Jej spowiedź - Missrose Katrina - ebook + książka

Jej spowiedź ebook

Missrose Katrina

5,0

Opis

Są książki, które wywołują potrzebę spokojnej, skupionej lektury, inspirującej do odkrywania prawdy o nas samych. Do takiej podróży w głąb siebie zaprasza powieść Katriny Missrose. 

Jej spowiedź to subtelna, chociaż przesycona gwałtownymi emocjami, opowieść o miłości, małżeństwie i zdradzie. Jej bohaterką jest Małgorzata – kobieta, której los nie szczędzi trudnych doświadczeń. Śmierć pierwszego męża, zdrada drugiego, zawiedzione uczucia, samotność i zagubienie – o tym wszystkim opowiada nam Małgorzata, snując historię, która wydarzyć się może wszędzie, pod każdą szerokością geograficzną. My, czytelnicy „Jej spowiedzi”, wiemy i rozumiemy, że opowieść Małgorzaty może stać się także naszą opowieścią. Dlatego z uwagą towarzyszymy bohaterce, ucząc się, jak żyć w obliczu straty, i jak odnajdywać nadzieję i wiarę w przyszłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 77

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



Opieka redakcyjna

Agnieszka Gortat

Redaktor prowadzący

Monika Bronowicz-Hossain, Agnieszka Wójtowicz-Zając

Korekta

Maria Kąkol, Barbara Borszewska

Opracowanie graficzne i skład

Piotr Dobrzyński

Projekt okładki

OMYDEER (Piotr Milej)

© Copyright by Katrina Missrose 2021© Copyright by Borgis 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone

Wydanie I

Warszawa 2021

ISBN 978-83-66616-99-8

Wydawca

Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 Warszawatel. +48 (22) 648 12 [email protected]/borgis.wydawnictwowww.instagram.com/wydawnictwoborgis

Druk: Sowa Sp. z o.o.

Drogi Czytelniku!

Ta krótka opowieść, którą Ci ofiarowuję, jest być może trochę stylistycznie garbata, ponieważ pisze ją amator, ale płynie prosto z serca…

Napotkanym Ludziom

Spis treści

Prolog 9

Stacja I 13

Stacja II 25

Stacja III 33

Stacja IV 45

Stacja V 49

Stacja VI 53

Stacja VII 63

Stacja VIII 69

Stacja IX 79

Stacja X 99

Stacja XI 107

Stacja XII 121

Stacja XIII 129

Epilog 135

Podziękowania 141

Prolog

Lekkim muśnięciem palca, niczym promienie słońca przebijające się przez gęsto usiane oczka w białośnieżnych, haftowanych firanach, po klawiaturze laptopa nadaję kształt moim myślom. Myśli te, tkwiące w swojej boleści i w zachwycie dawnego piękna, wybrzmiewają każdej mrocznej nocy.

Opowiem Wam historię mojego życia. Historię pełną przygód, boleści, rozterek, pierwszych zmarszczek, rozstań i żalu. Historię dotkniętą miłością tak czystą, jak czysta jest kropla źródlanej wody. Historię przesiąkniętą miłością uniwersalną i bezwarunkową.

Historię niosącą za sobą czystą esencję przeszłych wydarzeń.

STACJAI

To był rok Pański 2017, a dokładnie przełom stycznia/lutego owego roku. Wielkimi krokami zbliżały się moje czterdzieste urodziny. Odkryłam wtedy, całkiem przypadkiem, w nieprawidłowo wyłączonym komputerze, znajdującym się w biało-bordowo-złotej sypialni, wiadomości, jakie wymieniał mój mąż z tą obcą, Kobietą. Wiadomości tak bliskie sobie jak lubieżny, pełen pożądania wzrok nieznanych sobie wzajemnie ludzi. To odkrycie było dla mnie jak ostatni złoty strzał podany w rytm muzyki Led Zeppelin.

Trzęsąc się w sobie, dusząc się i płacząc, wykonałam milion zdjęć oraz rozmów i tak jak stałam, w rozciągniętym, szaroburym dresie, pobiegłam prosto w ramiona adwokata, który postawił przede mną białe pudełko z chusteczkami. Teraz myślę, że niejedna kobieta, siedząc na tym wyświechtanym skórzanym fotelu, płakała w takt rytmicznego bujania się, tak jak to robią dzieci z chorobą sierocą. Taka kołyska z ciała zwiniętego niczym cienki listopadowy księżyc.

Adwokat słuchał cierpliwie, jak milion razy powtarzałam jeden wyraz: Dlaczego? Dlaczego Aleksander mnie skrzywdził? Dlaczego mnie skrzywdził? Jakaś Klaudia. Kto to taki?! Proszę zobaczyć. Napisał, że ją kocha. Kocha i to tak bardzo. Zaś ona napisała, że kocha Jego. Proszę zobaczyć – chcieli się spotkać w sanatorium. Proszę zobaczyć – nazwali mnie… okropnie, upodlając mnie jednocześnie, bo przeszkadzałam im w rozmowie. Jak mam sobie z tym poradzić? Z tą całą sytuacją? A ja? Dom, zakupy, dzieci, życie, mijające lata – a gdzie ja w tym wszystkim jestem? W próżni? W kapsule bez powietrza? Mam tylko wykonywać zadania i służyć? Dłużej już nie jestem w stanie dźwigać ciężaru, który krzyżował mnie od wielu lat, aż wreszcie ukrzyżował.

Dlaczego od wielu lat?

Należałoby się pochylić nad przeszłością – tą bliższą, a także tą jeszcze dalszą, kiedy to w młodym wieku (byłam wówczas uczennicą szkoły średniej), uciekłam z domu z miłości do pierwszego męża. Tak, będąc wówczas niepełnoletnią, w pełnej swej na ów wiek odpowiedzialności – wstałam i wyszłam tak, jak stałam, postanawiając, iż więcej się za siebie nie obejrzę. Dlaczego? Z Miłości. Poznałam Człowieka wrażliwego, tak bardzo niecodziennego, w pełnym tego słowa znaczeniu, z jego charyzmą, sposobem bycia, odczuwania świata i jego interpretowania, iż postanowiłam do niego uciec. Wiedziałam, iż wniesie w moje życie coś wyjątkowego – coś, co bę- dzie dla mnie barwnym rozdziałem oprawionym w złotą skórę.

Kacper był wysokim, szczupłym mężczyzną, z długimi włosami, pełnymi wargami i błękitnymi oczami. Słuchał muzyki, która nas łączyła, podobnie jak fascynacja słowem. Byliśmy jak dwie idealnie pasujące połówki. Zresztą w ogóle był to – w zasadzie nie wiem, jak to określić – najlepszy okres mojego barwnego życia, pełnego życia. Życie studenckie, przemieszczanie się po Polsce, aby rozwinąć się zawodowo, niezliczona liczba wypitych butelek wina, dobre koncerty i lekkość ducha.

Wszystko to, co Nas wówczas łączyło, wryło mi się w pamięć i w serce tak bardzo, że w każdą lutową rocznicę Jego śmierci siedzę samotnie na cmentarzu i zostawiam mu list z zebranymi w ciągu całego roku moimi przemyśleniami, żeby mógł je spokojnie sobie poczytać. Na grobie Kacpra widnieją nuty, klucz wiolinowy oraz Jego zdjęcie z tamtych lat. Żegnając się w zimne lutowe popołudnie, nafaszerowana lekami uspokajającymi, ledwo powłócząc nogami, ciągnięta przez żałobników, którzy wzięli mnie pod swoje skrzydła – po raz ostatni pozostawiłam na Jego zimnych ustach pocałunek, zaś w dłonie włożyłam mu pałeczki od perkusji, aby mógł w niebie jeszcze kilka razy zawerblować.

Tamten rok był dla mnie najtrudniejszy, traumatyczny, depresyjny i taki, jakiego nigdy więcej nie chciałabym przeżyć. Pamiętam, jak gołą ręką rozbijałam szybę w drzwiach łazienki, jak otwierałam drzwi, raniąc ręce, jak szkło wbijało mi się w stopy. Pamiętam, jak ściągałam Jego ciało z paska. Było lekkie jak gołębie pióro. Pamiętam czarny worek i ból – przez kolejne dni wbite szkło tkwiło nieruchomo w stopach, sprawiając mi ból.

Kacper postanowił odejść przy akompaniamencie Starless King Crimson:

Choć zachód słońca,

blask dnia rejestrują moje oczy

to wewnątrz widzę jedynie

bezgwiezdną i biblijną czerń

Stary przyjaciel miłosierdzie

ma okrutny, wykrzywiony uśmiech,

zwiastun pustki,

dla mnie to

bezgwiezdna i biblijna czerń

Jasnoniebieskie, srebrne niebo

szarzeje mglistą nadzieją

że wszystko pragnie

by być

bezgwiezdną i biblijną czernią1.

W tym czasie w całości pochłonęła mnie praca, tak bez reszty, po to, żebym mogła skupiać się nie na własnym bólu, lecz na tym, co dzieje się wokół mnie. Splot kolejnych wydarzeń, o czym jeszcze nie wiecie, skierował mnie na inne tory, po których sunęło już Pendolino – z impetem pociągnęło mnie ze sobą w nieznanym mi kierunku.

Moja babcia Aniela, w tajemnicy przede mną, postanowiła wyjść mi naprzeciw i porozumiała się za moimi plecami z babcią Aleksandra, jej imienniczką. Wskutek tego kilka miesięcy później, a dokładnie w Wielkanoc roku 2003, w trakcie świątecznej uroczystości pojawił się Aleksander, mój przyszły drugi mąż. Mój drugi mąż, przez którego czternaście lat później znajdę się u psychiatry.

Właśnie przed chwilą, gdy zapisałam te myśli, dotarło do mnie, że w lutym 2003 zmarł mój pierwszy mąż, zaś dokładnie czternaście lat później mój drugi mąż romansował z Klaudią… W kwietniu 2003 roku, podczas Wielkanocy, po raz pierwszy ujrzałam Aleksandra, zaś czternaście lat później usłyszałam Piotra. Jak to możliwe? Zbieg okoliczności?

Życie przynosi wiele niespodzianek. Mniejszych i większych rozdziałów… Ale po kolei, bo wprowadzam chaos.

* * *

Aleksander, jak już chwilę wcześniej wspomniałam, pojawił się za sprawą babć i ich intryg oraz… mojej pierwszej miłości, którą był On sam i nie tylko... Wyobraźcie sobie, że moja już nieżyjąca teściowa dziergała dla mnie na drutach sweterki i pokrowce na podusie, gdy byłam jeszcze niemowlęciem. Może trudno uwierzyć, ale moja mama i teściowa ciągnęły się wzajemnie za warkoczyki, gdy siedziały w jednej szkolnej ławce, a jak już wcześniej napisałam, Aleksander był moją pierwszą miłością, (o ile można określić tak wielkim słowem uczucie, mając zaledwie czternaście lat – czyli tyle, ile teraz ma moja córka Natalka).

Aleksander jest mężczyzną całkiem innym niż Kacper – niższym, krępym, szorstkim w obyciu i mało delikatnym. Wówczas, gdy byłam osłabiona po śmierci męża i poszukiwałam wsparcia i czegoś albo kogoś innego niż ja i moja przeszłość – wtedy właśnie Jego podarował mi los.

Czy to Anioł wyciągnął do mnie rękę, aby mi pomóc?

Uważam, że tak. Nie – wtedy uważałam, że tak. Teraz nie potrafię tego ocenić, więc nie podejmę się tego, gdyż nie było mi dane – tak jak zresztą nie jest dane jakiejkolwiek innej osobie – poznanie własnej przyszłości. Człowiek może swoją przyszłość wyobrażać sobie, kształtować, afirmować i jednocześnie marzyć, iż osiągnie cel. Sam zaś cel jest jak ten płochliwy skowronek – niby na wyciągnięcie ręki, ale zaraz umyka. Ale czy tak naprawdę wiemy, czego chcemy? Sama przekonałam się, iż spełnienie marzeń nie przynosi szczęścia – albo że je zyskujemy jedynie na krótką chwilę. A może jestem człowiekiem, który do końca życia będzie poszukiwał własnego celu? Który będzie próbował zdefiniować samego siebie?

* * *

Anioła, takiego prawdziwego, widziałam, gdy miałam zaledwie dziesięć lat – trawiona wysoką gorączką, jaka mnie dopadła. Do mojego domu codziennie przyjeżdżała pielęgniarka, karetką, aby podać kolejną dawkę leku w formie bardzo bolesnego zastrzyku.

Pamiętam, co widziałam w tej gorączce: w przedpokoju stał mężczyzna w półdługim płaszczu, bacznie obserwujący mnie z bezpiecznej odległości. Wiedziałam, że to Anioł. Każdy człowiek, który napotka na swojej drodze nieziemską postać, będzie w stu procentach pewny, kogo zobaczył.

* * *

Lata naszego małżeństwa mijały jak sinusoida albo wir w pełnym tego słowa znaczeniu. Mnóstwo uczuć od tych radosnych, kiedy narodziły się nasze dzieci, do tych coraz bardziej przykrych, kiedy już nie mogliśmy na siebie nawzajem patrzeć ze względu na różnice... we wszystkim. Dzieliły nas niczym mur berliński.

To był całkiem inny etap – niby byliśmy dojrzalsi, bo starsi i już nie studenci, bardziej poważni, bardziej pewni siebie. Etap zapatrzonych w siebie. To było życie dla dzieci, a zarazem konsumpcyjne, bez głębokich uczuć. Moje uczucie w sekrecie pozostało przy Kacprze. A co czułam do Aleksandra? Sama nie wiem. Zostawił własny dom rodzinny, pracę, działalność. W zasadzie o Aleksandrze myślałam i myślę jak o moim opiekunie, silnym mężczyźnie, który w dzieciństwie doświadczył traumy podobnej do mojej, którego, wydawać by się mogło, znałam od dzieciństwa. Pokonał dla mnie kilkaset kilometrów z poziomicą i innymi atrybutami, wówczas jeszcze budowlańca, i tak został – i trwał na dobre i na złe – przy mnie.

Tacy różni od siebie, nic albo prawie nic Nas nie łączyło – oprócz dawnych dobrych wspomnień, dóbr materialnych, dzieci i dwóch nadpsutych śmietan.

Śmietany, jak się okazało trzynaście lat później, były omawiane u psychologa małżeńskiego. Nadpsute śmietany wyciągnięte z lodówki przez Aleksandra, pokazane dzieciom z równoczesną informacją: „Zobaczcie, jak mama dba o Was!”, po czym ponownie schowane do lodówki, by mógł sprawdzić, kiedy je wyrzucę. Były też omawiane zakupy, w które nie chciał się angażować do tego stopnia, że wstrzymał się z egzaminami na prawo jazdy, były wyrzucane z szafki ciuchy, była raz i drugi policja z zapytaniem o niebieską kartę, o której do dziś nie wiedzą moi rodzice. Bo czym tu się chwalić? W takich i innych sytuacjach zawsze przeciw rodzicom i murem za mężem – że niby dobrze, a nawet idealnie, zwłaszcza idealnie.

Nie, nie było ani dobrze, ani idealnie – ale bywało i owszem. Te dobre chwile, jak prawdziwe motyle, które, w istocie delikatnie „przycupnęły” na krańcu płatka, po czym odlatywały, lekko poruszając skrzydełkami.

Na tym polegało szczęście z Aleksandrem. Całkiem inne to było szczęście. Nie wyobrażałam sobie takiego życia w małżeństwie, ale znosiłam to dzielnie, ciesząc się wszystkim, co miałam. Dziećmi, umytymi oknami, wyprasowanymi ciuchami, błyszczącą podłogą, kwiatami w ogrodzie, przelotnym uśmiechem męża. Drobne chwile dawały zastrzyk energii na kolejne dni, tygodnie, a nawet miesiące. Pozwalały mi się spełniać. Tak samo jak praca zawodowa. Pomimo wszystkiego, pomimo własnego gniewu i bólu – dzięki drobinkom wspomnień z życia z Kacprem – mogłam uciekać myślami w Jego ramiona, równocześnie budując cztery wysokie ściany, w których panowała moja własna, przyjemna dla ucha cisza, jaką funduję sobie w każdy sobotni poranek, kiedy wszyscy domownicy, z psem włącznie, śpią, a ja sączę odkrytą dzięki Piotrowi kawę.

Znowu wyprzedzam fakty?

1 King Crimson, Starless, tłumaczenie: tekstowo.pl.

STACJAII

Pewnego dnia, a było to w lutym roku Pańskiego 2017, odkryłam intymne rozmowy pomiędzy moim aktualnym mężem a Klaudią, podającą się za ciut młodszą od samej siebie. Siedząc u adwokata, ocierając rzęsiście spływające łzy, opowiadałam o Klaudii i jej spastycznych ruchach bioder. Matko, ona pisała o tych cholernych bawełnianych majtkach. A ja? Taka zaniedbana, 95 kg wagi, wieczne sprzątanie, praca w korporacji, gotowanie, prasowanie i dzieci – kłócące się dzieci – mąż przysypiający albo pijący. Gdzie ja jestem? A tu jeszcze te majtki…?!

Ile we mnie było złości, to chyba jeden Pan Bóg wie. Za wszystkie czasy nadarłam się tak, że i pewnie cała kamienica mnie słyszała, wszystkie siedem mieszkań. A ja z siebie wyrzucałam jak salwy z armaty, wiązanki niewybrednych słów; słów naznaczonych degeneracją myśli, degrengoladą uczuć.

Wówczas, po powrocie z pracy, mój mąż oświadczył, iż nigdy, ale to nigdy więcej nie odezwie się do Klaudii. Jakoś to zniosłam, przełknęłam ból, cały ten niesmak życia małżeńskiego i ówczesnych wydarzeń. Przełknęłam, opowiadając o swoim problemie w rodzinie i w pracy –rozczłonkowując całą historię na małe cząsteczki, żeby rozgryźć coś, co dla kogoś innego nie byłoby problemem… Ale ja już miałam za sobą jedną traumę. Stąd drobne, tak całkiem drobne incydenty – jak grymas, odpowiedź, brak gestów, uczuć – wrzucały mnie z powrotem w wir intensywnych, niszczących emocji, niezrozumiałych dla osób postronnych.

W efekcie, a może w afekcie, przykleiłam wielkoformatowe zdjęcie Klaudii do ściany w pokoju jadalnym po to, aby Aleksander, w trakcie uroczystej niedzieli, mógł się napatrzeć na Pieguskę. „Jedz, Skarbie, kluseczki z rosołkiem i patrz na tę swoją nową oblubienicę!”. Po tych wypowiedzianych w złości przeze mnie słowach ceramiczny kubek z kawą po turecku wylądował dokładnie na środku twarzy Klaudii, wbijając się w nią z impetem, zaś fusy rozleciały się na wszystkie strony świata.

* * *

Minął luty, w jakiś nieznaczący sposób minął też marzec i nastało święto Zmartwychwstania Pańskiego, pamiątka dnia, w którym Jezusa ukrzyżowano na Golgocie, wśród wiernych i niewiernych Judaszów, a może i Abrahamów. W tę Wielkanoc, kiedy to nastała noc, podczas której Maryja żarliwie modliła się przy grobie swojego syna… W tym czasie pijany Aleksander co chwilę spoglądał na telefon, mówiąc do niego:

– Kocham Cię.

„Kocham Cię”? Jak to możliwe? Jak można kochać coś czarnego, małego i porysowanego, obdarzonego etykietką „made in China”?

W tę dokładnie noc, kiedy to Maryja siedziała przy swoim synu, ja odebrałam telefon mężowi i zamknęłam się z nim w łazience. Przejrzałam wszystko, co mogłam.

Trzecia nad ranem. Milion wysłanych wiadomości do nieznajomej osoby – z krzykiem o pomoc. Błagam, pomóż mi! Obudź się albo wstań z własnego grobu, oddalonego o kilkaset kilometrów. Obudź się i spójrz. Zobacz, zobacz to – to wszystko. Pykanie w telefonie nikogo po drugiej stronie świata nie obudziło.

Chociaż jednak obudziło – pięć godzin później. W telefonie usłyszałam cichy, delikatny i zrozpaczony głos mężczyzny. To był Piotr.

Piotr zadzwonił raz i drugi, wczytując się w tym czasie w wiadomości pomiędzy moim mężem a jego żoną. Jak się okazało, spastyczne ruchy bioder i bawełniane majtki