54,00 zł
Trzymający w napięciu dramat rodzinny o odpowiedzialności w dobie sztucznej inteligencji Sterowane przez AI auto rodziny Cassidy-Shawów zderza się z nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem. Za kierownicą siedzi niepełnoletni jeszcze Charlie, a obok niego jego ojciec Noah. Z tyłu nastoletnie Alice I Izzy wpatrują się w swoje smartfony. Ich matka Lorelei, jedna z najlepszych na świecie specjalistek w dziedzinie sztucznej inteligencji, jest całkowicie pochłonięta pracą. A jednak każdy członek tej rodziny skrywa sekrety, które czynią go współwinnym tego tragicznego wypadku. Aby uporać się z dylematami etycznymi i bolesnymi konsekwencjami, wyjeżdżają nad zatokę Chesapeake. Noah próbuje przywrócić rodzinną atmosferę, podczas gdy pozornie rutynowe śledztwo zagraża przyszłości Charliego. Alice i Izzy stają się dziwnie skryte, a kontakty Lorelei z Danielem Monetem, potentatem nowych technologii, który mieszka nieopodal, budzą podejrzenia o romans. Kiedy Charlie zakochuje się w nastoletniej córce Moneta, atmosfera zagęszcza się jeszcze bardziej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 384
Rok wydania: 2026
Data ważności licencji: 8/27/2032
Culpability
Copyright © 2025 by Bruce Holsinger
All rights reserved
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright © 2026 for the Polish translation by Paweł Cichawa
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Rodrigo Corral
Adaptacja okładki: Kinga Kosmalska
Zdjęcie autora: © Tom Cogill
Redakcja: Mariusz Kulan
Korekta: Iwona Wyrwisz, Julita Paprotna
ISBN: 978-83-68543-66-7
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]
www.soniadraga.pl
www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2026
Mówią, że to klątwa zwycięzcy: klasyczny dylemat w procesie przejęcia, gdy firma przejmująca przecenia wartość spółki docelowej, bo zawyża wartość jej aktywów i zaniża zadłużenie. Dziś widać to często w chwiejnym sektorze nieruchomości, ale branża wysokich technologii na takie zagrożenie jest podatna zawsze.
Sprawa, którą mam teraz przed sobą – dosłownie przed sobą, bo w formie roboczej notatki na moim laptopie rozpostartym między deską rozdzielczą a uniesionym kolanem, podczas gdy razem z rodziną mkniemy po autostradzie przez Maryland – dotyczy prostego połączenia dwóch firm z branży energii słonecznej. Nasz klient dał się ponieść emocjom podczas negocjacji i przyjął na wiarę naciąganą samoocenę mniejszej firmy, która mocno zawyżyła swoją atrakcyjność rynkową. (Okazuje się, że większość nabywców domowych instalacji fotowoltaicznych nie chce na dachu rzekomo klasycznych paneli w stylu art déco czy neogotyckim).
Teraz nasz klient ma pietra. Czuć zmianę tonu e-maili i narastającą niepewność podczas spotkań na Zoomie. Członkowie zarządu szukają powodów, żeby się wycofać, a ja mam za zadanie ich od tego odwieść, pokazując im, dlaczego rezygnacja byłaby poważnym błędem.
Dysponuję mocnym argumentem. Koszty związane z zerwaniem umowy i nieuchronnym procesem sądowym szybko przerosłyby zawyżoną wycenę spółki docelowej pomniejszoną o jej rzeczywistą wartość. Innymi słowy, nasz klient straci znacznie więcej pieniędzy, wycofując się, niż doprowadzając transakcję do końca – a ta różnica trafi bezpośrednio do kasy mojej kancelarii. Notatka na laptopie objaśnia ten niezręczny paradoks z retorycznym wyczuciem i odrobiną humoru.
Właśnie układam w myślach szczególnie finezyjne zdanie, gdy najeżdżamy na wybój w drodze, przez co laptop podskakuje na wystającej kości kolana. Łapię go, zanim spadnie, i kładę na udach, ale tam moje słowa rozmywają się w oślepiającym blasku słońca. Wracam więc do pierwotnej, mniej wygodnej pozycji z uniesioną nogą i piszczelą opartą o schowek na rękawiczki.
Charlie śmieje się z czegoś. Odrywam oczy od mojego finezyjnego zdania i zerkam na niego siedzącego w fotelu kierowcy. Natychmiast zapominam o rozdrażnieniu, widząc z profilu przystojną twarz mojego syna. Lewy łokieć oparł pod szybą, prawą rękę niedbale położył na podłokietniku w konsoli środkowej, nogi ma rozchylone, kolana daleko jedno od drugiego.
Charlie jest dziś de facto naszym kierowcą – nie tyle prowadzi, ile monitoruje podróż na tym odcinku drogi. Od sześciu miesięcy jeździmy minivanem SensTrek, ale przy włączonym trybie jazdy bez użycia rąk niektóre manewry samochodu wciąż mnie niepokoją: raptowne hamowanie, bezsensowna zmiana pasa, te dziwne i nieoczekiwane szarpnięcia kierownicą. Chyba jednak pojazd wie, co robi, a oddając mu kontrolę, zyskujemy pewną swobodę, choć zawierzamy nasze życie i zdrowie czemuś, co ukrywa się gdzieś za deską rozdzielczą. Zupełnie jak w starej pianoli, w której niewidoczny mechanizm poruszał klawiszami niczym duch.
W oczach Charliego wciąż tli się iskierka rozbawienia.
– Co tam?
Kręci głową.
– Tak sobie myślę.
– O meczu?
– Yhy.
– Madlax Capital, tak? Pierwsze spotkanie?
– To jutro. Dzisiaj Tristate.
– Nie zmiażdżyliście ich na Winter Classic?
– Ich bramkarz miał kontuzję. Koleś wymiata. Przechodzi do Michigan.
– Ach tak? – Uśmiecham się. Michigan. Uczelnia, która bezskutecznie próbowała pozyskać Charliego na trzecim roku. – Więc może spotkacie się w tym sezonie.
– Gramy z nimi w kwietniu. Na wyjeździe.
– Dacie radę. – W myślach zaczynam planować wiosenny wypad do Ann Arbor.
Cel dzisiejszej podróży jest znacznie mniej ciekawy: megacentrum sportu dzieci i młodzieży nad Atlantykiem we wschodniej części stanu Delaware. Ten turniej będzie zwieńczeniem młodzieżowej kariery Charliego, dlatego całą naszą piątkę oraz szesnaście innych rodzin, które znamy od lat, czeka chaotyczny weekend, bo będziemy kursować między zatłoczonym hotelem, boiskami turniejowymi i restauracjami sieciowymi na kolacje w większym gronie.
Już czuję, że będzie mi brakować tych szalonych turniejów. Świadomość, że ostatni występ Charliego spędzimy wspólnie, wywołuje przedwczesną nostalgię, tonowaną nieco przez ekscytację tym, co mogą przynieść kolejne lata. Połowa drużyny trafi potem do ligi uniwersyteckiej. Ale Charlie jest niekwestionowaną gwiazdą swojego zespołu, jednym z najwyżej ocenianych młodych zawodników w kraju, o którego zabiegają najlepsze uczelnie. Rok temu postanowił, że będzie grał w North Carolina; rozmawiał z trenerem na tarasie za domem, podczas gdy jego mama i ja czekaliśmy w środku pełni dumy, dziś podszytej melancholią. Za sześć krótkich tygodni Charlie wyjeżdża na zgrupowanie przed rozpoczęciem sezonu, a potem zaczyna pierwszy rok studiów, a my już teraz zaczynamy opłakiwać jego nieobecność.
Zapewne z wyjątkiem Alice. Ona nie zalicza się do największych fanów swojego brata. Przed wyjazdem znowu się pokłócili, tym razem poszło o przenośną ładowarkę do telefonu komórkowego, którą obydwoje uznają za własną.
Lusterko w osłonie przeciwsłonecznej odbija grube szkła okularów naszej starszej córki, teraz lodowoniebieskie od blasku wyświetlacza. Właśnie podnosi dłoń i ociera nos, zostawiając na policzku lśniący ślad smarka. Powstrzymuję odruch, żeby podać jej chusteczkę i zasugerować, że powinna choć na chwilę spojrzeć za okno. Wiem, że żadna tego rodzaju uwaga nie zostałaby mile przyjęta.
Przechylam osłonę, żeby zerknąć na Lorelei. Z brudnoróżowymi słuchawkami na uszach pisze coś w rozłożonym na kolanach notatniku. Podczas gdy ja wystukuję na klawiaturze rutynową notatkę dla klienta, Lorelei przygotowuje się do zaplanowanego na przyszły tydzień w Montrealu spotkania grupy roboczej na temat sztucznej inteligencji i kwantowego czegoś tam. Jej głowa porusza się w rytm łagodnych zakrętów drogi, brwi ma ściągnięte w skupieniu. Tak właśnie wygląda, gdy wpada w wir pracy – czy to w łóżku przed zgaszeniem światła, czy w samolocie podczas transatlantyckiego lotu: skupiona, wyciszona, nieobecna dla świata.
Podnosi wzrok, być może wyczuwając moje spojrzenie w wąskiej tafli lusterka. Odruchowy uśmiech, cienie pod nieumalowanymi oczami.
Lorelei pracuje za ciężko, zwłaszcza ostatnio. Od roku musi sprostać wymaganiom wyższym niż kiedykolwiek wcześniej w całej karierze, niemal destrukcyjnym. Jest zbyt zdeterminowana, zbyt gorliwa, zbyt chętna, by zadowolić wszystkich, którzy roszczą sobie prawo do jej ograniczonego czasu. Widzę, co nadmiar obowiązków z nią robi.
Lorelei wie, że się martwię, i uważa, że martwię się za bardzo. Nie zgadzam się z tym. (O tym też wie).
W lusterku puszcza do mnie oczko – nic nieznaczący gest, który ma mnie udobruchać – po czym jej wzrok znów opada na kolana.
Przesuwam lusterko, żeby spojrzeć na Izzy. Nasza najmłodsza rozkłada się na tylnej kanapie, przez co pas bezpieczeństwa ledwie muska jej ramię, filigranowa jak gołąbek. Zamiast się odwracać, wysyłam jej esemesa: „Popraw pas!” – i czekam na reakcję. Izzy siada prosto, podciąga pas na ramię i wesoło macha swoim iPhone’em do mojego odbicia w lusterku. Kilka sekund później na wyświetlaczu mojego telefonu pojawiają się trzy emotikony z kciukiem w górę, a za nimi serduszko.
W przeciwieństwie do swojej siostry Izzy będzie w siódmym niebie przez cały weekend. Warto zabierać ją na mecze choćby dla samej radości. Jako ulubiona siostra wszystkich kolegów Charliego z drużyny, niczym jednoosobowa grupa cheerleaderek połowę meczu spędzi, stając na rękach i robiąc fikołki przy linii bocznej albo wygwizdując złe decyzje sędziów.
Podnoszę osłonę przeciwsłoneczną i rozglądam się po drodze przed nami. Godzinę temu, kiedy opuszczaliśmy Bethesdę i przejeżdżaliśmy przez Bay Bridge, weekendowi plażowicze zakorkowali autostradę, ale teraz, na dwupasmówce przecinającej pola soi i kukurydzy na wiejskich obszarach Wschodniego Wybrzeża, jest już luźniej. Samochody pędzą z naprzeciwka, a te jadące z tyłu wyprzedzają przestrzegającego ograniczenia prędkości minivana. Nie śpieszymy się, face-off dopiero o siedemnastej trzydzieści. Wyjechaliśmy z dużym zapasem, żeby dotrzeć na rozgrzewkę – wtedy będę miał jeszcze czterdzieści minut, żeby dokończyć notatkę dla klienta.
Z westchnieniem kładę laptop na kolanach i przygarbiam się w fotelu. Wyświetlacz znów zastępuje drogę wijącą się przed nami.
Kiedy przekraczamy granicę stanu (szybkie spojrzenie przez okno pasażera: „Witamy w Delaware” z falistym motywem w dwóch odcieniach niebieskiego oraz dopiskiem u dołu: „Rodzinne strony byłego prezydenta Josepha R. Bidena Jr.”), notatka jest prawie gotowa. Za dziesięć minut wyślę jej szkic e-mailem do partnera zarządzającego, wypełniając tym samym ostatni obowiązek służbowy przed oficjalnym rozpoczęciem rodzinnego weekendu.
Przekrzywiam głowę przed wyświetlaczem, wpatrując się w ostatnie problematyczne sformułowanie, i nagle…
– CHARLIE, HAMUJ!
Alice krzyczy z tylnego siedzenia.
Lewa ręka Charliego chwyta kierownicę. Szarpie nią.
Z deski rozdzielczej rozlega się alarm.
Pisk opon.
Zderzenie.
Oślepiający wybuch w oczach i głowie.
Uczucie nieważkości.
Jeden obrót. Drugi.
Przerażający bezruch, gdy minivan wreszcie się zatrzymuje, jakimś cudem z powrotem na czterech kołach.
Zapach chemikaliów. Przytłaczający, intensywny.
Syczenie w silniku.
Jęk. Dyszenie. Jeden ostry krzyk.
W ciągu tych kilku sekund jestem świadomy, że zaraz będzie wypadek
że jest teraz
że właśnie był
Strzępy myśli wirują mi w głowie.
Potem nic.
Dzwoni mi w uszach. Jakby ktoś uderzył w gong tuż przy czaszce.
Charlie porusza się pierwszy. Głęboką ciszę w tle tego dzwonienia przerywa głuchy trzask odpinanego pasa bezpieczeństwa. Mój syn odwraca się na fotelu, żeby na mnie spojrzeć.
Z nosa kapie mu krew: cios poduszki powietrznej.
Poza tym obaj jesteśmy cali.
Przez nieskończenie długą chwilę wpatrujemy się w siebie. Patrzymy i patrzymy, i żaden z nas nie chce się odwrócić, bo odkryje, jakim echem ostatnie dziesięć sekund odbije się w całym naszym życiu.
Pierwszym obrazem, jaki widzę, kiedy się odwracam, jest zakrwawiona twarz mojej żony. Głowa Lorelei spoczywa nieruchomo między zgniecionymi drzwiami a siedzeniem, szyję ma ułożoną pod nienaturalnym kątem. Jej oczy, utkwione we mnie, mrugają w równym, świadomym rytmie.
Potem przesuwają się w prawo, na Alice.
Która jest nieprzytomna. Albo martwa.
Górna część ciała Alice przechyla się ku drzwiom. Oprawki jej okularów siedzą krzywo na nosie, wgniecione w oczodoły, a soczewki pokrywa pajęczyna pęknięć. Krew sączy się z rany ukrytej gdzieś pod jej włosami.
W głębi minivana Izzy zaczyna skomleć. Cienki, szczenięcy głos narasta, w miarę jak cichnie dzwonienie w moich uszach.
Wypycham swoje drzwi, wychodzę na zewnątrz, zataczam się, chwytam za klamkę drzwi przesuwnych, ale w ostatniej chwili zmieniam zdanie. Poraniona twarz Alice opiera się o szybę, na której rozmazały się krew i śluz. Otwierając drzwi, poruszyłbym jej głowę, jej szyję.
Wracam do kabiny, a tam Charlie próbuje przejść nad fotelem kierowcy na tył do matki i sióstr. Ale połowa dachu minivana zapadła się podczas koziołkowania, nie ma więc dość miejsca.
Charlie wycofuje się na siedzenie i zaczyna pchać swoje drzwi.
Przeciskam się między przednimi fotelami, kucam przy Lorelei i Alice. Słyszę własny głos. Brzmi, jakby mówił automat. Staram się udawać spokój mimo narastającej we mnie paniki.
– Mieliśmy wypadek. Wszyscy są cali? Mieliśmy wypadek. Starajcie się nie ruszać. Izzy, pomoc jest w drodze, będzie dobrze. Alice, słyszysz mnie? Alice? Mieliśmy wypadek. Lor, staraj się nie ruszać. Ty też, Alice. Alice? Hej, Alice!?
Z ust Lorelei wydobywa się jęk, Izzy zawodzi głośniej.
Alice się nie odzywa. Cisza.
Delikatnie chwytam jej lewą rękę. Czuję lepką skórę i gwałtowne pulsowanie w nadgarstku. Prawą ręką przyciska do brzucha swój telefon. Jej dłoń drży, kostki pobielały. Próbuję ukryć przerażenie przed Lorelei, lecz ona nie odrywa wzroku od Alice. Oczy ma nieruchome jak u manekina.
Wreszcie Charliemu udaje się otworzyć drzwi kopnięciem. W tej samej chwili do naszego samochodu podbiegają kierowcy, którzy po wypadku zjechali na pobocze. Słyszę, jak kilku z nich rozmawia z dyspozytorami numeru alarmowego.
Przez ten zgiełk przebija się ochrypły męski głos:
– Były dwa samochody. Ten drugi się zapalił.
Zerkam na koronkę pęknięć w szybie za Lorelei. Z pola soi po przeciwległej stronie drogi buchają kłęby dymu.
Charlie sięga do przycisku otwierającego klapę bagażnika. Jakimś cudem mechanizm wciąż działa. Klapa podnosi się automatycznie, pozwalając mu dostać się do Izzy ponad oparciem tylnej kanapy. Tył minivana mocno się zniekształcił, a wybrzuszona rama utworzyła kokon wokół jej poranionego ciała.
Teraz wyczuwam już zapach spalenizny zza drogi. Ostry, gryzący swąd.
– Tato, Izzy jest poważnie ranna – mówi Charlie. – I uwięziona. Noga jej utknęła.
Stara się uspokoić Izzy, a ja wyciągam rękę do Alice. Obmacuję jej ramię, sprawdzam, czy oddycha – i wtedy ona wydaje z siebie cichy jęk, dźwięk niczym cud. Pieśń życia.
Błagam ją, żeby nie zmieniała pozycji. Jęczy ponownie.
– Nie ruszajcie się – mówię stanowczo do Izzy i do Lorelei. – Nawet o milimetr. Ani ty, ani ty. Pozostańcie tak nieruchomo, jak tylko potraficie.
Kucam z rozpostartymi ramionami między przednim a tylnym siedzeniem, dłońmi dotykając ich poranionych ciał. Z tyłu pochyla się Charlie, który swoje silne ręce oparł na ramionach Izzy, żeby utrzymać ją w bezruchu i uspokoić.
Tak splątani czekamy.
Niebawem przyjeżdżają ratownicy w karetkach pogotowia oraz wozach strażackich. Przy użyciu maszyny o szczękach przypominających imadło członkowie ekipy siłą otwierają drzwi przesuwne i wydobywają z auta Lorelei oraz Alice, unieruchomiwszy im szyje. Lorelei może poruszać nogami i rękami, Alice zgina palce. Nogę Izzy owijają jakimś piankowym ustrojstwem, zanim wyciągną moją córkę na zewnątrz.
– Dziękuję wam – mówi do nich łzawym głosem. – Bardzo wam dziękuję. Bardzo.
Wkrótce moja żona i córki leżą obok siebie w równym szeregu na trawiastym pasie między poboczem a polem. Ratownicy opatrują rany, kocami termicznymi okrywają pacjentki, żeby zabezpieczyć je przed wstrząsem, przygotowują do transportu.
W pewnej chwili, gdy nosze z Lorelei znikają w karetce, Izzy mamroce coś do Charliego. Ten podchodzi do wraku minivana i wraca z czterema telefonami. Wręcza mi mój i Lorelei, pokazuje Izzy, że jej aparat jest bezpieczny. Ciężar urządzeń w dłoniach dziwnie uspokaja, normalizuje sytuację; są jak koc termiczny i łącznik z dawnym światem. Z czasami, które właśnie minęły.
Alice wciąż przyciska swój telefon do brzucha. Od wypadku ani na chwilę nie wypuściła go z ręki, nawet gdy była nieprzytomna. Ten telefon nigdzie się nie ruszy.
Na polecenie ratownika Charlie i ja wsiadamy do karetki Alice i tłoczymy się w kabinie obok kierowcy. Tymczasem pojazdy transportujące Lorelei i Izzy odjeżdżają z miejsca zdarzenia. Nasz powoli zawraca na drogę, dając nam wyraźny widok na samochód, który w nas uderzył: to Honda Accord, z maską i atrapą chłodnicy zgniecionymi w harmonijkę niemal do samej szyby.
Pożar, który ogarnął Hondę, został już ugaszony. Nad wrakiem unosi się pojedynczy, cienki strzępek dymu.
Z bolesnym ukłuciem smutku biorę dłoń Charliego, a on po raz pierwszy od lat pozwala mi ją trzymać w uścisku. Odrętwiały spoglądam w dół na nasze splecione palce, a potem z powrotem na miejsce zdarzenia. Służby ratunkowe zakryły już przednią szybę i drzwi Hondy brezentowymi płachtami, osłaniając w ten sposób znajdujące się w kabinie zwłoki.
Zastanawiam się, ile osób zginęło i kim byli. Młodzi czy starzy? Zastanawiam się też, kto ich kochał i czyja strata będzie po nich najdotkliwsza.
W drodze do szpitala wysyłam esemesa do siostry Lorelei. Piszę, co się stało i co wiem, włącznie z nazwą centrum medycznego w Dover, do którego zdążamy. Julia odpowiada natychmiast: „Już jadę. Daj znać, jak się czegoś dowiesz”. Obiecuje powiadomić braci, a oni roześlą wiadomość.
Na miejscu policja zbiera nasze zeznania w pokoju konsultacyjnym obok SOR-u. Mówią, że ze względu na ofiary śmiertelne dochodzenie może się przeciągnąć, a firmy ubezpieczeniowe zaangażują się w ustalenie odpowiedzialności i odszkodowań.
Niewiele się dowiadujemy o ofiarach w spalonym samochodzie. Jak mówi jeden z funkcjonariuszy, jechały nim dwie osoby, żadna nie przeżyła. Trwa weryfikowanie ich tożsamości, by można było poinformować najbliższych. Próbuję sobie wyobrazić reakcję na wiadomość o śmierci rodziny na autostradzie: smutek, niedowierzanie i gniew oraz towarzyszące im pytanie, kto zawinił, choć nie mam wątpliwości, że wypadek spowodował kierowca tego drugiego auta. Charlie zrobił, co musiał, gwałtownie skręcając kierownicę w ułamku sekundy. Samochód z naprzeciwka zjeżdżał na środek drogi, tłumaczy policjantowi mój syn, i Alice najpewniej też to zobaczyła, stąd jej przeraźliwy krzyk. Dlatego kwestia winy jest najmniejszym z moich zmartwień.
*
Julia wkracza do poczekalni trzy godziny po naszym przybyciu do szpitala. Przyjechała prosto z Filadelfii, gdzie pełni funkcję dziekana Wydziału Prawa na Uniwersytecie Pensylwanii. Przywozi ze sobą wsparcie braci. Obaj panowie Shaw są uznanymi lekarzami i na bieżąco monitorują stan Lorelei i dziewczynek. Ethan kieruje neurochirurgią w bostońskim Tufts Medical Center, Andrew pracuje na oddziale onkologii dziecięcej Kliniki Mayo. (Powtórzę: to właśnie taka rodzina). W ciągu kilku minut Julia łączy się z oboma na Zoomie i wspólnie przygotowują frontalny atak na personel medyczny tego małego szpitala.
Nawet w normalnych okolicznościach moja szwagierka potrafi być apodyktyczna. Jestem wdzięczny za jej obecność tutaj i za medyczne kompetencje braci Lorelei. Ochoczo pozwalam Julii przejąć komunikację, podczas gdy moja żona i dziewczynki przechodzą badania lekarskie, a później jadą na tomografię, opatrunki i nastawianie kości. O dziesiątej wieczorem wszystkie trzy leżą już poza SOR-em, w zwykłych salach.
Rozdzielamy się, żeby je odwiedzić. Julia idzie do swojej siostry, a Charlie i ja zaczynamy od Izzy, która doznała dwóch złamań lewej nogi, obu zamkniętych. Będzie musiała spędzić sześć do ośmiu tygodni w gipsie, ale obejdzie się bez operacji i drutów. „Dzięki Bogu za młode kości” – mówi ortopedka, wyświetlając mi zdjęcia rentgenowskie. „Szczęściara” – dodaje, a Izzy uśmiecha się słabo. Charlie siedzi sztywno przy łóżku, ściskając dłoń siostry.
Teraz idziemy do Alice. Ma rany szarpane, stłuczenia na twarzy i głowie oraz wstrząśnienie mózgu trzeciego stopnia z zaburzeniami przedsionkowymi. Tomografia nie wykazała złamania czaszki ani krwawienia śródczaszkowego, mówi neurolog (dodając obowiązkowe „Szczęściara!”), ale konieczna jest ścisła obserwacja przez dwadzieścia cztery godziny.
Alice dzieli dwuosobową salę z dziewczynką o imieniu Emma, która jest w wyraźnie gorszym stanie, bo co chwila traci świadomość. Nigdy się nie dowiem, jak doznała swoich obrażeń. Ojciec Emmy z ponurą miną zasuwa kotarę dzielącą łóżka, podczas gdy ja rozmawiam półgłosem ze starszą córką. Kiedy wychodzę, Alice już grzebie w telefonie, choć pielęgniarka ostrzegła ją, żeby na tydzień ograniczyła korzystanie z urządzeń elektronicznych. Tym razem nie przeszkadza mi, że się gapi w wyświetlacz. Pochylam się i szepczę słowa wdzięczności w jej splątane włosy, zaledwie kilka centymetrów od rany.
Na koniec Lorelei. Posiniaczona twarz, poważnie zwichnięta szyja, ale bez widocznego złamania kręgów szyjnych. Przez noc zostanie unieruchomiona, a przed wypisem zrobią jej jeszcze prześwietlenie kontrolne. Potem pięć tygodni w kołnierzu ortopedycznym i rehabilitacja.
Głowa mojej żony wygląda tak drobno w tej klatce unieruchamiającej, która zmusza ją, by patrzyła na świat jak więzień przez pionowe pręty – sześć punktów styku ciasno przylega do jej czaszki. Gdy pielęgniarka wacikiem odkaża skórę wokół podkładek, Lorelei zasypuje mnie gradem pytań o dziewczynki. Kiedy pielęgniarka wychodzi, pyta o drugi samochód. O zmarłych.
– Kim oni byli, Noah?
– Nie wiem – odpowiadam. – Dwie osoby. Policja powiadamia rodzinę.
– Boże.
– To straszne.
– Jak Charlie to znosi?
– Mało się odzywa. Ale jest roztrzęsiony.
– No jasne – mówi Lorelei. – Przecież to on prowadził.
– To nie była jego wina.
Mruga na mnie zza prętów swojej klatki.
– Szarpnął kierownicą, żeby uniknąć zderzenia – mówię. – Tamten samochód wjeżdżał na nasz pas.
– Widziałeś to?
– Alice widziała. Dlatego krzyknęła.
– Ale ty nie?
Już otwieram usta, by odpowiedzieć, gdy do sali wpada Julia, która właśnie ponownie połączyła się z braćmi. Szorstkie głosy mężczyzn trzeszczą z głośnika iPada, a w tle sączy się muzyka ich codzienności: skomlenie psa, trzask zamykanych drzwi lodówki, cichy brzęk kostek lodu w szklance. Wszystko takie zwyczajne.
– Macie cholernie dużo szczęścia – mówi Andrew do Lorelei.
Zastanawiam się, ile jeszcze razy przyjdzie nam wysłuchiwać opowieści, że los sprzyja naszej rodzinie. Bracia w oknach Zooma ani razu nie odzywają się do mnie. Z kąta sali obserwuję, jak rodzeństwo Lorelei dzieli się współczuciem.
Ustalamy z Lorelei, że ja przenocuję w pokoju Alice, Charlie u Izzy, a Julia u niej. Zanim odejdę od łóżka żony, ściskam jej dłoń. W naszym spojrzeniu jest wszystko, z czym przyjdzie nam się zmagać w nadchodzących tygodniach, miesiącach.
Ale jest też coś więcej. Wciąż unoszą się między nami jej pytania – o to, co Charlie zrobił, a czego nie zrobił, co ja widziałem albo czego nie widziałem w tym ułamku sekundy na drodze. Na razie jednak ten temat musi zaczekać.
Pochylam się, by pocałować Lorelei, wyszeptać słowa otuchy do jej małego ucha. Metalowa obręcz unieruchamiająca nie pozwala mi dotknąć jej skóry i pocałunek ląduje w powietrzu. Czuję, jak wzrok Julii wwierca mi się w plecy, gdy wychodzę z sali.
Na korytarzu po raz pierwszy od wielu godzin sprawdzam telefon. Wyświetlacz zalewają wiadomości na grupie rodziców z drużyny, od trenera Charliego, z mojej kancelarii. Przebijam się przez narastającą falę irytacji, niepokoju i wreszcie czystego przerażenia.
Gdzie jesteście?
Co, Charlie jest już za dobry na rozgrzewkę?
:) :)
Noah, tu trener Kev. Charlie będzie na meczu?
Wznowienie za pięć minut!!! Gdzie jesteście!?!?
Mam nadzieję, że wszystko u was w porządku.
Połowa, przegrywamy 8 do 4. Wszyscy się martwimy.
Proszę, daj znać.
Bez C. nas zmasakrowali. Oby mógł przyjść na jutrzejszy mecz!
Godzinę później:
O mój Boże, Noah. Ahmed właśnie rozmawiał z Charliem. Wszyscy cali?
Co z Lorelei i dziewczynkami?
Modlimy się za Waszą rodzinę, Noah.
Prosimy, daj znać, jeśli cokolwiek będzie Wam potrzebne. Naprawdę, cokolwiek.
Odpisuję na grupie i trenerowi, podając tylko suche fakty, po czym wyciszam powiadomienia.
W skrzynce e-mailowej czekają trzy wiadomości od Vivian Ross, partnerki zarządzającej w Fisher-Burkhardt. Nie wiedząc nic o wypadku, Vivian z narastającą natarczywością dopytuje się o mój list do klienta, który miałem przygotować do końca dnia – termin już minął. Odpisuję jej, wyjaśniając sytuację, i załączam link do tekstu, który jest prawie ukończony.
Gdy wiadomość wędruje w świat, pojawia się Julia. Prowadzi mnie korytarzem z dala od pokoju Lorelei.
– No dobrze, Noah. – Zatrzymuje się i odwraca, stając teraz naprzeciwko mnie. – Prowadził Charlie?
– Samochód był na autopilocie.
– Ale on przejął kierownicę?
– Tak. Z naprzeciwka jechało auto, które zaraz wjechałoby na nasz pas. Alice to zobaczyła i krzyknęła, Charlie złapał za kierownicę. To chyba wyłączyło autopilota.
– Czyli tamten samochód wjeżdżał na wasz pas?
– Tak.
– Ty też to widziałeś?
– Tak… To znaczy nie.
Przechyla głowę o kilka stopni.
– Siedziałem nad laptopem. Pisałem.
Oczy Julii zwężają się do szparek.
– Co takiego?
Chcę powiedzieć, że praca w samochodzie nie jest przestępstwem. Lorelei też pracowała.
– Ile lat ma Charlie? – ciągnie Julia. – Siedemnaście, prawda?
– Tak. Dwudziestego pierwszego ma urodziny.
– Dobrze. – Potakuje skinieniem głowy. – To nie gwarancja, ale dobrze.
– Dlaczego?
– Sam wiesz dlaczego.
Jej szorstkość zbija mnie z tropu.
– Takie sprawy nigdy nie są proste – mówi. – Następnym razem, gdy będziesz rozmawiać z policją, bądź ostrożny. Powściągliwy. Nawet jeśli nie dojdzie do sprawy karnej przeciwko Charliemu, mogą was z Lorelei pozwać cywilnie. Zawinione spowodowanie śmierci, zasada proporcjonalnego stopnia przyczynienia się do wypadku. Wytłumacz Charliemu, że nie ma obowiązku mówić policji niczego ponad absolutne minimum, które już ujawnił. Dasz radę?
Jakbym był dzieckiem. Jakbym był studentem pierwszego roku na jej wykładzie z prawa konstytucyjnego w Penn, a nie praktykującym prawnikiem.
– Tak, Julio, dam radę – rzucam przez zaciśnięte zęby.
– Dobrze.
Jej aprobujący uśmiech przypieka mnie do żywego. Moja szwagierka rzadko pozwala mi zapomnieć, że należy do arystokracji prawniczej. Jej zawodowe prztyczki są subtelne, być może nawet nieświadome. Kiedy przy świątecznym obiedzie pytam, jak w nawale pracy administracyjnej znajduje czas na nauczanie, ona rewanżuje się pytaniem, jak radzę sobie z papierkową robotą w ciągnącym się latami procesie o przejęcie. Jeśli wspomnę, że sprawę jakiejś fuzji prowadzimy wspólnie z elitarną kancelarią z najwyższej półki, to Julia nie omieszka poinformować, że razem z partnerem zarządzającym tej kancelarii była w redakcji prestiżowego „Yale Law Journal”.
Ale ta niechęć to coś więcej niż różnice zawodowe. Mówiąc wprost, Julia uważa, że nie jestem dość dobry dla jej siostry. Zresztą pozostałe rodzeństwo Shaw ma podobne zdanie, a ja sam łapię się czasem na tym, że przyznaję im rację. W mojej rodzinie jako pierwszy poszedłem na studia, i to w czasach, gdy nie był to powód do dumy, lecz fakt, który próbowało się ukryć. Dzieciaki Shawów pokończyły Yale, Stanford i Princeton, podczas gdy ja trafiłem na przeciętną uczelnię stanową w południowo-zachodniej Wirginii, czyli tak daleko od uniwersytetów Ligi Bluszczowej, jak tylko się da, nie licząc szkół policealnych.
Lorelei zawsze zachowuje się tak, jakby te różnice nie miały dla niej znaczenia. Julia – wręcz przeciwnie. Dla mojej bratowej jestem nieokrzesanym dziwolągiem. Traktuje mnie z odruchową protekcjonalnością, którą zdradza charakterystyczne uniesienie brwi i kąt zadarcia jej ładnego nosa. Jednak jeśli chodzi o prawo, Julia nigdy nie podważy mojego poczucia własnych kompetencji ani wartości w naszej wspólnej profesji. Do dziś czuję w kościach, ile mnie kosztowało dotarcie do miejsca, w którym jestem.
Mimo to ledwie dostrzegalne lekceważenie okazywane mi przez Julię zbyt często sprawia, że zaczynam kwestionować swoją zdolność oceny sytuacji, jakiś nieuchwytny aspekt mojego zdrowego rozsądku. Brak tej specyficznej wnikliwości uniemożliwia mi zrozumienie subtelniejszych kontekstów, dostrzeżenie prawdziwszego obrazu, choć wisi on tuż przed moimi oczami. Lorelei nie zdaje sobie sprawy z tych nieoczywistych napięć, ale ja zawsze czuję ich podskórną dynamikę. Teraz, gdy Julia poucza mnie o potencjalnych komplikacjach prawnych, napięcie narasta, a jego nowa siła jest potężna i być może niebezpieczna, choć jeszcze nie dostrzegam, w jaki sposób.
Wpada do nas rzeczniczka praw pacjenta, sympatyczna kobieta nazwiskiem Lorna Wei. Pyta, jak personel traktuje moją rodzinę, a ja odpowiadam, że jesteśmy więcej niż zadowoleni z opieki medycznej i sposobu traktowania. Proponuje nam konsultację z psychologiem rodzinnym.
– Naprawdę sądzi pani, że to konieczne? Wszyscy radzą sobie dobrze.
– Nigdy nie wiadomo – odpowiada, wymachując dłonią. – Państwa rodzina przeżyła koszmar.
– Czyli co, zaleca pani terapeutę od traumy?
– Poczucie winy ocalałego jest bardzo częste w przypadkach, gdy giną inni ludzie, Noah. Pojawia się przeświadczenie, że to mogliście być wy. Przekonanie, że tylko dzięki łasce Bożej uniknęliście śmierci.
Tak, właśnie to uczucie. Już je znam, jest jak nowy, ekscytujący towarzysz.
Lorna obserwuje mnie uważnie.
– Z tego, co mówi mi personel szpitala, wynika, że naprawdę mieliście mnóstwo szczęścia.
– Tak słyszałem.
Wręcza mi wydruk z nazwiskami oraz danymi kontaktowymi kilkunastu terapeutów rodzinnych z przedmieść Marylandu. Mówi, że zajrzy do nas jeszcze przed wypisem, po czym po krótkim uścisku dłoni wstaje i energicznie odchodzi.
Następnego ranka, po bezsennej nocy spędzonej na krześle w pokoju Alice, stoję w kolejce w bufecie, gdy mój wzrok pada na stos gazet: „The News Journal”, lokalny dziennik z Delaware. Nagłówek nad linią złożenia krzyczy o naszej tragedii.
PIĄTKA SZCZĘŚCIARZY OCALAŁA Z WYPADKU, DWIE OFIARY ŚMIERTELNE NA MIEJSCU
Kupuję egzemplarz razem z kawą i siadam przy stoliku. Mdli mnie, a w gardle czuję rosnącą gulę. Rozkładam pierwszą stronę i przebiegam wzrokiem szczegóły: „małżeństwo zginęło w wypadku samochodowym w piątkowe popołudnie… do zdarzenia doszło na drodze stanowej nr 57 w pobliżu Whiteleysburga… ranni zostali przewiezieni do szpitala Bayhealth, kampus Kent… na miejscu interweniowały policja stanowa Delaware, straż pożarna i ratownictwo z hrabstwa Kent oraz biuro szeryfa… w dochodzenie zaangażuje się też Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu Drogowego (NHTSA)…”
Władze zdążyły już zidentyfikować ofiary oraz powiadomić najbliższych. Zmarli to Phil i Judith Drummondowie, emerytowana para wracająca Hondą Accord do Harrisburga w Pensylwanii po tygodniu spędzonym z dziećmi i wnukami w Dewey Beach. Znów mam przed oczami te płomienie, dym, a potem plandeki rozłożone na spalonym wraku, gdy go mijaliśmy.
Drummondowie stali się statystyką wypadkową na prowincjonalnej drodze w Delaware. A moja rodzina będzie żyć dalej. W komplecie.
Nagłówek mówi wszystko.
Jesteśmy piątką szczęściarzy.
Obrażenia sprawiają, że nasz powrót do domu jest niezręczny i pełen napięcia, wszystko wypada z rytmu. Izzy zmaga się z kulami, a Alice z zawrotami głowy, podczas których ucieka do zaciemnionego pokoju, skarżąc się na głośność telewizora i tupot Charliego na schodach.
Lorelei nie cierpi swojego kołnierza ortopedycznego. Z jej ściśniętego gardła wydobywają się westchnienia i jęki, ilekroć próbuje wrócić do codziennych zajęć poirytowana tym ograniczeniem. Często zastaję ją w kuchni albo w naszej sypialni, jak stoi twarzą do ściany z ponurym wzrokiem wbitym w jeden punkt.
Charlie zaczyna wychodzić z domu późno wieczorem. Pewnej nocy przyłapuję go, jak wchodzi do kuchni z przekrwionymi oczami, ewidentnie ujarany, z oddechem cuchnącym piwem. Wrócił Uberem, więc nie robię mu o to awantury, a Lorelei nic nie mówię. Wściekłaby się, zaczęła wypytywać, skąd wziął trawkę, i cytowałaby artykuły o marihuanie zaprawianej fentanylem. Mnie bardziej niepokoi kondycja syna. Przedsezonowe treningi na uczelni zaczynają się w połowie sierpnia, a Charlie coraz bardziej zaniedbuje swoje ciało. Powtarzam sobie, że muszę z nim o tym pogadać, ale dostrzegam też jego kruchość i poczucie winy, przez co moje zwykłe dążenie do unikania konfrontacji sięga zenitu.
Martwię się, że ten marazm osiądzie z nami na stałe jak smog, a my wciąż będziemy się czaić po kątach, liżąc niewidzialne rany.
Szóstego wieczoru, kiedy Charlie znów wyszedł z domu, Lorelei ogląda z dziewczynkami film, jakąś disnejowską produkcję. We trzy robią z kanapy ciepłe gniazdo: Alice opiera stopy na kolanach Lorelei, a Izzy siedzi na podłodze między nogami mamy, aby ona mogła ją czesać. Ta scena budzi we mnie wspomnienie z miesiąca miodowego, kiedy bite dwa dni spędziliśmy w gwatemalskim szpitalu dla zwierząt, dotrzymując towarzystwa rannemu psu. Lorelei znalazła go na ulicy niedaleko naszego hotelu. Zanim dotarłem z kulejącym przybłędą do kliniki, moja świeżo poślubiona żona już zapłaciła z góry za operację, leki i tydzień pobytu. Potem przesiadywała na wybiegu całymi godzinami, przeczesując palcami sierść znajdy i za nic nie chciała odejść od jego boku. Zauważyłem, że Lorelei czerpała z tej bliskości tyle samo ukojenia, co pies. Podobnie robi teraz, szukając fizycznego ukojenia w kontakcie z naszymi córkami.
Kiedy wracam godzinę później, dziewczynki śpią. Napisy końcowe dawno przeleciały i ekran świeci jednostajnym błękitem, ale szczotka Lorelei wciąż przesuwa się po włosach Izzy w tym samym rytmie co wcześniej: szur… szur… szur po skórze głowy naszej córki. Poza tym w salonie panuje cisza. Lorelei patrzy przed siebie w ekran, ani razu nie mrugając.
Zaniepokojony, omijam gips Izzy i nachylam się nad żoną, kładąc dłoń na jej ręce, by ją powstrzymać. Wzdryga się, nagle znów obecna tu i teraz, w naszym domu, choć w jej spojrzeniu czai się niepokój, błyska to dawne przerażenie. Oboje wiemy, co oznaczałby nawrót.
*
Odwiedzamy terapeutkę o nazwisku Amy Levinson, którą jeszcze w szpitalu poleciła nam Lorna Wei. Dzieci narzekają, choć wszyscy lubimy doktor Levinson i jej delikatnie oświetlony gabinet z głębokimi kanapami i pudełkami chusteczek, które delikatnie popycha w naszą stronę. Pierwsza sesja przypomina ciepły słowny uścisk, który mówi nam, że wszyscy jesteśmy wyjątkowi, że radzimy sobie wspaniale i że choć jesteśmy również w strzępach, wszystko będzie dobrze.
Chcemy jej wierzyć. Lorelei umawia drugą sesję grupową dla rodziny i indywidualną dla siebie.
W domu stąpam jak po kruchym lodzie, boleśnie świadomy, że wyszedłem z tego bez szwanku. Ani zadrapania, nawet krew z nosa mi nie poleciała. Wykorzystałem kilka tygodni zaległego urlopu, żeby na miejscu wszystkim się zająć. Zaczynam myśleć, że to był błąd i rozsądniej byłoby wrócić do biura.
Co ciekawe, to właśnie Alice wnosi słaby promyk nadziei. Pewnego popołudnia zastaję ją na kanapie w salonie, jak z determinacją przesuwa kciukiem po ekranie telefonu.
– Pamiętaj, że masz ograniczać czas przed ekranem – przypominam jej.
Przewraca oczami za zatłuszczonymi szkłami okularów.
– Do kogo tak piszesz?
Waha się.
– Do takiej jednej. Przyjaciółki.
– Naprawdę?
– Poznałyśmy się, kiedy byłam w szpitalu.
– Dziewczyna z twojej sali? Ma na imię Emma, tak? Co u niej?
Alice uśmiecha się szeroko do telefonu, ignorując mnie, choć ta wymiana zdań napawa mnie nadzieją. Minęło tyle czasu, odkąd Alice miała kogokolwiek choćby zbliżonego do prawdziwej przyjaciółki, że nawet wymianę esemesów z dziewczyną, którą ledwo zna, uznaję za znaczną poprawę.
Moment nie mógłby być lepszy. Alice znalazła własną formę pocieszenia w nowej znajomości, kimkolwiek jest ta obiecująca przyjaciółka.
Blair? Jesteś?
hej, kochanie. jak dziś z bólem?
kiepsko, mniej więcej tak samo jak wczoraj
ech… strasznie mi przykro <tuli>
dzięki
powolutku, dzień po dniu, jak to mówią
no ale to słabe
wiem. masz dziś w planach wyjść z domu?
raczej nie
powinnaś coś zaplanować, może basen? albo wolny spacer wokół bloku. no wiesz, witamina D i te sprawy
tak, może
i nie bój się odezwać. serio, o każdej porze. lubię, jak do mnie piszesz
naprawdę?
pewnie. a jak było u terapeutki?
w porządku. jest miła
powiedziałaś jej coś?
o czym?
no wiesz. o tym
nie było okazji
może następnym razem
może
a rodzice jak?
co z nimi?
powiedziałaś im już coś?
nie bardzo
może potrzebujesz jeszcze trochę czasu
chyba tak
pamiętaj, że rozmowa o takich rzeczach nigdy nie szkodzi. ale ja jestem stronnicza, lol
lol, ale ty jesteś w tym naprawdę dobra
dziękuję bardzo <rumieni się>
dzięki, B
zawsze możesz na mnie liczyć, Alice
W drugi wtorek po powrocie do domu, kiedy opłacam rachunki w moim gabinecie, rozlega się dzwonek do drzwi. W progu stoi postawna kobieta o bladej, piegowatej twarzy i ostrzyżonych na jeża ogniście rudych włosach. Przedstawia się jako detektyw Lacey Morrissey z Policji Stanowej Delaware. Przyszła sama, ma ze sobą tylko tablet i klawiaturę Bluetooth.
Detektyw. Z Delaware.
Przyswajając te fakty, prowadzę ją do salonu. Siada na sofie. Ja zajmuję miejsce na skraju fotela z łokciami opartymi na kolanach.
Od wypadku minęło jedenaście dni, a w moim salonie siedzi detektyw z Delaware.
Morrissey mówi, że przejrzała szereg zeznań świadków i ma teraz kilka pytań uzupełniających. Pojawiły się wątpliwości dotyczące chwil bezpośrednio poprzedzających zderzenie. Musi porozmawiać z Charliem.
Jej ton jest rzeczowy, życzliwy, ale w mojej głowie natychmiast odzywają się ostrzeżenia Julii. W dniu wypadku rozmawiałem bez oporów z mundurowymi na miejscu zdarzenia i w szpitalu, nie widząc powodu, by powstrzymywać Charliego przed tym samym.
Teraz jednak włącza się we mnie prawnik. Informuję ją, że Charlie nie złoży żadnych dalszych wyjaśnień.
Policjantka patrzy mi prosto w oczy.
– Pańska żona została poważnie poturbowana. Chciałabym się dowiedzieć, czy pamięta zdarzenia bezpośrednio poprzedzające wypadek.
– Jak mówiłem, detektyw Morrissey…
– No i nasi funkcjonariusze nie mieli okazji porozmawiać z pańską starszą córką na miejscu zdarzenia. – Zerka na ekran swojego tabletu, przewija tekst. – Alice, tak?
– Tak.
– Ma czternaście lat?
– Trzynaście. Proszę pani, rozumiem, że wykonuje pani swoją pracę, ale policja ma już nasze zeznania, a poza Alice tylko Charlie i ja mogliśmy cokolwiek zobaczyć przez przednią szybę.
Policjantka podnosi wzrok.
– To nie do końca prawda, panie Cassidy.
– Co pani ma na myśli?
– Można powiedzieć, że w pańskim samochodzie był jeszcze szósty świadek.
– Doprawdy? Kto mianowicie?
– SensTrek firmy IntelliGen.
– Słucham?
– Sztuczna inteligencja. Państwa minivan ma… a właściwie miał bardzo zaawansowany system autonomicznego sterowania. Najnowocześniejszy na rynku. Czujniki rejestrują prędkość, wzajemne położenie pojazdów biorących udział w zdarzeniu, ruchy wewnątrz kabiny, reakcje kierowcy i wszystko inne.
– Rozumiem – mówię niepewny, czy te szczegóły powinny mnie uspokajać, czy raczej niepokoić. – Czyli będziecie korzystać z tych danych w śledztwie?
– Niesamowite, ile potrafią dziś powiedzieć samochody. – Detektyw rozmyśla na głos. – A najlepsze jest to, że ta sztuczna inteligencja nigdy nie prosi o adwokata!
Śmieje się głośno, od serca. Obraca się przy tym, zahaczając prawym łokciem o wazon stojący na stoliku. Porcelanowy przedmiot z połowy XX wieku, wysoki, ręcznie zdobiony motywami fiołków i winorośli – jedyna naprawdę piękna rzecz, jaką kiedykolwiek posiadałem, jak mawiała moja matka, wkładając do niego plastikowe kwiaty. Rozbity już wiele lat temu i sklejony przez Lorelei wazon teraz się chwieje na krawędzi blatu sekundy od spotkania z podłogą.
Ze zręcznością, która mnie zaskakuje, Morrissey wyciąga rękę, chwyta wazon za rant, po czym ostrożnie odstawia na stół i poklepuje przyjaźnie.
Kolejny etap śledztwa ma obejmować cyfrową kryminalistykę pojazdu, jak nazywa to Morrissey. To stosunkowo nowa dziedzina, która zajmuje się odczytywaniem zapisów obliczeniowych archiwizowanych przez coraz bardziej zaawansowane systemy nawigacyjne. W pionie kryminalistycznym struktur policji stanowej działa nawet cały zespół odpowiedzialny wyłącznie za analizę informatyczną pojazdów.
Czuję nagły irracjonalny przypływ wściekłości na SensTreka. To Lorelei wpadła na ten pomysł. Chciała się znaleźć wśród pierwszych użytkowników samochodu z najbardziej zaawansowanym systemem autonomicznej jazdy dostępnym na rynku. Kiedy kupowaliśmy to auto, traktowałem autopilota jako dodatkowy element bezpieczeństwa, coś w rodzaju bocznych poduszek powietrznych czy systemu ostrzegania przed niezamierzoną zmianą pasa. Lorelei od okresu dojrzewania zmaga się z nawracającym zaburzeniem obsesyjno-kompulsyjnym, a skoro dzięki AI miała poczuć się pewniej w nowym samochodzie, był to dla mnie wystarczający argument.
Jeśli jednak to, co mówi Morrissey, jest prawdą, ten sam system, który miał nas chronić, może zostać użyty przez policję jako dowód przeciwko Charliemu. Nasz minivan stał się wszechwiedzącym świadkiem, który wstrzymuje moją rodzinę dokładnie w chwili, gdy najbardziej potrzebujemy ruszyć dalej.
– Noah?
W przejściu do jadalni staje Lorelei. Jej twarz to wciąż kolaż sińców. Co prawda fiolety i czerwienie już bledną, ale wciąż wyraźnie odcinają się od bieli kołnierza ortopedycznego. Odpoczywała na górze, musiał ją jednak obudzić dzwonek do drzwi albo przytłumione odgłosy mojej rozmowy z policjantką.
Morrissey wstaje i się przedstawia.
– Czy zechciałaby pani odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących tego, co się wydarzyło w Delaware?
– Oczywiście – chrypi Lorelei. Głos ma osłabiony przez ucisk kołnierza na gardło.
– Lor, nie wiem, czy to… – Urywam w pół zdania, bo w głowie odzywa się ostrzeżenie Julii. Nie chcę, żeby moja odmowa współpracy wyglądała podejrzanie, jakbyśmy mieli coś obciążającego do ukrycia. Poza tym Lorelei i tak nie mogła widzieć nic istotnego. Siedziała bezpośrednio za Charliem, w dodatku z nosem wetkniętym w notes. W czym więc miałyby zaszkodzić jej zeznania?
Morrissey dostrzegła moją niepewność.
– Sama trafię do wyjścia po rozmowie z pańską żoną.
– Dobrze. – Wciąż niespokojny ruszam w stronę kuchni, po czym jeszcze się odwracam. – Rozumiem, że dochodzenie niedługo się zakończy?
Morrissey, teraz już niemal serdeczna, macha ręką.
– Och, to dochodzenie potrwa jeszcze długie tygodnie, panie Cassidy. Zawsze tyle trwa, kiedy są ofiary śmiertelne.
W 1967 roku brytyjska filozofka Philippa Foot sformułowała pytanie, które przeszło do historii jako „dylemat wagonika”. Jesteś motorniczym pędzącego bez kontroli tramwaju, który zbliża się do zwrotnicy. Na torze przed tobą stoi pięć osób, które zginą na miejscu, jeśli nic nie zrobisz. Na bocznym torze znajduje się jedna osoba, która zginie, jeśli przestawisz zwrotnicę. Bezczynność oznacza śmierć pięciu osób, podjęcie działania spowoduje śmierć jednej.
Co zrobisz?
Dylemat wagonika ilustruje typowy konflikt etyczny przy projektowaniu systemów sztucznej inteligencji, zwłaszcza tych na potrzeby technologii wschodzących, takich jak samochody autonomiczne, drony i inne potencjalnie śmiercionośne urządzenia. Projektanci i inżynierowie muszą w nich uwzględniać nieskończoną liczbę scenariuszy niosących poważne konsekwencje moralne.
Czy zabić starszego mężczyznę, czy narazić niemowlę? Czy ocalić ciężarną kobietę przestrzegającą przepisów, czy nastoletniego pieszego, który w niedozwolonym miejscu przechodzi przez jezdnię na tym samym skrzyżowaniu?
Abstrakcyjna dyskusja o takich przerażających wariantach to jedno. Zakodowanie ich w algorytmie trzytonowego SUV-a to coś zupełnie innego.
Gdy sztuczna inteligencja działa w realnym świecie, nawet etyk nie potrafi uciec z więzienia winy.
Lorelei Shaw, Silikonowe dusze. Kwestia winy sztucznych umysłów
W sierpniu, miesiąc po wypadku, wynajmujemy dom na półwyspie Northern Neck w Wirginii nad zatoczką odchodzącą od Chesapeake Bay. Spędziliśmy tam wakacje zeszłego lata i wszystkim nam bardzo się podobało. Lorelei znalazła ten dom dzięki kontaktom zawodowym, a teraz się dowiedziała, że będzie wolny, bo ktoś zrezygnował w ostatniej chwili. Podczas kolacji pewnego wieczoru proponuje, by pojechać tam ponownie. Rekonwalescencja postępuje powoli, nastrój rodzinny wciąż jest rozedrgany i ponury, a ja nie wróciłem jeszcze do pracy. Tydzień dekompresji może się okazać dokładnie tym, czego nam trzeba.
Wczesnym rankiem w niedzielę jedziemy tam wynajętym SUV-em. To Ford Explorer bez autonomicznego systemu jazdy. Nie rozmawialiśmy jeszcze o kupnie nowego auta, które miałoby zastąpić skasowanego minivana. Przypuszczam, że wciąż jest na to za wcześnie. Lorelei nie poruszyła tego tematu, więc ja też milczę.
W domu nad zatoką nie ma basenu, ale są kajaki i deski z wiosłami, w salonie stoi płaski telewizor oraz konsola Xbox. Tu i ówdzie wiszą półki z książkami, jest też szafka z grami planszowymi. Po kolacji wieczory z planszówkami na przeszklonej werandzie, partyjki kierek i remika. Desery lodowe z gorącą czekoladą i kąpiele w świetle księżyca przed snem.
Telefon Lorelei prowadzi nas do wiejskiego marketu, który zapamiętała z poprzedniej podróży. To spory kompleks ze sklepem spożywczym i działającym w sezonie pawilonem namiotowym. W to weekendowe popołudnie miejsce tętni życiem. Wczasowicze wypełniają alejki, sięgają do zamrażarek i opukują melony.
Rozdzielamy się, przebijamy przez rozgadany tłum i taszczymy łupy do kasy: chrupiące muszle do taco i mielona wołowina, kolby kukurydzy, brzoskwinie, czereśnie i śliwki, steki, makaron z serem, lody, sok pomarańczowy i lemoniada, chipsy z salsą, miejscowe krówki i świeże tarty z owocami leśnymi.
Potrzebujemy mleka sojowego i jogurtu, oznajmia Lorelei. I Lucky Charms, dodaje Izzy, wystawiając nas na próbę. Godzimy się na kilka opakowań śmieciowego jedzenia. Charlie namawia mnie na zgrzewkę White Claw.
Kolejny wypad po podstawowe produkty i dodatkowy alkohol. Zapełniamy trzy wózki i płacimy za wszystko. Dwadzieścia minut później docieramy do domu.
Wysiadamy z Forda i stajemy na żwirze, wsłuchani w pomruk silnika jakiejś motorówki, skrzek niewidocznej mewy i dźwięk cykad, nieustanny, terkoczący zgiełk, który narasta i cichnie. Bryza znad zatoczki i Chesapeake Bay jest słonawa i ciepła. Wnosimy wszystko do środka.
Na pierwszy rzut oka dom niewiele się zmienił. Parter rozpościera się w nowoczesnym, otwartym układzie od salonu, przez jadalnię, aż po kuchnię. Zauważam jednak, że w oknach w miejsce zeszłorocznych kraciastych zasłon zamontowano rolety. Wszystkie są opuszczone do połowy szyby, jakby ktoś precyzyjnie zmierzył odległość od parapetu. Widzę, że Lorelei to docenia.
Oboje wnosimy siatki z jedzeniem do kuchni, podczas gdy dzieci idą na piętro zasiedlić swoje pokoje. Charlie niesie torbę i kulę Izzy i trzyma się za siostrą, która na zdrowej nodze wskakuje na kolejne stopnie, opierając się na poręczy.
Lorelei lekko drży i prosi, żebym zwiększył temperaturę o kilka stopni. Kiedy dotykam termostatu w jadalni, na wyświetlaczu pojawia się komunikat:
„Poproś Calindę, żeby zmieniła temperaturę, albo naciśnij #, aby sterować ręcznie”.
– Kim jest Calinda? – pytam.
Lorelei podchodzi, żeby spojrzeć na wyświetlacz.
– Calinda, podnieś temperaturę do dwudziestu czterech stopni. – Polecenie jest wyraźne i stanowcze.
– Temperatura podniesiona do dwudziestu czterech stopni. Czy mogę w czymś jeszcze pomóc?
System przemawia kobiecym, naturalnym głosem z wyraźnym brytyjskim akcentem, nie jak automat. Rozglądam się po przestronnym parterze, próbując zgadnąć, jakie jeszcze funkcje mogą podlegać jego kontroli.
Mówię:
– Calinda, odsłoń okna do końca! – Strzał w ciemno.
Tym razem nie słychać żadnej odpowiedzi, ale Calinda wykonuje polecenie i parter się rozjaśnia, gdy rolety wędrują w górę.
– Włącz CNN. – Telewizor w salonie ożywia się i ryczy na cały regulator. – Wycisz! – Głośniki milkną. – Wyłącz go całkiem! – I ekran ciemnieje.
W kuchni naszego tymczasowego inteligentnego domu nalewam sobie kieliszek białego wina i proponuję to samo Lorelei, ale odmawia. Z góry dobiega tupot dzieci, a ja zajmuję się resztą zakupów. Chowam steki, mleko i jajka do lodówki, w szafkach znajduję miejsce na czipsy, krakersy, konserwy i filtry do kawy. Lorelei i tak poukłada to wszystko po swojemu, gdy tylko zostanie sama. Ustawi pudełka z płatkami na blacie według wysokości, a kartony mleka w lodówce według zawartości tłuszczu. Rozpakowuję jednak wszystko, żeby wiedziała, co ma do dyspozycji.
Patrzę przez kuchnię i widzę ją przy oknie, jak wpatruje się w wodę. Z wysiłkiem opiera dłonie o brzeg zlewu. Zerkam jej przez ramię. Niespełna pięćdziesiąt metrów dalej brodziec ledwie muska taflę wody, badając linię brzegową. Dalej, za ujściem naszej zatoczki, łódź rybacka tnie pianę na falach.
Lorelei wzdycha z lekkim drżeniem w piersi. Kładę dłoń między jej łopatkami, muskając koniuszkami palców kołnierz ortopedyczny. Otwarta dłoń, dotyk, pełen empatii gest bliskości zalecany przez doktor Levinson. Możei sztuczne, przyznała wesoło Levinson, czasem też wyda się wam dziwne, ale spróbujcie tego, gdy któreś z was złapie doła. Nie zaszkodzi, prawda? Nie potrzeba słów, wystarczy nacisk dłoni. Ten prosty, milczący gest ma mówić „Jestem tutaj”.
Sesje z doktor Levinson to moja pierwsza próba jakiejkolwiek terapii. Pochodzę z rodziny, której członkowie nie analizują siebie ani świata, a tego rodzaju rzeczy nie są częścią naszej kultury. Większość dorosłego życia spędziłem jednak, obserwując, jak Lorelei lawiruje między rafami: leki, psychiatrzy, grupy wsparcia, jeden poważny nawrót.
Potrzebuję twojej pewnej ręki, lubi powtarzać Lorelei. A ja łaknę twojego szaleństwa, mógłbym jej odpowiedzieć. Ta cała terapia to nowy, nieznany krajobraz. Uczę się znajdować drogę, badając po omacku jego wyboiste ścieżki.
Trzymam więc dłoń delikatnie przyciśniętą do sztywnych pleców żony, czując bijące od jej kręgosłupa gorąco i nagromadzony wokół jej wielkiego serca smutek. Wyobrażam sobie jej uporczywą melancholię jako rodzaj żółci, toksyczną, skrzepniętą ciecz. Pragnę ją wyssać niczym jad z rany po ukąszeniu węża.
Tętno Lorelei pulsuje pod moją dłonią. Czuję też rytm tego czegoś, co żyje teraz między nami i przywlekło się naszym śladem aż tutaj.
Woda w zatoczce jest gładka i spokojna, nieruchoma na tyle, by odbijać kalafiorowate kształty chmur. Dalej, za wąską cieśniną, ruch rysuje na jej powierzchni oszałamiające migotliwe wzory.
Stojąc na pomoście z kieliszkiem wina, wdycham to nasycone powietrze, smakując zatokę. Moje ramiona opadają, węzeł w żołądku się rozluźnia. Uważność, jak mówi doktor Levinson. Głębokie, spokojne wdechy. Ukojenie wody i słońca.
Jednak coś się zmieniło.
Kształty po mojej prawej i przy tamtej stronie zatoczki wyglądają znajomo. Wzdłuż zachodniego brzegu wyrastają trzy domy, między naszym a wejściem do zatoki. Najbliżej stoi parterowy bungalow z oszkloną werandą wychodzącą na wodę, dalej dwupiętrowy budynek z dwuspadowym dachem, na końcu, przy samej ostrodze, niski parterowy łączy się kładką z hangarem na łodzie – wszystkie drewniane elementy pokryte farbą w dyskretnym odcieniu morskiej zieleni.
Ale przeciwległy brzeg się zmienił. Wschodnia strona zatoczki należy do jednej posiadłości, jak się dowiedzieliśmy od sąsiada latem zeszłego roku. Ponad trzydzieści sześć hektarów, wielki dom ledwie widoczny z wody i prywatna buchta w zatoce.
