Jeden krok przed śmiercią - Burton Mary - ebook + książka

Jeden krok przed śmiercią ebook

Burton Mary

4,4

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Ona wyrusza na polowanie.

On obserwuje.

Agentka FBI Macy Crow to twarda sztuka. Niedawno została potrącona przez rozpędzoną półciężarówkę. Kierowca zbiegł z miejsca wypadku, a ona cudem uszła z życiem. Szybko wróciła jednak do pracy i właśnie stara się o posadę w elitarnym zespole profilerów. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej dostaje do wykonania próbne zadanie: ma zająć się śledztwem w sprawie odnalezionych właśnie zwłok Tobi Turner: zaginionej piętnaście lat temu uczennicy liceum.

Jej partnerem zostaje miejscowy szeryf Mike Nevada, były kolega z Federalnego Biura Śledczego i niegdysiejszy kochanek. Macy szybko odkrywa powiązania między sprawą Tobi a kilkoma gwałtami z tego samego okresu. Agentka przesłuchuje ofiary i ponownie analizuje stare akta. Z mroku wyłania się postać ponurego stalkera, który w pewnym momencie zaczął gwałcić prześladowane kobiety, a potem je mordować.

Macy i Nevada zaczynają wyścig z czasem: muszę namierzyć potwora, zanim ten znowu wyruszy na łowy. Przestępca miał jednak wiele lat, żeby doskonalić swoje umiejętności, i wkrótce to agentka FBI staje się jego celem. Nie straszne jej ból i praca pod presją, ale czy jej pierwsze zlecenie dla zespołu profilerów nie będzie zarazem ostatnim?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (80 ocen)
47
21
11
1
0
Sortuj według:
krupcia1989

Nie oderwiesz się od lektury

jak dla mnie mega wciągająca książka, dobrze napisana. polecam
10
roratmagdalena

Nie oderwiesz się od lektury

Swietna
00
Malwi68

Dobrze spędzony czas

Kryminał taki jaki lubię. Akcja zaczyna się bardzo szybko. Fabuła opiera się na tajemnicy sprzed lat kiedy to zaginęła młoda, sumienna i zdolna nastolatka. W książce pojawia się wielu bohaterów, tak więc ścigając sprawcę jest szeroki wachlarz potencjalnych sprawców. Każdy może być mordercą i gwałcicielem. Częste zwroty akcji powodowały że czasami musiałam porzucić swój typ. Zdarzyło mi się powrócić do już raz wykluczonego podejrzanego. " Jeden krok przed śmiercią" opiera się na przemyślanej i dobrze napisanej fabule. Liczę na to że w Polsce ukażą się inne książki tej autorki. 
00
Lost70

Dobrze spędzony czas

Dobrze spędzony czas
00

Popularność




Tytuł oryginału: Hide and Seek

Projekt okładki: Wioletta Markiewicz/WERSEBI

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Paulina Parys, Magda Mierzejewska/Słowne Babki

Fotografie wykorzystane na okładce:

© Evgrafova Svetlana/Shutterstock

© Stepan Kapl/Shutterstock

© 2019 by Mary Burton

This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with Graal, SP. Z.O.O.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2021

© for the Polish translation by Paweł Wolak

ISBN 978-83-287-1851-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2021

fragment

Japończycy mówią, że mamy trzy twarze.

Pierwszą pokazujemy światu.

Drugą rodzinie i przyjaciołom.

Trzeciej nie pokazujemy nikomu.

To najprawdziwsze odbicie tego, kim jesteśmy.

– Źródło nieznane

Prolog

Czwartek, 15 czerwca 2006Deep Run, Wirginia, dolina Shenandoah

Rhonda Burns była niewysoką dziewczyną z ciemnymi włosami. Jej głośny śmiech z łatwością przebijał się przez gwar w salonie fryzjerskim Cut & Curl. Klienci ją lubili, bo była wyluzowana i potrafiła skopiować każdą fryzurę z katalogów. Chociaż miała zaledwie dziewiętnaście lat, nie brakowało jej ambicji i w nieodległej przyszłości chciała zostać kierowniczką. Była gotowa i chętna pracować ciężej niż reszta personelu.

Kiedy ją namierzył, od razu zauważył, jaką cenę płaciła za długie godziny spędzane w pracy. Często otwierała i zaciskała dłonie, tak jakby chciała się pozbyć bolesnych skurczy, a kiedy za długo stała przy fotelu fryzjerskim, wygi­nała plecy w łuk i starała się przeciągać. W drodze do domu coraz częściej kupowała bimber w melinie, która mieściła się w jednej z przyczep mieszkalnych w głębi ulicy. Mężczyzna obserwował Rhondę od tygodni i wiedział o niej więcej, niż ona sama o sobie wiedziała.

W czwartek wieczorem gęste chmury szczelnie zasłaniały gwiazdy i księżyc. Wszystko było skąpane w ciemności. Rhonda przepracowała w tym tygodniu już prawie pięćdziesiąt godzin i padała ze zmęczenia. Mógł się założyć, że zaraz po powrocie do domu dziewczyna pobiegnie prosto do lodówki, żeby wyciągnąć z niej zimną pizzę i zachomikowany od wczoraj napój gazowany.

Kiedy podeszła do swojej przyczepy, na chwilę się zatrzymała. Jej uwagę przyciągnął przewrócony kosz na śmieci. Nieznajomy wyraźnie słyszał, jak Rhonda pomstuje na szopy, które grasowały w okolicy. Po chwili zaczęła zbierać walające się wszędzie puste butelki po piwie, kości kurczaka i papierowe talerzyki. W pewnym momencie nisko się schyliła. Mężczyzna wbił wzrok w jej tyłek i zaczął sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby zdarł z niej obcisłe spodnie.

Był ciekaw, czy powiązała dzisiejszy bałagan z przebitą oponą w ubiegłym tygodniu albo z dziwnymi przypadkami, kiedy to nie mogła znaleźć ulubionego buta lub kolczyka.

Zapewne tłumaczyła to pechem i roztargnieniem. Raczej nie przypuszczała, że wisi nad nią złowieszczy cień, który w każdej chwili może ją pochłonąć.

Pozbierała odpadki i przeklinając pod nosem, wrzuciła wszystko do kosza. Z pobliskiego lasku dobiegło głośne syknięcie, chyba kota, który się przed czymś bronił… Zerknęła w stronę drzew i podniosła z trawy jeszcze jedno opakowanie po fast foodzie. Zerwał się wiatr i zaszumiały liś­cie, a Rhondę przeszedł nieprzyjemny dreszcz.

– Przestań trząść dupą jak jakiś cykor – mruknęła sama do siebie.

Mężczyzna już trzy razy był w środku jej przyczepy. Za pierwszym razem zjadły go nerwy: bał się, że zostanie nakryty, i szybko uciekł. Podczas następnej wizyty zostawił pod łóżkiem zwój czerwonego sznura. Chodziło o to, żeby w razie konieczności mieć pod ręką coś, czym można skrępować ofiarę. W zeszłym tygodniu zakradł się po raz trzeci. Położył się na pościeli i wyobraził sobie, jak przywiązuje nadgarstki Rhondy do zagłówka, a potem zaciska dłonie na jej szyi. Podniecony zaczął się masturbować. Wytrysnął w jej majtki, które potem schował do kieszeni.

Dziewczyna zebrała leżące na widoku śmieci i zaczęła się rozglądać, czy czegoś nie przeoczyła. W pewnej chwili zbliżyła się do jego kryjówki. Zamarł w bezruchu, przerażony, że za moment wszystko się wyda. Jeśli Rhonda go zobaczy, będzie musiał błyskawicznie ją unieszkodliwić, zanim dziewczyna zdąży krzyknąć.

Zrobiła jeszcze jeden krok do przodu i zatrzymała się na samym skraju zalesionego terenu. Przez chwilę się wahała, po czym podniosła z ziemi spory kamień, odwróciła się i podeszła do kosza na śmieci. Zatrzasnęła metalową klapę i z hukiem przygniotła ją kamieniem. W końcu ruszyła w stronę przyczepy, ale w ostatniej chwili się obejrzała. Gdyby było trochę jaśniej, a na drzewach rosło mniej liści, na pewno zobaczyłaby mężczyznę, który stał między gałęziami, nie więcej niż pięć metrów od niej.

Weszła do środka, odłożyła torebkę na krzesło i za­mknęła za sobą drzwi. Wiedział, że zamek jest kiepski i łatwo go otworzyć zwykłym nożem sprężynowym.

Wyłonił się z cienia i okrążył przyczepę, żeby zajrzeć do sypialni. W oknie wisiała siatka – widział przez nią doskonale, że dziewczyna poszła wziąć prysznic. Stanął mu, kiedy weszła pod strumień gorącej wody i zaczęła się gładzić po krągłych biodrach. Umyła się, potem włożyła swój ulubiony T-shirt i spodnie od dresu. Zgodnie z przewidywaniami wsadziła do mikrofalówki kilka kawałków zimnej pizzy. Jak tylko minutnik brzdęknął, złapała talerz, puszkę z napojem i wskoczyła na łóżko. Mężczyzna poczuł przez okno zapach jedzenia; zrobił krok do tyłu, żeby schować się w ciemnościach. Cały czas jednak obserwował dziewczynę.

Rhonda włączyła pilotem telewizor. Na pewno cieszyła się, że wreszcie może wygodnie się rozsiąść. Przez cały dzień pracowała, ale jutro miała wolne, co oznaczało, że aż do soboty rano nikt nie będzie zawracał jej głowy.

Po tym, jak łapczywie zjadła ostatni kawałek pizzy, poprawiła poduszki, żeby wygodnie oglądać telewizję. Była jednak tak zmęczona, że szybko zamknęła oczy i zapadła w sen.

Mężczyzna odczekał pełne dwadzieścia minut i dopiero wtedy ruszył na drugą stronę przyczepy; otworzył drzwi, pomagając sobie nożem. Kiedy znalazł się w środku, wyobraził sobie, że dziewczyna jest naga i leży skrępowana na łóżku. Znowu się podniecił.

Nie miał pojęcia, jak to się stało, że ją obudził. Zachował przecież ostrożność i wszystko starannie obmyślił. Kiedy jednak minął sfatygowaną kanapę, usłyszał szelest po­ścieli, rozległ się odgłos stawiania bosych stóp na podłodze, a chwilę potem metaliczny zgrzyt, jak gdyby ktoś odbezpieczył pistolet.

Wiedział, że Rhonda trzyma broń w szufladzie nocnego stolika. Wcześniej planował przycisnąć lufę do jej skroni i opowiedzieć, co się stało z dziewczyną, z którą zabawił się ubiegłej jesieni. Wszyscy słyszeli o Tobi Turner, a po okolicy krążyły również plotki o innych kobietach, które zo­stały zaatakowane we własnych łóżkach.

Zaszumiały liście, zaskrzypiały gałęzie. Wciąż miał czas, żeby zareagować. Mógł przecież obezwładnić swoją ofiarę: była niska i chuda, a on silny. Ostatecznie uznał, że skórka nie jest warta wyprawki. Zbyt duże ryzyko. Nie lubił bitew, których wyniku nie dało się łatwo przewidzieć.

Po cichu się wycofał i zamknął za sobą drzwi. Im bardziej zagłębiał się w mrok, im więcej sekund mijało, tym wyraźniej zwalniał mu puls, a adrenalina przestawała buzować w żyłach.

Obserwował przez okno, jak Rhonda opuszcza pistolet i przykłada drżącą rękę do czoła. Usiadła na skraju łóż­ka i odłożyła broń na stolik. Nie wyłączyła jednak światła, tak jakby się bała, że wciąż czyha na nią zagrożenie.

Mężczyzna mógł poczekać i zaatakować jeszcze raz, ale z jakichś powodów, nie do końca dla siebie zrozumiałych, postanowił odpuścić.

Rozdział 1

Poniedziałek, 11 listopada 2019, 10:30Deep Run, Wirginia

Dave Sherman miał kaca. Kiedyś mógł pić na umór bez żadnych konsekwencji. Kumple lądowali pod stołem, a on następnego dnia rano wstawał radosny jak skowronek. Te czasy jednak minęły. Teraz miał czterdzieści sześć lat i każde dodatkowe piwo albo kolejny kieliszek bourbona da­wały mu nieźle w kość.

Głośno odkaszlnął i zmrużył oczy, bo raziło go ostre światło. Spojrzał na starą czerwoną stodołę, z której od­lazła już prawie cała farba. Czas i pogoda nie były dla niej łaskawe. Spod spodu wyłaziło ciemnoszare drewno, które za całkiem niezłe pieniądze zgodził się kupić znajomy stolarz z Richmond.

Większość materiału z rozbiórki miała trafić na budowę nowej chaty w Winchester, a resztę też pewnie uda się opchnąć. Sherman liczył na to, że dzięki tym transakcjom rozwiąże dużą część swoich problemów finansowych. Trzeba tylko krok po kroku rozmontować stodołę, a potem ułożyć belki na platformie ciężarówki, której wynajem kosztował go sto dolarów za godzinę. I jakoś to będzie.

Wypił resztkę kawy.

– Do roboty! – zawołał. – Koniec przerwy.

Dwóch pomocników opróżniło puszki z energetykami, wstało z klapy bagażnika i ruszyło w stronę walącego się budynku. Promienie słońca prześwitywały przez dziury w blaszanym dachu i szpary między drewnianymi listwami, już trochę odkształconymi ze starości.

– Zaczynamy od rozebrania zsypu na siano.

Dziewiętnastowieczni osadnicy z Niemiec zamontowali zsyp, żeby łatwo zrzucać gromadzoną pod powałą paszę do żłobów ustawionych na dole. Chroniona przed wpływem żywiołów konstrukcja zachowała się w niemal idealnym stanie, można z niej było zrobić piękny stół. Musieli tylko uważać, żeby nie zniszczyć drewna przy demontażu.

Sherman dotknął kwadratowej skrzyni, przesunął palcami po szorstkich słojach, a potem zaczął podziwiać drewniane kołki, od wielu lat łączące poszczególne elementy w całość. Nie chciał niszczyć tej misternej roboty, ale nie miał wyboru: przecież trzeba z czegoś żyć.

Młodszy pomagier, dziewiętnastoletni Nate, z rachitycznym zarostem i długimi blond włosami, zwinnie wdrapał się po drabinie na stryszek. Taką sprawność Sherman mógł już tylko powspominać.

Wzięli do rąk łomy i zaczęli delikatnie rozpierać szczeliny między deskami, starając się wyciągnąć kołki z otworów. Ale dobrze dopasowane i starannie ociosane dwustuletnie bolce nie dawały łatwo za wygraną.

– Nawet nie drgnie – stwierdził Nate i prychnął. – Mam użyć więcej siły?

– Nie, bo drewno popęka i gówno z tego będzie – warknął Sherman.

– Wystarczy kilka razy mocniej pociągnąć – nalegał chłopak.

– Spokojnie, Nate.

Zwykle miał przy takiej robocie więcej cierpliwości, lecz dziś bolała go głowa i zachowanie pomocnika działało mu na nerwy.

– Jedno konkretne szarpnięcie, panie Sherman.

Może tym razem Nate miał rację?

– Dobra, spróbujmy.

Zaparli się i mocno pociągnęli, każdy w swoją stronę. Złącze puściło i przez chwilę wydawało się, że wszystko pójdzie gładko, ale niestety pojawił się jakiś opór i deska pękła na pół. Właśnie tego się obawiał. Po kilku sekundach odłupane drewno spadło na podłogę; Sherman odskoczył. Z otworu poleciały drzazgi, a w powietrzu zakłębił się tuman starego kurzu.

Na chwilę zaległa cisza, potem z rozpołowionego zsypu wypadł jeszcze jakiś przedmiot i uderzył Shermana w ramię. Mężczyzna wzdrygnął się i zaczął modlić w duchu o to, żeby nie odnowiła mu się stara rana. Już raz w podobnej sytuacji uszkodził sobie bark.

Co to było, do jasnej cholery?

Wytarł z twarzy grubą warstwę brudu.

– Zaglądałeś wcześniej do środka? – zapytał swojego pomagiera.

Nate wzruszył ramionami.

– Kto by podejrzewał, że po tylu latach coś tam będzie?

– Idiota.

Sherman spojrzał na przedmiot, który walnął go w ramię. Wypłowiały czerwony plecak. Chciał go podnieść, ale w ostatniej chwili zobaczył, że coś się z niego wysypało. Wydawało mu się, że to jakieś patyki. Wziął jeden do ręki, ale z obrzydzeniem wypuścił, odskoczył do tyłu i rzucił stek przekleństw.

Na podłodze starej stodoły leżały kości.

Rozdział 2

Poniedziałek, 11 listopada, 11:30

Kiedy po piętnastu latach Mike Nevada skończył pracować w FBI, wcale nie zamierzał zostać małomiasteczkowym szeryfem ani wiejskim dżentelmenem. Początkowo chciał tylko wziąć parę tygodni wolnego. Musiał odpocząć od rezydującego w Quantico zespołu policyjnych profilerów, którzy zajmowali się tropieniem najbardziej bezwzględnych morderców w kraju. Miał w planie przeanalizować swoje dotychczasowe wybory życiowe i zająć się domem odziedziczonym po dziadku.

Tymczasem właśnie został wybrany na stanowisko szeryfa okręgowego.

Niedługo po tym, jak pojawił się w Deep Run, teoretycznie na wypoczynek, dostał z anonimowego źródła wiadomość, że na terenie hrabstwa doszło do serii niewyjaśnionych gwałtów. Ofiary złożyły zeznania i dokonano obdukcji, ale nie wykonano żadnej analizy dowodów. Wskazówki informatora prowadziły do biura poprzedniego szeryfa. Mike złożył mu wizytę, a ta szybko przerodziła się w karczemną awanturę. Sfrustrowany postanowił zrezygnować z pracy w FBI i zgłosić swoją kandydaturę w nadchodzących wyborach na miejscowego stróża prawa. To nie było zbyt logiczne posunięcie, ale kiedy Mike zwęszył trop, nigdy się nie poddawał.

Nikt, łącznie z nim samym, nie wierzył, że wygra. Ale wygrał. Minęły dwa tygodnie od zliczenia głosów i właśnie został wezwany w sprawie potencjalnego zabójstwa.

Dave Sherman był równym gościem, wszyscy go lubili, a jego firma miała w okolicy solidną renomę. Kiedy pół godziny wcześniej zadzwonił pod 911, żeby opowiedzieć o swoim znalezisku, Nevada wiedział, że to nie głupi żart ani pomyłka początkującego myśliwego, który zwierzęce kości wziął za ludzkie.

Zaparkował swojego czarnego SUV-a, chevroleta suburban, za starym niebieskim pick-upem, gdzie na pace siedzieli pomocnicy Shermana: jeden palił papierosa, drugi pił napój energetyczny. Ich szef gadał przez telefon, nerwowo chodząc w tę i z powrotem. Z pewnością liczył, ile dolarów stracił na tym interesie.

Stodoła zapadała się od północnej strony i wyglądała tak, że każda większa burza mogłaby zmieść ją z powierzchni ziemi. Teren, na którym stała, leżał ponad trzydzieści kilometrów od centrum miasteczka Deep Run. Kiedyś często zbierali się w tej okolicy licealiści i robili imprezy. W końcu o regularnych balangach dowiedzieli się miejs­cowi stróże prawa i zaczęli przeganiać intruzów. O ile Nevada się orientował, od wielu lat nikt tu nie zaglądał.

Nevada wysiadł z samochodu, kilka razy zgiął sztywny daszek swojej czapki z białym napisem „Szeryf” na przodzie i dopiero potem włożył ją na głowę. Oprócz tej czapki, glocka w kaburze i przytroczonych do pasa kajdanek nic więcej nie wskazywało, że jest funkcjonariuszem sił porządkowych. Munduru nie zakładał; uznał, że wykrochmalone ubrania i mosiężne odznaki nadają się tylko na parady i oficjalne spotkania z przedstawicielami miejscowych władz.

Wyciągnął z samochodu zestaw technika kryminalistyki. Tak samo jak wszyscy jego zastępcy sam zajmował się zbieraniem dowodów. Bardziej skomplikowane sprawy były od razu przekazywane w ręce policji stanowej.

Podszedł do Shermana, który natychmiast skończył rozmowę, i podał mu rękę.

– Słyszałem, że dokonaliście tu jakiegoś znaleziska.

– Dziękuję, że tak szybko pan przyjechał, szeryfie.

Szeryfie. Ciągle coś mu zgrzytało, kiedy ktoś się tak do niego zwracał.

– O co konkretnie chodzi?

Ogorzała twarz Shermana była dowodem, że od dziesiątków lat pracował na świeżym powietrzu, mimo to dziś rano facet był blady jak ściana.

– Na początku myślałem, że to szczątki jakiegoś zwierzęcia. Łatwo się pomylić, jeśli ktoś się na tym nie zna, ale potem zobaczyłem czaszkę i nie miałem już żadnych wątpliwości.

– Właścicielami stodoły są Wyattowie, prawda? – Nevada wyjechał z doliny Shenandoah ponad dwadzie­ścia lat temu, ale spędził tu dzieciństwo i ciągle znał wiele starych rodzin zamieszkujących te tereny.

– Tak. Oni zlecili mi rozbiórkę. Jedna z ciotek chce podobno sprzedać ziemię. Odkupiłem stodołę. Zapłaciłem tyle co nic.

– Rekultywacja. Pewnie można na tym nieźle zarobić.

– Owszem. Pół godziny temu sam byłem przekonany, że trafiłem zwycięski los na loterii.

Jego przekrwione oczy świadczyły o tym, że wczoraj wieczorem opijał dobry interes.

– Chciałbym zobaczyć, co znaleźliście.

Sherman schował telefon do kieszeni i wszedł z Nevadą do ciemnej stodoły.

– Proszę patrzeć pod nogi, bo wszędzie walają się gwoździe i kawałki drewna.

– Dzięki za ostrzeżenie.

Szeryf ruszył w stronę rumowiska w rogu budynku; jego robocze buty ze stalkapą niemal od razu pokryły się drobnym pyłem.

– Zaczęliśmy rozbiórkę od tego miejsca. – Sherman wskazał rozlatujący się zsyp. Jedna ze ścianek odpadła od reszty konstrukcji i leżała teraz z boku.

Nevada wychował się niedaleko stąd na farmie dziadka; w dzieciństwie często pomagał przy sprzątaniu gnoju z zagród i wrzucaniu siana na stryszek bardzo podobnej stodoły. Od kiedy wrócił do Deep Run, starał się wprowadzić odziedziczone gospodarstwo w dwudziesty pierwszy wiek, ale stare budynki stawiały zaciekły opór i na razie wygrywały.

– Plecak wygląda całkiem nieźle, bo był dobrze chroniony przed słońcem i deszczem. Zakleszczył się w zsypie, dlatego ciało nie wypadło – stwierdził Sherman.

Nevada włączył latarkę i skierował snop światła na czerwony szkolny plecak. Na materiale widniały wytłoczone inicjały TET, a do suwaka ktoś przyczepił pompon z żółtej włóczki. Wszystko wyglądało na stare i dawno nieużywane.

– Sam mam córki – dodał Sherman. – Nie wyobrażam sobie, żeby wróciły do domu bez plecaków. Wszystko w nich trzymają. To jak torebka dla mojej żony.

Szeryf wyjął z kieszeni lateksowe rękawiczki i włożył je na dłonie.

– Otwierał go pan?

– Rany, nie. Jak tylko zobaczyłem czaszkę, kazałem pomocnikom wyjść ze stodoły. – Rozmasował sobie kark. – Nadal przechodzą mnie ciarki, jak na to wszystko patrzę.

Nevada sfotografował plecak i walające się po ziemi koś­ci. Zajrzał do zsypu. Próbował sobie wyobrazić, jak zna­lazło się tam ludzkie ciało. Najpierw do wąskiego otworu trafił plecak, później jego właściciel. To mogło być morderstwo albo zdarzył się cholernie nieszczęśliwy wypadek.

Wyciągnął rolkę żółtej taśmy policyjnej i przymocował ją do jednego słupa, potem obwiązał drugi i zaczepił koniec o wrota boksu, gdzie trzymano kiedyś konie.

Sherman pozostał za taśmą. Nevada rozłożył na ziemi kawałek białego materiału i przeniósł na niego plecak. Czerwona tkanina była mocno poplamiona jakąś ciemną substancją, która zalatywała śmiercią i stęchlizną. Rozkładające się ciało musiało napęcznieć od gazu, pękło i płyny ustrojowe wydostały się na zewnątrz.

– Kiedy ostatni raz ktoś korzystał z tej stodoły? – zapytał Nevada.

– Pewnie ze trzydzieści lat temu – odpowiedział Sherman. – Jak jeszcze grałem w piłkę, przychodziłem tutaj w czwartkowe wieczory przed meczami. To były legendarne imprezy.

– Należał pan do dream teamu?

– Nie, ale bardzo chciałem. Tamci chłopcy dołączyli do drużyny pięć lat później i zostali mistrzami stanu.

– A kiedy skończyły się balangi?

– Niedługo potem. To sprawka szeryfa Greene’a.

Nevada schylił się i ostrożnie pociągnął za suwak. Na początku poszło gładko, ale po paru centymetrach coś się zacięło. Szarpnął więc trochę mocniej i opór ustąpił.

W środku znalazł jakieś książki, parę dziewczęcych jean­sów, ciemny sweter zrobiony ściegiem warkoczowym i wygodne sportowe buty. Ubrania wciąż były starannie poskładane. Ułożył je obok plecaka i wziął do ręki podręcznik do analizy matematycznej.

Wiele stron się posklejało, ale wystarczyło lekko po­wyginać okładkę i książka się otworzyła. Na skrzydełku zachowała się pieczątka z biblioteki oraz lista wypożyczających: pięć linijek, z czego trzy skreślone. Ostatnie nazwisko zapisano wyraźnymi drukowanymi literami: TOBI TURNER.

TET. Tobi Elizabeth Turner.

Każdy, kto mieszkał w Deep Run, znał tę dziewczynę.

Na początku listopada 2004 roku Tobi Turner, uczennica przedostatniej klasy Valley High School, pożyczyła od rodziców vana, żeby pojechać na odbywające się wieczorem zajęcia pozalekcyjne. Nigdy tam nie dotarła. Alarm wszczęto jednak dopiero wtedy, gdy dziewczyna nie pojawiła się w domu o zwykłej porze. Ojciec zadzwonił do szeryfa Greene’a, który popełnił kardynalny błąd w śledztwie: nie zarządził od razu poszukiwań na szeroką skalę, tylko czekał do rana.

Kiedy dochodzi do porwania dziecka, najważniejsze są pierwsze godziny. Potem szanse na uratowanie go lecą na łeb na szyję.

Policja odnalazła samochód Turnerów na parkingu dla ciężarówek przy drodze międzystanowej I-81. Stało się to późnym wieczorem, drugiego dnia po zniknięciu Tobi. W aucie nie natrafiono jednak na żadne ślady. Dziewczyna po prostu zapadła się pod ziemię.

Wolontariusze rozlepili w okolicy ulotki ze zdjęciem zaginionej. Można je było zobaczyć niemal wszędzie: na rogach ulic, w barach i sklepach spożywczych. Lokalne media przez kilka miesięcy nagłaśniały sprawę. Fotografia Tobi znalazła się nawet na kartonach z mlekiem i przydrożnych bill­boardach. Mimo to nie pojawiły się żadne tropy i śledztwo utknęło w martwym punkcie.

Tobi zniknęła.

Aż do teraz.

– Obawiam się, że trochę potrwa, zanim będę mógł pozwolić panu wrócić na ten teren – oznajmił Nevada.

Sherman rozmasował sobie czoło.

– Szlag by to trafił. Naprawdę myśli pan, że to Tobi Turner?

– Bardzo możliwe.

Jeżeli rzeczywiście odnaleźli szczątki tej dziewczyny, jej rodzina znowu będzie cierpieć. Z doświadczenia szeryfa wynikało, że takie ponure odkrycia wcale nie kończą sprawy, wręcz przeciwnie – budzą demony przeszłości.

– Biedne dziecko. Przeszukaliśmy hrabstwo wzdłuż i wszerz.

Ochotnicy z całego stanu przeczesywali lasy, grzebali w kontenerach na śmieci i chodzili po opuszczonych domach, zaglądając do każdego pomieszczenia.

– Brał pan udział w poszukiwaniach?

– Zgłosili się prawie wszyscy okoliczni mieszkańcy. – Sherman pokręcił głową. – A ona cały czas była w tej stodole.

Nevada widział w swoim życiu wiele ludzkiego okrucieństwa i zdawał sobie sprawę, że zło czai się wśród nas. Między innymi dlatego w czerwcu postanowił zrobić sobie przerwę – żeby uciec od mroku, który go osaczał. Niestety, ciemność najwyraźniej znowu go dopadła.

Zadzwonił po swoją zastępczynię; niedawno ją awansował na głównego śledczego. Brooke Bennett pracowała w biurze szeryfa od dziesięciu lat. Była po trzydziestce i razem ze swoją matką wychowywała czternastoletniego syna. Nevada podejrzewał, że pewnego dnia to właśnie ona zajmie jego miejsce.

– Zastępca szeryfa Brooke Bennett – odezwała się trochę oschłym, bardzo rzeczowym tonem.

– Tu Nevada. Skontaktuj się z policją stanową. Potrzebujemy techników kryminalistyki, i to jak najszybciej. Wydaje mi się, że znaleźliśmy zwłoki Tobi Turner.

– Tobi Turner?

Usłyszał w jej głosie smutek, szok i złość jednocześnie.

– Tak.

Zapadła cisza, dopiero po dłuższej chwili Bennett zadała kolejne krótkie pytanie:

– Gdzie?

– W stodole Wyattów.

– Zabieram się do pracy.

– Świetnie.

Spojrzał na dwuspadowy dach i ciemne kąty. Idealne miejsce dla mordercy.

– Może to nie najlepszy moment, szefie, ale właśnie dostałam wyniki analizy dowodów zebranych w sprawie niewyjaśnionych gwałtów.

Kiedy Nevada został szeryfem, od razu wysłał zestawy próbek do ponownego zbadania. Poprosił też Bennett, żeby odwiedziła okoliczne hrabstwa i zgromadziła dane dotyczące przestępstw na tle seksualnym, których sprawcy nie zostali do tej pory wykryci. Miała też przekazać materiał genetyczny do laboratorium w celu ostatecznej weryfikacji.

– Udało się coś znaleźć? – zapytał.

– Na razie są tylko wyniki dotyczące ośmiu spraw zgłoszonych w Deep Run. Trzy próbki uległy rozkładowi, a z raportów nie można wyciągnąć jednoznacznych wniosków. Dwie powiązano ze znanymi nam przestępcami, którzy odbywają karę więzienia. A trzy pozostałe… – Zawiesiła głos, tak jakby chciała zbudować odpowiednie napięcie. Odczekała sekundę i oświadczyła: – Trzy pozostałe należą do tego samego sprawcy.

Nevada wbił wzrok w podręcznik do matematyki leżący na kawałku białego materiału.

– Kiedy doszło do tych gwałtów?

– Latem dwa tysiące czwartego roku.

– Jesteś pewna?

– Tak, osobiście sprawdziłam dokumentację.

Spojrzał na rozsypane na ziemi kości.

– Dokładnie w tym samym czasie zaginęła Tobi Turner.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz