Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 213
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mojej Ukochanej Mamie,
która pokazała mi,
czym jest mądra kobiecość.
Jesień 2008 roku.
Pewne niezbyt duże miasto skąpane było w rzęsistym deszczu. Popołudnie zapowiadało się ponuro. Wracający z pracy czy szkoły pragnęli jak najszybciej dostać się do swoich domów, osuszyć i odpocząć.
W sali jednego z budynków w centrum miasta przy dwóch sąsiadujących biurkach siedziały dwie kobiety. Jedna z nich, Anna Nowak, była trzydziestopięcioletnią blondynką o miłej twarzy. Jej koleżanka, Barbara Rudnicka, o sześć lat starsza, miała długie ciemne włosy opadające na duży biust. Przez lekką nadwagę nie czuła się zbyt atrakcyjnie.
Obie wertowały stosy dokumentów. Anna z niecierpliwością spojrzała na zegar wiszący na ścianie i odetchnęła z ulgą.
– Piętnasta! Kończymy! – stwierdziła wesoło.
– Pewnie, mam już po dziurki w nosie tej roboty.
Uporządkowały papiery, schowały je do szafek, a potem podeszły do wieszaka, by zdjąć płaszcze. Mogły w końcu wyjść i oderwać się od codziennej rutyny.
– Masz ochotę pochodzić po sklepach z ciuchami? – spytała Barbara.
– Wybacz, ale nie mogę. Obiecałam Jakubowi, że pomogę mu w lekcjach. Całe szczęście, że możemy z Witkiem liczyć na pomoc mamy, jeśli chodzi o odbieranie dzieci ze szkoły i gotowanie im obiadów. Gdyby nie ona, nie wiem, co zrobilibyśmy z dziećmi.
Kiedy obie się ubrały, Anna spojrzała na ekran komórki i powiedziała:
– Muszę lecieć. Dzieciaki są już pewnie w domu. To pa!
Wyszła szybko z pomieszczenia.
Barbara stała chwilę w smutnym zamyśleniu. W domu nie czekał na nią nikt.
– Nawet nie wiesz, jak cholernie ci zazdroszczę…
Kolacja w domu Anny i jej męża Witolda przebiegała jak zwykle w przyjemnej atmosferze. Anna przygotowała pyszną pieczeń, której zapach roznosił się po całym domu.
Witold był szczupłym, wysokim czterdziestoletnim szatynem o przeciętnej twarzy. Przypatrywał się z radością swoim dwóm synom – dziesięcioletniemu Jakubowi o bladej cerze i jasnych włosach oraz młodszemu o dwa lata Robertowi, który był wizualną kopią swojego ojca.
– Jakub, powtórzyłeś już z mamą lekcje na jutrzejszy sprawdzian? – zainteresował się Witold.
– Jeszcze nie, po kolacji.
– Jak się postarasz i dostaniesz dobrą ocenę, to będę miał dla ciebie niespodziankę. – Uśmiechnął się do syna.
Jakub mocno się ożywił.
– Niespodziankę? Jaką niespodziankę?
– Jak tata mówi, że niespodziankę, to niespodziankę. Naucz się, to się dowiesz – wtrącił się Robert.
– Robert, a jak ty pomożesz mi jutro w ogrodzie, to też będę miała dla ciebie niespodziankę – rzekła Anna i zwróciła się do Jakuba: – Jak tylko skończymy jeść, to przerobimy tę matmę na jutro.
Anna i Witold leżeli w łóżku i cieszyli się, że dzień dobiegł końca. Ich synowie już spali, za oknem wiał silny wiatr, a oni czuli swoje wzajemne ciepło, nie tylko to fizyczne.
– Jaką niespodziankę przygotowałeś dla Jakuba?
– Chcę go zabrać na ryby.
– Myślisz, że jest na to wystarczająco duży?
– Dziesięcioletni chłopak nie jest już takim małym dzieckiem. Mnie ojciec zabrał pierwszy raz na ryby, kiedy miałem właśnie dziesięć lat. I spodobało mi się. Może jemu też się spodoba.
– Jeśli Robert pomoże mi jutro w ogrodzie, to kupię mu jedną bluzkę. Kiedy ją ostatnio zobaczył, od razu chciał ją mieć. Pomyślałam jednak, że będzie dobrze, jeśli na nią zasłuży. W końcu w życiu nic nie ma za darmo.
Witold przewrócił się na bok w stronę Anny.
– Kiedy na ciebie patrzę, to zastanawiam się, dlaczego tyle nas łączy. Zasady życiowe, poglądy, temperamenty. Dobraliśmy się idealnie.
Anna odwróciła się twarzą do niego i uśmiechnęła promiennie.
– Nie tylko pod tymi względami do siebie pasujemy.
Pocałowała go czule w usta.
Kiedy kilka dni później Jakub przyniósł z radością do domu sprawdzian, Witold był pod wrażeniem. Zastanawiał się, na ile wpływ na to miała obiecana niespodzianka.
– Jestem dumny z twojej piątki! – pochwalił starszego syna, sprzątając naczynia po kolacji.
– To głównie zasługa mamy. A co to za niespodzianka, którą dla mnie masz?
– Zabiorę cię w miejsce, w które kiedyś zabrał mnie twój dziadek. Zobaczymy, czy też je polubisz tak jak ja. Jeszcze nigdy nie wziąłem cię na ryby.
– Na ryby? Super! Kiedy jedziemy? – Jakub aż podskoczył na krześle.
– W sobotę. Jeśli ci się spodoba, to kupię ci wędkę.
– Na pewno mi się spodoba! Nie mogę się doczekać!
– Tato, a mnie też zabierzesz na ryby? – wtrącił się Robert.
– Zastanowię się. A dostałeś niespodziankę od mamy?
– Pewnie, mama kupiła mi bluzkę, o którą ją prosiłem parę dni temu. Jest fajowa.
– Bluzka czy mama?
– Obie. Mam nadzieję, że się zgodzisz.
– No dobrze, masz to jak w banku.
Sobotni poranek przekreślił częściowo plany Witolda.
Anna siedziała przy łóżku Roberta. Trzymając w jednej dłoni termometr, drugą położyła na czole syna. Było rozpalone.
– Jesteś chory. Nie możesz dziś jechać z tatą i Jakubem na ryby – orzekła kategorycznym tonem i zabrała dłoń.
– Ale ja chcę! – W głosie Roberta zabrzmiała rozpacz.
– Nie możesz, masz gorączkę. Ta wyprawa może się dla ciebie skończyć bardzo źle.
Chłopiec spuścił wzrok i przykrył się mocniej kołdrą.
Do pokoju wszedł Witold.
– No i jak z nim?
– Trzydzieści osiem i trzy. Nie pojedzie z wami. Zaraz pójdę do apteki.
Witold spojrzał na Roberta ze smutkiem.
– Ajajaj, kolego. Słuchaj mamy. Wyzdrowiejesz i wtedy się z nami zabierzesz.
– Szkoda… Tato, a nakręcisz chociaż jakiś film z wyprawy?
– Oczywiście! – Ojciec uśmiechnął się do syna.
– No, jedźcie już. Im szybciej pojedziecie, tym szybciej wrócicie i Robert zobaczy ten film – poradziła Anna.
– Dostaniesz dziś lekarstwa od mamy i film ode mnie. Umowa stoi?
Robert uśmiechnął się lekko i powiedział:
– Stoi!
Pomimo choroby Roberta i niezbyt ładnej pogody Witold i Jakub jechali na ryby w dobrych humorach. W sobotę o tej porze na drodze nie było dużego ruchu. Jakub od kilku dni mocno ekscytował się wyprawą.
– Żałujesz, że Robert nie jedzie z nami? – spytał go nagle Witold.
– Niezbyt.
Witold spojrzał na niego zdziwiony.
– Niezbyt?
– Gdyby z nami był, to pewnie robiłby mnóstwo hałasu.
– Nie przesadzaj, powiedziałbym mu, żeby był cicho.
– Dostał bluzkę od mamy. Ja na wyjazd na ryby musiałem zasłużyć, a wystarczyło, że on cię tylko poprosił, a już się zgodziłeś.
– Jakub, nie przesadzaj. Nie bądź o niego zazdrosny. Ja i mama kochamy was tak samo.
Jechali w milczeniu. Witold dostrzegł jadący z naprzeciwka z dużą prędkością żółty samochód, poruszający się wężykiem.
– Co on robi, do cholery? – mruknął do siebie Witold.
Zbliżający się szybko samochód zaczął niebezpiecznie zjeżdżać na ich pas.
Jakub spojrzał przerażony na ojca i krzyknął:
– Tato, zjedź na pobocze!
Witold wpadł w panikę. Samochód z naprzeciwka z impetem uderzył w ich auto…
Po wielkim huku nastała cisza…
Po chwili podbiegło do nich kilku zaaferowanych kierowców. Przednie szyby obu pojazdów były potłuczone w drobny mak. Witold i Robert leżeli nieruchomo z zakrwawionymi twarzami. Kierowca drugiego auta również.
Jeden z mężczyzn krzyknął do zebranej grupki:
– To ten z żółtego samochodu w nich rąbnął!
Podbiegł do samochodu i pochylił się nad kierowcą. Wyczuł jednoznaczny zapach.
– Kurwa mać, pijak jebany!
Na ceremonii pogrzebowej Witolda i Jakuba Anna cierpiała po raz drugi. Wiadomość o śmierci męża i syna ścięła ją z nóg i zniszczyła dotychczasowy porządek w jej spokojnym życiu.
Mogła liczyć na wsparcie swojej matki, Barbary i sąsiadów, jednak sama musiała być wsparciem dla swojego zapłakanego młodszego syna, który miał już nigdy nigdzie nie pojechać z ojcem i bratem.
Kilka dni po pogrzebie odwiedziła ją Barbara. Jako najbliższa przyjaciółka czuła, że poza samą obecnością na ceremonii musi dodać otuchy zrozpaczonej Annie. Były same w domu i siedziały przy herbacie.
– Dziękuję ci, że byłaś na pogrzebie… To miał być pierwszy wyjazd Jakuba na ryby… – mówiła Anna z trudem.
– Jestem przy tobie. Masz moje pełne wsparcie.
– Gdyby Robert był zdrowy, to… – Anna zaczęła szlochać.
– Ale został w domu. – Barbara położyła dłoń na ramieniu przyjaciółki.
– Sprawca wypadku też zginął. I dobrze, bo rozszarpałabym go na strzępy! Wyobraź sobie, że był pijany!
– Gdzie jest Robert i twoja mama?
– Poszli na spacer. Dobrze, że mama zabiera go na spacery, bo widziałby mnie ciągle płaczącą. Stracił ojca i brata.
– Masz przy sobie bliskich. Ja nie mam w ogóle rodziny. Jesteś najbliższą mi osobą. Nie zostawię cię bez pomocy.
Anna przytuliła się do Barbary.
– Dziękuję ci. Jestem na silnych lekach uspokajających. Teraz wszystko się zmieniło.
Miesiąc później Anna i Robert odwiedzili grób Witolda i Jakuba. Rana po ich stracie wciąż się nie zagoiła i nie mogli powstrzymać łez.
– Tęsknię za tatą i Jakubem. I dziękuję losowi, że byłeś wtedy chory – powiedziała Anna, ocierając łzy.
– Mamo, ja naprawdę kochałem Jakuba, chociaż kłóciłem się z nim często. Nie pojadę już ani z nim, ani z tatą na ryby…
Zaczął szlochać. Anna wyciągnęła z kieszeni kurtki chusteczkę i podała synowi. Robert otarł oczy.
– Życie jest przewrotne. Okrutne w najmniej oczekiwanych momentach. Teraz zostaliśmy tylko ja, ty i babcia. Ale tata i Jakub będą w nas żyć, dopóki będziemy o nich myśleć i pamiętać. Nie wolno ci o nich zapomnieć.
– Ale ja nie chcę o nich zapomnieć… Chcę ich mieć przy sobie.
– I będą zawsze przy tobie, dopóki będziesz o nich pamiętać. Musimy sobie z tym poradzić. Chcę, żebyśmy ze sobą rozmawiali. O wszystkim, nawet o najmniejszych bzdurach. Życie jest kruche. Dowiedziałeś się o tym stanowczo za wcześnie. Dlatego trzeba je cenić, szanować każdy dzień życia, jakby był ostatni…
– Przeraża mnie to życie.
– Życie nie jest straszne samo w sobie. Jest w nim wiele piękna, chociaż brzydoty również. Ale póki żyjesz, zawsze możesz coś zrobić. Doświadczyć czegoś nowego, spotkać ciekawych ludzi.
– Ale w każdej chwili to życie może się skończyć… – powiedział przygnębiony Robert.
Anna pochyliła się i mocno przytuliła syna.
– Nie myśl tak. Gdyby wszyscy bali się życia, to ten świat byłby straszny. Nikt nie chciałby żyć. Oczywiście nie da się wszystkiego przewidzieć. Tata i Jakub nie mogli przewidzieć, że tak szybko odejdą, ale mimo to żyli normalnie. Ryzyko śmierci jest wpisane w nasze życie. A teraz obiecaj mi, że będziesz na siebie uważać. Jesteś dla mnie bardzo ważny.
– Obiecuję. Ty też na siebie uważaj.
Anna uśmiechnęła się delikatnie.
Nastał styczeń.
Po smutnym sylwestrze Anna i jej matka siedziały rano w kuchni. Przez okno widziały grubą pokrywę śnieżną na podwórku. Pół godziny wcześniej Anna odśnieżyła chodnik, jednak padający ciągle śnieg zdążył już zniweczyć jej pracę.
– Mam nadzieję, że ten nowy rok będzie dla nas wszystkich łaskawy – odezwała się matka Anny, starsza kobieta o łagodnej, ale smutnej twarzy.
– Ja również. Dziękuję ci jeszcze raz za pomoc.
– Aniu, przecież jesteśmy rodziną. Teraz musimy się trzymać jeszcze bardziej razem.
Anna westchnęła.
– Ja nie wiem, co teraz będzie ze mną i z Robertem. Od czasu tego wypadku strasznie się o niego boję. Wpadłam chyba w jakąś paranoję. Nie umiem się uspokoić.
– Mówiłaś mu o tym?
– Chyba żartujesz? Z Basią o tym rozmawiałam, ale stwierdziła, że przesadzam. Nie mogę stresować Roberta. Za dużo przeszedł. Ma tylko osiem lat. W tym roku dziewięć. Zadzwonię do niego.
Wyciągnęła komórkę i wybrała jego numer. Po chwili odebrał.
– Cześć, Robert. Babcia jest w domu. A ty długo będziesz u Mariusza?
– Nie, zaraz wracam.
– Uważaj na siebie.
– Mamo, ciągle na siebie uważam. Nie musisz mi o tym przypominać.
– Wiem, kochanie, ale po prostu się martwię.
– Zaraz będę. Nie martw się.
– To pa!
– Pa!
Rozłączyła się i spojrzała smutno na matkę.
– On sam zauważył, że panicznie się o niego boję.
Minęło kilka dni. Matka Anny wróciła już do siebie.
Poprzedniej nocy mocno padało, a temperatura spadła poniżej zera.
Gdy Anna szła rano w kierunku furtki, rozczarowana spojrzała na oblodzony chodnik. Nie pomyślała, by posypać go wcześniej solą.
Ślizgając się, próbowała złapać równowagę, ale szybkie dojście do przystanku autobusowego nie wchodziło w rachubę.
W pewnym momencie poczuła szarpnięcie do tyłu.
– Cholera jasna! – zdążyła krzyknąć i upadła.
Uderzyła głową o chodnik.
Straciła przytomność…
Szpitalna sala była ostatnim miejscem, w którym Anna wyobrażała sobie siebie tego dnia. Bandaż na jej głowie i ból doprowadzały ją do wściekłości. Przez swoje niedbalstwo znalazła się właśnie tutaj i musiała tu spędzić najbliższe dni.
Przy jej łóżku stała jej matka oraz siedemdziesięcioletni sąsiad, który widział wypadek i wezwał pogotowie.
– Jak się czujesz? – spytała ją z troską matka.
– Głowa mnie strasznie boli. Ale to nic dziwnego, skoro walnęłam głową o oblodzony chodnik. Panie Józefie, bardzo panu dziękuję.
Józef uśmiechnął się do niej życzliwie. Wyraz jego dobrotliwej twarzy nieco uspokoił Annę.
– Napędziłaś mi stracha! Dobrze, że tylko tak się to skończyło.
Anna spojrzała zaniepokojona na matkę.
– Mamo, co z Robertem?
– Spokojnie, jest teraz w szkole. Zajmę się nim. Zostaniesz tu kilka dni na obserwacji. Lepiej dmuchać na zimne.
– Dzwoniłam już do szefa. Na szczęście Basia przejmie na chwilę moje obowiązki.
Po obserwacji Anna wróciła do domu.
Siedziała właśnie wygodnie w fotelu. W jednej ręce trzymała kubek z gorącą herbatą, a w drugiej smartfon. Zjadłszy parę kawałków pysznego powitalnego ciasta, zrobionego przez jej matkę i Roberta, postanowiła zadzwonić do Barbary.
– Właśnie dziś wypuścili mnie ze szpitala. Miałaś pewnie dużo więcej roboty przez ten wypadek?
– Daj spokój, to była wyjątkowa sytuacja. Nic już cię nie boli?
– Nie, chociaż mam jeszcze krwiak. Ale się zagoi. Najgorsze za mną.
Usłyszała pukanie do drzwi.
– Basiu, przepraszam cię, ale ktoś puka. Pogadamy później. To pa!
Wstawiła wodę na herbatę, podczas gdy Józef siedział na krześle i przyglądał się jej uważnie.
– Widziałem przed chwilą, że wróciłaś do domu. Wszystko w porządku? – zaczął radośnie.
– Dlatego mnie wypuścili – odpowiedziała podobnie Anna.
– Jak się wtedy przewróciłaś, to myślałem, że będzie gorzej. A teraz widzę, że został tylko krwiak.
Usiadła koło Józefa.
– Panie Józefie, dobrze, że to się tylko tak skończyło. Jutro wracam do pracy.
– To świetnie.
Przez chwilę milczeli, patrząc na siebie. Nagle na twarzy Anny pojawił się strach. Wyglądała, jakby ogarnął ją paraliż. Józef się przestraszył.
– Czy wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
– Taaak… Trochę mnie głowa rozbolała, ale to nic poważnego. Zaraz przejdzie.
– Gdyby coś było nie tak…
– Wszystko już w porządku – przerwała jego wypowiedź ze sztucznym uśmiechem.
Czajnik się wyłączył. Anna wstała, zalała herbatę, po czym postawiła szklankę przed Józefem.
– Słodzi pan?
– Nie. Od dziecka nie słodzę i nie będę słodził aż do śmierci.
Anna usiadła powoli na krześle z przestraszonym wyrazem twarzy.
Następnego dnia Barbara przyglądała się uważnie Annie. Dotychczas nie widziała koleżanki w tak dziwnym stanie.
Anna siedziała przy swoim biurku nad stertą papierów, jednak nie mogła się skupić na pracy. Z jej twarzy biło przerażenie.
– Jakoś dziwnie wyglądasz. Jesteś pewna, że możesz dziś pracować? – zaniepokoiła się Barbara.
Anna ocknęła się z marazmu.
– Słuchaj, może uznasz mnie za wariatkę, ale kiedy wczoraj rozmawiałyśmy, zapukał do drzwi mój sąsiad, który wezwał do mnie pogotowie. Zaprosiłam go do środka i po chwili rozmowy poczułam coś strasznego.
Barbara spojrzała uważnie na przyjaciółkę.
– Co takiego?
– Nagle zobaczyłam w wyobraźni, jak umiera na zawał serca. Wiem, że to dziwaczne, co mówię, ale właśnie to zobaczyłam.
Barbara roześmiała się.
– Ania, myślę, że po prostu jeszcze nie doszłaś do siebie. Mnie też często nachodzą dziwne myśli.
– Ale to nie była myśl! To była… wizja.
– Hm, myślę, że to wynik stresu. Nie bierz tego tak na poważnie. I nie myśl już o tym. Bierzemy się do pracy.
Wiszące z dachu sople tworzyły obraz prawdziwej zimy. Anna stała już kwadrans pod domem, patrząc na nie i robiąc im zdjęcia.
Przez ostatnie dni pracowała normalnie i starała się nie niepokoić. Umówiła się już z Barbarą na oglądanie ubrań w galerii handlowej.
Postanowiła, że nie będzie wpadać w histerię z powodu swojej wizji. Barbara na pewno miała rację, że była ona efektem ubocznym wstrząśnienia mózgu.
Anna już miała zrobić kolejne zdjęcie, kiedy usłyszała za sobą czyjeś szybkie kroki. Odwróciła się i zobaczyła swoją zdyszaną matkę.
– Aniu, mam złe wieści!
– Jakie?
– Pan Józef nie żyje!
Anna poczuła, jakby ktoś uderzył ją czymś ciężkim w głowę.
– O Boże!
– To był zawał! Musiałaś słyszeć karetkę pogotowia. Przyjechali pół godziny temu! Pani Stefania jest zrozpaczona!
Annie zrobiło się słabo. Po chwili osunęła się na ziemię. Jej matka podbiegła do niej i zaczęła ją klepać po twarzy.
– Aniu, wstawaj!
– Ta wizja… spełniła się… – zdążyła wyszeptać.
Minęły trzy miesiące. Dla Anny trzy najdziwniejsze w jej życiu. Jej wizje stały się coraz częstsze i zawsze się sprawdzały, jednak nikomu o nich nie mówiła.
Czasem pojawiały się także obrazy przeszłości. Patrząc na matkę czy Roberta, Anna nagle przypominała sobie rzeczy, które dawno wypadły z jej pamięci.
Po początkowym szoku próbowała sobie zracjonalizować swą obecną sytuację. Niepokój mijał z wolna, ustępując miejsca rozważaniu istotnej zmiany w życiu Anny. Postanowiła, że zrobi użytek ze swojego nowego daru. Wkrótce powie matce i Robertowi dlaczego.
Siedziała właśnie naprzeciwko swojego dyrektora w jego gabinecie. Patrzyła na niego bardzo poważnie. Dyrektor, dojrzały, przystojny mężczyzna, przyglądał się jej z wielkim zdziwieniem.
– Pani Anno, jak mam to rozumieć?
– Panie dyrektorze, zastanawiałam się nad tym długo, ale podjęłam ostateczną decyzję.
– Czy dostaje pani za małe wynagrodzenie? Jest pani moją wieloletnią pracowniczką i dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków. Jeśli to kwestia pieniędzy, to jestem otwarty.
Anna poruszyła się nerwowo.
– Tu nie chodzi o pieniądze. Po prostu… od czasu tego wstrząśnienia mózgu trzy miesiące temu coś się zmieniło. Nie chcę o tym mówić. Chcę zmienić swoje życie, póki nie jest za późno.
Dyrektor spojrzał na nią badawczo.
– Czy ma pani jakieś problemy ze zdrowiem?
– Trudno powiedzieć. Jeśli powiem panu prawdę, to wyjdę na wariatkę. A nie jestem nią. Nic mnie nie boli i nie mam żadnych dolegliwości, ale… Panie dyrektorze, ta praca czasem doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Po wyjściu ze szpitala uświadomiłam sobie, że za długo tu jestem. No i odkryłam w sobie coś niecodziennego, dzięki czemu mogę postawić na samodzielną działalność. Proszę mnie nie pytać, co to jest, bo nie powiem. Wiem, że pewnie stawia to pana w kłopotliwej sytuacji, ale moja decyzja jest ostateczna.
Dyrektor wstał, a zaraz po nim zrobiła to Anna. Podszedł do niej.
– Pani Anno, skoro jest pani zdecydowana na zmianę, to co ja mogę zrobić? Ze swojej strony dziękuję za dotychczasową pani pracę i mam nadzieję, że w nowym miejscu osiągnie pani sukces.
Uśmiechnął się do niej i podał jej rękę.
Annie stuknęła właśnie pięćdziesiątka i od czasu zwolnienia się z biura prowadziła własny gabinet wróżbiarski w swoim mieszkaniu. Cieszył się dużą renomą. Podczas wizyt klientów dla pozorów wróżyła im z kuli, która tak naprawdę do niczego nie była jej potrzebna.
Nikomu poza już nieżyjącą matką, Robertem i Barbarą nie powiedziała o swym darze. Nie chciała być męczona ciągłymi prośbami o przepowiedzenie najbliższej przyszłości. I tak jednak informacje o sprawdzalności jej wróżb trafiły do miejscowej policji, która czasem prosiła ją o pomoc. Robiła to niezbyt chętnie z uwagi na drastyczność niektórych spraw.
Robert przez ostatnie kilkanaście lat dorósł i zmężniał. Nosił dłuższe włosy i krótką bródkę. Z twarzy bardzo przypominał Witolda, chociaż według Anny był od niego o wiele wrażliwszy. Nie pasjonował się sportem, a jego hobby stanowiła głównie poezja. Uwielbiał ją nie tylko czytać, lecz także recytować na szkolnych konkursach, na których często zdobywał główne nagrody. Zaczął także pisać własną i publikował ją w renomowanych wydawnictwach. Annę poruszała dojrzałość, z jaką tworzył wiersze o swych przeżyciach wewnętrznych, przyrodzie czy stracie brata i ojca. Z żalem myślała o tym, że Witoldowi i Jakubowi nie dane było zobaczyć, jak rozwinął się Robert.
***
Nastał letni piątek. Anna gościła u siebie akurat ostatnią osobę, jednak zamiast cieszyć się na myśl o względnie spokojnym weekendzie, walczyła teraz z najgorszą rzeczą, z jaką mogła się mierzyć u nowych klientów – sceptycyzmem.
– Proszę absolutnie odwołać tę wycieczkę. Absolutnie! – rzekła do klientki zaaferowana.
– O co pani chodzi!? Zazdrości mi pani pieniędzy czy co!? – fuknęła zadbana bogata czterdziestolatka o nieprzyjemnym wyrazie twarzy.
– Proszę pani, mam dość gruby portfel. Zresztą proszę sprawdzić opinie o mnie w internecie. Jestem bardzo dobrą wróżką, a moje wróżby zawsze się sprawdzają.
– Żałosne… Nie wiem, po co tu przyszłam!
– Przyszła pani po to, by dowiedzieć się, czy w Tunezji pozna pani miłość swojego życia, a ja pani powiedziałam, że prywatny samolot, którym pani poleci, rozbije się na lotnisku. Chciała pani prawdy, to ją pani ma.
Kobieta wstała, po czym rzuciła zmięty banknot na stół.
– „Wróżka Lukrecja”, dobre sobie! Niech sobie pani wybierze pseudonim „Wróżka Podpucha”, bardziej do pani pasuje! A do Tunezji i tak polecę!
Wyszła z mieszkania z ostentacyjną urazą.
Po chwili do pokoju wszedł Robert.
– I co, nie udało się?
– Robert, ona za siedem dni wsiądzie do tego samolotu, a potem będą zbierać jej zwęglone szczątki. Widzę to bardzo wyraźnie.
Robert podszedł bliżej i usiadł na fotelu, na którym wcześniej siedziała klientka.
– Powiedziałaś jej prawdę, ale zmusić jej do niczego nie możesz. Każdy jest kowalem własnego losu.
– Nawet nie wiesz, jak nienawidzę takich sytuacji! Sceptycyzm niektórych klientów ściąga na nich zgubę! Zresztą nieważne. Jestem dumna, że kolejny tomik twoich wierszy został wydany!
– Poezja to coś, co pozwala mi się wyciszyć, zajrzeć w głąb siebie i swoich przeżyć. Wszystkie moje wiersze to moja duma. Szkoda tylko, że mało ludzi dziś czyta poezję.
– W ogóle mało ludzi dziś czyta. Ale jestem z ciebie dumna! Tata, Jakub i moja mama też by byli…
Kilka dni później Anna spotkała się z Barbarą w parku koło swojego domu.
Przez te kilkanaście lat koleżanka trochę się zmieniła. Miała większą nadwagę i zmieniła fryzurę z długich czarnych włosów na krótkie, farbowane na mahoń.
Siedziały na ławce i milczały dłuższą chwilę. Barbara paliła papierosa i przyglądała się przygnębionej przyjaciółce.
– Czemu masz taką nieciekawą minę?
– Oglądałam dziś zdjęcia, jakie mi zostały po Witoldzie, Jakubie i mamie. Dziś wypada pierwsza rocznica jej śmierci.
– Tęsknisz za nimi, prawda?
– Pewnie. Robert jest już dorosły, nie będzie go przy mnie cały czas, a ja się cholernie o niego boję.
– Twój dar zawsze ci pomoże go ochronić.
– Nie zawsze. Musiałby być stale przy mnie, bym nie czuła strachu. To przekleństwo, nie dar.
– Już kilkanaście lat jesteś wróżką. Twój dar pozwolił ci zapewnić sobie niezłą sytuację materialną. Zazdroszczę ci. Ja za psie pieniądze siedzę w biurze z papierami. A do emerytury trochę mi brakuje. No i dalej jestem starą, bezdzietną panną. Chociaż pogodziłam się już z tym.
– Parę dni temu była u mnie jakaś bogata kobieta i oczywiście obraziła się, kiedy przepowiedziałam jej bliską śmierć.
– Przestań się tym przejmować. Jesteś wróżką z krwi i kości i nie wciskasz ludziom tego, co chcieliby usłyszeć, tylko samą prawdę. A że ktoś nie uwierzy? Jego sprawa. Masz dużo klientów, którzy wierzą w każde twoje słowo, i skup się na nich. To oni potwierdzają swoimi ciągłymi wizytami twój profesjonalizm! Nie bądź więźniem odpowiedzialności za cudzy los!
Tego samego dnia Anna siedziała przed telewizorem i znudzona zmieniała kanały telewizyjne. Roberta nie było w domu.
W pewnym momencie zatrzymała się na jednym programie. Jej oczom ukazała się młoda dziennikarka i siedzący przy niej niedbale młody piosenkarz, o którym podobno ostatnio było dosyć głośno.
– Witamy po przerwie w programie „Top Star”. Dziś gościmy wschodzącą gwiazdę muzyki pop, czyli Tomasza Drzazgę! – Dziewczyna zaszczebiotała do kamery, po czym zwróciła się do piosenkarza: – Tomek, nie myślałeś o jakimś pseudonimie? Twoje nazwisko może być śmieszne w show-biznesie.
Anna zwróciła uwagę na trzymane przez niego ręce w kieszeniach i żucie gumy. Ogarnęło ją zażenowanie.
– Wiesz, tu chodzi o fejm, o rozpoznawalność. Moje nazwisko jest rozpoznawalne i ja się z niego cieszę.
– Wygrałeś jakiś czas temu talent show „The New Music Star” i dzięki temu wydałeś ostatnio płytę pod tytułem „Drzazga w sercu”. Czy to celowa dwuznaczność?
– Robię wszystko, co sprawia, że jestem na pierwszych stronach gazet i w takich programach jak ten.
Anna wyłączyła telewizor i siedziała dłuższą chwilę w ciszy. Otarła skronie, podeszła do okna i powiedziała pod nosem:
– I to ma być wzorzec dla młodzieży?
Następnego dnia pieliła z Robertem ogród. Na szczęście nie było gorąco i robota nie wydawała się uciążliwa. Nagle przerwała pracę.
– Widziałam wczoraj wywiad z jakimś młokosem, który chyba uznał, że tylko dlatego, że wygrał jakiś talent show, może zachowywać się jak prostak. W ogóle jakiś nieciekawy ten typ.
– Jak on się nazywa?
– Tomasz Drzazga.
Robert wyprostował się i wrzucił trzymany mlecz do kubła.
– Aaa, znam go. Znajomi mówią, że jestem do niego podobny.
– Nie zwróciłam na to uwagi. Za to jego prostackie zachowanie od razu rzuciło mi się w oczy. Rozumiem, że to show-biznes, ale takie programy oglądają młodzi ludzie. I uczą się, że brak kultury to droga do sukcesu.
– Może i masz rację…
– Dobrze, że ja nie muszę się za ciebie wstydzić. Gdyby on był moim synem, to zapadłabym się ze wstydu pod ziemię.
– Aha… On za jakiś miesiąc będzie tu miał koncert. Może pójdziemy?
Anna spojrzała na niego z wyrzutem.
– A ja tam po co?
– Byłaś kiedyś na jakimś?
– Przyznam się, że nie.
– On dosyć dobrze śpiewa. Ma fajny głos. Może i zachowuje się osobliwie, ale musi kuć żelazo, póki gorące.
– No, jeśli dobrze śpiewa, to mogę pójść, ale nie licz na wielki entuzjazm z mojej strony. Zajmijmy się tymi chwastami, bo niedługo nas tu wieczór zastanie.
Pozostało jeszcze 90% zawartości tej książki.
W kobiecym zwierciadle
isbn: 978-83-8423-307-8
© Michał Dąbrowski i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Monika Turała
korekta: Angelika Kotowska
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
