Dom Saphirów - Marissa Meyer - ebook + książka
NOWOŚĆ

Dom Saphirów ebook

Marissa Meyer

0,0

63 osoby interesują się tą książką

Opis

Potomek mordercy. Rodowa posiadłość. Krwawy sekret.

Mallory Fontaine jest hochsztaplerką. Wywodzi się z rodu czarownic i udaje, że również posiada moc, choć jej jedynym prawdziwym talentem magicznym jest zdolność widzenia duchów. Ledwo wiąże koniec z końcem, co skłania ją do zaakceptowania propozycji hrabiego Armanda Saphira, gotowego zapłacić fortunę za pozbycie się ducha jego morderczego przodka.

Teraz śmierć znów nawiedza Dom Saphirów, ale Mallory jest przekonana, że zabójcą jest istota z krwi i kości. Jeśli faktycznie chce dostać wynagrodzenie od hrabiego, będzie musiała nie tylko przepędzić ducha, ale też zidentyfikować mordercę i nie zdradzić się, że tak naprawdę wcale nie jest czarownicą.

To wszystko i tak okazuje się łatwizną w porównaniu z największym wyzwaniem: Mallory musi zaufać własnemu sercu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 450

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści
OKŁADKA
SPIS TREŚCI
STRONY TYTUŁOWE
DEDYKACJA
BESTIARIUSZ
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY ROZDZIAŁ SZÓSTY ROZDZIAŁ SIÓDMY ROZDZIAŁ ÓSMY ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY ROZDZIAŁ DZIESIĄTY ROZDZIAŁ JEDENASTY ROZDZIAŁ DWUNASTY ROZDZIAŁ TRZYNASTY ROZDZIAŁ CZTERNASTY ROZDZIAŁ PIĘTNASTY ROZDZIAŁ SZESNASTY ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY ROZDZIAŁ OSIEMNASTY ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY TRZECI ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY CZWARTY ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIĄTY ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SZÓSTY ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SIÓDMY ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY ÓSMY ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DZIEWIĄTY ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY PIERWSZY ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY DRUGI ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY TRZECI ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY CZWARTY ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY PIĄTY ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY SZÓSTY ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY SIÓDMY ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY ÓSMY ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY DZIEWIĄTY PODZIĘKOWANIA

STRONA REDAKCYJNA
REKLAMA

Dla Erin Armstrong.Mam nadzieję, że lubisz historie o duchach.

BESTIARIUSZ

Od Autorki: choć poniższe potwory są inspirowane tradycyjnym francuskim folklorem, na potrzeby tej historii zostały potraktowane dość swobodnie.

Cheval Mallet

Wspaniały widmowy koń z płonącymi oczami. Jego ulubioną rozrywką jest oferowanie podwózki zmęczonym podróżnym, a następnie zrzucanie ich z klifu.

Croque-Mitaine

Dosłownie „chrupiąca rękawiczka”. Humanoidalna istota, która lubi odgryzać palce niegrzecznym dzieciom – ale tylko tym, które faktycznie na to zasługują.

Feu Follet

Mała, unosząca się w powietrzu kula światła. Śliczna, przynajmniej dopóki cię nie zauroczy i nie poprowadzi na śmierć. Chociaż nie… nawet wtedy jest nadal ładna.

Lou Carcolh

Stworzenie z ogromną ślimaczą skorupą, licznymi mackami i paszczą pełną postrzępionych, ostrych zębów. Zazwyczaj zamieszkuje ciemne jaskinie, ale w razie potrzeby nie pogardzi też szafą.

Lutin

Mały stworek, który może być pomocny lub złośliwy. Szczególnie lubi plątać ludziom włosy w kołtuny, kiedy śpią. Ale z drugiej strony – któż tego nie lubi?

Matagot

Zmiennokształtny duch zwierzęcy. Najczęściej przybiera formę czarnego kota. Może przynosić dobrobyt lub nieszczęście w zależności od tego, jak dobrze jest traktowany… albo jak bardzo jest złośliwy akurat tego dnia.

Salamandra

Podobny do jaszczurki płaz, który jest równie bezczelny, co oślizgły. Większość z nich nie robi nic specjalnego. Niektóre zioną ogniem.

Tarasque

Trochę smok, trochę wąż, a trochę krokodyl, na dodatek z lwim łbem i żółwią skorupą na grzbiecie. W tej książce tak naprawdę nie ma żadnych tarasque’ów, między innymi dlatego, że autorka uznała, iż nie potrafiłaby ich opisać tak, by czytelnicy nie pomyśleli, że wszystko zmyśliła. Ale trzeba przyznać, że – jak na potwora z folkloru – wypada całkiem nieźle.

Velue

Kolejna osobliwa hybryda, tym razem z wężową głową osadzoną na ciele przypominającym jeżozwierza, pokrytym długim, zielonym futrem i kolcami z zatrutymi końcówkami. Często obwinia się je za powodzie, pożary, nieurodzaj i właściwie każdą inną katastrofę naturalną.

Voirloup

Owłosione, śliniące się stworzenie przypominające wilkołaka, które boi się ognia i ma uczulenie na srebro. Powstaje, gdy człowiek sprzeda duszę demonowi w zamian za siedem niegodziwych rozkoszy. (Może brzmieć kusząco, ale pamiętaj o tym ślinotoku i futrze. Trzeba mieć swoją godność).

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jeśli młoda dama nie chciała zostać zamordowana, rozsądek nakazywał, by nie spędzała wieczorów na spotkaniach z nieznajomymi w ciemnych zaułkach.

Mallory świetnie zdawała sobie z tego sprawę. Była ekspertką w zakresie niezostawaniazamordowaną – była to umiejętność, którą ceniła sobie wyżej niż, powiedzmy, haftowanie poduszek na szpilki, granie gam na klawesynie czy właściwe trzymanie widelca do sałaty. Mallory doskonale wiedziała, jak trzymać widelec do sałaty, a i owszem, a mianowicie najlepiej było ściskać go w zaciśniętej pięści, gdy wbijało się ostre ząbki prosto w udo potencjalnego napastnika. Albo w oko. Albo w gardło. Ludzki organizm miał mnóstwo wrażliwych miejsc do wyboru, a Mallory nie lubiła się ograniczać.

Czekała, poprawiając uchwyt na swojej teczce z rysunkami. Usłyszała odległe rżenie konia i zgrzyt kół powozu przecznicę dalej. Nad głową przeleciała jej z piskiem kolonia nietoperzy. Choć cienie wyciągały po nią ręce, stała oświetlona tylko blaskiem jedynej ulicznej lampy oliwnej, żeby jej klienci łatwo mogli ją dostrzec.

Łatwo byłoby cię teraz zamordować, szepnął głos. W odpowiedzi Mallory podrapała się leniwie po nodze czubkiem buta, wyczuwając rękojeść sztyletu, który trzymała tam ukryty. Może i byłoby bardziej przyzwoicie, gdyby trzymała go pod spódnicą, ale jeśli ktoś ją zaatakuje, nie zamierzała marnować czasu na grzebanie w warstwach muślinu i wełny. Co niby miała zrobić? Poprosić napastnika, żeby uprzejmie poczekał, aż znajdzie broń w podwiązce?

Obok niej przeszło niespiesznie dwóch mężczyzn, stukając obcasami. Wyprostowała się, spodziewając się, że mogą to być jej przyszli klienci. Jeden był ubrany cały na czarno, a drugi miał na sobie wszystkie kolory świata. Spojrzała na nich podejrzliwie, ale tylko uchylili nieistniejących kapeluszy i zniknęli w mroku.

Zegar na rynkowej wieży wybił jedenastą. Mallory zaczęła niecierpliwie postukiwać stopą.

W końcu z cieni po drugiej stronie ulicy, przetykanych blaskiem księżyca, wyłoniły się dwie sylwetki. Mallory przyjrzała się im uważnie, gdy wkroczyły w światło latarni. Mężczyzna miał jasną skórę, był potężny i postawny, nosił stylowy kapelusz purytański i marszczony żabot. Albo pochodził z wyższych sfer, albo tylko udawał, licząc, że kiedyś będzie się do nich zaliczał.

Towarzyszyła mu drobna dziewczyna w bezkształtnym karmazynowym płaszczu, tak długim, że dolna krawędź zamiatała ulicę. Włosy miała prawie całkowicie zgolone, tak że widać było delikatny tatuaż przedstawiający łuk i strzałę nad lewym uchem.

Mallory uniosła brwi ze zdziwienia. Na jej oprowadzanie przybywało wielu dziwaków. Byli wśród nich uczeni, którzy zasypywali ją pytaniami o historię posiadłości i obecne polityczne powiązania rodu Saphirów (na szczęście Mallory była całkiem dobra w zmyślaniu, bo skąd niby miała to wiedzieć?). Byli też tacy, których fascynowało wszystko, co związane z okultyzmem – nie dlatego, że to dziwne czy zakazane, ale dlatego, że po prostu ciekawe. Niektórzy goście szukali dreszczyku emocji, żeby potem móc pijanym głosem opowiadać w tawernie, że przeżyli wizytę w Domu Saphirów. I byli też, oczywiście, romantycy. Damy, których celem było melodramatycznie zemdleć, i ich adoratorzy, zdeterminowani, by „chronić” je za pomocą zupełnie zbędnych aktów rycerskości.

Ale kapłanka Tyrra? To było coś nowego.

– Witaj, kapłanko – powiedziała Mallory. – Jesteś daleko od najbliższej świątyni.

Dziewczyna zachichotała nieśmiało.

– Jestem tylko nowicjuszką. W przyszłym tygodniu składam śluby.

– Moja siostra postanowiła poświęcić życie służbie bogom – wyjaśnił mężczyzna z nutą sarkazmu. – Nie pojmuję dlaczego.

Dziewczyna nadal się uśmiechała, ale teraz w jej rysach pojawiło się coś ostrego.

– To dlatego, że nie potrafisz pojąć, że w ogóle można poświęcić życie komukolwiek poza sobą samym.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

Mallory niechętnie przyznała sama przed sobą, że częściowo się z nim zgadza. Poświęcanie życia siedmiorgu bogom stało się ulubioną rozrywką elit od czasu upadku zasłony prawie dwie dekady temu, ale do Mallory zupełnie to nie przemawiało. O ile mogła stwierdzić, bogowie nie interesowali się sprawami ludzi bardziej teraz niż wtedy, gdy zasłona wciąż tkwiła na swoim miejscu.

– Wycieczka wyrusza stąd, prawda? – zapytał mężczyzna.

– Wycieczka po Domu Saphirów? – rzuciła. – Ta pełna tortur i rozczłonkowywania ciał? Tak, trafiliście we właściwe miejsce. Choć zazwyczaj ta wycieczka przyciąga bezbożników i wyrzutków, a wy oboje wyglądacie bardzo… przyzwoicie.

Mężczyzna drgnął lekko, jakby nie miał pewności, czy właśnie ich pochwaliła, czy obraziła.

– Musicie być Sophią i Louisem Dumas – powiedziała Mallory, przerzucając ciężką teczkę do drugiej ręki. – Co sprowadza was tu dziś wieczorem?

– Uznałem, że to mój obowiązek pokazać siostrze kawałek świata, zanim zamkną ją w świątyni i już nigdy nie wypuszczą – odparł mężczyzna.

– Kapłanki nie są więźniarkami, Louis. Będę mieć całkiem sporo okazji do podróży. Jednym z moich najważniejszych obowiązków będzie odwiedzanie miasteczek, przewodniczenie traktatom i pokojowym negocjacjom, udział w ceremonialnych polowaniach, błogosławienie broni naszych wielkich…

– Tak, tak, jakież to ekscytujące życie cię czeka – przerwał jej Louis, posyłając Mallory spojrzenie w stylu „widzisz, o co mi chodzi?”. – To nasza ostatnia noc w Morant. Pewna osobliwa wiedźma z Rue Tilance powróżyła nam i zasugerowała, żebyśmy wybrali się na tę wycieczkę, zanim wyjedziemy. Bardzo pochlebnie wypowiadała się o przewodniczce.

Mallory uśmiechnęła się lekko. Ta osobliwa wiedźma była jej starszą siostrą.

– Postaram się was nie rozczarować.

– Miała naprawdę fascynujące towary w sklepie – powiedziała Sophia, przyglądając się żelaznej bramie górującej nad ulicą. – Louis kupił autentyczną boską relikwię… jedno ze złotych piór Wyrdith*. Gwarantowano nam, że przyniesie mu szczęście w nadchodzącym roku.

– Rzadki skarb – stwierdziła Mallory z udawanym zachwytem. – Ile za nie zapłaciliście?

Louis wypiął dumnie pierś.

– Tylko dwanaście lysów.

– Prawdziwa okazja. – Dziewczyna odwróciła głowę, by nie zobaczył satysfakcji na jej twarzy.

To była bardzo dobra cena jak za płatki złota i godziny, które Anaïs spędziła na nauce, jak właściwie je nakładać na te przeklęte wronie pióra.

Spojrzała w górę, na księżyc mrugający zza chmury. Jej ostatni gość, niejaki Monsieur Badeaux, oficjalnie się spóźniał.

– Czekamy jeszcze na jednego dżentelmena, potem zaczniemy.

– Wspominała pani o bezbożnikach – powiedział Monsieur Dumas żartobliwym tonem. – Domyślam się, że ta wycieczka przyciąga sporo podejrzanych typów?

– Zdarza się – potwierdziła Mallory. – Ale przecież pan również bierze w niej udział, prawda?

Louis zmarszczył brwi.

– Co pani insynuuje?

– Tylko to, że rzadko tak naprawdę znamy czyjś charakter, niezależnie od tego, czy mówimy o kimś zupełnie obcym, czy o naszych najbliższych. Większość ludzi, wyobrażając sobie własne morderstwo, widzi napastnika i jakiś przypadkowy atak w ciemnym zaułku. Ale gdy człowiek wystarczająco długo bada różne sprawy o zabójstwo, zaczyna dostrzegać, że o wiele częściej ofiara i sprawca się znają. Czasem nawet bardzo dobrze. Zazwyczaj to mąż, ale… – Westchnęła teatralnie. – Morderstwo między rodzeństwem również nie należy do rzadkości.

Sophia zmarszczyła lekko brwi, wyraźnie zdezorientowana, jakby nie mogła zrozumieć, dlaczego Mallory mówi o czymś takim, a jej brat parsknął z oburzeniem. Zanim zdążył zacząć bronić swojego honoru i zadeklarować, że nie ma zamiaru nikogo zabijać (choć czyż nie wszyscy tak mówią?), przewodniczka wyciągnęła dłoń.

– Skoro już czekamy… opłata za wycieczkę wynosi sześć galetów od osoby, płatne z góry.

– Sześć galetów? – powtórzył Louis. – Ta wróżbitka mówiła nam…

Sophia trąciła go mocno w żebra, aby go uciszyć. Burknął coś pod nosem i wydobył zapłatę z sakiewki.

– Wspaniale – powiedziała Mallory, chowając pieniądze. – Nasz ostatni towarzysz się spóźnia, więc chyba zaczniemy bez niego.

Spojrzała na rezydencję, która czaiła się w mroku na rogu ulicy niczym skulony potwór, oświetlona jedynie bladym światłem lampy i srebrzystą poświatą rosnącego księżyca.

Łańcuchy na bramie zostawiono tylko dla zachowania pozorów. Masywne i złowieszcze, zrobione z pordzewiałego żelaza, zazwyczaj skutecznie zniechęcały ciekawskich przechodniów do wtargnięcia na opuszczoną posesję. Ale wystarczyłoby przyjrzeć się bliżej, by dostrzec, że kłódka na łańcuchach była zepsuta, i to już od dawna.

Mallory oczywiście nie miała z tym nic wspólnego. Naprawdę.

– Czy… czy to w ogóle legalne, że tu jesteśmy? – zapytała Sophia, gdy dziewczyna odwinęła brzęczący łańcuch.

– Bez obaw, prowadzę te wycieczki cały czas – odparła Mallory, udając, że to faktycznie odpowiedź na zadane pytanie.

Sophia nie drążyła tematu.

Zawiasy zajęczały, gdy Mallory popchnęła bramę i przecisnęła się przez wąskie przejście. Louis skrzywił się, kiedy pokryty porostami metal zostawił smugi na jego marynarce, ale Sophia nie zwróciła nawet uwagi na podobne ślady na własnej szacie.

Ścieżka prowadziła przez ogród prosto do posiadłości, ale Mallory szła powoli, pozwalając turystom przyjrzeć się wyschniętym fontannom, kruszejącym murom i samej rezydencji. Wąskiej, ale wysokiej, z trzema piętrami mieszkalnymi i reprezentacyjnymi oraz strychem, który kiedyś zajmowała służba. Fasada była niegdyś zrobiona z białego wapienia, lecz sadza, kurz i oplatające ją pnącza bluszczu i glicynii próbowały pochłonąć ją już od dziesięcioleci. Witrażowe okna z ołowianymi szprosami, niegdyś szczyt mody, były teraz brudne, powybijane albo jedno i drugie. Monumentalne, łukowate drzwi wejściowe z ciemnej dębiny zostały ozdobione medalionami z wizerunkami upiornych głów dzików. Bardzo stosowne powitanie dla domu o tak ponurej przeszłości, pomyślała Mallory.

– Zaczynajmy – powiedziała, ruszając tyłem po brukowanej ścieżce. – Co wiecie o Monsieur Le Bleu?

Zapadło krótkie milczenie, a potem Louis odpowiedział:

– Zabijał ludzi.

– Żony – dodała Sophia z cichym, niemal nabożnym tonem. – Zabijał swoje żony.

Przewodniczka wsunęła teczkę pod ramię i zaczęła recytować swoje kwestie.

– Naprawdę nazywał się hrabia Bastien Saphir, ale większość zna go pod pseudonimem Monsieur Le Bleu. Mówiono tak na niego, ponieważ jego włosy i broda były tak czarne, że w odpowiednim świetle wydawały się niemal niebieskie. Choć nazwisko „Saphir” pewnie też miało z tym coś wspólnego.

Zatrzymała się między dwiema zarośniętymi grządkami. Trudno było sobie wyobrazić, że kiedyś rosły tu równo przystrzyżone bukszpany i kolorowe pelargonie.

– Urodził się w wiejskiej posiadłości należącej do jego rodu, niedaleko wioski Comorre, jakieś sześćdziesiąt pięć kilometrów na północny zachód stąd. Jako jedynak był też jedynym spadkobiercą rodzinnej fortuny winiarskiej. Od pokoleń majątek Saphirów, Ruby Comorre, produkował jedno z najdroższych i najbardziej rozchwytywanych win na rynku. Wzmacniano je brandy, dzięki czemu można je było przechowywać przez lata, nawet całe dekady… i wielu znawców twierdzi, że jego smak z czasem robił się coraz bogatszy. Dzięki temu był to trunek szczególnie pożądany wśród kupców handlujących z krajami tak odległymi jak Isbren czy Gai-Yin, gdzie uznawano go za rzadki rarytas dla arystokracji. Koneserzy doceniali też, że dodatkowy alkohol szybciej uderzał do głowy.

Wspięła się po schodach prowadzących do domu.

– Ale Bastiena nudziło wiejskie życie, więc w wieku dwudziestu jeden lat kupił tę parcelę ziemi, tu, w samym sercu Morant, by wznieść tę oto rezydencję. Nie szczędził środków, o czym świadczą pozłacany zegar słoneczny na południowym tarasie i dekoracyjne medaliony zdobiące wyższe piętra. Każdy z nich to unikalne dzieło sztuki, ręcznie rzeźbione przez lokalnego artystę.

– Wybaczy pani – przerwał jej Monsieur Dumas, którego grymas z każdą chwilą się pogłębiał, odkąd Mallory zaczęła snuć swoją ponurą opowieść. – Czy zamierza pani prowadzić całą wycieczkę?

Dziewczyna spojrzała na niego.

– Taki był mój zamiar.

– Ale pani… Pani jest… – Jego zdezorientowana mina zmieniła się w niesmak. – Myślałem, że jest pani sekretarką. Albo… kimś, kto nas przywita i odbierze od nas płaszcze. Nie przewodniczką.

Mallory zacisnęła lekko zęby.

– W takim razie był pan w błędzie.

– Ale ta wycieczka dotyczy… morderstw. – Ściszył głos. – Przecież to nie przystoi damie.

Jego siostra skrzywiła się z zakłopotaniem.

Mallory zaczynała rozumieć, dlaczego Sophia chciała uciec i dołączyć do zakonu, który ślubował bogu łucznictwa i wojny. Bogu, którego nie obchodziło, czy jesteś kobietą, mężczyzną, czy czymś jeszcze innym. Jeśli Louis zamierzał rzucać podobne komentarze przez całą noc, Mallory będzie musiała cały czas się kontrolować, by nie przewracać oczami.

Nieprawda. Będzie przewracała oczami bez wahania i bez najmniejszych skrupułów. Ale wiedziała, że mogło ją to kosztować napiwek na koniec nocy, a szowinizm nie wpływał na wagę jego pieniędzy w jej sakiewce.

Westchnęła.

– Jestem największą ekspertką w Morant w zakresie historii Monsieur Le Bleu i rodu Saphirów, a obecnie także jedyną przewodniczką oprowadzającą po tej posiadłości. Jeśli jesteś zbyt wrażliwy i wolisz spędzić wieczór na grach hazardowych, nie będę cię zatrzymywać. Ale jeśli chcesz wejść do środka, radzę szybko się zdecydować, żebyśmy mogli ruszyć dalej. – Zawiesiła głos, po czym dodała: – Dodajmy, że opłata za wycieczkę jest bezzwrotna.

Monsieur Dumas rzucił siostrze pełne dezaprobaty spojrzenie, jakby obawiał się, że ta obca, zbyt pewna siebie kobieta da jej zły przykład. Mallory zaczęła się zastanawiać, ile tak naprawdę wiedział o patronie, którego jego siostra wybrała sobie za bóstwo.

– Jak już mówiłam… Kiedy dom został ukończony, Monsieur Le Bleu zaczął spędzać niemal cały swój czas tutaj, w Morant. I to właśnie tutaj zaczyna się nasza opowieść. – Chwyciła klamkę w kształcie morskiego węża i pociągnęła drzwi, które otwarły się z dramatycznym, zawodzącym jękiem. – Witamy w Domu Saphirów.

* Wyrdith jest jedną z Siedmiorga Bogów w tej historii. Autorka założyła, że są to postacie o neutralnej bądź wręcz płynnej tożsamości płciowej. Ze względu na specyfikę języka polskiego zdecydowaliśmy się na konsultację z Autorką, która nadała bogom określoną płeć dla większej naturalności, jednak z zastrzeżeniem, że płeć poszczególnych bóstw może ulec zmianie wraz z biegiem historii (przyp. tłum.).

ROZDZIAŁ DRUGI

Cienie pochłonęły ich, gdy tylko przekroczyli próg. W przedsionku unosił się ciężki zapach kurzu, pleśni i szczurzych odchodów. Mallory była do niego przyzwyczajona, ale Sophia zmarszczyła nos, a Louis wyciągnął chusteczkę, by zakryć usta.

Dziewczyna podniosła lampę stojącą na stoliku w sieni i zapaliła świecę w środku, rozświetlając hol. Od drzwi wejściowych aż do salonu ciągnął się misterny, geometryczny wzór z białych i niebieskich płytek. Mahoniowe schody prowadziły na górę, a każda balustrada została wyrzeźbiona na kształt złowrogiej, zakapturzonej postaci. Łukowate przejście naprzeciwko prowadziło gości do korytarza, którym docierało się do jadalni i sali balowej. Taki początek mógł przyprawić odwiedzających o zawrót głowy i było to całkowicie zamierzone. Ten dom nie miał sprawiać, że poczują się oni swobodnie. Mieli czuć podziw, zaszczyt i zagubienie.

Gdy przechodzili przez parter rezydencji, Mallory zapalała rozstawione gdzieniegdzie świece, objaśniając po drodze przeznaczenie poszczególnych pomieszczeń. Salon, w którym niegdyś witano gości kieliszkiem słynnego rodowego wina – kwintesencja luksusu, zwłaszcza gdy serwowano je lodowato zimne w letnich miesiącach. Ogród zimowy, w którym wciąż stały potłuczone donice – ostatnie pozostałości czegoś, co musiało przypominać bujną dżunglę zamkniętą pod szkłem. Mallory opowiedziała im, że Bastien Saphir uwielbiał pomarańcze i dlatego nalegał, by w centrum ogrodu rosło drzewko pomarańczowe, tak by miał owoce zawsze pod ręką. Wskazała również puste klatki wiszące wciąż pod sufitem, w których kiedyś zamieszkiwały złote kanarki i rozśpiewane słowiki, zapewniające rozrywkę gościom Saphira.

Przeszli przez jadalnię z boazerią na ścianach i misternymi żyrandolami, które dziś miały na sobie równie dużo pajęczyn, co kryształów. Mallory snuła swoją opowieść o wystawnych przyjęciach, eleganckich wieczorach i niekończących się ucztach, jakie Saphir wydawał dla moranckiej elity.

– Cieszył się opinią hojnego człowieka i uchodził za jednego z najbardziej szanowanych dżentelmenów. Każdy marzył, że zostanie zaproszony do jego domu. – Przewodniczka podeszła do ściany, na której wisiał zakryty czarnym aksamitem obraz. – Był też diabelnie przystojny.

Odsłoniła materiał. Blask lampy zatańczył na portrecie mężczyzny w bogato haftowanym, niebiesko-złotym płaszczu, narzuconym na pasujący do niego dublet. Obraz powstał, gdy Bastien Saphir był jakoś po dwudziestce, a jego rysy wyróżniały się niespotykaną ostrością, jakby jego wystające kości policzkowe i wyrazista szczęka wyszły spod ręki rzeźbiarza. Schludna broda i wąsy były czarne jak atrament, podobnie jak długie, ciemne włosy spięte na karku. Najbardziej uderzające okazały się jednak jego oczy – nawet w przyćmionym świetle miały alarmująco błękitny kolor, tak charakterystyczny dla całej jego rodziny.

W pomieszczeniu rozległ się nieprzystający damie odgłos, jakby ktoś wystawił język i parsknął.

Mallory spodziewała się tego, więc starała się nie skrzywić.

– Jeśli on jest diabelnie przystojny – odezwał się piskliwy, nosowy głos – to ja jestem królową Lysraux.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Jej goście nic nie słyszeli, więc jej reakcja mogłaby wprawić ich w zakłopotanie. Zasada numer jeden w kontaktach z duchami – nigdy, przenigdy nie wchodź z nimi w interakcję, gdy w pobliżu są żywi. Nie patrz. Nie reaguj.

Większość ludzi i tak uważała ją i jej siostrę za dziwaczki. Nie było sensu dodatkowo pogarszać sytuacji.

Zamiast tego Mallory rozejrzała się po sali ukradkiem.

Triphine siedziała na honorowym miejscu przy końcu stołu, z nogami na blacie, tuż obok kandelabru. Jej drobną sylwetkę spowijały koszula nocna i jasnoniebieski szal, a krawędzie ciała lekko połyskiwały. Wszystkie duchy połyskiwały – ich ciała były uwięzione gdzieś pomiędzy materią a niebytem. Triphine była piękna za życia i równie piękna po śmierci. Miała delikatne rysy twarzy księżniczki z rodu wywodzącego się z królewskiej rodziny Gai-Yin. Jej blask psuła tylko brunatnoczerwona krew pokrywająca pierś – pozostałość po mieczu, który ją przebił.

– Zawsze wyobrażałam go sobie jako pirata – powiedziała cicho Sophia dziwnie rozmarzonym głosem, nieświadoma obecności ducha. Wpatrywała się w tajemniczy uśmiech Le Bleu. – Myślałam, że będzie… bardziej szorstki. Mniej dystyngowany.

– Pirat! –Triphine prychnęła z wyższością. – Skąd ty bierzesz tych ludzi?

– To częste nieporozumienie – powiedziała Mallory. – Ród Saphirów posiadał wiele statków handlowych do eksportu swojego wina, a zatem prowadził lukratywny handel. Choć Monsieur Le Bleu rzeczywiście podróżował czasem statkiem w celach zawodowych, nie był piratem. Chodźcie, pokażę wam salę balową.

– Ach, znowu mnie ignorujesz, tak? – odezwała się Triphine, wstając i ruszając za nimi, gdy Mallory poprowadziła zwiedzających przez podwójne drzwi. – To wyjątkowo niegrzeczne, panno Fontaine. Przecież mówiłam ci, że w zeszłym tygodniu męczył mnie straszny kaszel. Czułam, jak choroba rozprzestrzenia mi się w piersi. Nawet przeleżałam kilka dni w łóżku. A ty nawet nie zapytasz, jak się teraz czuję? – Dla podkreślenia swojego niezadowolenia zakaszlała kilka razy.

Dziewczyna przyspieszyła kroku, mając nadzieję, że stukot jej butów o parkiet sali balowej zagłuszy zrzędzenie ducha. Zapaliła kilka kolejnych kinkietów, podczas gdy Sophia i Louis rozglądali się po pomieszczeniu. Znajdowały się tu podwyższenie dla muzyków i kotary, za którymi mogli przygotowywać się artyści, a także wysokie, łukowate okna i ściany wyłożone lustrami, które teraz złowieszczo odbijały w migotliwym świetle świec ich niewyraźne sylwetki. Powietrze było wilgotne, nieruchome i duszące.

Triphine otuliła się szczelniej szalem, jakby chroniła się przed wyimaginowanym chłodem. Tylko ona nie miała odbicia w lustrze.

– Wiesz, chciałam ci powiedzieć coś ważnego, Mallory. Ale skoro zamierzasz mnie ignorować, to nie powiem ani słowa. I wtedy pożałujesz!

Mallory szczerze w to wątpiła. Triphine potrafiła być użyteczna, ale przez większość czasu była raczej utrapieniem.

– Co się tam stało? – zapytał Louis, wskazując róg sali, gdzie czarne ślady przypaleń szpeciły podłogę i ściany. Część złoconej tapety odpadła, odsłaniając zwęglone drewno pod spodem.

– Kilka lat temu zakradły się tu jakieś dzieciaki – powiedziała przewodniczka. – Uznały, że będzie zabawnie, jeśli zapalą kilka świec i spróbują przywołać ducha Le Bleu z zaświatów. Zamiast tego o mało nie spaliły całego domu. Na szczęście sąsiedzi zobaczyli dym i zdążyli ugasić ogień.

Gdzieś w górze rozległo się głuche łupnięcie.

Wszyscy znieruchomieli i unieśli nerwowo spojrzenia ku sufitowi z metalowymi panelami i żyrandolami, które już od dziesięcioleci nie widziały świec.

Dziewczyna odchrząknęła.

– No cóż. Dom jest przecież nawiedzony – rzuciła z lekkim śmiechem.

– Mallory – odezwała się Triphine – to nie byłam ja.

– Pierwszą żoną Monsieur Le Bleu była księżna Triphine Maeng – wtrąciła Mallory, ignorując oburzone parsknięcie ducha. – Ceremonia zaślubin odbyła się właśnie tutaj, w tej sali. Przybyło na nią prawie trzystu gości. Ale Triphine nie była tylko jego pierwszą żoną. – Zrobiła dramatyczną pauzę. – Była też jego pierwszą ofiarą.

Sophia zadrżała. Jej brat, który akurat oglądał sobie zęby w jednym z luster, nie zareagował.

– Świetnie, ignoruj mnie dalej – rzuciła Triphine. – Ale skoro zamierzasz mówić o mnie tak, jakby mnie tu nie było, to przynajmniej wspomnij o moich kwiatach.

– Le Bleu był najlepszą partią w Morant. Ślub był prawdziwym widowiskiem – kontynuowała Mallory, otwierając swoją teczkę z rysunkami. Na pierwszej stronie widniał szkic sali balowej, w której się znajdowali, przyozdobionej misternymi kompozycjami kwiatowymi na każdej ścianie. – Dekoracje zostały dobrze udokumentowane. Kwiaciarz zatrudniony do przystrojenia domu zyskał sławę dzięki ekstrawaganckim kompozycjom z egzotycznych owoców i pachnących kwiatów, jakich większość gości nigdy wcześniej nie widziała. Przywieziono je do Morant pod specjalnymi szklanymi kopułami, by utrzymać ciepło i wilgoć ich naturalnych siedlisk.

– Były przepiękne – powiedziała rozpromieniona Triphine. – Mówili, że to było wesele stulecia.

– Czy my ci zapłaciliśmy, żebyś opowiadała o kwiatach? – mruknął Louis. – Do rzeczy.

Sophia uderzyła go w ramię.

– Czternaście miesięcy po ślubie – ciągnęła dziewczyna – Triphine urodziła Bastiena Drugiego. To było jedyne dziecko, jakie Le Bleu kiedykolwiek spłodził. Prawie natychmiast po porodzie zaczęły krążyć pogłoski, że Triphine podupadła na zdrowiu. Że poród ją wyczerpał. Że była przemęczona, słabo jadła, tygodniami nie opuszczała łóżka. Nie miała sił, by pokazać się w towarzystwie.

– Moja matka zawsze powtarzała, że mam słabe zdrowie – powiedziała Triphine. – Ale tak naprawdę czułam się całkiem nieźle już po kilku dniach odpoczynku. Tyle że Bastien nie pozwalał mi wychodzić. Wciąż mówił, że muszę jeszcze odpocząć, że muszę być silna, by dać radę wychować dziecko. – Prychnęła. – Drań i manipulator.

– Mniej niż trzy miesiące po narodzinach syna… księżna Triphine Maeng-Saphir już nie żyła. Nie wezwano żadnego lekarza, by zobaczył chorą. Nie przybył też koroner, by obejrzeć ciało. Nie odprawiono świętych rytuałów Velosa… nie było żadnych namaszczeń ani modlitw, nie przyozdobiono jej kwiatami, nie przygotowano do godnego pochówku.

Sophia aż się zatchnęła, najwyraźniej bardziej oburzona niedopełnieniem rytuałów niż samym morderstwem.

– Bastien twierdził, że sam odprawił rytuały i pochował ciało – kontynuowała przewodniczka. – Utrzymywał, że bał się, iż choroba żony może być zaraźliwa, i nie chciał narażać życia służby ani mieszkańców miasta. A że świetnie odgrywał rolę pogrążonego w żałobie wdowca, nikt nie ośmielił się zakwestionować jego słów.

– Kłamliwy łajdak – mruknęła Triphine.

Mallory powiedziała z wyraźną ironią:

– Gdyby duchy potrafiły mówić, może księżna Triphine opowiedziałaby nam, co tak naprawdę się wydarzyło. Ale skoro tak nie jest, pozostają nam jedynie spekulacje.

– Ha, ha, bardzo śmieszne.

Dziewczyna wskazała na rozległą przestrzeń sali balowej.

– Krążą pogłoski, że Triphine wciąż nawiedza te mury. Mówi się, że do dziś można ją dostrzec, jak błąka się po korytarzach w koszuli nocnej i błękitnym szalu. Podobno czasem duch nawiązuje kontakt z odwiedzającymi. – Mallory sama wyciągnęła dłoń, jakby miała klepnąć pana Dumasa w ramię, mimo że ten był po drugiej stronie sali. – I zadaje jedno pytanie. Wciąż i wciąż od nowa…

Ciężkie powietrze przeciął przeraźliwy krzyk. Sophia, blada jak ściana, wskazała coś za ich przewodniczką.

Na podłogę padł cień.

Mallory zobaczyła w lustrze jego odbicie. Mężczyzna, wysoki i szczupły, o czarnych włosach i w długim płaszczu, wyłaniał się z ciemności, nie więcej niż dwa kroki za nią.

Musnął palcami rękaw jej sukni.

Umysł zareagował natychmiast.

Intruz. Morderca. Le Bleu.

Instynktownie chwyciła napastnika za rękę, wykręciła mu ramię i z całą siłą rzuciła go na ziemię. Podłoga zadrżała, gdy wylądował z jękiem, tracąc oddech.

Mallory spojrzała w dół… i zobaczyła chłopaka.

Może i intruz. Może i morderca. Ale raczej niegroźny… i zdecydowanie nie był to duch Monsieur Le Bleu.

Trzymał się za pierś, próbując złapać oddech.

– Kim, na Velosa, jesteś?! – zawołała Mallory.

Zacharczał lekko, a potem wykrztusił z trudem:

– Eee… ekhm… Axel. Axel Badeaux. – Zakaszlał. – Przyszedłem na zwiedzanie.

ROZDZIAŁ TRZECI

Triphine zacmokała protekcjonalnie, podczas gdy Louis pomagał nowo przybyłemu wstać.

– Naprawdę, Mallory. Jak ty zamierzasz znaleźć sobie odpowiedniego męża, jeśli chodzisz po świecie, myśląc, że każdy przystojny chłopak, którego spotkasz, chce cię zabić?

Mallory posłała duchowi ostre spojrzenie. Nie zamierzała przecież przyjmować rad małżeńskich od kobiety, którą dosłownie zamordował jej mąż.

Ale Triphine uznała to spojrzenie za zwycięstwo.

– Aha! Wiedziałam, że nie dasz rady ignorować mnie przez cały wieczór.

Dziewczyna skrzyżowała ramiona na piersi i czekała, aż Axel się otrzepie. Starała się nie czuć przy tym zbytniej dumy ze swojej skuteczności w zakresie samoobrony. Lata temu studiowała książkę o starożytnych technikach walki, napisaną przez wielkiego wojownika – a raczej wojowniczkę. Jej instrukcje obejmowały wykorzystywanie własnych atutów przeciwko przeciwnikowi. Szybkość. Zwinność. Umiejętne posługiwanie się bronią. I coś, co może być kluczowe dla drobniejszej połowy ludzkiego gatunku – element zaskoczenia. Mężczyźni nie spodziewali się, że kobieta będzie walczyć.

Książka była inspiracją. Mallory i Anaïs spędzały czasami całe dni, ćwicząc poszczególne techniki na sobie. Sparingi. Zapasy. Ale to był pierwszy raz, kiedy miała okazję wykorzystać nabyte w ten sposób umiejętności przeciwko prawdziwemu napastnikowi… nawet jeśli wcale nie chciał jej zaatakować.

– Masz w zwyczaju podkradać się w ten sposób do ludzi? – warknęła, gdy Axel skończył wygładzać swój elegancki płaszcz z czarnego brokatu, zapinany na drobne srebrne guziki.

Nigdy wcześniej nie słyszała o rodzinie Badeaux, więc uznała, że przyjechał z daleka – był albo szlachcicem, albo pochodził z bogatej klasy kupieckiej. A może i jedno, i drugie.

– A ty masz w zwyczaju rzucać się na ludzi bez powodu? – odparował.

– Miałam ku temu powody. Następnym razem może rozważysz uprzedzenie nas o swojej obecności.

– Uprzedziłem – odburknął. – Zapukałem dwa razy do głównego wejścia. Musiałaś nie usłyszeć.

Zmarszczyła brwi. Tak głęboko w domu i z Triphine trajkoczącą jej do ucha było to całkiem możliwe. Ale nie chciała dawać mu satysfakcji, przyznając się do tego.

Choć nie mógł być dużo starszy od Mallory, jego postawa sugerowała porządne wychowanie, zarezerwowane dla tych, którzy uważali się za lepszych od wszystkich poza samym królem. Miał pełne wargi i jeszcze pełniejsze brwi. Za jedyne odstępstwo od nienagannego wyglądu należało uznać potargane, jedwabiste czarne włosy, spadające luźno za uszy, i zbuntowaną nitkę zwisającą z mankietu rękawa. Choć dziewczyna mogłaby przysiąc, że nigdy wcześniej go nie widziała, było w nim coś dziwnie znajomego. Coś…

– Velosie na dole – wyszeptała Triphine, wchodząc w ich grupę i stając tuż przed Axelem, wpatrzona w jego posępną twarz. – Zdajesz sobie sprawę, do kogo on jest podobny?

Mallory się cofnęła. Patrzyła to na nowo przybyłego, to na Triphine. Mogli być spokrewnieni. Tylko że…

W oczach Axela odbiło się światło. Były niebieskie jak szafiry.

To musiał być przypadek. Hrabia Bastien Saphir miał tylko jednego dziedzica, a drzewo genealogiczne całej rodziny nie było rozbudowane. Mallory znała imiona każdego potomka, każdego dalekiego kuzyna… i nigdy w życiu nie słyszała o żadnym Axelu Badeaux.

– To te oczy – oznajmiła Triphine. – Nigdy nie widziałaś takiego błękitu, prawda? Cóż, ja owszem. Raz, u mojego nic niewartego męża, i raz… – Jej głos przycichł. – U mojego syna. Czy nie sądzisz, że… – Przechyliła głowę na bok. – Zapytaj go, dobrze?

Mallory nie zamierzała tego robić. Dziedzic Domu Saphirów na pewno nie interesowałby się jej głupim oprowadzaniem. A gdyby jednak przyszedł na jedną z wycieczek, cóż… pewnie zrobiłby to tylko po to, żeby kazać ją aresztować za wtargnięcie na posesję.

Dom jęknął. Belki w podłogach zaskrzypiały, a nad ich głowami rozległy się ciężkie kroki.

Axel spojrzał w górę.

– Bardzo sprytne. Masz kogoś tam na górze? Wspólnika, który udaje ducha? – W jego lodowatych oczach zabłysło rozbawienie. – To ma być ta księżna?

Mallory uśmiechnęła się blado.

– Miałam już wielu sceptyków na tych wycieczkach, ale Dom Saphirów potrafi zmienić ich zdanie.

Sophia trąciła brata.

– Ta wiedźma mówiła, że tu straszy.

– I to nie ja – powiedziała Triphine, odwracając gwałtownie głowę. – Właśnie to chciałam ci wcześniej powiedzieć. Coś jest…

Ale Mallory nie mogła się na niej skupić, bo Axel znów zaczął mówić:

– Przepraszam za spóźnienie. Proszę, kontynuujcie. Jestem bardzo ciekawy tego ducha, który rzekomo nawiedza ten dwór.

– Nie rzekomo – odparła przewodniczka. – Widziano ją wiele razy… zresztą, och, nieważne. Zepsułeś atmosferę. – Wyciągnęła dłoń z westchnieniem. – Pobiorę teraz opłatę za wycieczkę. Nie daję zniżek, nawet jeśli ktoś się spóźnia.

– Mallory, słuchasz mnie? – powiedziała Triphine. – Tam coś jest. Na górze.

Zignorowała ducha, a Axel wręczył jej monety. W tym opuszczonym domu zawsze coś było na górze, a tym czymś były zazwyczaj zarobaczone szczury. Nawet po śmierci księżna pozostała płochliwa jak zając.

– Na czym to ja…? – Mallory zwykle uwielbiała tę część wycieczki, gdy opowiadała o duchu Triphine, obserwując, jak jej goście zbliżają się do siebie i rozglądają po ciemnych kątach każdego pomieszczenia.

Nawet Triphine się czasem przyłączała, gdy akurat była w dobrym nastroju. Co prawda nie miała ciała, ale jeśli bardzo się postarała, umiała poruszyć zwiewnymi, wystrzępionymi zasłonami przy scenie albo zadudnić po podłogach tak, że żyrandole dzwoniły, a kroki odbijały się echem w korytarzach, przechodziła też przez gości, powodując, że włosy stawały im dęba. W odpowiednim świetle księżyca dawała nawet radę się ukazać jako zamglona postać w oknach lub sunąca wzdłuż luster. Choć większość ludzi nie była w stanie usłyszeć jej słów, to zawodzenia, płaczu i lamentów nie mogło zignorować nawet ucho zwykłego śmiertelnika.

Triphine potrafiła być naprawdę zabawna, przynajmniej jeśli akurat nie jęczała na temat swojej dolegliwości tygodnia i nie narzekała, jak mało Mallory się przejmuje.

Przewodniczka potrzebowała chwili, by znów podjąć wątek.

– O ile wiemy, księżna Triphine była jedyną ofiarą, która została zamordowana właśnie w tym domu. Monsieur Le Bleu wiedział, że jeśli będzie kontynuował swoje mroczne zapędy, ludzie z Morant w końcu zaczną coś podejrzewać. Wrócił więc do swojej rodzinnej posiadłości na wsi, gdzie miał więcej prywatności. Nie brał udziału w wychowaniu swojego jedynego dziecka i spadkobiercy. Młody Bastien przechodził pod opiekę kolejnych guwernantek, a ostatecznie został wysłany do szkoły z internatem. Tymczasem jego ojciec w ciągu kolejnych trzech lat znalazł sobie… i zamordował… kolejne dwie żony.

Mallory podniosła teczkę, która wylądowała na podłodze, gdy powaliła Axela. Otrzepała ją i przewróciła stronę, pokazując gościom wykonany węglem rysunek ogromnej wiejskiej posiadłości, przerysowany z książki bibliotecznej o wielkich château w Lysraux. Uważnie przyglądała się Axelowi, gdy oglądał rysunek, ale wydawał się tylko umiarkowanie zainteresowany.

Nie, pomyślała, zdecydowanie nie należy do tej rodziny.

Po pokazaniu gościom ilustracji rezydencji odsłoniła kolejną stronę, z akwarelowym portretem młodej kobiety z prostymi, czarnymi włosami ozdobionymi perłami. Do tego rysunku nie musiała kopiować cudzej pracy. Triphine była zachwycona, gdy Mallory poprosiła ją, by faktycznie zapozowała do portretu.

– Pierwsza żona – powiedziała. – Księżna Triphine Maeng. – Odwróciła stronę i przeszła do drugiego portretu. – Druga żona, Lady Lucienne Tremblay. – Kolejny obraz. – A to trzecia, Lady Béatrice Descoteaux.

Goście wpatrywali się w portrety, które pokazywała im na kolejnych kartkach. Wszystko nabierało innego znaczenia, kiedy patrzyło się na te ilustracje. Smutne oczy Triphine. Okrągłe, rumiane policzki Lucienne. Béatrice, tak młoda, ledwie wchodząca w dorosłość. Nagle nie chodziło już tylko o opowieści o duchach. Te dziewczyny były kimś więcej niż tylko tragicznymi ofiarami Monsieur Le Bleu. To były prawdziwe osoby. Prawdziwe kobiety, których życie zostało przedwcześnie odebrane.

– Kto jest autorem tych obrazów? – zapytał Axel.

Mallory zesztywniała.

– Ja je narysowałam.

Axel zakołysał się lekko na obcasach, wyraźnie pod wrażeniem.

Przewodniczka starała się nie poczuć satysfakcji.

– To jest coś, czego nigdy nie mogłam zrozumieć – powiedziała poważnie Sophia. – Dlaczego jego kolejne żony godziły się na małżeństwo, skoro to wszystko było takie… podejrzane?

– Był sprytnym człowiekiem – odparła Mallory. – Wybierał kobiety, które uważano za… mało pożądane. Lucienne miała słabość do trunków, więc przynosiła wstyd na przyjęciach. Rodzina Béatrice znalazła się w trudnym położeniu i tak zamożny mężczyzna był dla nich bardzo dobrą partią. Kiedy przystojny, szanowany dżentelmen składał swoją propozycję, rodzinom w trudnej sytuacji łatwo przychodziło przymknąć na wszystko oko. Traktowali to jak rozwiązanie uciążliwego problemu. Znacznie prościej było wierzyć w jego kłamstwa i mieć nadzieję na szczęśliwe zakończenie niż uwierzyć, że naprawdę przyświecały mu złe intencje. – Mallory zatrzasnęła portfolio i odłożyła je na stolik, który specjalnie odkurzała na podobne okazje. – Kto chce zobaczyć miejsce pierwszego morderstwa?

Sophia zbladła, ale Louis mruknął:

– No w końcu.

Natomiast Axel odskoczył i obejrzał się przez ramię. To Triphine próbowała odgarnąć mu z twarzy pasmo włosów.

Mallory poprowadziła ich przez ukryty panel w ścianie, za którym znajdował się korytarz dla służby. W kuchni otworzyła ciężkie drewniane drzwi, odsłaniając prowadzące na dół wąskie schody. Odsunęła się na bok, by inni mogli zajrzeć w nieprzeniknioną ciemność, którą jej latarnia jedynie delikatnie rozpraszała.

– Piwnica z winami – powiedziała, wskazując schody. – Proszę, państwo przodem.

Sophia cofnęła się gwałtownie. Jej brat przełknął ślinę. Axel wyprostował się, ale nie zrobił ani kroku.

Mallory uśmiechnęła się z przekąsem.

– Tylko żartowałam.

Podniósłszy latarnię i rąbek spódnicy, zaczęła schodzić na dół.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Schody były stare i strome, biegły między surowymi kamiennymi ścianami. W chłodnym powietrzu unosiła się wilgoć. Gdy dotarli do piwnicy, Mallory zapaliła kolejny kinkiet i odsunęła się na bok, by jej goście mogli się rozejrzeć po ciasnym pomieszczeniu. Wzdłuż jednej ze ścian piętrzyły się drewniane skrzynie i beczki na wino z herbem rodu Saphirów, a przez środek ciągnął się długi stół, pokryty grubą warstwą kurzu, którą często znaczyły pazury przemykających szczurów.

Przewodniczka wciągnęła do płuc stęchłe powietrze.

– Księżna Triphine umarła w tym pomieszczeniu – powiedziała – po tym, jak jej mąż ją uśpił, przywiązał do tego oto stołu i przebił jej serce mieczem. – Zawiesiła głos, dając im chwilę na przyswojenie tych słów, po czym dodała: – Jest jeszcze coś, o czym powszechnie nie wiadomo… Odciął jej także palec.

Sophia wzdrygnęła się, a Mallory pogładziła fiolkę z solami trzeźwiącymi, które trzymała w kieszeni na wszelki wypadek.

– Palec?

– Wiem o tym, bo to ja go znalazłam… no cóż, same kości… kiedy zaczęłam oprowadzać wycieczki po tym domu. – Wskazała miejsce swojego odkrycia. – Natrafiłam na niego tam, między beczką a ścianą. Wiemy, że należał do księżnej Triphine, bo wciąż tkwiło na nim to.

Wskazała na niewielki klosz ustawiony na beczce, pod którym na czarnym aksamicie spoczywał pierścień – a przynajmniej jego imitacja: posrebrzana obrączka z kwadratowym niebieskim szkiełkiem. W słabym świetle i tak nikt nie zauważyłby różnicy. Dzisiejsi goście nie stanowili wyjątku, sądząc po ich zafascynowanych minach.

Kiedy już dobrze przyjrzeli się pierścionkowi, Mallory sięgnęła po płaskie, drewniane pudełko.

– A skoro już przy tym jesteśmy… – powiedziała pośpiesznie. – Mamy w sprzedaży przepiękne repliki, a także inne wyroby najwyższej jakości.

Otworzyła pudełko, odsłaniając rzędy towaru. Ręcznie malowane pocztówki przedstawiające Dom Saphirów, ołowiane monety z herbem rodu, haftowane przez Anaïs chusteczki z napisem „Pamiątka z Domu Saphirów” oraz pierścionki w różnych rozmiarach.

– Wykonane z najczystszego srebra i autentycznych szafirów sprowadzanych z kopalni w Dostlen.

– Kłamie – stwierdziła śpiewnie Triphine. – Gdzie ty znajdujesz takich łatwowiernych klientów?

Uśmiech Mallory nawet nie drgnął, gdy goście przyglądali się produktom.

– Świetnie nadają się na prezent – rzuciła, szturchając Louisa. – Może dla jakiejś wyjątkowej damy? A może chciałbyś wysłać pocztówkę do matki?

– Właściwie to niezły pomysł – mruknął Louis, podnosząc pierścionek, podczas gdy Sophia przyglądała się jednej z chusteczek. – Mówisz, że to prawdziwe szafiry?

– Tak prawdziwe, jak klejnoty koronne.

Spojrzała na Axela. Podczas wycieczki prawie się nie odzywał i ciężko było go przejrzeć, ale może dałby się skusić na talię kart do gry z herbem rodu Saphirów. Reklamowała je jako edycję limitowaną, sprzedawały się doskonale.

Ale gdy zobaczyła, jak Axel się jej przygląda, ta myśl natychmiast wyparowała jej z głowy.

– O co chodzi? – spytała natychmiast defensywnie.

Cofnął się, zaskoczony.

– Uraziłem cię?

– Gapisz się.

Otworzył usta, zawahał się, po czym odchrząknął.

– Chciałbym zadać kilka pytań.

Skrzywiła się lekko.

– Dobrze. Ale pobieram dodatkową opłatę. Jeden lys za pytanie. Galet, jeśli pytanie mnie zirytuje.

– Płacisz za odpowiadanie na pytania? Przecież jesteś przewodniczką.

– Wiedza jest bezcenna.

Ku jej zaskoczeniu Axel sięgnął do kieszeni i wyciągnął monetę, ale zamiast jej podać, uniósł ją tak, by zalśniła w przytłumionym świetle piwnicy.

– Szukam sióstr Fontaine. Czy jesteś jedną z nich?

Zajęło jej dłuższą chwilę, nim pytanie w pełni do niej dotarło.

– Ja… kogo?

– Anaïs i Mallory Fontaine z Morant. Córki nieżyjącej Noele Fontaine. Te, które… – Zawahał się, obracając monetę między palcami. – Te, które mają pewne praktyczne pojęcie o czarnej magii.

– Och! – powiedziała Sophia. – Fontaine, tak. To nazwisko czarownicy, którą odwiedziliśmy. Ma uroczy sklepik na Rue Tilance. – Zmarszczyła brwi, patrząc na przewodniczkę. – Nie przypominam sobie, by wspominała o siostrze.

Mallory zachichotała i natychmiast pożałowała, że zabrzmiało to tak nerwowo.

– Tak. Moja siostra Anaïs ma dar. Ale zawsze bardzo wspiera moje wycieczki.

– Z tego, co słyszałem – ciągnął Axel – ty również masz dość wyjątkowe zdolności.

– Plotki i brednie. Obawiam się, że prawda cię rozczaruje.

– Śmiem w to wątpić.

Stojący tuż obok nich Louis i Sophia znieruchomieli, wyczuwając narastające napięcie.

– Krążą pogłoski, że widzisz duchy zmarłych i potrafisz z nimi rozmawiać.

Axel nie brzmiał jak bezduszny prostak, zamierzający zniszczyć resztki jej reputacji, których kurczowo się trzymała od śmierci matki, ale Mallory nie zamierzała ryzykować.

– Nie bądź śmieszny. – Wyrwała monetę z jego palców. – Duchy same wybierają, komu się objawią i kiedy chcą być widziane. Ja po prostu spędzam dużo czasu w nawiedzonym domu. Może tobie też się poszczęści i zobaczysz jakiegoś ducha, nim ta noc dobiegnie końca. Za to przecież zapłaciłeś, prawda? – Odwróciła się od niego i rzuciła okiem na towary w dłoniach rodzeństwa Dumas. – To będzie sto lourdów za pierścionek i piętnaście za chusteczkę.

– Sto?! – zawołał Louis. – Za replikę?

– Prawdziwe szafiry – przypomniała Mallory. – I prawdziwe srebro.

Westchnął, ale sięgnął po sakiewkę i zapłacił za oba przedmioty.

– Wróćmy do sali balowej – rzuciła dziewczyna, odkładając pudełko z przedmiotami na sprzedaż. Ruszyła z powrotem po wąskich schodach. W miarę jak się wspinali, mówiła coraz głośniej. – Tam będę mogła opowiedzieć wam o Gabrielle Savoy.

Pozostali pospiesznie ruszyli za nią. Jedynie Axel, który szedł na końcu, zmarszczył podejrzliwie brwi.

– Kim jest Gabrielle Savoy? – spytała Sophia, kiedy znów zgromadzili się wokół głównego kominka w sali balowej.

– Gabrielle Savoy była czwartą żoną Monsieur Le Bleu – wyjaśniła Mallory. – Niewielu o niej słyszało, ponieważ była jedyną, która…

– Uciekła – dokończył za nią Axel.

Rzuciła mu gniewne spojrzenie. W odpowiedzi uniósł wyzywająco brew.

– Dokładnie tak – potwierdziła. – Gdy Bastien próbował zabić Gabrielle, jej, w przeciwieństwie do trzech poprzedniczek, udało się go przechytrzyć i uciec. To ona powiedziała swoim braciom, że Bastien próbował ją zamordować. Oni zaś natychmiast udali się do jego posiadłości, wyciągnęli Le Bleu do fontanny przed domem i tam odcięli mu głowę.

– I słusznie! – stwierdził Louis.

– Niektórzy twierdzą, że do dziś złowrogi śmiech Le Bleu odbija się echem po korytarzach posiadłości – powiedziała dziewczyna. – I że co roku, w rocznicę jego śmierci, fontanna, przy której go zabito, tryska krwią.

Przyjrzała się uważnie ich minom. Sophia wyglądała na przerażoną, Louis był wyraźnie zafascynowany, a Axel… no cóż, gdyby jego grymas jeszcze się pogłębił, to wylądowałby z powrotem w piwnicy.

– Ale posiadłość Saphirów jest dość daleko stąd. Nie usłyszymy tu złowieszczego śmiechu, nie ma tu też krwawych fontann. Ale to prawda, że jedno morderstwo miało miejsce właśnie w tym domu i duch Triphine Maeng często ukazuje się o… – Z oddali dobiegło bicie zegara na wieży. Mallory aż miała ochotę się uśmiechnąć. W niektóre wieczory miała perfekcyjne wyczucie czasu. – …północy.

Zręcznie nacisnęła czubkiem stopy ukryty przełącznik w desce podłogowej.

Usłyszała cichy klik zapalnika. Kłody w kominku buchnęły ogniem.

Sophia i Louis krzyknęli jednocześnie, odskakując tak gwałtownie, że o mało nie przewrócili sofy za sobą. Mallory i Axel także błyskawicznie się cofnęli, choć jej własne zaskoczenie nie było do końca szczere.

Triphine jęknęła:

– Naprawdę będziemy dziś to robić? Szczerze? Myślę, że powinnyśmy…

– Zegar wybija północ! – zawołała Mallory, patrząc znacząco na Triphine. – I to wtedy pojawia się duch księżnej!

Sięgnęła za plecy po ukryty za zasłoną sznurek. Pociągnęła go, uruchamiając tym samym mechanizm ciężarków i bloczków.

W odpowiedzi drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem, uderzając o ścianę westybulu.

– Co się dzieje? – zapytał Louis, chwytając siostrę za ramię.

Triphine westchnęła z irytacją.

– Dobrze. Ale potem musimy sobie porozmawiać. – Ze znudzoną miną przeszła między gośćmi, poruszając palcami i mrucząc: – Drrrżyjcie, drrrżyjcie, drrrżyjcie…

Goście rzeczywiście zadrżeli. Każdy z nich podskoczył pod wpływem dziwnego wrażenia, jakie wywoływało przeniknięcie ducha przez ich ciało.

Mallory sięgnęła po kolejny przełącznik i pociągnęła go w dół.

Nad ich głowami zgrzytnęły koła zębate i jęknęły deski w podłodze.

– Tam! – zawołała, wskazując na szczyt schodów, gdzie ukazała się upiorna postać.

Cieniutka koszula nocna. Niebieski, dziergany szal. Czarne włosy spływające na plecy.

I krew. Mnóstwo krwi, cieknącej z dziury w klatce piersiowej, przesiąkającej przód koszuli nocnej.

Mallory czekała.

Duch zaczął schodzić po schodach. Zatrzymał się w połowie i powiedział…

Nic.

Rzuciła Triphine mordercze spojrzenie, a ta jęknęła głośno:

– Nie mam dziś na to nastroju, Mallory.

Dziewczyna zjeżyła się i zawołała:

– To księżna! I myślę, że… chce, żebyśmy opuścili ten dom!

Triphine opadła na sofę, zaczerpnęła głęboko powietrza i powiedziała najbardziej upiornym głosem, na jaki mogła się zdobyć:

– Wynocha z mojego domu, wy plugawi turyści. – Zawahała się, po czym dodała, wskazując na Axela: – Z wyjątkiem ciebie. Ty możesz zostać. Chciałabym z tobą porozmawiać.

Mallory po raz kolejny żałowała, że Triphine nie jest materialna. Mogłaby ją wtedy kopnąć.

– Wielcy bogowie – wymamrotał Louis. – Słyszeliście to?

– Do kogo ona mówi? – zapytała przerażona Sophia. – O, zagubiona duszo, pozwól, że poprowadzę cię ku zaświatom…

Triphine jęknęła.

– No i masz. Wierzący.

Pomimo zasady, by nie rozmawiać z duchami przy innych, Mallory nie mogła powstrzymać się od przytaknięcia.

– Prawda?

Zorientowała się, że Axel ją obserwuje, i natychmiast się spięła.

– Powinniśmy wyjść. Księżna potrafi się zdenerwować, kiedy ludzie jej nie słuchają.

– Tyrrze, chroń nas – dyszała Sophia, cofając się. – Velosie, daj temu duchowi spoczynek.

Triphine zamachała ramionami w parodii przerażającego ducha, którym rzekomo miała być, ale zdecydowanie nie była. Znów przemówiła upiornym głosem, który rozbrzmiał echem po całym domu:

– Wynoście się! Zostawcie mnie w spokoju!

– Idź – powiedziała Mallory, popychając Sophię. – Idź! Zanim się bardziej wścieknie!

Rodzeństwo skuliło się przy drzwiach, a na ich twarzach malowało się przerażenie.

A potem niespodziewanie pojawił się na nich spokój.

Spojrzeli na siebie.

– Widziałem już wystarczająco – powiedział Louis. – A ty?

– Aż nadto – zgodziła się Sophia.

Mallory zmarszczyła brwi.

– Dlaczego nie uciekacie?

– Po pierwsze – powiedziała kobieta – dlatego, że to nie jest księżna.

Przewodniczka zaśmiała się nerwowo i wskazała na ducha – tego udawanego.

– Oczywiście, że to księżna. Triphine Maeng była…

– Z krwi i kości – dopowiedział Louis obojętnym tonem, przypatrując się postaci na szczycie schodów. – A to wygląda raczej na manekin krawiecki przebrany za księżną. – Zmierzył postać wzrokiem od stóp do głów, przechylając głowę. – Niezły kostium. Bardzo dopracowane szczegóły z epoki. Jak zrobiłyście kominek? I drzwi? To ten sam rodzaj sztuczek, których ty i twoja siostra używacie podczas waszych tak zwanych seansów?

Mallory sapnęła z udawanym oburzeniem.

– Jak śmiecie sugerować takie nieuczciwe praktyki? – Wyprostowała się, przynajmniej na tyle, na ile pozwalał jej wzrost. – Dobrze. Zostańcie tu i dajcie się zamordować mściwemu duchowi. Ja nie zamierzam…

Louis chwycił ją za nadgarstek, unieruchamiając ją.

– Nie, panno Fontaine, nigdzie pani nie pójdzie.

Mallory nadepnęła mu na stopę. Mężczyzna zawył i się cofnął, a ona zacisnęła pięść, gotowa walnąć go w nos, jeśli jeszcze raz spróbuje ją złapać, ale nagle dwie ręce złapały ją za łokcie i wykręciły jej ramiona w tył.

Dziewczyna krzyknęła, gdy Sophia zatrzasnęła na jej nadgarstkach żelazne kajdanki.

Axel przyglądał się tej scenie z przerażeniem. Cofnął się i uderzył plecami o ścianę.

– Coś mi mówi – syknęła Mallory – że wcale nie jesteś nowicjuszką Tyrra.

– Inspektor Sophia Blaise – przedstawiła się kobieta. – A to mój partner, inspektor Louis Garneau. Tropimy ciebie i twoją siostrę od miesięcy. Otrzymaliśmy niezliczone zgłoszenia o oszustwach. Prowadzenie fałszywych seansów spirytystycznych, fałszywe wróżby… nie wspominając już o sprzedaży podrabianych klejnotów, mikstur i tak zwanych boskich relikwii.

Inspektor Garneau pokuśtykał w stronę manekina z twarzą czerwoną ze złości i zerwał z niego perukę księżnej.

– Powiedziałbym, że to jest dowód sam w sobie. Ty i twoja siostra jesteście oszustkami.

– A na co dokładnie miałby to być dowód? – zapytała Mallory. – Tylko na to, że zapłaciliście za rozrywkowe zwiedzanie Domu Saphirów i właśnie to dostaliście. Jakie prawo złamałam?

– Ty? Może żadne. Ale twoja siostra sprzedała nam pióro, które, jak twierdziła, spadło ze skrzydła boga.

Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo.

– To udowodnijcie, że nie spadło.

Louis spojrzał na nią gniewnie.

– Może i nie mogę tego udowodnić, ale wystarczy krótka wizyta u jubilera, bym jutro mógł dowieść z całą pewnością, że ten pierścionek jest fałszywy. – Podniósł dłoń, której mały palec zdobił pierścień z podrabianym szafirem.

Mallory zadarła podbródek.

– Wygląda na to, że nie macie dziś podstaw do tego, by mnie aresztować.

– Czyżby? – rzuciła Sophia. – A co z wtargnięciem na teren prywatny, należący do majątku rodu Saphirów? Nie masz licencji na organizowanie tu wycieczek.

– Nie martw się tak – powiedział Louis, gdy jego partnerka ciągnęła Mallory w stronę drzwi. – Jutro przyprowadzimy twoją siostrę, więc nie będziesz długo siedzieć sama.

– Czekajcie.

Sophia się zatrzymała.

Axel patrzył na całą tę scenę z niepokojem, wpatrując się w Mallory.

– Ty naprawdę potrafisz rozmawiać z duchami. Prawda?

Dziewczyna poczuła, jak nerw zadrgał jej na skroni.

– Trochę to nieistotne w tej chwili, nie sądzisz?

– Jeśli księżna jest tu teraz obecna, zapytaj ją, co trzymała, pozując do ostatniego portretu, jaki kiedykolwiek namalowano.

– Co?

– Po prostu ją zapytaj.

Spojrzała na Triphine, która stała pośrodku pokoju. Była zaskakująco milcząca, choć jak zwykle zupełnie niepomocna, podczas gdy Mallory właśnie została aresztowana.

Louis prychnął i chwycił dziewczynę za łokieć, by pociągnąć ją za sobą.

– To absurd.

– Triphine? – rzuciła Mallory.

– Och… eee… Ostatni portret. Racja. To było… – Wstrzymała oddech, oczy jej się zaszkliły. – Mojego syna. Trzymałam mojego nowo narodzonego syna.

Mallory wbiła obcasy w dywan, zatrzymując inspektora w pół kroku.

– Syna? Nigdy nie widziałam tego portretu.

Triphine wzruszyła ramionami.

– Przedstawiał naszą trójkę i powstał ledwie tydzień po jego narodzinach. Tuż przed tym, jak Bastien zaczął rozpuszczać plotki, że po porodzie nie zdołałam już wstać z łóżka. Pewnie nie był zbyt często wystawiany po tym, jak jego zbrodnie wyszły na jaw.

– Trzymała syna. To prawda – wyszeptał Axel. – Bogowie… ona naprawdę tu jest. – Wysunął się do przodu. – Inspektorzy, nie mogę się wypowiadać na temat innych zarzutów wobec panny Fontaine… ale nie możecie jej dziś aresztować za wtargnięcie na tę posesję.

Uścisk Louisa na ramieniu Mallory się zacieśnił.

– A czemu niby nie?

– Bo jestem hrabią Armandem Saphirem. I udzielam jej zgody na przebywanie w tym miejscu.

The House Saphir

Copyright © 2025 by Marissa Meyer

Copyright © 2025 by Rampion Books, Inc.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Copyright © for the translation by Ewelina Zarembska 2026

Redakcja – Katarzyna Myszkorowska

Korekta – Julia Młodzińska, Aneta Wieczorek

Projekt typograficzny i skład – Kasia Kotynia

Przygorowanie wersji elektronicznej – Kasia Kotynia

Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Jacket illustrations © 2025 by Andrew Davis

Jacket design by Rich Deas and Beste Doğan

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana

elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN mobi: 9788384064283

ISBN epub: 9788384064290

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści

OKŁADKA

SPIS TREŚCI

STRONY TYTUŁOWE

DEDYKACJA

BESTIARIUSZ

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

STRONA REDAKCYJNA

REKLAMA

Punkty orientacyjne

Spis treści