Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy na zmiany jest już za późno?
Czasem wystarczy jeden impuls, jedna decyzja, by znów poczuć, że ma się prawo do szczęścia. Na własnych zasadach.
Elka ma czterdzieści lat i życie podporządkowane innym. Swoje marzenia dawno odłożyła na później, a każdy dzień wygląda identycznie. Do momentu, w którym coś w niej pęka.
Poruszająca, pełna humoru historia o kobiecie, która w końcu odważa się zawalczyć o siebie i odkrywa, że na nowy początek zawsze jest właściwy moment.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 328
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jeszcze niepowiedziałamostatniego słowa
Mona Andris
Jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa
Text © Mona Andris, 2026
BOOKEA POLAND sp. z o.o.
Romana Dmowskiego 3/9
50-203 Wrocław
www.lavapublishing.pl
ISBN 978-83-975478-9-6
Rodzicom, dziękując za wsparcieKobietom, bo przecież każda z nas zasługuje na szczęście.
Pewnego razu, siedząc na ławce w parku, pomyślałam sobie: „Czemu nie ja?”. Sławna, niesławna… Nieistotne… Przecież i mnie się coś należało od życia! W końcu! W końcu, do jasnej cholery, coś należało mi się od tego mojego życia! Miałam zamiar powtarzać tę myśl do skutku. W każdym razie dość długo, bo stwierdzenie, choć wypowiadane przeze mnie mocno i donośnie w mojej głowie, nadal w ogóle do mnie nie docierało.
Podobno żeby w coś uwierzyć, trzeba to sobie po prostu wmawiać. To ponoć jeden ze sposobów przyswojenia sobie czegoś, co do czego ma się uporczywe wątpliwości. A ja nie byłam przekonana, że zasługuję na dar szczęścia. Dlatego postanowiłam powtarzać to jak mantrę – do skutku albo do usranej śmierci. Co szybsze, chyba…
Siedząc na wspomnianej ławce, przypomniałam sobie o swoich życiowych celach, które wyznaczyłam już jakiś czas temu. Po pierwsze – rodzina. Dzieci, najlepiej dwójka, oraz kochający i pomocny mąż. Człowiek, który miał być dla mnie oparciem i wsparciem, przyjacielem i powiernikiem, romantykiem i nieziemskim kochankiem. Po drugie – dom. Piękny, piętrowy i nowoczesny, którego ciepło domowego ogniska ogrzewałoby przechodzących ulicą nieznajomych. Po trzecie – pies, może dwa. Biegałyby po pięknym, zielonym ogrodzie, a ja z mężem pilibyśmy wtedy poranną kawę na tarasie, siedząc na brązowych fotelach z rattanu. Po czwarte – praca. Obydwoje z mężem spełnialibyśmy się zawodowo. Wyzwania, projekty, służbowe podróże – to wszystko przynosiłoby nam wiele satysfakcji. Wspólnie stworzylibyśmy coś wyjątkowego.
Widziałam ten piękny obrazek oczami wyobraźni, rozpływając się nad jego cudownością. To wszystko wydawało się tak realne i możliwe do spełnienia. Choć skłamałabym, gdybym powiedziała, że kompletnie nie zrealizowałam postawionych sobie celów.
No, ale od początku… Albo od pewnego czasu, który w tym przypadku można by uznać niewątpliwie za początek.
Elka. To moje imię. Dla niektórych Elunia, dla innych Elżunia. Obydwu tych form szczerze nie znosiłam. Elka, po prostu. Wystarczyło w zupełności. Nie trzeba było nic zdrabniać. Nic nadzwyczajnego w tym imieniu się raczej nie kryło. A w jego właścicielce, czyli we mnie?
Czasami – może nawet częściej niż czasami – niektórzy uważali, że i owszem. Tym wybranym udało się bowiem odkryć to, co nieodkryte i zdobyć to, co niezdobyte. Było to wprawdzie jakiś czas temu, ale tych odkrywców było całkiem sporo… Jak na moje oko, zupełnie wystarczająco… Przeanalizujmy to. Może nie jakoś szczegółowo, choć w niektórych przypadkach to właśnie szczegóły odgrywały decydującą rolę. Sprawy damsko-męskie były cały czas niepojętą dla mnie kategorią, która kryła w sobie wiele zagadek. Mężczyźni są tak różni, a ich potrzeby kształtowane przez otaczający świat tak różnorodne, że czasami bardzo ciężko odgadnąć drzemiące w nich pragnienia. Tak, nie powiem, też mnie to zaskoczyło. A wydawałoby się, że ten gatunek to zupełnie prosta konstrukcja. Nic bardziej mylnego. Tezę, którą postawiłam, oparłam na doświadczeniach przeprowadzonych na wspomnianych przeze mnie odkrywcach.
Aleksander na przykład – mega przystojniak, prawie Anglik, mieszkał tam i pracował w końcu już piąty rok. Praca jak praca – opiekun osób starszych, ale nie narzekał. Ja zresztą też nie. Na Aleksandra. Te jego mocno umięśnione ramiona… O mój Boże! W zasadzie mięśnie to on miał wszędzie. Mocne i silne jak skała! W razie potrzeby oczywiście. Uff… Jak ja to sobie wszystko przypominałam… Bosz… Żar w środku zimy i w środku mnie całej. Aleksander miał manię noszenia obcisłych ubrań. Nie tylko spodni, ale i koszulek, bluz, a nawet kurtek. Uwydatniały wszystko, co możliwe było do uwydatnienia. Z wszelkimi szczegółami, a nawet najdrobniejszymi szczególikami. Mogłam wtedy patrzeć na niego godzinami.
Niestety, spojrzenia tu i ówdzie w jego stronę kierowały też wszystkie panny, które nas mijały. No, ale z tym to już musiałam się pogodzić. I tak byłam przecież górą, bo to, co one mogły sobie jedynie wyobrażać, ja widziałam całkowicie na żywo. A było co oglądać!
Popsuło się między nami ze względu na odległość, jaka nas dzieliła. Nie byłam stworzona do wirtualnych związków. On, jak się okazało, zresztą też nie. Pierwszy zaczął się wycofywać. Poinformował mnie, że obok niego zamieszkała jakaś Amerykanka. Stała się jego dobrą znajomą, a później przyjaciółką. W momencie, kiedy odebrała ode mnie rozmowę wideo, leżąc nago w jego łóżku, już wiedziałam, że stała się dla niego jednak kimś więcej.
Dariusz z kolei – informatyk z sąsiedniego akademika. Ileż on się z nami nagrał w tysiąca. Przychodził do mnie i do moich koleżanek dzień w dzień. Siedział i siedział, czasami prawie do rana, i grał… Grał i grał. Ja i moje dwie współlokatorki już padałyśmy znudzone, a on nadal grał. Wszystkie myślałyśmy, że on tak kochał tego tysiąca, a dopiero później wyszło na jaw, że owszem, kochał, ale mnie. Był bardzo nieśmiały i czasami mu ta nieśmiałość niewątpliwie w życiu dość mocno przeszkadzała. Ogólny zarys postaci: wysoki i w miarę przystojny. Dobry chłopak. Tak bym go określiła. Jeśli chodzi o jego sposób ubierania się, był zupełnym przeciwieństwem Aleksandra. Nosił bowiem bardzo luźne ciuchy. Taki miał styl i, szczerze mówiąc, nawet mu to pasowało. Wyglądał mega cute w koszuli w kratę, jeansach i okularach z czarnymi oprawkami. Typowy informatyk. Z zamiłowania i pasji. Gdybym wtedy wiedziała o jego zamiarach, których nigdy nie wcielił w życie…
No właśnie! Widziałam go ostatnio nawet w telewizji. Wypowiadał się na temat sukcesu swoich studentów w jakimś zagranicznym konkursie. Miło, że nadal robił to, co bardzo lubił. Miło, że wciąż nosił koszulę w kratę i nadal wyglądał w niej mega cute. Chociaż to ostatnie to chyba mniej miłe, przynajmniej dla mnie. Dla jego żony, blondwłosej piękności, i ich niespełna rocznych, uroczych bliźniaków to z pewnością było mega słodkie. Widziałam ich wszystkich w tym programie właśnie. Urocza rodzinka. Totalnie jak z obrazka.
Jakub – ten to był dopiero ananas! Imprezował, ile się dało. Nieważne, poniedziałek, piątek czy sobota – jego zawsze można było spotkać w klubie. Co prawda był blondynem, a ja od zawsze wolałam szatynów, ale miał w sobie to coś. To mogę z całą pewnością stwierdzić. I nie ja jedna, zresztą. Rozkochał w sobie połowę moich koleżanek, albo i wszystkie, bo druga połowa miała już facetów, więc przyznać się do tego, nawet cichaczem, nie mogła. Jego styl bycia i życia wzięły jednak górę i chociaż byłam znana na całym roku, szczególnie wśród zazdrosnych studentek i może jednego zazdrosnego studenta, jako dziewczyna „tego blondyna”, sama zrezygnowałam z pełnienia tej zaszczytnej funkcji dosyć szybko. Zupełnie nie tego oczekiwałam od życia i związku na dłuższą metę, ale wtedy, przez krótki czas, odpowiadało mi to w stu, a nawet w dwustu procentach. Jakub, pomimo wszelkich swoich wad związanych z rozwiązłym trybem życia, wyróżniał się wśród pozostałych moich adoratorów tym, że fantastycznie całował. Potrafił to robić wręcz perfekcyjnie! Nasze języki zawsze idealnie się zgrywały. Tańczyły wspólnie, jakby wirowały na jakimś wietrze, połączone niewidzialną i nierozerwalną nicią namiętności. Takiego doznania nie miałam nigdy wcześniej ani później. Niestety. To było po prostu niesamowite!
Ismet – ewenement na skalę światową. W pokoju miał rozpisane godziny i minuty, kiedy powinny odbywać się modlitwy. Związane to było chyba z księżycem czy słońcem, czy czymś takim. Gdy zbliżała się odpowiednia godzina, brał solidną kąpiel i wspólnie z kolegami zamykali się w sąsiednim pokoju. Rozkładali tam dywany i odprawiali modły. Ja zostawałam w łóżku, w pokoju obok. Potrzebowałam chwili odpoczynku, bo Ismet był w swoim okazywaniu miłości wyjątkowo szczodry, żeby nie powiedzieć nachalny. Miał niespożytą siłę i energię. Nie mogłam, a może nawet nie chciałam mu się sprzeciwiać. I wcale nie był taki święty, a w zasadzie to w ogóle nie był. Raczej zaklasyfikowałabym go jako „niegrzecznego w bardzo wyjątkowym stylu”. Bardzo mu się podobałam, co wyraźnie zdradzało jego ciało, a zwłaszcza jego przyrodzenie. Potrafiło dość znacząco się unieść, a nawet wybuchnąć w najmniej oczekiwanym momencie. Nie musiałam w tym celu nawet mocno się starać. Spośród wszystkich adoratorów chyba właśnie Ismet okazywał radość na mój widok w sposób najbardziej spektakularny. Czy było to dla niego krępujące? Nie zauważyłam – w ogóle się tym nie przejmował. Cóż, różnice kulturowe. Tylko czy dla mnie miało to jeszcze cokolwiek wspólnego z kulturą?
W niedalekiej przyszłości Ismet miał przedstawić mnie swojej rodzinie. Miał też w planach posiadanie ze mną dzieci, a właściwie wspominał o jednym – córce, która dałaby nam radość i wielkie szczęście. Ismet miał również w planach nie posiadać ze mną psa. I tu przegiął! Co z tego, że piękny był jak z obrazka i niegrzeczny w tym swoim „bardzo wyjątkowym stylu”? Nie lubił psów i to go skreślało z mojej listy na zawsze. Te futrzaste czworonogi od niepamiętnych czasów odgrywały w moim życiu naprawdę istotną rolę. Wychowywałam się na różnych etapach dzieciństwa i młodości z jednym lub dwoma uroczymi psiurami. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym poświęcić psią miłość i zaufanie wpatrzonego we mnie sierściucha dla takiego Ismeta. Pomimo wszelkich jego zalet, nawet tych, które czasami potrafiły zamienić się w wady.
I tu wreszcie sedno sprawy. Bo spośród wszystkich moich wielbicieli wybrałam jego: Tadeusza. Księcia na białym koniu… leżącego wiecznie na kanapie i drapiącego się od czasu do czasu po swoim dużym pępku, z którego każdego wieczoru wyjmował jakiś pęk moheru albo niezidentyfikowany kołtun. Fuj! Skąd mu się to tam w ogóle brało?
Tadeusz był osobistym trenerem lub, jak kto woli, trenerem personalnym. Jednak słowo „był” miało tu znaczenie kluczowe, bo od pewnego czasu owego trenera nie przypominał wcale. Kiedyś wysoki, ciemny blondyn – prawie szatyn, prawie mój gust. Wysportowany i zadbany. Ubierał się na sportowo, ale gdy zachodziła potrzeba, potrafił włożyć garnitur. Szczególnie dobrze wyglądał w granacie. Jakiś czas temu uległ jednak lekkiej – to w sumie mało powiedziane, ale niech będzie – … nie, nie kontuzji, lecz metamorfozie. W złym kierunku. Od tamtej pory opis jego postaci brzmiał mniej więcej tak: mężczyzna lekko wyłysiały, choć to było jego zdanie, według mnie był po prostu prawie łysy, z lekkim lub może nieco cięższym brzuchem. Jego zasięg raczej nie zmienił wysokości, czyli wzrostu, choć czasami wydawało mi się, że jednak trochę zmalał. Królującym stylem był nadal sportowy, ale tym razem szedł w kierunku wytartych dresów i bardzo często dziurawych podkoszulków, nie mówiąc już o majtkach, w których niejedną – małą lub większą – dziurkę również można było dostrzec. Garniturów nie nosił w ogóle. Nie pałał do nich najmniejszą sympatią – i nie założyłby ich, choćby nie wiem co. Ot, takie zmiany. Dla jednych nieistotne, dla innych bardzo znaczące.
A wracając do zawodu trenera personalnego… Zrezygnował z niego właściwie zaraz, jak tylko zaczął pracować. Obraził się bowiem na szefa, że ten kupił sobie jego wymarzone auto – to, na które nigdy nie będzie go stać. Nie mógł pogodzić się z faktem, że codziennie musi patrzeć na piękne czerwone lambo, stojące zaraz pod oknem sali, w której prowadził treningi. Przerósł go, kurwa, samochód! Warto tutaj podkreślić fakt, że ci którzy zostali w zawodzie, w sensie jego koledzy, z czasem pootwierali swoje biznesy i jeździli takimi samymi lambo właśnie, tylko w innych kolorach. Nożeż ty… Tadeusz!
Tadzio to, zdaniem mojej teściowej, niezwykle uczuciowy człowiek, którego wrażliwość widać było na każdym kroku. I właśnie dzięki owej wrażliwości nadal mieszkaliśmy z dwójką dzieci, psem, kotem, papugą i rybkami w czterdziestodwumetrowym mieszkaniu – z balkonem, co prawda – ale w starym budownictwie…
– Jak wy macie tutaj pięknie! Balkon z widokiem na park! Cudnie, po prostu! Ja to o siedzeniu na balkonie mogę tylko pomarzyć – zwykle mówiła mamusia mojego Tadeusza, kiedy wchodziła do naszego mieszkania. W zasadzie było wiadomo, że wypowie te słowa, jak tylko otwierałam drzwi. Zimą jeszcze jej się czasami zapominało, ale latem… Nie było takiej opcji. Nie mogła chyba sama wyjść z zachwytu, jak świetnie poradził sobie w życiu jej ukochany synek. Jakim okazał się przedsiębiorczym i zaradnym życiowo mężczyzną. Miał w końcu przecież balkon!
– Mamo, zapraszam do środka. Zapraszam też na ten nasz wyjątkowy balkon, żebyś zobaczyła, że kiedy stoi tam suszarka, a stoi prawie zawsze, bo zwykle ma się dużo prania przy dwójce dorastających dzieci i Tadeuszu, to nie ma nawet jak wygodnie usiąść na tym jednym, jedynym krześle z plastiku, które próbuje tam stać. Ale chodź, usiądź sobie wygodnie. Popatrz na zielony park. Uważaj tylko, żeby nie wylała ci się kawa. Stolik jest trochę przechylony, bo również się nie mieści – odpowiadałam zwykle najbardziej miło, jak tylko mogłam w tej sytuacji.
– Dobrze, Elżuniu, już idę. Położę tylko torebkę.
Dlaczego ja zawsze wyczuwałam sarkazm płynący z jej ust?
Alicja – moja teściowa. Odkąd została w życiu sama, widziała tylko swojego synusia. Wszyscy inni, łącznie z wnukami, nie mówiąc już o mnie, mogliby w ogóle dla niej nie istnieć. Rok temu zostawił ją ojczym Tadeusza. Ten drugi, bo pierwszy odszedł od niej kilka lat wcześniej. Z ojcem syna z kolei pożegnała się jakieś trzydzieści lat temu. To znaczy, on się pożegnał z nią w liście, który zostawił na stole w kuchni. Napisał, że wreszcie chce zacząć prawdziwe życie. I ślad po nim zaginął. Wyruszył szukać prawdziwego szczęścia i miłości.
Gdyby ktoś powiedział, że po takich doświadczeniach można się załamać lub wpaść w depresję na przykład… to tak, jak najbardziej. Ale nie w tym przypadku. Nie w przypadku Alicji. Stanowisko mojej teściowej wobec tych spraw było zawsze takie, że to ona pogoniła wszystkich tych niedojrzałych facetów, jacy napatoczyli się jej po drodze. Chyba w takim razie powinna pomieszkać trochę z dorosłym już Tadeuszkiem. Mogłaby zapewne odkryć kolejnego niedojrzałego faceta na swojej drodze… Tyle tylko, że jego z pewnością by nie pogoniła. I zapewne nie pozwoliłaby pogonić go również mnie.
Alicja nigdy nie dała nikomu skrzywdzić swojego wyniosłego ego. To ona zawsze musiała rozdawać karty. Nawet w zupełnie nowym i obcym towarzystwie. Nawet w zupełnie nienależącym do niej mieszkaniu. Zdarzało się jej i to w zasadzie nie aż tak rzadko.
Moja teściowa była osobą, która znała najlepszych fryzjerów, kosmetyczki, masażystów i trenerów personalnych w mieście. Tak naprawdę trenera miała domowego – z wielkimi torbami przewieszonymi przez ramię przyjeżdżał do jej mieszkania trzy razy w tygodniu, a gdy zaczynali kolejną serię zajęć, potrafił być u niej nawet codziennie. Taszczył biedak na swoim ramieniu to stepy do ćwiczeń, to platformy do balansowania i duże piłki gimnastyczne, a nawet hula-hoop, wchodząc na czwarte piętro w kamienicy, w której, tak się akurat złożyło, wybudowali bardzo wysokie i bardzo niewygodne schody. Wszystkie sprzęty do treningu musiały występować podwójnie. Alicja bowiem nie lubiła ćwiczyć sama, a trener musiał sprostać temu zadaniu. Twierdziła, że musi korzystać z jego usług, bo dbanie o siebie jest wpisane w jej naturę. Dodatkowo musi wzmocnić swoje ciało, bo jest delikatna i nawet najmniejszy ból w najmniejszym palcu u ręki czy nogi odczuwała dużo mocniej niż zwykły śmiertelnik. Bo to, choć czasami było uciążliwe, czyniło ją niezwykłą. Taka była jej życiowa filozofia. Jedna z wielu zresztą. Oczywiście o wszelkich silnych i tych bardzo silnych bólach zaraz informowała Tadeusza, a ten starał się ją pocieszać na wszystkie znane mu sposoby i wymyślać przeróżne rozluźniające ćwiczenia. Przecież i on pracował jako trener personalny. Przez chwilę.
Pewnego razu miała miejsce bardzo poważna sytuacja, zagrażająca nawet jej życiu, jak sama podkreślała. Cukier. Tamtego wieczoru wzrósł znacznie. Zaczęło się od suchości w ustach, którą odczuwała, i bardzo dużego zmęczenia. Stan mojej teściowej był taki, że nie mogła, a w zasadzie nie czuła się na siłach zostać sama w domu. Podobno młody kurier, przynoszący jej kolejne zamówione perfumy do już i tak obszernej kolekcji, sam, z własnej nieprzymuszonej woli, zaoferował jej pomoc. Był tam także trener personalny, który specjalnie dla niej został po treningu i nawet odwołał kolejną klientkę. Zastanawiałam się, co tak właściwie wydarzyło się podczas tych ćwiczeń tamtego dnia, skoro zaraz po nich pojawił się zupełnie znienacka tak wysoki poziom cukru? Jakich partii ciała ten trening właściwie dotyczył? A może to Alicja dobudowała sobie zupełnie wymyśloną historię, z bardzo młodym trenerem w roli głównej, co z pewnością mogło nieoczekiwanie wpłynąć na poziom cukru w jej organizmie.
W każdym razie ona leżała, a oni siedzieli przy jej łóżku i ponoć z przejęciem gładzili jej obie ręce, podając przy tym na zmianę szklankę wody. Całkiem możliwe, że młody kurier czekał na solidny napiwek, który zawsze od niej dostawał, a jeszcze młodszy trener, który dopiero zaczął działać w branży, po prostu obawiał się utraty tak dobrej i nieco naiwnej klientki. A jej to całe gładzenie z pewnością bardzo odpowiadało. Trenera kiedyś poznałam – faktycznie niezłe ciacho! Dwudziestokilkuletni brunet z mocno umięśnionym ciałem, które eksponował tamtego letniego dnia w szortach i bardzo skąpej koszulce na ramiona, na długo zapadł mi w pamięć. Sam cukier – rzeczywiście, potwierdzam. Może nie było się co dziwić Alicji. Kuriera zobaczyć nie było mi jeszcze dane…
Rzecz jasna, Tadeusz jak tylko dowiedział się o całej tej sytuacji – oczywiście mamusia nie omieszkała do niego zadzwonić, uwalniając na chwilę gładzone przez panów dłonie – czym prędzej pojechał zmienić kuriera i trenera. Siedział przy łóżku, przykładając chłodne kompresy na czoło, dopóki szanowna mateczka nie poczuła się lepiej. Kiedy wrócił do domu, w ogóle nie mógł sobie znaleźć miejsca. Prawie nie zmrużył oczu tamtej nocy. Jak tylko zrobiło się rano, chwycił za telefon i zadzwonił do mamusi, zatrwożony o jej zdrowie i życie bez mała. Alicja odebrała telefon i z uśmiechem oraz z wielką radością poinformowała go, że właśnie czeka na masaż twarzy u swojej ulubionej kosmetyczki, Izy, do której na wizytę trzeba było podobno czekać aż trzy miesiące. Z tej właśnie przyczyny nie można było tej wizyty odwołać. No proszę, jakież cudowne, kurwa, ozdrowienie! Tamtego dnia, po południu, Alicja miała jeszcze umówiony masaż gorącymi kamieniami u jakiegoś Matiasa, podobno znającego się na rzeczy. Zawsze uważałam, że ona, niestety, przeżyje nas wszystkich. Nie znałam nikogo, kto tak przesadnie dbał o siebie: witaminy – z najwyższej półki, suplementy – z jeszcze wyższej; oprócz tego akupunktura, kąpiele błotne i sławetna wolumetria twarzy. Czy zwykły człowiek wiedział, co to w ogóle jest?
Tadeusz miał z mamusią bardzo dobre relacje, można by rzec, wręcz wzorowe – według mamusi oczywiście, bo moje zdanie było zgoła inne. Facet po czterdziestce został powiernikiem, spowiednikiem i adwokatem w trudnych dla mamusi sprawach. Facet, który miał swój dom i żonę! Moim zdaniem nie była to idealna sytuacja w rodzinnych relacjach. Ba, to nawet nie była normalna sytuacja! Nie znałam żadnego innego mężczyzny, który tak bardzo by dbał i troszczył się o swoją rodzicielkę. Niestety, ta przypadłość dotknęła akurat mojego wybranka…
Wiedziałam o tym od początku znajomości z Tadeuszem, ale szczerze mówiąc, wtedy nawet mi to imponowało. Byłam zafascynowana tym, jak on, jedynak, miał niezwykłą więź ze swoją mamą. Zupełnie inaczej odnosili się do mojej mamy moi dwaj starsi bracia. Pomagali, kiedy było trzeba, jednak wychodzili z założenia, że mają już swoje własne życie, a skoro tak, to ich życie i rodziny były dla nich najważniejsze. A już zdanie żon lub wcześniej partnerek, to w ogóle było na pierwszym miejscu! Zawsze stawiali swoje kobiety na piedestale, co zresztą mnie – delikatnie mówiąc – nieraz wkurzało. Bywały sytuacje, kiedy ja i wszyscy inni zainteresowani musieliśmy się dostosowywać, stając niejednokrotnie na głowie i dopasowywać do nich, a nie odwrotnie. Żadne ustępstwa ani negocjacje nie wchodziły w grę. Imieniny Dagmara organizowała w środę, bo czwartek miała wolny… Rocznica ślubu Olgi i Piotrka przypadała we wtorek, więc należałoby się spotkać na świętowanie właśnie w ten dzień… A praca, a zobowiązania zawodowe, jakie mieli zaproszeni goście? To wcale nie miało znaczenia. Ważne, że pasowało im, po prostu…
Po kilku latach zrozumiałam, że po części mieli jednak w tym oglądaniu się na żony dużo racji. Bo dla mojego męża moje zdanie średnio się liczyło. W zasadzie można by było chyba zaryzykować stwierdzeniem, że kiedy jego mamusia miała inne zdanie niż ja, byłam od razu na pozycji spalonej. Ot, taki życiowy psikus. Zrozumiałam wszystko z czasem i doszłam do niespodziewanego wniosku, że bardzo chciałabym być na miejscu żon moich braci.
Pewnego razu, podczas weekendowych odwiedzin mamusi, musiałam popracować trochę przy komputerze. Wstałam tego dnia przed piątą rano, przygotowałam obiad, czyli zupę i jakiś sos z mięsem, wyszłam z psem i ogarnęłam nawet cały pozostały zwierzęcy dobytek. Dzieci i Tadeusz jeszcze spali. Miałam nadzieję, że uda mi się przygotować całą prezentację do pracy na poniedziałek z samego rana, ale przed siódmą obudziła się Emilka. Jak co weekend zresztą. Chociaż chodziła już do czwartej klasy, to nadal każdego dnia po obudzeniu wołała mnie do siebie, żebym posiedziała przy jej łóżku. W tygodniu to ja pierwsza do niej zaglądałam, żeby obudzić śpiocha. W weekend tak wcześnie budziła się sama.
Abstrahując od wszelkich niedogodności związanych z brakiem czasu dla siebie, a w szczególności dla mojej prezentacji, bardzo lubiłam poranki z Emilką. Uwielbiała wtedy, jak smyrałam ją delikatnie po ręce lub po nodze, którą wystawiała spod kołdry. To był nasz czas, nasz mały rytuał. Zazwyczaj wtedy przypominało się jej dużo zdarzeń, którymi chciała się ze mną podzielić. Gadałyśmy czasami dość długo, dopóki nie obudził się Filip, który spał na łóżku przy drugiej, niebieskiej ścianie w pokoju. Część pokoju należąca do Emilki obfitowała w róż, jeszcze, bo dziewczynka stawała się powoli nastolatką, toteż jej otoczenie miało niedługo zmienić barwy.
Taki oto poranek pokrzyżował mi nieco plany, więc musiałam je przełożyć na popołudnie. Uznałam jednak, że nie ma tego złego, bo była to znakomita wymówka, żeby nie spędzać tego popołudnia z teściową.
O szesnastej głośno i donośnie zadzwonił dzwonek do drzwi.
– Dzień dobry, kochanie – usłyszałam, kiedy Tadeusz otworzył drzwi do mieszkania. – Już jestem. Kupiłam przepyszny serniczek w tej cukierni obok mnie. Kojarzysz? Uwielbiałeś go! Zajadałeś się, aż trzęsły ci się uszy – dodała z uśmiechem.
– Ależ mamo, to dawne czasy były – odpowiedział zmieszany synuś mamusi.
– Może i dawne, ale piękne – westchnęła i czule pogładziła go po policzku. Wyraźnie się rozmarzyła, powracając myślami do tychże czasów.
– Wchodź, mamo, zapraszamy. Tadeusz zaraz zrobi ci herbatę. Ja niestety muszę trochę popracować. Mam ważny projekt, a deadline jutro. Poradzicie sobie beze mnie z pewnością doskonale – powiedziałam i czym prędzej czmychnęłam do wydzielonego małego gabinetu, w którym pierwotnie według planu miała znajdować się ubikacja.
– Dobrze, dobrze. Tadeuszek z pewnością obsłuży mnie wspaniale! – odpowiedziała z delikatnym przekąsem, mierząc mnie wzrokiem z dołu do góry.
I faktycznie, chyba obsłużył ją nawet wspanialej niż myślała, bo jak już siedzieli na balkonie – Tadeusz z mocno podkurczonymi nogami z racji małej przestrzeni obok suszarki, na której wisiało poranne pranie – głośno zachwycała się smakiem herbaty liściastej z truskawką, którą zresztą kupiłam ostatnio ja sama.
Kiedy tak obydwoje wspominali czasy dość zamierzchłe, bo erę pysznych serników z cukierni „obok”, dzieci siedziały w swoim pokoju i bawiły się klockami. Babcia, o dziwo, nawet nie zapytała, co tam u nich. Fakt, również i one szczególną sympatią nigdy jej nie darzyły, no ale wypadałoby jej zajrzeć do ich małego pokoju. Jednak takie cuda się u nas w domu nie zdarzały!
Wieczorem, kiedy już dzieci spały w swoich łóżkach, wszczęłam poszukiwania galaretki cytrynowej. Obiecałam Emilce, że w niedzielę rano będzie mogła wypić trochę takiej już przestygniętej, ale jeszcze płynnej. Miała ostatnio na nią fazę. To było zresztą zalecenie od jej nauczycielki wuefu, która z uwagi na bóle wzrostowe Emilki kazała jej jeść dużo galaretki pod wszelkimi możliwymi postaciami. Niestety właśnie wspomnianej galaretki cytrynowej nie mogłam znaleźć. Przeszukałam całą szafkę z rozmaitymi przyprawami, niektórymi zupami w proszku, których używałam dla podkręcenia smaku na przykład czerwonego barszczu czy brokułowej, cukrami wanilinowymi i tak dalej. Nigdzie jej nie było! Wsiąkła nie wiadomo gdzie. Pamiętałam, że kupiłam ją jakieś dwa, może trzy dni temu. Postanowiłam przeszukać też inne szafki, bo może przez przypadek, zajęta myślami, włożyłam ją gdzieś indziej. I wtedy naprawdę mocno się zdziwiłam. W trzech z nich wszystko, ale to dosłownie wszystko, leżało nie na swoim miejscu. To znaczy było wszystko, ale po innemu. Po mamusinemu! Tadeusz z pewnością nie wpadłby na pomysł, żeby coś mi poprzestawiać w kuchennych szafkach. Po pierwsze, wiedział, że nie znosiłam, kiedy ktoś mieszał się w moje porządkowe sprawy, a po drugie, był totalnym leniem w kwestii układania nie tylko rzeczy w szafkach kuchennych i innych szafkach, ale też poza nimi. I właśnie dlatego z miejsca został wykluczony z kręgu potencjalnych sprawców. Dzieci nie podejrzewałam w ogóle. Układanie przypraw z pewnością uznałyby za karę i nie robiłyby tego dla przyjemności. Został tylko jeden podejrzany, a w zasadzie podejrzana…
– Tadeusz! Tadeusz! Chodź tutaj! – zawołałam przez zęby w miarę cicho, żeby nie obudzić dzieci. – Twoja mama poprzestawiała mi rzeczy w szafkach. Zobacz, nic nie mogę znaleźć. Jak tak można w ogóle? Czy ja grzebię jej w regałach?
– Niemożliwe, mama na pewno by tego nie zrobiła – odpowiedział, jak zwykle pewny nieskazitelności swojej rodzicielki.
– No jak niemożliwe! Przecież widzisz… Tu stoją herbaty, tu cukier, tam mąki. No Tadeusz, błagam! – Byłam już coraz bardziej zirytowana całą sytuacją.
– Ela, co ty wymyślasz? Ty jesteś normalna? Głupoty jakieś gadasz, jak zwykle zresztą. Może sama poprzestawiałaś i nie pamiętasz.
– Słuchaj, tak, wiem, mam coraz więcej lat, ale to nie znaczy, że dopadły mnie już problemy z pamięcią! Normalna też raczej jestem, albo bywam czasami… – Moja irytacja była już tak duża, że z pewnością, gdyby tylko mogła, wyszłaby ze mnie i stanęła obok, bo nie mogłaby już zmieścić się w moim całym ciele.
– Okej, nawet jeśli coś zostało przestawione, to tylko dlatego, że był tam pewnie bałagan.
– Skończmy już tę rozmowę, Tadeusz. Wyjdź z kuchni. – Totalnie nie miałam siły tłumaczyć mu czegoś, czego i tak by nie ogarnął. Nic nie mogło mnie teraz zachęcić do tłumaczenia mu czegokolwiek.
Tak że tak… Tyle w temacie istotności i ważności mojego zdania dla mojego męża.
Mój standardowy dzień, jakich wiele w moim życiu?
Zaczynał się zwykle wcześnie, bo o godzinie piątej. Poza chwilą dla siebie, kiedy po przebudzeniu piłam kawę – tak, miałam taką chwilę z rana, kiedy wszyscy, nawet kot i pies, jeszcze smacznie spali w jednym posłaniu. Dalsza część dnia była intensywna i tak powtarzalna, że mogłabym tę ścieżkę powszednią, a już na pewno poranek, przejść z zamkniętymi oczami.
W rozpędzie i wejściu na odpowiednie tory pomagała mi oczywiście niezastąpiona poranna kawa. Chociaż niektórzy uważali, że picie z rana napoju bogów jest jedynie kwestią przyzwyczajenia – podobno były na to jakieś tam badania. Jak widać, byłam tym wyjątkiem od reguły, który zawsze w takich badaniach występował. Ale z tą chwilą dla siebie z samego rana nie było do końca tak idealnie. Nie była ona tylko dla mnie. Gdyby tak głębiej się zastanowić, to ta chwila była dla wszystkich domowników, ludzkiego i zwierzęcego – a w zasadzie tylko zwierzęcego, wszyscy przecież pochodzimy od małpy – pochodzenia. Korzystali z niej już z samego poranka.
Zaraz po kawie wychodziłam z psem. Mój Azor – celowo tak napisałam, bo Tadeusz uważał, że to tylko mój pies, no, może jeszcze trochę dzieci – miał wbudowany zegar czy inny czujnik mojego ruchu. Genialnie wyczuwał moment, w którym odstawiałam pusty kubek. Każdego dnia, kiedy dopijałam ostatnie łyki drogocennej, życiodajnej kawy, wstawał i siadał naprzeciwko mnie, i patrzył. Wbijał we mnie wzrok tak, że udzielała mi się jego potrzeba fizjologiczna. Jego sposób działania był niezwykle skuteczny. Wymuszacz jeden. Miał spojrzenie, które wierciło mnie w brzuchu i mówiło, a wręcz krzyczało: „Wyjdź ze mną, kobieto!”. Ulegałam. Zawsze. W pośpiechu dopijałam ostatnie łyki i leciałam w te pędy się ubierać. I wtedy właśnie włączałam swoje przyśpieszenie, turbo odrzutowe w większości dni.
Z Azorem chodziliśmy razem po bułki. W osiedlowym sklepie panie sprzedawczynie tolerowały psy. W zasadzie z samego rana spotykali się tam chyba wszyscy właściciele szczekających czworonogów – a na pewno ci prawdziwi właściciele. Tacy jak Tadeusz, którzy używali domowego zwierzyńca wyłącznie do zdjęć na portalu społecznościowym, o tej porze przewracali się jedynie na drugi bok. W każdym razie w samym sklepie, gdy przebywało tam z rana sporo psiarzy, zwykle była ostra walka o ciepłe bułki do śniadaniówek. Rozpoczynała się ona już od samego przekroczenia, albo i nie, progu sklepu. Nie wszystkie psy bowiem się tolerowały. My, psiarze, wiedzieliśmy już doskonale, które z nich nie powinny nawet zerkać w swoją stronę. Nie wszystkie mogły zatem być jednocześnie w sklepie. Trzeba było kogoś przepuścić, poczekać i tym samym obserwować, zaglądając przez szybę, czy na sklepowej półce coś jeszcze zostało. Na kolejne świeżo wypieczone pieczywo czekało się około pięciu, dziesięciu minut. To za długo, kiedy o poranku liczyła się niemal każda minuta. A ciepłe bułki rozchodziły się, jak, co tu dużo gadać… ciepłe bułeczki. W mgnieniu oka.
Skąd w ogóle konieczność dokonywania przeze mnie porannych, bułkowych zakupów? Otóż Emilka i Filip mieli tak wyczulone podniebienia, że potrafili rozpoznać, czy pieczywo jest wczorajsze. Próbowałam je przemycić, wmawiając im, że jest świeże, ale te skubańce przynosiły ze szkoły pełne śniadaniówki. Dlatego też codzienne poranne walki w osiedlowym sklepie musiały kończyć się moją wygraną. Sorry, sąsiedzi i inni prawdziwi psiarze. Siła wyższa! Jeden–zero dla matki musiało zostać odnotowane każdego poranka. Wszystko z braku czasu i z uwagi na wyjątkowe potrzeby jedzeniowe dzieci.
Zaraz po zdobyciu jeszcze ciepłych i mocno chrupiących bułek wracałam z Azorem do domu i po kolei karmiłam pozostały zwierzyniec. Każde zwierzę miało swoją ulubioną karmę. Po każdą z nich jeździłam zresztą do trzech różnych sklepów zoologicznych. Czy ktoś, do licha, kiedyś tak zadbałby o mnie? Chciałabym… Mogłabym wpierniczać nawet karmę, gdyby była kupowana specjalnie dla mnie, w sklepie na drugim końcu miasta. Czułabym się wtedy z pewnością wyjątkowo!
Tadeusz nie przyznawał się również do pozostałej zwierzęcej trzody w naszym domu. To znaczy przyznawał się, ale tylko w przypadku zdjęć, które wstawiał do Internetu. Znajomi lajkowali i podziwiali jego miłość do zwierząt, kiedy pozował z Tofikiem – papugą siedzącą mu na ramieniu, albo z Fafikiem, kotem owiniętym wokół jego karku. Widziałam też zdjęcie z rybkami, na którym ustami robił minę, jakby udawał welona Franka. Zdjęć z Azorem miał wstawionych najwięcej. Z moim Azorem! A to pies podawał mu łapę, a to zgadywał, w której ręce znajduje się smakołyk. „Mój kochany piesoł”. „Moja zdolna bestia”. „Moja psina”. „No naprawdę, Tadeusz! Jaki on był twój?” – dopytywałam w myślach. Ręce opadały, dosłownie.
Przed siódmą budziłam dzieci. Zwykle miały lekcje od ósmej, tylko raz w tygodniu zaczynały później. Ponieważ musiałam zdążyć do swojej pracy na dziewiątą, tego jednego dnia zaczynały dzień w świetlicy. Odbierałam je przed szesnastą i to przy dobrych wiatrach, jak nie było korków. W związku z tym popołudnia także spędzały w świetlicowej sali. Miało to swoje plusy, bo zarówno Emilka, jak i Filip wracali do domu z odrobionymi lekcjami, które tylko sprawdzałam i tłumaczyłam im coś niezrozumiałego, jeśli była taka potrzeba.
Miałam niezłego pietra, kiedy nie był jeszcze znany plan lekcji Filipa. Ponoć właśnie w tym roku wszystkie pierwsze klasy miały chodzić na drugą zmianę. To o tyle komplikowałoby mi sytuację, że dzieci byłyby w świetlicy oddzielnie. Jedno rano, a drugie po południu, co w przypadku wrażliwego pierwszoklasisty mogłoby być niezbyt pożądane. Może nie tyle dla niego samego, co dla mnie, bo z pewnością biłabym się z myślami, jak by się czuł, spędzając tam czas bez bliskich co najmniej do południa. Na szczęście takie pomysły miały zostać wprowadzone w szkole dopiero w następnym roku.
Dzieci każdego dnia do szkoły wstawały bez problemu. Żart. To chyba w żadnym domu, a już na pewno w naszym, nie mogło być prawdą. Oczywiście, że poranki bywały dla nich oraz dla mnie bardzo trudne – zupełnie inaczej było w weekendy – i zanim dobrze otworzyły oczy, mijał co najmniej kwadrans. Nie powiem, czasami wyprowadzało mnie to z równowagi. Gdy sama byłam już w trybie mocno przyśpieszonym, wszelkie spowolnione ruchy doprowadzały mnie do irytacji. Nawet wtedy, gdy dotyczyło to własnych dzieci.
To właśnie dlatego Tadeusz nie ruszał się wcale. Nie chciał zapewne, dla własnego zdrowia, z samego rana wpadać w rozdrażnienie. Spał. Odwrócony do ściany, opatulony kołdrą. Spał! Spał! Jasna cholera! Planowałam kiedyś postawić mu przy głowie głośnik i rozkręcić do granic możliwości. Pytanie tylko, jaki to odniosłoby skutek, bo krzyków dzieci z rana wyjątkowo też nie słyszał, a prawdę mówiąc, bywały donośne.
– Mamo, jeszcze chwilkę, obmyślam plan z chłopakami. – To była codzienna wymówka Filipa, kiedy już otworzył te swoje piękne, wielkie oczęta i nadal nie mógł podnieść się z łóżka.
– Mamo, a on za długo siedzi w łazience! Potrzebuję tam wejść! – skarżyła się Emilka, kiedy stała w piżamie w przedpokoju, bo nie zdążyła wejść do środka szybciej niż brat.
– Mamo, ale miała być dziś kanapka z kremem czekoladowym, a nie z serem. Nie zjem!
– Ja nie chcę marchewki ani jabłka! Dołóż mi cukierka!
– To mój bidon!
– Nie, to mój!
I tak to właśnie… Zwykle cierpliwości miałam trochę, no ale ludzie… Ileż można! Ileż można słuchać niezadowolenia małych ludzi, dla których wstajesz rano i robisz wszystko, żeby były uśmiechnięte i żeby dobrze zaczął im się dzień? A te ciepłe bułki? Pyszne kanapki, owoc lub warzywo i coś słodkiego? Skąd się niby brało w ich śniadaniówkach? Samo wchodziło cichaczem i siedziało, aż dzieci nabrały ochoty na coś do jedzenia podczas szkolnej przerwy?
– Dzieci, spokój! Każde z was ma pyszne śniadanie, które ja sama z chęcią pochłonęłabym w sekundę. Pakujcie plecaki i wychodzimy. – Tak zwykle brzmiały ostatnie słowa przed wyjściem w naszym spokojnym, ale tylko z pozoru, ognisku.
I w tym momencie zwykle budził się Tadeusz. Nie wiedziałam, jak on to robił. Miał jakiś dar, który pozwalał mu nie słyszeć naszego krzątania się po domu, wrzasków dzieci ani szczekającego psa, przekonanego, że te krzyki są zaproszeniem do zabawy, a jednocześnie słyszeć moje w miarę ciche słowa, że wychodzimy z domu. Szkoda, że ja też nie miałam takiego daru. Tylko wtedy w tym naszym gniazdku mógłby zapanować niezły sajgon lub totalny poranny rozgardiasz. Lepszy byłby chyba jakiś dar na jeszcze szybsze poranne turbo. O tak, to byłoby coś! O wiele bardziej przydatne w moim przypadku.
Wstawał królewicz. Włosy, które mu jeszcze zostały w tym wieku na głowie, były powywijane od poduszki w różne strony. Koszulka na ramiączka podciągnięta tak, że widać było jego pępek, a w majtkach z daleka dało się wypatrzeć co najmniej jedną dziurkę.
– O, już wychodzicie? – Jego zdziwienie za każdym razem wyprowadzało mnie z równowagi. Nie mogłam, po prostu nie mogłam! Wcześniej komentowałam, ale od jakiegoś czasu już się nie podejmowałam tego wyzwania. Przynosiło to zawsze odwrotny skutek. – Harowałem wczoraj za dwóch, kompletowaliśmy ważne zamówienia. Nie mam siły. Padam z nóg, kochani – dukał przez zęby.
Tyle w temacie. Tadeusz pracował w firmie kolegi, który szył poszewki na poduszki. Pracował na pół etatu. Jego zadaniem była obsługa zamówień internetowych. Okej, w okresie świąt Bożego Narodzenia lub Wielkanocy, kiedy ludzie zmieniali wystrój mieszkań i domów, było więcej pracy. Byłam w stanie w to uwierzyć zupełnie na poważnie. Ta moda na to całe przystrajanie wszystkiego, co się ruszało, a także tego, co było nieruchome, przyszła zresztą do nas całkiem niedawno. Jak tu nie mieć poduszki z choinką czy Mikołajem, kiedy za oknem śnieg lub, coraz częściej, całkiem pokaźna plucha? Rzeczywiście, w tych okresach pracy było więcej. Generalnie chodziło o grudzień, choć może już o listopad, bo teraz wszystko toczyło się jakimś dziwnie przyśpieszonym torem. No dobra, niech już będzie. Sama miałam poduszki z choinką i prezentami.
Ale czym zajęty był mój mąż w pozostałe dni roku? Nie oszukujmy się, poza okazyjnymi poduszkami na imieniny, urodziny, Dzień Babci czy Dziadka nikt nie przystrajał domu jakimiś spersonalizowanymi poszewkami. I wtedy zazwyczaj roboty jako takiej nie było w tej firmie aż tak dużo. Przynajmniej Tadeusz nie miał, bo grafik, czyli właściciel, działał cały czas dość prężnie, wymyślając co rusz nowe wzory na poszewki, a także szukając nowych, większych zleceń.
Tak się składa, że wspomnianego poranka rozpoczął się nie żaden inny dzień, tylko ósmego maja. Wtorek. Ani to czas przed Bożym Narodzeniem, ani czas przed Wielkanocą. Czym więc ten Tadeusz był aż tak zmęczony, przepraszam – zaharowany? To pytanie pojawiało mi się zresztą w myślach niemal każdego poranka.
W każdym razie wychodziłam z dziećmi z domu bardzo szybko, żeby nie powiedzieć czegoś, co aż cisnęło mi się na usta. Powstrzymałam się. Po co mi te nerwy? Nic by nie zmieniły, sprawdzałam. A już na pewno nie wpłynęłyby na moje lepsze samopoczucie.
Tadeusz zwykle obrażał się na mój drobny wniosek, że mógłby choć raz w tygodniu ruszyć tyłek i razem z psem wyruszyć do osiedlowego sklepu. Bo przecież poprzedniego dnia wrócił późno…
Pracował zazwyczaj od szesnastej do dwudziestej. Czasami zostawał po godzinach, ale bardzo często tylko po to, żeby pograć na konsoli, którą Marcin, szef, przyniósł jakiś czas temu do firmy. Kupił dla syna nowszy model, tym więc postanowił podzielić się z Tadeuszem. Powinien najpierw zapytać mnie o zdanie, tak uważam… Przynajmniej w przypadku zgody na grę Tadeusza. Granie na konsoli stało się już niejako tradycją mojego męża. Nawet kiedy Marcin wychodził z pracy, on zostawał rzekomo na posterunku. I wczoraj ten posterunek przedłużył mu się do dwudziestej trzeciej. Wrócił do domu, kiedy dzieci już spały, a ja sama też kładłam się do łóżka. Schemat właśnie takich wieczorów powtarzał się ostatnio dość często.
Z Emilką i Filipem mieliśmy opracowany plan odprowadzania do szkoły – w najdrobniejszych szczegółach, ze względu na Emilkę. Moja córka, chodząc już bowiem do czwartej klasy, była, jak sama nieustannie powtarzała, nastolatką. Miała przecież już jedenaście lat! A to nie dziewięć ani nawet dziesięć przecież. I właśnie w tym cały szkopuł. Według jej przekonania do szkoły powinna była chodzić sama. Dodatkowo musiały to codziennie widzieć jej koleżanki, a zwłaszcza koledzy, szczególnie ci ze starszych klas. Niestety, szkoła od naszego mieszkania była oddalona o spory kawałek i prowadziła do niej dość ruchliwa ulica. Nie było szans, żeby jedenastolatka przemierzała tę drogę całkiem sama. Może przesadzałam, ale średnio raz na dwa tygodnie na tej trasie widziałam mniej lub bardziej poważny wypadek z udziałem pieszych.
Tak czy inaczej, codziennie jeździliśmy samochodem. Najpierw zatrzymywaliśmy się na bezpieczne sto metrów przed szkołą, a Emilka – nastolatka – wysiadała. Musiałam parkować dokładnie tak, aby mogła ukryć się za dużym śmietnikiem i udawać, że wcale nie wysiadła przed chwilą z auta prowadzonego przez matkę. Po tej całej konspiracji jechaliśmy z Filipem już do docelowego miejsca – na parking przy szkole. Zawsze starałam się nosić jego plecak, bo był naprawdę wyjątkowo ciężki jak na pierwszoklasistę. Nawet gdy w danym dniu było mniej książek do lekcji, mój syn zabierał swoje dodatkowe, z którymi – jak mówił – pracował na przerwach. Kolorowanki, wyklejanki, książki o samochodach, dinozaurach i tym podobne… W sumie cieszyłam się, że tak bardzo lubił książki. Niosąc ciężki plecak mojego syna, zerkałam na niego ukradkiem i podziwiałam go w głębi serca. Oby ten czas trwał jak najdłużej! Choć obserwując Emilkę, wiedziałam, że i u Filipa fascynacja książkami mogła, niestety, dość szybko minąć. Podobnie zresztą jak chęć paradowania z matką niosącą plecak.
Idąc do budynku szkoły, mijaliśmy Emilkę, która udawała, że nas nie zna. Ot, takie to życie. Patrzyła wprawdzie wyraźnie przepraszającym wzrokiem, ale cóż.
Nie powiem, żeby nie było mi przykro i nieswojo. Nie pamiętałam też, żebym ja sama w wieku jedenastu lat odstawiała takie cyrki. Fakt, mieszkałam w małej miejscowości i chodziłam do szkoły sama już po pierwszym tygodniu, kiedy to rodzice uznali, że sobie poradzę. Zresztą nie mieli wyjścia. Szli do pracy wcześniej, niż ja wychodziłam do szkoły. No i nie dostawałam ciepłych i chrupiących bułek do śniadaniówki, a rano musiałam pilnować czasu sama.
Z tego, co pamiętam, w mojej klasie też były osoby mieszkające poza miastem – jedne dojeżdżały autobusem, inne rodzice odwozili pod samą szkołę. Nikt raczej nie odstawiał takich kombinacji jak Emilka, przynajmniej ja sobie tego nie przypominałam. No, ale ponoć czasy teraz były inne, dzieci inne… i wszystko inne. Traf chciał, że ta inność opanowała także moją córkę. Na szczęście w domu dziecko wracało do normalności. To znaczy – przyznawało się do matki rodzicielki, a nawet potrafiło się przytulić i wystawić spod kołdry nogę do smyrania.
Po odprowadzeniu dzieci – a właściwie dziecka – do szkoły mogłam wreszcie odetchnąć. Te poranki naprawdę wymagały ode mnie zbyt wiele. Czasami nawet więcej niż byłam w stanie znieść.
Do pracy jechałam jakieś trzydzieści pięć minut, chyba że były korki, wtedy droga mogła mi się przedłużyć nawet do godziny. Pracowałam w korporacji działającej w branży IT. Spóźnienia nie były mile widziane i chociaż zaczynałam pracę o dziewiątej, zwykle udawało mi się być na miejscu nawet dwadzieścia minut przed czasem.
