Znamię wodnika - Agata Suchocka - ebook
NOWOŚĆ

Znamię wodnika ebook

Agata Suchocka

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wejdź do świata, gdzie polityka spotyka się z mitem, a pradawne moce nie znają litości!

Świeżo zaprzysiężony wiceminister klimatu, Zygmunt Wodziański, chce ocalić polską przyrodę i poprowadzić kraj ku zielonej przyszłości. U jego boku stoją ambitni politycy Partii Natura. Nikt jednak nie wie, że Zygmunt nie jest zwykłym człowiekiem – jest wodnikiem. A jego najbliższy sojusznik, wiceminister rolnictwa, skrywa naturę leszego.

Połączeni gniewem wobec lat bezlitosnej eksploatacji ziemi, są gotowi na wszystko, by przeforsować swoją wizję. Knując polityczny przewrót, Zygmunt wraca myślami do młodości spędzonej w klasztorze nad jeziorem Wigry – miejsca, gdzie pradawne wierzenia nigdy nie umarły... To tam przelał krew w imię prawdy – do czego posunie się teraz, by ocalić naturę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 215

Data ważności licencji: 1/12/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

 

W serii Słowiańskie Światy do tej pory ukazały się:

 

Elwira Dresler-Janik

cykl Leszygród

Tom 1. Córki bogini Mokosz

Tom 2. Topielica z mokradeł

Tom 3. Opiekun lasu

Tom 4. Szczodry wieczór

Prequel: Syn Welesa

 

Anna Musiałowicz

Wyrzuciła ją rzeka

 

Ewelina Kasiuba

Wybranka boga słońca

 

Krzysztof Jagiełło

cykl Piast zdobywca

Tom 1. Przysięga

Tom 2. Wieszczba

Tom 3. Nawałnica

Tom 4. Hańba

 

Robert Socha

Kwiat Peruna

 

Agnieszka Kulbat

cykl Dziedzictwo stróża Nawii

Tom 1. Wezwanie Żmija

Tom 2. Wola Żmija

 

Lucie Ortega

cykl Szept moczarów

Tom 1. Światła nad moczarami

 

Agata Suchocka

Klątwa południcy

Znamię wodnika

 

Anna Musiałowicz

Płachytka

 

Iwona Poczopko

Na imię mi zemsta

 

 

 

Copyright © by Agata Suchocka

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Magdalena Chrobok

 

Korekta

Eliza Orman

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68742-90-9

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

OD AUTORKI

 

 

 

 

 

Niniejsza książka nie jest poważną powieścią z nurtu political fiction. Nie jest również poważną powieścią historyczną, choć akcja toczy się trzy wieki temu w historycznych lokacjach, takich jak klasztor kamedułów w Wigrach. Jego dzieje są bardzo burzliwe, jednak źródła na temat fundacji i zawirowań historycznych wokół tego dzikiego, ale jednocześnie niegdyś bardzo bogatego przybytku, nie są obfite. Nie jest to również powieść eksplorująca słowiański folklor, gdyż tereny dzisiejszej Suwalszczyzny były zamieszkiwane przez Jaćwingów i Bałtów.

Wiele aspektów wierzeń tamtych wymarłych kultur, szczególnie jeśli spojrzymy na bestiariusz i obrzędowość, pokrywało się jednak z wierzeniami słowiańskimi. Szlak handlowy biegnący na północny wschód nanosił na tereny dzisiejszego trójstyku granic ludność z całej Europy, jak również z Azji i Bliskiego Wschodu. Dowodem na to, jak zróżnicowanym tyglem kulturowym były Suwałki, jest znajdujący się tam do dziś Cmentarz Siedmiu Wyznań, na którym obok katolików spoczywają muzułmanie, wyznawcy prawosławia, żydzi, staroobrzędowcy, luteranie i kalwiniści. W takim miejscu z pewnością osiedlali się i potomkowie dawnych Słowian, a jak podają źródła, echa pogańskich wierzeń przetrwały aż do dziewiętnastego wieku.

Można więc nazwać tę książkę przygodowo-komediowym postsłowiańskim pastiszem powieści politycznej. Myślę, że to bardzo fajna nazwa dla konwencji, w której tworzę jedynie ja.

Bawcie się dobrze!

I jeszcze jedno: wszystkie postaci i wydarzenia prezentowane na kartach niniejszej książki są fikcyjne, a podobieństwo do postaci historycznych i żyjących jest przypadkowe. Serio, za leniwa jestem, żeby zrobić porządny research. Dobra, kłamię, dziobałam w źródłach jak wściekła i z premedytacją nawiązuję do dzisiejszej sytuacji w kraju i na świecie. Nie no, żarcik, serio. To tylko fikcja. Tylko. Fikcja.

W końcu głównym bohaterem jest wodnik, więc niczego w tej książce nie można traktować poważnie ;).

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

 

 

Mam na imię Zygmunt i jestem wodnikiem.

Jestem nieśmiertelny.

Mniej więcej.

Gdy twoja rodzina znika w ciągu kilku chwil, a ty jesteś w stanie tylko bezradnie na to patrzeć, odchodzi ci cała chęć do życia. Próbowałem się zabić, owszem, bo przecież po takiej tragedii każdy chciałby to zrobić. A może nie każdy…? Nie udało się, jak można się domyśleć. A próbowałem nie raz i nie dwa. Tylko ja zostałem przy życiu, choć byłem największą szumowiną w szanowanym rodzie. Władza i pieniądze sprawiają, że wszystko uchodzi ci na sucho, wystarczy tylko zachowywać pozory przyzwoitości.

Byłem świetny w zachowywaniu pozorów przyzwoitości.

Ale bycie szują to nie jest moje największe osiągnięcie.

Za chwilę zostanę zaprzysiężony na ministra klimatu i środowiska. No dobra, na wiceministra, ale to i tak niezły stołek. Będę dbać o to, by nasz piękny, zielony kraj pozostał piękny i zielony, skupię się przede wszystkim na zachowaniu czystości wód, to chyba oczywiste. Więc tak, zmieniłem się na lepsze, bo w pewnej chwili swojej prawie trzystuletniej egzystencji poczułem, że pora zrobić coś dobrego nie tylko dla siebie, ale i dla kraju. Tak, jestem patriotą, ale nie jakimś maniakiem w brunatnej koszuli, tacy na szczęście do obecnego rządu nie weszli, bo nagle pojawiła się wyjątkowo racjonalna Partia Natura i odebrała im kilka punktów procentowych poparcia. Dziwne, nie? Kraj skręca w stronę nacjonalizmu i nagle pyk! Gromadne przebudzenie, wzrost świadomości, skręt o sto osiemdziesiąt stopni. Ludzie to tylko ciekawskie ameby, łatwo nimi manipulować. Zaproponowaliśmy im bardzo przystępny i oryginalny program naprawczy okraszony pierdylionem obietnic polepszenia warunków życia. Zielony socjal na miarę połowy dwudziestego pierwszego wieku. Solarpunk w sercu Europy! Gdy się przeżyje odpowiednio dużo wojen i powstań, gdy się pozna mechanizmy władzy, gdy widzi się kilka cykli wzlotów i upadków możnych tego świata, to zyskuje się szerszą perspektywę, pozwalającą na manipulację.

No dobra, trochę jeszcze jestem szują, przyznaję, no ale w szlachetnej sprawie!

Kariera polityczna nie jest jednak najciekawszym aspektem mojej egzystencji. To tylko chwilowa fanaberia. Jak już posprzątamy trochę w tym kraju i będziemy mieli pewność, że przez kilka dekad będzie spokój, pewnie się wycofamy.

Dlaczego mówię w liczbie mnogiej?

Otóż mój stary kumpel, Stefan, tak się jakoś złożyło, zostanie za chwilę wiceministrem rolnictwa i rozwoju wsi. Nieźle, co? To on zaczął tę polityczną szopkę kilka lat temu, razem z takim jednym młodym żercą, który odziedziczył sporo kasy i nie wiedział, co z nią zrobić. No to założył partię polityczną i walnął taką kampanię, że nagle w co drugim Polaku obudził się ekoświr. Zniknęły wsiowe łańcuchy, fermy futer i klatkowy chów kurczaków. Spadła produkcja mięsa i wzrósł popyt na produkty wegańskie. Powstały projekty utworzenia trzech nowych parków narodowych. Jak grzyby po deszczu wyrastały wiatraki, a budynki oklejono panelami fotowoltaicznymi.

Nieźle, co?

Nudy, co?

Pewnie, że nudy, bo o wiele ciekawsze jest to, jak pewien gnuśny chłystek, potomek napływowców ze wschodu, kozaków, którzy kupili sobie tytuł szlachecki, ale ostatecznie zajęli się handlem i dorobili majątku w postaci kilku wsi i układów w klasztorze na malowniczej jeziornej wyspie, został wodnikiem.

To kozaczenie to było na kilka pokoleń wstecz, moi rodzice nie chcieli, by kojarzono ich z brutalnym pospólstwem. Woleli podawać się za Prusaków w niełatwych czasach rozbiorów. Dziadek był pierwszym z rodu, który nauczył się pisać. Ojciec znał już trzy języki i orientował się w finansach i handlu. Ja miałem być kolejnym, jeszcze silniejszym ogniwem rosnącego w siłę rodu, który roztaczał opiekę, że tak to nazwę, nad rozległymi terenami dzisiejszej Suwalszczyzny. Mieszkaliśmy na ziemiach, które raz były polskie, raz pruskie, raz rosyjskie. Zasiedlone przez potomków Jaćwingów, żydów, staroobrzędowców, stanowiły wyjątkowy wielokulturowy tygiel, a my siedzieliśmy w samej jego kolebce.

To znaczy ja nie siedziałem, ale do tego jeszcze dojdziemy.

Wspominałem, że jestem patriotą? To skomplikowane. Mojej rodzinie chodziło tylko o to, by żyć wygodnie i dostatnio, i specjalnie się przy tym nie narobić, chyba że cudzymi rękami. Może „filozofia życiowa” do zbyt rozbuchane określenie, lepsze będzie „maksyma rodowa”. Nasza maksyma brzmiała „Dostosuj się i dorabiaj”. Patriotą w dzisiejszym rozumieniu tego słowa stałem się stosunkowo niedawno, po ostatniej wojnie, gdy ten kraj w końcu się zdecydował, by na dobre rozgościć się na mapie. W czasach mojej ludzkiej egzystencji byłem raczej bezpaństwowcem niezaangażowanym w żadne właściwe tamtym czasom powstańcze zrywy. Moja rodzina zajęła się gromadzeniem majątku w kompletnej dziczy, w miasteczku złożonym z kilku chałup na krzyż, któremu niecałe pół wieku wcześniej prawa miejskie załatwili kameduli. Brzmi znajomo? W laurce ku mojej chwale dostępnej na stronie ministerstwa można sobie poczytać, skąd pochodzę, ale tak naprawdę to nie jest istotne, bo taki szeregowy szlachciura z kupionym tytułem nie koncentrował się na szerszym obrazie, a dbał tylko o to, by zabezpieczyć swoje dobra w skomplikowanych politycznie czasach.

A przecież wspomniałem już, że moje dobra utopiły się razem z całą rodziną, a ja jako poznający dopiero swoją naturę oślizgły demon nie bardzo mogłem się o nie upomnieć. Poszliśmy na dno razem z całym majątkiem, na którym położyli łapy zakonnicy. Było, minęło, choć nie powiem, żebym nie próbował czegoś tam odzyskać. Dojdziemy do tego.

I naprawdę nie chcę odmalowywać tutaj jakiejś panoramy dziejowej, bo jestem egocentrycznym dupkiem, który uważa, że mimo całego zła, jakie wyrządził, spotkała go wielka krzywda. Zapłaciłem bardzo wysoką cenę za jedyny dobry uczynek, jakiego się dopuściłem. Nie zasłużyłem sobie na taki podły los, naprawdę, takich cwaniaków jak ja było dawniej całkiem sporo. Nie zważali na nic, szli do celu po trupach, czasem faktycznie zasłaniając się jakimś patriotyzmem czy dobrem narodowym. Zasłanianie się dobrem nieistniejącego narodu, no świetny żart.

Skupię się zatem na sobie i historii mojego krótkiego, ludzkiego życia, która rozpoczęła się trzy wieki temu w dzikiej, malowniczej scenerii otuliny jeziora Wigry.

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

 

 

 

Wieś kamedulska Czerwony Folwark

Drzewiej

 

Podobno wyślizgnąłem się z maci, gdy naprawiała sieć nad brzegiem jeziora i musiała wyłowić mnie z wody wiklinowym więcierzem. Może dlatego nauczyłem się pływać, zanim nauczyłem się chodzić. Nie pamiętałem matki, bo pomór ją położył, gdy miałem kilka lat. I tylko moja niezwykła umiejętność pływania sprawiła, że nie zasypano mnie w kurhanie razem z nią.

Nie brzmi to jak dzieciństwo cwanego szlachciury, prawda?

Bo nim nie było. Tytuł i nazwisko odzyskałem, czy może raczej ukradłem, nie wiem, jakie określenie jest w tym przypadku najodpowiedniejsze, wiele lat później.

Cmentarz znajdował się w optymalnej odległości od kilku okolicznych wsi, na wzgórzu, z którego widać było porośnięte mieszanym lasem brzegi jeziora i drewniany, solidny budynek klasztornego kościoła wraz z przyległościami, postawiony niedawno na wyspie Wingris. Mój dziad podobno pomagał usypywać groble i teraz kameduli rezydowali na półwyspie wżynającym się głęboko w jezioro.

Nigdy nie poznałem ani dziada, ani ojca. Pierwsze lata życia z matką również się zatarły, bo odkąd jej zabrakło, byłem tylko ganiany do odzyskiwania poplątanych sieci i karmiony nieregularnie czym popadło. Skupiłem się na przetrwaniu, a nie na pamiętaniu. W osadzie rybackiej nie było o czym pamiętać. Każdy dzień przypominał poprzedni, od świtu do zmierzchu należało być użytecznym, bo kto nie był użyteczny dla społeczności, ten stawał się tylko gębą do wykarmienia. A nie było za bardzo czym karmić, szczególnie w zimie. Ratowała nas tylko bliskość suto zarybionego jeziora i utrzymywanie przerębli w grubej lodowej pokrywie.

Syn właścicieli ziemskich, których kilka razy widziałem w osadzie, Zygmunt, był dobrze odkarmiony, a mimo to chorzał tak często, że matka przez cały czas obawiała się o jego życie. Państwo wyjechali z nim z folwarku, gdy miał jakieś pięć lat, i wieść się po wsi poniosła, że na stałe przenieśli się do miasta założonego całkiem niedawno przez przybyłych z dalekiego kraju kamedułów. Zakonnicy przejęli osadę rybacką i okoliczne wsie, wprowadzili w nich zwyczaje takie, jakie obowiązywały w zakonie: modlić się, nie odzywać i pracować. Ale ludzie zamieszkujący dzikie puszcze w krainie jezior modlić się nie lubili i nie umieli. Bardziej przypominali bestie skupione na przetrwaniu w trudnych warunkach. Mimo to zakonnicy cieszyli się estymą i bogacili rękami chłopów.

Ja przetrwałem kilka srogich zim, trwających tu na północy prawie pół roku. Nie wiedziałem, czym jest pora roku, rozpoznawałem ją tylko po temperaturze wody. Gdy ta chłodniała, a w końcu zamarzała, zagrzebywałem się w stogu w stodole i starałem nie pokazywać aż do roztopów. Byłem silnym i sprytnym dzieckiem. Tylko takie przeżywały. Truchła słabych i głupich zakopywano za osadą. Niewielka polana pokryta małymi pagórkami była cmentarzem, na którym wieśniacy woleli składać swoich umarłych. Nie ufali przybyłym nie wiadomo skąd zakonnikom, choć czuli przed nimi respekt i byli posłuszni ich woli. Zachowali jednak swoje obrzędy i zwyczaje, kultywując je w skrytości.

Matka nie przeżyła którejś zimy. Mojej piątej? Szóstej? Nie liczyłem. Jej ciało długo leżało w zaspie obłożonej świerkowymi gałęziami, bo ziemia tamtego roku zamarzła na niemożliwą do przekopania grudę i nie można było jej pochować. Nie wiem, czy zrobiono to wiosną na polanie za wsią, na cmentarzu na wzgórzu, wedle nowej, kościelnej modły, czy może wilcy ciało którejś nocy zawlekli do puszczy.

Po zniknięciu mojej matki, gdy mrozy zelżały, w osadzie pojawił się zakonnik w jasnym habicie przepasanym sznurem. Miał pozbawioną wyrazu twarz, ogoloną na czubku głowę i nic nie mówił. Ja też nic nie mówiłem, bo nikt mnie mówić dotychczas nie nauczył. Rozumiałem sporo, ale jako wiejska sierota nie miałem prawa głosu. Nie protestowałem, gdy mnich wsadził mnie na ciągniętą przez osła dwukółkę i odwiózł do klasztoru. Nauczyłem się już, że sprzeciw oznacza kopniaki i cięgi.

W refektarzu dostałem nowe, za duże ubranie i ciepły posiłek.

To był pierwszy ciepły posiłek, odkąd oderwałem się od matczynej piersi.

Płakałem, gdy o zmierzchu zakonnik kazał położyć mi się na sienniku w swoim eremie, a były to łzy szczęścia.

Nie wiedziałem wówczas, czym jest szczęście. Dotychczas znałem tylko głód, pracę i połajanki. Sytuacja, w której ktoś mnie przyodziewa, sadza na ławie, karmi, a potem kładzie spać, była nowa, nieznana i niepokojąca. Przez cały czas czekałem na moment, w którym zagoni się mnie do wody i każe płynąć po zaplątaną w kępie sitowia sieć.

Nic takiego się nie stało.

Pozwolono mi się wyspać, ale o świcie ocknąłem się i słyszałem, jak mój nowy opiekun szykuje się na jutrznię. Oczywiście nie miałem wtedy pojęcia, czym jest jutrznia i jak wygląda dzień zakonnika. We wsi nie mówiło się o takich sprawach, bo we wsi nikt się nie modlił. Zdarzało mi się słyszeć jakieś śpiewy, podglądać jakieś obrzędy nocy letniej, ale jako kilkulatek nic z tego wszystkiego nie rozumiałem. Ogień paliło się, by się ogrzać, nie znałem jego funkcji obrzędowej. Wiedziałem tylko, że gdy zgaśnie, będzie zimno.

Przy drewnianym ołtarzu w budynku kościoła palił się kaganek, który nigdy nie gasł.

Patrzenie na ten wieczny płomyczek było moim pierwszym kontaktem z magią.

Po porannej modlitwie zakonnik wrócił i zabrał mnie na śniadanie. Potem posadził mnie na swój wózek i przez cały dzień jeździliśmy po okolicznych osadach, w których rozmawiał z ludźmi w niezrozumiałym dla mnie języku i wymieniał się z nimi pakunkami. Wszystko ładował na dwukółkę obok mnie, a gdy zaczynało brakować miejsca, wracaliśmy do eremu. Wyjeżdżaliśmy tak trzy razy dziennie, po każdym posiłku. Wieczorem kładłem się na podłodze jak pies w jego pustelniczym domku i twardo zasypiałem. On również nie korzystał z wygód, w drewnianej chatynce znajdowała się tylko ława, klęcznik i posłanie. Rankiem przekonałem się, że takich pustelniczych domków jest na terenie klasztornym kilka.

Tak mijały nam tygodnie, potem miesiące i lata. Z każdym kolejnym wyjazdem rozumiałem i zapamiętywałem coraz więcej. Do jesieni wiedziałem już, że w eremie rezyduje czternastu braci zakonnych, z tego dwóch niezwiązanych ślubami milczenia. Od wiosny przybyły trzy nowe domki. Bracia ze sobą nie rozmawiali, a przynajmniej ja nie byłem nigdy świadkiem ich rozmów. Dwóch kolejnych braci świeckich oddelegowywano do kontroli klasztornych włości, pieców do wytapiania rudy, doglądania budowy huty szkła i stanic rybackich podobnych do tej, w której się urodziłem. Wyjeżdżali też na północno-wschodni szlak handlowy i do przygranicznych posterunków. Nie miałem pojęcia, czym są granice, państwa i włości. Miałem się tego nauczyć dopiero w kolejnych latach mieszkania wśród eremitów.

I właśnie w ciągu tych kolejnych lat zrozumiałem, że klasztor, który stał się moim domem, jest ważnym i bogatym ośrodkiem kultu i produkcji dóbr w prężnie rozwijającym się powiecie grodzieńskim, a milczący zakonnicy to także szczwani kupcy i handlarze utrzymujący dobre stosunki z Litwinami, starowierami i żydami, a także okolicznym ziemiaństwem. Tych ostatnich nie było wcale wielu, gdyż włości kamedułów rozciągały się aż po horyzont. Wsie, które kiedyś były prywatne, przeszły pod zarząd zakonników za sprawą królewskiego dekretu na długo przed moim urodzeniem.

Niektóre, tak jak folwark, w którym się urodziłem, jeszcze przez jakiś czas zachowały niezależność. Nie bardzo pamiętałem wczesne dzieciństwo, ale po latach opowiedziano mi, że wieś dołączyła do klasztornych włości zaraz po śmierci mojej matki. To właśnie wtedy zostałem zabrany do eremu. Nie miało to dla mnie większego znaczenia, bo dopiero pod opieką zakonników zacząłem godnie żyć i przestałem przymierać głodem. To oni byli moją rodziną i całkowicie oddałem się pracy dla naszego wspólnego dobra.

Złożyłem pierwsze zobowiązania jako brat świecki, gdy przechodziłem z wieku dziecięcego w męski. Mogłem mieć wówczas szesnaście, może siedemnaście lat, choć do księgi parafialnej wpisano orientacyjną datę urodzenia, według której ślubowałem w wieku lat dziewiętnastu.

Tamtego lata, w dniu moich domniemanych urodzin, przybył do klasztoru syn dawnych właścicieli Czerwonego Folwarku, słabowity Zygmunt. Nie wiedziałem, jaki jest cel jego wizyty, gdyż nie zaproszono mnie na rozmowy ze znamienitym gościem. Rodzina Zygmunta dorobiła się już wówczas w nieodległym mieście Suwałki, które przed półwieczem składało się z kilku zaledwie domów. Nie byłem w nim dotychczas, bo moje obowiązki dotyczyły głównie gospodarki rybackiej i nie oddalałem się zbytnio od wód jeziora. Czułem z tym akwenem niezwykłą więź, więc może ta historyjka o urodzeniu się wprost do niego nie była jednak wyssana z palca.

Zygmunta dojrzałem przelotnie, gdy przekraczał klasztorną furtę i udawał się na spotkanie z przeorem do refektarza. Gdy nasze spojrzenia na moment się spotkały, poczułem się dziwnie, zakręciło mi się w głowie, a serce skurczyło się lękiem. Poczułem się bowiem tak, jakbym spojrzał na własne odbicie w spokojnej tafli jeziora. Zygmunt miał wprawdzie bujną czuprynę i zakręconego wąsa, ale poza tym łączyło nas niewytłumaczalne podobieństwo.

Pomyślałem, że Zygmunt wygląda jak moje wychudzone, zniekształcone odbicie, a ktoś taki nie może przecież stanowić zagrożenia dla zgranej społeczności zakonników.

Nie doceniłem jednak Zygmunta i zapłaciłem za to bardzo wysoką cenę.

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

 

 

 

Warszawa, współcześnie

 

– Za chwilę zaczynamy, panie ministrze. Auto czeka.

– Dziękuję, zaraz schodzę.

Odkładam słuchawkę. Co to jest? Telefon? Interkom?

Sekretarkę czy też asystentkę mam piękną, młodą i kompetentną. Zbyt kompetentną, by nazywać ją sekretarką, choć przecież nie robi zbyt wiele poza pilnowaniem kalendarza spotkań, odbieraniem telefonu, czyszczeniem skrzynki mailowej ze spamu i zaparzaniem mi kawy. Nawet nie wiem, czy na ministerialnego maila przychodzi jakikolwiek spam, chyba nie, bo przecież sieć rządowa musi być zabezpieczona przed bzdurami.

Nie doceniam tej kobiety. Dziewczyny raczej, bo w dzisiejszych czasach do trzydziestki jest się jeszcze dziewczyną. W czasach mojej młodości niewiasty w tym wieku nierzadko bywały już babkami. Ale co ja tam wiem o kobietach, młodość spędziłem w zakonie, a potem…

No właśnie.

Popijam łyczek z kryształowej szklanki. Tutaj wszystko jest niepotrzebnie wystawne. Na biurku wielkości lotniska stoi srebrna taca, a na niej buteleczka Augustowianki. Sprowadzają tę wodę specjalnie dla mnie, uważając to za niegroźny przejaw ekscentryzmu. Poprosiłem, by przestali podawać mi ją w rzezanej karafce, bo to naprawdę przesada. Nie potrzebuję wygód. Mógłbym spać na gołej podłodze, lecz nikomu tego nie powiem.

Albo lepiej w wannie.

Nowy wicepremier jest nieco ekscentryczny, tak gadają za moimi plecami, no ale przecież mają rację. Tutaj trzeba bardzo uważać na to, co się komu mówi, a najlepiej za wiele nie wypowiadać na głos. Jak nie przymierzając na królewskim dworze.

Trzy wieki temu nie przypuszczałem, że zostanę członkiem dworu, czyli w tym przypadku członkiem rady ministrów.

Trzy wieki temu moją największą ambicją było przeżycie kolejnego dnia. To tak odległa przeszłość, że wydaje mi się obejrzanym filmem albo przeczytaną książką. Trzeba przyznać, że było równie dramatycznie, tylko bez efektów specjalnych, najazdów kamery i ujęć w zwolnionym tempie. Dawniej całe życie płynęło w zwolnionym tempie, a wszystko, co robiłem, było podyktowane rytmem natury, cyklem dobowym i zmianami pór roku. Dziś to nie ma już najmniejszego znaczenia. Natura została okiełznana i wyeksploatowana, noc zmieniła się w dzień i nawet na pogodę można wpływać.

Właśnie dlatego jestem tu, gdzie jestem, i robię to, co robię.

By przypomnieć ludziom, że natura nie jest im podległa. Nie jest ich służebnicą. Nie można bezkarnie jej wykorzystywać. Czuję, że wkrótce się zbuntuje, przecież już to robi. Ostatnia powódź dobitnie pokazała, ile człowiek może wobec potęgi natury.

Otóż gówno może.

Przyznaję, że choć jeździliśmy na miejsce katastrofy, przewalaliśmy w gumiakach worki z piaskiem, koordynowaliśmy konwoje z pomocą i układaliśmy plan odbudowy regionu, to gdzieś w trzewiach czułem niesamowitą satysfakcję, gdy patrzyłem na bezradność ludzi. Szkoda tylko, że zniszczenia dotknęły tych na samym dole, a decydenci otrzepali się i po kilku tygodniach wrócili do zarabiania pieniędzy i swoich zwykłych, politycznych machlojek, w których ci na dole są tylko statystycznym krzyżykiem na karcie wyborczej.

My rozegraliśmy to inaczej. Byliśmy najbliżej tragedii, a Stefan, mój serdeczny przyjaciel, który za moment również zostanie zaprzysiężony na wiceministra rolnictwa i rozwoju wsi, wielki jak tur, przewalający wory bez najmniejszego wysiłku, wyglądał w relacjach telewizyjnych imponująco.

Gdy przelała się fala i życie zaczęło wracać do normy, nasze notowania wystrzeliły w górę.

No i właśnie dzięki temu jestem tu, gdzie jestem, i zamierzam zadbać o to, by taka powódź więcej się nie przytrafiła. Nie będę eksploatować i szabrować. Mam już gotowy plan modernizacji sieci wód śródlądowych. Potrafię rozmawiać z wodą. Potrafię wyczuć jej energię, przewidzieć jej przepływ. Rozumiem ją. Te kilka cudem uratowanych domów, te niespodziewane cofki, nienaturalnie cofające się fale czy woda gwałtownie wsiąkająca w grunt – to moje działania. Nie jestem czarodziejem i nie mam cudownych mocy. Po prostu jestem jednością z żywiołem i potrafię przekonać go, by zmienił swój bieg, wskazać mu inną drogę.

No dobra, może to i cudowna moc, w końcu mam trzysta lat, a wyglądam na trzydzieści. Żeby utrzymać ten stan rzeczy, powinienem regularnie zanurzać się w wodzie, w której otrzymałem swoje znamię.

Znamię wodnika.

No ale to nie zamierzchłe czasy, dziś nie muszę już moczyć się jak ryba, wystarczy, że wprowadzę tę wodę do systemu, czyli napiję się Augustowianki.

To dość zabawne, trzeba przyznać, nawet bardzo.

Dopijam, wlewam do szklanki resztkę z butelki, łykam na jeden haust. Od razu czuję przypływ witalności.

Aha, ale to nie wystarcza. Pominąłem jeden dość znaczący rytuał, który muszę odprawić, by zachować młodość i długowieczność.

Od czasu do czasu muszę kogoś utopić.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej