Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Rosa i Diego Santos to meksykańskie rodzeństwo, którego życie nagle wywraca się do góry nogami. Oszukany przez kumpla Diego trafia na prywatne spotkanie szefa meksykańskiego kartelu z irlandzkim biznesmenem - Michaelem Walkerem. Dochodzi do strzelaniny, po której Michael uchodzi za zaginionego.
Niebezpieczna sytuacja skłania Rosę do wylotu za ocean, gdzie spodziewa się znaleźć Michaela. Chce prosić go o wybaczenie, zanim jej rodzinę dopadnie bezlitosny baron narkotykowy z Veracruz. W irlandzkim Galway kobietę przygarnia pod swój dach urocza Ana, której ojciec okazuje się tym, kogo Rosa szukała.
Czy Meksykanka przyzna się nowej znajomej, co wie na temat jej krewnego? Co wspólnego ze sprawą ma manager Michaela i dlaczego syn biznesmena postanawia lecieć do Meksyku? Czy brat Rosy posłusznie pozostanie w ukryciu? Jak skończy się ta cała interferencja zdarzeń i dokąd uniosą bohaterów burzliwe fale incydentów?
O autorce
Rubie Amick – działająca pod pseudonimem literackim urodzona pisarka, która nazywa siebie obywatelem świata, podkreślając, że niebo wszyscy mamy takie samo. Choć ukończone studia wskazywały na inny zawód, od zawsze zajmowała się tworzeniem różnych treści. Powieść "Interferencja" to debiut książkowy, wydany w ramach self-publishingu. Autorka z pewnością nie zamierza na nim poprzestać. Prywatnie ogromna miłośniczka natury, muzyki i tańca.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 219
Rok wydania: 2023
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Rubie Amick
Opracowanie redakcyjne
Rubie Amick
Redakcja techniczna i skład
Rubie Amick
Korekta
Rubie Amick
Opracowanie graficzne okładki i stron tytułowych
Rubie Amick
Konwersja do wersji elektronicznej
Rubie Amick
Wydanie elektroniczne 2023
ISBN: 978-83-969250-1-5
Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest w tej książce wyłącznie przypadkowe.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Niniejszy plik jest chroniony prawem autorskim i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).Uzyskany dostęp do tego pliku upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Odsprzedawanie, powielanie, zmienianie albo rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody właściciela praw autorskich jest zabronione.
Dozwolone jest publiczne udostępnianie okładki książki.
Kontakt
Tym, którzy mnie wspierali.
~ ROSA ~
Południe już minęło, kiedy Rosa sączyła kawę, obserwując przez okno ludzi na ulicy. Starała się zapanować nad negatywnymi myślami, ale tym razem to one okazały się silniejsze. Wstała i zaczęła przechadzać się po swoim mieszkaniu. Przez ostatnie lata właśnie to miejsce było dla niej przyjemnym azylem.
Kobieta przeszła do niedużej sypialni na końcu korytarza i stanęła w drzwiach, przyglądając się przez chwilę mężczyźnie przy biurku. Oczy Rosy zaczęły zachodzić łzami, ale szybko potrząsnęła głową, próbując pozbyć się uczucia, które miało nią zaraz zawładnąć.
Mężczyzna odwrócił się.
– To już? – zapytał posępnym głosem.
– Wychodzę – wyszeptała Rosa i pospiesznie oddaliła się do kuchni, cały czas walcząc ze łzami.
Nie chciała teraz płakać, ani okazywać słabości czy zwątpienia. Wiedziała, że musi być dla niego silna. Jak zresztą od kilku lat, kiedy niespodziewanie stała się głową tej niewielkiej rodziny, nie mając nawet innego wyjścia.
Zmyła kubek i odłożyła na swoje miejsce, a potem podeszła do walizki stojącej przy drzwiach wejściowych. Chwilę później dołączył do niej współlokator, z nieskrywanym grymasem na twarzy.
– Do zobaczenia, kochany Diego. – Rosa mocno przytuliła mężczyznę i łzy popłynęły jej po policzkach.
– Nie musisz wyjeżdżać, nie zostawiaj mnie teraz. Inaczej to załatwimy – odparł ze smutkiem.
– Jestem pewna, że sobie poradzisz. Jestem pewna, że to tylko tymczasowa sytuacja. Musi być w końcu dobrze. Obiecuję ci to. – Kobieta dyskretnie otarła z policzka łzy i chwyciła za walizkę. – Taksówka już na mnie czeka. Zadzwonię do ciebie później. Jeszcze to wszystko odkręcę. – Wyszła, cicho zamykając drzwi.
Przez całą podróż milczała, obserwując ze ściśniętym gardłem swoje rodzinne miasto. Miała nadzieję, że szybko wróci do malutkiego Alvarado.
Rosa postanowiła przerwać negatywne przemyślenia muzyką oraz zdrzemnąć się aż do stolicy Meksyku. Wizja wylotu do nieznanego kraju nie była zbyt optymistyczna. Rosa zapadła w niespokojny sen.
Głośne trąbienie obudziło kobietę, która gwałtownie podskoczyła na tylnym siedzeniu. Słuchawki przy tym zsunęły jej się z uszu, dopuszczając do nich hałasy ruchu ulicznego, połączonego z głośnym lotniskowym gwarem. Kierowca zdenerwowanym tonem informował Rosę, że są już na miejscu. Zapłaciła mężczyźnie za przejazd, zabrała swoją małą walizeczkę i wysiadła, kierując się na odprawę.
Przez cały czas miała mieszane uczucia. Próbowała zagłuszyć natrętne myśli, że jej plan naprawy sytuacji może się jednak nie udać. Jedna niewłaściwa decyzja Diega wplątała tę dwójkę w bardzo poważne kłopoty. Ich spokojne dotąd życie zmieniło się z dnia na dzień. Rosa nie wiedziała, czy jeszcze będzie jak dawniej i czy wrócą do swojej zwykłej, szarej codzienności w Alvarado.
– Bilet w jedną stronę do Dublina na dzisiaj, proszę – powiedziała do kasjerki, podając jej swoją kartę kredytową i dokument tożsamości.
Podróż zdawała się trwać wieki i była niezwykle męcząca, ale kobieta w końcu dotarła do celu, a jej stopy po raz pierwszy w życiu stanęły na innym kontynencie. Chłód przywitał Rosę, jakby wyczuwając jej kiepski ostatnio nastrój. Skrzywiła się i naciągnęła na głowę kaptur.
Dublin tego dnia wydawał się bardzo ponury i nieprzyjazny w szarych strugach chłodnego deszczu. Końcówki pofalowanych kasztanowych włosów Rosy, sięgających do łopatek, w kilka chwil były już całkiem mokre. Podobnie szybko też przemokła cieniutka kurtka, bez wątpienia źle dobrana do panującej tu pogody.
Jak dotąd, jedynym pocieszeniem w obecnej sytuacji była dla Rosy duża swoboda finansowa. Kobieta starała się ignorować nieprzyjemną aurę. Znalazła jakikolwiek bankomat, by wypłacić nieco gotówki i złapała pierwszą lepszą taksówkę napotkaną na drodze.
– Dzień dobry, proszę do Galway – odezwała się do kierowcy pojazdu.
Całe szczęście, że już od dziecka mogła uczyć się języka angielskiego w szkole. Jej ojciec niejednokrotnie przypominał domownikom, że człowiek jest tyle wart, ile zna języków. Chociaż w dorosłości była trochę sceptycznie nastawiona do tego stwierdzenia, to z pewnością znajomość języków obcych była przydatną umiejętnością.
Taksówkarz rzucił zdziwione spojrzenie.
– Jesteś pewna, młoda damo? To będzie dla ciebie całkiem spory koszt – odparł z niedowierzaniem.
– Proszę jechać, na miejscu dopłacę panu resztę. – Wręczyła mężczyźnie od razu trzysta euro.
Taksówkarz jedynie coś odburknął niezrozumiale pod nosem i ruszył. Rosa próbowała oglądać Dublin zza szyby pojazdu, jednak krople deszczu zbyt mocno ograniczały jej widoczność. Miasto zdawało się dziwnie mroczne, choć może to obecne nastawienie kobiety tak negatywnie wpływało na jej sposób patrzenia.
Niestety myśli wciąż kotłowały się w głowie zmartwionej Meksykanki. Czy w tej sytuacji w ogóle można było postąpić jakoś inaczej? Kobieta zawiesiła wzrok na oparciu kierowcy, analizując koszmarne wydarzenia sprzed dwóch dni. Wniosek był tylko jeden – życie brata jest najcenniejsze.
Rosa ponownie przespała całą swoją podróż, aż do Galway. Obudziła się, kiedy niezadowolony taksówkarz dźgał ją palcem w ramię.
– Pobudka! Jesteśmy na miejscu! – zawołał.
Ocknęła się zdezorientowana, rozglądając się niepewnie dookoła. Deszcz tutaj już tylko delikatnie siąpił, a słońce zdążyło zajść. Rosa sięgnęła do portfela i dopłaciła mężczyźnie brakującą kwotę, po czym szybko opuściła pojazd, chwyciwszy swoją walizkę.
Taksówkarz odjechał niemal z piskiem opon, zostawiając kobietę samą. Rosa zastanawiała się dokąd w ogóle najpierw pójść i od czego zacząć. Ani trochę nie znała przecież Galway. Co gorsza, nawet nie pomyślała wcześniej, żeby zarezerwować sobie jakiś nocleg. Z zamyślenia wyrwało ją nagłe, głośne trąbienie samochodu.
– Hej, księżniczko! Może uważaj jak chodzisz! – krzyknął ktoś z wnętrza pojazdu, gwałtownie wymachując ręką przez okno od strony kierowcy.
Kobieta zorientowała się, że przystanęła na środku jezdni. Chwyciła swój bagaż i odruchowo odskoczyła na bezpieczny chodnik. Przystanęła tam jednak na chwilę, żeby najpierw lepiej rozejrzeć się po okolicy.
Taksówkarz najwidoczniej wysadził ją tuż przy starówce. Pod stopami miała charakterystyczną kostkę brukową, natomiast ogólna zabudowa okolicy była stosunkowo niska i wyglądała na wiekową. Rzeczywiście, ledwie po kilkuminutowym spacerze, dotarła na lokalny deptak. To miejsce okazało się dla Rosy bardzo zaskakujące.
Wąska uliczka, pomimo deszczu, cały czas tętniła życiem. Elewacje niewielkich kamienic wyróżniały się bogatą kolorystyką i urokliwymi dekoracjami czy też nietypowymi zdobieniami. Wszechobecne punkty gastronomiczne były gęsto obwieszone kwiatami w donicach, a wielobarwne szyldy stanowiły świetny kontrast do panującej pogody.
Rosa mijała też liczne cukiernie ze smakołykami, klimatyczne księgarnie czy sklepiki pełne pamiątek, obrazów, bibelotów oraz antyków. Niemal wszystkie te lokale miały unikalne, bardzo zachęcające szyldy.
Kobieta szła dalej, przyglądając się lokalnej architekturze, aż natrafiła na pub o nazwie Dark Folk. Wyglądał jak wyjęty wprost ze starszych irlandzkich filmów, które kiedyś często oglądała razem z ojcem.
Czerwone mury wyróżniały się już z daleka, a nazwa lokalu wytłoczona była czcionką w stylu gotyckim, niczym wyrwana z powieści o czarodziejach. Zachęcona tym Rosa weszła do środka i usiadła przy barze.
– Co podać? – zapytał barman, przecierając blat.
– Poproszę jeden kawałek pizzy wegetariańskiej i sok żurawinowy – odparła Rosa spoglądając na menu i w tym momencie ktoś potrącił ją w ramię.
– Bardzo przepraszam. – Przed nią stał dość młody, wysoki mężczyzna, o krótkich, rdzawych włosach i intensywnie piwnych oczach.
– W porządku. – Obojętnie odwróciła się od niego, by zacząć jeść pizzę, którą podano niemal od razu po zamówieniu.
– Podróż? Urlop? – zapytał wesoło.
Rosa niechętnie spojrzała znowu na mężczyznę. Nie miała ochoty na żadne rozmowy. Chciała tylko coś przekąsić i odpocząć. Myśl, że jeszcze nie wie, gdzie będzie spać, nie była zbyt przyjemna. Zbliżał się wieczór. Ten obcy nadal czekał na odpowiedź, a Rosa zastanawiała się jak go zbyć.
– Powiedzmy, że pobędę tu przez jakiś czas – odpowiedziała zdawkowo i wzięła kolejny kęs pizzy.
– Malutka ta twoja walizka – mężczyzna dalej ciągnął rozmowę, kiwając głową.
Wtedy też dołączyła do niego młoda dziewczyna w kolorowej sukience. Pomimo sporego chłodu panującego na zewnątrz, miała na sobie tylko lekką ramoneskę, na którą luźno opadały krótkie, lekko mokre blond włosy.
– Patrick, znowu zagadujesz naszych gości? Daj już tej kobiecie spokój – odezwała się do rudego mężczyzny. – Przepraszam, ale mój narzeczony uwielbia poznawać turystów. Jestem Ana. – Wyciągnęła dłoń ku Rosie.
Meksykanka skupiła na niej swój wzrok i od razu zwróciła uwagę na jej niesamowicie duże, niebieskie oczy, w odcieniu, jakiego Rosa jeszcze nigdy dotąd nie widziała. Zdobił je szeroki wachlarz wytuszowanych rzęs.
Ana miała w dodatku delikatną, ujmującą urodę – nieskazitelną, jasną cerę, bardzo ładne usta i niemal idealny owal twarzy. Rosa chwyciła podaną dłoń. Para wydawała się być przyjaźnie nastawiona.
– Rosa – przedstawiła się cicho. – Nic nie szkodzi. – Jadła dalej prawie już zimną pizzę, przyglądając się tej dwójce.
Ana zaśmiała się głośno, jednocześnie poklepując swojego partnera po ramieniu.
– To masz szczęście, Patrick – powiedziała rozbawiona do narzeczonego. – A pizza na koszt firmy – drugie zdanie skierowała do Rosy.
– Dziękuję, ale to będzie zbędne – odparła speszona tym wszystkim Meksykanka.
– Spokojnie, jestem córką właściciela tego lokalu. Tata na pewno się nie pogniewa. Wyglądasz mi na zmęczoną. Nie będziemy już przeszkadzać. Pewnie wolisz teraz pójść, żeby sobie odpocząć – odparła ciepłym głosem Ana.
Rosa na te słowa tylko westchnęła.
– No cóż, dopiero przyjechałam, więc po jedzeniu rozejrzę się za noclegiem. Dziękuję za miły gest. – Ponownie odwróciła się do swojej niemal zjedzonej pizzy.
– Kochana, nie musisz już nic więcej dodawać. Wstawaj! Idziemy! – Ana złapała ją za rękę.
Zdezorientowana Rosa ledwo zdążyła sięgnąć po swoją torebkę i kurtkę, a jej walizkę już chwycił Patrick. Dosłownie dwie minuty później cała trójka znajdowała się we wnętrzu samochodu obcej kobiety. Rosa nawet nie wiedziała dokąd mają jechać, ale była zbyt zmęczona, żeby teraz dociekać. Kobieta oraz jej narzeczony wydawali się być całkowicie niegroźni. Rosa natomiast i tak jeszcze nie miała pomysłu, gdzie nocować w czasie swojego pobytu w Galway.
– Zobaczysz. Na pewno za chwilę się ucieszysz z tej małej niespodzianki – powiedziała szeroko uśmiechnięta Ana, odpalając silnik.
Rosa siedziała w milczeniu na przednim siedzeniu, analizując w głowie wydarzenia z ostatnich kilku minut. Była też jednocześnie zaintrygowana tą całą niespodzianką, która na nią rzekomo czekała.
Pojazd powoli ruszał, kiedy przed maską nagle pojawił się młody mężczyzna. Ana zahamowała gwałtownie, a on uderzył dłonią w samochód, rzucając zdenerwowane spojrzenie, po czym pobiegł dalej.
~ JAMES ~
Ten dzień nie był dla niego łaskawy. Telefony urywały się już od rana. Tony – manager firmy – nieustannie próbował jakoś skontaktować się z Michaelem, ojcem Jamesa. Na dodatek Tony przed godziną nagrał chaotyczną wiadomość głosową, wskazującą, że może coś więcej wiedzieć na temat zaginięcia szefa.
James, słysząc to, nie namyślał się długo. Pospiesznie narzucił na siebie skórzaną kurtkę, po czym wybiegł z mieszkania, łapiąc po drodze swój kask.
Do celu miał zaledwie parę minut, więc wskoczył na motocykl, który idealnie nadawał się na krótkie dystanse po mieście. James szybko dotarł na miejsce, ale postanowił jednak zaparkować motocykl pod zadaszeniem jakiegoś pobliskiego sklepu i podbiegnąć do knajpy na nogach. Po drodze jeszcze sprawdzał wiadomości w telefonie, spodziewając się jakichś dodatkowych informacji na temat swojego ojca.
Zamyślony James nie rozglądnął się przed wkroczeniem na jezdnię i ocknął się dopiero wtedy, kiedy usłyszał gwałtowne hamowanie.
W samochodzie, który zatrzymał się przed nim, rozpoznał swoją siostrę, Anę. Ze złością uderzył w przód pojazdu, przeklinając pod nosem. Kobieta jednak wyraźnie to zignorowała. Odjechała szybko, wioząc z przodu jakąś obcą kobietę. James jednak nie zastanawiał się nad tym. Pobiegł dalej, do DarkFolk, zagadując barmana już od wejścia do lokalu.
– Gdzie jest Tony? – zapytał niecierpliwie.
– Spokojnie, już do ciebie idę – krzyknął manager z zaplecza i podszedł niespiesznie do Jamesa. – Udało mi się ustalić, że twój ojciec był na spotkaniu biznesowym w Veracruz dwa dni temu. Widział się z tym potentatem kawowym – Cortezem i mieli normalnie zamknąć umowę, tak, jak ustaliliśmy wcześniej. Opowiadał mi to Frank. Wiesz, nasz księgowy, który z nim leciał do Meksyku. Ponoć doszło jednak do dziwnego zamieszania, jacyś ludzie wdarli się nieproszeni na to spotkanie i zaczęli wszystkich atakować. Niestety tylko tyle wiem. Frank nie zdążył nawet dokończyć i połączenie nagle zostało przerwane. Teraz próbuję się z nim skontaktować, ale na próżno, nikt nie odpowiada. Twój ojciec również jakby zapadł się gdzieś pod ziemię – mężczyzna kontynuował przekonującym tonem.
– Co tam się do cholery wydarzyło?! Kto ich atakował?! Czy Cortez ma chociaż zamiar coś z tym zrobić?! – krzyczał przerażony James.
– Przecież ci tłumaczę, że sam mało co wiem. Z Cortezem jeszcze nie udało mi się o tym porozmawiać – odparł Tony, denerwująco spokojnym głosem.
– Czyli ojciec dotarł na to spotkanie bezpiecznie i na czas. Tylko dlaczego Frank nie zadzwonił do nas wcześniej? Co się stało z ojcem po tym całym zamieszaniu? – dopytywał bardzo zaniepokojony James.
– Frank mówił, że udało mu się uciec, ale stracił z oczu Michaela. Nasz księgowy biegł przed siebie, aż znalazł jakiś obskurny, pusty dom. Tam siedział wystraszony przez cały ten czas, mając chyba tylko jedną butelkę wody i jakieś batony. Mówił, że na początku był w dużym szoku. O ile dobrze zrozumiałem, opuścił w końcu swoją kryjówkę, żeby porządnie zjeść i zatelefonować do mnie, bo jego komórka dawno padła. Chyba dzwonił z jakiegoś przypadkowego sklepiku czy coś takiego. Zresztą Frank mówił bardzo chaotycznie i nerwowo. Nie zdążył nic konkretnego opowiedzieć, zanim rozmowa się urwała – odpowiedział wylewnie manager Michaela.
– Natychmiast wysyłaj tam ludzi! – krzyknął zdenerwowany James. – Niech szybko odnajdą mojego ojca! A ty mi lepiej powiedz, dlaczego tak bardzo chciał sam lecieć do Meksyku i odsunął mnie od tej całej sprawy! Czułem, że ostatecznie coś tam może pójść nie tak! Na pewno ci mówił, czemu mnie nie bierze ze sobą! – Mężczyzna rozgorączkowany wybiegł z pubu, nawet już nie czekając na odpowiedź managera.
James był wściekły, ale jednocześnie odczuwał ogromny strach. Martwił się o swojego ojca, z którym czuł się bardzo związany. W takich trudnych sytuacjach James na szczęście miał kogoś, kto zawsze go wspierał. Sięgnął po telefon i wybrał numer do siostry.
– Ana? Tony skontaktował się z Frankiem. Na spotkaniu w Meksyku coś poszło nie tak. Nie wiem co robić – mówił pospiesznie James.
– Uspokój się i przyjedź do mnie. Zastanowimy się, co dalej – odpowiedział głos w słuchawce.
James rozłączył się i przysiadł na chwilę na ławce, by pozbierać myśli. Nie zwracał już nawet uwagi na niską temperaturę i krople deszczu, coraz liczniej spadające na jego gołą głowę. Myślał o tym, ile razy na próżno prosił ojca, by wspólnie polecieli na spotkanie do Meksyku.
Niestety Michael zazwyczaj sam załatwiał najistotniejsze kwestie biznesowe. Rodzinna firma od samego początku była dla niego bardzo ważna, natomiast długo wyczekiwany kontrakt z Cortezem – kluczowy dla rozwoju gastronomicznego interesu ojca Jamesa.
Michael jednak zbyt często odsuwał syna od tak znaczących spraw, co Jamesowi nigdy się nie podobało. Przez to rodzinna firma wcale jeszcze nie była taka rodzinna. Teraz młody mężczyzna podejrzewał, że nadszedł moment, kiedy jego ojciec ostatecznie przeliczył się co do swoich możliwości i wpadł w poważne kłopoty za oceanem.
James w końcu wstał z ławki i poszedł w stronę zaparkowanego motocykla. Postanowił najpierw wrócić do swojego mieszkania, żeby wykonać kilka telefonów do współpracowników ojca. Chwilę później przekonał się, że nic nowego się od nich nie dowie.
James nie chciał wobec tego zwlekać i tracić czasu na bezczynność. Zresztą nie mógł się już skupić na niczym innym. Zmienił tylko koszulkę na świeżą, chwycił ulubioną czarną kurtkę i wyszedł z mieszkania. Ponownie wskoczył na swój motocykl i tym razem już pojechał prosto pod adres, gdzie mieszkała jego siostra z narzeczonym.
Dom był prezentem ślubnym od ich ojca, a wesele miało się odbyć zaledwie za kilka miesięcy. Chociaż James bardzo cieszył się ze szczęścia Any, to nadal nie rozumiał jej pośpiechu w kwestii małżeństwa. Była przecież jeszcze taka młoda, miała bardzo dużo czasu do namysłu. Młodzieniec nie był zwolennikiem szybkich ślubów, które niestety równie szybko mogły skończyć się bolesnym rozstaniem.
James musiał jednak przyznać, że dzięki tej okazji siostra otrzymała świetny podarunek, który posłuży nawet kilku pokoleniom. W dodatku okolica robiła na nim ogromne wrażenie. Widok z okien domu na wody Atlantyku był niemal majestatyczny i zawsze go uspokajał.
Mężczyzna podjechał motocyklem do bramy na posesji. Od dawna znał kod wejściowy, więc nawet już nie dzwonił wideofonem. Przywitał się z psem siostry, przez chwilę go głaszcząc i zbliżył się do drzwi wejściowych. Od środka dobiegał wesoły gwar rozmów. James usłyszał też nieznajomy, kobiecy głos. Czyżby Ana miała teraz jakichś gości? Młodzieniec chwycił za klamkę i wszedł do domu.
~ ROSA ~
Pędzili ulicami Galway, które po zmroku wyglądały bardzo klimatycznie. Niestety deszcz ciągle kropił, uderzając głośno o szyby. Ana miała wyraźne zapędy do zbyt szybkiej jazdy, co zaczęło Rosę odrobinę stresować. Na szczęście chwilę później dojechali już na miejsce, a oczom kobiety ukazał się duży dom w wiktoriańskim stylu, otoczony pięknym, przestronnym ogrodem.
Cała posesja była bardzo zadbana i zaaranżowana w doskonałym guście. Widać było przeróżne ozdobne drzewka czy krzewy oraz unikalne, nawet egzotyczne rośliny. Rosę zachwyciło też urocze oczko wodne z fontanną. Na przydomowym zadaszonym tarasie z kolei urządzona była spora komfortowa strefa relaksu. Ana miała tam wygodnie wyglądające meble i romantyczną huśtawkę.
W dalszym kącie ogrodu natomiast stała unikalna, rzeźbiona altana, oświetlona klimatycznymi lampkami, do której prowadziła alejka z dekoracyjnych kamyczków. Wokół tej altanki biegał śliczny biały pies rasy samojed. Dom w dodatku postawiony był w pięknym miejscu.
W pobliżu kojąco szumiał ocean, który był doskonale widoczny z posesji mieszczącej się na lekkim wzniesieniu. Rosa, oglądając to wszystko, westchnęła głośno z zachwytu, co też od razu zauważyła Ana.
– Podoba ci się, prawda? To prezent od mojego ojca z okazji ślubu, który niedługo się odbędzie. Zbudował mi dom marzeń. On od dziecka bardzo mnie rozpieszczał. – Ana uśmiechała się przy tych słowach, patrząc z rozmarzeniem.
– Tak, ten dom rzeczywiście jest wspaniały – odparła pogodnie Rosa. – Masz ogromne szczęście – dodała.
Wnętrze domu było równie efektowne. Utrzymane w bardzo podobnym tonie, wypełnione różnymi stylowymi meblami i dodatkami. Rosa powoli rozglądała się na wszystkie strony, podążając za gospodarzami.
Niemal od razu zatrzymali się w dużym, ale przytulnym salonie, gdzie w centralnym punkcie mieścił się uroczy kominek z palącym się już drewnem. Naprawdę jest to domek marzeń – pomyślała Rosa.
– Chodź, teraz pokażę ci twój pokój. – Ana delikatnie pociągnęła ją za rękę.
Kobiety przeszły razem na piętro, po czym Rosa została zaprowadzona do całkiem sporej, jasnej sypialni, mieszczącej się najbliżej schodów.
– To jest pokój gościnny. Tutaj też wszyściutko urządzałam całkiem sama. – W głosie Any słychać było dumę. – Pospiesz się, zjesz prawdziwą kolację – dodała.
– Czy mogę najpierw odświeżyć się po podróży? – zapytała nieśmiało Rosa.
Teraz marzyła tylko o tym, żeby się wykąpać i przebrać. Miała już dość wygniecionych ubrań z podróży. Poza tym kąpiel była dla niej ulubioną formą rozgrzania się.
– Jasne, w pokoju masz własną łazienkę i czyste ręczniki. Jak będziesz gotowa, to wróć do nas na dół. – Ana uśmiechając się zamknęła za sobą drzwi, z pewnością by zapewnić gościowi nieco prywatności.
Rosa rozejrzała się po pomieszczeniu, podziwiając ciekawie dobrane meble i dekoracje, które świetnie dopełniały całą tę przestrzeń. Sypialnia była wykończona w bardzo romantycznym stylu. Łóżko otaczała prześwitująca, delikatna tkanina zwisająca z baldachimu, a w kącie pokoju stała nieduża biała toaletka, jakby wyjęta z ubiegłego stulecia.
Rosa otworzyła swoją walizeczkę i przygotowała przebranie oraz kilka potrzebnych jej drobiazgów. Potem przeszła do łazienki, gdzie z ulgą wzięła długi, gorący prysznic. Zadowolona założyła na siebie świeże ubrania. Stopy natomiast wsunęła w ciepłe, mięciutkie pantofle gościnne. Dotarła tu trochę zmarznięta i przemoczona, dlatego cieszyła się, że spotkała na swojej drodze tak miłych i pomocnych ludzi.
Chociaż Rosa zazwyczaj była nieufna, to teraz czuła, że Ana i jej narzeczony nie mają złych zamiarów, a zwyczajnie chcą jej pomóc. Pragnęła choć przez chwilę nie myśleć o problemach i odpocząć z tą przesympatyczną parą. Schodząc na dół, do jej nozdrzy przedostały się nieznajome, ale bardzo smakowite zapachy.
– Rosa! Siadaj do stołu! Musisz tego spróbować – wołał wesoło Patrick, niosąc w ręku półmisek z gorącą potrawą.
– Dzięki, już idę – odpowiedziała z uśmiechem.
W tym momencie drzwi wejściowe do domu otworzyły się i stanął w nich dość wysoki, szczupły blondyn. Jego kilkucentymetrowe, lekko potargane włosy, były już przemoczone od deszczu i kleiły się do czoła. Obcy ściągał z siebie zmokniętą skórzaną kurtkę.
– Hej Ana! Jestem! – wołał szukając oczami kobiety, ale zamiast niej, zauważył stojącą u podnóża schodów Rosę.
Mężczyzna przez chwilę zawiesił na niej wzrok, a Rosa wstrzymała oddech i nie mogła oderwać oczu od tego młodego człowieka. Trwała, jakby przyklejona do podłogi, przeklinając w duchu swoją dziwną reakcję.
Kobieta jeszcze nie wiedziała kim jest ten obcy i skąd zna Anę, ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Ogarnęło ją nieznane wcześniej uczucie i cały czas patrzyła się jak zahipnotyzowana w jego niebieskie oczy bez skazy.
– James! – krzyknęła Ana, podbiegając do niego i wtulając się w mężczyznę. – Natychmiast dokładnie opowiadaj mi, co się dowiedziałeś! Co się dzieje? Gdzie jest nasz ojciec? – Ana zasypała swojego gościa pytaniami, gestem zapraszając go do salonu, pewnie żeby tam spokojnie z nim porozmawiać.
– Rosa! No chodź już tu w końcu! – zawołał znowu Patrick. – Chcesz, żeby wystygło? – niecierpliwił się.
– Przepraszam, już idę do stołu. – Kobieta posłusznie ruszyła w stronę kuchni i zajęła jedno z krzeseł.
– Kim był ten mężczyzna? – Rosa zapytała Patricka.
– To James, starszy brat Any. Martwią się o ojca, ponieważ niedawno wyjechał w interesach, ale niemal od razu całkowicie stracili z nim kontakt. Powiem szczerze, że ja się w ogóle nie przejmuję tą sytuacją. Przecież to ogarnięty i twardy gość. Jestem pewien, że nic mu nie jest – opowiadał Patrick, nakładając Rosie porcję potrawy na talerz.
Kobieta jadła w milczeniu, zastanawiając się nad tym, co właśnie usłyszała. Martwić się o ojca – nie musiała tego robić już od kilku lat – pomyślała ze smutkiem. Tak bardzo chciałaby teraz móc poradzić się swoich rodziców. Oni na pewno wiedzieliby co robić, żeby pomóc Diegu.
Rosa miała nadzieję, że ojciec Any i Jamesa jednak odnajdzie się szybko cały i zdrowy. Nikomu nie życzyłaby tego, co sama przeszła z Diegiem, tracąc rodziców.
Po dłuższej chwili James z Aną skończyli rozmowę, ale mężczyzna skierował się wprost do drzwi.
– Proszę, zostań. Zjedz z nami – namawiała go siostra.
– Dzięki, ale jednak już pójdę. Nie jestem teraz w nastroju na ploteczki. Wracam do pubu, zobaczyć jak wygląda organizacja ekipy na wyjazd śladami ojca – odpowiedział, ciągle spoglądając na Rosę.
– No dobrze. To zadzwoń do mnie, jeśli tylko czegoś się dowiesz – odparła Ana, zamykając za bratem drzwi.
Potem dosiadła się do narzeczonego, który zerwał się, by nałożyć jej porcję kurczaka w pikantnym sosie.
~ FRANK ~
Frank siedział wystraszony na jakimś krześle, nie mając nawet pojęcia, gdzie jest. Ostatnie, co w ogóle pamiętał, to rozmowę telefoniczną z Tonym. Wtedy właśnie porządnie oberwał czymś w głowę, po czym stracił przytomność. Frank chciał wówczas wszystko opowiedzieć managerowi, ale niestety nie zdążył.
Teraz księgowy Dark Folk miał naciągnięty na głowę jakiś płócienny worek, więc nawet nie mógł widzieć, co się dzieje dookoła niego. Od dłuższego czasu słyszał jedynie ciszę albo dochodzące z oddali nieokreślone odgłosy. Frank czuł silny niepokój, nie wiedząc czy jest sam, czy może ktoś w milczeniu go obserwuje. Myśl o tej drugiej opcji sprawiała, że oblatywały go nieprzyjemne ciarki.
Mężczyzna miał masę myśli na sekundę. Co się stało tego feralnego dnia? Kto za to wszystko odpowiada? Kto go tu teraz więzi? Czego od niego chcą, skoro nikomu nic złego nie zrobił? Czy ma jeszcze szansę cały i zdrowy wrócić do ukochanej Irlandii? Czy może zostanie zabity i już nigdy więcej nie zobaczy swojej rodziny?
Chociaż Frank ostatnio nie żył w zgodzie ze swoimi rodzicami, to teraz bardzo pragnął ich zobaczyć i uściskać. Byłby nawet w stanie pogodzić się z nimi, byle tylko wyjść z całej sytuacji obronną ręką. Z tych rozmyślań wyrwał go stukot butów na posadzce, dochodzący zza drzwi.
Odgłosy kroków na korytarzu odbijały się echem coraz mocniej i mocniej. Frank z trudem przełknął głośno ślinę. Ta kombinacja nasilających się dźwięków była bardzo nieprzyjemna i niemal mroziła krew w żyłach. Po kilku sekundach, trzęsący się ze strachu księgowy Michaela, usłyszał donośne skrzypienie otwierających się drzwi.
Potem poczuł, jak stają blisko niego przynajmniej dwie osoby. Słyszał też jakichś mężczyzn, którzy rozmawiali ze sobą półszeptem. Frank zestresowany czekał w napięciu, co się dalej stanie.
Nagle ktoś szybko i niedelikatnie zerwał mu z głowy ten nieszczęsny płócienny worek, a silny strumień światła padł wprost na przymrużone oczy księgowego. Frank skrzywił się i mrugnął kilka razy, z trudem przyzwyczajając wzrok do nowej sytuacji.
Po chwili dostrzegł Corteza z kilkoma ochroniarzami. Jeden z nich świecił na przetrzymywanego latarką. Meksykański biznesmen natomiast patrzył obojętnie na swojego więźnia, odpalając powoli cygaro.
– Powiedz mi Frank. Co ja mam z tobą zrobić? – odezwał się spokojnym tonem, ale jego spojrzenie miało w sobie coś bardzo nieprzyjemnego.
– Cortez?! Dlaczego mnie tu trzymasz? To ty mnie porwałeś? Kim ty jesteś? Ja sam nie rozumiem co się tam stało, przysięgam! – zawołał drżącym głosem Frank. – Proszę, nie zróbcie mi żadnej krzywdy! Co tu jest grane, panowie? – Cały trząsł się ze strachu, nie wiedząc, dlaczego to właśnie Cortez go uprowadził i przetrzymuje.
– Bezczelnie nas zdradziliście – Cortez kontynuował spokojnie. – Takie rzeczy dokładnie się planuje, kolego. Musiałeś być częścią tego całego cyrku, nawet w niewielkim stopniu. Musiałeś wiedzieć choćby cokolwiek. – Mężczyzna zaciągał się dymem, spacerując w kółko.
Frank czuł, że ta rozmowa może się źle skończyć. Niejednokrotnie czytał wiadomości o poczynaniach różnych meksykańskich karteli narkotykowych. Tymczasem obecne działania niedoszłego partnera biznesowego Michaela wyglądały pod wieloma względami podejrzanie podobnie.
Wówczas nie byłoby z Cortezem żartów. Legendy o sposobie likwidowania zdrajców przez członków takich zgrupowań były znane niemal na całym świecie.
Frank ostrzegał wcześniej Michaela, że Cortez może być właśnie jednym z tego typu wątpliwych kontrahentów, skoro prowadzi aż tak dochodowy interes. Irlandzki biznesmen natomiast upierał się, że na pewno wszystko jest w porządku, zaś Cortez ma przecież najlepszą kawę w kraju.
Sprawy, jak widać, potoczyły się chyba zgodnie z przeczuciem Franka, a on sam miał sobie za złe, że ostatecznie nie udało mu się odwieść Michaela od rozmów z tak bardzo niebezpiecznym graczem.
Teraz jednak księgowy z Irlandii musiał szybko wymyślić coś mądrego, ponieważ w każdej chwili ludzie empresario mogli go tu zabić.
– Przysięgam, że nic nie wiem – powtórzył Frank, starając się zachować spokój. – Jedyne, na czym zależało mojemu szefowi, to zdobycie najlepszej kawy do swojej własnej sieci restauracji, którą ma niebawem otworzyć. Michael liczył na pański towar i nie chciał tego zepsuć. A tych chłopców, co się pojawili, nikt od nas nie zna – gorączkowo tłumaczył Cortezowi, licząc na zrozumienie.
