Krótka teoria ciemności - Sławek Niciński - ebook

Krótka teoria ciemności ebook

Sławek Niciński

0,0

Opis

Nieoczywiste, nietypowe i mroczne opowiadania. Od wzruszenia, do strachu, od złości, do samotności. Od wyjaśnienia, do... serii pytań o nas samych. Realizm psychologiczny przenika się z kryminałem, oraz nutką wired fiction, odsłaniając ukrytą, niepokojącą warstwę rzeczywistości. 

To lustro, w którym bardzo niechętnie chcemy się przeglądać... 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 170

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Sławek Niciński

Krótka teoria ciemności

opowiadania (nie)wszystkie?

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemach wyszukiwania ani transmitowana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób – elektroniczny, mechaniczny, za pomocą fotokopii, nagrań lub inny – bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

Naruszenie praw autorskich podlega odpowiedzialności przewidzianej w ustawie.

© Sławek Niciński, 2026

Seria nietypowych, mrocznych opowiadań z pogranicza realizmu psychologicznego, z zacięciem kryminalistycznym oraz… nutką wired fiction, odsłaniając ukrytą, niepokojącą warstwę rzeczywistości. To lustro, w którym bardzo niechętnie chcemy się przeglądać…

Rodzicom i Tobie

„Stosy z nas”

Stwierdziła, że pozbędzie się swojej matki. Na stałe.

Dojechała niemal do podnóża wzniesienia na Piłsudskiego — jadąc od 1 Maja kiedy część teatru eksplodowała. Widząc, że nie powinna, zawróciła za aresztem śledczym przy Kopernika, i podjechała do skrzyżowania.

W głębi, po lewej stronie, dostrzegła, że od teatru dramatycznego ognisty diabeł już zaczął hulać po mieście.

Nigdy już nie usłyszy zapalniczki.

Rozterki? Nie miała. Już nie miała.

Nie zawsze wina leży po stronie sprawcy.

Czasem wina leży po stronie ofiary.

Przygotowania do spektaklu trwały kwartał. Główną rolę nie tyle powierzono, ile za oczywiste uznano, że odegra Małgorzata. Ta Małgorzata, którą określano „Diwą Dramatycznego”. Dyrektor Jankowski tylko potwierdził automatycznie narzucający się wybór głównej roli kobiecej. W spektaklu będącym upamiętnieniem rocznicy śmierci, najważniejszą rolę musiała grać najważniejsza aktorka. Oczywiście; spektakl w założeniu miał być tyle dramatyczny, co kontrowersyjny.

Sztuka stanowić miała dwusetne upamiętnienie tragicznej śmierci Barbary Zdunk, uznawanej za ostatnią czarownicę w Europie, więzioną wiele lat w piwnicach ratusza, i po pokazowym procesie, spaloną na stosie. Barbara Zdunk stała się symbolem kobiety, karanej na wiele sposobów — włącznie ze zgodą na gwałcenie jej w więzieniu, w wyniku czego urodziła tam co najmniej dwoje dzieci. Rola i postać tragiczna.

Taką rolę podźwignąć mogła tylko Małgorzata Debbouze.

Doświadczenie na deskach teatru francuskiego; jej mąż — reżyser dzieł teatralnych — innej opcji nikt, kto wierzył w powodzenie tej sztuki nie brał pod uwagę. Małgorzata, jako jedyna, odtworzy ostatnią drogę i spalenie na stosie Barbary Zdunk. Snobistyczny światek teatralny — nie tylko olsztyński, rzecz jasna — oczekiwał na prapremierę sztuki, którą zaplanowano na 21 sierpnia.

Czyli w dzień, będący dokładną, dwusetną rocznicą spalenia na stosie Barbary Zdunk.

O biletach na prapremierę ze zwykłej sprzedaży można było zapomnieć. Zainteresowanie sztuką było tak duże, że nie dość, że spodziewano się rekordowej frekwencji, co jeszcze podjęto — pierwszą w historii Teatru Dramatycznego w Olsztynie — decyzję o dostawieniu dodatkowych krzeseł. Wymagało to oczywiście zgody strażaków, ale — to Teatr Dramatyczny.

Jankowski nie miał problemów z załatwieniem takich zgód, jakie były niezbędne. On miał swoje dojścia; a czego by nie dał rady załatwić, na pewno załatwiłaby Małgorzata „La Grande” Debbouze. W efekcie — normalnie scena duża mieściła 436 osób; a na tę prapremierę wydrukowano sześćset wejściówek.

Wszystkie imienne — więc tyle osób miało wejść na sztukę.

To dzięki Małgorzacie chodziły — całkiem prawdopodobne — plotki, że prapremierę swoją obecnością zaszczyci Minister Kultury, Jarosław Ignatjew. I, jak w każdej plotce pewnie i w tej tkwiło ziarno prawdy — w Olsztynie tajemnicą poliszynela było, że właśnie koło trzech miesięcy przed prapremierowym odegraniem sztuki „Stosy z nas” teatr odwiedzili przedstawiciele ABW.

Tylko oni mogli poruszać się czarnymi furgonetkami i osobówkami BMW na cywilnych tablicach. Przygotowania do wydarzenia trwały od czerwca; w sierpniu Teatr Dramatyczny miał stać się centrum sztuki dramatycznej w Polsce. I wszystko szło we właściwym kierunku. Nie tylko reżyser sztuki — Andre De La Cruz, obywatel Polski od 2006 roku — który miał dodać sztuce „świeżości” i zewnętrznego spojrzenia na zabobony mrocznej Europy, ale i sama Małgorzata doglądała wszelkich szczegółów. Przecież na wiele z nich miała wpływ.

Była przecież Diwą „La Grande”.

Jak czasem mówiła córka Małgorzaty — Sylwia — ogień przygotowań płonął wyjątkowo jasno. Sylwia najprawdopodobniej była jedyną osobą, która z tych przygotowań nie cieszyła się tak, jak inni, zaangażowani w nie. Nie cieszyła się, bo mama ciśnienie tych przygotowań przynosiła także do domu.

I nie miało najmniejszego znaczenia, że Sylwia była już dorosła, w pełni samodzielna.

Mieszkały razem, od kiedy zmarł jej tata — od tego dnia minęło już dziesięć lat, ale te dziesięć lat mocno odcisnęły się na relacji matki — gwiazdy teatralnej — i córki, która straciła tatę, nim osiągnęła pełnoletniość.

Na jednym z cyklicznych spotkań z psychologiem, na które uczęszczała Sylwia, usłyszała od doktora Radomira pytanie. Niby proste, ale długo nie potrafiła zebrać myśli, by na nie odpowiedzieć. Brzmiało:

— Kochasz swoją matkę?

Apodyktyczna. Nieczuła. Egoistyczna. Bez emocjonalna. Kłótliwa. Na pytanie o matkę mogła z marszu wypowiedzieć wiele przymiotników, ale czy kochała matkę?…

— Nie wiem, co powiedzieć…

— Pierwsze, co ci przychodzi do głowy.

— Kocham ją i jednocześnie nienawidzę. Kocham ją, ale jej nie lubię. Jest niszczycielką…

— Poczekaj, na razie skupmy się na twoim uczuciu do niej. Do opisów przejdziemy później.

Terapia Sylwii trwała pięć, w zasadzie już sześć lat.

A każda terapia ma swój początek w przeszłości…

Sylwia dobrze pamiętała początek. Nie; nie początek pogorszenia relacji z matką. Bo ta nigdy nie była dobrą relacją. Dobrze pamiętała kolejne kryzysy, wywoływane przez matkę, które doprowadzały do kolejnych antagonizmów. I co z tego, że Sylwia była świadoma, co to jest, i jak działa syndrom sztokholmski. Co z tego, że dobrze wiedziała, że całkowite odłączenie się od matki będzie dla niej lepsze — jak nie mogła tego zrobić. Wracała do relacji po każdym kryzysie. Dobrze pamiętała, jak kilka sesji terapeutycznych temu psycholog Radomir poprosił ją o opowiedzenie tego pierwszego z wielkich kryzysów. Dobrze, że pytanie padło na początku sesji, bo miała co opowiadać. Zaczęła mówić:

— Poznaliśmy się sześć lat temu. Na początku nic nie wskazywało, że to właśnie z nim stworzę tak fajny związek.

— Jak miał na imię twój chłopak?

— Piotrek.

— Powiesz coś o nim?

— Ech… pewnie jak w większości związków, na samym początku nic nie wskazuje, że to będzie ten jedyny. Nie było też tak, jak w piosenkach, że big love od pierwszego spojrzenia — Radomir zwrócił uwagę, że love powiedziała po polsku, „lowe” — to było tak, że po prostu wpadł na mnie, jak spóźnił się na autobus, którym miał jechać na pierwszą randkę w centrum z jakąś dziewczyną. Biegł na autobus, nie zdążył, i wściekły gonił za nim, klnąc „i chuj, koniec historii”, i zauważył mnie o pół sekundy za późno. Wpadł na mnie. Po chwili leżałam na ziemi, oblana colą z kubka. Pomógł mi wstać. Wściekłam się dopiero, jak odzyskałam równowagę. Zapytałam, czy przypadkiem go nie poje… no, domyślisz się, co. I dopiero wtedy podniosłam wzrok. Na jego twarz.

Stał tak uroczo zbaraniały, tak zarumieniony, że nie mogłam się na niego wściekać. Było mu wyraźnie głupio… — zawiesiła wzrok na obrazie przy oknie — i w ramach przeprosin zaprosił mnie na colę. Stwierdził, że odkupi mi tą, którą mnie oblał… jeszcze w szoku, zaproszenie przyjęłam. I dalej się już samo potoczyło…

— Zaręczyliście się?

— Tak. Równy rok później. Zaskoczył mnie, ale tak naprawdę, spodziewałam się tego. Dobrze się dogadywaliśmy. Pasowaliśmy do siebie. Po roku zaprosił mnie na colę. I kiedy wyciągnął pierścionek, nie zawahałam się. Coś we mnie powiedziało „tak”. Nie było motylków w brzuchu; ale było „to coś”. To coś, co sprawiało, że czułam się przy nim bezpiecznie.

— Rozumiem. Zrób teraz proszę tak; dziś już musimy kończyć, ale zapamiętaj proszę — to będzie twoja praca domowa. Skup się, i opisz — jak pracę domową w szkole — na kartce, co się stało, że ten związek tak szybko się skończył. Przysłowiowe „love story” — „love” powiedział po angielsku — czyli co zapoczątkowało katastrofę. Opisz w punktach, co takiego się wydarzyło, że się — nie bójmy się słów — spieprzyło.

Sylwia nie zastanawiała się długo.

— Co się stało, że się zjebało? — bez mrugnięcia okiem wpatrywała się w Radomira — proste. — Wydarzyła się mama — przełknęła ślinę — nic więcej. Tylko mama — mrugnęła, rozpraszając łzę.

Z popołudniowej drzemki wybudził ją dźwięk uruchamianej przez mamę zapalniczki.

Otworzyła oczy. Ten dźwięk kojarzył się jej z całym, długim, zmarnowanym dzieciństwem. Zwyczaj drzemek w ciągu dnia, po pracy, zaczerpnęła od mamy. Dostrzegała jednak znaczną różnicę. Mama była i nadal jest pracoholiczką. Ignorującą wszystko — córkę, sprawy domowe — kosztem pracy. Nazywała to perfekcjonizmem. Sylwia widziała w tym perfekcyjne niszczenie dzieciństwa. Obudziła się; tkwiąc jeszcze w lekkiej mgle snu, pomyślała o wczorajszej rozmowie z Radomirem. Że jej po prostu wydarzała się mama.

Uznała, że to dobre podsumowanie. Była dorosła; a nadal reagowała na polecenia, wydawane zimnym głosem przez matkę. Matkę, która albo pracowała, albo spała. Myślała, jak łatwo od matczynego braku miłości przejść do czystej nienawiści. Poczuła ukłucie w piersi, gdy przypomniała sobie Piotrka. Wiedziała, co opowie Radomirowi na czwartkowej terapii. W sumie to było proste. Mama spotkała się z Piotrkiem za jej plecami. Nie; nie było w tym żadnego podtekstu — Małgorzata, ta uznana, wielka diwa teatralna, nazywana „La Grande” przez Sylwię nazywana była „La Grande Disaster”. Nałogowo, prócz palenia, chciała mieć wpływ na jej życie. Rządziła nią od dziecka. A ona, mimo starań, nie była w stanie zerwać tej smyczy. Uzależnienie. Nałogowa kontrola. Sylwia uśmiechnęła się pod nosem, kojarząc tytuł książki, którą czytała na samym początku terapii: „Wywieranie wpływu na ludzi” Cialdiniego. Oj tak, matka wywierała na nią niechciany wpływ. Sięgający tak daleko, że udało się jej — za plecami rzecz jasna Sylwii — zniechęcić Piotrka do niej.

Piotrek zerwał zaręczyny. Choć to nieprecyzyjne określenie, ale dla Radomira wystarczy. Bo tak naprawdę, to Piotrek uciekł. Małgorzata rozmawiała z nim. Na zimno. Coś się zadziało. Powiedziała coś takiego, że Piotrek uciekł z podkulonym ogonem. I z tym Sylwia miała największy problem; bo nie miała pojęcia, co takiego jej matka powiedziała Piotrkowi, że ten zwiał, gdzie pieprz rośnie. Ale dobrze wiedziała, że najgorsza jest niepewność. Najgorsza jest nieświadomość, z czym się mierzy.

Pstryknięcie zapalniczki; potem pełne zachwytu zaciągnięcie się. Jej matka paliła jak smok; dwie — trzy paczki Vougów dziennie. Bywało — wcale nie rzadko — że odpalała papierosa od papierosa. Po kolejnych kłótniach, po licznych awanturach z matką Sylwia nie raz łapała się na tym, że liczyła, iż matka zaśnie z papierosem w ręku. Może zajmie się fotel, lub pościel w łóżku… Po kolejnych, zmyślnych upokorzeniach, fundowanych przez matkę, wyobrażała sobie, jak bawełniano-lniana pościel matki staje w płomieniach od żarzącego się papierosa, grzebiąc matkę w ognistej namiastce śpiworu. Nie raz widziała jako zwęgloną mumię, siedzącą na spalonym przez nią samą fotelu… Mrugnęła oczami. Piotrek. Nadal nie wiedziała, co takiego matka mu powiedziała, że się odwrócił od niej. Nie chciał z nią już rozmawiać. Nie chciał podtrzymać nawet sporadycznego kontaktu.

Któregoś dnia zapytała matkę o to. Skwitowała, wzruszając ramionami:

— I dobrze, nie pasował do ciebie.

Co z nią było nie tak? Sylwia, składając puzzle z kawałków życia, widziała samo to, najgorsze. Samodzielne wysyłanie ją na obozy, na ferie. Jak najwięcej, jak najczęściej. Byle pozbyć się jej z domu. Matka nie spędzała z nią czasu. Nie bawiła się z nią w dzieciństwie. Sylwia do teraz pamiętała, jakie wrażenie robiła w sklepie, kiedy jako sześciolatka paradowała do sklepu z torbą i listą na zakupy, z którą posyłała ją matka. Na liście obowiązkowo były też papierosy. To były inne czasy, nikt wtedy nie pytał o dowód osobisty… Skojarzyła też minę, jaką miała jej sąsiadka, wyglądająca z balkonu, gdy w wieku czterech lat ciągnęła do domu za sobą siatkę z ziemniakami po chodniku, której nie zdołała udźwignąć.

Małgorzata poświęcała się pracy, przynosząc ją też oczywiście do domu. Przy łóżku i fotelu zawsze porozkładane były dziesiątki scenariuszy, skryptów, opisów dekoracji. To z tych notatek jako jedyne dziecko w szkole wiedziała, czym jest synopsis.

Wstała z kanapy, stojącej w salonie, i przeszła do głównej części pokoju. Przy fotelu matki leżały rozłożone notatki, całe mnóstwo, zatytułowane „Stosy z nas”. Nie widziała jeszcze nawet prób, a już nienawidziła tej sztuki.

Kiedy wracała zmęczona z pracy — a praca z dziećmi do łatwych przecież nie należy — chciała odpocząć, czasem posłuchać audiobooka, porobić cokolwiek, byle nie było to narzucone przez matkę.

W momencie, w którym to pomyślała, usłyszała przepalony głos:

— Chodź, pomożesz mi ze sztuką… — Sylwia nie słuchała dalszego ciągu. Zawsze było coś, w czym mogła pomóc matce. Zawsze było coś, w czym mogła ją zastąpić. Coś dla niej zrobić. Coś za nią zrobić. W tym domu często czuła się jak… pomoc domowa? niewolnica? na pewno nie czuła się jak córka. A jak przybłęda, adoptowana z przymusu.

Za to wiedziała jedno. Nie chciała być taka, jak matka. Nigdy.

Idąc, westchnęła ciężko, zagrzebana w grubych i ciężkich warstwach myśli.

— Nie wzdychaj tak — usłyszała — i prostuj plecy.

Kolejne spotkanie z Radomirem, jak zwykle o szesnastej, rozpoczęła od opowiedzenia zerwania kontaktu z Piotrkiem. Mimo że mieszkał na Dajtkach — czyli niedaleko — to całkowicie i gwałtownie zniknął z jej radaru. Nie chciał utrzymywać z nią kontaktu nawet przez wspólnych znajomych.

Pogodziła się? Z czasem tak — innego wyjścia przecież nie miała, ale czy zaakceptowała? Nie.

Tego zaakceptować ani tym bardziej darować matce nie mogła.

— To w sumie tyle, co mogę powiedzieć o Piotrku.

— Wiesz, że w większości mówiłaś o matce? — stwierdził.

— Tak. To przez nią już Piotrka nie ma.

— Próbowałaś z nią rozmawiać na ten temat?

— Tak. I skończyło się jak zwykle. Awanturą. I nieodzywaniem się przez trzy miesiące.

Radomir patrzył na nią. Sylwia widziała, jak taksował ją wzrokiem. Czuła jego wzrok, przenikający jej zasłonę wstydu i skrępowania chorobliwym uzależnieniem od matki.

— To mama cały czas mi powtarza, co jest dla mnie dobre. I że dokonuję złych wyborów. Że zawsze wybieram źle — zapiekło ją pod powieką, przetarła powiekę, zapominając o makijażu — i że wybieram niewłaściwych chłopaków.

Dwa miesiące przed sztuką, już po pierwszych próbach, jeszcze nie całego przedstawienia, Małgorzata wpadła w wir; szaleńczy wir pracy. Często żądała, by Sylwia — po pracy -przyjeżdżała albo do dramatycznego, pomagać, albo dopominała się tego w domu. Sylwia, jako dziecko „La Grance Disaster” miała nielimitowany wstęp do teatru; i za kulisy, i do rekwizytorni, i do garderoby.

W przypadku tej scenografii, miała być rozbudowana, przeznaczone na nią było więcej, niż zazwyczaj pomieszczeń. Niedługo miały dojechać materiały pirotechniczne, kostium odporny na ogień, palenisko, słup i cała masa akcesoriów.

Jednak trzy miesiące przed prapremierą doszło do zdarzenia, które bezpośrednio wpłynęło tylko na Sylwię i Małgorzatę, ale pośrednio — na przygotowania do prapremiery.

Sylwia od półtora roku spotykała się z Kamilem. Jednak zanim doszła do tego etapu swojego życia w terapii, prowadzonej przez Radomira, miała jeszcze kilka kart z historii do odsłonienia. Przepracowali związek z Piotrem. Ciężko było przepracować, choćby naruszyć skamielinę, osnutą wokół niepewności, dlaczego Piotrek, po kilku rozmowach z mamą, zerwał z nią kontakt. Ale pracowali nad tym. Szli krok po kroku. Radomir widział światełko w tunelu, nie sygnalizujące nadjeżdżającego pociągu. Sylwia była niepewną siebie, zdominowaną przez matkę dziewczyną. I choć jej obecny związek nieźle rokował, to w psychoterapii należy iść krok po kroku.

Dlatego na kolejnym spotkaniu, na warsztat wzięli kolejny, nieudany związek Sylwii, także zdemolowany przez matkę. Co gorsza, związek Sylwii z Andrzejem, zostawił znacznie bardziej spaloną ziemię, niż wcześniejszy związek z Piotrkiem.

Sylwia zaszła w ciążę z Andrzejem. To zapoczątkowało nowy etap jej życia. Radosny. Pozwalający odsunąć się od zaborczej matki. Zamieszkali razem w wynajmowanym mieszkaniu na Nagórkach.

Z mamą kontakt stał się rzadszy, czyli z perspektywy Sylwii — znacznie zdrowszy. Czasem ją odwiedzała, mama jednak unikała do przyjeżdżania do ich wynajmowanego mieszkania. Przy jednej z wizyt, gdy Sylwia w kuchni parzyła kawę, mama strzeliła zapalniczką.

— Mamo, nie pal w mieszkaniu! — rzuciła, zalewając kawę — wyjdź na balkon!

— Dobrze, dobrze… — usłyszała, mieszając kawę. Rozpuszczalną, mama piła tylko taką.

Jednak nie usłyszała, by otworzyły się drzwi balkonowe. Poszła sprawdzić. Mama siedziała na kanapie, paląc w najlepsze.

— Mamo, prosiłam cię, nie pal w mieszkaniu.

— Wyprostuj się, strasznie się garbisz — odpowiedziała mama, zaciągając się papierosem.

Wymierzyła w nią papierosem:

— Nie marszcz tak czoła. A jak tak się garbisz twoje piersi wyglądają na mniejsze — dodała.

Sylwia do teraz pamiętała, jak się wtedy zaczerwieniła. Do teraz też pamiętała minę Andrzeja, który wszedł do pokoju właśnie na to zdanie. Spojrzał na Małgorzatę, spojrzał na Sylwię i wyraźnie nie wiedział, co zrobić.

— Mogłaby pani nie palić w mieszkaniu?

— Nie wtrącaj się, rozmawiam z Sylwią — po czym zgasiła peta w podstawce do kubka z kawą, i nie wypiwszy ani łyka, po prostu wstała i wyszła z mieszkania. Bez słowa.

Sylwia znała te zachowania. Andrzej nie. Dopiero poznawał pakiet zachowań mamy. I gdzieś, jeszcze gdzieś głęboko w duszy nie do końca wierzył, że Sylwia przedstawia swoją matkę obiektywnie.

Mimo to nadal, wracając z pracy zajeżdżała do dramatycznego, pomóc mamie w przygotowaniach. Jak prawdziwa gwiazda, wychodziła z założenia, że jak ćwiczyć tekst, to w „bojowych” warunkach. Wykorzystywała Sylwię jako suflerkę. Jako pomoc garderobianą. Jako fryzjerkę.

Do dnia, w którym Małgorzata — bez wiedzy Sylwii — pojechała do Andrzeja, porozmawiać z nim na temat jego związku z Sylwią. Na tym elemencie Radomir skupił się najbardziej. To był najbardziej zaskakujący plot twist w wydaniu matki Sylwii. Nie wiadomo tak naprawdę skąd, ani dlaczego, matka pojechała do Andrzeja, przekonać go, że Sylwia zaczęła się odsuwać od matki, i szukać męża (przecież była złym materiałem na żonę), bo…

...wstąpiła do sekty.

Sylwia, kiedy dowiedziała się o tym — po czasie, oczywiście — od zaniepokojonego Andrzeja, długo nie mogła otrząsnąć się z szoku.

Radomir słuchał tej części kilka razy. W różnych odsłonach.

— Mama powiedziała, że to przeze mnie odsunęła się od nas część rodziny. Okazało się, że mama odwiedzała też Andrzeja kilkanaście razy, wtedy, gdy nie było mnie w domu.

Opowiadała mu niestworzone historie na mój temat. Okazało się, że wstąpienie do sekty było tylko kroplą, która przelała czarę. Trwało to dwa miesiące, ale między mną a Andrzejem przestało się układać. Jego rodzina była mocno wierząca. Ziarno sekty zapadło w nim gdzieś na tyle głęboko, że zaczęliśmy się od siebie odsuwać.

Radomir w skupieniu słuchał czterdziesto-minutowej opowieści, jak kilka dyskretnych wizyt mamy u Andrzeja — co gorsza, u jego rodziców też — doprowadziło do kryzysu w ich związku.

A kryzys, to stresy. To klasyczna spirala — więcej pracy, mniej czasu ze sobą. Mniej rozmów, więcej skarżenia się przyjaciołom. Więcej rozmów poza domem, niż w domu. Sylwia skupiła się na swojej pracy z dziećmi, Andrzej pracował coraz więcej, aż okazało się… że wcale tak dużo nie pracował.

Tylko, gdy już zdradził Sylwię, zaczął coraz bardziej się od niej odsuwać. Klasyczna sytuacja.

Później kłótnie, wbijanie klina między młodych przez matkę, aż do dnia, w którym Sylwia poroniła.

Tej dziury nie dało się już zasypać. Związek się rozpadł, Sylwia wróciła do domu rodzinnego, a usatysfakcjonowana mama, pstrykając zapalniczką, powiedziała tylko:

— A nie mówiłam? On nie był dla ciebie.

Terapia przestała wystarczać. Sylwia, po poronieniu, musiała skorzystać z pomocy psychiatry. W tym, dość słabo pamiętanym przez nią czasie, wiele spała, czasem piła, i jadła xanax jak tik taki. Zaczęła reagować drygnięciami na kolejne pstryknięcia zapalniczki mamy.

A że natura nie uznaje próżni, to miejsce w Sylwii, opuszczone przez Andrzeja i dziecko, zaczęła zajmować mama. Ponownie stała się panią sytuacji, mającą pełną władzę nad Sylwią. Chodziła z mamą do dramatycznego, przykładając rękę do jej domowego dramatu. Pomagała w szyciu stroju więźniarki, który później, w antrakcie, miał być zamieniony w strój skazanej. Brała duże dawki xanaxu.

Znacznie większe, niż przepisał jej lekarz. Małymi, ale zdecydowanymi krokami Sylwia przekraczała cienką linię, dzielącą rozsądek od omamów.

I zdarzyło się coś jeszcze. To zaskoczyło Radomira. Bo Sylwia poznała kogoś w teatrze.

Radomir dostrzegał w tym objaw rozpaczy. Wpadł jej w oko jeden z techników, Kamil. Z marszu Sylwia się zakochała. Nie widziała świata poza nim. To niepokoiło Radomira; gwałtowne zmiany nastroju, nagle rosnące uczucia, późniejszy zjazd emocjonalny. To mogło budzić niepokój. Sylwia działała na zasadzie wahadła. Na jednej terapii — opisywała samopoczucie jako bardzo dobre, radosne wręcz, by po dwóch dniach przejść w fazę depresji, negowania sensu życia i alienacji umysłowej. Sylwia chwytała się, wspierana lekami, tych części życia, które były nacechowane emocjonalnie. Poszukiwała wrażeń. Bodźców. Doświadczania. Stagnacja męczyła ją, bolało ją istnienie. Ale ponownie — rozkwitała tym razem przy Kamilu. Taka zmienność nastrojów niepokoiła Radomira, który nie tylko sugerował, co i nakłaniał Sylwię do korzystania ze wsparcia psychiatry, co — całe szczęście — Sylwia zaakceptowała bez protestów.

Ale nikt nie wiedział, że zażywała trzy razy więcej xanaxu, niż powinna.

Kolejne spotkanie z Radomirem Sylwia przełożyła — z szesnastej na dziewiętnastą. Nie było to większym zaskoczeniem dla terapeuty — dobrze wiedział, że Sylwia została mocno zaangażowana przez matkę do pomocy w dramatycznym, ale nie widział w tym nic złego; dla osób z ciężką fazą depresji bezczynność była groźna. Zajęcie — nawet fizyczne — wspierało proces terapii. Sylwia przyszła, przywitała się, i siadła, jak zwykle zakładając nogę na nogę. Strzepnęła niewidzialny pyłek z oparcia fotela. Radomir przyjrzał się jej. Włosy. Twarz. Oczy.

I to, co zobaczył, jako doświadczonego terapeutę, zaniepokoiło go. Włosy miała nierówno upięte i przetłuszczone. Oczy — wilgotne i błyszczące, jakby płakała. Ale nie to zaniepokoiło go najbardziej; bo Sylwia była wyraźnie pod wpływem. Nie była pijana, nie — ale była po dwóch, trzech głębszych. Radomir wiedział, że czasem — z rzadka — wypijała wino do kolacji, sugerował, by przy lekach nie robiła tego, ale tym razem wyglądała znacznie gorzej. Mieszanie antydepresantów z alkoholem jest złym rozwiązaniem. Radomir, mimo profesjonalnego podejścia do każdego pacjenta, po ludzku zaczął współczuć Sylwii.

I to zaburzyło jego osąd sytuacji. Bo gdyby właściwie ocenił sytuację, być może nie doszłoby do dramatu.

Ale nie dramatu teatralnego. A tego w życiu Sylwii.

Czas odliczała między wspieraniem mamy w teatrze i domu, pracą z dzieciakami, a wizytami u terapeuty. Każde kolejne pstryknięcie zapalniczki odpalało także ją. Mama nie zwracała na nią uwagi. Nie słuchała jej — tylko wydawała polecenia. Nie rozmawiała z nią, tylko rozkazywała. Gdy Sylwia, któregoś dnia, wezwana przez mamę po pracy do teatru, przyszła tam lekko wstawiona, nie było to dla matki powodem do niepokoju. Była przecież artystką. Zezłościła się tylko na Sylwię, by nie zrobiła z siebie — i przy okazji z niej — pośmiewiska. Odesłała ją władczym gestem do domu.

— Nie garb się, i uczesz się porządnie — usłyszała na odchodnym.

Małgorzata, mająca wiele osób do pomocy na strzelenie palcami, bez skrępowania korzystała z tego. I tego dnia, gdy oburzona odesłała lekko wstawioną Sylwię do domu, strzeliła palcami na jednego z techników. Miał się natychmiast oderwać od swojej pracy na zapleczu i zająć się Diwą.

Tym razem padło na Kamila. Do prapremiery było jeszcze pięć tygodni, ale Małgorzata, przy pełnym wsparciu reżysera Andrego De La Cruza, chciała mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. I to jedne strzelenie palcami — tym razem na Kamila — było potrąconym kamykiem, który wywołał lawinę.

Sylwia, która wracała właśnie do domu, zahaczając przy okazji o Żabkę, nie wiedziała, że koło fortuny jej matki wylosowało do pomocy Kamila. Sylwia — bardzo naiwnie — zakładała, że mama nie wie o ich nowym, ale bardzo rokującym związku. To, co wydawało się dobrym kryciem przed matką, było dla matki prostym blefem do odkrycia. Matka wiedziała o wszystkim, co działo się w teatrze, a jeśli jakkolwiek dotykało to Sylwii — to nic nie mogło umknąć jej uwadze.

Cztery tygodnie przed premierą rozpoczęła się ostatnia faza przygotowań do spektaklu.

W piątek pod tylne drzwi teatru podjechał nieoznakowany bus. Kierowca wyciągnął WZ-kę w dwóch kopiach, przypiętą do podkładki z klipsem, wyskoczył z samochodu i nacisnął dzwonek.

Z nudów spojrzał na listę — rozpoczynała się od pozycji „kombinezon żaroodporny”. Zmarszczył brwi. Kombinezon ognioodporny? W teatrze? W lipcu? Zapomniał o tym w momencie, gdy ktoś od środka otworzył drzwi i się przedstawił:

— Cześć, Kamil jestem — odpowiedział kierowcy, odbierając od niego WZ-kę.

Podpisał ją, i pomógł mu wypakowywać dekoracje. Strój żaroodporny, specjalnie zaprojektowany na tą okazję pod kątem mistrzyni Małgorzaty, która chciała mieć go pod strojem scenicznym — jak na gwiazdę przystało, nie brała pod uwagę, by na scenie nie pojawiły się na chwilę prawdziwe płomienie — kilka drewnianych belek, pochodnie, stylizowane na stare, bela szarego płótna lnianego, komplet strojów dla aktorów, metalowe kajdany na ręce, nogi i szyję skazańca. Sztuka miała być realistyczna, maksymalnie oddająca ducha mrocznych czasów; Małgorzata ani Andre nie uznawali półśrodków.

Technicy zdążyli już przygotować na głównej scenie podest, na którym rozegra się kulminacyjny akt sztuki. Podest, zrobiony z drewna, i obłożony arkuszami blachy, miał powierzchnię trzy na trzy metry. I na tych właśnie dziewięciu metrach kwadratowych miała rozegrać się ostatnia scena. Podpalenia stosu pod związaną i przypiętą kajdanami do pala Małgorzatą, odtwarzającą rolę Barbary Zdunk. Ogień, rozpalany w ten sposób na próbach, był obiecujący. Między kilkudziesięcioma impregnowanymi kawałkami gałęzi i belek, technicy przy samym palu układali kilkanaście nasączonych mocno podpałek do grilla. W czasie prób, z których we wszystkich asystował Kamil, kolejność działań była dokładnie określona przez Andre.

Z kurtyną w górze, stos, rozłożonych wokół pala impregnowanych i przez to — niepalnych — gałęzi sięgał pół metra. Całość rozłożona na podeście obłożonym blachą — wymagali tego strażacy i behapowiec teatru. Na słupie wisiały kajdany, zamykane na prawdziwy, czarny i bardzo duży klucz.

Miał być widoczny dla widzów. Stos do spalenia był gotowy. I później akcja szła wartko; na początku stos zasłonięty był dekoracją, po antrakcie — pojawiał się zza zabranych w tym czasie przez techników imitacji ścian ratusza, w którym więziona była Barbara Zdunk, odczytanie wyroku, i później jego wykonanie.

Światła gasły, drobne zmiany scenograficzne, i rozpoczynała się scena kulminacyjna. Kat, stojący przy stosie, odczytywał karę, odrzucał kartę na stos, i wyjętą z uchwytu pochodnią podpalał stos. Wiedział, gdzie ma przytknąć pochodnię; i wtedy kroki były precyzyjnie pilnowane. Gdy ogień pod skazaną się rozpalał, kat odchodził od stosu, odwracał się przodem do niego, i po dokładnie dziesięciu sekundach — tyle potrzebował ogień, by rozpalić się na tyle, by imitować ognisko — aktorka na palu miała zacząć krzyczeć — i w tym momencie opadała kurtyna, oddzielająca stos od widowni. Kat, osłonięty od publiczności, miał w tym momencie pomóc technikowi zza kulis ugasić ogień, wspiąć się na pieniek, rozpiąć kajdany aktorki, pomóc jej zejść ze stosu, i już po chwili, gdy ogień był wygaszony — mieli czekać na pozostałych aktorów, i przy opadającej kurtynie przyjąć ukłonem pierwszy aplauz publiczności.

Trzy tygodnie przed prapremierą na próbie doszło do pomyłki. Mała pomyłka Kamila, która doprowadziła do kolejnego wyłomu w tamie. Kamil nie wiedział, że próbę z zaplecza obserwuje Małgorzata. Rola kata była bardzo prosta, i gdy trzeba było sprawdzać tylko działanie poszczególnych elementów — poza odtwarzaniem ról scenicznych — czasem aktora zastępował technik. Trzy tygodnie rolę tą na jedną próbę objął Kamil. I mimo że dobrze wiedział, że zaraz po opadnięciu kurtyny miał — po tych dziesięciu sekundach rozpalania płomienia — podejść tam, i pomóc w gaszeniu, zamyślony i nieświadomy, że jest obserwowany, znacznie się spóźnił. Ocucił go wypadający zza drzwi technik od kostiumów, który widząc zamyślonego kata i rozpalający się coraz bardziej ogień, wybiegł zza drzwi, i krzycząc:

— Hej! Ogarnij się, do cholery! — zaczął gasić płomień.

Kamil drgnął, i pomógł koledze. Nie wystraszył się — dobrze wiedział, że drewno na stosie jest impregnowane, więc nie panikował, i we dwóch, spokojnie ugasili ogień.

Wszystko poszło, jak powinno. No, prawie wszystko.

Prawie, bo zdecydowanie za długo palący się ogień wyraźnie zza zamkniętych drzwi technicznych, przez okienko, widziała zrozpaczona Małgorzata. Jak można pracować z takimi amatorami? Jak?? Skoro nie są w stanie dopilnować tak podstawowych rzeczy, jak ugaszenie ognia… Jeden z techników odwrócił się w jej stronę. Spojrzał na drzwi — odsunęła się od szybki. Na razie nie chciała, by ją widział — dostrzegła bowiem jego twarz. To był Kamil, nowy, nieodpowiedzialny wybranek Sylwii. Dureń, jak wszyscy. Już wiedziała, co powinna zrobić, i łącząc przyjemne z pożytecznym, postanowiła natychmiast go zwolnić. Pozbędzie się i amatora z teatru, i absztyfikanta Sylwii. Uśmiechnęła się; dwie pieczenie przy jednym ogniu. Zachwyciła się własną spostrzegawczością. Bo przy tym ogniu upiecze Kamila — i to przez ogień właśnie.

Zachwyciła się sobą. Jak często. Ale dobrze wiedziała, że ma ku temu powodu. Ona po prostu BYŁA zachwycająca.

Chwilę później zakończyła, bez pożegnania, krótką rozmowę telefoniczną. Z biura przyszedł do niej Ande De La Cruz. Wyrzucenie Kamila z pracy poszło sprawnie, jak zwykle. Andre tylko formalnie potwierdził łamaną polszczyzną to, co w jednym, upokarzającym zdaniu powiedziała Małgorzata.

Kamil, jak na delikatną, artystyczną duszę przystało, przyjął zwolnienie w takim szoku, że nawet nie zapytał o jego powód. Oczywiście Małgorzata taki podała — sprowadzenie zagrożenia natury BHP na teatr — ale Kamil nawet tego nie zarejestrował. W asyście Andre poszedł na zaplecze, wziął swój kubek do kawy, kawę oraz termos, i grzecznie, ale stanowczo został wyprowadzony na zewnątrz. Nie do końca wiedział, co się stało. Nie do końca rejestrował, co się dokoła niego działo; jakby rzeczywistość zaczęła ruszać się w innym tempie, niż dotychczas.