Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
483 osoby interesują się tą książką
Cmentarze skrywają więcej trupów, niż da się dostrzec nagrobków.
Octavia Herver nie marzy o niczym innym tak, jak o dołączeniu do Arcanum – tajnego Stowarzyszenia Magów działającego na Uniwersytecie Edynburskim. Pragnie kontynuować badania zmarłej matki, genialnej nekromantki, niestety jej aplikacje są nieustannie odrzucane.
Dziewczyna stara się więc podążać śladami rodzicielki. Przeprowadza nowatorskie eksperymenty, by zasłużyć na przyjęcie do elitarnego grona czarodziejów, lecz każde jej doświadczenie kończy się porażką.
Czara goryczy przelewa się do tego stopnia, że Octavia postanawia oszukać samą patronkę Arcanum twierdzeniem, że wie, jak pokonać śmierć, ale potrzebuje do tego materiałów, którymi dysponuje uczelnia, oraz notatek swojej matki.
Kobieta dostrzegłszy w niej potencjał, proponuje układ – dziewczyna dostaje rok akademicki, by udowodnić swoją wartość i poczynić znaczące postępy w badaniach, by uplasować się wysoko w rankingu przełomowych projektów na uczelni. Jeśli jej się to nie uda, jej pamięć zostanie wymazana, by chronić tajemnice Arcanum, a ona sama wróci do poprzedniego życia.
Na drodze Octavii staje jednak Noir Beaumont, jej rywal i zmora istnienia, który zrobi wszystko, by przeszkodzić jej w badaniach i pozbyć się poważnej konkurencji.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 792
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Mags Green
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka
Redakcja: Joanna Błakita
Korekta: Anna Łakuta-Rudzka, Katarzyna Chybińska, Martyna Góralewska, Monika Baran
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
Ilustracje: Anna Niemczak
ISBN 978-83-8418-699-2 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Część I. HIPOTEZA
Prolog
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Rozdział dziesiąty
Rozdział jedenasty
Część II. CIAŁO
Rozdział dwunasty
Rozdział trzynasty
Rozdział czternasty
Rozdział piętnasty
Rozdział szesnasty
Rozdział siedemnasty
Rozdział osiemnasty
Rozdział dziewiętnasty
Rozdział dwudziesty
Rozdział dwudziesty pierwszy
Rozdział dwudziesty drugi
Część III. SERCE
Rozdział dwudziesty trzeci
Rozdział dwudziesty czwarty
Rozdział dwudziesty piąty
Rozdział dwudziesty szósty
Rozdział dwudziesty siódmy
Rozdział dwudziesty ósmy
Rozdział dwudziesty dziewiąty
Rozdział trzydziesty
Rozdział trzydziesty pierwszy
Rozdział trzydziesty drugi
Rozdział trzydziesty trzeci
Rozdział trzydziesty czwarty
Rozdział trzydziesty piąty
Rozdział trzydziesty szósty
Część IV. DUSZA
Rozdział trzydziesty siódmy
Rozdział trzydziesty ósmy
Rozdział trzydziesty dziewiąty
Rozdział czterdziesty
Rozdział czterdziesty pierwszy
Rozdział czterdziesty drugi
Rozdział czterdziesty trzeci
Rozdział czterdziesty czwarty
Rozdział czterdziesty piąty
Rozdział czterdziesty szósty
Rozdział czterdziesty siódmy
Rozdział czterdziesty ósmy
Epilog
Podziękowania
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Dla wszystkich, którzy pragną zatrzymać czas.I dla mamy.
Przyszło nam żyć w świecie dualnym – gdzie od tysiącleci magia pozostaje obecna wśród nas, ale skrywa się w cieniu ze względu na rozłam dotykający samych początków istnienia czarodziejstwa.
Otóż niemagiczni w Księdze Rodzaju piszą o Adamie, Ewie i wężu. Ten ostatni kusi kobietę owocem dającym początek całemu złu. Interpretacja tamtych wydarzeń przez Kościół stanowi jeden z fundamentalnych elementów życia ludzi niemagicznych – zaćmionych.
Wiemy jednak, że ta historia w swojej dualności brzmiała inaczej.
Adam i Ewa faktycznie byli niemagicznymi istotami żyjącymi w raju, ale w końcu do Edenu zawitała sama Lilith. Stało się to, gdy pierwsza kobieta zerwała owoc z drzewa i otwarła przejście między wymiarami, a po jego skosztowaniu otrzymała obiecaną przez boga prawdziwą nieśmiertelność – zarówno ciała, jak i duszy.
Szczegóły tego spotkania i rozmowy nie są nam znane, choć wielu uczonych próbowało odtworzyć wypowiedziane wtedy słowa, wzywając duchy, podróżując w czasie lub pytając samego diabła. Niestety bezskutecznie.
Osobiście uważam, że Ewa pragnęła czegoś więcej niż wiecznego szczęścia u boku mężczyzny. Nie chciała być jedynie tworem z jego żebra, marzyła o własnej wielkości, a Lilith – widząc i rozumiejąc jej ambicje – obdarowała ją magią, i to nie byle jaką, bo pierwotną najsilniejszą magiją.
Tym samym Ewa stała się pierwszą czarownicą.
Skrywała swe zdolności przed Adamem, rodząc mu dzieci ze świadomością, że jest w stanie – niczym sam stwórca – rozmawiać ze zwierzętami, tworzyć coś z niczego, panować nad wodą i światłem oraz dawać życie.
Adam w końcu odkrył jej sekret, bo niektóre z ich dzieci odziedziczyły tę samą magiczną krew. Pojął, że Ewa posiadła zdolności, których on nie był w stanie ni zyskać od Lilith, ni odziedziczyć. Rosła w nim zazdrość tak ogromna, że kiedy wąż przybył do raju, skusił Adama zakazanym owocem, oferując mu moc, jakiej małżonka nigdy nie zdołała posiąść.
I tak czarna magia – ars obscura – podstępem, niczym pasożyt, zakorzeniła się na zawsze w cząstce mocy podarowanej przez Lilith.
Tym samym Adam sprowadził na nich nieszczęście, czego konsekwencją jest fakt, że magija bezpowrotnie została skażona, a wszyscy parający się praktykami magicznymi zostali zmuszeni zarówno do płacenia kary w przypadku nadużywania mocy, jak i do sięgania po czarną magię.
Zgubiły nas, ludzi, nie smak i chęć skosztowania zakazanego owocu, lecz czysta ambicja przesiąknięta zazdrością, przypominająca nam, że czarna magia bywa równie potężna, co niebezpieczna.
Za wielkość trzeba płacić. Choćby życiem.
Sylvester Beaumont
Fragment z Kolebki Dziedzictwa,tom pierwszy
Kto grzebie w glebie, ten od łopaty ginie
Cmentarze zawsze skrywają więcej trucheł niż nagrobków. W pewnym stopniu Octavia Herver była temu winna.
Natomiast według agendy jej dzisiejsza wizyta przewidywała jednak odkopanie ciała, a nie złożenie kolejnego w glebie.
Greyfriars Kirkyard to najbardziej rozpoznawalny cmentarz w Edynburgu. Był również najbardziej nawiedzonym, o czym turyści często słyszeli, ale czego nie pojmowali.
Energia wytwarzana przez niezliczone kości, rozłożone w glebie mięso i wszechobecną zgniliznę zmieszaną z krwią sprawiała, że ten obszar był istnym inkubatorem mrocznej magii.
Dlatego jeśli eksperyment – jej dzieło życia – miał się powieść, to tylko tutaj. Moc, roztaczana przez to miejsce, uderzała w ciało Herver niczym rezonans i podsycała krew wraz z krążącą w żyłach magią.
Octavia wierzyła, że przez to, czym się para, jej krew pewnego dnia sczernieje na zawsze. Tak samo jak serce.
Skalkulowała ryzyko, wysunęła wnioski i podjęła decyzję. Jedyną słuszną w swoim mniemaniu.
I właśnie dlatego od parunastu tygodni odwiedzała cmentarz.
Minęła trzecia w nocy, gdy podeszła do uchylonej bramy krainy zmarłych. Nonszalancko oparła się o murek i otworzyła metalowe pudełko po landrynkach. To z pewnością kiedyś skrywało cukierki, teraz jednak na jego dnie znajdowała się wyryta runa, przysypana białym proszkiem zmielonych kości, w który włożyła palec wskazujący, by następnie rozsmarować mieszankę na kamiennym murze ogradzającym teren.
– Apnetere – szepnęła i poczuła przepływającą przez opuszki magię.
Zaklęcie miało wywołać na tyle silny niepokój wśród potencjalnych turystów szukających mocnych wrażeń nocą w nekropolii, że opuściliby ją jak najszybciej.
Odczekała parę minut, wpatrując się w okna kamienicy naprzeciwko, po czym przemknęła przez bramę cmentarną, za którą czuła się wyjątkowo dobrze. Lepiej niż ze śmiercią dogadywała się tylko z książkami.
Pstryknięciem palców sprawiła, że kamery przy kościele wyłączyły się od razu. Jednocześnie poczuła, że naczynko w nosie pękło, a kropla krwi spłynęła na górną wargę. Ofiara z posoki była niczym w porównaniu z władzą, którą przejawiała, gdy mogła wpływać na przedmioty fizyczne zaledwie ruchem dłoni.
Starła krew chusteczką, poprawiła skórzaną teczkę zwisającą z ramienia, a w drugą rękę chwyciła materiałową torbę, z której wystawała końcówka poręcznej małej łopaty.
Uwielbiała to miejsce nocą, ale widok zjawy za pierwszym drzewem przyprawił ją o gęsią skórkę. Kobieta w długiej, poszarpanej sukni opierała się o pień i mierzyła ją spojrzeniem pustych oczodołów, delikatnie machając dłonią. Zwykła tu stać i witać wszystkich turystów niczym gości przybywających na wesele, podczas którego została zamordowana. Octavia udała jednak, że jej nie dostrzega. Nie chciała, by mara pomyślała, że jest ona kimś więcej niż jednym ze zwykłych śmiertelników często zakradających się tu nocą.
Dziewczyna skręciła we właściwą uliczkę i jak zawsze przyglądała się chłodnym płytom nagrobków, choć trudno już było odczytać nazwiska przez czas obejmujący je swoim uściskiem.
Gdy tylko znalazła się w tej części cmentarza, gdzie wyznaczyła teren do swoich badań, poczuła, że jest obserwowana. Momentalnie spięła łopatki i wyprostowała się, wiedząc już, że członek Stowarzyszenia Arcanum został ponownie wysłany, by śledzić jej poczynania.
Miała świadomość, że jego obecność ma na celu dwie rzeczy.
Jeśli jej badania się powiodą, prawdopodobnie otrzyma zaproszenie, by dołączyć do zamkniętego, elitarnego grona magów, a od dłuższego czasu o niczym innym nie marzyła.
Albo sprawdzali, czy jej eksperymenty nie wymykają się spod kontroli i czy nie powinni interweniować i ją unicestwić.
W głębi serca liczyła na spełnienie się pierwszego scenariusza.
Parę miesięcy temu, podczas pierwszej wizyty na Greyfriars Kirkyard, próbowała nawiązać kontakt z przedstawicielem Arcanum, ale szybko odkryła, że sylwetka majacząca między nagrobkami to jedynie projekcja, a faktyczne ciało znajdowało się mile stąd. Gdy podeszła bliżej, mag zniknął, czym jasno dał do zrozumienia, że nie mogło między nimi dojść do żadnej interakcji. Do tego wizja wydawała się niepełna, przez co wyraźnie dostrzegała jedynie kolor oczu nieznajomych i po nim rozpoznawała poszczególnych przedstawicieli.
Czasem obserwujące ją oczy były położone niżej i miały kolor chabrów. Innym razem znajdowały się powyżej poziomu jej spojrzenia i wtedy przyjmowały odcień orzechów.
Dziś jednak pierwszy raz dostrzegła szare tęczówki, które mignęły jej w ciemnościach sekundę przed tym, jak zniknęły w mroku, gdy ich wzrok się skrzyżował. Ta srebrna barwa została w myślach Octavii, a chłodny odcień sprawiał wrażenie, jakby ich właściciel nie stanowił połączenia mięśni ani krwi, lecz stworzony był z lodu i skały.
Zapatrzona w ciemność, w którą wniknął obserwator, nie zauważyła ducha kota wskakującego na jeden z nagrobków. Przestraszył ją tak, że serce stanęło jej na sekundę, a potem zaczęło bić jak szalone. Nienawidziła tego uczucia braku kontroli nad odruchami ciała. Tej milisekundy, gdy mięsień zaciska się z przerażenia i przestaje pracować, jak i kolejnej minuty, gdy wali w klatce oszalały jak ptak, który chce się uwolnić.
To zjawisko przypominało jej śmierć.
Co za ironia, skoro właśnie tym się parała.
Próbowała sprawić, by serca, które przestały bić, mogły to zrobić na nowo.
Uspokoiła oddech. Delikatna para wydobyła się spomiędzy jej warg, gdy odetchnęła głęboko. Jesień w Edynburgu była zimna jak płyty marmurowych grobów, ale Octavia należała do niej tak jak krew do czerwieni i biel do kości.
Odnalazła miejsce pochówku niejakiego Johna Bayne’a, odliczyła parę kroków w lewą stronę i przekroczyła granicę ścieżki. Stąpała między płytami nagrobnymi w kierunku muru otaczającego cmentarz. Turyści nie schodzili z chodnika, a delikatny kopczyk ziemi, przykryty garścią liści, idealnie maskował jej przewinienie.
Podwinęła rękawy, gotowa zacząć przedstawienie dla skrytego w ciemności i wciąż obserwującego ją maga.
Wbiła łopatę do połowy wysokości i kopała w miejscu, gdzie tydzień temu zagrzebała truchło. Nie trwało to długo, bo zwłoki szczura znajdowały się płytko pod ziemią, by zwierzę mogło się łatwo wygrzebać, gdyby eksperyment się powiódł.
Kiedy dostrzegła, że pudełko po butach nie zostało wygryzione w miejscach, gdzie zrobiła dziury, wiedziała już, że kolejny raz poległa.
Starała się opanować rozczarowanie, świadoma, że to moment, kiedy szare oczy wyczytują z jej twarzy wynik testu. Nie musiały widzieć obiektu badań, bo dla nich to ona była zdechłą myszą doświadczalną, mrugającą teraz parokrotnie i wbijającą paznokcie w dłoń, aż stworzą się na niej półksiężyce, by powstrzymać rozgoryczenie.
Klęknęła na wilgotnej ziemi, nie dbając o to, że poszycie przyklei jej się do czarnych rajstop, bo wstyd przeszywający całe ciało był zimniejszy niż jakikolwiek pochowany tu trup.
Wyjęła karton po butach, które miała właśnie na sobie, i uchyliła delikatnie wieko, choć już czuła zgniły zapach śmierci.
Biały szczur leżał tak, jak go zostawiła, z tym wyjątkiem, że w jego wnętrznościach rozgościły się robaki. Mrówki, glista i inne insekty chodziły po nieudanym eksperymencie, zjadając go i śmiejąc się dziewczynie w twarz z jej niepowodzenia. Pomyślała, że robactwo mogłoby pożreć truchło szybciej, przynajmniej nie musiałaby oglądać swojego kolejnego błędu.
– Fevorte – szepnęła i wszystkie insekty wypełzły przestraszone zaklęciem rozproszenia.
Zmierzyła się z uczuciem porażki, ale musiała się też zmusić do sprawdzenia, co do niej doprowadziło. Wyjęła z kieszeni skalpel i przystąpiła do sekcji.
Delikatnie odchyliła zwłoki, by wybadać, co mogło pójść nie tak. Runa z krwi na plecach trzymała się nieźle, delikatnie świeciła, wciąż jeszcze pełna energii, która miała wpleść się w zwierzę i wesprzeć je w ucieczce z trumny.
Nabrała powietrza w płuca, by nie czuć smrodu rozkładu, i bez zawahania rozcinała brzuch, starając się powstrzymać protestujący żołądek. Światło z ulicznej latarni musiało jej wystarczyć do szybkich oględzin.
Octavia zerknęła na swoje dzieło.
Perła, która powinna wchłonąć śmierć, znajdowała się idealnie pod sercem, pył ze skorupy żółwia niderlandzkiego okalał wnętrzności, by zachować je w stanie używalności, w płuca została wbita malutka igła z sosny nisko rosnącej mająca wesprzeć zwierzę w pierwszym oddechu.
Wszystko było na swoim miejscu, jednak nie przyniosło to żadnego skutku. Musiała obalić kolejną teorię. Kolejną kombinację kroków, która mogłaby przywrócić życie.
Obiekt czterdziesty trzeci okazał się niepowodzeniem.
Tak jak czterdzieści dwa poprzednie.
Westchnęła z rezygnacji, ale szybko odpędziła burzliwe myśli.
Czterdzieści trzy próby to za mało, by się dowiedzieć, jak pokonać śmierć i wskrzesić coś, co umarło. To wciąż za mało czasu, za mało wiedzy i za mało funduszy na tak ambitne dokonanie.
Wszystkiego w życiu zawsze miała mało w stosunku do tego, ile rzeczy pragnęła dokonać. Nie porzuciłaby jednak prób, bo wywodziła się z długiej linii przodków specjalizujących się w nekromancji, wierzyła więc, że jeśli komuś miało się udać dokonać niemożliwego, to tylko jej.
Schowała skażony skalpel do woreczka i wyjęła pęsetę, by za jej pomocą wyciągnąć perłę i igłę. Nie miała tylu funtów, by kupować co chwila nowe składniki, a skoro nie zostały zużyte, po odpowiedniej dezynfekcji powinny być ponownie zdatne do użytku, więc umieściła je ostrożnie w drewnianym pudełku i wepchnęła je do teczki.
Była precyzyjna. Była nieugięta. Ale kiedy czuła na sobie spojrzenie obcego, prześlizgujące się po jej dłoniach, po jej profilu, łza spłynęła dziewczynie z policzka. Zazwyczaj gdy obserwujący ją członkowie Stowarzyszenia pojmowali, że eksperyment się nie powiódł, zostawiali ją samą.
Właściciel szarych oczu jednak tego nie zrobił, wciąż jej się przyglądał, a jego wzrok palił nie tylko skórę Octavii, lecz przede wszystkim dumę. Pogwałcenie czyichś eksperymentów swoją obecnością to jedno, ale obserwację niepowodzenia odbierała jak uderzenie w twarz. Spojrzała na niego i mogłaby przysiąc, że jego oczy z niej kpią, gdy nieznajomy zrozumiał, że Arcanum kolejny raz usłyszy o jej porażce.
Wściekła zmrużyła powieki.
Brązowe tęczówki zazwyczaj były współczujące, niebieskie – chłodne, ale te, stalowe, gardziły nią i napawały się jej porażką. Gdyby widziała jego usta, byłaby pewna, że zobaczyłaby je wykrzywione w uśmiechu. Przez chwilę rozważała konfrontację, ale nie chciała dać mu tej satysfakcji.
Zerknęła z powrotem na szczura, zacisnęła zęby i wyjęła obiekt czterdziesty trzeci z pudełka, by owinąć go w bawełnianą szmatkę, a następnie ponownie umieścić w dziurze i zakopać. Przydeptała butem glebę, a świeżą ziemię przykryła liśćmi.
Kolejne ziarno czarnej magii zasiliło tę ziemię. Z każdym kolejnym będzie ciemniejsza, mocniejsza, tak samo jak jej krew.
Łopatę schowała do płóciennej torby i zawiesiła ją na ramieniu obok skórzanej teczki. Karton po butach chwyciła pod pachę z zamiarem wyrzucenia go za rogiem. I tak był już skażony złą energią i śmiercią. Nie mogła go ponownie użyć.
Z cmentarza wyszła z wysoko uniesionym podbródkiem i całą sobą ignorowała obecność członka Stowarzyszenia. Ale na wszelki wypadek zacisnęła mocniej dłoń na gazie pieprzowym ukrytym w kieszeni, podczas gdy palce drugiej dłoni rozprostowała, gotowa do rzucenia zaklęcia. Intuicja podpowiadała jej, że ją śledzono.
Napięta jak struna wyszła na ulicę i włączyła na nowo kamery.
Nic przełomowego się jednak nie wydarzało, kolejna noc podobna do czterdziestu dwóch poprzednich, tyle że z nowym obserwatorem, którego pewnie zobaczy znów za tydzień, gdy przyjdzie zakopać tu obiekt czterdziesty czwarty.
Ulice były ciemne, a nocna mgła nadciągała już pomiędzy wysokie kamienice, by przywitać nad ranem pierwszych wychodzących ze swoich nor mieszkańców. Octavia przeszła na chodnik po drugiej stronie jezdni, gdy na jej drodze pojawiły się sylwetki ludzi. Nasłuchiwała ich kroków, a w myślach powtarzała słowa zaklęć, które mogłyby pomóc, gdyby znalazła się w niebezpieczeństwie.
W umyśle dziewczyny formułowała się jednak już nowa teza, którą wykorzysta przy kolejnym badaniu. Skręciła w ostatnią uliczkę i skierowała się do domu, czując wciąż na sobie stal oczu wbijającą się jej w tył głowy niczym pocisk posłany prosto w czaszkę.
Żaden członek Arcanum nie obserwował Octavii przez całą drogę powrotną.
Dziwne uczucie zniknęło, gdy zamknęła za sobą drzwi od kamienicy, w której mieszkała, jakby śledzący ją czarodziej chciał się upewnić, że wróci bezpiecznie, lub był po prostu na tyle gorliwy i oddany misji, że nie mógł zrezygnować z ostatnich minut napawania się jej porażką i przypominania, że jest członkiem czegoś, czego ona pragnęła tak bardzo, że zrobiłaby wszystko, byleby też stać się tego częścią.
Nawet by zabiła.
Kłamstwo na papierze to wciąż kłamstwo
Octavia po cichu przekręciła klucz w zamku i wślizgnęła się do mieszkania z nadzieją, że Henry śpi. Delikatnie wysunęła stopy z butów i odwiesiła płaszcz. Chciała już włączyć latarkę w komórce, gdy nagle lampa w salonie zapaliła się, zapraszając ją jak ogień ćmę. Jeśli podejdzie bliżej, spłonie.
– Gdzie byłaś? – zapytał oskarżycielsko głos z pokoju obok, na co przymknęła powieki i odetchnęła głęboko, po czym weszła do oświetlonego pomieszczenia.
Lgnęła jednak do tego światła, bo nie była tchórzem.
Henry, ubrany w szary sweter, siedział przy stole zawalonym stosem notatek. Trzeci kubek po kawie stał na krawędzi blatu. Jako syn rektora naczelnego1 musiał dbać o reputację, dlatego korzystał z materiałów, które dostał od profesorów wcześniej niż inni studenci, by mógł zabłysnąć na wykładach, mimo że nowy rok akademicki miał się zacząć za kilka dni.
Chłopak kończył wyliczać równanie z macierzy piątego stopnia pod całką, przygryzając ołówek. Ten nawyk przejął naturalnie po niej przez to, że dorastali razem. Pomimo tego, że rodzeństwem nie byli, Octavia nieraz w myślach nazywała go bratem.
Uniósł na nią to pełne wyrzutów spojrzenie, które od jakiegoś czasu widziała coraz częściej.
– U Grace – odpowiedziała, uciekając wzrokiem w bok, by nie patrzeć na książki i zeszyty, które rozłożył przed sobą. Miała ochotę je porwać i udawać, że należą do niej. Udawać, że za tydzień wybierze się z nim na wykłady.
– U Grace? – powtórzył, unosząc brwi. – Dzwoniłem do niej z godzinę temu, gdy zacząłem się o ciebie martwić, ale ta spała, a obudzona stwierdziła, że nie widziała cię od miesiąca.
Kurwa.
Przełknęła ślinę, schyliła głowę i chwyciła pierwszą książkę z brzegu, którą mogłaby zakryć rumieniec wstydu. Często chodziła z nosem w książkach, więc miała w tym już wprawę. Henry był jej przyjacielem, a ich się w końcu nie okłamuje, ale Octavia nauczyła się, że czasem kłamstwo jest lepsze od prawdy, której w tym przypadku chłopak by nie zniósł.
Oparła się nonszalancko o ścianę i zaczęła przesuwać w stronę drzwi do swojego laboratorium, by jak najszybciej wywinąć się z tej rozmowy.
– Znów byłaś na cmentarzu – wywnioskował.
Spojrzała w jego brązowe jak gleba oczy, które zakopywały ją pod warstwami wstydu. Prychnęła pod nosem, lekko zirytowana, bo jej niechęć do rozmowy spotęgowała zazdrość wywołana tym, że Henry zaczął życie, jakiego ona pragnęła. Też pragnęła studiować na Uniwersytecie Edynburskim, ale nie na tyle, by zniżać się do poziomu błagania jego ojca o pomoc w rekrutacji.
Marzenia Octavii były wszak rzeczywistością Henry’ego Campbella. Co prawda nie chciała jak on studiować matematyki stosowanej, ale potrzebowała przejść rekrutację na byle jaki kierunek, by dostać się do Stowarzyszenia. Jej ostatnia próba zakończyła się niepowodzeniem mimo znakomitych wyników w nauce.
– Cóż, skoro jesteś o tym tak bardzo przeświadczony, moje zdanie nic nie zmieni – oznajmiła gorączkowo, a chłopak wstał nagle z kanapy i podszedł do niej na szczupłych nogach.
Octavia zawsze wierzyła, że byli jak dwa ptaki zamknięte w klatce. Z roku na rok jednak okazywało się jakimi. Ona przypominała sowę, podczas gdy on stawał się jastrzębiem.
Zamarła, gdy chwycił jej nadgarstek i podniósł go do swoich oczu, by przyjrzeć się paznokciom, pod którymi odnalazł piasek i brud. Czarne włosy opadły mu na oczy.
– Musisz z tym skończyć, Octavio – powtórzył dziesiąty raz w tym miesiącu, tak jakby jego zasób słownictwa ograniczał się do tych czterech słów i jej imienia. – Starałem się być tolerancyjny wobec twoich zainteresowań okultyzmem i tego, za kogo się uważasz, ale robisz sobie tylko krzywdę. Niszczysz sobie tym życie.
Uważanie to przeświadczenie. Bycie to stan pewny,pomyślała.
Henry miał problem z rozróżnieniem znaczeń tych słów.
Dwadzieścia jeden lat nie wystarczyło mu na oswojenie się z tym, kim tak naprawdę jest, i zaakceptowanie tego w chociaż najmniejszym stopniu.
Matka Octavii była członkinią tajnego Stowarzyszenia Arcanum, ukrywającego się przed niemagicznymi studentami Uniwersytetu Edynburskiego, do którego dostęp miały wyłącznie osoby obdarzone darem czarowania. Tajne oznaczało zamknięte, a dokładnie takie stały się drzwi do jej laboratorium, bo gdy tylko urodziła córkę, musiała wrócić tam bez niej, jeśli chciała kontynuować swoje równie ważne, co ambitne badania. Wybrała to, co kochała bardziej, i choć Octavia miała do niej o to żal, rozumiała decyzję matki, a przynajmniej starała się to robić przez większość czasu. Ojca dziewczyna nigdy nie poznała i wiedziała o nim jedynie tyle, że był niezwykle przeciętnym zaćmionym.
Rektor naczelny Campbell był jedynym pracownikiem wyższego stopnia świadomym istnienia Arcanum i osób uzdolnionych magicznie uczęszczających na jego uczelnię. Na mocy porozumienia zgodził się wziąć Octavię pod swoje skrzydła do czasu, aż dorośnie. Zrobił to, by nie wdać się w konflikt ze Stowarzyszeniem, które pokładało nadzieje w eksperymentach jej matki.
Kiedy dziewczyna była młodsza, obserwowała z zazdrością, jak Henry wychodził codziennie do szkoły, bo ona otrzymała od państwa Campbellów naukę domową. Zdecydowali się na takie rozwiązanie z obawy przed jej magicznymi wybrykami, choć ona czuła, że ta sytuacja się w końcu na niej odbije. Słyszała, co przyszywany brat miał w zwyczaju opowiadać innym dzieciom w szkole: „Mama Octavii jest naszą daleką kuzynką, ale obecnie przebywa w więzieniu, więc Octavia mieszka z nami. Uczy się w domu, bo robi się niespokojna, gdy wychodzi do ludzi. Jej tata uciekł z kraju, gdy matka została skazana za przemyt”.
Jedyny kontakt, jaki przysługiwał matce i córce, to wymienianie się jednym listem miesięcznie. Było to możliwe dopiero od dziewiątego roku życia dziewczyny, kiedy to przedstawiciele Arcanum zbadali jej krew i zaklasyfikowali ją jako descendentkę.
To był najlepszy dzień w życiu Octavii.
Obawiała się, że przez krew ojca magia w niej jest na tyle rozrzedzona, że urodziła się jako zaćmiona, niezdolna do czarowania. Magija, która płynęła w jej żyłach, była jednak w normie, i tylko przez chwilę dziewczynie zrobiło się przykro, że nie okazała się dość wyrazista, by zyskać status pełnokrwistej jak matka.
Z roku na rok Octavia coraz bardziej fascynowała się nauką nekromancji, a Eleonora, widząc w niej młodszą wersję siebie, zaczęła się z nią dzielić tym, czego sama uczyła się w jej wieku, by później, gdy była pewna, że córka opanowała podstawy, opowiadać o swoich eksperymentach z czasów szkolnych.
Ich korespondencję inwigilowano, bo chciano się upewnić, że żadne newralgiczne i tajne treści nie opuszczają Arcanum. O innych formach komunikacji nie było nawet mowy. A mimo tego Eleonorze udawało się zaklinać lub szyfrować wiadomości w sposób, w jaki w zwyczaju mieli członkowie rodziny Herverów, a dzięki kodowi znalezionemu w odziedziczonym dzienniku ich rodu, Octavia mogła swobodnie odczytywać ukryte zdania.
Mimo tego matka nie wdawała się w szczegóły dotyczące obecnych prac, przemycała jedynie między wersami swoje teorie, dzięki czemu młoda nekromantka mogła w mniejszym lub większym stopniu próbować odtworzyć badania. Sama wyciągała z nich wnioski, którymi potem dzieliła się listownie, a następnie z dumą odkrywała, że były zbieżne z wynikami Eleonory.
Łączyła je więź dziwna i krucha, ale dla niej niezwykle ważna. Dzięki niej mogła podążać śladami zarówno matki, jak i swoich przodków.
Dwa lata temu, gdy skończyła dziewiętnaście lat, wyprowadziła się od Campbellów do mieszkania w centrum Edynburga, które należało wtedy do jej rodzicielki. Henry poczłapał tu za nią niczym pies na smyczy, przy czym nie dało się określić, które z nich trzymało jej koniec. On chciał się wynieść od surowych rodziców i zaznać studenckiego życia, jednocześnie czuła, że dla niej pragnął tego samego, choć nie spytał jej o zdanie. Mimo tego przygarnęła go, bo to on oswoił ją na tyle, iż była w stanie żyć ze świadomością, że chłopak wie o niej to, czego nie wie nikt inny – kim jest i co potrafi.
Nawet jeśli tego nie akceptował.
– Ta cała wiara w magię musi się skończyć, Octavia. Powinnaś rzucić pracę w kawiarni i znaleźć sobie poważne zajęcie lub zacząć studia, żyć jak ktoś… zwyczajny – kontynuował Henry, a prostokątne okulary od Diora opadły mu niżej na nos.
Strach przed czymś tak nieludzkim przerażał go do tego stopnia, że wygodniej było mu wypchnąć z umysłu świadomość istnienia magii.
– Chciałam pójść na studia! Ale twój ojciec mnie nie przyjął, zapomniałeś? – rzuciła gorzko.
Wiedziała, że to była jego wina, nie znajdowała innego racjonalnego wytłumaczenia, skoro osiągnęła tak wysokie wyniki w nauce. Próbowała wytłumaczyć sytuację z sekretarkami zajmującymi się rekrutacją, ale wszystkie powtarzały tę samą frazę „Przykro mi, panno Herver, Rada Uczelni nie zaakceptowała pani aplikacji, może pani spróbować za rok”. I taki miała zamiar.
– Przestań z tymi swoimi teoriami spiskowymi!
– Sabotaż to broń tych, którzy nie mają żadnej innej pod ręką – warknęła.
– Chodzi o Arcanum, prawda? Przecież są jeszcze cztery inne szkoły wyższe w tym mieście, Octavia! Daj sobie spokój ze Stowarzyszeniem, tylko cię to zgubi.
Sapnęła z poirytowania.
Nie rozumiał.
– Wiem, że cierpisz, wiem, że musi być ci ciężko, ale twoja matka wybrała źle i zobacz, dokąd ją to zaprowadziło, jak skończyła. Musisz ruszyć do przodu, bo zmarnujesz własne życie dokładnie tak jak ona.
– Nie waż się mówić nic o mojej matce – przerwała mu spokojnie, lecz z groźbą w głosie.
Deszcz właśnie zaczął bić w szyby mieszkania, jakby pod wpływem jej tonu, wiatr zmienił swój kierunek, a głuche uderzenia ostrzegły Henry’ego przed wypowiedzeniem kolejnych niebezpiecznych zdań.
Chłopak chwycił jej dłonie w swoje i spojrzał dziewczynie w oczy.
– Wierzę ci, naprawdę. Wierzę, że jesteś wyjątkowa, masz w sobie magię, ale zatracasz się w tym, słońce. – Ostatnie słowo wymówił jak do dziecka. – Pochłania cię to z dnia na dzień coraz bardziej, a odkąd się dowiedziałaś o śmierci matki, nie robisz nic innego. Ślepo podążasz jej drogą, choć nie masz o niczym pojęcia. Zrobisz sobie krzywdę. Myślałem, że ta półroczna przerwa na wsi u moich rodziców pozwoli ci ułożyć wszystko w głowie, ale ty znów wracasz do tego samego. Pomyśl, jak o wiele łatwiejsze byłoby życie, gdybyś zostawiła to za sobą i zajmowała się tym co normalni ludzie.
Czuła, że oczy pieką ją od łez.
– Normalni ludzie? – powtórzyła z jadem w głosie i uniosła brwi.
– Wiesz, co mam na myśli – żachnął się. – Gdybyś wychodziła na imprezy, rozmawiała z naszymi przyjaciółmi…
– Twoimi przyjaciółmi – wytknęła mu próbę asymilacji wbrew jej woli.
– Zajęła się tym, co robią kobiety… pomalowała się, oglądała seriale? A nie siedziała całe noce w książkach, które są bajkami dla dzieci, spędzała czas w piwnicy, nie wiadomo, co robiąc, chodziła na cmentarz i uczyła się rzeczy absolutnie nieprzydatnych w n o r m a l n y m ludzkim życiu. – Machnął ręką w powietrzu, jakby odpędzał natrętnego robaka. – Wiesz, Steve i Grace wspomnieli, że widzieli cię ostatnio, jak kupowałaś owady w sklepie dla zwierząt. Zapytali, czy zafundowaliśmy sobie jakiegoś gada do mieszkania. Muszę ich okłamywać, szukać wymówek, by przynajmniej spróbować utrzymać przed nimi obraz, że z moją najlepszą przyjaciółką jest wszystko w porządku i nie ma potrzeby leczyć jej psychiatrycznie. Pomyśl, jak kolorowe stałoby się życie, gdybyś była… mniej sobą.
Zmarszczyła brwi, wpatrzona w niego, i powstrzymywała wściekłość, która buzowała w niej jak w kociołku, ale po tych słowach gorycz niepowodzenia dzisiejszego eksperymentu rozlała się po jej języku jak atrament po kartce.
– Pomyśleć, jak nijakie byłoby życie, gdybym była tobą?
Wiedziała, że to zaboli, lecz dźgnęła go nożem prosto w serce i przekręciła ostrze z uśmiechem na ustach.
Tak zachowywała się Octavia, gdy poczuła się przyparta do muru – raniła bezlitośnie, byleby zaczerpnąć oddechu.
Wbrew pozorom byli do siebie podobni. Dumni. Pragnący zdobywać wiedzę. Ale to, jaką przewagę miał nad nią Henry, nijak się miało do tego, czego jej zazdrościł.
Bo magii nie dało się kupić za żadne pieniądze.
Oburzenie wykrzywiło jego miękkie rysy, a ona zdała sobie sprawę, że ubodło go to bardziej niż ostatnio. Tym razem cios wydawał się śmiertelny dla ich przyjaźni.
Zachlapaną atramentem kartkę da się wysuszyć, będzie można po niej znów pisać, ale dopiero z czasem. Puścił jej dłonie i wyminął gwałtownie, po czym włożył płaszcz.
– Umrzesz w samotności, Octavia, jeśli czegoś ze sobą nie zrobisz. Dokładnie tak jak twoja matka.
Pistolet wymierzony w nią strzelił i trafił nie w serce, lecz w głowę, bo ją ceniła sobie bardziej.
Nie przyznała na głos, że tego właśnie chciała. Być tam, gdzie Eleonora przez większość życia. W swoim laboratorium, ze swoimi myślami, ze swoimi badaniami, które zmienią bieg nauki.
Sama w tym świecie, z dala od jej obecnego życia.
Henry zatrzasnął drzwi, podczas gdy ona wciąż stała w tym samym miejscu, obserwując niewidzialny czas wokół niej, możliwy do dostrzeżenia tylko wtedy, gdyby obcowało się z nim wystarczająco długo lub gdyby ludzkie oko rejestrowało… Pokręciła głową, by nie odpłynąć w tezy, które pożerałyby ją do samego rana.
Jej głowa miała tendencje do przeskakiwania na tematy nierozwiązywalne i pozornie dyskusyjne. Lubiła tak zajmować mózg, ale teraz musiała się skupić.
Zapaliła knoty i ze świecą w ręku skierowała się do laboratorium (wolała korzystać w nocy z naturalnych źródeł światła). Mieszkanie należało formalnie do jej matki, więc Henry nie miał prawa decydować o jego wnętrzu, choć nieraz podnosił dysputę, by zamienić cokolwiek, co znajdowało się w piwnicy, na pokój ze stołem do bilardu. Zdjęła naszyjnik z zawieszką klepsydry z szyi i szepnęła:
– Endringe. – Srebro zafalowało, a chwilę potem zaczęło się transformować.
Łodyga się wyciągnęła, ząbki ułożyły w inny wzór, a pióro zyskało dodatkowe żłobienia, które idealnie wpasowały się w dziurkę od klucza.
Wiedziała, że Henry wielokrotnie próbował otworzyć te drzwi podczas jej nieobecności, ale lepiej dla niego, że nigdy mu się to nie udało.
Inaczej mógłby mieć koszmary.
Zeszła parę stopni i poczuła chłód kamienia otulającego laboratorium.
Kolby i zlewki stały czyste w szeregu na ladzie, na metalowej tacy znajdowały się wszystkie potrzebne przedmioty do badań, jak pipety, wagi, płyty grzewcze, kociołki. W narożniku stała należąca do matki skrzyneczka, do której klucza dziewczyna nigdy nie znalazła. Na ścianach wisiały grafy i szkice oraz niedokończone notatki, jej luźne myśli, których mogłaby się chwycić w chwili, gdy potrzebowała inspiracji. W kącie leżały składniki i materiały oraz plastikowe modele serca, płuc i mózgu.
Było to prowizoryczne laboratorium, gdzie jej rodzicielka pracowała, zanim przyjęli ją do Arcanum, a przed nią te ściany gościły jej ojca i dziadka. Narzędzia miały swoje lata, kurz osiadł na tych dawno nieużywanych.
Nie zostało w pełni wyposażone, ale pracując w nim, Octavia czuła, że więź z matką zacieśnia się jak sznur na szubienicy. Dusiła się przytłoczona samotnością i rozżalona jej wyborem, ale dumna, że podąża dokładnie śladem Eleanory.
Chwyciła mniejszy kociołek, postawiła go na palnik, wlała do niego szklankę wody i wsypała wysuszoną miętę. Czekając, aż woda się zagotuje, weszła schodami do mieszkania i wyjęła z płaszcza to, czego użyła na cmentarzu.
Gdy wróciła, dorzuciła do wody suszonej szałwii i parę kropli eliksiru oczyszczającego, po czym zanurzyła w wywarze skażony skalpel, pęsetę i perłę. Ustawiła stoper i przysiadła do biurka, by zapisać dzisiejsze wyniki w dzienniku rodu Herverów.
Obiekt czterdziesty trzeci.
Zakończony niepowodzeniem.
Wszystkie zidentyfikowane czynniki nienaruszone.
Nie wiedziała, co może więcej dopisać. Stanęła w punkcie wyjścia. Nie miała żadnych wniosków. Od miesięcy tworzyła wariancje składników, które cechowała wysoka doza żywotności. Wcierała je we wnętrzności gryzoni, warzyła wywary czy rysowała runy. Wszystko, co było jej znane i dostępne, zawiodło.
Octavii skończyły się pomysły, a przede wszystkim – materiały i wiedza, jakie w tym pomieszczeniu zgromadziła jej matka. Ostatnie listy Eleonory traktowały o glebie i rodzajach korzeni oraz pnączy, ale te były dla niej nieosiągalne do kupienia.
Wpatrywała się tępo w notatkę, a swój brak kreatywności zrzuciła na zmęczenie. Dopisała w dole strony to, co zaobserwowała w kwestii Stowarzyszenia:
Szare oczy. Brak interakcji. Wyniosłość i kpina.
Zawiązała dziennik na rzemyki i schowała go pomiędzy książki matki, czytane w młodości.
Współczesna nekromancja, Gatunki żywotne – zastosowania, Chemia kociołka – najpopularniejsze przepisy.
Oprawione w prawdziwą skórę, z kartkami rozpadającymi się w dłoniach, z odręcznymi notatkami – stanowiły najdroższe jej przedmioty. Zawierały jednak stare wpisy matki z czasów, gdy ona sama studiowała nekromancję przed przystąpieniem do Stowarzyszenia. A to, czym zajmowała się już jako Mistrzyni w swojej gałęzi magii, było ściśle tajne i przetrzymywane obecnie na terenie uczelni. Octavia mogła się domyślić, że znała jedynie ułamek prac Eleonory.
Dziewczyna wstała od biurka zrezygnowana, minęła klatki, w których trzymała obiekty badań. Teraz stały puste, zionęły szarością, gdy sięgnęła nad nimi po skrzyneczkę, a z niej wyjęła czarną kopertę dostarczoną jej rok temu.
Zawsze gdy traciła motywację, sięgała po ten list.
Szanowna panno Herver,
z ogromną przykrością zawiadamiamy o śmierci panienki matki. Mistrzyni Eleonora Herver była oddaną członkinią Stowarzyszenia Arcanum i niebywale utalentowaną badaczką Uniwersytetu Edynburskiego. Jej prace oraz wkład w rozwój swojej dziedziny przysporzyły tematów do badań na kolejne trzy pokolenia. Świętej pamięci Eleonora oddała życie nauce i wiedzy, gdy każdego dnia świadoma ryzyka podejmowała je z myślą o przyszłości, którą dla nas kreowała.
Jej pogrzeb odbył się w ramach uroczystości zamkniętej dla członków akademickiej wspólnoty.
Z wyrazami szacunku
Madame Venus van der Hoodsen
Octavia odwróciła się do biurka i celując palcem w sekretarzyk, sprawiła, że ozdobny papier rozwinął się na blacie, a pióro zanurzyło w atramencie, gotowe do dyktanda numer siedemnaście:
– Szanowna Madame Venus van der Hoodsen. Nazywam się Octavia Herver i jestem córką zmarłej rok temu Eleonory Herver. – Zawsze tak zaczynała każdy list. – Zwracam się z uprzejmą prośbą o udostępnienie mi spuścizny naukowej mojej świętej pamięci matki. Wierzę, że odziedziczyłam po niej te same uzdolnienia naukowe, które pozwolą mi kontynuować badania z należytym szacunkiem i w nieodbiegającym od jej stylu standardzie. – W poprzednich wiadomościach produkowała się bardziej, podawała argumenty lub obiecywała wiele, więc z każdym kolejnym listem coraz oszczędniej podchodziła do liczby słów. – Z wyrazami szacunku, Octavia Herver.
Jej problemem było proste równanie, które jednocześnie zdawało się niewykonalne. Pozytywna rekrutacja na uniwersytet oraz bycie uzdolnioną magicznie. Dwa warunki, ale tylko jeden trzymał przed nią w zamknięciu pełen wachlarz możliwości.
Jedyne, co jej na ten moment zostało, to pisanie listów do dowodzącej Stowarzyszeniem, dopóki nie będzie mogła za parę miesięcy ponownie aplikować na studia, choć szczerze wątpiła, czy kiedykolwiek zostanie przyjęta.
W każdej z wiadomości opisywała swój przypadek, prosiła o wsparcie, dostęp do notatek i badań Mistrzyni. Wykazywała chęć pracy za darmo, poza strukturą uniwersytecką, ale kobieta nie odpowiedziała. Nigdy.
Usiadła przy biurku i oparła głowę o splecione dłonie.
Chwilę po otrzymaniu informacji o śmierci matki załamała się. Porzuciła badania i wyjechała z miasta do Campbellów, u których wyleczyła się z żałoby. Po pół roku, zdeterminowana jeszcze bardziej, wróciła do prac i gdy nie udało jej się dostać na studia, napisała pierwszą wiadomość do Arcanum z prośbą o przyjęcie poza standardową procedurą.
Od tamtego czasu stale ją obserwowali. Sprawdzali. Był to test, który oblała czterdzieści trzy razy, a mimo tego oni wciąż przychodzili, by się upewnić, czy jej się powiedzie.
A skoro to robili, wierzyli w to może nawet bardziej niż ona sama. Widzieli w niej potencjał.
Eleonora Herver poświęciła życie na rozwinięcie odnogi magii, jaką była nekromancja, a ona chciała pójść w jej ślady i sprawić, by na tej niechlubnej gałęzi urosły liście i owoce jej prac. Kontynuować badania matki, by móc dokonać aktu będącego na szczycie nauk nekromanckich.
– Dopisz – poleciła pióru, choć dygotała z emocji i zastanawiała się, czy nie popełnia właśnie największego w życiu błędu. – Post Scriptum. – Przełknęła ślinę, wpatrzona w laboratorium. Dwa kłamstwa jednego dnia to dla niej rzadkość. – Odkryłam, jak pokonać śmierć.
Zanim zdołałaby się rozmyślić, schowała list do czarnej koperty i zakleiła ją woskiem. Wyłączyła ogień pod kociołkiem i zarzuciła na siebie płaszcz. Była blisko piąta nad ranem, gdy wyszła z mieszkania i ruszyła ciemnymi ulicami Edynburga wprost na teren uniwersytetu. Koperta paliła ją w kieszeni płaszcza niczym piekło grzeszników, ale trzymała ją mocno, by czuć ciężar kłamstwa, które ta w sobie zawierała.
Kiedy weszła między stare budynki uczelni, w niektórych oknach wciąż paliły się światła. Nauka nigdy nie spała.
Zbliżyła się do czarnych drzwi z wywieszoną na nich kartką: „Zamknięte. Biuro administracji przeniesione do gmachu głównego”.
Nie speszyło ją to, bo popatrzyła na ciemną, metalową skrzynkę na kamiennym murku przed wejściem. To na jej dnie lądowały słowa do Eleonory przez te wszystkie lata, tak jak i te siedemnaście poprzednich wiadomości skierowanych już do Madame.
Zawahała się, gdy wsunęła list w zimny metal szczeliny, i rozważała konsekwencje jego wrzucenia.
Jeśli to zadziała i Stowarzyszenie się z nią skontaktuje, nie będzie odwrotu. Zostanie zmuszona porzucić swoje życie, wyprowadzić się z mieszkania, zamkną ją w szponach swoich murów, możliwe, że na zawsze. Inny scenariusz zakładał, że zignorują jej wiadomość jak poprzednie, a ją samą uznają za kłamczuchę.
Serce biło Octavii jak szalone, ale część umysłu – te ostatnie synapsy – nie potrafiła zmusić jej dłoni do wypuszczenia koperty. Przygryzła wargę, gdy wraz z chłodnym powiewem poranka nadleciało echo słów Henry’ego.
Czy nie możesz być normalna?
Po przypomnieniu sobie pytania przyjaciela wypuściła powietrze nosem. Mogła żyć tak jak teraz, pracować w kawiarni, pójść na inny uniwersytet, zapomnieć i działać tylko dla siebie i dla nauki. Dopóki miała na to czas.
Ale nie chciała, by tak wyglądało jej życie. Obcowała z widmem śmierci codziennie, tańcząc z nim istne danse macabre, i tylko ta jedna decyzja mogłaby sprawić, że tym razem to ona poprowadziłaby ten korowód trupów.
Puściła list. Usłyszała, jak opada na dno metalowej skrzynki, głucho niczym garstka ziemi sypanej na trumnę. Następnie rozległ się świst świadczący o zaklęciu, które przeniosło wiadomość wprost do biura Arcanum.
– Normalność to obrzydliwa pospolitość – szepnęła, zaciskając dłonie.
Crème de la crème
Pierwszym, co Octavia zobaczyła, gdy otworzyła oczy, był miodowy kolor pergaminu, na którym zasnęła. Podniosła głowę ze stołu i przetarła dłonią obślinioną delikatnie twarz. Była pewna, że tekstura papieru odbiła jej się na policzku. Sama książka nie ucierpiała jednak bardziej niż wczorajszego dnia duma dziewczyny.
Umysł miała zamglony niczym Edynburg wieczorami, przez co chwilę zajęło jej skrystalizowanie tych tumanów w obrazy z zeszłej nocy. Szare oczy wtopiły się w opary i obserwowały każdy jej kolejny krok, gdy rozplątywała myśli po tak głębokim śnie.
Otrzeźwiała natychmiast, kiedy wspomnienie pisanego listu i wrzucenia koperty do skrzynki zostały odkurzone z pajęczyn. Skrzywiła się, bo wczorajsze kłamstwo spowodowało rozejście się fali wstydu po jej ciele. Od razu wstała zza biurka i wyszła z piwnicy, ospała na tyle, że na schodach obiła się ramieniem o ścianę. Wiedziała, że pojawi się na nim siniak, ale gdy tylko utwierdziła się w przekonaniu, że Henry nie wrócił do mieszkania, głośniejszym od bólu ramienia stało się bzyczenie muchy w jej głowie zwiastujące niepokój.
Dotychczas zawsze wracał po naszych sprzeczkach.
Czyżby tej nocy smycz łącząca tych dwoje zerwała się na dobre?
Energicznym krokiem weszła do łazienki. Chłód płytek rozbudził ją tak samo jak woda, którą obmyła twarz.
Zobaczyła swoje odbicie w lustrze i zmrużyła oczy. Rdzawe włosy przeplatane pasmami w kasztanowym odcieniu były podobne do myśli dziewczyny – skołtunione, pełne skręceń i objętości. A jej tęczówki zielone jak zamsz otulający książki odbijały się w szkle.
Stanowiła żywy obraz swojej duszy, składający się na wszystko, co jej drogie.
Octavię zalał jednak przypływ wstydu, kiedy pomyślała o wczorajszym nieudanym eksperymencie i rozbawionych oczach studenta, który wyraźnie napawał się jej porażką.
– Jaka jestem głupia! – zbeształa samą siebie w lustrze. – Bezużyteczna, do tego kłamliwa! – Pochyliła głowę, by przyłożyć czoło do zimnej tafli szkła.
Oczywiście, że gdy tylko Madame przeczyta list, pomyśli, że to kłamstwo. Oszustwo.
Wyśmieje ją.
Lub odpowie i skarci. I odetnie dostęp do Stowarzyszenia już nieodwołalnie.
Łazienka zawirowała, gdy kolejne scenariusze potencjalnej przyszłości przechodziły przez jej umysł, każdy gorszy od poprzedniego.
Musiała zająć czymś szybko głowę, ale była zbyt zgorzkniała, żeby wrócić do laboratorium po wczorajszym niepowodzeniu, więc zadzwoniła do Mist & Mug, kawiarni, w której pracowała, by zapytać, czy nie potrzebują dodatkowej pary rąk. Julie ucieszyła się z jej telefonu i już dwadzieścia minut później Octavia wiązała czarny fartuch na biodrach i upinała niesforne włosy w kok.
Przygotowywanie kawy ją odprężało, tym bardziej że Mist & Mug znajdowało się w gotyckim kościele, który został przearanżowany na punkt spotkań artystów i na kawiarnię w jednym. To klimat nadawał smak kawie, bo ta – prawdę powiedziawszy – smakowałaby tak samo jak wszędzie indziej, gdyby nie miejsce, gdzie się ją spożywało.
Zimny kamień i wilgotne powietrze doprawiały ją emocjami, jakich nie dało się kupić w nowocześniejszych lokalach. Za cały wystrój była odpowiedzialna Julie. To ona wymieniła zwykłe szyby na czerwone witraże zdobione ornamentami, wyrzuciła wszystkie lampy i pozostawiła światło elektryczne jedynie w pomieszczeniu roboczym i w strefie przygotowywania zamówień, a reszta lokalu była skąpana w blasku świec, z których wosk skapywał na blaty, układając się w coś na kształt kości kręgosłupa.
Parzenie kawy było jak warzenie eliksirów, tylko przyjemniejsze, bo zamiast wrzących kwasów i obrzydliwych składników, jak wydzieliny z robaków czy części ciała zwierząt, Octavia miała do czynienia z aromatycznymi zapachami ziaren i słodkimi dodatkami. Wpadała w pewnego rodzaju trans podczas pracy, skupiona tak, że aż przygryzała wargi.
– Słabo spałaś? – zagadnęła Julie, obserwująca ją kątem oka. – Zrobię ci twoje ulubione cappuccino.
– Dzięki – mruknęła, bo uwagę poświęcała w pełni kawie, do której właśnie wlewała piankę tak, by na wierzchu uformowała się mleczna czaszka.
Właścicielka była niewiele starsza od niej. Wykupiła tę ruderę dzięki spadkowi po zmarłym dziadku, a jako że zawsze marzyło jej się otwarcie miejsca wyjętego z klasycznej książki o wampirach, od razu pomyślała o gotyckiej kawiarni. Klienci uwielbiali ponury wystrój i każdy jego detal, w tym kubki przypominające kociołki czarownicy, podobne do tych, w których Octavia faktycznie parzyła eliksiry w domu. Kształt łyżeczek przypominał kości palców. Z ukrytych głośników leciało Piano man. Uwielbiali odwiedzać ich zarówno turyści, jak i lokalni mieszkańcy.
– Coś się stało? – zagadnęła ją Victoria Nova, która sypała właśnie słodkie pianki imitujące gałki oczne do gorącej czekolady. – Jesteś dziś jakaś nieobecna.
– Pokłóciłam się z Henrym – wyznała krótko Octavia, zerkająca na karteczkę z kolejnym zamówieniem.
Przyziemny problem przyziemnych ludzi, nieważne, że wczoraj ponownie nie ożywiła zmarłego szczura i okłamała tajne Stowarzyszenie magów, więc pewnie niedługo poniesie tego konsekwencje. Narządy skręciły się jej ze stresu na myśl, że pewnie listy z wczorajszego dnia wylądowały już na biurku członka Arcanum odpowiedzialnego za sortowanie korespondencji.
– Znowu? – dopytała Julie, krojąca ciasta, które wystawiała w gablotce w kształcie trumny. – O co poszło tym razem?
Ograniczała, jak mogła, informacje o Eleonorze i jej prawdziwej naturze. Magowie mieli nakaz ukrywania swoich zdolności przed osobami niemagicznymi, nazywanymi powszechniej zaćmionymi – by podkreślić brak magii w ich organizmach i sprowadzić ich do poziomu bardziej istoty niż człowieka. Była to jedna z pierwszych zasad wpojonych jej przez rodzicielkę.
– Jak zwykle zaczęło się od jakiejś błahostki. Wiecie, jak to jest, nagle problem staje się ogromny, mimo że jego sedno nie miało większego znaczenia.
Uciekła spojrzeniem na witraż, za którym przywitała ją zbierająca się w ciemnych chmurach ulewa. Victoria poprawiła kolczyk w nosie i przyglądała się jej z zaciekawieniem, ale nie zarzuciła koleżance kłamstwa. Zdecydowała się jednak pociągnąć ją za język.
– Zawsze tak mówisz, a potem…
Dzwoneczek zawieszony przy drzwiach obwieścił przybycie klientów, którzy wybawili ją od konieczności dalszej spowiedzi blondynce, ponieważ ta od razu zwróciła uwagę na wejście i wykrzywiła twarz w grymasie niezadowolenia. Octavia odwróciła się plecami do koleżanki, postawiła filiżanki na tacy i już brała się do przygotowania kolejnego zamówienia, gdy Nova szepnęła jej do ucha:
– Znowu tu przyszli. Nie ma mowy, że będę ich obsługiwać. Przemądrzali studenci. Nienawidzę ich, bo zawsze patrzą na nas jak na pospólstwo i zachowują się, jakby cała ta kawiarnia należała do nich. Niech Julie się z nimi użera – żachnęła się. – Są przecież inne kawiarnie w centrum, nie mają swojej przy tym ich wspaniałym uniwersytecie, tylko muszą tutaj przychodzić?
– A co robią? – zainteresowała się Octavia, bo zazwyczaj podczas jej zmiany nie dochodziło do żadnych nieprzyjemnych incydentów.
– W zeszłym tygodniu siedzieli w szklarni pół dnia, zajmowali całą przestrzeń, wylewali kawę na ziemię i stół, bawili się nią jak dzieci i nawet nie zostawili napiwku, a połowa z nich chodzi w markowych płaszczach.
Historia brzmiała groteskowo, ale Victoria miała tendencję do hiperbolizacji.
– Serio? Nie przesadzasz delikatnie?
– Powiedzieli, że kawa była obrzydliwa, i dali nam jedną gwiazdkę na Mapach, po czym wrócili następnego dnia i zrobili to samo. – Koleżanka popatrzyła na nią badawczo, gdy kończyła układać na tacy zamówienie. – Wiesz co? Jak się tak zastanowię, to oni zawsze przychodzą, gdy ciebie nie ma. – Wychyliła się zza ekspresu. – Cóż, przynajmniej zrozumiesz, z czym musimy się tu użerać. Ja nie zamierzam ich obsługiwać.
Po tych słowach zwinęła Octavii tacę sprzed nosa i ruszyła z nią na salę, a ją i Julie zostawiła za ladą. Pierwszy z klientów składał już zamówienie, gdy Octavia podeszła do ekspresu, by podsłuchać, czego sobie życzył.
– I upewnij się, że tym razem mleka będzie dokładnie trzy czwarte kubka, bo inaczej znów zwrócę zamówienie – uprzedził chłodny jak lód głos. – Noir, a ty co chcesz?
– Espresso, ale niech woda zostanie zagotowana. – Nie była to prośba, lecz żądanie, rozkaz, jakby chłopak nie zwracał się do pracownika, tylko do sługi.
Dźwięk jego głosu przedarł się do głowy Octavii i utkwił w niej tak boleśnie jak igła pod skórą. Odbijał się chwilę echem niczym bzyczenie much nad leżącym trupem.
– Woda powinna mieć do dziewięćdziesięciu czterech stopni, wrzątek sprawi, że napar stanie się zbyt gorzki – sprzeciwiła się Julie, zrobiła to jednak przyjaznym tonem i ze sztucznym uśmiechem na twarzy.
Zapadła chwila wymownej ciszy.
– Gdzie ty mnie, Ezekiel, przyprowadziłeś? Tu nawet nie potrafią zrozumieć zwykłego zamówienia – warknął ten nazwany Noirem. – Mam powiedzieć w innym języku, byś pojęła, czy napisać na kartce? Nie jestem jednak pewien, czy potrafisz czytać.
Julie zacisnęła pięści pod ladą, ale utrzymała przyklejony uśmiech i wklikała na ekranie zamówienie, a Octavia postanowiła się wychylić zza ekspresu, by zobaczyć, jak wygląda ten idiota. Chciała być gotowa, gdy odwiedzi je ponownie, i wiedzieć, któremu z nich napluć do kawy. Stanęła na palcach i zmroziło jej krew w żyłach, bo ujrzała te same szare oczy, które wczorajszej nocy przyszpiliły ją jak igła owada na tablicy korkowej. Teraz widziała je dokładnie, okolone ciemnymi brwiami skrywały całą mgłę Edynburga.
Student miał bladą, smukłą twarz, wysokie kości policzkowe i maskę obojętności, gdy ich spojrzenia spotkały się dokładnie tak samo jak wczorajszej nocy. Nawet powieka mu nie drgnęła, kiedy zrozumiał, na kogo patrzy. Jedynie mgła w tęczówkach pociemniała, a usta wydęły się w grymasie pogardy.
– Polecam brownie, jeszcze gorące – zaproponowała Julie, ale Noir przeszył ją tak pełnym protekcjonalizmu spojrzeniem, że od razu zamilkła i wróciła do finalizacji zamówienia.
Jego białe jak kartki włosy opadły mu delikatnie na czoło, gdy wyjął z kieszeni czarnego płaszcza gotówkę i rzucił ją na ladę niedbale jak żebrakowi na ulicy, po czym odwrócił się do towarzyszącego mu chłopaka i warknął coś groźnie. Zaczęli się kłócić.
Czy został wysłany tu przez Madame, żeby porozmawiać z Octavią, czy raczej skoro był świadkiem jej niepowodzenia, miał przypomnieć dziewczynie, że wiedzą, iż kłamała?
Nie potrafiła odwrócić od niego wzroku, nie mogła uwierzyć, że przedstawiciel Stowarzyszenia w końcu się ujawnił. Niespodziewany ruch za jego plecami ściągnął na siebie uwagę dziewczyny.
Towarzyszący mu chłopak wbił spojrzenie w dłonie Julie zbierającej i liczącej drobne. Miał łysą głowę pokrytą wzorzystymi tatuażami, w których – mogłaby przysiąc – rozpoznała runy. Jego piwne tęczówki pozostawały dla niej nierozpoznawalne, więc nie był jedną z osób obserwujących ją na cmentarzu. Kpiący uśmiech studenta, ostry jak najgorsza obelga rzucona w twarz, odstraszał każdego, kto przyglądał mu się za długo. Bystre oczy się zwęziły, a potem usta poruszyły się delikatnie. Nie wypłynęły z nich słyszalne słowa, bo gwar kawiarni połknął jego szept, ale Octavia wiedziała dokładnie, czym były. Zaklęciem. Czar pomknął prosto w dłonie właścicielki kawiarni, przez co wszystkie monety przeleciały jej przez palce i rozsypały się na ladzie i po podłodze.
Octavia obserwowała to z wypiekami na twarzy, bo oprócz matki nie znała nikogo takiego jak ona. Nikogo posługującego się czarami, a tym bardziej należącego do Arcanum. Czuła, jak przez jej rozchylone wargi przemyka wdychane powietrze, jak oczy napawają się magią, która nie należała do niej, i jak zapach drogich perfum opanowuje umysł.
Wydawali się samym swoim istnieniem należeć do innego świata. Tego, którego tak bardzo chciała być częścią.
– Mam nadzieję, że kawę robi ktoś mniej niezdarny – prychnął Noir, który… nie miał już szarych oczu, gdy Julie zanurkowała pod ladę, by zebrać drobne.
Octavia zamrugała parę razy, pewna, że jej się przywidziało, ale nie… Gdy ponownie na niego spojrzała, tęczówki były już niebieskie, a on, jakby chciał to udowodnić, spojrzał na nią bykiem i uniósł kącik ust w wyniosłym geście. Mgła znikła, została sama rzeka, skuta jednak lodem jego oschłego zachowania.
Zmrużyła powieki i pokręciła głową, komunikując mu, że nie da się nabrać na tę sztuczkę. Wiedziała, czego była świadkiem, a on gdy zrozumiał, że nie zdołał jej oszukać, zmarszczył nos i przewrócił oczami.
Nie zdążyła zareagować, zanim jego usta ponownie poruszyły się w niemym zaklęciu skierowanym w ekspres. Buchnęła z niego para, a kawa, którą Octavia nalewała, nagle popłynęła mocniej i sparzyła jej dłonie. Odskoczyła i rzuciła kubek na ladę, sycząc z bólu. Usłyszała ich ciche chichoty, gdy minęli stanowisko do zamawiania i ruszyli do szklarni, by zająć miejsca na patio.
– Kurwa. Nic ci nie jest? – zapytała Julie, chwytająca już za serwetkę, by wytrzeć to, co rozlało się po podłodze.
– W porządku. – Octavia włożyła dłonie pod kran i mruknęła ciszej: – Helbrede. – Oparzenie zniknęło, a ból ustąpił pod wpływem wyszeptanego zaklęcia.
– Naplujemy im do kawy? – zaproponowała Victoria, która wcześniej obserwowała wszystko z boku.
– Nie, nawet nie myśl, by cokolwiek im zrobić – zaprotestowała Julie. – Przygotujcie ich zamówienie, tak jak sobie życzyli, wolę nie mieć problemów.
Właścicielka taka właśnie była, życzliwa. Obawiała się negatywnych opinii i nie chciała, by to, co stworzyła, poszło na marne przez kilku trudnych klientów.
– Idę skończyć szykować ciasto na szarlotkę – zapowiedziała i zniknęła w pomieszczeniu obok, a Octavia i Victoria sięgnęły po małe kociołki.
– Nienawidzę ich, przysięgam. – Nova wzięła się do parzenia espresso. – Mam wrażenie, że się z nas nabijają, wymyślając te swoje głupie uwagi do zamówień. Wiesz, rozumiem „bardziej spienione mleko” czy „roślinne odłuszczone” albo konkretny syrop czy nawet rysunek na piance, ale nie: „Nie kładź łyżki na filiżankę”, „Połóż cukier z prawej strony”, „Niech warstwy się nie mieszają”.
Octavia stanęła obok niej i pomyślała, że te specjalne wymagania co do parzenia kawy nie dotyczyły ich preferencji spożywania napoju. Używali jej do jakichś drobnych czarów, skoro wcześniej dziewczyna wspomniała, że zdarza im się ją wylewać na kartki rozłożone na stołach. Zastanawiała się, nad czym pracowali.
Słuchała narzekań koleżanki w ciszy, by w końcu postawić na tacy zamówienie Ezekiela i odebrać od Victorii espresso Noira. Skoro tu przyszedł, mógł to być znak, że Arcanum jednak zgodziło się na jej prośbę udostępnienia notatek matki. Musiała z nim porozmawiać.
A może to był test.
– Daj, ja zaniosę.
– Naprawdę? Sądziłam, że będę musiała cię przekupić, byś ich obsłużyła – zaśmiała się pod nosem, ale wyraźnie jej ulżyło na tę propozycję.
Nekromantka chwyciła za tacę z zamówieniem i ruszyła ku wyjściu na zewnątrz. Do kawiarni dobudowano przeszklone patio, które dzięki sprzyjającej pogodzie Edynburga od razu porosło bluszczem. W oko natychmiast wpadły jej białe włosy i wyprostowana sztywna sylwetka siedząca do niej tyłem. Gdy Ezekiel ją zobaczył, przestał opowiadać coś koledze i zamknął oprawioną w skórę książkę. Nie mogła dostrzec tytułu.
Kładła tacę przed nimi, starając się nie trząść, ale żaden z nich nawet na nią nie spojrzał.
Noir zwrócił się do przyjaciela:
– Tu peux parle. Elle ne te comprend pas2.
– Tu ne sais pas ça3– burknął ten.
– Ça te dérange maintenant? C’est toi qui m’as amené ici4.
Wiedziała, że rozmawiają o niej po francusku, i mimo że nie znała tego języka, pojęła znaczenie pojedynczych słów. Resztę mogła dopowiedzieć sobie sama, przyglądając się ich mimice. Położyła kawę na stoliku i ośmieliła się spojrzeć w oczy Noira. Były wciąż niebieskie, jakby wierzył, że nabierze się na tę sztuczkę.
– Masz dla mnie jakąś wiadomość? – zwróciła się do niego, nie wiedząc, co innego mogłaby powiedzieć.
Ezekiel wpatrywał się w nią tępo, a jego towarzysz zaniemówił na jedną długą sekundę, po czym parsknął szyderczym śmiechem, wykrzywiając usta w pogardzie. Nawet na nią nie spojrzał.
– Słyszałeś coś, Ezekiel? Bo mi się wydaje, że brzęczenie muchy stało się nieznośne. Comporte-toi de façon à ce qu’elle s’en aille5 – rozkazał mu. – Możesz już odejść. – Wykonał gest ręką, jakby odganiał nieznośnego owada.
– To ona mówiła do nas? – zapytał z ironią w głosie jego przyjaciel, patrzący na Octavię z politowaniem.
Czuła, jak jej twarz oblewa się rumieńcem, jak gardło zaciska się z upokorzenia wraz z bielejącymi od siły chwytu na tacy palcami. Odwróciła się więc na pięcie i wróciła do Victorii, która na widok czerwonych plam na jej policzkach pokiwała głową ze zrozumieniem.
– Obgadywali cię po łacinie?
– Francusku.
Zacmokała.
– Dlatego nie lubię ich snobizmu naukowego. Myślą, że jak studiują nie wiadomo co, to czyni ich to lepszymi od nas i daje prawo do traktowania zwykłych pracowników jak swoich sługusów. Tym bardziej widać, że to bogate dzieciaki, które w życiu nie pracowały, bo utrzymują się z pieniędzy wpływowych rodziców.
Octavia założyła włosy za ucho i zabrała się do mycia kubków, obserwując gości przez witraż. Noir nie spojrzał nawet na swoje espresso, a Ezekiel znów otworzył starą książkę i zaczął coś mu z zapałem opowiadać, pochylony nad stołem.
– Często tu przychodzą? – zagadnęła nonszalancko Octavia.
Victoria wzruszyła ramionami.
– Ten łysy od paru miesięcy wpadał tu kilka razy w tygodniu, czasem z brunetem, który ma coś z jednym okiem, i z taką czarnowłosą, nawet ładną, mogłaby być modelką. A ten drugi kolega jest chyba jakimś artystą, a przynajmniej na takiego wygląda. Ale sprowadza tu też innych swoich znajomych z uczelni, zabiera ich na patio i siedzą tam godzinami. Dyskutują. Z czasem, jak udało mi się ich podsłuchać, zrozumiałam, że ten łysy realizuje projekt na zajęcia i omawia wnioski z innymi. Tego blondyna widzę tu pierwszy raz, pewnie jest kolejną ofiarą jego naukowej paplaniny.
Octavia przełknęła ślinę. Miała pewność, że Noir należy do Stowarzyszenia, ale z tego, co opowiadała Victoria, Ezekiel także. Poczuła się obruszona faktem, jak nierozważne wydawało się ich działanie! Rozmawiali o magii wśród ludzi? Czy byli aż tak pewni siebie, że nikt ich nie usłyszy lub nie zrozumie? Gdyby się im przyjrzała trochę dłużej, mogłaby pojąć, co Ezekiel próbuje osiągnąć wylewaniem kropli kawy na kartki książki, jaką weryfikuje tezę z tym związaną. Specjalizowała się w nekromancji, jednak inne gałęzie magii, jak zielarstwo, nie były jej kompletnie obce.
– Dziwnie się zachowują, rozmawiają o osobliwych rzeczach, próbach i szansie na wielkie odkrycie. Bardziej brzmi mi to na jakąś organizację czy sektę niż zwykły projekt na zajęcia – podjęła znów ostrożnie Nova.
– Sekta? Nie przesadzasz? Może zbiera materiały potrzebne do pracy dyplomowej – zasugerowała delikatnie, by uspokoić ciekawość koleżanki, ponieważ ta mogłaby wpędzić Victorię w kłopoty, gdyby za bardzo chciała odkryć, kim są i czym się zajmują.
Dziewczyna ze zgorzkniałą miną mruknęła coś pod nosem i zaczęła wyjmować świeże świece z kartonów pod ladą.
– Wiesz, moja siostra studiuje na Uniwersytecie Edynburskim – wyznała po chwili.
– Naprawdę? Nigdy o niej nie wspomniałaś.
– Bo już nie jest moją siostrą – odparła tajemniczo. – Ta uczelnia wyprała jej mózg. Zmieniła się całkowicie, odkąd zaczęła drugi rok. Wcześniej pisałyśmy ze sobą codziennie, dzwoniłyśmy parę razy w tygodniu, aż oświadczyła, że dostała od uczelni propozycję nie do odrzucenia. Nie chciała zdradzić żadnych szczegółów, tyle że od zawsze marzyła, by być częścią czegoś tak wielkiego, doświadczyć prawdziwych naukowych odkryć i zapisać się na kartach historii.
Octavia mogła się domyślić, co naprawdę miało miejsce. Siostra Victorii okazała się półkrwistą, descendentem, i otrzymała zaproszenie do Arcanum, a tam jedną z fundamentalnych zasad było zerwanie kontaktu z bliskimi, którzy pozostawali zaćmieni.
Wybrała nieskończoną wiedzę ponad więzy krwi.
Aż podkurczyła palce u stóp z podniecenia na myśl o tej szansie i zazgrzytała zębami z zazdrości. Eleonora stała kiedyś przed tym samym wyborem, którą z kart zwiastujących przyszłość wyciągnąć: postawić na rodzinę i porzucić Stowarzyszenie na rzecz męża bez magii, by wychowywać córkę z nadzieją, że gdy ta trochę podrośnie, test wykaże jej magiczne zdolności, czy wrócić na uczelnię i kontynuować badania.
Pociągnęła za kartę Mistrzyni, a nie matki, za co Octavia nie mogła rodzicielki winić, bo czuła, że na jej miejscu zrobiłaby to samo. A przynajmniej tak to sobie tłumaczyła.
Zwykle Mistrzowie mogli się swobodnie przemieszczać po świecie, o ile nie prowadzili newralgicznych badań, takich jak Eleonora. W jednym z listów matka zdradziła córce, że gdyby nie szansa i jej projekt badawczy, pracowałaby w zespole opiekującym się potworem z Loch Ness. Wspomniała też, że gdy zaczynała karierę, chciała dołączyć do służb dyplomatycznych w kontaktach ze zmarłymi smokami, co wiązałoby się z wieloma ciekawymi podróżami.
– W końcu przestała odbierać i odpisywać na wiadomości – kontynuowała kelnerka, z zapalczywością otwierająca kartony. – Zablokowała mój numer, a chwilę potem numer do naszej matki, która tak się wkurzyła, że przyjechała tu z Londynu, by wygarnąć jej to zachowanie.
– I co się stało? – zapytała Octavia, choć domyślała się odpowiedzi.
– Uczelnia nie pozwoliła jej wejść do akademika ani skontaktować się z córką, jako że ta była dorosła i odpowiadała za siebie. Po dwóch dniach, gdy matka próbowała złapać ją na kampusie, została zatrzymana przez ochronę. Dostała zakaz zbliżania się do terenu uniwersytetu, a gdy opowiedziała, że jedyne, czego pragnie, to porozmawiać z córką, funkcjonariusz tylko wzruszył ramionami i stwierdził, że Clara jest dorosła i to jej wybór, czy sobie tego kontaktu życzy. Pewnie miał w głowie historię, w której studentka w końcu wyrwała się z biednej, tonącej w długach rodziny i nie chciała mieć z nią nic wspólnego.
Tyle gorzkich słów wypłynęło z ust dziewczyny, że Octavia nie wiedziała, co powiedzieć, dlatego położyła dłoń na jej ramieniu i delikatnie je ścisnęła.
– Mam nadzieję, że gdy skończy uczelnię, odezwie się do ciebie.
Istniała taka możliwość. Osoby, które żyły jako zaćmione i dopiero na uniwersytecie za sprawą Arcanum dowiadywały się o swoich magicznych zdolnościach, dostawały zakaz bliskich kontaktów z niemagicznymi na czas nauki. Jednak po skończeniu uczelni – o ile nie zdecydowały się na niej zostać i nie wybrały kariery Mistrza danej gałęzi magii, tak jak się to wydarzyło w przypadku Eleonory – Stowarzyszenie gwarantowało im pracę w przeróżnych branżach, gdzie można było odnowić relacje z bliskimi. Co innego miało miejsce w przypadku ascendentów czy descendentów, którzy od dziecka trwali w magicznej społeczności i żyli dualnie – chodzili do dwóch różnych szkół i od urodzenia funkcjonowali w dwóch różnych światach.
– Niech nawet nie próbuje. Dla mnie jest martwa – stwierdziła oschle Victoria i ruszyła w głąb pomieszczenia, by ustawić świece. – Widziałam, że jeździ po Europie wraz z grupą studentów z jakiejś organizacji uczelnianej, wygrywają nagrody z dziedziny bioinżynierii czy innego gówna. Stała się taka jak oni – wskazała głową w kierunku patio – więc nie chcę mieć z nią nic wspólnego.
Zapadła między nimi krępująca cisza.
– Ale cieszę się, że ty wróciłaś. – Poklepała ją po ramieniu. – Nie wiem, czy ja byłabym w stanie pozbierać się w parę miesięcy po śmierci matki. Widocznie ten wyjazd z miasta dobrze ci zrobił.
– Tak. – Octavia uśmiechnęła się krzywo. – Potrzebowałam się stąd wyrwać na jakiś czas, ale też się cieszę, że Julie trzymała dla mnie miejsce.
– Dobrze się nam z tobą pracuje – odparła ciepło. – A co ciekawego robiłaś na tej wsi Campbellów? Założę się, że mają taki stary, duży dom z kolumnami przy wejściu, stadninę koni, sporo pięknych widoków…
– Ja… – Wytężyła umysł, by móc powiedzieć jej coś, co nie było związane z badaniami, jednocześnie zdała sobie sprawę, że jedyne, co pamiętała z tego okresu, to tony notatek i książek oraz… – Mają tam ogromną bibliotekę. To w niej spędziłam większość czasu.
– Nudy – oceniła koleżanka i ruszyła w stronę jednego ze stolików, skąd zebrała brudne naczynia.
Octavia chwyciła za ścierkę, by zacząć czyścić ladę, i zerkała ukradkiem przez witraż na chłopaków z uczelni. Ezekiel zamoczył kciuk w kawie i przyłożył go do papieru, a następnie przysunął zeszyt do Noira. Ten nawet się nie pochylił, by mu to ułatwić. To świat miał się kręcić wokół niego. Zastanawiała się, co musi zrobić, by znaleźć się w jego orbicie.
I ile musi poświęcić.
Ezekiel opowiadał coś w emocjach, roznoszących go całego. Jego usta falowały pod wpływem słów, które wypluwał, ale stąd nie mogła ich usłyszeć. Dłonie gestykulowały, jakby rysował równania i tłumaczył czasoprzestrzeń za pomocą niewidzialnych symboli, widocznych tylko dla niego, a oczy… Oczy szukały potwierdzenia… Nie, uznania dla słów, które głosił.
Stała oczarowana, pragnąc być częścią tej konwersacji.
Cząstką tej wiedzy.
Noir wyciągnął w końcu dłoń ku zeszytowi i przysunął go do siebie. Srebrny pierścień z jakimś kamieniem lśnił na jego smukłym palcu serdecznym, gdy gładził nim miejsce, gdzie znajdował się kawowy odcisk przyjaciela lśniący złotem. Wtem Noir zamarł, a potem gwałtownie rzucił notesem i obrócił głowę w kierunku szpiegującej ich dziewczyny.
Ich spojrzenia spotkały się sekundę przed tym, jak jego usta poruszyły się w szeptanym zaklęciu, które pomknęło wprost w stronę Octavii. Uderzyło w witraż i wymalowało na nim pajęczynę pęknięć, a jeden z odłamków wystrzelił prosto ku twarzy kelnerki.
Uchyliła się sekundę za późno, bo poczuła, że drobne szkło pocałowało jej skórę, a na policzku skraplała się ciepła ciecz. Dostrzegła kątem oka, jak czarne płaszcze studentów podnoszą się z miejsc, a chwilę potem mężczyźni z prędkością porannego wiatru zmierzają ku wyjściu.
Byli pewni, że Victoria nic nie zrozumie z tego, co robią, ale ona? Ona okazała się innym przypadkiem, tym bardziej że Noir wiedział, czym się para, obserwował ją i miał świadomość, że potrafi to co oni. Była jedną z nich.
Chwyciła za serwetkę i przyłożyła ją sobie do twarzy, by zetrzeć krew. Rzuciła poplamioną szmatkę w kąt i wybiegła za nimi na zewnątrz. Chłodny jesienny wiatr od razu poderwał rude włosy Octavii, które przysłoniły dziewczynie pole widzenia. Niezdarnie odgarnęła kosmyki z oczu i wodziła wzrokiem po ulicy w poszukiwaniu sylwetek dwóch chłopaków. Noir był jedynym punktem łączącym ją i Stowarzyszenie, nie mogła więc go zgubić. Dostrzegła tył głowy maga między przechodniami i ruszyła w tamtą stronę, starając się nie spuszczać go z oczu. Doskonale wiedział o tym, że jest śledzony, bo obrócił się parę razy, by na nią zerknąć, aż w końcu skręcił za Ezekielem w ciemną uliczkę pomiędzy kamienicami. Rozprostowała palce, na wypadek gdyby… Gdybyśmy mieli rzucać na siebie zaklęcia? Wydawało jej się to głupie, nie chciała zrobić mu krzywdy, pragnęła tylko prawdy. Nie zamierzała być jednak nieprzygotowana.
Skręciła za nimi i po nabraniu powietrza w płuca oznajmiła:
– Jeśli to był test, przekaż Stowarzyszeniu, że…
Silna dłoń, odziana w skórzaną rękawiczkę, chwyciła ją za gardło i popchnęła na wilgotną ścianę, przez co Octavia straciła dech, który pozwoliłby jej skończyć zdanie. Oszołomiona uniosła wzrok.
– Zamknij się – warknął Noir, trzymający ją w uścisku.
Teraz, gdy był tak blisko i nad nią górował, zauważyła, jaki jest wysoki. Jego oczy, ponownie szare, patrzyły na nią jak na robaka, a usta wykrzywiały się w grymasie obrzydzenia.
– Znów masz szare tęczówki, to ty byłeś wczoraj na cmentarzu – chrypiała, starając się złapać powietrze.
Dostrzegła Ezekiela, który trzymał się na dystans. Obserwował ich z boku niewzruszony, a dłonie wcisnął w kieszenie płaszcza.
– Nic nie wiesz – zaczął Noir. – Nic nie widziałaś, nikt ci nie uwierzy. Zapomnij o tym.
– Jestem jedną z was – szepnęła, na co tylko prychnął obrażony i odsłonił zęby. – Stowarzyszenie wie o mnie, mam prawo do… do rozmowy, zabrania rzeczy mojej…
– Nie masz do niczego praw, pchło – wtrącił się Ezekiel. – Chodź, Noir, nie rób jej krzywdy, wystarczającym cierpieniem jest dla niej życie, jakie wiedzie.
