Konfraternia. Vera Crux – tom 1 - Krzysztof Piersa - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Konfraternia. Vera Crux – tom 1 ebook i audiobook

Krzysztof Piersa

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

32 osoby interesują się tą książką

Opis

Byli jak rodzina. Dziś jeden z nich jest myśliwym, a drugi zwierzyną.

Piotr Sygil, Judyta Ostnik i Gabriel Wende. Niegdyś trójka nierozłącznych przyjaciół, wychowanków tajnej sekcji Encja, służb wywiadowczych Stolicy Apostolskiej, szkolonych do wykonywania brudnej roboty w imię Boga. Przetrwali piekło wojny w Libanie i mrok PRL-u. Ale to już przeszłość.

Dziś Piotr jest zgorzkniałym detektywem, Judyta bezwzględną adwokatką kurii, a Gabriel… Gabriel właśnie wypowiedział wojnę.

W lochach malborskiego zamku, na dziedzińcu w Sztumie, pod blankami Gołubia giną kolejni biskupi, a na miejscach zbrodni pojawiają się symbole siedmiu grzechów głównych. Piotr i Judyta muszą połączyć siły, by powstrzymać dawnego towarzysza broni. Ale czy można pociągnąć za spust, gdy na celowniku ma się kogoś, kogo nazywało się bratem?

Tajemnice, za które warto umrzeć i w imię których trzeba zabić… Jakie sekrety skrywają mury krzyżackich warowni?

"Vera Crux: Konfraternia” to porywający kryminał, w którym lojalność jest wystawiona na najwyższą próbę, a granica między świętością a zbrodnią zaciera się z każdym krokiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 312

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 11 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Wojciech Masiak

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
katsob36

Dobrze spędzony czas

Polecam, wartka akcja, ciekawe nawiazanie do faktów historycznych.
00



Copyright © 2026 KRZYSTOF PIERSA

All rights reserved / Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © 2026 WYDAWNICTWO INITIUM

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja: MAŁGORZATA STAROSTA

Korekta: KATARZYNA KUSOJĆ

Konsultacja merytoryczna i fabularna: PAWEŁ MIKSZUTA

Wykonanie okładki: MICHAŁ LORANC

Koncepcja okładki, skład i łamanie: PATRYK LUBAS

Współpraca organizacyjna: ANITA BRYLEWSKA, MAŁGORZATA SZOSTAK

Lektor audiobooka: WOJCIECH MASIAK

WYDANIE I

ISBN 978-83-68607-17-8

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail: [email protected]

facebook.com/wydawnictwo.initium

ROZDZIAŁ 1

Kraków. Katolicki Dom Dziecka Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. 1978 rok

Bidul pozostawał najpełniejszym obrazem Rzeczypospolitej, jaki ksiądz porucznik Jan Albert Fortuna potrafił zamknąć w definicji. Zapomniany i niechciany budynek wypełniony zapomnianymi i niechcianymi ludźmi. Dziećmi, których rodziny poginęły z rąk ogarów Hitlera, Stalina lub innego samozwańczego szaleńca albo męża stanu, w zależności, który podręcznik od historii otworzyć. Lepiej na ich miejscu byłoby umrzeć razem z rodzicami lub w ogóle nigdy się nie narodzić. Cywilizowany świat z kolei pozostawał zbyt niezdecydowany, bo ani nikt nie chciał zająć się tymi dziećmi, ani nie potrafił zabić niczym bezpańskiego psa.

Fortuna upił łyk herbaty, chętnie korzystając z porcelanowej cukiernicy prezentującej się dumnie na okrągłym stoliku. Od dwóch lat kartki czyniły z tego słodkiego złota towar iście luksusowy na równi z wędliną i wódką, wyjmowanymi z ziemianek wyłącznie na specjalne okazje, ale jak widać, w dominium skromności panował dobrobyt. Wystrój gabinetu siostry przełożonej pozostawał kolażem orzecha i dębu, pięknych biurek, regałów i biblioteczek z czasów, gdy orzeł wciąż nosił koronę i tylko drobne precjoza, takie jak ciężka kryształowa popielnica, utwierdzały Jana Alberta Fortunę, że duch Stalina przenika wszelkie miejsca i czasy.

Siostra przełożona zapukała do własnego gabinetu. Fortuna rzucił krótkie „proszę”, przejmując na moment rolę gospodarza. Odziana w charakterystyczny czarny habit, przyprowadziła kogoś zbliżającego się do pełnoletności. Już nie chłopca, ale jeszcze nie mężczyznę. Czarny zarost konsekwentnie zdobywał kolejne centymetry jego szczęki i szyi. Uwydatniające się barki i napięta klatka piersiowa, będące nagrodą za setki pompek, zdradzały teraz zdenerwowanie. W piwnych oczach chłopaka tliła się zaś nieufność, a nawet wrogość. W końcu nic nie wiedział o nowo przybyłym.

Dobrze. Bardzo dobrze.

– Możemy chwilę porozmawiać we dwóch? – Fortuna skierował retoryczne pytanie do siostry, która natychmiast się ukłoniła, po czym zniknęła za drzwiami. – Siadaj – dodał, wskazując krzesło naprzeciwko własnego.

Chłopak posłusznie usiadł, bacznie taksując każdy szczegół nieznajomego: szczupłą sylwetkę, szelmowski grymas i wojskowy mundur. Nie zwracał uwagi na gabinet, na jego wystrój ani pamiątki. Fortuna zrozumiał, że chłopak musiał w nim bywać dość regularnie. Zbyt regularnie jak na takiego młokosa. Ciekawe, za co? Bójki z kolegami? Schadzki z koleżankami?

– Napijesz się herbaty? – Wskazał parującą filiżankę tuż przed młodym mężczyzną. – Możesz nawet posłodzić.

To ostatnie zdanie sprawiło, że młodzieniec przełknął ślinę i zamrugał trzy razy. Okiełznał jednak apetyt, wciąż obserwując nieznajomego w mundurze.

– Dlaczego zostałem wezwany? – zapytał w końcu. Jego głos zdradzał oznaki trwającej mutacji.

– Masz na imię Piotr, prawda? – odpowiedział pytaniem Jan Albert Fortuna. – Piotr Sygil, zgadza się? Zostałeś przyjęty do sierocińca w sześćdziesiątym siódmym. Masz szesnaście lat, choć wyglądasz na starszego. Za dwa lata będziesz musiał opuścić to miejsce i udać się na komisję. Potem dwa lata w zasadniczej służbie wojskowej. Zastanawiałeś się, co dalej?

Chłopak nie odpowiedział. Fortuna upił kolejny łyk zbyt przesłodzonego naparu.

– W wojsku z pewnością szybko byś awansował. Siostry powiedziały, że biegasz najszybciej ze wszystkich. Wyglądasz też na takiego, który potrafi dać w zęby. Co ważniejsze jednak… mówiły również, że jesteś bystry. To prawda?

Chłopak niepewnie kiwnął głową, nie spuszczając wzroku z księdza. Choć nie miał pojęcia, do czego może prowadzić ta rozmowa, zachowywał bezpieczny dystans.

– Ale u nas to za mało. Nie wystarczy mieć pary w łapie i głowy na karku. Musisz mieć serce po właściwej stronie, Piotrek… – wypowiedział imię młodzika, zaciągając się papierosem.

– U nas… czyli u kogo?

Fortuna się uśmiechnął. Dobrze. Bardzo dobrze.

– Wierzysz w Boga?

– Wierzę.

– A dlaczego wierzysz w Boga?

– Co?

– Dlaczego wierzysz w Boga? – powtórzył mężczyzna.

– Przepraszam, chyba nie rozumiem.

– Rozumiesz. Nie pytam, czy chodzisz do spowiedzi albo czy znasz prawdy wiary. Pytam, dlaczego wierzysz.

Piotr przełknął gulę w gardle.

– Bo Bóg jest dobry – zaczął. – Bo stworzył człowieka na swoje podobieństwo. Bo zesłał swojego jedynego syna, by umarł za nas na krzyżu.

– Nie wyjeżdżaj mi z formułką jak dzieciaki przed pierwszą komunią – prychnął.

Jego nagła zmiana zachowania zaskoczyła Piotra. Na domiar złego nieznajomy wyciągnął srebrną papierośnicę i jak gdyby nigdy nic odpalił zwitek i się zaciągnął. Siwy dym skalał meble. Gorący popiół spadł na sam środek kryształowej popielniczki.

– A więc? – kontynuował nieco łagodniej Fortuna. – Dlaczego wierzysz w Boga?

– Bo… bo dał mi schronienie? – zaryzykował Piotr. – Bo dzięki niemu jestem w takim miejscu?

– Naprawdę uważasz, że ten ludzki czyściec jest sprawką Boga? Myślę, że Bóg lepiej by to poukładał.

– A gdzie są jego sierocińce? Chętnie się zapiszę.

– Nie bluźnij – warknął Jan Albert, ganiąc się w myślach za swoją reakcję. – Chcę poznać prawdę, której się boisz. Wiem, że uczęszczasz na wszystkie nabożeństwa. Wiem, że nawet wzięli cię na ministranta. To wszystko bardzo piękne, w Wigilię dostaniesz większy opłatek – zadrwił, a Piotr aż uniósł brwi w osłupieniu. Nie potrafił dłużej udawać, że pojmuje, o co w tym wszystkim chodzi. – To najprostsze, a jednocześnie najtrudniejsze pytanie, jakie można zadać człowiekowi. Ostatni raz. Dlaczego wierzysz w Boga?

Chłopak wbił spojrzenie w podłogę. Klatka zapadła mu się do środka. Zarost uciekłby z twarzy, gdyby tylko mógł. Fortuna zaśmiał się w duchu. Szesnaście lat. Już nie chłopiec. Jeszcze nie mężczyzna.

– Bo… niczego innego nie mam – wypluł w końcu odpowiedź, próbując zapanować nad szklącymi się oczami. – Bo tylko to jest całkiem moje. Bo jeśli nie to… to…

Fortuna dopił herbatę, wstał od stołu i otrzepał się z niewidzialnych paproszków. Piotr wstał zaraz za nim.

– Cum Cruce et Gladio. Z krzyżem i mieczem – wyrecytował mężczyzna, wyciągając rękę. – Pomożemy ci znaleźć coś tylko twojego.

Piotr uścisnął mu dłoń, choć nie do końca sam rozumiał dlaczego.

Ksiądz porucznik Jan Albert Fortuna się uśmiechnął. Właśnie takich ludzi potrzebowali w Encji.

Kwidzyn. Muzeum na zamku krzyżackim. Współczesność

Tym razem zabrakło Barabasza, który odciągnąłby uwagę od właściwej sprawy. Zabrakło rozsierdzonego tłumu skandującego swoje roszczenia i oskarżenia. Nie było płaczących niewiast ani wątpiących uczniów. Został tylko Piłat.

Gabriel Wende ciągnął po podłodze na wpół przytomnego biskupa Mirosława Pieczarkowicza. Stary duchowny na znak sprzeciwu stękał żałośnie i pociągał nosem, z którego ciekła krew. Nie miał już siły się szarpać ani wierzgać. Jego bezwładne ciało pozostawało ostatnią linią oporu. Na szczęście lub nieszczęście, zależnie, z której strony spojrzeć, do ich małej prywatnej Golgoty zostało raptem kilka metrów.

Skręcili w prawo do piwnic zamkowych. Chłodne powietrze osuszyło kropelki potu na twarzy Gabriela, napinającego zmęczone już mięśnie. Biskup musiał ważyć co najmniej sto kilogramów. Pomyślał wtedy, że Jezus również sam niósł swój krzyż, nawet jeśli uważał, że jest niesłusznie skazany.

– Zostaw mnie – warknął Pieczarkowicz, gdy piętami zaczął obijać twarde schody piwnicy. – Wiesz, kim ja jestem? Wiesz, do kogo mogę zadzwonić? Jeden telefon i znikniesz. Znikniesz, rozumiesz? Nawet nekrologu nie dostaniesz. Słyszysz?

– A wiesz, kim ja jestem? – odparł Gabriel, poprawiając chwyt pod pachami bezwładnego biskupa. – Wiesz, ile takich telefonów od ludzi właśnie takich jak ty odebrałem? Wiesz, ile zniknięć spowodowałem?

Biskup nie odpowiedział. Głowa pulsowała mu z bólu. Językiem macał ślad po wybitej trójce… albo czwórce… może stracił oba zęby? Mijali wystawę zabytków z trzeciego i czwartego wieku. Gliniane wazy, w których trzymano spopielone kości zmarłych. Zdjęcia kurhanów wznoszonych na tych terenach przez pogan. Sterta gałęzi, a na niej manekin owinięty w prześcieradło. Każdy z tych eksponatów pobudzał wyobraźnię. Pieczarkowicz musiał się bronić! Przecież ten wariat go zabije!

Zignorował ból. Przełknął krew zbierającą się w gardle. Zacisnął pięści i pozostałe zęby. Wziął głębszy oddech, żeby wyprowadzić cios, i w tym samym momencie poczuł uderzenie prosto w żołądek. Oprawca puścił go na zimną posadzkę, pozwalając, by skulony biskup kaszlał niczym gruźlik w ostatnim stadium choroby.

– Nie kombinuj, nie ze mną te numery – odparł jego sędzia i kat w jednym.

– Dlaczego to robisz? Co ja ci zrobiłem? Czego ode mnie chcesz? – pisnął po chwili, gdy ponownie mógł złapać oddech.

– Naprawdę nie wiesz? – zapytał Gabriel, jednocześnie przesuwając stos pogrzebowy i manekina, na co biskup zareagował mimowolnym oddechem ulgi. Przynajmniej nie spłonie. – Naprawdę nie wiesz, o co może chodzić? Dlaczego porywam i morduję biskupa Mirosława Pieczarkowicza? Nie masz żadnego pomysłu? Na pewno masz. Pochwal się.

Duchowny zrobił szybki rachunek sumienia. Ileż to osób mogło żywić do niego urazę za to, co zrobił? Może tego bandytę wynajęli właściciele lokalnych gruntów rolnych, których podkupił na budowę aquaparku? Chodziło o tę upadłość spółki hotelowej? Miał też na sumieniu kilka kamienic… kilka działek… Nawet za plantację marihuany miał na pieńku z lokalną policją i pomniejszą gangsterką.

– Nikt nie jest idealny. Niech pierwszy kamieniem rzuci ten bez winy – warknął.

– Właśnie dlatego szykuję kamień. – Gabriel się uśmiechnął. – Naprawdę to jest twoja wymówka, biskupie? Za ogrom krzywd, które wyrządziłeś, niezmierzonego egoizmu i uwielbienia dla mamony… To, że nie jesteś wcielonym diabłem, ma cię oszczędzić? A od ilu zwykłych ludzi byłeś lepszy, co? Ile własnych koszul i butów oddałeś bezdomnym? Ile posiłków z własnej lodówki przekazałeś?

– Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo! Ludzie nie są skromni, tylko biedni! Ludzie nie są potulni, tylko tchórzliwi! Wszystkim świętoszkom się wydaje, że byliby prawi i wspaniali! Każdy na moim miejscu zrobiłby dokładnie to samo! Każdy!

Choć biskup pragnął krzyczeć, poturbowane ciało pozwoliło mu jedynie na rzężący charkot, wyjątkowo żałosny. Gabriel wypuścił go z rąk, pozwalając, by duchowny poczuł, jak słabe jest teraz jego ciało, z trudem wspierające się na drżących łokciach i obolałych nadgarstkach. Stanął tuż przed nim i się uśmiechnął.

– A więc mają szczęście, że teraz jednak nie są na miejscu biskupa. W końcu skończyłyby mi się kamienie.

Gabriel przesunął pod ścianę ostatnie gabloty z eksponatami. Sięgnął po długi metalowy pręt i się wyprostował. Biskupowi przywiódł na myśl rzymskiego legionistę Longinusa, który w chwili śmierci Syna Bożego przebił jego bok włócznią.

– Zaczekaj – załkał Pieczarkowicz. – Czego chcesz? Dam ci, czego zapragniesz! Pieniądze! Pozycje! Kobiety! Dzieci! Podaj tylko cenę! Chodzi o nazwiska? Do kogo chcesz dotrzeć? Daj mi kilka godzin! Wszystko zorganizuję! Kilka telefonów i… i… – Pospiesznie szastał ostatnimi kartami przekupstwa, z trwogą obserwując, że oczy kata nawet nie drgnęły. Obietnice spływały po nim jak woda. – Nie rób mi krzywdy, błagam cię! Zmienię się! Oddam wszystko! Rozdam na ulicy cały majątek! Przekażę na cele dobroczynne! Klnę się na Boga! Tylko mnie oszczędź! Wszystko ci oddam, co tylko chcesz!

Gabriel ukląkł obok niego. Biskup przyjrzał się wyraźnie jego twarzy. Mężczyzna po sześćdziesiątce albo chwilę przed. Krótko ostrzyżone czarne włosy. Oczy, które widziały najgłębsze kręgi piekła. Wąskie usta uśmiechające się jadowicie. Twarz, która na obrazach mogła służyć za wzór zarówno archanioła, jak i diabła.

– Komorczyk również obiecywał mi złote góry – powiedział spokojnie.

– Komorczyk? Antoni Komorczyk? Boże jedyny… – Dopiero słysząc nazwisko konkretnego biskupa, zrozumiał. To miejsce… Zamek krzyżacki… No tak… a więc o to chodzi… – Ty sukinsynu… Ty go szukasz, prawda? Nie znajdziesz go. Nigdy go nie znajdziesz, choćbyś zabił nas wszystkich!

– Komorczyk też tak sądził. Spasione klechy… Ja już go znalazłem. Teraz chodzi wyłącznie o przedstawienie. Pozostali również muszą go odnaleźć.

Stalowe mięśnie zacisnęły się na kołnierzu biskupa i szarpnęły go na środek piwnicy naznaczonej turkusowymi cegłami. Pieczarkowicz zaczął się trząść, znacząc posadzkę krwią i moczem.

– Ratunku! Na pomoc! Zostaw mnie! Zostaw mnie, błagam!

– Masz mnie za amatora? Myślisz, że nie zatroszczyłbym się o to, by nikt nam nie przeszkadzał? O nie, proszę księdza. Następne godziny spędzimy tu zupełnie sami.

Biskup zamarł, gdy ostry pręt ukłuł go tuż przy łomoczącym sercu. Z trudem łapał oddech. Robiło mu się ciemno przed oczami. Zaraz zginie. Przełykał ślinę i krew, rozpaczliwie chwytając rękę Gabriela.

– Nie umkniesz przed sprawiedliwością.

– Umknąć? – Mężczyzna zaśmiał się w odpowiedzi. – Ja się o nią modlę.

Zimna stal przebiła skórę, mięśnie klatki piersiowej, żebra, lewe płuco, komorę serca i wyszła z pleców Pieczarkowicza, który zamarł w szoku, wbijając spojrzenie w czerwoną cegłę kwidzyńskiego zamku.

Podkomisarz Gniewosz Moral został wezwany do sprawy morderstwa w Kwidzynie przez komendę wojewódzką. Przyjechał na miejsce z pomorską dochodzeniówką, lecz tu ich zaangażowanie trafiło mur. Odgórny zakaz wchodzenia na zamek i samo miejsce zbrodni. Mieli zaczekać na osobę, która im powie, co mają robić… jeśli w ogóle coś będą robić. Z zaleceniami góry się jednak nie dyskutuje. Z rezygnacją odpalił papierosa, obserwując, jak zakłopotani opóźnieniem lokalni funkcjonariusze zabezpieczają wyłącznie wejście do muzeum charakterystyczną biało-niebieską taśmą i rozpędzają gapiów zwabionych łuną błękitnych reflektorów. Opóźnienia i tajemnica były paliwem rodzących się plotek, którym Moral wcale się nie dziwił. Jak często w Kwidzynie dochodzi do rytualnego morderstwa na terenie zamku krzyżackiego? Ponadto z komentarzy lokalsów dowiedział się już, że było „makabrycznie jak w jakimś amerykańskim filmie”.

Osobiście podchodził do tych komentarzy z dystansem. Zwykli ludzie mieli tendencję do panikowania, jeśli chodzi o morderstwo. Stary ochroniarz albo sprzątaczka zobaczyli człowieka leżącego na ziemi w kroplach krwi i dla nich to było wystarczające. Naoglądali się „amerykańskich filmów” i myśleli, że śmierć jest hollywoodzka, a policja nie robi nic poza pościgami i strzelaninami.

Czymś innym natomiast były plotki o tożsamości zamordowanego. W kwestiach „kto i z kim” Moral często zdawał się na ulicę, wiedząc, że komentarze spod budki z piwem niosą niejednokrotnie sedno, którego żaden policyjny raport nie ujmie. Miasto szeptało o duchownym. Mówiono o proboszczu albo nawet biskupie. Kwestią czasu była więc chwila, gdy najodważniejsi plotkarze zaczną szeptać nazwisko. Teorię duchownego potwierdzał zresztą policyjny paraliż.

– Nic o nas bez nas – skwitował sam do siebie, zaciągając się dymem.

Wtedy zobaczył nadjeżdżającą Skodę Fabię i po chwili wysiadającą z niej ładną kobietę około trzydziestki. Miała krótkie blond włosy i zmęczone spojrzenie. Granatowa garsonka i trzymany mikrofon z charakterystyczną białą kostką zdradzały jej zawód.

– Nawet nie rozkładaj się ze sprzętem, Martyna – przywitał się, ruszając w jej stronę. – Już do nas jedzie.

– Kto?

– Wiesz kto.

Dziennikarka stanęła jak wryta, a tajfun złości i rezygnacji przemknął przez jej myśli niczym fala bomby termojądrowej. Wzięła głęboki oddech i ruszyła w jego stronę, stukając obcasami po kamiennym bruku. Stanęła tak blisko, że bez problemu poczuł jej perfumy.

– Nie wiedziałam, że będzie w to zamieszana – wtrąciła konspiracyjnie. – Jesteś pewien?

– Zadzwonił do mnie Wiktor z Golubia. Z grupy interwencyjnej. Odsunęli go od sprawy. Zadawał za dużo pytań. Od teraz… ja mam prowadzić ten przypadek.

– Co ty gadasz?! To jej sprawka?

– A stałbym tu, gdyby to nie była jej sprawka? – prychnął. – Mamy zaczekać przed wejściem na dalsze instrukcje, które na pewno będą oznaczać kolejne godziny wyczekiwania. Trup leży sobie w piwnicy zamkowej, a my stoimy tu jak ostatni frajerzy.

– A skoro wy nie możecie wejść, to i ja nie będę mogła niczego nagrać… ani tym bardziej pokazać – skwitowała, zaciskając dłoń na mikrofonie. – Ale… to na pewno ona? Nie… masz rację… Oczywiście, że to ona…

– Jak chcesz, to jeszcze zdążysz się stąd zawinąć.

– Nie… wolę zostać – odparła, odkładając mikrofon z powrotem do bagażnika, po czym z hukiem zatrzasnęła klapę. – Niech wie, że media już wiedzą. Że… ja wiem.

Stanęła obok podkomisarza tak blisko, by poczuł jej barki, łokcie i biodra. Oboje wpatrywali się w policyjny kabaret, którego aktorzy nie znali scenariusza, więc improwizowali. Zerkali tylko w stronę Morala jak na suflera, licząc, że będzie miał dla nich jakąś podpowiedź. Ten jednak rozkładał ręce w niemym geście rezygnacji. Mieli czekać i tyle. Nie dyskutuj, nie zadawaj pytań.

Wyciągnął paczkę Marlboro w stronę dziennikarki. Ta nachyliła się i zębami chwyciła jednego z nich, posyłając przy tym dwuznaczne spojrzenie policjantowi. Gniewosz wyjął zapalniczkę i podsunął płomień pod jej wargi.

– To co wiemy… nieoficjalnie? – zapytała w końcu.

– Że to na pewno czarny.

– Tyle to i ja wiem. Nie stalibyśmy tutaj, czekając na nią, gdyby nie chodziło o koloratkę. Co to za morderstwo?

– Rytualne – odparł Moral. – Wieść już się niesie chodnikami. Duchowny modlący się na klęczkach, przebity włócznią i w kałuży krwi. Dopóki jednak nie wejdę, to niczego nie potwierdzę. Ludzie mają bujną wyobraźnię. Za tydzień będą już gadać o uciętej głowie albo ukrzyżowaniu, żeby tylko podbić temat.

– Włócznią? – zdziwiła się. – Tego jeszcze nie grali. A wiadomo, kto to? Ty na pewno wiesz, prawda?

Zaprzeczył.

– Lokalna policja wie, ale dostała przykaz, że ma milczeć. Podzwoniłem po kolegach. Na pewno nikt z tutejszej parafii. To musi być gruba ryba. Bardzo gruba. Coś tu ewidentnie śmierdzi. O… – wtrącił, gdy tylko dostrzegł podjeżdżające czarne Maserati Grecale z charakterystycznym znaczkiem trójzębu na grillu. Ostentacyjnie rzucił na wpół wypalonego papierosa na ziemię. – O wilku mowa.

Z czarnego SUV-a wartego więcej niż mieszkanie w Kwidzynie wysiadła kobieta około sześćdziesiątki. Była szczupła. Bardzo zadbana. Blond włosy idealnie uczesane. Delikatny makijaż i szminka współpracujące z głębokimi zmarszczkami wokół ust i oczu. Napięta szyja ściągnięta niekończącym się zdenerwowaniem. Szybki chód zdradzający hektolitry wypocone na siłowni i życie pod grafik, w którym nawet kichnięcie ma swoje miejsce w kalendarzu.

Judyta Ostnik. Była prokurator regionalna jeszcze za Jaruzelskiego. Obecnie szanowana pani adwokat z terminarzem wypełnionym do końca świata. Nie ogłaszała nigdzie swoich usług i nie szukała zleceń. Bóg pozostawał jej jedynym klientem, a precyzyjniej określając… jego ludzie.

– Dzień dobry, pani mecenas! – zawołał pierwszy, napinając przy tym wszystkie mięśnie. – Co panią sprowadza pod zamek o tej porze?

– Zamrozić wszystkie czynności na kolejne cztery godziny. Żadnych śledczych, strażaków, lekarzy… i żadnych mediów – wyliczała prawniczka, zerkając na Martynę. – Nikt nie wchodzi na zamek. Czekacie na nas przed wejściem. Wrócę z detektywem. Niczego nie ruszać.

– Jakieś magiczne słowo do tego? – warknął Moral. Dobrze wiedział, że z ludźmi takimi jak Judyta Ostnik się nie zadziera. Jeden telefon do komendanta i do końca służby będzie suszył na krajówce. Mecenas musiała myśleć o tym samym, bo spojrzała na niego jak na ratlerka ujadającego za ogrodzeniem.

– Cztery godziny. Nikt nie wchodzi – powtórzyła. – Z Bogiem – dodała i wróciła do samochodu.

Zatrzasnęła drzwi masywnego SUV-a, wzbudzając sensację wśród gapiów, i odjechała w stronę Pelplina równie nagle, jak się pojawiła.

Martyna dopiero teraz zauważyła, że przez całą wizytę pani mecenas nie zaciągnęła się choćby najmniejszym buchem, a niedopałek wystawał z jej ust. Splunęła nim na ziemię i przydeptała.

– Bóg z wami… chuj z nami – skwitowała, zerkając wymownie na Morala.

– Bóg z wami… chuj z nami – powtórzył podkomisarz.

Mecenas Judyta Ostnik pędziła wąskimi, wypłukanymi z asfaltu uliczkami przez Gniew i Czarlin, zupełnie nie przejmując się ograniczeniami prędkości. Każdy patrol, który by ją teraz zatrzymał, puściłby ją wolno po dziesięciu minutach. Ewentualnie z dobrego serca zostawiłaby im po pięćset złotych za fatygę. Każde zdjęcie w fotoradarze było zdejmowane już na poziomie centrali Komendy Krajowej, gdy tylko dowiedzieli się, komu mają wysłać wezwanie do zapłaty.

Judyta Ostnik nie była wyłącznie świetnym prawnikiem i byłym prokuratorem. Przede wszystkim Judyta Ostnik znała ludzi. Odpowiednich ludzi w odpowiednich miejscach. Wyjątkowo niebezpiecznych i omnipotentnych. Nie byli to politycy, choć tych również miała zapisanych w telefonie całą masę, od wojewodów po ministrów. Nie byli to również gangsterzy lub mafiozi, królowie kryminogennego półświatka. Byli to ludzie łączący obie te społeczności. Najniebezpieczniejsi z niebezpiecznych. Najważniejsi z ważnych, dla których prawo karne i cywilne pozostawało co najwyżej formą rubasznej przepychanki. Ludzie, dla których „skończenie kogoś” miało setkę znaczeń. Ludzie władzy najprawdziwszej, bo władzy wiecznej i niezachwianej. Właśnie teraz jeden z takich ludzi do niej dzwonił. Zacisnęła delikatne palce na skórzanej kierownicy i przełknęła ślinę, odczytując nazwisko na samochodowym tablecie. Wstrzymała oddech i kliknęła zieloną słuchawkę.

– Szczęść Boże – zaczęła, ze wszystkich sił walcząc z drżeniem głosu.

– Na razie szczęści, ale zobaczymy jak długo – zachrypiał w odpowiedzi głos. – Melduj, Ostnik.

Biskup pułkownik Bartłomiej Jaromiński na pierwszy rzut oka mógł sprawiać wrażenie pociesznego starszego księdza uśmiechającego się do dzieci podczas rekolekcji. Unikał kamer i aparatów fotograficznych. Rzadko wypowiadał się publicznie. Dla większości wiernych pozostawał personą zupełnie nieznaną, zwłaszcza w porównaniu do zamordowanego Pieczarkowicza. A jednak był to człowiek władny i niebezpieczny, łączący instytucję Kościoła, politykę i wywiad wojskowy. Jeśli ktoś zasługiwał na miano szarej eminencji, był to właśnie on.

– Byłam na miejscu i kupiłam nam kilka godzin – meldowała, ubiegając pytanie. – Jadę właśnie do Gdańska. Za chwilę będę już na autostradzie i…

– Na pewno potrzebujemy Sygila? – przerwał jej w pół zdania. – Nadal nie wiemy, czy rzeczywiście to Wende za tym stoi.

Judyta wzięła głęboki oddech.

– Nie mam wątpliwości, że to Gabriel. Tylko on byłby do tego zdolny. Tylko on nie dałby się złapać pomimo prób naszej „młodzieżówki”. Zwykła policja nie ma z nim szans. Tu potrzebny jest jeden z nas.

– Piotr nie jest jednym z nas.

– Ale był – protestowała.

– A ty… nie wystarczysz, Ostnik? Nie potrafisz sama go schwytać? A może nie chcesz?

Ostnik zacisnęła szczęki, przełykając wyjątkowo kąśliwą uwagę. Biskup nigdy nie gryzł się w język. Nie musiał.

– Zapewniam pułkownika biskupa, że dokładam wszelkich starań, by pochwycić podejrzanego Wende. Dodatkowo zapewniam, że współpraca z Piotrem Sygilem nie jest szczytem moich marzeń i fantazji, ale obawiam się, że kończą nam się opcje. Dziennikarze nieustannie węszą wokół sprawy.

– Co z tego?

– Nie damy rady wyciszać tego w nieskończoność.

– Nie? – Zaśmiał się. Judyta wiedziała, że miał rację.

– Poza tym… nie możemy sobie pozwolić na dłuższe zwlekanie, prawda? Wiemy, do czego dąży Wende. Będą… następni.

Jaromiński tym razem zacharczał doniośle, co miało oznaczać, że niechętnie, ale zgadza się z panią mecenas.

– Najpierw Komorczyk… teraz Pieczara. Zaraz zrobi się burdel…

– Jeśli ktoś ma rozgryźć tę sprawę i wyprzedzić Wendego… to właśnie Sygil. Nie mam co do tego wątpliwości.

– Pamiętaj, Ostnik, musisz go pilnować. Nie potrzebujemy wiercenia w całej instytucji. Nie z jego strony. Ma po prostu zrobić swoje, rozumiesz? Wejść i wyjść. Ręczysz za niego, pamiętaj.

– Zdaję sobie z tego sprawę.

Sekundę później rozłączył się, bez pożegnania czy błogosławieństwa. Judyta oddychała ciężko. Lewą rękę zacisnęła na kierownicy. Prawą poprawiła włosy i sprawdziła guzik od śnieżnobiałego kołnierzyka. Przełknęła wszystko, wyrównując oddech i wciskając pedał gazu w podłogę. Minęła już Swarożyn, gdzie skręciła na autostradę. Miała przed sobą kilka spokojnych chwil na dwupasmówce. Zerknęła jeszcze raz na GPS. Ulica Doroszewskiego w gdańskiej Oliwie. Powinna być na miejscu za niecałą godzinę.

Orientalna muzyka rozchodziła się po sali fitness, gdy wysoki i przystojny trener wykonywał kolejne pozy charakterystyczne dla tai chi.

– Właśnie tak… na ugiętych nogach, unosimy ręce ku niebu… wdech… wydech… przechodzimy z pozycji peng… o właśnie… do pozycji ji… pamiętajcie o oddechu… pozwólcie, aby ciało reagowało na przepływ energii… doskonale… I jeszcze raz pozycja peng… i wdech…

– Kurwa twoja świętokrzyska! – Piotr Sygil złapał się za biodro, rozbijając tybetańskie skupienie w przysłowiowe pizdu. Cała sala natychmiast obdarowała mężczyznę potępiającym spojrzeniem, z którego na domiar złego on nic sobie nie robił. – Ale mi strzeliło!

– Panie Piotrze, w porządku? – Trener podbiegł do niego. – Tai chi to wymagająca sztuka, uświadamiająca nam deficyty naszego ciała.

– Nie pierdol, Marcin – warknął Sygil, prostując się. – Za stary na to jestem.

– Wiek to tylko liczba. – Instruktor się uśmiechnął. – Natomiast trudno nauczyć ciała spokoju, jeśli przez ostatnie dekady żyliśmy w stresie. Ciało musi współpracować z umysłem.

Sygil zastanawiał się, czy Marcin właśnie na tai chi wyrobił sobie klatę jak Jean- Claude Van Damme, którymi hipnotyzował trenujące wraz z nim mamuśki. Stawiał raczej na sterydy anaboliczne i zastrzyki z testosteronu, ale w końcu mógł się mylić, a tai chi pozostawało wielką tajemnicą sportów sylwetkowych.

– No dobra – westchnął ciężko. – Ile mamy do końca?

– Dwadzieścia minut.

– To dawajmy ten ogród orchidei i wracamy.

Kursantki ponownie spojrzały gniewnie na Piotra naigrawającego się z chińskiej drogi do równowagi. Na ich nieszczęście jednak te spojrzenia również miał w głębokim poważaniu.

Godzinę później, już po prysznicu i saunie fińskiej, wracał wypoczęty, wieziony przez trenera Marcina do gdańskiej Oliwy. Byli sąsiadami i młody kulturysta uznał, że zrobi dobry uczynek wobec starszego pana z sąsiedztwa, wyciągając go na treningi i wprowadzając do jego życia odrobinę ruchu.

„Starszego pana”, przypomniał sobie z niesmakiem Sygil. Miał dopiero sześćdziesiąt lat, a nie dziewięćdziesiąt. Młodemu pokoleniu wydawało się chyba, że człowiek w jego wieku porusza się za pomocą chodzika lub wózka inwalidzkiego. Niemniej jednak doceniał zaangażowanie ze strony sąsiada. W przeciwnym wypadku zupełnie by skapcaniał. No i ta sauna… dla trzydziestu minut parówki był gotowy nawet na zapasy sumo.

Wjechali na osiedle domków jednorodzinnych, które zamieszkiwały dwie odseparowane społeczności. Jedni kupili lub dostali domy w epoce Rzeczypospolitej Ludowej i mieszkali w nich do dzisiaj. Drudzy, znacznie młodsi, odkupili lub odziedziczyli domek w szalenie atrakcyjnej części Gdańska od tych pierwszych. Piotr Sygil i „piękny” Marcin reprezentowali obie te społeczności, a ich sąsiadujące domy doskonale to odzwierciedlały. Dom Piotra odmalowany, z równo przyciętą trawą, polakierowanymi deskami płotu i wypielęgnowaną kostką. Dom Marcina odziedziczony po starszym krewnym zniósł wiele lat zaniedbania, z którymi młody trener kulturystyki próbował się teraz brać za bary. Czekała go naprawa azbestowego dachu, wymiana całej elektryki pamiętającej lata sześćdziesiąte, położenie na nowo podłóg, odgrzybianie piwnicy… Sygil podejrzewał, że łatwiej i taniej byłoby zburzyć wszystko i zacząć od nowa. Niestety nie zawsze jest to możliwe. Czasami po prostu trzeba robić w tym, co pozostało.

– Chyba ktoś do pana, panie Piotrze – wyrwał go z zamyślenia, parkując przed nieodmalowaną bramką.

– Chyba na to wygląda – westchnął w odpowiedzi, spoglądając na czarnego SUV-a. – Dzięki, Marcin. Widzimy się na następnym feng shui.

Zatrzasnął drzwi od samochodu i pożegnał się z trenerem. Poczekał, aż chłopak wróci do domu i zamknie drzwi na klucz. Dopiero wtedy ruszył w stronę tajemniczego auta. Droga fura oznaczała drogiego klienta. Czyżby jakiś poseł chciał go wynająć do odkrycia romansu swojej żony? Jako prywatny detektyw najczęściej spotykał się właśnie z takimi zleceniami. Ku jego zaskoczeniu z samochodu wyszła kobieta w garsonce. Była w jego wieku. Blondynka.

Znał ją dobrze. Cholernie dobrze.

– Cześć, Szeryf – przywitała się Judyta Ostnik. – Kopę lat.

– Judyta… – wypowiedział, mieląc każdą sylabę niczym magiczne zaklęcie. – To ty… To naprawdę ty…

– Dobrze wyglądasz. – Uśmiechnęła się, wskazując na torbę sportową. – Ćwiczysz coś?

– Co ty tutaj robisz? Czego ode mnie chcesz?

– Przyjechałam w ważnej służbowej sprawie.

– Służbowej? – prychnął.

– Służbowej – powtórzyła niewzruszona. – Wszystko ci wytłumaczę, ale nie mamy czasu do stracenia. Wolałabym również nie rozmawiać na chodniku. Możemy wejść do środka?

– Nie, nie możemy – niemal warknął. – Jak mnie znalazłaś?

– To akurat nie powinno być dla ciebie zaskoczeniem.

Uśmiechnął się ponuro. Spojrzał na okna sąsiadów, sprawdzając, czy ktoś nie zapuszczał już żurawia w sprawach, które go nie dotyczą.

– Piotr… potrzebujemy twojej pomocy.

– My? Kapitan cały czas na swoim stanowisku? To on cię przysłał?

– Teraz już pułkownik – sprostowała z kwaśnym uśmiechem. – On również cię potrzebuje, ale to ja osobiście naciskałam na kontakt. Jesteś niezbędny przy tej sprawie.

– Odpowiedź brzmi: nie – warknął, kierując się do własnego ogrodzenia. – Nie obchodzi mnie, z czym do mnie przyjechałaś. Nie chcę być zamieszany w żadną waszą sprawę.

– Jeśli tylko pozwolisz mi wytłumaczyć…

– Niech zgadnę! Ktoś porywa biedne sieroty z katolickich sierocińców? Ktoś kradnie renty babć spod kościoła? A może szukacie dawcy szpiku dla małego chrześcijanina? Nie trafiłem? To ci dopiero zaskoczenie.

Zbliżył się do furtki. Judyta stała ze trzy metry od niego. Dopiero teraz zobaczył wyraźnie jej piękne oczy przepełnione znajomym ogniem. Nos zaatakował zapach. Dokładnie taki sam jak wtedy, w osiemdziesiątym dziewiątym. Zacisnął palce na klamce i szarpnął, o mało nie wyrywając jej z zawiasów.

Rozejrzała się nerwowo, poprawiając włosy.

– Ktoś… zamordował biskupa… Dzisiaj na zamku w Kwidzynie.

Spojrzał na nią, a złośliwy uśmiech wykwitł na jego twarzy.

– To idźcie z tym na policję. Przecież to ona jest od łapania morderców. Zróbcie tylko ładny pogrzeb biskupowi.

– Szeryf… – Zrobiła krok w jego stronę. – Gdybyś tylko…

– Powiedziałem: nie!! – wrzasnął na całe gardło, szarpiąc na odlew, jakby chciał odtrącić niewidzialną rękę. – Teraz do mnie przyjeżdżasz?! Teraz?! Po tylu latach?! Nie chcę się angażować w nic, co dotyczy ich… albo ciebie! Nie chcę i nie zamierzam, rozumiesz?! Zostaw mnie w spokoju!

Zastygli w bezruchu, wpatrując się w siebie nawzajem. Piotr dyszał ciężko, na zmianę zaciskając i rozluźniając dłonie. Judyta stała wryta w ziemię, przełknęła gulę w gardle i wzięła głęboki oddech. Nic się nie zmienił. Nie wybaczył jej. Jego złość płonęła tym samym ogniem co wtedy. Czy miała jednak prawo go za to winić?

– Tyle lat… A ty teraz… Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Cokolwiek to jest.

Powoli odwrócił się w stronę domu i ciężkim krokiem ruszył naprzód. Jego buty dudniły o grubą płytkę. Z nadzieją patrzył na drzwi wejściowe, obietnicę spokoju i zapomnienia. Dzielił go od nich niecały metr. Położył rękę na klamce. Drugą wymacał w kieszeni klucze.

Judyta spojrzała na połamane płyty chodnikowe. Garsonka uwierała ją na piersiach. Utrudniała oddech. Instynktownie chwyciła się za górny guzik, ale go nie rozpięła. Mieliła w ustach każdą sylabę, którą chciała wypowiedzieć.

– Chodzi o Gabriela – wyrzuciła w końcu. – Szeryf, proszę… To Gabriel stoi za tą sprawą.

Zatrzymał się natychmiast, jakby nogi przykleiły mu się do ziemi. Obrócił się i zrobił krok w jej stronę, przechylając przy tym głowę.

– Co takiego?

– Słyszałeś. Gabriel wrócił. Podejrzewamy… Ja podejrzewam, że to on stoi za morderstwem biskupa. Piotr… nikt inny go nie powstrzyma. Wiesz o tym.

Sygil spojrzał jej w oczy i dostrzegł coś, czego nie widział od trzydziestu lat. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę domu.

– Daj mi kwadrans.

Rozsiadł się wygodnie w skórzanym fotelu, chłonąc luksus samochodu za czterysta tysięcy. Judyta szybko przemknęła obwodnicami Gdańska z powrotem na autostradę, gdzie trzystukonny silnik rozwijał ponad sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, pracując przy tym nieprawdopodobnie cicho. Jak widać, Fura, jak nazywali Judytę w Anzio, wciąż lubiła szybką jazdę. Na wszystkich misjach zawsze chciała prowadzić. Pchała się za kierownicę Kamaza, Wołgi, a nawet wojskowego Humvee. Stare przyzwyczajenia pozostawały wiecznie żywe.

Nieśmiało zerkał również na nią. Dobrze wyglądała w garsonce, choć zapamiętał ją głównie w mundurach. Wciąż piękna pomimo upływu lat. Wciąż z tą samą dziarskością i werwą, a jednocześnie dyplomacją i wyczuciem. Potrafiła zarówno wybić bark, jak i zatrzepotać rzęsami, ale przede wszystkim wiedziała, której broni najlepiej użyć w tym momencie. Zawsze umiała wyczuć drugą osobę. Za to zresztą znienawidził ją najbardziej. Na siłę próbował skarcić się w myślach za każdą sekundę wspomnień i nostalgii.

Nie widzieli się trzydzieści lat.

Niewygodny trup wspomnień, dawno zakopany w ogródku, ułożył się w ziemi przykryty jabłoniami. Świeża trawa wzrosła i zwiędła wielokrotnie, a deszcze i śniegi utwardziły piasek. Odkopanie tego wszystkiego jawiło się jak syzyfowa praca, z gorzką nagrodą rozdartych ran. Rosło więc sobie drzewo obfite w zakazane owoce, z którym żadne nie wiedziało, co począć.

– Jaki silnik?

– Dwulitrowy. Cztery cylindry. Trzysta koni.

– I jeszcze automat… fest maszyna – sarknął. – To benzyna czy diesel?

– Hybryda.

– Co za ulga – prychnął teatralnie. – Przynajmniej oszczędzisz na paliwie. Praca adwokata diabła musi się opłacać, co?

Pozostawiła tę uwagę bez odpowiedzi, rozpinając guzik uwierającego ją kołnierzyka.

– Lubię szybkie… zresztą wiesz.

– I co, wozisz takim dzieci do szkoły?

Spiorunowała go spojrzeniem. Wyraźnie uderzył w czuły punkt.

– A ty co, przesłuchujesz mnie? – warknęła.

– Pytam. Na pewno sprawdziłaś mnie już we wszystkich możliwych rejestrach i urzędach. Wyobraź sobie jednak, że ja już nie mam dostępu do danych wszelakich. Pozostaje mi zwyczajnie zapytać.

– Więc?

– Obrączki na palcu nie widziałem. Rozwódka, wdowa lub stara panna. To które?

Dodała gazu, obierając za cel zderzak osobówki przed nimi. Dopiero w ostatniej sekundzie zjechała na lewy pas, mijając kilka samochodów. Z uśmiechem odnotowała, że Piotr instynktownie chwycił rączkę pasażera. Niekończące się dwa białe pasy na asfalcie pozostawały jedynymi towarzyszami ich rozmowy.

– Nie mogę być wdową. Nigdy nie wyszłam za mąż.

– A kochankowie?

– Pierdol się, Szeryf. A ty? Masz jakąś dupę?

– Tylko tę, na której siadam.

– Żadnej żonki?

– Żadnej.

– To może chodzisz na dziwki? Stary kawaler? Kiedyś płaciłbyś bykowe.

– Ile masz dzieci?

Nie odpowiedziała. Zerknął na drżące mięśnie policzków i przygryzione usta. Ponownie zapięła kołnierzyk, wbijający się z zaczerwienioną krtań. Dodała gazu, aż licznik wskazał sto osiemdziesiąt.

– Skąd wiesz, że to Gabriel? – próbował zmienić temat. – Myślałem, że odsiaduje dwudziestkępiątkę w Raciborzu. Wyszedł za dobre sprawowanie?

– Odsiedział swoje i po prostu wyszedł. Próbowaliśmy nawiązać z nim kontakt, ale… zapadł się pod ziemię. Żadnych adresów, telefonów komórkowych, kart kredytowych. Agenci sprawdzali każdy, nawet najmniejszy trop. Nigdzie jednak nie zostawiał śladu. W żaden sposób nie mogliśmy go namierzyć, a jak sam wiesz, mamy na to swoje metody.

– Metody, które on zna na wylot…

– To samo zasugerowałam biskupowi pułkownikowi Jaromińskiemu. Świeżaki nie są w stanie go znaleźć.

– Nadal szkolą się w Anzio?

– To już nie jest to samo Anzio. Nie poradzą sobie. Nie z Gabrielem. Kiedy więc zaczęła się sprawa z Pieczarkowiczem, przypomniałam im o tobie.

Zjechali z autostrady, tnąc od tej pory zwykłymi osiedlowymi dróżkami. Judyta zdawała się jednak nie odpuszczać gazu, bez względu na to, jakiego rodzaju nawierzchnię pokonywała.

Piotr skrzyżował ręce na piersi, zastanawiając się nad całą tą sprawą. Dlaczego Fura była taka pewna, że to właśnie Gabriel? Nie ściągałaby go z Gdańska, gdyby miała wątpliwości. Co więc dawało jej taką pewność? Czegoś mu nie mówiła. Czegoś wyjątkowo istotnego.

– Zaraz, zaraz… powiedziałaś Pieczarkowicza? Biskupa Pieczarkowicza? – wypowiedział głośno. – Purpurowy magnat? Milioner w koloratce? Plotkarskie media prześcigają się w wymyślaniu mu nowych przydomków, próbując oszacować skalę nieoficjalnego majątku. Właściciel hoteli, kamienic, bloków mieszkalnych…

– Były właściciel – poprawiła go, przygotowana na tyradę o bogatych księżach nawołujących do skromności, bo dobry chrześcijanin pozostaje rozrzutny wyłącznie w kwestii tacy.

– No i co go spotkało na tym zamku? Sąd boży?

– Zaraz sam się przekonasz – ucięła, gdy tylko dostrzegli łunę niebieskich świateł reflektorów. – Jesteśmy na miejscu.