Imię Boga - Michał Dąbrowski - ebook + książka

Imię Boga ebook

Michał Dąbrowski

4,0

Opis

Nadszedł czas spełnić wolę Boga. Nadszedł czas wypełnić przeznaczenie.

W Aazh, stolicy rozciągającego się na pół kontynentu Cesarstwa, toczy się niebezpieczna gra pomiędzy różnymi siłami władającymi miastem. Cesarz, potężne Kolegium Kościoła, tajemniczy szpiedzy i gildie złodziei prowadzą swoją walkę zarówno w pałacowych korytarzach i okazałych świątyniach, jak i w mrocznych i ciasnych tunelach Podmiasta.

Ethon i Lheiam, młodzi adepci sztuki medycznej, przeprowadzają zakazane badania pod okiem ich mistrza i jego tajemniczych mocodawców. W trakcie swoich eksperymentów napotykają coś, co może wstrząsnąć miastem i całym krajem. Niespodziewanie znajdą się w samym środku niebezpiecznych intryg.

Imię Boga” Michała Dąbrowskiego to opowieść rozpisana na wielu płaszczyznach, umiejętnie budująca scenografię i strefy napięć dla nowych miejsc akcji. Z kilkorgiem różnych, ale intrygujących bohaterów.

Wciągająca niczym pilot dobrego serialu; zapowiedź lektury, której nie porzuca się aż do ostatniej strony. Gorąco polecam Państwa uwadze „Imię Boga”.

Elżbieta Cherezińska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 677

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




PROLOG

Stukot jej laski ginął w odgłosach deszczu. Musiała się skoncentrować, wsłuchać, aby wyłowić go z chlupotu, trzasku i szumu. Uśmiechnęła się do siebie, gdy go odnalazła. Nie zamierzała znowu pozwolić mu uciec. Nie to, że był jej potrzebny, o nie. Znała drogę do domu. Nie musiała widzieć, nie musiała słyszeć, tylko iść, tak jak zawsze, od tak wielu lat…

Brewień zbierała wyłącznie w tym jednym miejscu, przy parowie, obok chropowatych korzeni kościdrzewa, i tylko przy srebrzystej nocy, gdy zimne słońce nie zachodziło, a księżyc był w pełni. Ludzie mówili, że to zła noc, „zimna noc”, kiedy świat nie jest taki, jak powinien być, a po lasach wędrują duchy, zmory i Upiory zrodzone z nienawiści.

Mówili też, że mało na świecie rzeczy tak pięknych, jak srebrzysta noc w środku zimy, gdy śnieg płonie zimnym światłem. Gdy była młodsza, zawsze chciała to zobaczyć. Wiele rzeczy pragnęła kiedyś zobaczyć, ale z czasem…

Znowu uśmiechnęła się do siebie, wodząc językiem po bezzębnych już prawie dziąsłach.

Z czasem przyszło jej do głowy, że świat wcale nie jest piękny, że wszystko, co widziała w swoich myślach – gdy dobrzy ludzie opowiadali o tym, czego znać nie mogła – musiało być piękniejsze aniżeli to, co w istocie objąć można dobrymi oczyma. Tak jak teraz, gdy szła wydreptaną przez siebie ścieżynką przez las, w towarzystwie deszczu i wiatru, stukotu kostura, chichotu wron.

Nasłuchała się ludzi. Wiedziała, że ich oczy nie dostrzegały w jej zakątku puszczy nic pięknego. Ona widziała tylko piękno. Zawsze. Bo nigdy nie widziała brzydoty.

– Gdybym była widziała… – rzuciła do chichoczących wokół ptaków. – Siebie bym widziała. Ze strachu bym umarła! – zaśmiała się charkotliwie.

Nie. Niczego nie chciała już zobaczyć. To, co widziała swoimi ślepymi oczyma, w zupełności wystarczyło. Poza tym dobrze wpływało na jej reputację. Jak dziewczyna ze wsi chciała płód spędzić i słyszała od siostry, że jest głęboko w lesie stara, ślepa wiedźma, to nie wahała się ni chwili, tylko w te pędy do niej gnała. Inna rzecz, że miała najlepszy brewień pod słońcami i inne szeptun ki niech się w lisiej norze schowają. Zachichotała znowu, a jej pierzasta eskorta chichotała wraz z nią.

Pomagało też w interesie, że wierzyli wszyscy w okolicy, że babuleńka, szeptun ka z boru, przyszłość oczami ślepemi widzi. Bajda, owszem. Przyszłości nie widziała, ale jak przychodziła dziewczyna i pytała o imię chłopca, co to mężem jej zostanie, albo kawaler pytający, czy przygodę wojenną przeżyć mu będzie dane, to co miała robić? Prawdę mówić? No to mówiła, co jej ślina na język przyniosła. A ludzie wracali potem i mówili: „Babuleńko! Toć wszystko, coś rzekła, sprawdziło się!”. Kręciła tylko głową, odsłaniając gołe dziąsła w bezzębnym uśmiechu i pieniądze czy kurczaki brała, bo jak dają, to głupi tylko by nie brał.

Raz tylko pożałowała sławy jasnowidzącej. Gdy wrócił Podghorst i przywiódł ze sobą chłopaka. Wzdrygnęła się na samą myśl. Była wiedźmą, ale przecież w czary nie wierzyła. A Podghorst wierzył. I uczyć chłopaka kazał, a on! Ha! Ten był…

Kostur uderzył w drzwi chałupy. Dotarła do domu. Teraz tylko wysuszyć się przy ogniu, wywary na następnych kilka księżyców przyrządzić, kurę z pierza i łusek oprawić, rosół zrobić. Marzyła o gorącym rosole.

W domu ciepło było. Za ciepło.

– Kto tu?! – zawołała, choć izba przecież tak mała, że i szept by wystarczył. Wiedziała jednak. Poczuła jego zapach.

– Ja, babuleńko. Wróciłem – odparł z kąta swoim głębokim, pięknym głosem. Tak łagodnym, a jednak pełnym ognia, który wyczuła w nim już pierwszego dnia, gdy Podghorst go jej zostawił.

Prychnęła pogardliwie.

– A na coś ty tu wracał?! A kto cię tu chciał?!

– Wróciłem do ciebie, babuleńko. – Jakiś smutek dźwięczał w tym głosie, jakaś inna, obca nuta, której nie było, gdy opuszczał jej dom, lat temu ile, nie wiedzą nawet Anioły.

– To się przydaj ty! – fuknęła na niego. – Przydaj się na coś i kurę mi spraw! Na rosół mam chętkę, a na polu zimno, mokro, przemoczonam i zmarzłam! A ty? Siedzi sobie panisko, babie starej nawet nie pomoże!

– Rosół byś chciała? – rzekł po dłuższej chwili, jakby zastanawiając się nad czymś. Starała się wsłuchać w jego oddech, w bicie jego serca, ale deszcz dudnił w strzechę tak, że ledwie słyszała własne myśli.

– Ano pewnie, że bym chciała, mówię przecie!

– To ja ci zrobię rosół. Dostaniesz rosołu, babuleńko. Siadaj, ogień napalę, grzej się. A potem porozmawiamy.

– A o czym to mamy rozmawiać, hę?

– Nie wiesz? – zapytał, krzątając się przy palenisku. – Przecie przyszłość widzisz…

Machnęła na niego ręką.

– A tam, przyszłość! Ja ci mówiła nie raz i nie dwa! Nikt nie widzi, co ma się zdarzyć!

– Duchy widzą, babuleńko. Duchy widzą i wiedzą.

– Jakie tam duchy! – parsknęła ze złością. – Bajdy! Bajdy! Dla dzieci bajdy! Kto widział ducha kiedy, no?

– Ja, babuleńko. Jam widział.

– Gównoś widział! – syknęła. – Czego tu szukasz? – powtórzyła znowu.

– Ciebie tylko, babuleńko. Do ciebie wróciłem.

– Cesarczyki cię gonią? Myślisz, że się tu schowasz?

– Nie. Ja się już nie chowam.

– Ciężko mi starej uwierzyć… – powiedziała po chwili, już znacznie łagodniej – …żeś swoje głupoty porzucił.

– I słusznie. Bo niczego nie porzuciłem.

– A mówisz, że…

– Daj mi rosół zrobić. Daj mi. Raz ostatni. Chcę, byś była szczęśliwa.

Teraz zrozumiała. Odczytała tę dziwną nutę w jego głosie. Poderwała się na równe nogi i rzuciła do drzwi. Była jednak stara i ślepa, a on młody i silny. Nie zdążyła. Chwycił ją za ramię i szarpnął, aż ból przeszył jej zmęczone ciało i upadła na słomę rozłożoną na podłodze. Próbowała wstać, ale przyszpilił ją do ziemi. Butem przydepnął jej kark i chwycił za resztki włosów.

– Chciałem, żebyś na końcu była szczęśliwa, babuleńko. Naprawdę, przykro mi. Tak bardzo mi przykro…

– Oszalałeś! – zawyła. – Do cna żeś zmysły postradał!

– Nie. Otrzymałem nowe. Ja widzę, babuleńko. Jestem widzącym duchy. I przepowiadają mi one, że nadchodzi dzień, w którym nasz lud powstanie. Spłoną zamki i miasta cesarczyków, a na ich ruinach władać będziemy my, raz jeszcze…

– Idź! Idź do swoich duchów! Zostaw mnie w spokoju! Co ja ci uczyniłam?! Jak swojego wychowałam!

– Gdybym tylko mógł, babuleńko – odparł z westchnieniem, przyciskając jej kark do ziemi coraz mocniej. Czuła, że się dusi. – Widzisz… Potrzebuję ich od ciebie. Magia tego wymaga. Żeby zobaczyć, co mam zobaczyć, muszę ci je zabrać…

– Bierz! – wycharczała. – Bierz wszystko! Ostaw mnie!

– Gdybym tylko mógł, babuleńko… Nie. Bo widzisz… – Obrócił ją kopniakiem na plecy i nachylił się nad nią. Poczuła przy twarzy zapach żelaza. – Potrzebuję twoich oczu…

***

Była tylko czerń. Czerń, a w niej on.

– Ukażcie mi! – zawołał w nicość. Z mroku dobiegł skowyt, dziki, szalony charkot i zwierzęce wycie, a potem pustka zafalowała, zazgrzytała, rozpłynęła się, jak mgła.

Dwóch mężczyzn siedziało na moście, rozciągniętym nad przepaścią wypełnioną pulsującym ogniem, pijąc wino i karmiąc latającego kota macą. Obok nich przebiegła ciemnoskóra dziewczyna; ktoś ją ścigał, postać w czarnym płaszczu z mieczem utkanym ze słów w dłoni. Wbiegli do świątyni z tysiącem strzaskanych kolumn, do komnaty, w której z sufitu zwisał olbrzymi gad ze skrzydłami. Pomieszczenia pełnego książek, które otwierały się, jedna po drugiej, a na stronice z białych kotar bryzgała krew, szumiąc jak rwąca rzeka. Był znów z nimi, z tymi dwoma, wokół nich rój milionów much, które nuciły jakąś piosenkę…

– Więcej! – ryknął w ciemność.

– Jestem lalką swojego ojca… – zaszeleściły szepty.

Chłopiec skulony w kącie, jego oczy roziskrzone błękitnym płomieniem, ciemnoskóra dziewczyna klęcząca nad nim z wyrazem troski i przerażenia na twarzy. Jeden z mężczyzn pochylony nad pulpitem przy pełgającym świetle świecy, przyglądający się rozszerzonymi źrenicami czemuś w szklanym słoju, czemuś, co wyglądało jak olbrzymi sum pożerający młodą dziewczynę.

– Więcej… – wykrztusił, choć brakowało mu sił, choć czuł, że długo już nie wytrzyma.

– Chodź do nas, turkaweczko… – zaskowytała ciemność.

Był w lesie szklanych drzew szepczących „przepraszam”, skąpanych w świetle jednego, dziwnie żółtego słońca, wśród śpiewu ptaków z metalu. Ona też tam była, ta ciemnoskóra dziewczyna wpatrzona w wiszący na ścianie portret, i on, chłopak ze słojem, i jeszcze ktoś czy coś – wychudzony mężczyzna bez ust. Dziewczyna obracała w dłoni kulę pokrytą słowami. Chłopak leżał w ciemności przykuty do ściany łańcuchem, a wokół niego wypatroszone króliki.

– Nawet nie wiesz, jak długo na to czekałem… – Usłyszał własny głos.

Znów był na moście nad wypełnioną ogniem przepaścią. Dziewczyna tańczyła z mężczyzną w kapturze. Potknęła się i upadła na kolana, a on uniósł miecz. Spadała prosto w szalejące płomienie.

– Więcej… – zachlipał, ledwie łapiąc oddech. – Więcej…

– Wszystko zaczyna się od jednej zmiany w tym, co niezmienne…

Był w maleńkiej izbie i patrzył w rozbite lustro.

***

Uśmiechnęła się lekko, kącikiem ust. Jej odbicie zrobiło to samo. Wyciągnęła rękę i dotknęła siebie, odbicia bladej dłoni. Wybuchnęła śmiechem – głośnym, radosnym, dziecinnym, a odbicie śmiało się wraz z nią, ukazując braki w uzębieniu. Śmiech uwiązł jej w gardle; ziejące dziury po przednich zębach ukryła za spierzchniętymi, bladoróżowymi wargami. Obróciła głowę, kryjąc zanikający, żółto-zielony siniec pod lewym okiem.

Ona, ta druga ona, ta w rozbitym lustrze, była ładniejsza. Nikt nie wybił jej zębów, nie nabił sińców, nie złamał nosa.

Ona była piękna.

Nie była nią, o nie. Ona patrzyła z rozbitego lustra z lekkim, dumnym uśmiechem. Była kobietą, piękną kobietą, a nie dziewczyną w workowatej, szarej sukience dla służby i w ciasno zawiązanym na głowie czepcu.

Ona była piękna.

Patrzyły sobie w oczy, uśmiechały się do siebie. Zauważyła, że odbicie drżącą dłonią sięga do czepca i powoli, z wahaniem, rozwiązuje sploty szarego sukna. W lustrze ukazały się jej włosy. Nie, nie jej włosy. Te były liche, zmierzwione, w kolorze brudnego brązu. Tymczasem włosy w lustrze były bujne i dziko rozrzucone; teraz, gdy nie spinał ich ciasny węzeł, w płomieniu świecy iskrzyły się miedzią i złotem.

Stała tam, w rozbitym lustrze, obdarzając ją spojrzeniem dumnym i butnym. Nie pasowała do ciasnego składziku oświetlonego tylko jedną świecą ustawioną na komódce przy drzwiach. Nie pasowała do szarej sukienki. Była stworzona do połyskujących kolorami sukien balowych, które podziwialiby młodzi panowie, prześcigając się w prośbach o taniec. Ściągnęła sukienkę z tyłu, za plecami, aby ciaśniej opinała się wokół piersi i bioder…

Ona była piękna… Piękna jak Mera…

Potrząsnęła głową. „Pamiętaj!”, szepnęła do siebie w myślach. „Pamiętaj, po co tu jesteś!”

Musiała znaleźć dowód. Tak mówił komendant Drigher.

„Jhannik Appel jest szanowanym obywatelem, filantropem, dobroczyńcą Starego Portu. Bez dowodów nie zamierzam, dziewczyno, nawet palcem kiwnąć!” Tak jej powiedział.

Szukała więc. Zgłosiła się do Jhannika Appela i wybłagała, aby znalazł jej pracę, tak jak innym dziewczynom. Zniosła na sobie jego ciężar i ciężar jego przyjaciół, którzy zajmowali się nią później. Wszystko po to, aby zdobyć dowód.

Jak na razie wszystko to na próżno. Każdego ranka i co wieczór modliła się, błagała, by spotkać którąś z dziewczyn Appela ze Starego Portu, by usłyszeć, że martwiła się niepotrzebnie, że znosiła to wszystko niepotrzebnie. Tak byłoby lepiej.

Nie spotkała jednak żadnej. Wszystkie zniknęły, rozpłynęły się w powietrzu, nikt ich nie pamiętał, nikt nie widział, a ona wciąż szukała.

Drzwi do składziku otworzyły się z głośnym skrzypieniem. Cofnęła się pod ścianę, jak spłoszone zwierzę, próbując pospiesznie osłonić włosy rozwiązanym czepcem.

– A co ty tutaj! Kto ci tu pozwolił?! – zawołała tubalnym głosem stojąca w progu ochmistrzyni Reza, zwana przez służbę Różą, kobieta potężnie zbudowana, o szerokich ramionach i imponującej tuszy. – Goście w domie, wszyscy pracują jak te pszczółki w bajce ciężko, a ty, motylek jebany, w lusterku się przeglądasz? Oj, nie widzi mi się, żebyś tu została, dziewczyno!

– Prze… Przepraszam… – wydukała rudowłosa dziewczyna, drżącymi dłońmi wciąż mocując się z rozwiązanymi fałdami czepca. – Ja tylko szukałam…

– Ja wiem, czego szukałaś, sama cię po szkło posłałam! I powiedziałam dokładnie, gdzie stoi! Nie myszkuje się w cudzym domu, dziewczyno!

– Przepraszam, zgubiłam się, a potem… Ja nigdy wcześniej…

– Co nigdy wcześniej? Lustra nigdy nie widziała? – Głos ochmistrzyni, do tej pory pulsujący gniewem, teraz złagodniał. – No dobrze, już dobrze, dziewczyno… Chodź, ja już ci zawiążę ten czepiec. No tak, włoski to ty rzeczywiście masz ładne, chociaż rude, tfu.

Pozwoliła, by ochmistrzyni swoimi wprawnymi, wielkimi dłońmi zawiązała czepiec. Było jej wstyd. Wstyd, że odsłoniła włosy, przybierała niegodne pozy, że dała się ponieść próżności.

– Przepraszam, nie chciałam, ja tylko…

– No już, powiedziałam przecież, że już. No, czepiec dobry, trzyma się ładnie. Teraz leć, dziewczyno, do kuchni, zabieraj wino i podaj gościom. Tylko szybciusio spraw się, to może pozwolę ci na służbie zostać!

– Dziękuję! Bardzo dziękuję!

– A idź, nie dziękuj, tylko biegiem, mówiłam, biegusiem! – Ochmistrzyni machnęła ręką. – I drzwi za sobą zamknij! – zawołała jeszcze, gdy rudowłosa dziewczyna, czerwona na twarzy, wypadła ze składziku, w którym stało zbite lustro.

***

– Dość! – zakwilił. – Dość… – Zwinął się w kłębek na obryzganej krwią słomie, tuż obok zimnego ciała babuleńki. Oddychał ciężko, z trudem łapiąc powietrze. Wyciągnął rękę, szukając jej martwej dłoni. Chwycił ją mocno.

– Dziękuję… – wyszeptał.

CZĘŚĆ I

Miasto rozciągało się przed nią w całej swej nocnej chwale. Tysiące świateł bijących z okien kamienic i pałaców dzielnicy ogrodów, rozjaśniających noc pomarańczową łuną ognia. Światła Aazh. Światła wielkiego i potężnego Cesarstwa rozciągającego się na pół kontynentu. Światła jej domu, jej miasta, którego murów nigdy nie opuściła, a jednak tak naprawdę widziała je pierwszy raz. Jak swoje odbicie w lustrze.

Z wysokiego balkonu pałacu widziała świat zupełnie inny niż dotychczas znała, znacznie większy, nieporównywalnie bogatszy i jaśniejszy aniżeli ten, który oglądała z mrocznych, wąskich zaułków Starego Portu.

Ze zdumieniem odkryła, że przeraża ją ten ogromny, świetlisty świat. Był zbyt wielki i taki jasny. Ciepła łuna świateł przypominała szalejące płomienie, a ona była w tym wszystkim tak nieistotna. Tak zupełnie, kompletnie nieistotna, tak maleńka w tym świecie panów i pań, królów i cesarzy, opiekunów, kolegiatów i metropolitów…

Nigdy nie czuła tego aż tak dojmująco. Wszystko, co zrobiła, aby odnaleźć Merę i pozostałe… Tak bez znaczenia… Przecież niczego nie mogła zmienić.

Westchnęła ciężko, rozmasowując bolącą łydkę.

— Piękne, prawda? — Usłyszała za sobą łagodny męski głos. Obróciła się jak spłoszone zwierzę i ujrzała niskiego, korpulentnego mężczyznę w czarnej szacie duchownego. Jego okrągła twarz, zwieńczona błyszczącą, plackowatą łysiną, poorana była zmarszczkami. Uśmiechał się do niej wąskimi ustami.

— Ja… Przepraszam najmocniej, już wracam do pracy…

— Och, nie, nie… Spokojnie. Bal ma się już ku końcowi. Każdy potrzebuje chwili odpoczynku, a już ty na pewno. Roznosiłaś wino, dobrze pamiętam?

Skinęła głową. Nie rozpoznawała go, starała się odnaleźć jego twarz wśród zapamiętanych z balu ważnych gości, ale nie mogła go sobie przypomnieć. Mężczyzna tymczasem podszedł do balustrady, stając blisko niej i wpatrując się w nocną panoramę Aazh.

— To ja już pójdę — wyszeptała speszona.

— Zostań, proszę. Dotrzymaj towarzystwa staremu człowiekowi. I nie przejmuj się, to przecież mój dom.

— Pa… Pański dom? Myślałam, że…

— Myślałaś, że kogoś ważniejszego? — Uśmiechnął się do niej uspokajająco. — Tak, to mój dom. Nie lękaj się więc ochmistrzyni Róży. Nie lękaj się nikogo, gdy dotrzymujesz towarzystwa staremu dziadowi, co lubi czasem popatrzeć na miasto, któremu poświęcił całe swoje życie.

Mówił z uśmiechem, a jednak w jego głosie nie wyczuwała radości. Nie wiedziała, co powiedzieć, więc tylko dygnęła, w pełni świadoma, jak bardzo jej nieudolny ukłon nie pasował do tego wspaniałego pałacu.

— Nazywam się Kai Rassindh. Bez „oth”, co, jak widzę po wyrazie twojej twarzy, zauważyłaś — dodał po chwili. Milczeli. On wpatrując się w łunę aazhyjskich świateł, ona zdenerwowana, zerkająca na niego ukradkiem. — Zastanawiasz się pewnie, skąd ten pałac, skoro przed moim nazwiskiem nie ma „oth”? Jak człowiek z ludu zdołał wspiąć się tak wysoko? Spokojnie, dziecko, wcale mnie nie obraziłaś. Widzisz… Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Tak się po prostu złożyło. Lubię myśleć, że taka była Jego wola, ale to aroganckie, więc… Przytłaczające, czyż nie?

— Przytłaczające, panie?

— To wszystko. — Machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. — Potrafi być przytłaczające dla kogoś, kto nie przywykł do oglądania świata z góry, z wysokości czwartego piętra. Wysokość powoduje, że wszystko wydaje się małe, a przez to ogromne. Z wyjątkiem nas samych. My sami wydajemy się sobie ogromni, więc mali.

— Tak, Wasza Świątobliwość — odparła, choć nie do końca rozumiała. Ona nigdy nie zdawała się sobie „ogromną”.

Żachnął się.

— Świątobliwość. Ba! Opiekun Imienia to Jego Świątobliwość. Zna on Imię Boga, a więc dostępuje go bezpośrednio. Częściowo przynależy do świata duchowego, stąd „Świątobliwość”. Ja, dziecino, jestem Metropolitą Aazh, zwykłym krzewicielem wiary, kaznodzieją sprawującym pieczę nad innymi kaznodziejami. Więc nie dość, że nie musisz się do mnie tak zwracać, to wręcz ci nie wolno.

— Przepraszam, mój panie… Ja tylko… Nasz krzewiciel zawsze mówił, że…

— Arogancja, dziecko. Arogancja jest bodaj najgorszym z grzechów, bo zapuszcza korzenie nawet w Kościele, wśród tych, którzy mają strzec świata przed grzechem. — Zamilkł na chwilę, wpatrując się w horyzont. — Powiedz mi… Jak sądzisz, dziecko, czy arogancją jest wiara, iż wiemy lepiej od innych, co jest dla nich najlepsze?

Czuła, że powinna mu odpowiedzieć, ale nie umiała.

On jednak niezrażony mówił dalej.

— Nie. Oczywiście, że nie wiesz. Masz ten przywilej, że nie musisz wiedzieć, nie musisz się nawet nad tym zastanawiać…

— To po co zadajesz biednej dziewczynie retoryczne pytania, Kai?

Z sali wyszedł kolejny duchowny, znacznie młodszy i przystojniejszy.

— Vheroon. Myślałem, że już wyszedłeś — odparł starszy mężczyzna z wyraźnym zakłopotaniem.

— Dlatego w końcu pojawiłeś się na własnym przyjęciu? — zapytał ze śmiechem drugi krzewiciel. — Unikasz mnie?

Kai rzucił rudowłosej dziewczynie przepraszający uśmiech.

— Biegnij już, dziecino. No, już.

Dygnęła szybko obu duchownym i uciekła do środka, wpadając na stojącego w drzwiach wysokiego mężczyznę otulonego czarnym płaszczem z kapturem.

— Przepraszam… — szepnęła jeszcze, wymijając go.

— Nie szkodzi — odparł.

Jeszcze długo czuła na plecach jego spojrzenie.

Rozdział I

Dwóch mężczyzn siedziało na moście, rozciągniętym nad przepaścią wypełnioną pulsującym ogniem, pijąc wino i karmiąc latającego kota macą…

***

Piwiarnia Boravidzka pękała w szwach. Ławy zatłoczone do granic możliwości, długie stoły suto zastawione beczkami, półbeczkami, kuflami, rogami i wszelkimi innymi naczyniami, w których dało się serwować Świeże Boravidzkie. Zgodnie z tradycją tej właśnie nocy piwo uchodzące za najlepsze na północy debiutowało w piwiarniach Aazh.

Wokół gości, którzy przybyli wystarczająco wcześnie, by zająć miejsca przy ławach – na ustawionych pod ścianami trójnogich krzesłach lub beczkach już z piwa opróżnionych – tłoczyły się grupki mężczyzn z kuflami w dłoniach, to łącząc się, to znów dzieląc, zależnie od targających tą masą ludzką fal rodzących się przy kontuarze, do którego – często przy użyciu łokci, a nawet zębów – przepychali się ci, którzy przybyli zdecydowanie zbyt późno.

„O, przepraszam najmocniej!” I łokciem! I dalej! „Tu jest jakby troszkę luźniej, ale…” „Wypierdalaj, no!” „Gdzie mi z tymi łokciami, pajacu?!” Potem jeszcze kilka wyzwisk, nieoszczędzających rodzicielek miłośników zakonnego piwa i już, bójka gotowa, choć przecież braknie miejsca, by sąsiadowi porządnie w ryj dać.

Gdy jednak ci nowi zajadli wrogowie dotrą w końcu – choćby i poddając się nurtom tłumu, dając się nieść falom spoconego mieszczaństwa pragnącego zaspokoić żądzę Świeżego Boravidzkiego – do kontuaru i przez wyzwiska, wrzask tłumu oraz dudniący rechot pijanych mężczyzn usłyszą to zbawienne wołanie potężnego, brodatego karczmarza…

– Co ma być? Ej, kurwa, nie bić mi się tutaj, bez awantur, no!

Zaszłości, waśnie i gniew z czasów wędrówki ku zbawiennym brzegom znikają gdzieś, rozpływając się w niepamięci z niewielką pomocą ciemnozłocistego, nieco mętnego trunku, a wrogowie zostają przyjaciółmi po wsze czasy, rozprawiając o zaletach najnowszego Świeżego do czasu, gdy znowu dadzą sobie po mordzie. Z jakiegoś tam powodu.

Ethon i Lheiam mieli to już na szczęście za sobą. Zdobyli nawet prowizoryczne miejsca siedzące, choć tylko z pustych beczek zdobytych przy sąsiednich ławach i przy samym wyjściu do ustępu, co trochę psuło znakomity podobno aromat Boravidzkiego. Byli jednak daleko od prądów niosących tłumy, może z wyjątkiem dość silnego nurtu pędzących do ustronnego miejsca, choć sądząc po smrodzie w pomieszczeniu, część gości nie doceniała klasy lokalu i ignorowała ustęp, oddając to, co w siebie wlewali, wprost na podłogę piwiarni.

– Się popsuło – oznajmił z grymasem rozżalenia Lheiam, obserwując dno drewnianego kufla i smętne resztki Boravidzkiego.

– Ja tam na pewno nie idę – odparł Ethon, wskazując ruchem głowy za siebie na dziki tłum przy kontuarze, z którego docierały odgłosy kolejnej awantury i liczne głośne uwagi na temat sposobu prowadzenia się matek co niektórych.

– Nie, no ja też nie. – Lheiam przez dłuższą chwilę wpatrywał się w dno kufla, nim znowu się odezwał, jednak salwa rechotu z sąsiedniej ławy zupełnie zagłuszyła jego słowa.

– Co? – zapytał Ethon, gdy śmiech przebrzmiał i zastąpiły go komentarze do bardzo zabawnego dowcipu o Aazhyjczyku, Berghu i Tirreańczyku, co to weszli do karczmy.

– Mówiłem, że mam to gdzieś. Nie idę. – Lheiam musiał niemal krzyczeć, by przebić się przez harmider.

– No dobra, nikt ci nie każe… Mamy jeszcze ten bukłak przecież…

– Nie o tym mówię! – Lheiam miał poważny wyraz twarzy. Poważny Lheiam po alkoholu musiał zwiastować kłopoty.

– A o czym? No żesz w lisią dupę! – Ethon warknął z wściekłością, gdy jakiś mężczyzna, który najwyraźniej nie mógł się już doczekać swojej tury w ustępie, z głośnym westchnieniem ulgi zaczął ordynarnie szczać pod ścianą jakieś pół metra od nich. Lheiam, który był bliżej, poderwał się szybko, i odsunął na tyle, na ile pozwalał tłum. – Ustęp jest, wieśniaku!

Mężczyzna nie zaszczycił ich nawet spojrzeniem, dokończył spokojnie, po czym zataczając się, wpadł w objęcia tłumu i szybko zniknął im z oczu.

– Bydło – syknął Ethon. – Moje też się kończy – stwierdził, patrząc na dno własnego kufla.

– Mówiłem o tych cholernych wykładach! – Lheiam nie odpuszczał.

– Co z nimi?

– Jak to, co z nimi? Wiesz doskonale, co z nimi!

Ethon pociągnął łyk Boravidzkiego. Smakowało szczynami. Synestezja. Pomieszanie zmysłów. Ciekawe.

– Daj spokój, prześpimy jeszcze kilka nudnych wykładów o tym, jak to złamania kości najlepiej leczyć kadzidełkami poświęconymi przez takiego, a nie innego świętego, odmawiając taką, a nie inną modlitwę. Że końskie gówno jest dobre na sraczkę, bo też gówno. Naprawdę, co za problem?

– Problem, Ethon, jest w tym, że po pierwsze przesiedzieliśmy już osiem lat takich wykładów!

Ethon czekał przez chwilę na ciąg dalszy, ale najwyraźniej punkt drugi nie miał się pojawić do czasu, aż skomentuje pierwszy.

– Ja przesiedziałem siedem – odparł tylko z lekkim uśmiechem.

– Goń się – powiedział Lheiam spokojnie. – Ja przesiedziałem osiem, ty siedem, pies to, no wiesz… W każdym razie skończyliśmy, załatwione, po sprawie. My te wykłady teraz wygłaszamy! Więc po cholerę mamy chodzić na cudze? Słuchać rzeczy, które słyszeliśmy przez osiem lat, które na pamięć znamy… Czy tam siedem, nieważne…

– Słuchaj, ja też wolałbym zajmować się poważniejszymi rzeczami, ale jak trzeba, to trzeba. Nawarzyliśmy, trzeba wypić.

– I to właśnie jest, że tak powiem, po drugie! Niczego nie nawarzyliśmy! Wszystko jest poparte badaniem, eksperymentem, metodą naukową… To są fakty! To nie jest… Opinia jakaś! Metoda naukowa oznacza…

– Lheiam, ja wiem, co oznacza metoda naukowa. – Ethon tracił już cierpliwość. Sprawa była poważna, a naiwność Lheiama irytująca. – A ty wiesz, że nie o to chodzi. Nie o to, czy yrthni mogą uśpić pacjenta i w ilu przypadkach na dziesięć, nie o to, czy ziele złotolistne jest dobre na wrzody żołądka. To się… Jakby to… To się mieści w ogólnie przyjętym stanie wiedzy, o!

Lheiam już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale Ethon uciszył go gestem.

– Nie palą za to na stosie… – wycedził cicho, nachylając się do przyjaciela.

Lheiam pokiwał głową i dopił resztkę Boravidzkiego.

– Thanil mówił, że… – zaczął, ale Ethon nie pozwolił mu dokończyć. Sama rozmowa o tym w zatłoczonej piwiarni mogła być niebezpieczna. Pijany i poważny Lheiam, niech go szlag.

– Na wszystkie Anioły, Lheiam! To dzięki Thanilowi mamy te wykłady, bez niego już by nas na zbity pysk wyrzucili! I właśnie dlatego musimy na nie iść, siedzieć grzecznie, podziękować i się nie wychylać. Bo jeśli tym razem mam rację… Jeśli będę w stanie to udowodnić…

– A to jest po trzecie…

– Nie, Lheiam. Nie jest po trzecie. Ja nie mam piwa, ty nie masz piwa, idziemy. Teraz. Zanim znowu ktoś na nas naszcza.

***

Bawił się jej włosami, oplatając kosmyki wokół palca. Nie było to nieprzyjemne, Lori po prostu nie miała na to ochoty. Fuknęła z niezadowoleniem, ruchem bioder odsunęła od siebie jego nagie ciało i obróciła się tyłem, wbijając wzrok w tańczący w rytm fal płomień świecy. Podłożyła lewą dłoń pod policzek, a prawą pod skroń i przymknęła oczy.

Przybyli od razu. Cała szóstka, choć część z nich zatracała już swoje rysy, rozpływała się w… Jak brzmiało to słowo? Nicość?

Nie było takiego słowa w tirreańskim. Było tylko Eoiell, „zapomnienie”. Na wszystkie Anioły, jak strasznie chciało jej się pić…

Mikkel przeciągnął się, ziewnął głośno i położył dłoń na jej biodrze. Była zdziwiona, jak bardzo ją teraz drażnił. Jeszcze przed chwilą jego dłonie sunące po jej ciele, pieszczące skórę, były tak… Upragnione? To dobre słowo?

Nie znosiła tego języka. Był szorstki, nieprzyjemny, w nim wszystko brzmiało jak charknięcie. Mikkel jak gdyby to wyczuł.

– Sea as’sa onell Lori? Oy? – wyszeptał, nachylając się do jej ucha i lekko je podgryzając.

Przynajmniej próbował. Nie wyszło, ale próbował. Chciała to docenić. Też nie wyszło.

– Zapytałeś: Ty nie zostać dobrze, a Oy jest ostre, wyzywające, nie stosuje się go w takich sytuacjach, Mikkel – odparła.

Chciała, by po prostu wyszedł i zostawił ją w spokoju, żeby mogła otworzyć butelkę, którą ukryła pod łóżkiem. Tymczasem on całował jej ramię i kąsał delikatnie. Nie było to nieprzyjemne. Po prostu nie miała już na to ochoty.

– Zostaw – syknęła. Usłuchał.

Przeczesał palcami swoje metalicznie srebrzyste włosy, a potem odsunął się i ułożył wygodniej na skórach. Przez chwilę milczeli, ale on wciąż nie zbierał się do wyjścia. Wkrótce przybiją do Nowego Portu. Wkrótce będzie musiał dać jej spokój.

– Kiedy miałem z sześć, może siedem lat, wybrałem się z ojcem na polowanie na lodowe woły. Wędrowaliśmy przez pustkowia pięć dni, nim… – Nie miała pojęcia, skąd przyszło mu do głowy, że to dobry moment na opowiadanie historii z dzieciństwa. Bo dla niej to zdecydowanie nie był odpowiedni czas na ich wysłuchiwanie.

– Mikkel, nie obchodzi mnie to – przerwała znużonym głosem.

– On zamarzł, ja przeżyłem. To w zasadzie koniec. – Czuła, że go zraniła i naprawdę było jej przykro. Nie na tyle, żeby cokolwiek z tym zrobić, ale jednak. Tymczasem Mikkel wstał i zaczął zbierać swoje ubrania rozrzucone po kabinie. – Zresztą nieważne. Nie będę… Nadużywał twojej gościnności. – Wyszedł, nawet się nie ubierając, po prostu osłaniając przyrodzenie zwiniętą w kłębek koszulą.

Nareszcie.

Lori sięgnęła pod łóżko i wyciągnęła butelkę.

Nie zdążyła jej nawet otworzyć, nim rozległo się pukanie do drzwi.

– Czego?!

– Jesteśmy na miejscu – odezwał się męski głos. To nie był Mikkel, zapewne jeden z marynarzy. – Pan oth Loath życzy sobie widzieć panienkę.

– Powiedz mu, że zaraz będę – odparła, otwierając wreszcie butelkę. Pociągnęła solidny łyk, ale gdy zamknęła oczy, oni wciąż tam byli. Zwłaszcza ten ostatni. Głupi gówniarz. Jeszcze jeden łyk. Dobrze, już ostatni. Tym razem naprawdę, przecież Theagar oth Loath czekał.

Zakorkowała butelkę, wsunęła ją z powrotem do skrzyni pod łóżkiem i zaczęła się ubierać.

Kolejne pukanie przerwało jej, gdy kończyła zapinanie ostatnich guzików dubletu.

– Powiedziałam, że zaraz będę! – parsknęła z irytacją.

– Tak, przekazali mi. – Theagar. Ruszyła do drzwi, otwierając je od razu.

– Przepraszam… Jestem już prawie…

– Nie przejmuj się – odparł z uśmiechem na pooranej zmarszczkami twarzy. – Mogę wejść? – zapytał.

– Oczywiście – odpowiedziała, odwzajemniając uśmiech. – Spóźniliśmy się na przyjęcie twojego przyjaciela – dodała, stając przed lustrem i dopinając dublet.

– Tak, żałuję. Jeszcze na pewno znajdziemy czas. – Stał z tyłu, wpatrując się w jej odbicie. – Ktoś mnie szukał – dodał jakby mimochodem, choć oczywiste było, że właśnie to był powód jego wizyty.

– Niemożliwe. Nikt z zewnątrz nie wiedział, kiedy przypływamy… Że przypływamy. – Poprawiła kosmyk długich, czarnych, kręconych włosów, który spadał na oko.

– A jednak ktoś mnie szukał. Puściłem już Martiasa.

– Więc sprawa załatwiona. – Przeklęty kosmyk wciąż sprawiał problemy.

– Chcę, żebyś się tym zajęła.

– Sam powiedziałeś, że puściłeś już Martiasa. Ja nie znam tego miasta, Theagar, a on…

– Właśnie dlatego.

– Dobrze. Co mam zrobić?

– Poznać je – odparł z zagadkowym uśmiechem, po czym obrócił się i wyszedł.

Lori westchnęła ciężko. Założyła czarny kapelusz z szerokim rondem i białym piórem, a do pasa przypięła pistolet i szablę. Rzuciła jeszcze tęskne spojrzenie na łóżko, a w zasadzie na stojącą pod nim skrzynię, po czym wyszła, wiedząc, że nigdy już tu nie wróci.

***

Ciasnymi uliczkami, wciśniętymi między rozsypujące się kamienice, zmierzali w stronę Starego Portu. Jakieś dwieście lat wcześniej Aazh wciąż leżało nad morzem, a Stary Port, wówczas nazywany po prostu portem, był dumą i chlubą Północy. Z czasem, i wraz z cofającym się morzem, cała żegluga przeniosła się do Nowego Portu nad rzeką Nherią, po drugiej stronie miasta.

Stary Port, oddalony teraz dziesiątki kilometrów od morza, został w części wyburzony, a na jego miejscu najbogatsi mieszkańcy miasta – arystokracja, duchowieństwo i potężni kupcy – postawili pałace otoczone ogrodami i parkami.

Pozostał jednak spory fragment dzielnicy, wysunięty najdalej na północ, gdzie niegdyś tętniły życiem składy i faktorie handlowe, a który teraz był azylem dla biedaków i przestępców.

Z dawnych kolorowych kamienic i składów z czerwonej cegły pozostały smętne ruiny i chwiejne szkielety budynków strawionych w pożarach, otoczone budowanymi ze śmieci chatynkami i szałasami. Mieszkańcy tego zakazanego rejonu Aazh byli biedni i cierpieli głód, a na ulicach toczyły się regularne wojny pomiędzy różnymi przestępczymi koteriami. Zachowywali jednak swą dumę: wciąż byli mieszkańcami powierzchni. Wciąż byli lepsi od ludzkiego robactwa gnieżdżącego się w ciemnych tunelach Podmiasta.

– Chcą nas po prostu upokorzyć… Tylko o to im chodzi, chcą nas posadzić w sali z bandą gówniarzy, żeby śmiesznie było, to jest… Ethon! Na wszystkie Anioły! Dlaczego pozwalamy robić z siebie neptków? – Lheiam nie odpuszczał. Przymusowe uczestnictwo w wykładach podstawowych z humorystyki naprawdę go ubodło.

– Tak, chcą nas upokorzyć, zgadza się. Tylko że, biorąc pod uwagę okoliczności, to jest niewielka cena, Lheiam. – Szli ciemną uliczką wciśniętą między rudery, co jakiś czas mijając przylepione do ścian szałasy i mieszkańców Starego Portu rozmawiających przyciszonymi głosami, na ich widok natychmiast milknących i wbijających w nich podejrzliwe spojrzenia czujnych oczu.

To z pewnością nie było odpowiednie miejsce na tę rozmowę, już nawet w Piwiarni Boravidzkiej było bezpieczniej.

– Niewielka cena? Za co niby? Za co takiego mamy płacić? Robią z nas idiotów! Kto będzie teraz poważnie traktował nasze prace? Zwłaszcza tak przełomowe jak…

– Na Proroka, przymknij się Lheiam! – syknął Ethon, rozglądając się nerwowo. Miasto, nawet ta opuszczona przez Boga dzielnica, pełne było donosicieli gotowych poinformować kogo trzeba o każdym zasłyszanym strzępie rozmowy, a dodatkowo co nieco skonfabulować w zamian za odpuszczenie grzechów i obietnicę wiecznego szczęścia w sercu gorącego słońca.

„Poważny Lheiam po alkoholu, niech go wszyscy Aniołowie!”

– Ja wiem, ja rozumiem, naprawdę! Ja się nawet z tobą do pewnego stopnia zgadzam… Tylko błagam cię, zamknij się, aż dotrzemy na Most Donikąd, dobrze?

Lheiam skinął tylko głową, odkorkował tanie wino, pociągnął solidny łyk i przekazał bukłak przyjacielowi. Ethon wciąż rozglądał się podejrzliwie, ale ich wymiana zdań chyba nie zwróciła niczyjej uwagi.

Mola w Starym Porcie były bezpieczne. Kamienne aleje unoszące się kilkanaście metrów nad ziemią na potężnych przęsłach, zwrócone ku odległemu już teraz morzu, uliczki prowadzące donikąd, urywające się w powietrzu, zapewniały doskonały, zwłaszcza w noc tak jasną jak ta, widok na okolicę.

Lheiam nie potrafił zamilknąć na długo.

– Ja po prostu chcę… Chcę ratować życie.

Ethon pokręcił głową z lekkim uśmiechem.

– I co, twoim zdaniem nie będziesz mógł tego robić, bo co? Bo głodujący biedacy z Podmiasta nie będą chcieli być leczeni przez lekarza, który musiał zaliczyć wykłady naprawcze? Lheiam, ludzie mają to głęboko! Poza tym to straszliwy truizm.

– Nie o to mi chodzi, Ethon. To jest moje po trzecie, wiesz? – Pociągnął kolejny łyk wina z bukłaka. Byli już niemal na miejscu.

– Dobra. Powiedz, co masz do powiedzenia. – Ethon dał za wygraną.

– Idziesz jutro do Thei? – zapytał Lheiam.

„Teraz zmienia temat? Naprawdę?”

– Mhmm. – Skinął głową. – I jeszcze kilka innych domowych. A bo?

– Nic. Chciałem ci tylko podziękować. Za Theę. I przeprosić.

– Człowieku, daj spokój! – Dotarli do końca najdłuższego mola, Mostu Donikąd.

Usiedli na zimnym, jakby zapowiadającym już nadchodzącą jesień kamieniu. Ethon stuknął przyjaciela w ramię bukłakiem; Lheiam przyjął go bez słów i pociągnął kolejny łyk wina, którego smak przypominał coś między mydłem a kwaśnym porzeczkowym kompotem.

– Naprawdę, nie ma problemu…

– Widzisz, a dla mnie to jest problem. Ja wiem, to dziecinne, głupie, to jest… No, wiesz zresztą doskonale, nie? Ja naprawdę nie jestem jakimś szczególnie skomplikowanym człowiekiem. Zostałem lekarzem, bo chciałem pomóc ludziom. Frazes jakich mało, ale co poradzę, prawdziwy. Tymczasem myśl o wejściu do tego domu, o spojrzeniu w jego oczy, o słuchaniu jego głosu przeraża mnie tak, że nie potrafię… Nie, wróć, nie chcę… Nie chcę pomóc własnej siostrze. Ja się go boję i ten lęk mnie przeraża… Dochodzę do tego, że boję się strachu przed nim… Chyba zaczynam się gubić, za dużo tego piwa poszło… – Lheiam potrząsnął głową i przetarł twarz dłońmi. Ethon słuchał, wpatrując się w czerń nocy rozpościerającą się przed nimi. – To jest głupie, dziecinne…

– Mówiłeś już – wtrącił się.

– Tak, wiem. Chciałem zacząć od początku. Masz to gdzieś, ja rozumiem. I myślisz, że moje frazesy o pomaganiu ludziom to… No właśnie, frazesy. Ale to prawda. Jestem pijany, więc powiem ci szczerze: mnie nie obchodzi to twoje „dlaczego”. A wiesz, dlaczego? Bo nigdy nie znajdziesz ostatecznej przyczyny. Nie istnieje ostateczne „dlaczego”, mam wrażenie. Jakie znaczenie ma to, że ktoś umarł, bo mu zabrakło żółci czarnej czy miał nadmiar krwi albo czy umarł, bo wdychał smrodliwe powietrze, albo jego cieni uczepił się Upiór, albo weszły w niego te twoje zarodniki, czy jak ty chcesz to zwać. No? Jakie to ma znaczenie?

Latający kot wylądował lekko tuż przy nich, złożył błoniaste skrzydła i zaczął się łasić, licząc na jakieś kąski.

– Mamy coś? – spytał Ethon.

Lheiam wzruszył ramionami i zaczął przeglądać zawartość swojej torby.

– Macę. Nie mam mięsa.

– Może on chce macę? Chcesz macę? – Kot najwyraźniej nie chciał, bo rozłożył skrzydła, zeskoczył z Mostu Donikąd i poszybował w stronę odległego morza. – Dobra. Pytałeś, jakie to ma znaczenie. Dobrze wiesz, ale ja i tak ci odpowiem. Tylko daj bukłak, bo mi się w tyłek zimno robi. Jesień idzie. Nie znoszę jesieni. Dzięki. Ty mi tu mówisz o jakimś „ostatecznym dlaczego”. Zakładam, że filozujesz. Znam cię trochę i rozumiem, że chodzi ci o to, że nawet jeśli wiemy dokładnie, co zabiło nieboszczyka, to nie wiemy, dlaczego akurat jego? – Lheiam skinął głową i bez słowa wyciągnął rękę po bukłak. – No dobrze, tylko że ja o to nie pytam. Nie zgłębiamy tu ścieżek przeznaczenia, Lheiam. Chcemy wiedzieć, co wywołuje chorobę, ponieważ to może nam pomóc ją leczyć, a może nawet zupełnie jej zapobiec. To raz. Dwa, że frazes czy nie, ja też zostałem lekarzem, żeby leczyć ludzi…

– Czasami mam wątpliwości – wyszeptał Lheiam, ale Ethon to zignorował.

– Dlaczego wątroba produkuje za dużo krwi w przebiegu krwawnicy? Dlaczego mózg wstrzymuje wytwarzanie flegmy przy żółtej gorączce? Bez tego jesteśmy skazani na błądzenie po omacku i…

– No to powiedz mi, Ethon… Dlaczego umiera Thea?

– Thea nie umiera.

– Thea zawsze umiera. Każdy dzień jej życia jest niespodzianką. Powiedz mi dlaczego?

– Dobrze wiesz, że nie mam pojęcia. Chcę się dowiedzieć.

– Ja czasem myślę, że to wszystko jest znacznie prostsze, że Thea umiera za grzechy naszego ojca. I że ja też muszę za nie umrzeć. Ewentualnie ja mogę umrzeć też za twoje grzechy.

– Pijany jesteś i pieprzysz jak potłuczony. Nikt nie będzie umierał. – Ethon zsunął się na ziemię i położył na zimnym kamieniu, spoglądając w rozgwieżdżone niebo.

Gdzieś daleko zawył pies, a po chwili kolejny.

– Zaczęli od tych wykładów. Kompromitują nas, a wkrótce mogą uderzyć mocniej. Możliwe, że stracimy szansę na robienie tego, czego od zawsze chcieliśmy. Może lepiej się wycofać… Ocalić jedno życie, zmienić jeden los, zamiast próbować zmienić świat. Martwi nie pomożemy nikomu.

„I jeszcze te wyjące psy… Lheiam zrobił atmosferę wieczoru, nie ma co”.

– Odklej się od wina, dobra? Dzięki. Jeśli zachowamy ostrożność i nie będziemy gadać na ulicach czy w karczmach o rzeczach, o których nie gada się na ulicach czy w karczmach, to wszystko będzie w porządku. Thanil wie, co robi.

– Zostało coś? Daj. Czasem mam wrażenie, że ty żyjesz tym „dlaczego” trochę zanadto. Że za mało myślisz o życiu, a za dużo o śmierci.

– Kolejny żenujący frazes. Dobrze ci dzisiaj idzie – mruknął z przekąsem Ethon.

– Miałem wczoraj sen – zaczął Lheiam, a Ethon westchnął ciężko.

„Dobra, czas to kończyć, bo ja już dzisiaj nie wytrzymam”.

– Śniłem, że stałem pod kościdrzewem, wokół mnie roiło się od czaszek, a w tych czaszkach rosły kwiaty. I usłyszałem jakąś melodię, a potem drzewo powiedziało do mnie: „Przepraszam”. Wtedy zrozumiałem, że nie żyję. Nie wiedziałem jak, ale wiedziałem „dlaczego”. Umarłem za twoje zarodniki.

– Jeszcze raz powtórzę: nikt nie będzie umierał. Gdyby sprawy przybrały gorszy obrót, odszczekamy wszystko, wyrecytujemy Ektariana i już. Zrobię co w mojej mocy, żeby pomóc Thei. I pozdrowię ją od ciebie. – Ethon podniósł się z zimnego kamienia, a jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Jesień była coraz bliżej. – Brr… Dobra, idę, bo zimno, a jutro od rana mam wizyty. Widzimy się?

– Tak, jutro wieczorem, w pracowni – potwierdził Lheiam. Siedział wciąż nieruchomo na Moście Donikąd, wpatrując się w gwiazdy, gdy Ethon stracił go z oczu, wchodząc w jeden z mrocznych zaułków Starego Portu.

***

– Dziwka! – Wysyczał mężczyzna w burym fartuchu obryzganym rybimi wnętrznościami i krwią, stojący wraz z kilkoma sobie podobnymi przy niszczejącej kamienicy, po czym splunął do rynsztoka.

Zignorowała go.

– Kurwa jebana! – Bury fartuch rozochocił się. Minęła grupkę mężczyzn bez słowa. Za jej plecami rozległy się kolejne niewybredne komentarze, a do cuchnącego rybami mężczyzny przyłączyli się jego towarzysze.

– Włosy zakryj, szmato!

– Patrzcie sukę! W spodniach chodzi! Myśli, że se kutasa dorobi!

– Właśnie, właśnie! – zarechotał któryś. – Nie masz kuśki, ty kurwo! Na co ci spodnie?

Lori patrzyła prosto przed siebie, nie zmieniając rytmu swoich kroków. Czuła przyspieszone bicie serca, ten przeklęty ucisk w gardle i w podbrzuszu, mieszankę wściekłości i odruchowego strachu, fałszywej bezsilności.

Gdyby to była Tirrea…

Na ułamek sekundy przymknęła oczy i głęboko odetchnęła.

To było Aazh, miasto białego marmuru.

Spędziła tu ledwie kilka godzin, ale jak na razie niewiele tego marmuru widziała. Z nabrzeża Nowego Portu rozciągał się przez rzekę widok na szczyty wysokich, strzelistych wież zamku cesarskiego, na architektoniczny cud piątego nabrzeża i przede wszystkim na przepiękny Most Ghustausa.

Gdy pierwszy raz go zobaczyła, zaparło jej dech w piersi. Potężne przęsła zdobione tysiącami marmurowych rzeźb świętych i męczenników, oświetlone tysiącami ognisk… Wspomnienie przywołało na jej twarz mimowolny uśmiech, przestała niemal słyszeć ordynarne wrzaski ciągnącej za nią grupki rybaków.

– Zobacz! Zobacz, suko! Takie coś trza mieć, by spodnie nosić! Co? Chciałabyś, co? Chciałabyś!

– Dziwka! – Jakaś stara kobiecina, opatulona od stóp do głowy w szary worek, na jej widok trzykrotnie splunęła do rynsztoka.

I tak od świtu. Lori mdliło od tego wszystkiego. Czuła, że długo już tego nie wytrzyma. Przedzierała się jednak z uporem między brudnymi i poobłupywanymi kamieniczkami z czerwonej cegły, zbitymi ciasno wokół wąskich uliczek, cuchnących zleżałym łajnem i gnijącymi rybami. Przez wałęsające się po nich stadka włochatych świń i skrzeczących, łuskowatych kur. Przez grupki ludzi, równie głośnych jak drób i brudniejszych od świń, tłoczących się przy szynkach i straganach na dziedzińcach pięknych niegdyś kamienic. Obserwowała przemykające wszędzie skrzydlate koty, grzejące się w świetle wstającego ciepłego słońca, szybujące nad uliczkami, łażące po gzymsach.

– Hej, a może ona ma kuśkę? Może ma? Co, chłopcy? Może zobaczymy, co, chłopcy? Ściągniemy spodnie, a tam czarna fujarka! – rechotał ktoś z grupki, która wciąż rosła za jej plecami.

Gdyby to była Tirrea… Ile musiałaby zapłacić rodzinom tych wszarzy za zabójstwo? Wdowa zobaczyłaby błysk złota i już, załatwione, po sprawie. A ona poczułaby się o wiele lepiej, gdyby mogła…

Tylko na moment.

A potem musiałaby patrzeć w ich twarze za każdym razem, gdy zamykałaby oczy.

„Dwie przecznice. Jeszcze tylko dwie przecznice”.

Zmierzała do gospody Pod Czerwonym Sumem, jednej z tych, w których podobno ktoś wypytywał o Theagara. Wszystkie poprzednie były ślepymi zaułkami, nikt nic nie…

Któryś z nich złapał ją za rękę. Natychmiast przełożyła ciężar ciała na lewą nogę, zwinęła się w piruecie i wyrwała dłoń. Lewą ręką chwyciła pistolet wiszący u pasa, przyklękła, obróciła się i już mierzyła mu prosto w twarz. Już naciskała spust. Nacisnęłaby… Gdyby nie to, że to znowu był jakiś gówniarz. Dziecko jeszcze. Takie samo dziecko jak to, które zabiła ostatnim razem, gdy wyskoczyło na nią z nożem. Zareagowała wtedy odruchowo – nie musiała tego robić, wystarczyło go rozbroić. Lata szkolenia dały o sobie znać, zanim zdała sobie sprawę z tego, co robi. Ale nie tym razem.

Na widok pistoletu idąca za nią, rozochocona grupa mężczyzn czmychnęła w panice. Chłopak, który chwycił ją za rękę, nie uciekł, choć mokra plama na spodniach świadczyła o tym, że rozumiał powagę sytuacji.

Lori wciąż ze sobą walczyła. Nie zamierzała nacisnąć na spust, ale coś… Czuła, jak jej dłoń zaczyna drżeć. Dwoma szybkimi ruchami przypięła pistolet z powrotem do pasa. Była zaskoczona, że przyszło jej to z takim trudem. Była wściekła, że jakaś jej część wciąż chciała…

– Nie rób tego więcej, słyszysz? – wycedziła groźnie, patrząc chłopakowi prosto w oczy.

Wyciągnął do niej drżące ręce, w których coś trzymał.

– Co to jest?

– Dla The… Theagara oth Loath… On tu jest. I czeka – wyjąkał przerażony chłopak.

Lori chwyciła zalakowany w skórzanej kopercie list i zerknęła na pieczęć. Była nadłamana.

– Kto… – zaczęła, ale chłopak rzucił się do ucieczki. Zaklęła po tirreańsku i ruszyła za nim. Skręcił w zaułek w lewo, potem w prawo, a potem…

Zniknął. Po prostu rozpłynął się w powietrzu.

Przestąpiła nad leżącymi w rynsztoku zwłokami starego mężczyzny owiniętego dziurawą, szarą derką. Jakaś pulchna kobieta przechodząca obok splunęła na jej widok, a plwocina wylądowała tuż obok zastygłej w niemym krzyku twarzy trupa.

– Do kościoła byś poszła, ladacznico! – zabulgotała kobieta, ignorując zwłoki.

„Nienawidzę tego miasta”, pomyślała Lori.

***

Ściany falowały. W głębokiej, ciężkiej, duszącej ciemności rozlegał się szloch, płacz i krzyk. Ból wibrował w powietrzu, równie namacalny i lepki jak ciemność, jak śmierć skryta gdzieś w nieprzeniknionej czerni. Szloch przeradzał się w skowyt, skowyt w jęk, jęk w krzyk, a ściany pulsowały wraz z dźwiękiem, drgały w ciemności, biły mu pokłony, szepcząc cicho, zbyt niewyraźnie, zbyt delikatnie, aby przebić się przez udręczony głos, błagający już tylko o śmierć.

Ściany czuły zapach krwi, krwi, którą widział przez cienką szparę w drzwiach zza których dobiegał szloch i wrzask, w ciemność wlewały się ból i cierpienie, rozpacz i śmierć, wypełniając ją, dotykając swoimi cienkimi, czarnymi palcami jego twarzy, sycząc mu do ucha, podczas gdy ściany falowały w rytm spazmatycznego szlochu. Ciemność wlewała mu się w płuca, odbierając oddech.

– Niczego nie możesz zmienić… Niczego…

Ethon powoli otworzył oczy.

Leżał w bezruchu. Przyłożył prawą dłoń do bijącego w szaleńczym tempie serca. Wbijał wzrok w sufit, koncentrując się na długim, rozgałęzionym pęknięciu w drewnie. Stopniowo odzyskiwał kontrolę nad swoim ciałem. Tymczasem jego mały, ascetycznie urządzony pokój zaczęło wypełniać światło pierwszego zimnego słońca, przeganiając mrok i cień.

Wreszcie młody lekarz podniósł się z posłania, po czym stanął w oknie wychodzącym na niewielkie podwórze. Na niebie pojawiło się i drugie słońce, większe, ciepłe, złocistopomarańczowe.

Na podwórku rozległo się donośne pianie koguta, a po krótkiej chwili dołączyły do niego dzwony bijące na świt we wszystkich kościołach Aazh. Dzwony były dla niego błogosławieństwem, mimo lekkiego kaca. Przeganiały szepty, które wciąż słyszał, nawet gdy zniknęła już ciemność. Nadal widział tamten pokój i szparę w drzwiach, przez którą sączył się metaliczny zapach krwi. Za nimi był ból, cierpienie…

Za nimi była śmierć.

Ethon przeczesał palcami zmierzwione ciemne włosy i rozmasował obolałe skronie, cały czas chłonąc bicie dzwonów, pianie kogutów, szczekanie psów i pozostałe dźwięki budzącego się do życia Aazh. Wrzeszczące dzieci, jazgotliwe przekupki, skrzypiące wozy, do których zaprzęgano ryczące konie i zawodzące woły, a wreszcie i dochodzący z podwórka, skrzekliwy głos panny Go’an, która, na jego nieszczęście, dostrzegła go z dołu w oknie.

– Ethon chłopiec! Gdzie być noc? Gdzie łazić? Ethon chłopiec czeka, Go’an mówić!

Ethon był przekonany, że panna Go’an nigdy nie nauczy się rheinaazhyjskiego, choćby miała spędzić kilka kolejnych żywotów w stolicy Cesarstwa. Zapewne dlatego, że po prostu nie było jej to do niczego potrzebne. Sędziwa dozorczyni kamienicy przy Zielnej podreptała ku zajmującemu centralne miejsce na dziedzińcu drzewu przodków, kilkoma sprawnymi ruchami odpaliła mdlące kadzidła, po czym truchcikiem ruszyła z powrotem w stronę kamienicy, głośno paplając do siebie w języku Xan.

Ethon miał poważne podejrzenia, że złajanie go za „włóczenie się po nocy” było dla panny Go’an tylko pretekstem do upomnienia się o zaległy czynsz, którego, niestety, zapłacić zwyczajnie nie mógł. Wraz z przymusowymi wykładami naprawczymi uczelnia zajęła mu znowu pensje w szpitalu i na uniwersytecie, a ostatnie pieniądze właśnie poszły na nowe skórzane rękawice u Wheartha i Syna.

Lekarz westchnął ciężko. To nie był dobry dzień.

Raz jeszcze rozmasował skronie z nadzieją, że pulsujący ból zniknie do czasu pierwszej wizyty domowej, po czym podszedł do komody. Otworzył ciężką, skrzypiącą szufladę, wyciągnął szarą koszulę i narzucił ją przez głowę. Sznurując kołnierz, już słyszał na korytarzu skrzekliwy monolog w śpiewnym Xan. Dozorczyni nie miała w zwyczaju pukać, więc Ethon wyszarpnął z szuflady spodnie i gorączkowo próbował je włożyć, zanim stara Xanka wparaduje do pokoju.

Osiągnął tyle, że kiedy drzwi się otworzyły, podskakiwał na jednej nodze, na którą zdążył naciągnąć nogawkę.

– Panno Go’an! Bardzo proszę! Nie jestem ubrany! – wysapał, mocując się ze spodniami.

– Co? Go’an chłopa nie widzieć? Wiedzieć, co chłop między nogi – odparła bez mrugnięcia stara Xanka. – Pokój śmierdzieć! – fuknęła na niego, drepcząc po pomieszczeniu, skrupulatnie analizując każdą szparę w ścianie i każdą obluzowaną deskę w podłodze. Szczególną uwagę poświęciła rzuconym w kąt wczorajszym ubraniom Ethona.

– Nic nie śmierdzi, panno Go’an… Błagam, czy mógłbym chociaż włożyć spodnie?

– Śmierdzieć! Chłop sam w pokój, zawsze śmierdzieć. Chłopiec posprzątać, ale nie, to dla panny Go’an robota być, tak? Baba sprzątać, chłop brudzić, tak? – Pogroziła mu kościstym palcem, zakończonym ostrym jak brzytwa, pożółkłym paznokciem.

– Nie, naprawdę… – Ethonowi wreszcie udało się wciągnąć i zasznurować spodnie, co stawiało go w odrobinę lepszej pozycji negocjacyjnej, jeśli ktokolwiek kiedykolwiek był w dobrej pozycji do negocjacji z mierzącą nie więcej niż metr czterdzieści, pomarszczoną starszą panią, która zarządzała kamienicą przy Zielnej. – Panno Go’an, nie chcę, żeby pani sprzątała mój pokój, wręcz przeciwnie. Wolałbym, żeby pani w ogóle tu nie wchodziła…

– Ja nie wchodziła? Ja? Chłopiec Ethon chyba gorączka! Ja dom! Ja! – zaskrzeczała gniewnie ciemnoskóra Xanka, machając odzianymi w powłóczyste, kolorowe szaty rękoma.

Ethon tymczasem przeczesywał komodę w poszukiwaniu wyjściowego dubletu.

– Kamienica należy do pani, oczywiście, ja tylko chciałem zwrócić uwagę, że człowiek ma prawo być sam, na przykład wtedy, gdy rano wkłada spodnie…

Znalazł czarny dublet, nałożył go i postawiwszy kołnierz, zaczął zapinać guziki.

– Sam? Sam zło! Być wiele, to dobro! To nie dom sam, to dom wiele! Dom Go’an! Dom opiekować! Go’an opiekować! Chłopiec chcieć sam, nie wiele, chłopiec iść być inne miejsce! I niech nie myśli, że go tam karmić i troszczyć, jak Go’an, o nie! Go’an karmić dobrze, dobry gospodarz Go’an!

Stara Xanka często wpadała w udawaną egzaltację, ale Ethon nie był pewny, czy tym razem uraza w jej głosie nie była prawdziwa. Lubił Go’an. Była naprawdę miłą staruszką. Wciąż nie powiedziała ani słowa o trzech miesiącach zaległego czynszu.

– Ma pani, oczywiście, rację. Ja jestem Go’an, ja jestem dom. – Spróbował odwołać się do xańskiego stylu myślenia na tyle, na ile potrafił go zrozumieć. – A pani kuchni nie zamieniłbym na nic w świecie!

Stara Xanka rozpromieniła się, zacmokała kilkakrotnie, a liczne bruzdy i zmarszczki na jej pucołowatej, obwisłej twarzy pogłębiły się jeszcze w szerokim, odsłaniającym puste dziąsła uśmiechu.

– No! Dobry chłopiec jest, dobry, ja być ten dzień grzyby thi-an, z zając, w mech leśny. Ty jeść? Ty jeść! – Szybko zmieniła pytanie w odpowiedź, gdy Ethon dopinał ostatnie guziki dubletu. – Chłopiec jeść, taki chudy, ludzie myśleć „Go’an źle karmić”!

– Będę dziś późno, panno Go’an… – Ethon wiązał już chustę na kołnierzu, formując plastron. Jeszcze tylko buty.

„Gdzie ja posiałem buty?”

– Mam kilka wizyt, a potem jeszcze parę spraw, więc wrócę po zmroku…

– Nie problem, ja odgrzać chłopiec królik!

Buty były pod łóżkiem.

– Będę wdzięczny, serdecznie dziękuję! – Ethon uśmiechnął się do starej Xanki, która wbijała w niego świdrujące spojrzenie małych, czarnych oczu, choć bezzębny uśmiech nie schodził jej z twarzy.

– Chłopiec się nie włóczyć po nocy… Niebezpiecznie, krzywda – przestrzegła. – Go’an duma. Go’an chłopiec Doktor…

Ethon, nareszcie kompletnie ubrany, w swoich wysokich skórzanych butach – od Wheartha i Syna rzecz jasna – wstał, pochylił się i ucałował starą Xankę w czoło.

– Miłego dnia życzę, panno Go’an! Obiecuję, że dzisiaj się nigdzie nie włóczę, tylko praca! Do widzenia! – powiedział i wyszedł na korytarz.

„Uff… nie wspomniała nic o czynszu…”

***

– Co tak pachnie? – zapytała Lori od progu, wślizgując się do maleńkiej kuchni w kamienicy przy Ghadgertern.

– Perliczki w sosie grzybowym – odparł Theagar z powagą, wyczuła nawet lekki ton dumy. – Tylko nie jestem pewny wina… – dodał po chwili, drapiąc się po szpakowatej brodzie.

Wciąż na nią nie spojrzał. W kuchni zawsze był taki…

„Przeklęty aazhyjski! Jak to było? Therenoi… Odległy? Daleki?”

Usiadła na blacie, założyła nogę na nogę, a dłoń z listem, który wręczył jej chłopak, wysunęła w jego stronę. On jakby tego nie zauważył, jakby ledwie był świadom jej obecności.

– Pinot? – westchnęła, cofając dłoń. – I przestań. Nie rób tego. Nie ze mną.

– Czego, moja droga? – odparł, wreszcie obdarzając ją spojrzeniem i uśmiechem. Tym magicznym, wspaniałym uśmiechem tylko dla niej, który dawał jej poczucie bezpieczeństwa, który mówił „Jesteś w domu”.

– Nie przesłuchuj mnie. Nie buduj ciszy, którą będę musiała wypełnić.

Pokiwał głową, zerwał z powały kępkę ziół, chwycił nóż i zaczął energicznie siekać. Ciasna kuchnia wypełniła się aromatem tymianku i majeranku.

– Z tym pinotem masz rację. Myślałem o czymś bardziej lokalnym, co przeniosłoby nasze spojrzenie w przyszłość, nie w…

– Przyszłość, Theagar? Naprawdę? – wyrwało jej się. Nie chciała tego powiedzieć. Nie chciała wcierać soli w świeże rany. Zaklęła cicho pod nosem.

– Wciąż mamy przyszłość, moja droga – odpowiedział spokojnie, nie przerywając siekania ziół. – Wciąż jestem lordem oth Loath. A łaska pańska… – zawiesił głos.

– Wiem. Po prostu… – Nie wiedziała, co po prostu, więc zmieniła temat. – Ktokolwiek szukał cię po zaplutych karczmach Nowego Portu, postanowił napisać list.

– Widzę. Otwierałaś? – zapytał, wrzucając zioła do bulgoczącego w glinianym garnku nad paleniskiem bulionu.

Pokręciła przecząco głową.

– Adresowany do ciebie – zażartowała, ale jej uśmiech nie był szczery. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale nie chciała otwierać tego listu. Nie chciała, aby on go otwierał. Kawałek papieru w skórzanej kopercie ciążył jej, męczył ją i denerwował. – Miałam… Złe przeczucia. Tak jak ostatnio.

Theagar westchnął ciężko. Pokręcił głową.

– Lori, przepraszam. – Stanął obok, ujmując jej ramiona w dłonie. – Wiesz, że tego nie chciałem. Musiałem, nie mogłem podjąć innej decyzji.

– Wiem. – Spuściła wzrok.

„Wiem, ale nienawidzę tego miasta. Nienawidzę tego domu, choć nie spędziłam w nim jeszcze nawet godziny, nienawidzę tej kuchni…”

– Zobaczysz. Wszystko będzie dobrze, moja droga. – Ucałował jej czoło, a ona… Cóż, poczuła się lepiej. Taki był Theagar. Zawsze potrafił sprawić, że czuła się lepiej. – No dobrze. To co my tu mamy?

Przejął od niej skórzaną kopertę. Przez moment, przez mgnienie oka chciała mu ją wyrwać. Tylko że to niczego by przecież nie zmieniło.

Stary szpieg oparł się o stół. Przez chwilę studiował nadłamaną pieczęć, cmoknął dwa razy i pokręcił głową, jak gdyby odrzucając jakąś myśl, nim wreszcie złamał ją, otworzył kopertę i wyciągnął tkwiący w niej pergamin. Studiowała jego oczy wodzące po ciasno zapisanej karcie. Wyraz jego twarzy nie zmienił się nawet odrobinę, ale już od pierwszych odczytanych słów jego skóra przybrała szarawy odcień, a zmarszczki pod oczyma pogłębiły się.

Gdy skończył, drżącymi lekko dłońmi złożył list na cztery. Zaczął bębnić palcami w papier, chodzić wte i wewte po kuchni. Znała ten stan bardzo dobrze. Ostatni raz widziała go takim, gdy otrzymali inny list – ten, po którym musiała spakować wszystko, co posiadała, wsiąść na statek płynący na północ i pożegnać się ze wszystkim, co znała.

– Co? Co się stało? – zapytała w końcu.

– Kamień – mruknął, jakby to cokolwiek wyjaśniało.

– Jaki kamień?

– Pieczęć była nadłamana. Zatopił go w laku. Ktoś go wyciągnął. Ktoś, kto wiedział, widział. Był przy tym – szeptał, jak gdyby do siebie.

– Theagar, o czym ty mówisz?

– Jak on wyglądał? Ten, który dał ci list?

– Dzieciak, jedenaście, może dwanaście lat, krótko ostrzyżony, do samej skóry. Niebieskie oczy. Szare portki, bura koszula. Biedny. I szybki.

– Nie. Czyli użył jakiegoś szczura. Dlaczego? – żachnął się Theagar. – Powiedział coś? – dodał, tym razem głośniej, tym razem do niej.

– „On tu jest. I czeka” – zacytowała, coraz bardziej zbita z tropu.

„Co było w tym liście?”

– Czeka… Na co? Na co czekasz, Enrosz?

– Theagar… O co chodzi? Co się dzieje? Kim jest Enrosz? – zapytała. Dopiero gdy skończyła, zdała sobie sprawę z tego, że wróciła do ojczystego języka.

Stary szpieg pokręcił energicznie głową, nim obrócił się w jej stronę i spojrzał jej w oczy.

– Moim martwym bratem, Lori. Moim martwym od dwudziestu jeden lat bratem.

***

Obudziło ją pukanie do drzwi. Powrót do rzeczywistości zajął kilka chwil, bo miała jakiś cudowny sen, który teraz rozpływał się w niepamięci. Umykał tym szybciej im bardziej usiłowała go przywołać.

Była bezpieczna. I była częścią. Słyszała śpiew. I…

Znowu to natrętne pukanie. Jedna z dziewczyn, z którymi mieszkała, podniosła się z posłania i mamrocząc nieobyczajnie, ruszyła do drzwi.

— Tak? — spytała zaspanym głosem.

— Nie ty, nie o ciebie chodzi… — odparła ochmistrzyni Róża, wchodząc bezceremonialnie do środka swoim kaczym krokiem. Teraz już wszystkie służki zerwały się na równe nogi, próbując jak najszybciej odziać się i zawinąć czepce.

Rudowłosa dziewczyna zrobiła to samo, kątem oka dostrzegając, iż ochmistrzyni drepce w jej stronę. Serce podeszło jej do gardła. Wyrzucą ją. Za marnowanie czasu przed lustrem, za wchodzenie do miejsc, do których nie powinna była wchodzić. Wyrzucą ją i wróci do Starego Portu bez niczego. Bez dowodu dla komendanta Drighera. Nigdy nie dowie się, co stało się z Merą i z innymi. Nigdy już jej nie zobaczy, nie dotknie…

— No, dziecko, szybko, szybciusio! Ubieraj się! — zagdakała pogodnie Róża, stając przed rudowłosą dziewczyną, składając ręce na wydatnym biuście i obdarzając ją krytycznym spojrzeniem, ale i uśmiechem.

Skoro się uśmiechała, może wcale nie będzie tak źle, może po prostu Appel albo ten drugi — ten, który nie mógł chodzić — przysłali po nią, może chcieli dać ją do innego, nowego domu. Może tego, do którego dali Merę…

Ręce jej drżały, więc ochmistrzyni westchnęła ciężko i ruszyła z pomocą przy wiązaniu czepca.

— Oj, nie umiesz ty jak porządna dziewczyna się zachować, oj nie… No, i teraz tak, hop, i jeszcze… Weź się, dziecko, naucz sama, ja nie będę ci zawsze czepca wiązać!

— Dziękuję. — Rudowłosa dziewczyna uśmiechnęła się nerwowo.

— No już. Gotowa? Rzeczy swoje zebrała?

— Rzeczy?

— No jakieś drobiazgi, pieniążki czy coś?

Pokręciła głową. Nie miała żadnych rzeczy.

— No to idziemy, hop, hop, króliczku! — zakomenderowała radośnie ochmistrzyni. — A wy koniec leniuchowania, słonka wstały, czas jest pracy! — rzuciła jeszcze w drzwiach do pozostałych dziewczyn, które wciąż mocowały się z wiązaniem swoich czepców.

Znalazły się na korytarzu dla służby. Rudowłosa dziewczyna stała niepewnie, przestępując z nogi na nogę i nie wiedząc, co zrobić z rękoma.

— Tędy, dziecko, no już — poleciła Róża, ruszając korytarzem.

— Odprawiacie mnie? — spytała przez ściśnięte gardło, decydując się wreszcie na złożenie dłoni bezpiecznie za plecami.

— Odprawiamy, dziecino, ale nie tam, skąd przyszłaś, o nie! — zagulgotała z zadowoleniem ochmistrzyni. — Do większego domu idziesz! Doceniono cię, dziecino, oj, doceniono, choć tak po prawdzie nie wiem za co!

— Czyjego domu? — Z jakiegoś powodu ani radość Róży, ani jej zapewnienia nie uspokoiły dziewczyny. Wciąż czuła rosnącą gulę w gardle, wciąż czuła napięcie w podbrzuszu.

— A! A! A! — Róża pogroziła żartobliwie palcem. — Dość tych pytań, no już, idziemy!

Ochmistrzyni wiodła ją korytarzami, aż stanęły przy szerokich drzwiach, zdobionych złotem i czerwonym atłasem.

— No dobrze, to teraz, dziecino, bądź miła i grzeczna, a obiecuję ci, że do końca życia będziesz szczęśliwa! — zachichotała Róża z nieskrywaną ekscytacją. — No szybciusio! Do środka!

Dziewczyna uchyliła drzwi i wślizgnęła się do pokoju.

— Jesteś. Dobrze — powiedział mężczyzna w czarnym płaszczu z kapturem.

Rozdział II

…do komnaty, w której z sufitu zwisał olbrzymi gad ze skrzydłami. Pomieszczenia pełnego książek…

***

— I nic więcej? Czego chce? Dlaczego teraz? Gdzie go znaleźć? – Mikkel nie potrafił lub nie chciał ukryć zwątpienia w głosie.

– Nic więcej – potwierdził krótko Theagar obrócony do nich tyłem, zajęty mieszaniem bulionu w glinianym garnku nad paleniskiem.

– Prócz nadłamanej pieczęci – dodała Lori, zakręcając winem w kieliszku.

– Nie podoba mi się to – warknął Mikkel, nerwowo krążąc po maleńkiej kuchni kamienicy przy Ghadgertern. Jego staromodna zbroja podzwaniała i zgrzytała przy każdym ruchu. – Martias? Masz coś? Cokolwiek?

– Niefortunnie, wiem tyle co pan, panie son Svetlo. Nie indagowałem, lapsus ten naprawię.

Martias Danhall był człowiekiem niskiego pochodzenia. Bliskim najniższego z możliwych. Był dzieckiem Podmiasta, labiryntu wydrążonych w skale korytarzy, w których – jak szczury w wiecznym mroku – żyli ludzie nieposiadający nic oprócz szałasu ze śmieci. Martias jednak, w przeciwieństwie do przytłaczającej większości swych pobratymców, zdołał się z tej ciemności wyrwać i zrobić karierę u boku Theagara oth Loath.

Nosił się na bogato; tym razem miał na sobie wzorzystą kamizelę z brązowej skóry, a pod nią czerwono-złotą koszulę z motywami roślinnymi. Aby ukryć rzadkie kępki włosów na przypominającej trupią czaszkę głowie, nosił wytworny czerwony kapelusik, ozdobiony jaskrawym piórem jakiegoś egzotycznego ptaka. Mówiąc, dobierał słowa, które miały świadczyć o jego wykształceniu i obyciu. Często robił to niewłaściwie, więc Lori po prostu go nie rozumiała, nikt jednak nie zwracał mu na to uwagi. Podobnie jak nikt nie pytał o upiorne blizny po szyciu otaczające jego usta.

– Czy mamy cokolwiek, co potwierdzałoby jego tożsamość? Theagar, twój brat zginął dwadzieścia lat temu…

– Dwadzieścia jeden lat, trzy miesiące i cztery dni… – wtrącił Martias.

Mikkel ze zniecierpliwieniem machnął ręką.

– Nieważne! Dlaczego teraz? Theagar, twoje przesłuchania w komisji wywiadu zaczynają się dzisiaj i dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie pojawia się twój martwy brat?

– Być może… – zaczęła Lori, patrząc prosto w srebrne, nieludzkie oczy Mikkela, zdradzające jego ardońskie pochodzenie. – Być może właśnie dlatego. Wcześniej nie potrzebował naszej pomocy, a my nie potrzebowaliśmy jego. Wszystko się zmieniło, Mikkel. Jeśli on przez cały czas był na kontynencie…

– A może to pułapka?! Bo masz rację, wszystko się zmieniło! Jesteśmy nadzy, Loreanzza! Jesteśmy bezbronni! Przeklęte niech będą Anioły, czy to wszystko brzmi dla ciebie wiarygodnie?

– No cóż, jeśli dla ciebie coś brzmi niewiarygodnie, to z pewnością to oznacza, że autor listu jest kłamcą i oszustem – odcięła się. Unikał jej wzroku. Warczał na nią. To, co wydarzyło się między nimi poprzedniej nocy, było błędem. Zresztą nie pierwszym.

– Jedno „to” – poprawił ją z przekąsem srebrnooki Ardończyk. – „To z pewnością znaczy” albo „znaczy to z pewnością”.

– Aha… A wiesz, co znaczy „pieprz się”?! – syknęła, ale Mikkel tylko parsknął i pokręcił głową.

– Dość. Nie jestem idiotą – uciął Theagar spokojnie, ale stanowczo. – Tak. To jest niepokojące, to wszystko jest niepokojące. I właśnie dlatego się tym zajmiemy.

– Jak, Theagar? – westchnął po chwili Mikkel, klekocząc zbroją. – Nie wiemy nawet, od czego zacząć.

– Wiemy – stwierdziła Lori. – Pieczęć była nadłamana, ktoś usunął z niej kamień. Według listu ten kamień, szmaragd, to Oko Lwa z rodowego pierścienia oth Loath. Jedno z dwóch. A my…

– A ja mam drugie – dodał Theagar, wciąż klęcząc przy swoim bulionie, jak gdyby cała ta rozmowa niewiele go obchodziła, Lori znała go jednak zbyt dobrze. – Ojciec dał mi kamień, gdy opuszczałem dom. Identyczny w każdym calu.

– Ktokolwiek ukradł kamień z pieczęci, będzie próbował go sprzedać. Szmaragdem brzucha nie napełni – ciągnęła Loreanzza. – Znajdziemy kamień, odszukamy złodzieja, a w końcu i Enrosza.

– Chybko przygotuję repertorium lokalnych paserów. – Martias wygiął swoje chude ciało w egzaltowanym ukłonie.

– Rozumiem. – Mikkel pokiwał w końcu głową i kilkakrotnie przesunął dłonią po swoich krótkich, metalicznych włosach. – I nic, co powiem, nie zmieni twojego zdania?

– Nie, Mikkel. Nie tym razem. Muszę wiedzieć – odparł Theagar, nareszcie podnosząc się znad paleniska i zwracając oczy w ich stronę. – Dobrze wiesz, że muszę wiedzieć.

Ardończyk pokiwał głową.

– Zajmę się wszystkim. Ty tymczasem zajmij się komisją.

– Dziękuję, przyjacielu. – Theagar uśmiechnął się blado. – Nigdy go nie poznałem, wiesz? Wymieniliśmy kilka listów, gdy był jeszcze chłopcem. Znałem jego matkę, byłem na ślubie. Pełną gębą Berżka, z klanu wilka z Eragh. Rude włosy, zwierzęce skóry, naszyjniki z kości… Przywiodła całe stado szamanów i wiedźm, a chleb i wino przyjęła podobno na długo po ślubie. Ojciec pisał, że Enrosz był jej odbiciem, te same berskie włosy, te same rysy, twardy jak kamień. Mój brat, Bergh. Jeśli jest szansa, choćby… Chciałbym go zobaczyć, nim umrę. Lori?

– Tak?

– Sean es’ease avarre. Thenna?

– Thenne – odparła cicho, po czym szybko osuszyła kieliszek wina.

***

Gabinet Thanila byłby przestronny, gdyby nie był tak zagracony. Pod ścianami stały regały pełne zwojów i książek, szklanych słojów wypełnionych zakonserwowanymi zwierzętami i roślinami, suszonymi ziołami i sproszkowanymi minerałami. Obok nich były przyrządy chirurgiczne i balwierskie oraz przeróżne wynalazki i cuda nowoczesnej techniki, ściągane przez aharańskiego lekarza z najdalszych zakątków znanego świata. Pod łukowatym sufitem podwieszone były modele maszyn latających i wypchane zwierzęta – największe z nich, pustynny krokodyl z ojczyzny Thanila, mierzył trzy metry od czubka wydłużonego nosa do końca cienkiego, płaskiego ogona.

Ethon, wkraczając do gabinetu swojego mistrza, zawsze odnosił wrażenie, że wciska się do ciasnej komórki na rzeczy przedziwne, niedziałające i do niczego niepotrzebne. Do tego wciąż bolała go głowa, a w pomieszczeniu było gorąco i duszno.

– Jesteś spóźniony – stwierdził Thanil, nie podnosząc głowy znad leżącego na stole pergaminu, zapisanego pismem w alfabecie aharańskim. Nie był sam. Przy dużym oknie, z okrągłych płytek kolorowego szkła łączonych ołowiem, stał mężczyzna w czarnym habicie duchownego, zdobionym zielonymi nićmi na znak statusu członka Kolegium, grupy najwyższych dostojników Kościoła Jedynego Boga.

– Wiem, przepraszam – odparł Ethon, zamykając za sobą drzwi gabinetu. – Nie mogłem się przebić przez Rzemieślniczą…

– Coroczny targ na świętego Boravida, na Nowym Rynku. I zamknięty do remontu most zachodni – odparł mężczyzna w habicie, podczas gdy Thanil nawet nie podniósł wzroku znad czytanego przez siebie tekstu.

Ethon nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Dotarłeś jednak w końcu – pomógł mu Thanil.

– Musiałem zejść do Podmiasta, Bóg Jedyny raczy wiedzieć, kiedy to się rozładuje… – Nie ugryzł się w język wystarczająco szybko. Inwokowanie Boga było grzechem. Ethon spojrzał, lekko spłoszony na stojącego przy oknie kolegiata, ten jednak sprawiał wrażenie, jakby wcale tego nie usłyszał.

– Gdzie Lheiam? – zapytał Thanil, zwijając pergamin. Ethon wzruszył ramionami.

– Nie wiem, chyba ma dziś dyżur w pracowni.

– Ty miałeś dziś dyżur w pracowni. – Thanil poprawił go spokojnie, długimi palcami gładząc swoją spiczastą czarną brodę, poprzetykaną cienkimi pasemkami siwizny. Nie patrzył już na swojego ucznia, wzrok skierował na podwieszonego pod sufitem aharańskiego krokodyla. – Ethon, to jest kolegiat Vheroon. Vheroon, oto mój uczeń, Ethon oth Oehrlingen.

– Miło mi poznać! Wiele o tobie słyszałem, Ethon. – Duchowny odwrócił się od okna i sprężystym krokiem podszedł do młodego lekarza, już w połowie drogi wyciągając do niego dłoń. Był zaskakująco młody jak na kolegiata. Nie mógł mieć więcej niż czterdzieści lat. Przystojny, na ile Ethon potrafił to ocenić. Gładko ogolona twarz, wyraźnie zaznaczone kości policzkowe, czarne, miejscami błyskające srebrem włosy. Przywodził na myśl marmurowe posągi herosów z czasów Pierwszego Imperium z galerii uniwersyteckiej. Młody lekarz z pewnym wahaniem przyjął wyciągniętą dłoń, obyczaj nakazywałby mu raczej paść na kolana i ucałować czubki palców Vheroona.

– Jestem zaszczycony, kolegiacie – odpowiedział. Duchowny zrobił zgorszoną minę i machnął lekceważąco ręką.

– Proszę, mów mi Vheroon. Zostawmy tytulaturę dla ludu. Już od dawna pragnąłem cię poznać. To ty jesteś autorem naszej najnowszej koncepcji eksperymentalnej? – Ethon pobladł. Spojrzał w stronę Thanila, który, jak gdyby nigdy nic, przeglądał kolejne pergaminy. Vheroon zauważył zdenerwowanie rozmówcy i roześmiał się. – Spokojnie, panie oth Oehrlingen! Jestem jednym z mecenasów pańskich eksperymentów, przyjacielem, nie wrogiem!

– Vheroon jest głęboko zainteresowany rozwojem nauki. W szczególności interesuje go alchemia, ale nie szczędzi nam też pomocy w kwestiach związanych z medycyną – dodał Thanil.

– Chemia, nie alchemia – sprostował z uśmiechem Vheroon. – Nie zajmuję się poszukiwaniem kamienia filozofów, nie próbuję zamieniać żelaza w złoto i posługuję się metodą naukową, a nie magią i ezoteryką. Thanil dobrze o tym wie, ale najwyraźniej nie potrafi się powstrzymać przed lekkim ośmieszeniem mnie.

– Vheroon ma dla ciebie dobre wieści, młody człowieku. – Aharańczyk zmienił temat.

– Doprawdy?

Kolegiat energicznie pokiwał głową.

– Ach! Otóż udało mi się wreszcie uzyskać dla was nowy obiekt badawczy. Zdaję sobie sprawę, iż długo to trwało, ale…

– Ty? Ty jesteś „źródłem”? – wypalił Ethon tak zdumiony, że zupełnie zapomniał o formach grzecznościowych.