Klątwa południcy - Agata Suchocka - ebook + książka
NOWOŚĆ

Klątwa południcy ebook

Agata Suchocka

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wkrocz do świata, gdzie południce, wąpierze i strzygi żyją wśród nas!

Dagna mieszka w kamperze jako wędrująca fotografka, specjalizująca się w plenerowych sesjach retro. Żyjąc z dnia na dzień i nie myśląc o przyszłości, odnajduje w krajobrazach kadry, które zdają się koić jej samotność — lecz nie mogą uleczyć klątwy, która ciąży na niej od dawna.

Jako południca – demon żywiący się ludzką energią – Dagna zawsze pragnęła zemsty na tych, którzy skrzywdzili ją i siostrę. Spotkanie z szeptuchą w międzywojennej Polsce obudziło w niej człowieczeństwo i pozwoliło ograniczyć destrukcyjną moc – coś, co przez wieki wydawało się niemożliwe.

Kiedy wraca do korzeni – nad Puszczę Augustowską – spotyka Jaromira, potomka mężczyzny winnego tragedii jej przeszłości. Wspólne wędrówki po lesie budzą uczucie i pytanie: czy ich miłość wystarczy, by odrzucić klątwę i dać sobie szansę na pełne, ludzkie życie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 218

Data ważności licencji: 1/3/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

W serii Słowiańskie Światy do tej pory ukazały się:

 

Elwira Dresler-Janik

cykl Leszygród

Tom 1. Córki bogini Mokosz

Tom 2. Topielica z mokradeł

Tom 3. Opiekun lasu

Tom 4. Szczodry Wieczór

 

Anna Musiałowicz

Wyrzuciła ją rzeka

 

Ewelina Kasiuba

Wybranka boga słońca

 

Krzysztof Jagiełło

cykl Piast zdobywca

Tom 1. Przysięga

Tom 2. Wieszczba

Tom 3. Nawałnica

 

Robert Socha

Kwiat Peruna

 

Agnieszka Kulbat

cykl Dziedzictwo stróża Nawii

Tom 1. Wezwanie Żmija

 

Lucie Ortega

cykl Szept Moczarów

Tom 1. Światła nad moczarami

 

Agata Suchocka

Klątwa południcy

 

 

 

Copyright © by Agata Suchocka

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Dagmara Michalak

 

Korekta

Eliza Orman

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

 

eISBN 978-83-68742-13-8

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

 

 

Mam na imię Dagna i jestem południcą.

Jestem nieśmiertelna.

Mniej więcej.

Gdy starzejesz się jakieś dwadzieścia razy wolniej niż człowiek, czujesz się nieśmiertelna. Gdy mając trzysta lat, wyglądasz na trzydzieści, czujesz się nieśmiertelna. Gdy nie nękają cię typowe ludzkie słabości jak migreny, rwa kulszowa, rozstrój żołądka czy ból zęba, czujesz się nieśmiertelna. Czy te wszystkie dolegliwości dokuczają w dzisiejszych czasach już trzydziestolatkom? Chyba tak, w końcu co chwilę natrafiam na ogłoszenia typu „Kurs tańca dla seniorów 30+”. To ciekawe, bo w czasach mojego dzieciństwa i w mojej klasie społecznej dożycie trzydziestki stanowiło nie lada wyczyn. Jeszcze wiek temu również, ale potem medycyna zrobiła taki postęp, że w zasadzie każdy człowiek po łyknięciu kilku magicznych pigułek może czuć się nieśmiertelny. Mimo to, w dobie kultu młodości, czterdziestolatkowie uważani są za towary po terminie spożycia, a jednocześnie wmawia się im, że czterdziestka to nowa dwudziestka.

Dlaczego o tym mówię? Pewnie dlatego, że jestem dwustuletnim demonem zamkniętym w atrakcyjnym jeszcze ciele. Wszystko wskazuje na to, że będzie atrakcyjne przez kolejne kilka wieków i jest szansa na to, że przy dzisiejszym tempie eksploatacji planety przeżyję ludzkość. Czy ktokolwiek zakłada, że ludzie porządzą tym światem jeszcze przez trzysta lat? I co bym zrobiła, gdybym została sama na wyjałowionej Ziemi…?

Szczerze wątpię, by ludzie tak długo pociągnęli, bo przecież widziałam, co wyprawiali przez cały ten czas. Nie chcę jednak aż tak wybiegać myślami w przyszłość. Jestem już zmęczona. Adaptuję się, owszem, ale chwilami mam wrażenie, że już wszystko widziałam, że nic mnie już nie czeka. I całej ludzkości również. Szczyt cywilizacyjny osiągnęła na przełomie tysiącleci, a teraz to już deterioracja i degrengolada.

Dzisiejszy świat jest pełen sprzeczności.

Można by sądzić, że pradawny demon będzie mieć problem z adaptacją. Nic bardziej mylnego! Przecież my wszyscy: południce, wąpierze, strzygonie, jesteśmy świadkami zmian, wzrastamy i ewoluujemy razem z nimi.

Ale nie o tym chcielibyście posłuchać, prawda? Przecież kondycja ludzkości i świata tak naprawdę nikogo nie obchodzi, szczególnie ludzi, którzy przekonani są o własnej nieśmiertelności. A o to w dzisiejszych czasach naprawdę nietrudno, bo duchowość również jest już na wykończeniu. To jednak specjalnie mnie nie dziwi, bo ja również z tą duchowością nie miałam przez minione wieki za wiele do czynienia.

Nigdy w życiu nie spotkałam innej południcy, że o wąpierzu czy strzygoniu nie wspomnę. Jakiś czas temu zaprzyjaźniłam się z takim jednym leszym, ale o tym później.

Co ja właściwie usiłuję powiedzieć?

A to, że świat nie wygląda tak, jak w modnych ostatnimi czasy książkach i filmach. Demony, bogowie i ludzie nie żyją w harmonii, a ich światy się nie przenikają. Jeśli faktycznie to wszystko, o czym czytam, istnieje, to nie jest tak powszechne, jak to się przedstawia, i na pewno nie tak romantyczne. Dwa wieki egzystencji i tylko jeden leszy na drodze. Nie za wiele, co? Ano, nie za wiele. No dobrze, spotkałam jeszcze ze dwa inne demony, ale dojdziemy do tego w swoim czasie.

Może demony to nie są powszechnie spotykane stworzenia i czasem nawet ja wątpię w ich istnienie, no ale przecież ja istnieję. Jestem, kim jestem, i robię to, co robię, czyli wysysam z ludzi życiodajną energię, by podtrzymać swoją długowieczność. Dlaczego więc nie miałabym uwierzyć w istnienie innych demonów? Nie nazwałam sama siebie południcą, nie nazwałam sama siebie demonem. Uczyniła to przed wiekiem stara szeptucha, która rzekomo potrafiła kontaktować się z nadnaturalnymi bytami podobnymi do mnie. Nie wiem, ile w tym prawdy, bo znała tylko mnie i tamtego nieszczęsnego leszego. Żaden Swaróg czy Światowid nigdy do niej nie zagadał, do mnie zresztą także nie. Chyba nie, bo zagadało mnie kilku, którzy podawali się za bogów. Do dziś nie wiem, czy byli nimi naprawdę.

Stara zielarka zdradziła mi jednak pewien sekret dotyczący mojej egzystencji i jej ewentualnego zakończenia. Podobno południce wyłażą jak z kokonów z osnowy nieszczęśliwej miłości. To by się zgadzało. Tak, tak, zaczęło się od złamanego serca, bo przecież od tego zawsze się zaczyna, albo na tym kończy. W moim przypadku koniec był początkiem.

Najlepszym lekarstwem na złą miłość jest dobra miłość.

Jeśli jednak wydaje się wam, że moja historia jest tanim romansidłem, to grubo się mylicie.

Jestem południcą.

Jestem demonem.

Moja historia to horror.

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

 

 

 

Wrocław, współcześnie

 

– Bardzo dobrze, Monika, usta luźno! Głowa troszkę niżej!

Trzask migawki.

Dziewczyna wykonuje moje polecenia jak zawodowa modelka. Obym tylko z takimi pracowała! Niestety, w większości przypadków muszę się nieźle nagimnastykować, żeby efekt był zadowalający. Nie lubię fuszery. A potem jeszcze praca edytorska w programie graficznym, dorzucanie efektów. Lekka i łatwa robota, dziś wszystko robi się w digitalu. Kilkadziesiąt lat temu człowiek się musiał napracować w ciemni, retuszować wszystko ręcznie. A efekt i tak zawsze był nieprzewidywalny.

Dziś fotografia utraciła swój magiczny wymiar. Lubię pracować tradycyjnymi, analogowymi metodami, szczególnie z takimi modelkami. Czuję, że tym razem zmarnuje się tylko kilka klatek.

Unoszę aparat.

– Rolka się kończy, to zrobimy jeszcze parę dynamicznych i koniec. Wytrzymaj!

Słyszę jej dźwięczny śmiech. No wykapana rusałka! Nie, żebym znała jakąś rusałkę, chociaż…?

– Nie ma co wytrzymywać, świetnie się bawię!

No i tak ma być, za to mi płacą. Ja też mam sporo radochy podczas tej sesji. Pięknych ludzi przyjemnie się fotografuje. Wszystko, co młode i chude, jest piękne.

Ja też, ale cena za moją młodość jest wysoka.

Odpędzam od siebie tę myśl, która ostatnimi czasy coraz częściej mnie nachodzi. Jestem w pracy, więc skupiam się na pracy.

– No to chwyć rąbek sukienki i unieś, a potem puścisz na znak.

– Co mam chwycić…?

Czasem jeszcze mi się to zdarza. Rzucam jakimś archaizmem, którego powszechnie się używało, gdy miałam tyle lat, co ona teraz. No ale żeby nie znać słowa rąbek? Przecież to maturzystka! Rodzice zafundowali jej wypasioną sesję z rekwizytami na osiemnastkę.

– Chwyć dół spódnicy i…

– To sukienka przecież.

Znowu to samo. Kiedyś sukienki składały się ze spódnicy i stanika. Rozumiem, że faceci nie odróżniają dziś sukienki od spódnicy i pończoch od rajstop, ale żeby dziewczyna…

Czuję, że skacze mi ciśnienie. Nie dosłownie, bo dosłownie skoczyć nie może, moje ciało działa nieco inaczej niż ludzkie, ale mentalnie. Przyjemność z roboty znika, a szkoda, bo fajnie się z dziewczyną pracowało, póki nie pokazała takiej głupiej ignorancji. Ech, ta dzisiejsza młodzież!

Robię się głodna.

– Wiesz przecież, o co mi chodzi. Pomachaj spektakularnie kiecką, a ja popstrykam.

No to ona macha, a ja pstrykam. Wyłapuję ostatnie promienie złotej godziny przefiltrowane przez młode listowie. Ładne światło, archaiczne, jak kiedyś. Rano padało, więc miejskie powietrze trochę się oczyściło. Zawieszam się na moment, przypominam sobie inną młodziutką blondynkę, śmiejącą się dźwięcznie i powiewającą obfitą, kwiecistą spódnicą.

Czuję ukłucie w sercu.

Tak, mam serce, ale bije wolniej, kilka razy na minutę. Czuję jego potężny skurcz, jakby było zrobione z twardego kauczuku. Na początku to było straszne, zanik tętna, uczenie się oddychania na nowo. Umierasz, a potem umierasz raz jeszcze, i jeszcze, i jeszcze raz…

– Tak dobrze?

Spoglądam na dziewczynę. Podświetlona zachodzącym słońcem staje się nierzeczywista, efemeryczna.

– Wspaniale, tak trzymaj i… Teraz!

Pstryk, pstryk, pstryk!

– Dobra, mamy to, dziękuję!

Wymieniamy uprzejmości i idziemy na parking przy parku. Młoda wchodzi do mojego kampera, żeby się przebrać.

Południca nie potrzebuje domu. Nie jem za wiele, wydalam równie niewiele, brud i obce zapachy nie przylegają do mojego ciała, a więc nie potrzebuję łazienki. Trochę to wkurzające, bo nie trzymają się również perfumy. Płyny przyjmuję bez ograniczeń, nawet te wysokoprocentowe, ale próby upicia się są bezskuteczne. Wszystko, czego nie zużyje moje ciało, wyparowuje przez skórę. Jak u ameby albo eugleny. Dopiero niedawno nauczyłam się, czym jest euglena, bo przecież jako wsiowa młódka nie odebrałam żadnego wykształcenia. Nawet pisać nie potrafiłam, a dokształcać się zaczęłam dekadę po drugiej wojnie i wkręciłam się w to na trzydzieści lat. Wyobraźcie sobie tylko, jak dogłębnie jestem dziś wyedukowana!

Od czasu do czasu jem jak człowiek, żeby nie wyjść z wprawy. Takiej kiełbachy z ogniska na przykład nigdy nie odmówię, albo sushi. Nie jest mi to jednak potrzebne do przeżycia. To tylko fanaberia, która pozwala mi znowu poczuć się jak zwykły człowiek. Nie wiem tylko po co, bo przecież fizjologicznych aspektów bycia człowiekiem wcale mi nie brakuje.

Fajnie, prawda? Jesteś wiecznie młoda i piękna, wystarczy, że od czasu do czasu wyssiesz energię z jakiegoś frajera! Brzmi jak marzenie? Jasne, niedługo dojdziemy do mojego sposobu odżywiania się i przestanie być kolorowo.

Słyszę, że wewnątrz wozu dzwoni komórka. Dziewczyna odbiera, śmieje się, opowiada o sesji podekscytowana. Stoję oparta o drzwi i gdybym pracowała z aparatem cyfrowym, właśnie przeglądałabym fotki. Zamiast tego patrzę na przemykające po dwupasmówce auta, przewalający się z klekotem tramwaj starego typu. Byłam pewna, że wszystkie takie już dawno zezłomowano, ale jak widać, nie jestem jedynym reliktem przeszłości w tym mieście.

Za mną rozciąga się parkowy starodrzew, przede mną przemykają najnowsze zdobycze cywilizacji. I pomiędzy tymi dwoma światami stoję ja, ogniwo łączące przeszłość z przyszłością.

Dziewczyna kończy rozmowę, więc odsuwam się od drzwi. Wychodzi przebrana w szorty i obszerną koszulę. Młodym nigdy nie jest zimno, a przecież słońce powoli gaśnie i za chwilę zrobi się chłodniej. Dopiero koniec kwietnia.

Mnie też nigdy nie jest zimno, ale z zupełnie innych powodów, na pewno nie z powodu młodości.

– Tata już jedzie, zrobił przelew na numer telefonu, proszę sprawdzić.

Loguję się do aplikacji i sprawdzam stan konta. Połowa teraz, połowa przy odbiorze odbitek. Zgadza się. To chyba pierwszy klient w tym roku, który się wściekle nie targował, tylko bez szemrania zgodził na stawkę. Córeczka jest jego oczkiem w głowie.

Ja nigdy się nie dowiedziałam, kto jest moim ojcem, ale kiedyś to nie było wcale istotnie. Czy to chłop chłopkę przydybał, czy dworowy paniczyk, dziecko chowało się w chałupie. Nie słyszało się o tym, by ziemiańczycy uznawali swoje bękarty. Wtedy wydawało się nam to normalne, świadomość wyzysku przyszła wiele, wiele lat później.

Ostatnio sporo myślę o przeszłości.

– Jest, dziękuję.

Wkładam komórkę do wzorzystej nerki, którą niedawno kupiłam w sieci w ramach mojej misji wspierania rodzimego rękodzieła i biznesu. Ugadałam się nawet z krawcową i wpadło mi parę groszy za pstryknięcie towarowi kilku artystowskich fotek. Mam jechać gdzieś pod Augustów, żeby zrobić zdjęcia na powstającą stronę internetową. Ciągnie mnie w tamte rejony, więc dobrze się składa.

– Dam znać, gdy zdjęcia będą gotowe. Potrzebuję kilku dni, bo lubię trochę poskrobać po kliszy.

Dziewczyna się uśmiecha, ale ewidentnie nie wie, o co mi chodzi.

– Retuszuję ręcznie – wyjaśniam i znowu uderza mnie jej podobieństwo do cienia z mojej przeszłości. Długie, jasne włosy, błękitne oczy, dołeczki w policzkach.

– Jest tata!

Dobrze, niech już jedzie. Za dużo tych wspomnień.

Przeszłości nie można odmienić. Czy jednak chciałabym cokolwiek zmieniać? Gdybym nawet dożyła tej trzydziestki, to co to byłoby za życie? Bez tatusia płacącego za zachcianki? Z rękami zniszczonymi praniem na tarze albo kopaniem ziemniaków? Obracana przez towarzyszy syna właścicieli dworku, kiedy tylko przyjdzie im na to ochota? Rodząca w stodole i zakopująca kolejne bękarty pod płotem?

Myśli płyną przeze mnie, gdy macham dziewczynie na pożegnanie.

W kamperze panuje bałagan, porzuciła strój bezładnie, no ale przecież nie spodziewałam się po niej niczego innego. Płacą i wymagają. Gdybyśmy spotkały się dawniej, kazałaby sobie zasznurować gorset.

Ogarniam moją życiową przestrzeń, zabezpieczam aparat i wysyłam SMS-a do Leszka, by potwierdzić termin w ciemni przy ASP. Działamy na zasadzie wymiany dóbr, on udostępnia mi miejsce do wywoływania zdjęć, ja wożę go w plener. Wszyscy zadowoleni.

Leszek nie musi się mnie bać.

Ale facet, którego za moment wybiorę na tinderze, już tak.

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

 

 

 

Gdzieś na Polesiu, drzewiej

 

Blask przesączał się przez młode listowie.

Leżałyśmy z Bogusią w wysokiej, młodej trawie, gapiąc się na przepływające chmury. Słońce zaczynało podświetlać je czerwonawo, robiło się chłodno.

– Panicz niedługo wróci na lato ze szkół – odezwała się siostra, nie patrząc na mnie. – To znaczy, że wrócę do pracy do dworku. Pomyślałam, że może i ciebie bym zabrała?

Poczułam jednocześnie ukłucie ekscytacji i niepokoju.

– To już im mało jednej służki? – zapytałam niepewnie.

– Gdy mnie odsyłano jesienią, pani mówiła, że może będzie potrzeba więcej. Rozpytuje po wsi.

– Po naszej wsi?

– Po naszej i nieodległych. Wiesz, że jest wymagająca. Nie wpuści do domu byle paskudy.

– Co to jest paskuda?

– No, brzydkiej albo grubej nie wpuści. Panicz lubi ładne dziewczęta, więc jest wybredna.

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Co to znaczy być ładną? A gruba to jaka? We wsi nie ma grubych, bo jedzenia nie za dużo. Przecież sadło jest oznaką dobrobytu. Dlaczego więc nie podoba się paniczowi?

Nasza wieś nie płynęła mlekiem i miodem.

Kiedyś i mać pracowała we dworku, jako służka pani. Były w podobnym wieku, ale matka wygląda na dwukrotnie starszą. Teraz już zęby ostatnie gubiła, ręce i nogi ją bolały. Gdyby nie pieniądze, które Bogna przynosiła ze dworu pod koniec lata, nie miałybyśmy co jeść.

Ludzie gadali, zazdrościli. Wszyscy sobie ręce po łokcie urabiali, a my nie uprawiałyśmy roli. Tylko warzywnik nieduży za domem pieliłam, ale na nieurodzajnej glebie niewiele rosło. Jeszcze do niedawna matka kosze wyplatała, ale zdrowie miała coraz wątlejsze i sił brakło.

Spojrzałam na leżący obok nas pęk wiklinowych witek. Przejęłam fach po matce i sprzedawałam kosze na targu w miasteczku albo wymieniałam je na jedzenie. Ludzie za nami nie przepadali, uważali, że się wywyższamy i jesteśmy nierobami.

– To co, mam cię polecić? – Bogusia uniosła się na łokciach. – Pójdę do dworku jutro, powiem pani, żeby więcej nie szukała.

Spojrzałam na swoje pokaleczone przy wyplataniu dłonie.

– Zobacz, pewnie uznają, że nie jestem dość ładna, żeby się po domu plątać.

– To do gołębi pójdziesz i do pawi. Albo kucharce pomożesz. Przecież i ze zwierzętami sobie radzisz, i w kuchni robić umiesz.

Umiałam to wszystko. Zwierzęta potrafiłam i pasać, i szlachtować, choć na szczęście na miasteczkowym bazarze i ubite można było kupić. Matka cmokała z dezaprobatą, bo jednak co świeżo zabite, to smaczniejsze.

– Tylko żebym kuraków dusić nie musiała.

Bogna zaśmiała się wdzięcznie, odrzuciła na plecy plerezę złotych włosów. Śliczna dziewczyna z tej mojej siostry była, nic dziwnego, że ją do dworu wzięli.

– Nie martw się, tam mają swojego rzeźnika. No i ja nie pozwolę, by moja młodsza siostrzyczka parała się we dworze jakąś niewdzięczną robotą!

– Akurat masz tam coś do powiedzenia!

– A mam! Zeszłego lata mogłam wybrać, czy chcę na posyłki pań być, czy dzieci bawić.

– I co wybrałaś?

– No przecie, że damy! Kto by tam chciał berbeci doglądać? Maryla doglądała, ale zachorzała pod koniec lata i ją odesłali.

– Ta Maryla, co umarła potem?

– Ta sama. Pomór jaki na nią i na te dzieci przyszedł, ale się młode uchowały. Doktór coś mówił, co to za choroba, ale nie pamiętam.

– No to ja chyba nie chciałabym się dziećmi zajmować i potem umrzyć od tego.

– Może w tym roku już dzieci nie będzie. Podrośnięte były, a słyszałam, że miastowe to szybko swoje dzieci na różne nauki oddają i się nimi same nie zajmują. Może już te dzieci z zeszłego roku w mieście zostaną i nie przyjadą. Nigdy nie wiadomo, kto tym razem przyjedzie z paniczem na lato. Za każdym razem był ktoś inny, tylko taki jeden, z rudym wąsem, Krośnieński, zawsze z paniczem chodzi. We szkołach razem są.

– Ciekawe, jak to jest we szkole być? – zapytałam w przestrzeń, dostrzegając wśród chmur kształt pulchnego berbecia. Berbecie ze dworu na pewno są pulchne i blade, jak ze chmurki zrobione, nie to co wsiowe, zachudzone i ogorzałe.

– Naprawdę ciekawa jesteś? Szkoły to nie dla panienek przecie. Nawet te z miasta przyjeżdżające o szkołach nie gadają.

– A o czym gadają?

Bogna zamyśliła się, uśmiechnęła tajemniczo.

– A różnie gadają… O życiu w mieście dużo.

– I jak się żyje w mieście?

Siostra nie odpowiedziała od razu.

– Ja to nie potrafię powtórzyć nawet, bo nie wszystko rozumiem. O balach mówią, herbatkach popołudniowych.

– Co to jest herbatka popołudniowa?

– To jak się damy schodzą, piją herbatę i jedzą takie rzeczy, że sobie wyobrazić trudno.

– A herbata to co jest?

– No jak to, nie wiesz? Jesienią przyniosłam ze dwora, ale pewnie matka ci nie dała, bo to drogi delikates. Zaparza się takie małe, poskręcane, czarne listeczki…

– A to od starej Rydlowej mało zielska można wziąć do zaparzania? – wcięłam się, wspominając lokalną zielarkę.

– Ale to nie takie zielsko dziko rosnące, tylko zamorskie jakieś! Pachnie tak cudnie!

– Cudniej od macierzanki?

– A od macierzanki to nie!

I to był koniec rozmowy o życiu w mieście, we dworze i zamorskich delikatesach. Nie wiedziałam nawet, co to znaczy delikates, ale głupio mi było się jeszcze do tego przed siostrą przyznać. To pewnie słowo w zamorskim języku jakimś. We szkołach pewnie tego uczą. I łaciny, żeby msze zrozumieć można było. No ale przecież we mszy to nie o to chodzi, żeby rozumieć, a o to, żeby wierzyć.

Bogna wstała, otrzepała spódnicę, okręciła się kilka razy. Czerwonawe promienie podświetliły jej jasne włosy i kwiecistą spódnicę.

Nawet o tę spódnicę baby były we wsi zazdrosne, bo tylko w najbogatszych chałupach takie bywały, i do kościoła się nosiło tylko. A Bogna, tfu, po polach łaziła w takiej!

Moja siostra czuła się już prawie królewską dwórką, choć zaledwie przez trzy lata służyła w ziemiańskim dworku.

No i znowu mi dokładnie nie opowiedziała, o czym rozprawiają przy herbacie miastowe panny.

Tamtego lata miałam sama to wszystko usłyszeć, ale wówczas, patrząc na tańczącą w wysokiej trawie Bognę, jeszcze tego nie wiedziałam.

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

 

 

 

 

– Coraz lepsze te twoje zdjęcia!

Spoglądam na Leszka przelotnie znad fotograficznej kuwety.

– No co ty nie powiesz? – mruczę, delikatnie zanurzając odbitkę szczypcami.

– Powinnaś pójść w fotografię artystyczną, mówiłem już?

– Mówiłeś. I jeśli to twój sposób na podryw, chłopaczku, to nie działa.

Śmieje się nerwowo.

– Masz talent.

– Młody, ale nie brnij, dobra? To, że ja jestem samoukiem, a ty siedzisz na zajęciach i wysłuchujesz całego tego teoretycznego pierdololo, nie znaczy, że możesz mi tu stwierdzać takie oczywistości. Cholerny mansplaining…

– Sorry, ja…

– Wiem, to ja przepraszam. – Nie powinnam wyżywać się na nim za to, że nawiedzają mnie ostatnio wspomnienia o siostrze. – Mam talent, okej. Pójdę w fotografię artystyczną i zajmę ci miejsce na rynku. Skończysz studia i wylądujesz na weselach, bo ludzie, zachwyceni mną, ciebie nie zauważą.

– Nabijasz się ze mnie? – pyta, wyraźnie urażony.

– Trochę tak. Ja nie potrzebuję sławy, chwały, uznania, rozpoznania, rozgłosu, czego tam jeszcze. Dobrze wiesz, że jestem introwertyczką. Po co mi kariera? Świetnie zarabiam na tych kiczowatych plenerowych sesjach. Bez wdzięczenia się do reporterów czy prowadzenia konta na insta.

– Ale przecież masz konto na insta.

– Mam, ale nie artystowskie. Czekaj… – Unoszę wzrok na chłopaka. – A może chcesz zostać moim menadżerem i sobie trochę dorobić, co?

– A może i bym chciał. Przecież się świetnie dogadujemy i…

– Leszek! – pacyfikuję go, bo wiem, do czego to zmierza. Dzieciak na mnie leci, a ja nie mogę go wykorzystać. Nie potrafi mi się oprzeć i nawet nie wie dlaczego. Ale ja wiem. – Dogadujemy się, bo spędzamy ze sobą stosunkowo niewiele czasu. I umiemy razem pomilczeć. Przymknij się już łaskawie!

Na poplamionej światłem czerwonej żarówki twarzy pojawia się uraza, choć próbuje ją ukryć.

Przecież i tak go wykorzystuję. Mogłabym wykorzystać również na innych polach, ale nie zrobię tego. Leszek jest kimś na kształt przyjaciela, a ja niełatwo się zaprzyjaźniam. Nie chcę tego zepsuć. Możemy ciągnąć tę znajomość jeszcze przez kilka lat, póki on nie zauważy, że zaczyna wyglądać starzej ode mnie. Byłam już w takiej sytuacji i musiałam z dnia na dzień zniknąć. Bolało, mnie może nie tak bardzo, drugą stronę pewnie bardziej. Stare dzieje, powojenne. To zupełnie inna opowieść.

Wieszam odbitkę, odczynnik skapuje do rynienki.

– To ostatnie. Niech przeschną, a my chodźmy zapalić.

Wychodzimy z ciemni w popołudniowy, oślepiający blask. Mrużę oczy, Leszek opuszcza okulary z rozczochranej, płowej czupryny. Ładny chłopak. Naprawdę mógłby sobie znaleźć dziewczynę i dać mi spokój. Albo chłopaka, bo w dzisiejszych czasach to już w sumie wszystko jedno.

Wydobywa różowego vape’a i zaciąga się. Dlaczego więc leci na mnie? Czy dlatego, że emanuję męską energią?

– Dostałem stypendium. – Przerywa ciszę, jakby nagle sobie to przypomniał.

– Gratuluję. Koniec jedzenia w Misiu?

Unosi okulary i spogląda na mnie na poły z wyrzutem, na poły z politowaniem.

– To najlepszy bar w mieście, i najtańszy. Dalej się będę tam stołował, bo chcę odłożyć na lepsze obiektywy.

– To najpierw wąsa zapuść – sugeruję. – Każdy aspirujący artysta w tym kraju musi mieć wąsy.

Wybucha śmiechem. Przegięty ten jego śmiech. Jednak jest gejem, ale chyba niewyoutowanym. Może dlatego tak nachalnie mnie podrywa, żebym się nie domyśliła.

– Weź nie żartuj! Rude wąsiska mam zapuścić?

Przypomina mi się Krośnieński i jego rude wąsy. Moda wraca, dobrze, że bokobrodów się dziś nie nosi. Kawał szui był z tego Krośnieńskiego, ale doigrał się za całe zło, które wyrządził. Jego kości od stuleci pleśnieją w rodzinnym grobowcu. Tragiczna śmierć miastowego panicza długo rozpalała wyobraźnię nie tylko we dworze. Chłopi jednak wiedzieli swoje.

– Muszę rzucić to gówno… – Leszek chowa maszynkę do kieszeni. – Skręcisz mi normalną fajeczkę?

– Myślisz, że moje skręty bez filtra są zdrowsze?

– Nie wiem, czy zdrowsze, ale tytoń zawsze masz z górnej półki.

– Na coś muszę tę kasę za kiczowate fotki wydawać!

Śmiejemy się.

– Pojedziemy razem na majówkę?

– Co?

– Na majówkę, to niedługo.

– Nie jedziesz do rodziców?

Cisza. Chyba nie powinnam pytać o rodziców, przecież wiem, że coś się między nimi nie układa. Staram się nie angażować, ale mam słabość do tego dzieciaka. Leszek jest słoikiem, pochodzi ze wsi. Jeśli faktycznie ojciec coś podejrzewa, to pewnie dlatego się kłócą. Nieheteronormatywni nigdy nie mieli łatwo, przecież widziałam mnóstwo tragedii na przestrzeni wieków. Dawniej nikt nikogo tak nie nazywał, nie było żadnej terminologii. Bogaczy nazywano ekscentrykami, a pieniądze i związane z nimi wpływy sprawiały, że ludzie odwracali wzrok i zamykali gęby. No ale Leszek nie jest bogatym paniczykiem, tylko chłopem, jak ja. Chłopów z takimi inklinacjami jak jego podsuwało się bogatym paniczykom na pożarcie.

Leszek ma dziś możliwości wspięcia się po drabinie społecznej, które dla mnie były niedostępne, ale jakby się świat nie oszukiwał, łatkę wieśniaka niełatwo od siebie odkleić. Chłopska mentalność może i wyparowała z młodego pokolenia, ale rodzice Leszka i jemu podobnych mają sposób myślenia sprzed wieku.

– A dokąd chciałbyś jechać na tę majówkę? – pytam niezobowiązująco, ale widzę po błysku w oku, że potraktował to jako deklarację. Podaję mu skręta, ale zamiast podpalić, chowa do kieszonki na piersi. Przecież nie ma zapalniczki, do waporyzatorów nie jest potrzebna.

– Gdzieś w głuszę – odpowiada, unosząc okulary. – Tą twoją bestią można dojechać wszędzie i żadne wilki nam nie będą straszne!

Uśmiecham się. Jest tak rozkosznie naiwny, no ale niby czemu miałby podejrzewać, że jestem potworem groźniejszym od wilka?

– Chcesz spędzić majówkę w głuszy ze mną i z wilkami? – podjudzam go. – Ale słyszysz, jak to desperacko brzmi?

– Daj spoookój, Dagna! – Przechyla uroczo głowę, wydaje się wtedy dużo młodszy. – Naprawdę tak to widzisz? Popstrykałbym trochę zagrożonych gatunków na makro.

– Wilki chcesz na makro pstrykać?

– No nie wilki, tylko florę! Jakieś fiołki, balladynny!

– Belladonny! – poprawiam i wzdragam się, bo ostatni mój kontakt z belladonną był dość niefortunny. – Jest trująca.

– Tak mówią, ale czy ktoś kiedyś sprawdził? Za dzieciaka to tylko babcia wskazywała na krzaki i ostrzegała, żeby tych czerwonych kulek nie jeść. Nikt się nigdy nie odważył.

– Całe dzieciństwo spędziłeś na wsi? – Nagle Leszek wydaje mi się bardziej interesujący, jakby łączące nas pochodzenie dodawało mu powabu.

– No niestety, jestem urodzonym wieśniakiem! W chałupie się urodziłem, kumasz? Dwudziesty pierwszy wiek i poród domowy, bo matka to zapomniała w nawale roboty, że jest w ciąży.

– To co to za wiocha?

– W życiu się nie przyznam, takie to zadupie! Wszystkim mówię, że jestem z miasta. To widać, słychać i czuć!

– Mnie nabrałeś! – Uśmiecham się ponownie, cieplej. – A wierz mi, ja pochodzę z takiego zadupia, że twoje zadupie to z pewnością przy nim Las Vegas!

Nie rozmawiamy więcej o pochodzeniu i planach na majówkę, ale wizja wyjazdu w głuszę i mnie zaczyna kręcić. Może pora odpocząć od zgiełku wielkiego miasta, wrócić go korzeni, zaszyć się w puszczy i pooddychać powietrzem takim, jakim oddychałam niegdyś? Czy wówczas moja krew zacznie krążyć szybciej? Czy moje serce szybciej zabije? Powinnam jechać, ale sama, bo przecież niepotrzebny mi gówniarz do niańczenia. Leszek ma dwadzieścia trzy lata, ale dziś każdy facet w tym wieku to szukające figury matki chłopię. Do tego po uszy zanurzone w toksycznej męskości. Co oni tam zresztą wiedzą o toksycznej męskości! Toksyczna męskość to była wtedy, gdy pan tylko po polowaniach latał, dziewki bałamucił, bękartów się doliczyć nie mógł, własnych dzieci nie odróżniał, a krnąbrnym chłopom łamał karki jak zapałki. Dzisiejsi macho to przy tym pizdusie.

Taki był pan na dworze, a syn, wyczekiwany przez Bognę paniczyk, podobny do niego i z wyglądu, i z gorącej krwi.

W ciemni schodzi nam do nocy, rozmowa się nie klei. Ale z Leszkiem pomilczeć też miło, więc milczymy, tylko w mojej głowie buzują wspomnienia.

I te piękne, i koszmarne.

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

 

 

 

 

– Dworek stoi na wzgórzu, otoczony parkiem, w którym rodzina i goście zażywają rozrywek. Rośnie w nim wiele drzew przywiezionych z dalekich krajów przez przodków, nieżyjącego dziadka i pradziadka panicza Stasia.

– Stasio. Mówisz o nim, jakby był chłopaczkiem nieledwie!

Bogna przytula się do mnie pod pierzyną. Mamy osobną izbę, to zbytek. Gdyby we wsi wiedzieli, że nie śpimy we trzy z matką na przypiecku, wywieźliby nas na taczce.

– Bo we dworze wszyscy tak o nim mówią, jest najmłodszy z rodziny. Strasznie go to narowi. Może przestaną, gdy żonę sobie znajdzie.

– A szuka?

– Ano szuka, szuka, czas najwyższy. Na dziedzica czekają.

– Myślałam, że to on jest dziedzicem.

– Teraz jest, ale przecie syna spłodzić musi.

Wiedziałam, co to znaczy płodzić syna. Wiejskie dzieci szybko dorastały, podglądały zwierzęta. W wieku dwudziestu trzech lat miało się nieraz już gromadę dzieci, na wszelki wypadek, bo przecież dzieci to jak muchy padały. Matka zapowiedziała, że dla Bogny to już ostatnie lato we dworze, bo osiemnaście wiosen to najwyższy czas na zamążpójście. Wprawdzie we wsi żaden chłop nie był dla Bogny odpowiedni, ale pozostawało jeszcze miasteczko. Moja siostra nie zamierzała zostawać w tej chałupie, liczyła na to, że może tego lata albo jakiś kupiec do dworku przywiezie towary, albo uda jej się wybrać z paniami do miasteczka i tam upolować męża. Kupiec to była dla niej już dość dobra partia, ale pewnie poszłaby i za jakiegoś rzemieślnika. Najważniejsze, żeby nie musiała ciężko pracować.

Spojrzałam na pokaleczone wikliną dłonie. Nie wyglądały jak ręce panienki polującej na męża, no ale ja miałam jeszcze na to trochę czasu, ze trzy wiosny.

Upolować męża.

Tak właśnie mówiły szlacheckie dziewczęta.

My nie miałyśmy co liczyć na żadne polowanie, bo we wsi odbywało się to tak, że stare kumy siadały, rozprawiały, swatały, a dziewka nic do powiedzenia nie miała. Przychodził mąż i ją zabierał, jak krowę albo kozę. W naszej wsi większość mężczyzn była bezrolna, a tych kilku ze spłachetkiem ziemi nie było dla nas dość dobrych.