W kobiecym zwierciadle - Michał Dąbrowski - ebook

W kobiecym zwierciadle ebook

Michał Dąbrowski

5,0

Opis

Trzy historie, w których odbijają się lęki, marzenia i tęsknoty. Te, które znamy aż za dobrze.

Świat Anny legł w gruzach w dniu, w którym straciła męża i syna. Przytłoczona cierpieniem, z trudem odnajduje siłę, by żyć dalej dla siebie i młodszego dziecka. Wszystko zmienia się po wypadku, gdy nawiedzają ją wizje zbyt realne, by je zignorować.

Renata, zadziorna i porywcza, po śmierci ojca ucieka do miasta. Marzy o wolności i chce zacząć wszystko od nowa. Nie spodziewa się, że spotkanie z sąsiadką, Beatą, otworzy przed nią drzwi do bliskości, której skrycie pragnęła…

Magdalena i Monika, dawne znajome, żyją w cieniu nierozliczonych krzywd. Jedna kroczy przed siebie z podniesioną głową, przekonana o własnej sile. Druga ukrywa przed światem blizny. Te, które zostały jej po spotkaniu z tą pierwszą.

Każda z tych kobiet ma własny głos. Każda pragnie szczęścia.
I każda wybiera inną drogę, by je odnaleźć. Czy im się to uda?

W „kobiecym zwierciadle” to trzy poruszające historie o stracie, samotności, sile i próbach odzyskania siebie. Opowieści, w których każdy może dostrzec swoje odbicie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 213

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Grazia58

Nie oderwiesz się od lektury

Zapowiadała się dużo lepiej. Ale czyta się nieźle
00



Mo­jej Uko­cha­nej Ma­mie,

któ­ra po­ka­za­ła mi,

czym jest mą­dra ko­bie­cość.

DAR

1

Je­sień 2008 ro­ku.

Pew­ne nie­zbyt du­że mia­sto ską­pa­ne by­ło w rzę­si­stym desz­czu. Po­po­łu­dnie za­po­wia­da­ło się po­nu­ro. Wra­ca­ją­cy z pra­cy czy szko­ły pra­gnę­li jak naj­szyb­ciej do­stać się do swo­ich do­mów, osu­szyć i od­po­cząć.

W sa­li jed­ne­go z bu­dyn­ków w cen­trum mia­sta przy dwóch są­sia­du­ją­cych biur­kach sie­dzia­ły dwie ko­bie­ty. Jed­na z nich, An­na No­wak, by­ła trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nią blon­dyn­ką o mi­łej twa­rzy. Jej ko­le­żan­ka, Bar­ba­ra Rud­nic­ka, o sześć lat star­sza, mia­ła dłu­gie ciem­ne wło­sy opa­da­ją­ce na du­ży biust. Przez lek­ką nad­wa­gę nie czu­ła się zbyt atrak­cyj­nie.

Obie wer­to­wa­ły sto­sy do­ku­men­tów. An­na z nie­cier­pli­wo­ścią spoj­rza­ła na ze­gar wi­szą­cy na ścia­nie i ode­tchnę­ła z ulgą.

– Pięt­na­sta! Koń­czy­my! – stwier­dzi­ła we­so­ło.

– Pew­nie, mam już po dziur­ki w no­sie tej ro­bo­ty.

Upo­rząd­ko­wa­ły pa­pie­ry, scho­wa­ły je do sza­fek, a po­tem po­de­szły do wie­sza­ka, by zdjąć płasz­cze. Mo­gły w koń­cu wyjść i ode­rwać się od co­dzien­nej ru­ty­ny.

– Masz ocho­tę po­cho­dzić po skle­pach z ciu­cha­mi? – spy­ta­ła Bar­ba­ra.

– Wy­bacz, ale nie mo­gę. Obie­ca­łam Ja­ku­bo­wi, że po­mo­gę mu w lek­cjach. Ca­łe szczę­ście, że mo­że­my z Wit­kiem li­czyć na po­moc ma­my, je­śli cho­dzi o od­bie­ra­nie dzie­ci ze szko­ły i go­to­wa­nie im obia­dów. Gdy­by nie ona, nie wiem, co zro­bi­li­by­śmy z dzieć­mi.

Kie­dy obie się ubra­ły, An­na spoj­rza­ła na ekran ko­mór­ki i po­wie­dzia­ła:

– Mu­szę le­cieć. Dzie­cia­ki są już pew­nie w do­mu. To pa!

Wy­szła szyb­ko z po­miesz­cze­nia.

Bar­ba­ra sta­ła chwi­lę w smut­nym za­my­śle­niu. W do­mu nie cze­kał na nią nikt.

– Na­wet nie wiesz, jak cho­ler­nie ci za­zdrosz­czę…

2

Ko­la­cja w do­mu An­ny i jej mę­ża Wi­tol­da prze­bie­ga­ła jak zwy­kle w przy­jem­nej at­mos­fe­rze. An­na przy­go­to­wa­ła pysz­ną pie­czeń, któ­rej za­pach roz­no­sił się po ca­łym do­mu.

Wi­told był szczu­płym, wy­so­kim czter­dzie­sto­let­nim sza­ty­nem o prze­cięt­nej twa­rzy. Przy­pa­try­wał się z ra­do­ścią swo­im dwóm sy­nom – dzie­się­cio­let­nie­mu Ja­ku­bo­wi o bla­dej ce­rze i ja­snych wło­sach oraz młod­sze­mu o dwa la­ta Ro­ber­to­wi, któ­ry był wi­zu­al­ną ko­pią swo­je­go oj­ca.

– Ja­kub, po­wtó­rzy­łeś już z ma­mą lek­cje na ju­trzej­szy spraw­dzian? – za­in­te­re­so­wał się Wi­told.

– Jesz­cze nie, po ko­la­cji.

– Jak się po­sta­rasz i do­sta­niesz do­brą oce­nę, to bę­dę miał dla cie­bie nie­spo­dzian­kę. – Uśmiech­nął się do sy­na.

Ja­kub moc­no się oży­wił.

– Nie­spo­dzian­kę? Ja­ką nie­spo­dzian­kę?

– Jak ta­ta mó­wi, że nie­spo­dzian­kę, to nie­spo­dzian­kę. Na­ucz się, to się do­wiesz – wtrą­cił się Ro­bert.

– Ro­bert, a jak ty po­mo­żesz mi ju­tro w ogro­dzie, to też bę­dę mia­ła dla cie­bie nie­spo­dzian­kę – rze­kła An­na i zwró­ci­ła się do Ja­ku­ba: – Jak tyl­ko skoń­czy­my jeść, to prze­ro­bi­my tę mat­mę na ju­tro.

3

An­na i Wi­told le­że­li w łóż­ku i cie­szy­li się, że dzień do­biegł koń­ca. Ich sy­no­wie już spa­li, za oknem wiał sil­ny wiatr, a oni czu­li swo­je wza­jem­ne cie­pło, nie tyl­ko to fi­zycz­ne.

– Ja­ką nie­spo­dzian­kę przy­go­to­wa­łeś dla Ja­ku­ba?

– Chcę go za­brać na ry­by.

– My­ślisz, że jest na to wy­star­cza­ją­co du­ży?

– Dzie­się­cio­let­ni chło­pak nie jest już ta­kim ma­łym dziec­kiem. Mnie oj­ciec za­brał pierw­szy raz na ry­by, kie­dy mia­łem wła­śnie dzie­sięć lat. I spodo­ba­ło mi się. Mo­że je­mu też się spodo­ba.

– Je­śli Ro­bert po­mo­że mi ju­tro w ogro­dzie, to ku­pię mu jed­ną bluz­kę. Kie­dy ją ostat­nio zo­ba­czył, od ra­zu chciał ją mieć. Po­my­śla­łam jed­nak, że bę­dzie do­brze, je­śli na nią za­słu­ży. W koń­cu w ży­ciu nic nie ma za dar­mo.

Wi­told prze­wró­cił się na bok w stro­nę An­ny.

– Kie­dy na cie­bie pa­trzę, to za­sta­na­wiam się, dla­cze­go ty­le nas łą­czy. Za­sa­dy ży­cio­we, po­glą­dy, tem­pe­ra­men­ty. Do­bra­li­śmy się ide­al­nie.

An­na od­wró­ci­ła się twa­rzą do nie­go i uśmiech­nę­ła pro­mien­nie.

– Nie tyl­ko pod ty­mi wzglę­da­mi do sie­bie pa­su­je­my.

Po­ca­ło­wa­ła go czu­le w usta.

4

Kie­dy kil­ka dni póź­niej Ja­kub przy­niósł z ra­do­ścią do do­mu spraw­dzian, Wi­told był pod wra­że­niem. Za­sta­na­wiał się, na ile wpływ na to mia­ła obie­ca­na nie­spo­dzian­ka.

– Je­stem dum­ny z two­jej piąt­ki! – po­chwa­lił star­sze­go sy­na, sprzą­ta­jąc na­czy­nia po ko­la­cji.

– To głów­nie za­słu­ga ma­my. A co to za nie­spo­dzian­ka, któ­rą dla mnie masz?

– Za­bio­rę cię w miej­sce, w któ­re kie­dyś za­brał mnie twój dzia­dek. Zo­ba­czy­my, czy też je po­lu­bisz tak jak ja. Jesz­cze ni­g­dy nie wzią­łem cię na ry­by.

– Na ry­by? Su­per! Kie­dy je­dzie­my? – Ja­kub aż pod­sko­czył na krze­śle.

– W so­bo­tę. Je­śli ci się spodo­ba, to ku­pię ci węd­kę.

– Na pew­no mi się spodo­ba! Nie mo­gę się do­cze­kać!

– Ta­to, a mnie też za­bie­rzesz na ry­by? – wtrą­cił się Ro­bert.

– Za­sta­no­wię się. A do­sta­łeś nie­spo­dzian­kę od ma­my?

– Pew­nie, ma­ma ku­pi­ła mi bluz­kę, o któ­rą ją pro­si­łem pa­rę dni te­mu. Jest fa­jo­wa.

– Bluz­ka czy ma­ma?

– Obie. Mam na­dzie­ję, że się zgo­dzisz.

– No do­brze, masz to jak w ban­ku.

5

So­bot­ni po­ra­nek prze­kre­ślił czę­ścio­wo pla­ny Wi­tol­da.

An­na sie­dzia­ła przy łóż­ku Ro­ber­ta. Trzy­ma­jąc w jed­nej dło­ni ter­mo­metr, dru­gą po­ło­ży­ła na czo­le sy­na. By­ło roz­pa­lo­ne.

– Je­steś cho­ry. Nie mo­żesz dziś je­chać z ta­tą i Ja­ku­bem na ry­by – orze­kła ka­te­go­rycz­nym to­nem i za­bra­ła dłoń.

– Ale ja chcę! – W gło­sie Ro­ber­ta za­brzmia­ła roz­pacz.

– Nie mo­żesz, masz go­rącz­kę. Ta wy­pra­wa mo­że się dla cie­bie skoń­czyć bar­dzo źle.

Chło­piec spu­ścił wzrok i przy­krył się moc­niej koł­drą.

Do po­ko­ju wszedł Wi­told.

– No i jak z nim?

– Trzy­dzie­ści osiem i trzy. Nie po­je­dzie z wa­mi. Za­raz pój­dę do ap­te­ki.

Wi­told spoj­rzał na Ro­ber­ta ze smut­kiem.

– Aja­jaj, ko­le­go. Słu­chaj ma­my. Wy­zdro­wie­jesz i wte­dy się z na­mi za­bie­rzesz.

– Szko­da… Ta­to, a na­krę­cisz cho­ciaż ja­kiś film z wy­pra­wy?

– Oczy­wi­ście! – Oj­ciec uśmiech­nął się do sy­na.

– No, jedź­cie już. Im szyb­ciej po­je­dzie­cie, tym szyb­ciej wró­ci­cie i Ro­bert zo­ba­czy ten film – po­ra­dzi­ła An­na.

– Do­sta­niesz dziś le­kar­stwa od ma­my i film ode mnie. Umo­wa stoi?

Ro­bert uśmiech­nął się lek­ko i po­wie­dział:

– Stoi!

6

Po­mi­mo cho­ro­by Ro­ber­ta i nie­zbyt ład­nej po­go­dy Wi­told i Ja­kub je­cha­li na ry­by w do­brych hu­mo­rach. W so­bo­tę o tej po­rze na dro­dze nie by­ło du­że­go ru­chu. Ja­kub od kil­ku dni moc­no eks­cy­to­wał się wy­pra­wą.

– Ża­łu­jesz, że Ro­bert nie je­dzie z na­mi? – spy­tał go na­gle Wi­told.

– Nie­zbyt.

Wi­told spoj­rzał na nie­go zdzi­wio­ny.

– Nie­zbyt?

– Gdy­by z na­mi był, to pew­nie ro­bił­by mnó­stwo ha­ła­su.

– Nie prze­sa­dzaj, po­wie­dział­bym mu, że­by był ci­cho.

– Do­stał bluz­kę od ma­my. Ja na wy­jazd na ry­by mu­sia­łem za­słu­żyć, a wy­star­czy­ło, że on cię tyl­ko po­pro­sił, a już się zgo­dzi­łeś.

– Ja­kub, nie prze­sa­dzaj. Nie bądź o nie­go za­zdro­sny. Ja i ma­ma ko­cha­my was tak sa­mo.

Je­cha­li w mil­cze­niu. Wi­told do­strzegł ja­dą­cy z na­prze­ciw­ka z du­żą pręd­ko­ścią żół­ty sa­mo­chód, po­ru­sza­ją­cy się wę­ży­kiem.

– Co on ro­bi, do cho­le­ry? – mruk­nął do sie­bie Wi­told.

Zbli­ża­ją­cy się szyb­ko sa­mo­chód za­czął nie­bez­piecz­nie zjeż­dżać na ich pas.

Ja­kub spoj­rzał prze­ra­żo­ny na oj­ca i krzyk­nął:

– Ta­to, zjedź na po­bo­cze!

Wi­told wpadł w pa­ni­kę. Sa­mo­chód z na­prze­ciw­ka z im­pe­tem ude­rzył w ich au­to…

Po wiel­kim hu­ku na­sta­ła ci­sza…

Po chwi­li pod­bie­gło do nich kil­ku za­afe­ro­wa­nych kie­row­ców. Przed­nie szy­by obu po­jaz­dów by­ły po­tłu­czo­ne w drob­ny mak. Wi­told i Ro­bert le­że­li nie­ru­cho­mo z za­krwa­wio­ny­mi twa­rza­mi. Kie­row­ca dru­gie­go au­ta rów­nież.

Je­den z męż­czyzn krzyk­nął do ze­bra­nej grup­ki:

– To ten z żół­te­go sa­mo­cho­du w nich rąb­nął!

Pod­biegł do sa­mo­cho­du i po­chy­lił się nad kie­row­cą. Wy­czuł jed­no­znacz­ny za­pach.

– Kur­wa mać, pi­jak je­ba­ny!

7

Na ce­re­mo­nii po­grze­bo­wej Wi­tol­da i Ja­ku­ba An­na cier­pia­ła po raz dru­gi. Wia­do­mość o śmier­ci mę­ża i sy­na ścię­ła ją z nóg i znisz­czy­ła do­tych­cza­so­wy po­rzą­dek w jej spo­koj­nym ży­ciu.

Mo­gła li­czyć na wspar­cie swo­jej mat­ki, Bar­ba­ry i są­sia­dów, jed­nak sa­ma mu­sia­ła być wspar­ciem dla swo­je­go za­pła­ka­ne­go młod­sze­go sy­na, któ­ry miał już ni­g­dy ni­g­dzie nie po­je­chać z oj­cem i bra­tem.

Kil­ka dni po po­grze­bie od­wie­dzi­ła ją Bar­ba­ra. Ja­ko naj­bliż­sza przy­ja­ciół­ka czu­ła, że po­za sa­mą obec­no­ścią na ce­re­mo­nii mu­si do­dać otu­chy zroz­pa­czo­nej An­nie. By­ły sa­me w do­mu i sie­dzia­ły przy her­ba­cie.

– Dzię­ku­ję ci, że by­łaś na po­grze­bie… To miał być pierw­szy wy­jazd Ja­ku­ba na ry­by… – mó­wi­ła An­na z tru­dem.

– Je­stem przy to­bie. Masz mo­je peł­ne wspar­cie.

– Gdy­by Ro­bert był zdro­wy, to… – An­na za­czę­ła szlo­chać.

– Ale zo­stał w do­mu. – Bar­ba­ra po­ło­ży­ła dłoń na ra­mie­niu przy­ja­ciół­ki.

– Spraw­ca wy­pad­ku też zgi­nął. I do­brze, bo roz­szar­pa­ła­bym go na strzę­py! Wy­obraź so­bie, że był pi­ja­ny!

– Gdzie jest Ro­bert i two­ja ma­ma?

– Po­szli na spa­cer. Do­brze, że ma­ma za­bie­ra go na spa­ce­ry, bo wi­dział­by mnie cią­gle pła­czą­cą. Stra­cił oj­ca i bra­ta.

– Masz przy so­bie bli­skich. Ja nie mam w ogó­le ro­dzi­ny. Je­steś naj­bliż­szą mi oso­bą. Nie zo­sta­wię cię bez po­mo­cy.

An­na przy­tu­li­ła się do Bar­ba­ry.

– Dzię­ku­ję ci. Je­stem na sil­nych le­kach uspo­ka­ja­ją­cych. Te­raz wszyst­ko się zmie­ni­ło.

8

Mie­siąc póź­niej An­na i Ro­bert od­wie­dzi­li grób Wi­tol­da i Ja­ku­ba. Ra­na po ich stra­cie wciąż się nie za­go­iła i nie mo­gli po­wstrzy­mać łez.

– Tę­sk­nię za ta­tą i Ja­ku­bem. I dzię­ku­ję lo­so­wi, że by­łeś wte­dy cho­ry – po­wie­dzia­ła An­na, ocie­ra­jąc łzy.

– Ma­mo, ja na­praw­dę ko­cha­łem Ja­ku­ba, cho­ciaż kłó­ci­łem się z nim czę­sto. Nie po­ja­dę już ani z nim, ani z ta­tą na ry­by…

Za­czął szlo­chać. An­na wy­cią­gnę­ła z kie­sze­ni kurt­ki chu­s­tecz­kę i po­da­ła sy­no­wi. Ro­bert otarł oczy.

– Ży­cie jest prze­wrot­ne. Okrut­ne w naj­mniej ocze­ki­wa­nych mo­men­tach. Te­raz zo­sta­li­śmy tyl­ko ja, ty i bab­cia. Ale ta­ta i Ja­kub bę­dą w nas żyć, do­pó­ki bę­dzie­my o nich my­śleć i pa­mię­tać. Nie wol­no ci o nich za­po­mnieć.

– Ale ja nie chcę o nich za­po­mnieć… Chcę ich mieć przy so­bie.

– I bę­dą za­wsze przy to­bie, do­pó­ki bę­dziesz o nich pa­mię­tać. Mu­si­my so­bie z tym po­ra­dzić. Chcę, że­by­śmy ze so­bą roz­ma­wia­li. O wszyst­kim, na­wet o naj­mniej­szych bzdu­rach. Ży­cie jest kru­che. Do­wie­dzia­łeś się o tym sta­now­czo za wcze­śnie. Dla­te­go trze­ba je ce­nić, sza­no­wać każ­dy dzień ży­cia, jak­by był ostat­ni…

– Prze­ra­ża mnie to ży­cie.

– Ży­cie nie jest strasz­ne sa­mo w so­bie. Jest w nim wie­le pięk­na, cho­ciaż brzy­do­ty rów­nież. Ale pó­ki ży­jesz, za­wsze mo­żesz coś zro­bić. Do­świad­czyć cze­goś no­we­go, spo­tkać cie­ka­wych lu­dzi.

– Ale w każ­dej chwi­li to ży­cie mo­że się skoń­czyć… – po­wie­dział przy­gnę­bio­ny Ro­bert.

An­na po­chy­li­ła się i moc­no przy­tu­li­ła sy­na.

– Nie myśl tak. Gdy­by wszy­scy ba­li się ży­cia, to ten świat był­by strasz­ny. Nikt nie chciał­by żyć. Oczy­wi­ście nie da się wszyst­kie­go prze­wi­dzieć. Ta­ta i Ja­kub nie mo­gli prze­wi­dzieć, że tak szyb­ko odej­dą, ale mi­mo to ży­li nor­mal­nie. Ry­zy­ko śmier­ci jest wpi­sa­ne w na­sze ży­cie. A te­raz obie­caj mi, że bę­dziesz na sie­bie uwa­żać. Je­steś dla mnie bar­dzo waż­ny.

– Obie­cu­ję. Ty też na sie­bie uwa­żaj.

An­na uśmiech­nę­ła się de­li­kat­nie.

9

Na­stał sty­czeń.

Po smut­nym syl­we­strze An­na i jej mat­ka sie­dzia­ły ra­no w kuch­ni. Przez okno wi­dzia­ły gru­bą po­kry­wę śnież­ną na po­dwór­ku. Pół go­dzi­ny wcze­śniej An­na od­śnie­ży­ła chod­nik, jed­nak pa­da­ją­cy cią­gle śnieg zdą­żył już zni­we­czyć jej pra­cę.

– Mam na­dzie­ję, że ten no­wy rok bę­dzie dla nas wszyst­kich ła­ska­wy – ode­zwa­ła się mat­ka An­ny, star­sza ko­bie­ta o ła­god­nej, ale smut­nej twa­rzy.

– Ja rów­nież. Dzię­ku­ję ci jesz­cze raz za po­moc.

– Aniu, prze­cież je­ste­śmy ro­dzi­ną. Te­raz mu­si­my się trzy­mać jesz­cze bar­dziej ra­zem.

An­na wes­tchnę­ła.

– Ja nie wiem, co te­raz bę­dzie ze mną i z Ro­ber­tem. Od cza­su te­go wy­pad­ku strasz­nie się o nie­go bo­ję. Wpa­dłam chy­ba w ja­kąś pa­ra­no­ję. Nie umiem się uspo­ko­ić.

– Mó­wi­łaś mu o tym?

– Chy­ba żar­tu­jesz? Z Ba­sią o tym roz­ma­wia­łam, ale stwier­dzi­ła, że prze­sa­dzam. Nie mo­gę stre­so­wać Ro­ber­ta. Za du­żo prze­szedł. Ma tyl­ko osiem lat. W tym ro­ku dzie­więć. Za­dzwo­nię do nie­go.

Wy­cią­gnę­ła ko­mór­kę i wy­bra­ła je­go nu­mer. Po chwi­li ode­brał.

– Cześć, Ro­bert. Bab­cia jest w do­mu. A ty dłu­go bę­dziesz u Ma­riu­sza?

– Nie, za­raz wra­cam.

– Uwa­żaj na sie­bie.

– Ma­mo, cią­gle na sie­bie uwa­żam. Nie mu­sisz mi o tym przy­po­mi­nać.

– Wiem, ko­cha­nie, ale po pro­stu się mar­twię.

– Za­raz bę­dę. Nie martw się.

– To pa!

– Pa!

Roz­łą­czy­ła się i spoj­rza­ła smut­no na mat­kę.

– On sam za­uwa­żył, że pa­nicz­nie się o nie­go bo­ję.

10

Mi­nę­ło kil­ka dni. Mat­ka An­ny wró­ci­ła już do sie­bie.

Po­przed­niej no­cy moc­no pa­da­ło, a tem­pe­ra­tu­ra spa­dła po­ni­żej ze­ra.

Gdy An­na szła ra­no w kie­run­ku furt­ki, roz­cza­ro­wa­na spoj­rza­ła na ob­lo­dzo­ny chod­nik. Nie po­my­śla­ła, by po­sy­pać go wcze­śniej so­lą.

Śli­zga­jąc się, pró­bo­wa­ła zła­pać rów­no­wa­gę, ale szyb­kie doj­ście do przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę.

W pew­nym mo­men­cie po­czu­ła szarp­nię­cie do ty­łu.

– Cho­le­ra ja­sna! – zdą­ży­ła krzyk­nąć i upa­dła.

Ude­rzy­ła gło­wą o chod­nik.

Stra­ci­ła przy­tom­ność…

11

Szpi­tal­na sa­la by­ła ostat­nim miej­scem, w któ­rym An­na wy­obra­ża­ła so­bie sie­bie te­go dnia. Ban­daż na jej gło­wie i ból do­pro­wa­dza­ły ją do wście­kło­ści. Przez swo­je nie­dbal­stwo zna­la­zła się wła­śnie tu­taj i mu­sia­ła tu spę­dzić naj­bliż­sze dni.

Przy jej łóż­ku sta­ła jej mat­ka oraz sie­dem­dzie­się­cio­let­ni są­siad, któ­ry wi­dział wy­pa­dek i we­zwał po­go­to­wie.

– Jak się czu­jesz? – spy­ta­ła ją z tro­ską mat­ka.

– Gło­wa mnie strasz­nie bo­li. Ale to nic dziw­ne­go, sko­ro wal­nę­łam gło­wą o ob­lo­dzo­ny chod­nik. Pa­nie Jó­ze­fie, bar­dzo pa­nu dzię­ku­ję.

Jó­zef uśmiech­nął się do niej życz­li­wie. Wy­raz je­go do­bro­tli­wej twa­rzy nie­co uspo­ko­ił An­nę.

– Na­pę­dzi­łaś mi stra­cha! Do­brze, że tyl­ko tak się to skoń­czy­ło.

An­na spoj­rza­ła za­nie­po­ko­jo­na na mat­kę.

– Ma­mo, co z Ro­ber­tem?

– Spo­koj­nie, jest te­raz w szko­le. Zaj­mę się nim. Zo­sta­niesz tu kil­ka dni na ob­ser­wa­cji. Le­piej dmu­chać na zim­ne.

– Dzwo­ni­łam już do sze­fa. Na szczę­ście Ba­sia przej­mie na chwi­lę mo­je obo­wiąz­ki.

12

Po ob­ser­wa­cji An­na wró­ci­ła do do­mu.

Sie­dzia­ła wła­śnie wy­god­nie w fo­te­lu. W jed­nej rę­ce trzy­ma­ła ku­bek z go­rą­cą her­ba­tą, a w dru­giej smart­fon. Zjadł­szy pa­rę ka­wał­ków pysz­ne­go po­wi­tal­ne­go cia­sta, zro­bio­ne­go przez jej mat­kę i Ro­ber­ta, po­sta­no­wi­ła za­dzwo­nić do Bar­ba­ry.

– Wła­śnie dziś wy­pu­ści­li mnie ze szpi­ta­la. Mia­łaś pew­nie du­żo wię­cej ro­bo­ty przez ten wy­pa­dek?

– Daj spo­kój, to by­ła wy­jąt­ko­wa sy­tu­acja. Nic już cię nie bo­li?

– Nie, cho­ciaż mam jesz­cze krwiak. Ale się za­goi. Naj­gor­sze za mną.

Usły­sza­ła pu­ka­nie do drzwi.

– Ba­siu, prze­pra­szam cię, ale ktoś pu­ka. Po­ga­da­my póź­niej. To pa!

13

Wsta­wi­ła wo­dę na her­ba­tę, pod­czas gdy Jó­zef sie­dział na krze­śle i przy­glą­dał się jej uważ­nie.

– Wi­dzia­łem przed chwi­lą, że wró­ci­łaś do do­mu. Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­czął ra­do­śnie.

– Dla­te­go mnie wy­pu­ści­li – od­po­wie­dzia­ła po­dob­nie An­na.

– Jak się wte­dy prze­wró­ci­łaś, to my­śla­łem, że bę­dzie go­rzej. A te­raz wi­dzę, że zo­stał tyl­ko krwiak.

Usia­dła ko­ło Jó­ze­fa.

– Pa­nie Jó­ze­fie, do­brze, że to się tyl­ko tak skoń­czy­ło. Ju­tro wra­cam do pra­cy.

– To świet­nie.

Przez chwi­lę mil­cze­li, pa­trząc na sie­bie. Na­gle na twa­rzy An­ny po­ja­wił się strach. Wy­glą­da­ła, jak­by ogar­nął ją pa­ra­liż. Jó­zef się prze­stra­szył.

– Czy wszyst­ko w po­rząd­ku? Do­brze się czu­jesz?

– Ta­aak… Tro­chę mnie gło­wa roz­bo­la­ła, ale to nic po­waż­ne­go. Za­raz przej­dzie.

– Gdy­by coś by­ło nie tak…

– Wszyst­ko już w po­rząd­ku – prze­rwa­ła je­go wy­po­wiedź ze sztucz­nym uśmie­chem.

Czaj­nik się wy­łą­czył. An­na wsta­ła, za­la­ła her­ba­tę, po czym po­sta­wi­ła szklan­kę przed Jó­ze­fem.

– Sło­dzi pan?

– Nie. Od dziec­ka nie sło­dzę i nie bę­dę sło­dził aż do śmier­ci.

An­na usia­dła po­wo­li na krze­śle z prze­stra­szo­nym wy­ra­zem twa­rzy.

14

Na­stęp­ne­go dnia Bar­ba­ra przy­glą­da­ła się uważ­nie An­nie. Do­tych­czas nie wi­dzia­ła ko­le­żan­ki w tak dziw­nym sta­nie.

An­na sie­dzia­ła przy swo­im biur­ku nad ster­tą pa­pie­rów, jed­nak nie mo­gła się sku­pić na pra­cy. Z jej twa­rzy bi­ło prze­ra­że­nie.

– Ja­koś dziw­nie wy­glą­dasz. Je­steś pew­na, że mo­żesz dziś pra­co­wać? – za­nie­po­ko­iła się Bar­ba­ra.

An­na ock­nę­ła się z ma­ra­zmu.

– Słu­chaj, mo­że uznasz mnie za wa­riat­kę, ale kie­dy wczo­raj roz­ma­wia­ły­śmy, za­pu­kał do drzwi mój są­siad, któ­ry we­zwał do mnie po­go­to­wie. Za­pro­si­łam go do środ­ka i po chwi­li roz­mo­wy po­czu­łam coś strasz­ne­go.

Bar­ba­ra spoj­rza­ła uważ­nie na przy­ja­ciół­kę.

– Co ta­kie­go?

– Na­gle zo­ba­czy­łam w wy­obraź­ni, jak umie­ra na za­wał ser­ca. Wiem, że to dzi­wacz­ne, co mó­wię, ale wła­śnie to zo­ba­czy­łam.

Bar­ba­ra ro­ze­śmia­ła się.

– Ania, my­ślę, że po pro­stu jesz­cze nie do­szłaś do sie­bie. Mnie też czę­sto na­cho­dzą dziw­ne my­śli.

– Ale to nie by­ła myśl! To by­ła… wi­zja.

– Hm, my­ślę, że to wy­nik stre­su. Nie bierz te­go tak na po­waż­nie. I nie myśl już o tym. Bie­rze­my się do pra­cy.

15

Wi­szą­ce z da­chu so­ple two­rzy­ły ob­raz praw­dzi­wej zi­my. An­na sta­ła już kwa­drans pod do­mem, pa­trząc na nie i ro­biąc im zdję­cia.

Przez ostat­nie dni pra­co­wa­ła nor­mal­nie i sta­ra­ła się nie nie­po­ko­ić. Umó­wi­ła się już z Bar­ba­rą na oglą­da­nie ubrań w ga­le­rii han­dlo­wej.

Po­sta­no­wi­ła, że nie bę­dzie wpa­dać w hi­ste­rię z po­wo­du swo­jej wi­zji. Bar­ba­ra na pew­no mia­ła ra­cję, że by­ła ona efek­tem ubocz­nym wstrzą­śnie­nia mó­zgu.

An­na już mia­ła zro­bić ko­lej­ne zdję­cie, kie­dy usły­sza­ła za so­bą czy­jeś szyb­kie kro­ki. Od­wró­ci­ła się i zo­ba­czy­ła swo­ją zdy­sza­ną mat­kę.

– Aniu, mam złe wie­ści!

– Ja­kie?

– Pan Jó­zef nie ży­je!

An­na po­czu­ła, jak­by ktoś ude­rzył ją czymś cięż­kim w gło­wę.

– O Bo­że!

– To był za­wał! Mu­sia­łaś sły­szeć ka­ret­kę po­go­to­wia. Przy­je­cha­li pół go­dzi­ny te­mu! Pa­ni Ste­fa­nia jest zroz­pa­czo­na!

An­nie zro­bi­ło się sła­bo. Po chwi­li osu­nę­ła się na zie­mię. Jej mat­ka pod­bie­gła do niej i za­czę­ła ją kle­pać po twa­rzy.

– Aniu, wsta­waj!

– Ta wi­zja… speł­ni­ła się… – zdą­ży­ła wy­szep­tać.

16

Mi­nę­ły trzy mie­sią­ce. Dla An­ny trzy naj­dziw­niej­sze w jej ży­ciu. Jej wi­zje sta­ły się co­raz częst­sze i za­wsze się spraw­dza­ły, jed­nak ni­ko­mu o nich nie mó­wi­ła.

Cza­sem po­ja­wia­ły się tak­że ob­ra­zy prze­szło­ści. Pa­trząc na mat­kę czy Ro­ber­ta, An­na na­gle przy­po­mi­na­ła so­bie rze­czy, któ­re daw­no wy­pa­dły z jej pa­mię­ci.

Po po­cząt­ko­wym szo­ku pró­bo­wa­ła so­bie zra­cjo­na­li­zo­wać swą obec­ną sy­tu­ację. Nie­po­kój mi­jał z wol­na, ustę­pu­jąc miej­sca roz­wa­ża­niu istot­nej zmia­ny w ży­ciu An­ny. Po­sta­no­wi­ła, że zro­bi uży­tek ze swo­je­go no­we­go da­ru. Wkrót­ce po­wie mat­ce i Ro­ber­to­wi dla­cze­go.

Sie­dzia­ła wła­śnie na­prze­ciw­ko swo­je­go dy­rek­to­ra w je­go ga­bi­ne­cie. Pa­trzy­ła na nie­go bar­dzo po­waż­nie. Dy­rek­tor, doj­rza­ły, przy­stoj­ny męż­czy­zna, przy­glą­dał się jej z wiel­kim zdzi­wie­niem.

– Pa­ni An­no, jak mam to ro­zu­mieć?

– Pa­nie dy­rek­to­rze, za­sta­na­wia­łam się nad tym dłu­go, ale pod­ję­łam osta­tecz­ną de­cy­zję.

– Czy do­sta­je pa­ni za ma­łe wy­na­gro­dze­nie? Jest pa­ni mo­ją wie­lo­let­nią pra­cow­nicz­ką i do­brze wy­wią­zu­je się ze swo­ich obo­wiąz­ków. Je­śli to kwe­stia pie­nię­dzy, to je­stem otwar­ty.

An­na po­ru­szy­ła się ner­wo­wo.

– Tu nie cho­dzi o pie­nią­dze. Po pro­stu… od cza­su te­go wstrzą­śnie­nia mó­zgu trzy mie­sią­ce te­mu coś się zmie­ni­ło. Nie chcę o tym mó­wić. Chcę zmie­nić swo­je ży­cie, pó­ki nie jest za póź­no.

Dy­rek­tor spoj­rzał na nią ba­daw­czo.

– Czy ma pa­ni ja­kieś pro­ble­my ze zdro­wiem?

– Trud­no po­wie­dzieć. Je­śli po­wiem pa­nu praw­dę, to wyj­dę na wa­riat­kę. A nie je­stem nią. Nic mnie nie bo­li i nie mam żad­nych do­le­gli­wo­ści, ale… Pa­nie dy­rek­to­rze, ta pra­ca cza­sem do­pro­wa­dza­ła mnie do szew­skiej pa­sji. Po wyj­ściu ze szpi­ta­la uświa­do­mi­łam so­bie, że za dłu­go tu je­stem. No i od­kry­łam w so­bie coś nie­co­dzien­ne­go, dzię­ki cze­mu mo­gę po­sta­wić na sa­mo­dziel­ną dzia­łal­ność. Pro­szę mnie nie py­tać, co to jest, bo nie po­wiem. Wiem, że pew­nie sta­wia to pa­na w kło­po­tli­wej sy­tu­acji, ale mo­ja de­cy­zja jest osta­tecz­na.

Dy­rek­tor wstał, a za­raz po nim zro­bi­ła to An­na. Pod­szedł do niej.

– Pa­ni An­no, sko­ro jest pa­ni zde­cy­do­wa­na na zmia­nę, to co ja mo­gę zro­bić? Ze swo­jej stro­ny dzię­ku­ję za do­tych­cza­so­wą pa­ni pra­cę i mam na­dzie­ję, że w no­wym miej­scu osią­gnie pa­ni suk­ces.

Uśmiech­nął się do niej i po­dał jej rę­kę.

17

An­nie stuk­nę­ła wła­śnie pięć­dzie­siąt­ka i od cza­su zwol­nie­nia się z biu­ra pro­wa­dzi­ła wła­sny ga­bi­net wróż­biar­ski w swo­im miesz­ka­niu. Cie­szył się du­żą re­no­mą. Pod­czas wi­zyt klien­tów dla po­zo­rów wró­ży­ła im z ku­li, któ­ra tak na­praw­dę do ni­cze­go nie by­ła jej po­trzeb­na.

Ni­ko­mu po­za już nie­ży­ją­cą mat­ką, Ro­ber­tem i Bar­ba­rą nie po­wie­dzia­ła o swym da­rze. Nie chcia­ła być mę­czo­na cią­gły­mi proś­ba­mi o prze­po­wie­dze­nie naj­bliż­szej przy­szło­ści. I tak jed­nak in­for­ma­cje o spraw­dzal­no­ści jej wróżb tra­fi­ły do miej­sco­wej po­li­cji, któ­ra cza­sem pro­si­ła ją o po­moc. Ro­bi­ła to nie­zbyt chęt­nie z uwa­gi na dra­stycz­ność nie­któ­rych spraw.

Ro­bert przez ostat­nie kil­ka­na­ście lat do­rósł i zmęż­niał. No­sił dłuż­sze wło­sy i krót­ką bród­kę. Z twa­rzy bar­dzo przy­po­mi­nał Wi­tol­da, cho­ciaż we­dług An­ny był od nie­go o wie­le wraż­liw­szy. Nie pa­sjo­no­wał się spor­tem, a je­go hob­by sta­no­wi­ła głów­nie po­ezja. Uwiel­biał ją nie tyl­ko czy­tać, lecz tak­że re­cy­to­wać na szkol­nych kon­kur­sach, na któ­rych czę­sto zdo­by­wał głów­ne na­gro­dy. Za­czął tak­że pi­sać wła­sną i pu­bli­ko­wał ją w re­no­mo­wa­nych wy­daw­nic­twach. An­nę po­ru­sza­ła doj­rza­łość, z ja­ką two­rzył wier­sze o swych prze­ży­ciach we­wnętrz­nych, przy­ro­dzie czy stra­cie bra­ta i oj­ca. Z ża­lem my­śla­ła o tym, że Wi­tol­do­wi i Ja­ku­bo­wi nie da­ne by­ło zo­ba­czyć, jak roz­wi­nął się Ro­bert.

***

Na­stał let­ni pią­tek. An­na go­ści­ła u sie­bie aku­rat ostat­nią oso­bę, jed­nak za­miast cie­szyć się na myśl o względ­nie spo­koj­nym week­en­dzie, wal­czy­ła te­raz z naj­gor­szą rze­czą, z ja­ką mo­gła się mie­rzyć u no­wych klien­tów – scep­ty­cy­zmem.

– Pro­szę ab­so­lut­nie od­wo­łać tę wy­ciecz­kę. Ab­so­lut­nie! – rze­kła do klient­ki za­afe­ro­wa­na.

– O co pa­ni cho­dzi!? Za­zdro­ści mi pa­ni pie­nię­dzy czy co!? – fuk­nę­ła za­dba­na bo­ga­ta czter­dzie­sto­lat­ka o nie­przy­jem­nym wy­ra­zie twa­rzy.

– Pro­szę pa­ni, mam dość gru­by port­fel. Zresz­tą pro­szę spraw­dzić opi­nie o mnie w in­ter­ne­cie. Je­stem bar­dzo do­brą wróż­ką, a mo­je wróż­by za­wsze się spraw­dza­ją.

– Ża­ło­sne… Nie wiem, po co tu przy­szłam!

– Przy­szła pa­ni po to, by do­wie­dzieć się, czy w Tu­ne­zji po­zna pa­ni mi­łość swo­je­go ży­cia, a ja pa­ni po­wie­dzia­łam, że pry­wat­ny sa­mo­lot, któ­rym pa­ni po­le­ci, roz­bi­je się na lot­ni­sku. Chcia­ła pa­ni praw­dy, to ją pa­ni ma.

Ko­bie­ta wsta­ła, po czym rzu­ci­ła zmię­ty bank­not na stół.

– „Wróż­ka Lu­kre­cja”, do­bre so­bie! Niech so­bie pa­ni wy­bie­rze pseu­do­nim „Wróż­ka Pod­pu­cha”, bar­dziej do pa­ni pa­su­je! A do Tu­ne­zji i tak po­le­cę!

Wy­szła z miesz­ka­nia z osten­ta­cyj­ną ura­zą.

Po chwi­li do po­ko­ju wszedł Ro­bert.

– I co, nie uda­ło się?

– Ro­bert, ona za sie­dem dni wsią­dzie do te­go sa­mo­lo­tu, a po­tem bę­dą zbie­rać jej zwę­glo­ne szcząt­ki. Wi­dzę to bar­dzo wy­raź­nie.

Ro­bert pod­szedł bli­żej i usiadł na fo­te­lu, na któ­rym wcze­śniej sie­dzia­ła klient­ka.

– Po­wie­dzia­łaś jej praw­dę, ale zmu­sić jej do ni­cze­go nie mo­żesz. Każ­dy jest ko­wa­lem wła­sne­go lo­su.

– Na­wet nie wiesz, jak nie­na­wi­dzę ta­kich sy­tu­acji! Scep­ty­cyzm nie­któ­rych klien­tów ścią­ga na nich zgu­bę! Zresz­tą nie­waż­ne. Je­stem dum­na, że ko­lej­ny to­mik two­ich wier­szy zo­stał wy­da­ny!

– Po­ezja to coś, co po­zwa­la mi się wy­ci­szyć, zaj­rzeć w głąb sie­bie i swo­ich prze­żyć. Wszyst­kie mo­je wier­sze to mo­ja du­ma. Szko­da tyl­ko, że ma­ło lu­dzi dziś czy­ta po­ezję.

– W ogó­le ma­ło lu­dzi dziś czy­ta. Ale je­stem z cie­bie dum­na! Ta­ta, Ja­kub i mo­ja ma­ma też by by­li…

18

Kil­ka dni póź­niej An­na spo­tka­ła się z Bar­ba­rą w par­ku ko­ło swo­je­go do­mu.

Przez te kil­ka­na­ście lat ko­le­żan­ka tro­chę się zmie­ni­ła. Mia­ła więk­szą nad­wa­gę i zmie­ni­ła fry­zu­rę z dłu­gich czar­nych wło­sów na krót­kie, far­bo­wa­ne na ma­hoń.

Sie­dzia­ły na ław­ce i mil­cza­ły dłuż­szą chwi­lę. Bar­ba­ra pa­li­ła pa­pie­ro­sa i przy­glą­da­ła się przy­gnę­bio­nej przy­ja­ciół­ce.

– Cze­mu masz ta­ką nie­cie­ka­wą mi­nę?

– Oglą­da­łam dziś zdję­cia, ja­kie mi zo­sta­ły po Wi­tol­dzie, Ja­ku­bie i ma­mie. Dziś wy­pa­da pierw­sza rocz­ni­ca jej śmier­ci.

– Tę­sk­nisz za ni­mi, praw­da?

– Pew­nie. Ro­bert jest już do­ro­sły, nie bę­dzie go przy mnie ca­ły czas, a ja się cho­ler­nie o nie­go bo­ję.

– Twój dar za­wsze ci po­mo­że go ochro­nić.

– Nie za­wsze. Mu­siał­by być sta­le przy mnie, bym nie czu­ła stra­chu. To prze­kleń­stwo, nie dar.

– Już kil­ka­na­ście lat je­steś wróż­ką. Twój dar po­zwo­lił ci za­pew­nić so­bie nie­złą sy­tu­ację ma­te­rial­ną. Za­zdrosz­czę ci. Ja za psie pie­nią­dze sie­dzę w biu­rze z pa­pie­ra­mi. A do eme­ry­tu­ry tro­chę mi bra­ku­je. No i da­lej je­stem sta­rą, bez­dziet­ną pan­ną. Cho­ciaż po­go­dzi­łam się już z tym.

– Pa­rę dni te­mu by­ła u mnie ja­kaś bo­ga­ta ko­bie­ta i oczy­wi­ście ob­ra­zi­ła się, kie­dy prze­po­wie­dzia­łam jej bli­ską śmierć.

– Prze­stań się tym przej­mo­wać. Je­steś wróż­ką z krwi i ko­ści i nie wci­skasz lu­dziom te­go, co chcie­li­by usły­szeć, tyl­ko sa­mą praw­dę. A że ktoś nie uwie­rzy? Je­go spra­wa. Masz du­żo klien­tów, któ­rzy wie­rzą w każ­de two­je sło­wo, i skup się na nich. To oni po­twier­dza­ją swo­imi cią­gły­mi wi­zy­ta­mi twój pro­fe­sjo­na­lizm! Nie bądź więź­niem od­po­wie­dzial­no­ści za cu­dzy los!

19

Te­go sa­me­go dnia An­na sie­dzia­ła przed te­le­wi­zo­rem i znu­dzo­na zmie­nia­ła ka­na­ły te­le­wi­zyj­ne. Ro­ber­ta nie by­ło w do­mu.

W pew­nym mo­men­cie za­trzy­ma­ła się na jed­nym pro­gra­mie. Jej oczom uka­za­ła się mło­da dzien­ni­kar­ka i sie­dzą­cy przy niej nie­dba­le mło­dy pio­sen­karz, o któ­rym po­dob­no ostat­nio by­ło do­syć gło­śno.

– Wi­ta­my po prze­rwie w pro­gra­mie „Top Star”. Dziś go­ści­my wscho­dzą­cą gwiaz­dę mu­zy­ki pop, czy­li To­ma­sza Drza­zgę! – Dziew­czy­na za­szcze­bio­ta­ła do ka­me­ry, po czym zwró­ci­ła się do pio­sen­ka­rza: – To­mek, nie my­śla­łeś o ja­kimś pseu­do­ni­mie? Two­je na­zwi­sko mo­że być śmiesz­ne w show-biz­ne­sie.

An­na zwró­ci­ła uwa­gę na trzy­ma­ne przez nie­go rę­ce w kie­sze­niach i żu­cie gu­my. Ogar­nę­ło ją za­że­no­wa­nie.

– Wiesz, tu cho­dzi o fejm, o roz­po­zna­wal­ność. Mo­je na­zwi­sko jest roz­po­zna­wal­ne i ja się z nie­go cie­szę.

– Wy­gra­łeś ja­kiś czas te­mu ta­lent show „The New Mu­sic Star” i dzię­ki te­mu wy­da­łeś ostat­nio pły­tę pod ty­tu­łem „Drza­zga w ser­cu”. Czy to ce­lo­wa dwu­znacz­ność?

– Ro­bię wszyst­ko, co spra­wia, że je­stem na pierw­szych stro­nach ga­zet i w ta­kich pro­gra­mach jak ten.

An­na wy­łą­czy­ła te­le­wi­zor i sie­dzia­ła dłuż­szą chwi­lę w ci­szy. Otar­ła skro­nie, po­de­szła do okna i po­wie­dzia­ła pod no­sem:

– I to ma być wzo­rzec dla mło­dzie­ży?

20

Na­stęp­ne­go dnia pie­li­ła z Ro­ber­tem ogród. Na szczę­ście nie by­ło go­rą­co i ro­bo­ta nie wy­da­wa­ła się uciąż­li­wa. Na­gle prze­rwa­ła pra­cę.

– Wi­dzia­łam wczo­raj wy­wiad z ja­kimś mło­ko­sem, któ­ry chy­ba uznał, że tyl­ko dla­te­go, że wy­grał ja­kiś ta­lent show, mo­że za­cho­wy­wać się jak pro­stak. W ogó­le ja­kiś nie­cie­ka­wy ten typ.

– Jak on się na­zy­wa?

– To­masz Drza­zga.

Ro­bert wy­pro­sto­wał się i wrzu­cił trzy­ma­ny mlecz do ku­bła.

– Aaa, znam go. Zna­jo­mi mó­wią, że je­stem do nie­go po­dob­ny.

– Nie zwró­ci­łam na to uwa­gi. Za to je­go pro­stac­kie za­cho­wa­nie od ra­zu rzu­ci­ło mi się w oczy. Ro­zu­miem, że to show-biz­nes, ale ta­kie pro­gra­my oglą­da­ją mło­dzi lu­dzie. I uczą się, że brak kul­tu­ry to dro­ga do suk­ce­su.

– Mo­że i masz ra­cję…

– Do­brze, że ja nie mu­szę się za cie­bie wsty­dzić. Gdy­by on był mo­im sy­nem, to za­pa­dła­bym się ze wsty­du pod zie­mię.

– Aha… On za ja­kiś mie­siąc bę­dzie tu miał kon­cert. Mo­że pój­dzie­my?

An­na spoj­rza­ła na nie­go z wy­rzu­tem.

– A ja tam po co?

– By­łaś kie­dyś na ja­kimś?

– Przy­znam się, że nie.

– On do­syć do­brze śpie­wa. Ma faj­ny głos. Mo­że i za­cho­wu­je się oso­bli­wie, ale mu­si kuć że­la­zo, pó­ki go­rą­ce.

– No, je­śli do­brze śpie­wa, to mo­gę pójść, ale nie licz na wiel­ki en­tu­zjazm z mo­jej stro­ny. Zaj­mij­my się ty­mi chwa­sta­mi, bo nie­dłu­go nas tu wie­czór za­sta­nie.

Pozostało jeszcze 90% zawartości tej książki.

W ko­bie­cym zwier­cia­dle

isbn: 978-83-8423-307-8

© Mi­chał Dą­brow­ski i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mo­ni­ka Tu­ra­ła

ko­rek­ta: An­ge­li­ka Ko­tow­ska

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.