Jak nie teraz, to kiedy? - Tuliszka Jaga - ebook + książka

Jak nie teraz, to kiedy? ebook

Tuliszka Jaga

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Inspirująca opowieść, w której przejrzysz się jak w lustrze

Mira Kolska już raz zaryzykowała. Na Podhalu zostawiła przeszłość i w Poznaniu zaczęła układać życie na nowo. Dziś wydaje się, że ma wszystko: miłość Michała, radość z dwóch rozbrykanych synków, przyjaźń Kaśki i własny salon fryzjerski.

Gdy spełnienie ostatniego wielkiego marzenia jest na wyciągnięcie ręki – wystarczy tylko zaryzykować jeszcze raz – los drwi z Miry. W jednej dramatycznej chwili wszystko rozpada się jak domek z kart. Jej rodzina już nigdy nie będzie taka sama.

Pod czułą opieką przyjaciółek Mira próbuje na nowo nauczyć się uśmiechać. Czy Kolscy zdołają się podnieść z tragedii i zatruwających ich kłamstw?

Barwna, pełna emocji opowieść o tym, że przyjaźń – tak jak prawdziwa miłość – potrafi przetrwać największe sztormy. Jaga Tuliszka – jak jej bohaterka – pokazuje, że twardo stąpając po ziemi, można ciągle słuchać swojego serca. I sięgać po marzenia.

„Nigdy się nie poddawaj! Historia Miry to żywy dowód na niebywałą siłę, jaka drzemie w nas wszystkich. Ta niezwykła, oparta zresztą na prawdziwych przeżyciach, opowieść doda ci sił, by ze spokojem i ufnością ruszyć naprzód i zawalczyć o siebie. Takiej książki potrzebowałam!”

Małgorzata Tinc, ladymargotpl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 388

Data ważności licencji: 6/17/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki Michał Jakubik

Grafika na okładce Slamet Creative / Adobe Stock

Redaktorka nabywająca Dorota Gruszka

Redaktorka prowadząca Aleksandra Pietrzyńska

Opieka redakcyjna Paulina Gwóźdź

Promotorka Karina Caban

Redakcja Agata Ługowska

Korekta Maria Zając Marta Tyczyńska-Lewicka

Copyright © by Jadwiga Maria Tuliszka Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-302-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska

Kobietom, które spotkałam w swoim życiu – z sympatią. Mamie i Siostrom – z miłością.

Tak bardzo przywykliśmy do rozpamiętywania tego, co było, lub prób wybiegania w przyszłość, że rzadko jesteśmy naprawdę obecni w sobie.

Mélissa Da Costa, Cały ten błękit

Rozdział 1

Lato 2015

Mira stała na szeroko rozstawionych nogach, próbując tak się ustawić, aby zminimalizować narastający ból kręgosłupa. Wiedziała, że to niewiele zmieni, ale delikatne kołysanie się na boki pozwalało jej przetrwać niewygody pracy. Od kilku godzin nieprzerwanie trwała przy swoim stanowisku w maleńkim salonie fryzjerskim. Choć była jego właścicielką, wciąż czuła się jak wyrobnica, zatrudniona na kiepskich warunkach do przeróżnych zajęć. Stale wszystko było na jej głowie, począwszy od zamiatania włosów i prania ręczników, przez zamawianie towaru i parzenie kawy, aż po wszelkie opłaty i planowanie grafiku. Głowa ciągle pracowała na równi z ciałem. Nawet gdy Mira kładła się spać, nadal analizowała, czy wystarczy jej szamponów i pelerynek, czy kupiła mleczko do kawy dla klientek i czy w toalecie wisi papier toaletowy.

Nawijała na szczotkę kolejne pasma krótko ostrzyżonych włosów starszej pani z sąsiedztwa. Suszarka leniwym strumieniem utrwalała każdy lok. Mira bardzo chciała przyśpieszyć, użyć mocniejszego nawiewu, aby zakończyć ten mozolny proces, ale nie mogła. Po pierwsze dlatego, że pani Maria miała bardzo wrażliwą skórę i cieplejsze powietrze od razu parzyło ją w głowę, a po drugie dlatego, że klientka ciągle opowiadała historię swojego życia, a na wyższym poziomie suszarka tak hałasowała, że Mira nie słyszała większości słów. A musiała słyszeć wszystko…

Pani Maria, jakby kontrolnie, zadawała od czasu do czasu jakieś pytanie. Mira już się nauczyła, że brak odpowiedzi nie wchodzi w grę, że musi aktywnie słuchać. Dla tej klientki spotkania w salonie były jedyną okazją do dłuższej rozmowy z kimś innym niż schorowany mąż, który przez całe życie okropnie traktował żonę, a na swoją niedołężną starość stał się jeszcze podlejszy.

Pani Maria przy pierwszych wizytach dała się poznać jako serdeczna i uśmiechnięta staruszka, zawsze schludna i zadbana, w lekko za dużych swetrach. Odważnie prosiła o wyraziste kolory włosów, lubiła intensywny odcień miedzi i chociaż Mira była przekonana, że to nie jest najlepszy wybór, spełniała życzenie klientki, za każdym razem obiecując sobie, że za miesiąc już na pewno zaproponuje jej zmianę. Podczas kolejnej wizyty robiła jednak dokładnie to samo. Po roku wspólnych spotkań pani Maria nadal nosiła rudomiedziane włosy. Mira nie ingerowała. Szósty zmysł pozwalał jej wyczuć to, co niewypowiedziane. Przez te wszystkie lata pani Maria miała tylko tę jedną decyzję dla siebie. Tylko to nie interesowało jej despotycznego męża – kolor włosów żony. Mira nie mog­ła jej tego odebrać.

Z każdym spotkaniem poznawały się lepiej i bardziej się do siebie zbliżały. Pani Maria znalazła w Mirze słuchaczkę, której wcześniej nie miała, a maleńki salonik, z trudem mieszczący drugie stanowisko, dawał możliwość intymnej rozmowy i zwierzeń. Ta uśmiechnięta staruszka niosła w sobie nie tylko smutną, trudną przeszłość, ale i przygnębiającą teraźniejszość.

– Pani Mario, czy dzisiaj trochę podtapirować? – zapytała z uśmiechem Mira, jak zawsze przerywając w odpowiednim momencie, by praca szła płynnie. Gdyby nie pilnowała czasu, stale miałaby opóźnienia, bo każda opowieść toczyła się bez końca.

– Sama nie wiem – odparła pani Maria, podnosząc wzrok na odbicie w lustrze. – Dzisiaj jest bardzo ciepło, może jak będzie trochę potapirowane, dłużej się utrzyma.

Mira uśmiechnęła się do siebie. Słowo „potapirowane” zawsze ją bawiło, ale nie dawała tego po sobie poznać. Wiele pań z sąsiedztwa używało właśnie tej formy.

– Oczywiście! A skoro dzisiaj ma pani taką uroczystość, to koniecznie musi pani wyglądać nienagannie. Trochę tapiru, trochę lakieru i będzie pani piękna jak w dniu ślubu. Proszę kontynuować. Kto po was przyjedzie? – zachęciła Mira, dając do zrozumienia, że doskonale pamięta, o czym rozmawiały.

– Och, pani Miro kochana! Przecież nie będę tu pani zanudzać, pani ma tyle innych spraw, po co jeszcze historie staruszki? – Jak zawsze skromna, próbowała przerwać swoją opowieść.

– No i zostawi mnie pani w połowie historii? Przecież nie zasnę, jeśli się nie dowiem, jak dostanie się pani do kościoła z mężem na wózku – odpowiedziała kokieteryjnie Mira.

– Pani to ma cierpliwość do tego mojego gadania. Nikt mnie tak nie wysłucha jak pani, nawet ksiądz przy spowiedzi – zaśmiała się i dodała: – A zresztą jemu to już i tak niewiele mówię. Co on tam wie? Taki młody jest teraz u nas w parafii. Jak ja mam mu się spowiadać, kiedy on nie może mieć pojęcia, jak mi ciężko? Przecież nie zrozumie. Idę tam, bo dla Boga chodzę. Spowiadam się, żeby Eucharystię przyjąć, to jedno daje mi ukojenie. Wie pani, pani Mirko, ja to Bogu wszystko powierzam, całe swoje życie. Mój mąż, pani wie, Mireńko kochana, że on niezbyt dobry dla mnie, ja to już pani mówiłam, ale czy ja zasłużyłam na lepszego? Nie wiem, nie mnie to oceniać. Takiego wybrałam, z takim muszę być, przecież przed Bogiem mu ślubowałam, że aż do śmierci… Boże mój, niechby ta śmierć już przyszła!

– Co też pani mówi!? Pani… taka pełna życia, jaka śmierć?

– Boże mój, przecież nie moja, tylko jego! Jego niech już przyjdzie!

Obydwie się roześmiały.

To była jedna z tych rzeczy, które Mira lubiła w pani Marii. Staruszka dźwigała swoje życie z ogromną pokorą, ale w sekundę potrafiła zmienić ton i powiedzieć coś, co rozśmieszało rozmówcę.

Tego dnia pani Maria świętowała sześćdziesiątą rocznicę ślubu. Przeżyć z jednym człowiekiem sześćdziesiąt lat – już samo to było dla Miry nie do pojęcia. A przecież wiedziała o jej mężu nieco więcej.

Podobno na początku ich małżeństwa był ciepły, serdeczny i troskliwy. Czasy były paskudne, rządziła partia komunistyczna, w sklepach brakowało żywności, ubrań i przedmiotów codziennego użytku. Kilometrowe kolejki dezorganizowały życie, wszechobecny aparat władzy będący jej „oczami i uszami” budził powszechny strach. Mimo to, jak mawiała pani Maria, życie było znośne. Mąż pracował w fabryce, zarabiał niedużo, ale wystarczało. Zawsze coś załatwił, z kimś się dogadał, to przyniósł pęto świeżej kiełbasy, innym razem kupon kwiecistego materiału na nową spódnicę. Nie pytała nigdy, skąd i jak. Cieszyła się, że coś ma.

Mira zastanawiała się czasem, czy pani Maria doświadczyła wydarzeń Poznańskiego Czerwca. Sama może niewiele pamiętała z lekcji historii, ale opowieści ludzi, którzy coś przeżyli, zostawały w niej głęboko. Z jakichś powodów pani Maria nie opowiadała o dramatach tamtych dni. Mawiała: „O tym to w podręcznikach trzeba przeczytać, Mireńko kochana. Teraz już są takie, w których prawdę piszą”.

Pani Maria zajmowała się domem i synkiem Kazikiem, który wspólnie z mamą rozwijał swoją pasję do książek. Była to ich ucieczka od ponurej codzienności. Pochłaniali wszystko, co udało jej się znaleźć – od klasyków literatury po nowoczesne opowieści i reportaże. Pani Maria często zdobywała książki dzięki znajomościom lub wymianie z innymi rodzicami, co stawało się w ich domu swego rodzaju małym rytuałem. Przez wiele lat prowadzili skromne i spokojne życie. Aż do dnia, w którym Kazik zginął w tragicznym wypadku podczas wakacji. Miał zaledwie dwanaście lat. Jego śmierć była dla rodziny ogromnym ciosem. Pani Maria okazała się silniejsza od męża, a może tylko tak jej się wydawało?

Odnalazła ukojenie w codziennych modlitwach, później podjęła się wolontariatu w ośrodku dla trudnej młodzieży. Tam szukała swojego syna w każdym chłopcu, którym się opiekowała, a z czasem każdego obdarzała miłością prawie matczyną. Każdy obibok, ancymon, szczun, bo tak ich opisywała, który trafiał pod jej opiekę, najpierw dostawał ścierą przez plecy, a jakiś czas później razem z panią Marią lepił pierogi, cerował swoje skarpetki, malował ściany ośrodka i wykonywał wszelkie inne czynności, które miały go nauczyć szacunku do pracy, do drugiego człowieka i do samego siebie. Gdyby mogła, porzuciłaby pracę w sklepie i w pełni poświęciła się tym chłystkom. Musiała jednak zarabiać, aby utrzymać siebie i męża.

Mąż pani Marii nie poradził sobie ze stratą jedynaka. Długo to właśnie żonę obwiniał za jego śmierć. Uważał, że to po niej syn odziedziczył ten niepoprawny optymizm i głowę w chmurach, że to, co się stało, wynikało, jak mawiał, „z tego latania nie wiadomo za czym”. Kazik zginął pod kołami samochodu. Przebiegał przez ulicę po tym, jak zobaczył, że po drugiej stronie zmieniają wystawę w księgarni. Mąż uważał, że gdyby nie tłukła mu ciągle do głowy tego całego czytania, to chłopak miałby w nosie witrynę księgarni, szedłby z kolegami w stronę boiska i nic by się nie wydarzyło.

„To twoja wina!” – takie słowa rzucał pod jej adresem, po czym ciskał w nią tym, co akurat miał pod ręką. Dobrze, ­jeśli to był kapeć albo gazeta. Gorzej, jeśli naszło go w trakcie obiadu, wówczas rzucał łyżką, nożem albo talerzem, nierzadko pełnym… „To twoja wina!” stało się z czasem hasłem ostrzegawczym. Wiedziała, że musi się uchylić albo zasłonić ręką. Nie zawsze się udawało. Nieraz musiała jechać do szpitala założyć szwy lub opatrunek. Przy każdej wizycie mówiła lekarzowi: „To moja wina”. Po chwili dodawała coś jeszcze, żeby uchronić męża przed oskarżeniami. „Jestem niezdarna, potknęłam się, sprzątając ze stołu”. Albo: „Poślizgnęłam się w wannie, oj, niezdara ze mnie, to moja wina”. A on pił. Z każdym dniem coraz więcej. Szybko wyrzucili go z pracy, jego frustracja narastała. Żałoba zmieniła się w stały gniew na wszystko i wszystkich, zwłaszcza zaś na żonę.

Próbowała odejść. Tylko raz. Skończyła z podbitym okiem i złamaną ręką. Powiedział, że jest jego żoną i albo z nim będzie, albo niech wskoczy pod samochód, jak ich syn. Bóg jeden wie, ile razy marzyła o takim rozwiązaniu.

Została z nim. Modliła się i przy nim trwała. Tak często słyszała o swojej winie, że pewnie podświadomie sama w nią wierzyła. Z czasem poczuła się odpowiedzialna za życie męża, ubzdurała sobie, że musi przy nim być, że kolejna strata go wykończy. On zarządzał jej życiem. Dyktował warunki, decydował o wszystkim, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nie zabronił jej nigdy wychodzić do ośrodka ani do pracy, ale gdy tylko orientował się, że nie ma jej w domu o umówionej godzinie, wychodził po nią. Szedł pod sklep obuwniczy albo do ośrodka, kontrolował ją. Gdy jej nie zastawał, wściekał się. Przez całe życie chodziła na palcach, zapamiętywała, co wprawia go w złość, aby nigdy potem tego nie robić.

Życie stało się lżejsze, kiedy dostał pracę jako stróż przy budowie. Pracował na zmiany, więc zdarzały się takie tygodnie, gdy się prawie nie widywali. Pani Maria miała wtedy ochotę tańczyć i śpiewać. Mówiła: „Mireńko kochana, tańczyłam po mieszkaniu podczas sprzątania, śpiewałam… Bóg jeden wie, co sąsiedzi o mnie wtedy myśleli. A niech sobie myślą, co chcą. Słyszeli, jak mnie tłukł, i nie reagowali, to co im przeszkadza moje śpiewanie. Pewnie sądzili, że zwariowałam, a ja po prostu cieszyłam się, że go nie ma”.

Kolejny zwrot w życiu pani Marii nastąpił, gdy po wielu całkiem znośnych latach pod jednym dachem z pijącym, ale „przynajmniej pracującym” mężem doszło do wypadku, w wyniku którego mężczyzna doznał urazu kręgosłupa. Upił się podczas nocnej zmiany, poszedł na obchód i wpadł do wykopu z betonowymi rurami.

Pani Maria nie potrafiła opowiedzieć o tym nic więcej. To był jeden z tych momentów, w których Mira dostrzegała nag­łą zmianę. Rozmówczyni zacinała się, wracała myślami do tamtych chwil i przeżywała je na nowo. Później bez wchodzenia w szczegóły kontynuowała opowieść. Mąż stracił władzę w nogach. Stał się zupełnie zależny od żony, którą od lat traktował z podłością. Wtedy pani Maria miała ogromną nadzieję, że chłop teraz spokornieje, że uderzy się w pierś, przeprosi za te wszystkie lata i zacznie traktować żonę z godnością. Tę, która odtąd podsuwała mu nocnik, zakładała skarpetki, przynosiła jedzenie, myła…

Wiele miesięcy minęło, zanim mógł samodzielnie przerzucić swoje kościste ciało na wózek inwalidzki. Ich niewielkie mieszkanie stało się dla niego więzieniem. Mieszkali na trzecim piętrze, bez windy. Pani Maria często powtarzała: „Dużo przeszedł, życie mu się drugi raz skończyło, to jak ma być miły”. Tłumaczyła jego zachowanie, a on nawet z wózka albo łóżka potrafił rzucić w nią kubkiem. Taki miał zwyczaj. Jakie ścieżki doprowadziły do tego, że pani Maria postanowiła uroczyście świętować sześćdziesiątą rocznicę ślubu? Mira nie umiała tego poskładać. Dostrzegała, że w tej staruszce bije najbardziej niezwykłe z serc, że jej niewielkie ciało dźwiga pokorę całego następnego pokolenia.

– Miro, skarbie, popsikaj jeszcze tym lakierem, żeby się lepiej trzymało – poprosiła niespodziewanie pani Maria, wyrywając fryzjerkę z zamyślenia.

– Dobrze – odparła ciepło Mira i z rozmachem spryskała misternie ułożoną fryzurę.

Pani Maria wyglądała elegancko i schludnie. Jej krótkie miedziane włosy układały się w delikatne fale. Przy uszach miała fikuśne pejsiki, linia nad uchem i na karku była starannie wyrównana. Tak jak klientka lubiła.

– No więc chłopcy obiecali, że go zniosą – wtrąciła żwawo pani Maria, kontynuując wcześniej przerwaną opowieść. – Nie robią tego często. Zawsze mi mówią, że on nie zasłużył, ale co oni tam mogą wiedzieć, Mireńko? Oni tylko dla mnie czasem, żeby mi ulżyć i gdy pilnie trzeba było do lekarza albo coś, to go znosili. Moi chłopcy. Oni mnie jak matkę traktują… Czym ja sobie zasłużyłam?

– Ależ mi pytanie! Całym swoim życiem, pani Mario – odpowiedziała z energią Mira i poczuła, jak wszystkie włoski na ciele stają jej dęba.

Zawsze bardzo łatwo się wzruszała. W mig wyobraziła sobie dorosłych mężczyzn, którzy kiedyś, jako nastolatkowie, wpakowali się w kłopoty, a którym pani Maria dała całą siebie, aby pomóc im wyjść na prostą. Z tego, co mówiła, nie wszystkim się udało, ale wielu wiodło teraz dobre życie. Kilku nadal było blisko niej. Nie co dzień, nie zawsze, ale odwiedzali ją i gdy dzwoniła z prośbą, zawsze pomagali.

Okazało się, że to ktoś z grupy parafialnej, do której od jakiegoś czasu należała pani Maria, uparł się na mszę z okazji ich rocznicy, a po mszy – wspólną kawę i ciasto. Starsza pani ostatecznie uległa namowom i dała się wciągnąć w wir przygotowań. Sama upiekła dwa serniki. Kawę i inne ciasta obiecały przygotować dwie panie z grupy. Spotkanie miało się odbyć w salce przy kościele.

Pani Maria odprasowała z tej okazji swoją kremową, jedwabną bluzkę z ozdobnym żabotem i beżową spódnicę do pół łydki. Ubrała się przed wizytą u Miry, aby potem podczas przebierania się nie zepsuć sobie fryzury. Do tego zestawu zwykle zakładała jasnobrązowy sweter, ale było bardzo ciepło i postanowiła z niego zrezygnować. Wyglądała ślicznie.

Mira przyglądała się jej zdecydowanym ruchom, gdy pani Maria wyjmowała portmonetkę z torebki. Mały rytuał. Zawsze wyjmowała powoli złożone na dwa razy banknoty. Prostowała je, starannie odliczała kwotę i dodawała do niej maleńki napiwek. Mira mogła przewidzieć niemal każdy gest podziękowań i pożegnania.

Pani Maria chwyciła swoją laskę, zatrzymała się w progu i z uśmiechem spojrzała na fryzjerkę.

– Idę! Będzie bal! Hi, hi, hi! – zachichotała mocno rozbawiona swoimi myślami. – Co też im przyszło do głowy? Ale niech będzie, niech im będzie. Dobrego dnia, Mirusiu! Odpocznij w końcu. Tyle godzin stoisz. Odpocznij!

– Tak, odpocznę. Jeszcze tylko jedna klientka i mam weekend – odparła z uśmiechem. – Jeszcze raz gratuluję jubileuszu. I wszystkiego dobrego!

– Niech już przyjdzie! – odkrzyknęła z oddali pani Maria.

Mira zaczęła sprzątać stanowisko, zastanawiając się, czy chodziło o jej następną klientkę, czy może o… śmierć.

Rozdział 2

Lato 2015

Tego dnia już nie pracowała. Kolejna klientka nie dotarła. Nawet nie raczyła zadzwonić. Poirytowana Mira spakowała do torby terminarz. Zabierała go zawsze ze sobą, na wypadek gdyby ktoś zadzwonił, by umówić się na wizytę. Były kobiety, które bez pardonu dzwoniły nawet późnym wieczorem. Mira zawsze odbierała.

Upewniwszy się, że wszystko jest tak, jak powinno, woda zakręcona, wtyczki wyjęte z gniazdek, włosy dokładnie zamiecione, a salon gotowy na rozpoczęcie pracy po weekendzie, wyszła na rozgrzaną słońcem ulicę. Skrupulatnie zamknęła drzwi na dwa zamki i zaciągnęła roletę antywłamaniową. Za każdym razem, gdy to robiła, z lekką pogardą pytała samą siebie: „Ciekawe, kto chciałby się tu włamać?”.

Było lato. Słońce przez cały dzień mocno przypiekało. Nawet teraz, późnym popołudniem, gorące powietrze zdawało się nie ruszać. Mira na zmęczonych nogach, z bolącymi plecami poszła w kierunku przystanku tramwajowego. Usiadła na ławce i nawet nie sprawdzała rozkładu jazdy. „Któryś w końcu podjedzie” – pomyślała, opierając plecy o wiatę. Oczy jej się zamykały. Na przystanku nie było nikogo oprócz niej. Myślami przeniosła się już do swoich chłopców. To był ten moment, w którym ogarniała ją fala tęsknoty. Podczas pracy, rozmów z klientkami nie rozmyślała o dzieciach. Gdy tylko ruszała w stronę domu, w głowie już miała tylko to. Powieki ciążyły coraz bardziej. Przysnęła.

Z otępienia wyrwał ją stukot nadjeżdżającego tramwaju. Zerwała się gwałtownie i ruszyła do drugiego wagonu. Wsiadając ostatnimi drzwiami, nie musiała się przepychać. Nie lubiła tego robić. W wagonie nie było wolnych miejsc. W powietrzu unosiła się woń spoconych ciał, zmieszanych perfum i ta specyficzna dla tramwaju nuta, trudna do określenia.

Mira widziała ten zapach. Przypominał zapach starej ceraty, zardzewiałego metalu i kałuży. Czy można widzieć zapachy? Ona widziała. Z każdą odczuwaną nutą w jej głowie pojawiał się obraz. Mimowolnie, analizując tramwajową woń, dostrzegła, że tramwaj skręca w złą stronę.

„Fuck!” – zaklęła bezgłośnie. „Pomyliłam tramwaje” – pomyślała i ustawiła się przy drzwiach, aby wysiąść na kolejnym przystanku.

Wyrzut adrenaliny sprawił, że zapomniała na chwilę o zmęczeniu. Szybkim krokiem ruszyła w stronę Fredry, aby tym razem pojechać w dobrą stronę. Właściwy tramwaj nadjeżdżał. Przyśpieszyła. Zdążyła. Zdyszana usiadła na jedynym wolnym miejscu. Na kolejnym przystanku wsiadł starszy mężczyzna.

Kolejne „fuck!” przeleciało przez głowę Miry. Nie usiedzi, gdy trzeba ustąpić miejsca. Już miała wstać, kiedy to samo zrobił młody chłopak przed nią. Ulga. Oparła głowę o szybę i znów przymknęła oczy. Zawsze tak przysypiała w tramwaju. Jak mawiała: „Szybkie ładowanie baterii”.

W domu zastała chłopców siedzących na dywanie. Pośrodku rozsypane były klocki, a oni zapamiętale składali jakąś budowlę.

– Cześć, chłopaki! – zawołała, a obaj jak na komendę zerwali się i podbiegli, żeby się przytulić. Uściskała każdego po kolei i z czułością ucałowała w czubki głów. – Dajcie mi się przebrać. Gdzie tata? – zapytała.

– Na balkonie. Rozmawia przez telefon – odparł Leoś i usiadł z powrotem do klocków.

– Kupiłaś mi coś, mamo? – zapytał, ciągle przyklejony do jej brzucha, młodszy synek Piotruś, zadzierając głowę i uśmiechając się do mamy całą buzią.

– Nie, ale zaraz zrobię wam coś pysznego. Idź, dokończ budowlę, a ja pójdę do łazienki. Dobra? – Połaskotała go czule po pleckach i kolejny raz pocałowała w czuprynę.

W łazience natychmiast zdjęła z siebie przepocony T-shirt i stanik. Umyła ręce i przemyła twarz letnią wodą. Spojrzała na swoje odbicie. Choć całymi dniami miała przed sobą lustro, tylko w tym jednym prawdziwie się sobie przyglądała. Westchnęła przeciągle i natychmiast odwróciła wzrok. Nie lubiła tego widoku. Wspomnienia nadal żywo się pojawiały w jej oczach. Zsunęła dżinsowe szorty razem z majtkami i weszła pod prysznic. Wzięła słuchawkę i szybko spłukała z siebie wszystkie drobne włoski, które gromadziły się na jej ciele podczas pracy. Zwłaszcza te króciutkie, męskie, które strzelały spod maszynki. Przyklejały się do dekoltu i wpadały do stanika.

Nie umyła włosów. Zrobi to jutro rano. Teraz chciała jak najszybciej skończyć i przywitać się z mężem. Słyszała, jak śmieje się razem z chłopakami. Owinęła się ręcznikiem i wyszła z łazienki. Chichot, który jeszcze przed chwilą wypełniał pokój, nagle umilkł. Mąż spojrzał na nią. Uśmiechnął się i zrobił krok w jej stronę.

– Cześć, kochanie – powiedział, podchodząc do niej z ciepłym uśmiechem i obejmując ją w swój wyjątkowy, czuły sposób.

Zawsze zamykał ją całą w swoich szerokich ramionach. Gdy ją tak przytulał, jej dłonie były uwięzione między ich ciałami. Uwielbiała to. W tych krótkich chwilach czuła się jak w kokonie. Bezpieczna.

– Dużo pracy? – zapytał, zwalniając uścisk.

– Sporo. Ale ostatnia babka nie przyszła, więc szybko posprzątałam i jestem wcześniej. Zrobię chłopakom naleśniki. Zostały jakieś truskawki? – zapytała, chowając się za drzwiami szafy, aby włożyć wygodne ciuchy.

– Truskawki to już wspomnienie. Te dwa potwory pożarły je co do jednej – odparł Michał, uśmiechając się do chłopców.

– Nie szkodzi. Zjedzą z serkiem lub dżemem od cioci Jadzi – odparła Mira, schylając się do szafki w kuchni po mąkę i jajka.

Chłopcy uwielbiali naleśniki, gofry, racuchy. Leoś zazwyczaj dodawał do nich tylko serek waniliowy. Nie lubił mieszać dodatków. Piotruś z kolei nakładał różne warstwy. Dziś nie było owoców, więc musiały mu wystarczyć dżem i serek, ale i tak jadł z apetytem. Mira uśmiechała się na widok tych słodkich, dżemowych policzków. Wiedziała, że do spania jeszcze trochę czasu. Odrobina słodyczy nie powinna im zaszkodzić. Od kiedy została mamą, pilnowała, aby zdrowo się odżywiać, ale unikała radykalnych zasad. Pozwalała sobie i rodzinie na małe ustępstwa. Na słodkie chwile przyjemności. Na wyjątki od reguły. Uważała, że zdrowiej jest zjeść czasem coś niezdrowego, niż patrzeć, jak robią to inni, i im zazdrościć.

Kolacja, jak zawsze, upłynęła na rozmowach i opowieściach o ważnych wydarzeniach w przedszkolu. Mira usłyszała, jak to pani Marzenka kazała im kolorować kwiatki na żółto, a Piotruś chciał na czerwono.

– Płakałem! Wiesz, mamo? To były jakieś żółkile i dlatego musiały być żółte – emocjonował się młodszy synek. – A ja nie chciałem i wyrzuciłem kartkę z tym żółkilem.

– Żonkilem, kochanie. To kwiat, który rzeczywiście jest żółty. Nieładnie zrobiłeś, wyrzucając go do śmieci. Mogłeś po prostu oddać kartkę pani albo dać komuś, kto lubi żółty kolor.

– No bo ja pokreśliłem na czerwono i było nieładnie – odparł ze smutkiem Piotruś.

– Ja to sobie tak myślę, że nawet czerwony żonkil byłby fajny. Spróbujemy takiego narysować.

– Nie – sprzeciwił się stanowczo synek. – Będziemy dalej budować komisariat policji.

– Dobra – zgodziła się Mira, czując lekką ulgę, bo to znaczyło, że nie będzie musiała się zbytnio angażować w zabawę. – Ale najpierw idź umyj buzię i rączki, żeby komisariat nie zamienił się w naleśnikarnię.

Piotruś z ociąganiem poczłapał do łazienki.

– Aha! Mamo, dzisiaj Zuzia rzygała przy stoliku! – Z entuzjazmem przypomniał sobie Leoś. – I mówiła, że jej brat też rzygał, tylko wczoraj wieczorem!

Mira z przerażeniem spojrzała na męża. Jego spojrzenie mówiło jej, że już to wiedział. Wiedział i tak samo jak ona rozumiał, co może ich czekać w ten weekend.

– Mówi się „wymiotowała”, synku – upomniała chłopca i nie czekając na reakcję, zapytała: – Czy Zuzia siedziała blisko ciebie? Bawiliście się wcześniej razem?

– Nie. Ona dziś od rana nie chciała się z nikim bawić. Była smutna. A rzy… yyy, wymiotowała przy stoliku obok. Ale i tak wszystko widziałem – oświadczył dumnie Leoś.

Mira poczuła, jak zmęczenie znów przejmuje kontrolę nad jej ciałem, a ciężar całego dnia zaczyna na nowo przygniatać jej ramiona. Znała doskonale ten przedszkolny scenariusz. Jeśli jakieś dziecko wymiotowało, to zazwyczaj w ciągu tygodnia dopadało to większość grupy. A skoro brat Zuzi rozchorował się poprzedniego wieczoru, to na pewno był to wirus. Mira oparła brodę na splecionych dłoniach. Tak się cieszyła na pierwszą od miesięcy wolną sobotę. Jeśli chłopcy się rozchorują, może zapomnieć o odpoczynku. Najgorsze, że równie dobrze mogą się rozchorować całą rodziną.

– Muszę lecieć. – Michał wstał, przerywając jej rozmyślania. – Daj znać, gdyby coś się wydarzyło.

– I co wtedy zrobisz? Wrócisz? – zapytała. W jej głosie dało się wyczuć pretensję. Dobrze wiedziała, że Michał zostanie w pracy. To, że zjedli dziś razem kolację, wynikało z jej wcześniejszego powrotu do domu. Zazwyczaj mijali się w progu.

Michał zajmował się nagłaśnianiem imprez. Jeśli ktoś opowiadał o nienormowanym czasie pracy, Mira w myślach sapała: „Taaa! Co wy o tym wiecie?!”.

Był piątek. Więc jak co tydzień mąż „obstawiał” jakąś imprezę, koncert, event… Mira często nie wiedziała nawet gdzie. Zdarzało się, że dzwonił do niej z innego województwa, a ona dziwiła się, że nie ma go w mieście. Jego praca wymagała obecności w przeróżnych miejscach, Mira zupełnie za tym nie nadążała. I chociaż zawsze pytała, a on zawsze odpowiadał, nie była w stanie połączyć dni z miejscami i wszystko jej się myliło. Lubiła, gdy pracował w mieście lub okolicy. Wtedy, choć nad ranem, przynajmniej wracał do domu. Lubiła te momenty, kiedy cichutko wchodził do pokoju, aby nie obudzić dzieci. Wychwytywała jego obecność, jeszcze zanim podniósł kołdrę. Nie otwierała oczu. W półśnie przesuwała się na jego stronę łóżka. Jakby wiedziona instynktem, który kazał jej być blisko męża. Wtulali się w siebie. Michał czasami szeptał jakieś słowa powitania – ona mruczała tylko przez zamknięte usta. Nie mówiła nic, chcąc pozostać na granicy snu i jawy. Czując się bezpiecznie, zapadała znowu w swój łagodnie przerwany sen.

Ich mieszkanie było tak maleńkie, że sypialnię chłopców, jeśli w ogóle można było ją tak nazwać, stanowiła przestrzeń wydzielona z pokoju regałem i ścianką z karton-gipsu, którą Michał sam zbudował. Trudno było o intymność. Chwile miłosnych uniesień następowały zazwyczaj tylko pod nieobecność dzieci – czyli rzadko. Po siedmiu latach małżeństwa Mira nadal czuła ogromną miłość do Michała. Łączyła ich więź silniejsza niż potrzeby seksualne, chociaż i to było piękną częścią ich życia.

Wydarzenia ostatnich lat stanowiły papierek lakmusowy ich związku. Pokazały, że nic ich nie złamie, że sobie ufają, potrafią się wspierać i kochać. I chociaż codzienność była paskudnie trudna, trwali przy sobie. A Mira nigdy nie zapomniała o tym, jak wiele musieli przejść, aby zasłużyć na spokojny sen.

Rozdział 3

Wiosna 2013

Tego dnia Zygmunt Kolski zadzwonił do Michała z prośbą o spotkanie.

– Tato! Nie możesz tak robić. Jesteś pod drzwiami? Nas nie ma w domu.

– Nie, nie pod drzwiami. Jestem w okolicy, chciałem podejść – odparł spokojnie Zygmunt. – O której będziecie?

– Ja jestem w robocie, a Mira ma jakieś spotkanie z dziećmi i koleżanką.

– A ty nie pracujesz wieczorami? – przerwał mu szczerze zdziwiony ojciec. – Myślałem, że te koncerty to wieczorami albo nocą.

– Tato, proszę cię. Tyle razy ci to mówiłem. Koncerty są wieczorami, ale wcześniej trzeba wszystko przygotować, ustawić… Właśnie to robię. Możemy się umówić w przyszłym tygodniu? – Zniecierpliwiony Michał ściskał palcami nasadę nosa. Irytowało go, że ojciec ciągle nie rozumie ani nie szanuje jego pracy. Dzwoni nie w porę. Przeszkadza.

– Synu, w przyszłym tygodniu będzie po temacie.

– A powiesz mi przynajmniej, o co chodzi?

– Nie. Chcę to opowiedzieć tobie i Mirce, i to musi być dzisiaj.

– Przykro mi, tato. Nie dam rady.

– Michał, no zrób sobie dwie godziny przerwy. – Ojciec nie dawał za wygraną.

– Za dwie godziny, tato, to ja muszę mieć to wszystko gotowe – odpowiedział ostro Michał.

– Nie mógłby ktoś za ciebie tego…

– Nie mógłby! – przerwał mu w pół zdania. – Muszę kończyć. Zdzwonimy się. Pa!

– Pa – odparł zrezygnowany Zygmunt, ale Michał już tego nie usłyszał.

Zirytowany wrócił do swojej pracy. W myślach nadal powtarzał ostatnie słowa ojca: „Nie mógłby ktoś…”. No nie mógłby. Jezu, on niczego nie rozumiał! Całe życie na tej swojej ciepłej posadzie… Kurwa! Pan dyrektor! Myśli, że do śmierci będzie nimi zarządzał!?

– Mireńko. Bardzo pilna sprawa wyszła. Czy możemy się spotkać? – zapytał Zygmunt swoją synową zaraz po tym, jak odebrała telefon.

– Cześć, tato. Coś się stało? – odparła zaskoczona. – Kiedy chciałbyś się spotkać?

– Najlepiej od razu. Teraz. Mógłbym do ciebie podjechać albo może spotkalibyśmy się w kawiarni Za Rogiem – powiedział i dopiero w tym momencie przypomniał sobie, że wedle słów Michała Mira umówiła się z koleżanką. Informacje tak szybko mu uciekały. Myśli się mieszały. Zawsze w takich sytuacjach czuł, jak bardzo się starzeje.

– Tato, przepraszam cię, ale teraz jestem z chłopakami na spotkaniu. Możemy się umówić na jutro? Przyjedźcie z mamą na kawę – zaproponowała uprzejmie, mimo że jej relacje z teściową były raczej chłodne.

– Mireńko. Jutro będzie za późno. Mówiłem to samo Michałowi. To jest pilny temat. Potrzebuję tylko chwili na rozmowę. Pomyślałem, że skoro Michał nie może, to chociaż ty… Musimy podjąć ważną decyzję. Jeszcze dzisiaj – mówił pośpiesznie, gubiąc oddech.

– Ale o co chodzi? Coś się stało?

– Nic się nie stało. To dobre wieści, zwłaszcza dla was, ale musimy się spotkać.

– Dobra. Daj mi chwilkę. Pogadam z koleżanką i zaraz do ciebie oddzwonię – odparła Mirka.

Coś jej mówiło, że teść nie odpuści. Szybciej załatwi sprawę, spotykając się z nim, niż próbując wydusić z niego informacje przez telefon. Trochę go już znała. Był ciepłym, serdecznym człowiekiem, ale też upartym. Szaleńczo kochał swoich wnuków, udowadniał to na każdym kroku, a jednocześnie nie potrafił okazać miłości własnemu synowi.

Mira domyślała się, że Zygmunt go szanuje i ceni. Tyle że pochodził z tego pokolenia mężczyzn, którzy nie okazywali uczuć dzieciom, zwłaszcza synom. Wychodzili z założenia, że syna należy wychować, a nie się nad nim rozczulać. Zapewnić mu wzorzec silnego, niezłomnego mężczyzny.

Wszystko się jednak zmienia, gdy na świat przychodzą wnuki. Tego ognia, który tli się w sercu przez całe rodzicielskie życie, nie da się już upilnować, zatrzymać ani zdusić w środku. Pierwszy wnuk otwiera drzwiczki piecyka na całą szerokość, każdy kolejny pilnuje, aby się już nigdy nie zamknęły. Tak właśnie było w przypadku Zygmunta. Zwariował na punkcie chłopców. Zabierał ich na spacery, grał z nimi w planszówki, czytał im bajki. Uczył wiązać sznurówki, obserwował z nimi ptaki.

Mirze przeszło przez myśl, że może Zygmunt chce zabrać chłopców na noc. Tego jeszcze nie próbowali, ale w sumie Piotruś miał już prawie trzy lata… Z pewną nadzieją mimochodem pomyślała o wolnym wieczorze.

– Tato, a możesz przyjechać do centrum? – zapytała, gdy teść odebrał połączenie. – Jesteśmy z dziećmi w klubokawiarni. Chłopcy bawią się w strefie malucha, koleżanka na nie zerknie, a my będziemy mieli chwilę na rozmowę. Wyślę ci adres esemesem.

– Dobrze. Do zobaczenia – odparł uradowany Zygmunt.

Rozłączył się i poczekał parę sekund z telefonem w dłoni. Po chwili ruszył na przystanek. Nie jeździł już po mieście samochodem. Wiedział, że jeśli wsiądzie w tramwaj numer pięć, dojedzie do centrum w mniej więcej kwadrans. Komunikacja miejska była, w jego ocenie, najbardziej efektywna, a spacer na przystanek mobilizował go do ruchu. Zdarzało mu się, kiedy miał trochę więcej czasu, wysiąść przystanek albo dwa wcześniej, aby spacer był dłuższy.

Gdy tylko wszedł do klubokawiarni, bez problemu odnalazł Mirę wzrokiem. Siedziała radosna w towarzystwie innej, równie młodej i roześmianej kobiety. Żywo o czymś dyskutowały, nie patrząc jednak na siebie, a na bawiące się dzieci.

– O! Jesteś! Dzień dobry. – Mira wstała i objęła teścia na powitanie.

Zygmunt odwzajemnił gest i szarmancko ukłonił się Kasi.

– Szanowna pani pozwoli, że zabiorę Mirę na pół godzinki? – zapytał teatralnie, składając obie dłonie na klatce piersiowej.

– Ale tylko na pół – odparła kokieteryjnie Kasia.

– Oddam ją. Obiecuję. Pozwólcie tylko, moje panie, że najpierw przytulę swoje wnuki. – Delikatnie skinął głową i odszedł w stronę bawiących się chłopców.

Na jego widok Leoś i Piotruś krzyknęli donośnie, po czym rzucili się w objęcia dziadka. Zygmunt przykucnął, aby być jak najbliżej wnuków. To była najszczersza miłość. Ich relacja wychodziła daleko poza to, co znała Mira. Ona co prawda doświadczała czułości ze strony swojej babci, ale dziadek był jej zupełnie obcy, osowiały, nieobecny pan z ponurą twarzą. Lubiła przyglądać się swoim bliskim w takich momentach. Czuła ciepło w całym ciele, a na twarzy mimowolnie pojawiał się uśmiech.

– Dzień dobry, moje orlęta!

– Dziadku, pobawisz się z nami? – zapytał ucieszony Leoś.

– Nie tym razem. Chciałem was tylko uściskać. Zabieram waszą mamę na krótką rozmowę. Będziemy cały czas tutaj, w sali obok, tej dla smutnych dorosłych – szepnął konspiracyjnie.

– Dlaczego smutnych, dziadku? – zapytał zdumiony Piotruś.

– Są smutni, ponieważ nie ma tam bawiących się dzieci – wyszeptał z uśmiechem Zygmunt.

Chłopcy się roześmiali. Przybili z dziadkiem piątki i wrócili do zabawy z Szymonem, synem Kasi.

W drugiej sali znajdowały się zaledwie cztery małe, okrąg­łe stoliki. Na każdym z nich stał kryształowy flakonik z bukietem miniaturowych goździków oraz plastikowy stojak z menu. Zygmunt odsunął Mirze krzesło i uprzejmie wsunął je, gdy siadała. Zajął miejsce naprzeciwko. Wziął do ręki menu i zaczął je obracać w palcach.

– Napijesz się kawy? – zapytał.

– Dziękuję. Zamów tylko dla siebie. Powiesz mi, o co chodzi? – odparła, chwytając się za ramiona i opierając łokcie na stoliku. Delikatnie nachyliła się w jego stronę.

– Tak. Do rzeczy zatem. – Usadowił się wygodniej na krześle.

Tak jak ona oparł łokcie na stoliku i niespokojnymi ruchami to splatał palce, to chwytał lewą dłonią palce prawej i wykonywał ruch, jakby chciał sobie rozmasować knykcie. Dostrzegała w tych gestach zdenerwowanie zmieszane z podekscytowaniem.

– Miro, skarbie. Wiesz, że jesteś dla mnie jak córka – zaczął. – Chciałem, aby był przy tym Michał, ale może lepiej, że go tu nie ma, ty mu to dobrze przedstawisz.

Mira popatrzyła na teścia z lekkim niepokojem. Po tym wstępie myśl o nocowaniu chłopaków szybko uleciała. Coś wisiało w powietrzu, a ona zupełnie nie umiała wyczuć co.

– Całe życie ciężko pracowałem. Udało mi się odłożyć trochę pieniędzy. Ciągle zastanawiałem się, jak je ulokować, jak je jeszcze rozmnożyć. – Uśmiechnął się, zerkając jej prosto w oczy. Zrobił krótką pauzę.

Mira milczała w oczekiwaniu na ciąg dalszy.

– Wczoraj odwiedził mnie stary znajomy – podjął po chwili. – Jest w trudnej sytuacji, ale nie o tym… Chodzi o to, że musi sprzedać mieszkanie. Jedno z trzech, które ma. No i sprawa wygląda tak; pomyślałem, że to mieszkanie byłoby idealne dla was. Chłopcy nie mogą dorastać w tej ciasnocie, w której żyjecie. A tam są trzy pokoje. Duże! Całkiem obszerna kuchnia i do tego balkon. Dobrze by wam się tam żyło. Chłopcy mieliby się gdzie bawić, byłoby miejsce na biurka do nauki. Ty miałabyś swój kąt, aby odpocząć. Tak ciężko oboje pracujecie… – mówił, a Mira robiła coraz większe oczy.

– Ale, tato… – próbowała mu przerwać.

– Poczekaj. – Podniósł stanowczo dłoń. – Muszę skończyć. Nie chcę wam go kupić. Wiem, że Michał się na to nie zgodzi, uparty osioł. Poza tym nie mam aż tak dużo pieniędzy. Ale to, co odłożyłem, starczyłoby na wkład własny. Myślę, że na połowę albo jedną trzecią wartości. Na resztę na pewno dostalibyście kredyt.

– Tato, jestem wzruszona i bardzo ci dziękuję, ale czy to nie może poczekać? Spotkajmy się w niedzielę, wszyscy razem, z Michałem i mamą, i się zastanówmy – odparła spokojnie, starając się ukryć targające nią emocje. Od zawsze marzyła o dużym mieszkaniu. Miała już serdecznie dosyć życia w jednym pokoju.

– To nie może czekać. Do jutra muszę potwierdzić, czy się decydujemy. Ten człowiek czeka na zaliczkę. Pilnie potrzebuje tych pieniędzy. Nie chciał zbyt wiele wyjaśniać, i to nieistotne, ale obiecałem mu, że szybko damy mu odpowiedź. On dostanie ode mnie zaliczkę, podpiszemy umowę przedwstępną, a potem na spokojnie załatwicie sprawy z bankiem. Wiadomo, to będzie trochę trwało, ale najpilniejsze jest podjęcie decyzji i uregulowanie tej pierwszej wpłaty.

– Rozumiem. Ale wolałabym jednak tak ważne decyzje podejmować z Michałem. No i wypadałoby zobaczyć to mieszkanie. Przecież nie mogę nagle kupić mieszkania w ciemno, siedząc sobie w kawiarni – mówiła już mocno oszołomiona Mira.

Słyszała bicie własnego serca. Czuła, że zaczyna się pocić. Odgarnęła grzywkę dłonią i nerwowo przeczesała włosy palcami. To było najprawdziwsze z jej pragnień. Teść miał rację. To mogłoby się udać. Ale na litość boską, nie mogła odpowiedzieć mu tu i teraz. Na co on liczył?

– Tak, wiem. Umówiłem nas na jutro na oglądanie mieszkania. Nie chciałem wam tego mówić przez telefon, zwłaszcza że Michał, jak zwykle, nie miał czasu. Tak dużo pracujecie. On ciągle po nocach. Tak nie powinno być – dodał ze smutkiem w oczach. – Przegapi najlepszy czas… Ty też zasłużyłaś na lepsze życie.

– Wiem – odparła ledwo słyszalnie.

– Chcę wam pomóc, póki mogę. Póki tu jestem. Wspólnymi siłami damy radę.

– Tato, ale ty możesz nam pomóc w ten sposób przy jakimkolwiek mieszkaniu. To nie musi przecież być akurat to – powiedziała przytomnie.

– To prawdziwa okazja. Nie znajdziemy nigdzie tak dobrej oferty w takiej cenie. Nie wiem, jaką kwotę wyobrażasz sobie na moim koncie, ale zapewniam cię, że mnie przeceniasz. – Uśmiechnął się gorzko, wypuszczając powietrze przez nos. – Z tego, co wywnioskowałem, mój znajomy ma nóż na gardle. Cena jest zdecydowanie poniżej wartości mieszkania. Jeśli się nie zdecydujemy, pojutrze znajdzie się inny kupiec, bo to okazja, jaka się nie zdarza.

Mira splotła palce na karku i spojrzała głęboko w oczy tego starzejącego się człowieka. W oczy tak samo błękitne jak oczy jej męża. Wzięła głęboki wdech. Wstrzymała na chwilę powietrze, po czym, wypuszczając je, rzekła:

– No dobra, tato. Gdzie jest to mieszkanie?

Rozdział 4

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Lato 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Lato 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Lato 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Lato 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Koniec lata 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 28

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 29

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 30

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 31

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 32

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 33

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 34

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 35

Wiosna 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 36

Lato 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 37

Lato 2013

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 38

Zima 2014

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 39

Zima 2014

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 40

Sylwester 2014

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 41

Wiosna 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 42

Wiosna 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 43

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 44

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 45

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 46

Jesien 2015

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej