimnicka

Knut HAMSUN, Szarady, przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak

Laura LINDSTEDT, Oneiron, przełożył Sebastian Musielak

Roy JACOBSEN, Oczy z Rigela, przełożyła Iwona Zimnicka

Stig DAGERMAN, Poparzone dziecko, przełożyła Justyna Czechowska

Auður Ava ÓLAFSDÓTTIR, Blizna, przełożył Jacek Godek

Jonas T. BENGTSSON, Życie Sus, przełożyła Iwona Zimnicka

Roy JACOBSEN, Białe morze, przełożyła Iwona Zimnicka

Karen BLIXEN, Pożegnanie z Afryką, przełożyli Józef Giebułtowicz i Jadwiga Piątkowska

Carl Frode TILLER, Początki, przełożyła Katarzyna Tunkiel

Helga FLATLAND, Współczesna rodzina, przełożyła Karolina Drozdowska

Roy JACOBSEN, Niewidzialni, przełożyła Iwona Zimnicka

Dzień 1

Sylvia siedzi na tylnej kanapie. Bez przerwy się wierci, zmienia pozycję, opiera stopy na fotelu kierowcy. Uszy Charlie, tak delikatne, że niemal przeźroczyste, pod słońce stają się różowe jak muszelki. Sylvię szalenie to pociąga. Dużym palcem łaskocze Charlie po płatku ucha.

Charlie czule ściska stopę Sylvii.

– Lepiej usiądź normalnie.

Sylvia uważa, że w lesie nie powinny obowiązywać zasady ruchu drogowego, ale do pewnego stopnia się podporządkowuje, siada ze skrzyżowanymi nogami, czuje, że majtki jej się przekrzywiły, więc rozpina spodenki, wkłada rękę do środka i je poprawia. Czubkiem palca przyciska wargi sromowe, wsuwa go pomiędzy nie, aż bawełna wraca na właściwe miejsce. Unosi dłoń do twarzy, od zawsze lubi ten zapach, trochę morski, trochę biały, trochę kwitnący.

Czytała gdzieś, że użyty jak perfumy, działa niczym afrodyzjak.

Rozsmarowuje go sobie za uszami, przeczesuje palcami włosy, mierzwi je chwilę.

Za oknami przesuwa się zielona ściana drzew. Kończy się asfalt i wjeżdżają na szutrową drogę. Letnie światło przygasa. Jadą przez starszą część lasu. Zbliża się noc świętojańska, zewsząd napiera soczysta bujna zieleń. Kostropate buki, lśniące mchy, potężne wykroty ze sterczącymi korzeniami, sosny, buki o wielu pniach, wszystkie wyciągają korony ku górze, ponad leśną drogą, konary odbijają się w masce samochodu w kolorze bakłażanu. To stare Volvo, poobijane i już dawno w wieku emerytalnym. Charlie nie chce się go pozbyć ze względów sentymentalnych.

„Nigdy nie chciałaś zrobić prawa jazdy?” – Potrafi czasem spytać i wtedy Sylvia tłumaczy, że jest zbyt roztargniona, zdarza jej się całkiem odpłynąć, a do tego łatwo wpada w panikę i wymachuje rękami, co przestaje być urocze, gdy właśnie się kogoś potrąciło podczas skręcania w prawo.

Charlie prowadzi pewnie. Dłonie trzyma na kierownicy. Sylvia nie może się na te dłonie napatrzeć. Nie może się powstrzymać, żeby nie myśleć o tym w kategoriach charakterologicznych, że posiadanie prawa jazdy jest butch, że jest oznaką dorosłości, a w każdym razie tego, że się ma wszystko pod kontrolą. Mimo że tu, na prowincji, w Himmerland prawo jazdy jest po prostu czymś, co ma każdy. Ale akademicy z dużych miast starzeją się inaczej.

I wydaje im się, że najróżniejsze kwestie praktyczne, jak chociażby prawo jazdy, stanowią fascynujące manifestacje indywidualnych cech charakteru.

O sobie z kolei myśli jak o typie pasażerki. Lubi być wożona, cieszy się, że Charlie zawsze chętnie po nią przyjeżdża.

Charlie, która jest jak dom, jak skała lśniąca w słońcu. Ich oczy spotykają się w lusterku wstecznym. Te jej oczy, zielone jak mech. Charlie się uśmiecha.

– Jesteś zmęczona?

– Nie, cieszę się! Sto lat nie widzieliśmy się wszyscy razem.

– Powiedz mi jeszcze raz. Co to za letni domek?

– Gajówka – poprawia ją Sylvia. – Należy do rodziców Karen.

Charlie patrzy przed siebie i znów się uśmiecha.

– A co to właściwie jest gajówka?

– No... w sumie to nie wiem.

Charlie się śmieje.

– W każdym razie brzmi bardzo romantycznie i bardzo konkretnie, i naprawdę mi się podoba! – Sylvia próbuje się bronić.

– Twoi znajomi oczywiście nie mogliby się spotkać w zwyczajnym domku letniskowym – komentuje Charlie z uśmiechem i wrzuca kierunkowskaz na pustej leśnej drodze. – Oni też są bardzo romantyczni i konkretni, i potrafią się tak precyzyjnie wysławiać.

– A do tego są mili! – dodaje Sylvia.

– Tak, mili też są.

Sylvia wie, że spotkania z jej znajomymi bywają dla Charlie stresujące.

– Jesteś ze mną – przypomina jej.

Esben i Karen czekają na nich na miejscu. Domek stoi nad jeziorem w środku lasu. Telefon Charlie zaczyna wariować, internet jest słaby, a leśne drogi zaniedbane.

Gry też już jedzie, musi być gdzieś w pobliżu.

– Jak to właściwie jest? Zawsze się przyjaźniliście? Na studiach też? – pyta Charlie.

– Na początku trzymałam się głównie z Esbenem i Karen. Potem zaprzyjaźniłam się z Pigwą. W ostatnich latach Karen i Gry zaczęły się częściej spotykać, są na podobnym etapie życia. Obie mają prawdziwe dorosłe prace i są w dorosłych związkach.

Charlie znów zerka na nią w lusterku.

– Ale przede wszystkim jesteśmy naprawdę dobrymi przyjaciółmi – podsumowuje Sylvia z uśmiechem.

Jadą od kilku godzin. Wyjechały z Kopenhagi w południe, a teraz dochodzi wieczór, chociaż nadal jest jasno. To Gry ustaliła program, dała wszystkim znać ze sporym wyprzedzeniem i zaproponowała, żeby postarali się dotrzeć na miejsce tak, żeby wspólnie zjeść wczesną kolację. Tak jest prościej ze względu na dzieci.

Sylvia wolałaby się spotkać bez dzieci i sztywnych godzin na jedzenie i spanie, ale cieszy się, że wkrótce będzie mogła objąć swoich przyjaciół. Że zobaczy Esbena. Lubi osobę, którą się przy nim staje.

Charlie odchrząkuje.

– Dobra, widzę jezioro. Lepiej obudźmy Pigwę.

Bo Pigwa większość drogi przekimał obok Sylvii, z głową opartą o szybę. Kiedy po niego przyjechały, przeprosił, wyjaśnił, że ma kaca po wczorajszym, wyglądał jak trup, a na policzku miał resztki niebieskozielonego brokatu, który teraz połyskuje w wieczornym słońcu. Wczoraj poszedł w miasto i o świcie kąpał się w morzu z grupką nowych znajomych. Wszystko zaczęło się jednak od wieczorka poetyckiego. Wolałby wyjechać trochę później, ale był dzielny i z początku udawało mu się nie zasnąć, a nawet zamienić z nimi parę słów. Za to począwszy od Fionii, spał jak zabity. I gdzieś pomiędzy ziewaniem a przysypianiem, kiedy im streszczał miniony wieczór, zdążył jeszcze powiedzieć, że poznał najpiękniejszego mężczyznę, jakiego w życiu widział, Cosmosa, lecz ich zażyłość nie wyszła, niestety, poza uścisk ręki. Potem zasnął głęboko. Sylvia podziwiała w nim to, jak szybko potrafił się zadurzyć w kimś nowym i jak łatwo przychodziło mu potem o tym kimś zapomnieć.

Skręcają i teraz wąska leśna droga, poszatkowana korzeniami i miękka od grubej warstwy igliwia, prowadzi ich na drugą stronę półwyspu wcinającego się w jezioro. To prawdziwa głusza. Wokół niebieskawe sosny. Wąski pasek plaży nad jeziorem, piaszczyste dno przebija spod czystej wody. Palenisko.

Parkują przy brzegu jeziora. Sylvia odwraca się i dotyka kolana Pigwy, który budzi się, unosi ramiona do uszu i kuli się w sobie.

Jest i gajówka. Pośród brzóz, dokładnie w miejscu, gdzie las staje się lasem. Pomalowana na czarno z kamiennym fundamentem, dachem pokrytym grubą złocistą strzechą i z nasłonecznionym tarasem. Dom wygląda na stary i solidny, a sterczący z dachu komin sugeruje, że w środku jest kominek. Delikatności przydają mu liczne łukowe okna i drzwi na taras z białymi ramami. Wiatrołap porasta dorodna glicynia, której kwiatki zwisają jak zasłony, spod nich Esben entuzjastycznie macha im na powitanie i otwiera ramiona, i już wychodzi im naprzeciw. Są w jego ruchach pewna niezdarność, entuzjazm, ale i sztywność, jakby przełamywał nieśmiałość, uparł się, że będzie serdeczny. Nie sposób mu się oprzeć. Sylvia wyskakuje z auta i rzuca mu się w ramiona. Jego zarost, koszula, cienkie szorty. Niedawno zgolił włosy z głowy, odrastają ciemne, jak zawsze. Druciane oprawki okularów. W jej oczach Esben wygląda jak niemiecki poeta idealista z poprzedniego stulecia. On zresztą zawsze miał w sobie coś nieobecnego i romantycznego, jak paź z karty do tarota, młody książę z epoki feudalnej.

Ale teraz naprawdę jest tutaj, Sylvia poznaje jego sylwetkę, to, jak jego ciało rozluźnia się i kołysze lekko, kiedy stoją objęci. To nie jest gest uprzejmości, on naprawdę ją do siebie przyciska, a ona oddycha z nosem przy jego kołnierzyku.

– Jak dobrze cię widzieć!

Sylvia ostrożnie uwalnia się z jego uścisku i pozwala mu przywitać się z Charlie i Pigwą.

Kiedy ona, Charlie i Esben chwilę rozmawiają, Pigwa dochodzi do siebie pośród rozbuchanej przyrody. Mruga, lekko zaspany, i nagle krajobraz go obezwładnia. Wieczorne niebo jest jak czerwień w akwareli, na skraju lasu płoną maki i kiprzyce, trawa wydaje się taka miękka, że można w niej zalec gdziekolwiek. Tafla jeziora Madum, przejrzysta i nieruchoma, jest jak wodna polana otoczona brzozami, białymi strażniczkami, które moczą w niej swoje bazie. Listki na zwisających gałęziach drżą nieprzerwanie, są kurtyną, która chce się rozsunąć, werblami przed spektaklem.

Pigwa czuje, jak wzbiera w nim radosne wyczekiwanie. Będzie im tu cudownie. Mamy przed sobą cały tydzień, mamy las, jezioro, mamy siebie. Będziemy imprezować, opalać się, nakrywać wielki stół do wspólnej kolacji, siedzieć do późnej nocy i będziemy błyskotliwi i wspaniali, taki mądry i zabawny talk show do białego rana. Może będą się kąpać nago? Albo zrobią sobie leśny rave? Przywiózł w każdym razie kilka swoich szałowych strojów.

Przymierzali się do tego od kilku lat. Regularnie któreś z przyjaciół przypominało, że powinni się częściej spotykać. Pozostali przytakiwali, ale minęły trzy miesiące, pół roku. Pojawiły się kolejne dzieci, nowe obowiązki. Jeszcze jeden etat, kredyt hipoteczny. Wszyscy z czasem stali się mniej spontaniczni. Ale za to starsi i mniej niepewni siebie.

Zresztą.

W czasach studenckich nie był tak naprawdę częścią ich paczki. Nie tak do końca. Wtedy czuł, że nie jest jednym z nich jako osoba, którą jest w rzeczywistości. Dopiero teraz przeżywa swoją młodość, albo coś jeszcze lepszego, i chce się tym dzielić z pozostałymi.

Patrzy przed siebie na jezioro, czuje, jak inni podążają za jego wzrokiem.

Woda jest spokojna i fioletowa, zdumiewająco przejrzysta nad jasnym piaszczystym dnem, przy brzegu sterczy kępka białych wodnych kwiatków, od razu chciałoby się zanurzyć. Pigwa zamyka oczy.

Stoi tak przez chwilę i czuje: ta sceneria romantyzuje się sama.

W tym momencie Karen otwiera na oścież drzwi na taras, wychodzi na wieczorne słońce i wita się z przyjaciółmi. Macha do nich, ale nie rusza się z miejsca. To oni podchodzą do niej. Karen jak zawsze wygląda zjawiskowo. Długie elfie włosy, łabędzia szyja, kości policzkowe sięgające nieba. Z wiekiem jeszcze zeszczuplała, a mimo to stała się silniejsza. To ten rodzaj siły, który nie wymaga mięśni, a uwidacznia się właśnie w delikatności. Wygląda jak księżniczka, ale jest rycerką, twierdzą.

Pigwa instynktownie ma ochotę przed nią uklęknąć, nie jak ktoś w niej zakochany, lecz właśnie po rycersku. Człowiek czuje respekt przed jej urodą, godnością, przed ciepłym wieczornym słońcem, które ją odnajduje niczym projektor na scenie. Ale ona pomyślałaby, że się z niej nabija, Karen nie ma teatralnej duszy. Więc Pigwa po prostu ją obejmuje, a po nim obejmują ją pozostali. Obejmują się, bo właśnie takie powitanie przyjęło się w ich kręgu, egalitarne, amorficzne, ciała łączą się ze sobą platonicznie. Karen znosi to dzielnie, chociaż nie lubi przytulania, co Pigwa odnotowuje z satysfakcją. Możliwe, że jednak wolałaby, aby przyklęknął niczym giermek, o tak, zdecydowanie.

Karen trudno nazwać miłą, za to cechuje ją silne poczucie sprawiedliwości. Jest w niej pewna nieugiętość, coś jednoznacznie dobrego i trwałego. Pigwa do dziś pamięta, jak kiedyś w dniu jego urodzin pojechali całą ekipą na karuzele do Bakken. Wzruszyło go, że przyjaciele dostrzegli w nim ten dziecięcy rys, beztroską radość, że docenili wrzaski na karuzelach i palce tłuste od churrosów. W pewnym momencie stali w kolejce, on i Karen, bo tylko oni zdecydowali się wypróbować najstraszniejszą z atrakcji. Ona wprawdzie niespecjalnie się do tego paliła, ale nie chciała, żeby jechał sam. Pociągnął ją więc na koniec platformy do wsiadania, tam, gdzie zatrzymywał się ostatni wagonik. Wdzięczny za jej ofiarność, wytłumaczył jej całą dynamikę i dlaczego najfajniej jest siedzieć na samym końcu. Że wtedy spadek jest najostrzejszy i najgwałtowniej wywraca flaki. A ona słuchała i z powagą kiwała głową. Nagle minęła ich grupka nastolatków i wcisnęła się przed nich. On sam był skłonny ich przepuścić, powiedział sobie w myślach, że to w końcu tylko dzieci, poza tym tacy młodzi chłopcy, kiedy są w grupie, wydają mu się jednak trochę groźni, ale Karen się nie krygowała. „Hej!”, krzyknęła. „To my czekamy do ostatniego wagonika, nie wpychajcie się do kolejki”. Kochał ją za to, że wtedy zareagowała. Że nakrzyczała na tamte dzieci, że nawet w takiej sytuacji pozostała wierna swoim zasadom, a on znajdował się pod jej ochroną.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki