Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W tajemniczych okolicznościach ginie jeden z posłów polskiego parlamentu. Niedługo później służby odnajdują ciało innego, byłego już polityka. Były oficer UOP i ABW, Arek Wojna oraz emerytowany policjant Częstochowy, Jacek Piasecki na prośbę przyjaciela, krewnego jednego z zamordowanych przystępują do śledztwa, które odsłoni niebezpieczne powiązania polityki i wielkich pieniędzy. Środki masowego przekazu w naszym kraju co rusz donoszą o nielegalnych lub płonących składowiskach niebezpiecznych odpadów. Czy nasz kraj staje się wysypiskiem Europy? Czy rządzący nie wiedzą, z jakim problemem mamy do czynienia? Czy dostrzegają korupcję? A może wolą nie dostrzegać zagrożenia?
Polecamy również cykl "Usta mordercy". Gotowy scenariusz, na ostry polski film kryminalny.", "Świetna książka, świetnie przeczytana. Bardzo polecam!"- opinia słuchaczy audiobooka.
Artur Kawka - właściciel rodzinnej firmy handlowej, autor między innymi "Niebezpiecznego sąsiedztwa" oraz "Nawróconego".
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 363
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Artur KawkaMonika Wysocka
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału:
Ja poseł, Ojciec Chrzestny
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Lind&Co Polska sp. z o o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Redakcja: Magdalena Olejnik
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
(Grafiki wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind&Co Polska sp. z o o, Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-67718-53-0
Peryferia Siewierza, 17 czerwca 1995 roku, godzina 13:00.
Z małego, białego budynku, w którym kiedyś mieściły się biura dawnego GS-u, wyszedł elegancko ubrany, jasnowłosy mężczyzna. Mógł być nieco po czterdziestce. W ręku niósł skórzaną walizkę. Rozglądał się po bezchmurnym niebie, jakby czegoś na nim szukał. Wolnym krokiem podszedł do ciemnoniebieskiego mercedesa i otworzył drzwi pilotem. Położył aktówkę na tylnym siedzeniu, zdjął marynarkę i powiesił ją na wieszaku za fotelem kierowcy. Zamknął tylne drzwi i już miał usiąść za kierownicą, kiedy usłyszał zbliżający się samochód. Odwrócił głowę i zobaczył bmw swojego wspólnika. Mężczyzna przez chwilę zastanawiał się, czy jednak nie wsiąść i nie odjechać, ale postanowił zaczekać. Stanął przy swoim aucie, obojętnie zakładając ręce na piersi. Bmw zatrzymało się i wysiadł z niego wysoki, szczupły mężczyzna z długimi, ciemnymi włosami ubrany w markowy dres. Na oko wydawał się starszy od kierowcy mercedesa, choć w rzeczywistości był jego rówieśnikiem. Ciemna karnacja i styl życia sprawiły, że wyglądał starzej o dobre dziesięć lat.
– Cześć, skończyłeś na dzisiaj? – zapytał przyjezdny.
– Tak, skończyłem – przytaknął kierowca mercedesa.
– Możemy zamienić zdanie?
– Na ten sam temat, o którym dyskutujemy od miesiąca?
Mężczyzna ubrany w dres podszedł do swego rozmówcy.
– Dziesięć lat pracy w Stanach nie nauczyło cię, że w życiu trzeba znaleźć się w odpowiednim miejscu i o odpowiedniej porze, żeby zarobić duży szmal? – zapytał kąśliwie. – Taka okazja może nam się więcej nie trafić.
Właściciel mercedesa opuścił ręce i oświadczył:
– Prowadzę z tobą firmę od pięciu lat, znam cię od urodzenia i wiesz co, Waluś, coraz bardziej wydaje mi się, że cię wcale nie znam. W życiu trzeba mieć pewne zasady. Moja babcia i rodzice zawsze uczyli mnie, że trzeba jeść małymi łyżkami, bo dużą można się łatwo zachłysnąć.
– Co ty, Jasiu, pierdolisz! Jak nie my, to kto inny zgarnie ten szmal! – krzyknął poirytowany kierowca bmw.
Elegancko ubrany mężczyzna przysunął się jeszcze bliżej i patrząc mu prosto w oczy, prawie szeptem zapytał:
– Nie przeraża cię to? Nie przeraża cię, że ty, twoje dzieci i wnuki będą chodzić po tym wszystkim jakby nigdy nic po tej ziemi?
– Naczytałeś się, kurwa, jakichś wzniosłych frazesów – zasyczał przez zęby człowiek w dresie. – Świat tak nie działa, ma cię w dupie. Dzisiaj to albo ty i ja, albo kto inny zgarnie ten szmal i dogada się z tym gościem.
– Wiesz co, czasem żałuję, że wziąłem cię do spółki – oświadczył chłodno posiadacz mercedesa. – Sprawdziłeś chociaż, kim jest ten człowiek? Co wcześniej robił w Niemczech?
– Każdy ma coś za skórą – wzruszył ramionami kierowca bmw. – Ten gość ma duże możliwości.
– Może dla ciebie. Dla mnie to zwykły bandyta. Zasięgnąłem o nim opinii i wiem jedno: Nie chcę mieć z tym nic wspólnego i nie zgodzę się na jego wejście do mojej firmy i wspólne z nim interesy.
– Kurwa, jaki ty jesteś uparty. – Mężczyzna w dresie z niedowierzaniem kręcił głową.
– Jest rozwiązanie – zauważył nagle chłodno jego rozmówca.
– Jakie?
– Podział firmy. Oczywiście to, co zarobiliśmy, pół na pół, a aport zgodnie z umową spółki. Jak wiesz, to ja wniosłem cały kapitał.
Kierowca bmw pokiwał głową, spoglądając w dal, a jego wspólnik ciągnął:
– Nie mam czasu. Lecę z Eweliną i dziećmi do Leszna. Przemyśl to do poniedziałku. Przecież nie wiązaliśmy się do końca życia. – Odwrócił się na pięcie, wsiadł do samochodu i odjechał bez pożegnania.
– Nie wiązaliśmy się do końca życia – powtórzył niczym echo człowiek w dresie.
Stał na parkingu dobre kilka minut, aż wreszcie skierował się do małego biura. Wyjął klucze, otworzył drzwi i wszedł do pomieszczenia. Wyjął komórkę, wybrał numer, a kiedy rozmówca się zgłosił, powiedział cicho:
– Musisz przystąpić do działania, tylko mnie nie zawiedź…
Prowadzący mercedesa po wyjechaniu z parkingu też sięgnął po telefon. Po chwili usłyszał w słuchawce znajomy, kobiecy głos:
– Tak, kochanie, wyjeżdżam z domu. Za pół godziny będziemy na lotnisku.
– Słuchaj, Ewelina, weź dzieciaki i kup im coś po drodze. Spóźnię się, będę za godzinę. Kocham was.
– Jesteśmy we dwójkę. Adaś został z twoimi rodzicami, nie chciał lecieć.
Mężczyzna z niedowierzaniem pokręcił głową i miał już rzucić jakiś ostrzejszy komentarz, gdy usłyszał:
– On ma dopiero pięć lat. Nie możesz zmuszać go do czegoś, czego nie chce robić.
– Dobra – ustąpił z westchnieniem. – Kup coś Bartkowi i widzimy się za godzinę na lotnisku.
Po godzinie przebijania się przez zatłoczony Śląsk kierowca mercedesa dotarł na lotnisko Aeroklubu w Katowicach. Zaparkował, wyjął z bagażnika torbę podróżną i zniknął w budynkach mieszczących biura i wieżę lotów. Przebrał się w szatni i ruszył w kierunku hangaru, gdzie znajdowała się jego prywatna wilga. Kiedy dotarł pod hangar, zobaczył samolot, przy którym stali jego żona oraz mechanik. Na jego widok ten drugi przeprosił kobietę i podszedł.
Przywitali się, podając sobie ręce.
– Jak tam panie Stanisławie, wszystko pan sprawdził?
– Jasne, panie dyrektorze, wsio gra! Silniczek sprawdzony, paliwo zatankowane, a pogoda też dopisuje. Dopiero jutro późnym wieczorem ma się trochę chmurzyć, ale zdąży pan dyrektor wrócić z Leszna – objaśniał mechanik.
Mężczyzna tytułowany dyrektorem wyjął z kieszeni kilka banknotów i podał je mechanikowi.
– To dla pana.
– Dzięki, panie dyrektorze! Jak zawsze do usług.
Mechanik uśmiechnął się, żartobliwie zasalutował i ruszył w stronę hangaru.
– Gdzie Januszek? – zapytał mężczyzna, podchodząc do żony.
Zamiast odpowiedzi usłyszał jednak szczęśliwy, dziecięcy głos dochodzący z kabiny samolotu.
– Tatuś, tatuś, lecimy! – krzyczał chłopiec.
Po kwadransie samolot wzbił się w niebo, kierując się w stronę lotniska w Lesznie Wielkopolskim.
***
Dwadzieścia lat później. Okolice ogródków działkowych mieszczących się na przedmieściach Wrocławia.
Wzdłuż skąpo oświetlonej latarniami ulicy szedł przygarbiony, ubrany w brudne, podniszczone spodnie i dziurawy sweter, siwowłosy mężczyzna. Za sobą z wysiłkiem ciągnął wózek, jakich zwykle używają złomiarze. Powoli zbliżał się do opuszczonego domku letniskowego. Zaniedbany, drewniany budynek, którego właściciele zmarli, od pięciu lat stanowił jego schronienie.
Gdy mężczyzna dowlókł się na miejsce, ustawił wózek przy prowadzących do wejścia schodkach, wyciągnął z niego reklamówkę i ruszył do drzwi. Kiedy stanął na niewielkim tarasie, zaczął grzebać w kieszeni, szukając kluczy. Nagle spostrzegł, że kłódka, która zabezpieczała wejście, leży wyrwana na parapecie.
– Skurwiele – warknął.
Otworzył drzwi i starając się zachować możliwie cicho, wszedł do ciasnego przedpokoiku. Przystanął, nasłuchując. Po kilku sekundach, nie słysząc niepokojących odgłosów, ruszył odważnie w głąb domku.
Dotarł do pokoju, który niegdyś stanowił ozdobę i najważniejsze pomieszczenie budynku, a teraz wyglądał niczym jedno wielkie złomowisko. Zmrużył oczy, rozglądając się po ciemnym pomieszczeniu. Nie zdążył zareagować, gdy z mroku wyłoniła się sylwetka uzbrojonego w metalową rurkę mężczyzny. Kloszard otrzymał silny cios w podbrzusze i runął na ziemię. Po chwili poczuł ogromny ból w prawym boku. To było kolejne uderzenie. Zaczął krzyczeć, ale napastnik szybko go uciszył, przyciskając mu butem krtań. Nie mógł wydać z siebie głosu, zaczął się dusić. Do tego oślepił go silny blask latarki. Zmrużył oczy i kiedy czuł, że za chwilę straci przytomność, napastnik podniósł nogę z jego szyi. Siwowłosy zakaszlał, z ledwością łapiąc oddech.
– Jeżeli zaczniesz się drzeć, to pogłaszczę cię rurką.
Zaatakowany kiwnął głową, bojąc się odezwać.
– Jesteś Gustaw Kałuża? – padło pytanie.
Leżący przez chwilę wahał się, co i czy w ogóle odpowiedzieć, ale ruch ręki uzbrojonej w metalową pałkę wywołał w nim przemożną wręcz chęć współpracy z napastnikiem.
– Tak, tak Kałuża – przytaknął gorliwie. Dopiero teraz, gdy sprzed oczu zniknęły plamy po oślepieniu latarką, a wzrok przyzwyczaił się do mroku, dostrzegł, że człowiek, który go zaatakował, ma na głowie kominiarkę.
– Od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego do dziewięćdziesiątego szóstego roku pracowałeś jako mechanik na lotnisku w Muchowcu, a później przeniosłeś się do Rybnika?
– Tak – wyszeptał kloszard.
– Pięć lat cię szukałem – oznajmił z nieskrywaną satysfakcją stojący nad swoją ofiarą mężczyzna i sięgnął po coś, co leżało na podłodze.
Gustaw z przerażeniem dostrzegł w półmroku plastikowy kanister. Napastnik odkręcił go i zaczął oblewać jego zawartością leżącego mężczyznę. Całe pomieszczenie wypełnił zapach benzyny.
– Co ty człowieku robisz? Co robisz? – zaczął skomleć kloszard.
Gdy kanister był już pusty, napastnik odstawił go na bok i skierował snop światła latarki prosto w oczy leżącego.
– Masz dwie możliwości, Gustaw – oznajmił. – Pierwsza: zdradzisz mi parę faktów ze swojego parszywego życia. Wtedy sobie pójdę. Druga: zaczniesz kłamać albo stracisz pamięć, a usmażę cię jak kurczaka na rożnie. Którą opcję wybierasz? – zapytał, po czym wyciągnął z kieszeni spodni zapalniczkę, którą podstawił pod nos kloszarda.
– Proszę pana, ja nic nie zrobiłem, proszę mnie nie krzywdzić. Chodzi o ten domek okradziony w zeszłym roku?
– Nie, Gustaw, nie chodzi o żaden pierdolony domek – zasyczał napastnik.
– To o co? Mam się stąd wynieść?
– Nie, jeżeli powiesz prawdę, możesz tu zostać. Jeśli skłamiesz, to też tu zostaniesz, tylko ja zaoszczędzę zakładowi pogrzebowemu kosztów kremacji.
– Czego pan chce? – zajęczał leżący.
– Byłeś hazardzistą. W dziewięćdziesiątym piątym przegrałeś dużą sumę. Kto spłacił za ciebie dług?
Po plecach Kałuży spłynął zimny pot. Może chodziło o jakieś stare, niespłacone długi.
– Tak, ale to było kupę lat temu – wyszeptał.
– To wysil swój mózg, jeżeli nie chcesz kremacji bez znieczulenia. Jak mnie spróbujesz okłamać, to drugiej szansy nie będzie – powiedział oprawca i podniósł metolową pałkę.
– Niech pan mnie nie bije – zaskomlał Gustaw. – Powiem wszystko jak na spowiedzi. Jak na spowiedzi…
Napastnik zamachnął się, ale cios trafił w podłogę obok leżącego.
– Zadam ci ostatni raz pytanie. Albo odpowiesz na nie szczerze, albo wyjdę stąd, a ty będziesz zdychał w niewyobrażalnych męczarniach – ostrzegł napastnik, skierował światło latarki wprost na zapalniczkę, by po chwili powrócić na twarz Gustawa. – Ile przegrałeś w dziewięćdziesiątym piątym, kto spłacił za ciebie ten dług i co za to zrobiłeś dla tej osoby? – zapytał zachrypniętym głosem.
Kwadrans później mężczyzna stanął na progu zagraconego pokoiku, zapalił zapalniczkę i wykonał ręką ruch, jakby miał zamiar rzucić ją do środka.
Z podłogi dochodziły jęki i skamlanie:
– Niech pan tego nie robi, niech pan tego nie robi.
Napastnik oświetlił latarką skulonego kloszarda, przyjrzał mu się, zgasił zapalniczkę i spokojnie powiedział:
– Będziesz, Gustaw, musiał do końca swojej nędznej wegetacji żyć ze świadomością tego, co zrobiłeś. Kiedyś staniesz przed Bogiem i to On cię za to osądzi.
Po chwili wyszedł z domku i zniknął w ciemnościach nocy.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
Prolog
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI
Rozdział XII
Rozdział XIII
Rozdział XIV
Rozdział XV
Rozdział XVI
Rozdział XVII
Rozdział XVIII
Rozdział XIX
Rozdział XX
Rozdział XXI
Rozdział XXII
Rozdział XXIII
Rozdział XXIV
Rozdział XXV
Rozdział XXVI
Rozdział XXVII
Rozdział XXVIII
Rozdział XXIX
Rozdział XXX
Rozdział XXXI
Rozdział XXXII
Rozdział XXXIII
Rozdział XXXIV
Rozdział XXXV
Rozdział XXXVI
Rozdział XXXVII
Rozdział XXXVIII
Rozdział XXXIX
Rozdział XL
Rozdział XLI
Rozdział XLII
Rozdział XLIII
Rozdział XLIV
Rozdział XLV
Rozdział XLVI
