Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
240 osób interesuje się tą książką
Małomiasteczkowy, sportowy romans z motywem grumpy & sunshine!
Do dziewiętnastego grudnia dwudziestodwuletni Bradley Evans miał wszystko, o czym można marzyć. Spotykał się z uroczą dziewczyną, był kapitanem uniwersyteckiej drużyny rugby i duszą towarzystwa na każdej imprezie.
Lecz nieszczęśliwy wypadek jego rodziców przekreślił tę rzeczywistość w jednej chwili.
Bradley stracił oboje rodziców. Musiał porzucić marzenia o karierze sportowej i wrócić do rodzinnego miasteczka w Kolorado, by zaopiekować się młodszym rodzeństwem: szesnastoletnią Hannah i dziewięcioletnim Jessem, których tak naprawdę w ogóle nie znał.
Nagle czuł jedynie gorycz i żal za tym, co nie wróci.
I wtedy na jego drodze pojawiła się Emery Rose Duncan – tajemnicza sprzedawczyni z lokalnego sklepiku i dziewczyna twarda jak kamień, od którego pochodzi jej imię.
Czy Emery pokaże byłemu kapitanowi, że to, co zyskał, jest cenniejsze niż to, co stracił?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 646
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by E. Lorenc & P. Lorenc
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Łakuta-Rudzka
Korekta: Aleksandra Krasińska, Dominika Kalisz-Sosnowska, Monika Baran
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-850-7 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
W książce pojawiają się motywy takie jak:
– śmierć bliskich,
– choroba alkoholowa,
– używki,
– problemy natury psychicznej (m.in. depresja, stany lękowe),
– inicjacja seksualna,
– próby nadużyć seksualnych,
– toksyczna relacja ojca z dzieckiem,
– przemoc,
– współuzależnienie,
– wulgarny język.
Z uwagi na rekomendowany wiek odbiorców i dbałość o komfort lektury motywy te nie są przedstawione w sposób szczegółowy.
W książce poruszyłyśmy tematy, które mogą być trudne dla wrażliwych Czytelników. Celowo jednak nie zostały one tutaj wymienione, aby uniknąć zdradzania kluczowych elementów fabuły i nie psuć odbioru historii. Z tego względu rekomendujemy tę pozycję Czytelnikom powyżej szesnastego roku życia.
Szczegółowe informacje dotyczące treści znajdują się na końcu książki.
Disturbed – The Sound of Silence
Rachel Taylor – Light a Fire
Sia – Courage to Change
Hoobastank – The Reason
Natalie Taylor – Surrender
Sleeping At Last – Saturn
Snow Patrol – Chasing Cars
Coldplay – The Scientist
Kelly Clarkson – Because of You
The Fray – How to Save a Life
Evanescence feat. Paul McCoy – Bring Me to Life
Jimmy Eat World – Hear You Me
Magdalena Mikulska – Małe cuda dnia
Emma Hewitt – Crucify
Emily Hearn – Volcano
Christina Novelli – Concrete Angel
Avril Lavigne – Complicated
Solea Grace – Lift Me Up
Kodaline – Brother
Birdy – Wings
Birdy – Strange Birds
Fleurie feat. Tommee Profitt – Hurts Like Hell
Zoe Wees – On My Own
Alexander Rybak – Fairytale
Delara – Josefin
Christina Perri – Human
MIIA – Dynasty
Noelle Johnson – You Are the Reason
Alan Walker – Sing Me to Sleep
Alice Boman – Waiting
Boy Epic – Tell Me You Love Me
Lord Huron – The Night We Met
Sia – Helium
Iris – Goo Goo Dolls
Jedna chwila może zmienić dosłownie wszystko. Może to być pocałunek z piękną dziewczyną, drobny gest, nieistotna kłótnia albo sekunda nieuwagi.
Myślicie sobie, że to niemożliwe. Przecież dlaczego miałoby to spotkać akurat was?
Uwierzcie mi, wystarczy ten jeden moment, który może wszystko rozpieprzyć, a wy staniecie się kimś zupełnie innym.
Poznajcie moją historię.
Bradley Evans
19 grudnia 2025 roku
Wcześniej…
Czekałem w ogólnodostępnej części w strefie przylotów i gapiłem się na wielką tablicę z rozkładem. Samolot z Oregonu miał wylądować z dziesięciominutowym opóźnieniem. Elektroniczny zegar wyświetlał dokładną godzinę i dzień: piąty stycznia dwa tysiące siódmego roku.
Moje najgorsze ferie świąteczne powoli dobiegały końca.
Cały semestr był równie gówniany. Zaczęło się od tego, że trener Jones zaraz po zakończeniu jesiennych rozgrywek zagroził mi odebraniem stypendium sportowego, jeśli jeszcze raz zagram na kacu, co oznaczałoby dla mnie kop w tyłek prosto do Mountdale.
Posypało się także między mną a moją dziewczyną, Reevą. Podczas ostatniej hucznej i mocno zakrapianej imprezy oświadczyła mi z płaczem, że może być ze mną w ciąży. Jej okres spóźniał się już o dobry tydzień. Oczekiwała, że się ucieszę, ale to poważnie mną wstrząsnęło. Nazwała mnie nieodpowiedzialnym dupkiem i przestała się odzywać na trzy cholerne dni. Gdy wreszcie raczyła się ze mną spotkać, powiedziała łamiącym głosem, że to fałszywy alarm. Nie powinienem był jej mówić, że mi ulżyło, ale to zrobiłem. Ona płakała, a ja tuliłem ją do siebie. Powtarzałem, że tak jest lepiej, że to nieodpowiedni czas i takie tam pierdoły. Nie rozumiałem, dlaczego tak się smuciła z tego powodu.
To było nasze ostatnie spotkanie przed przerwą świąteczną i nieoficjalny koniec długotrwałego związku. Mimo że zawsze wracaliśmy do Mountdale razem, Reeva wyjechała sama, w przeddzień zamknięcia akademików, osiemnastego grudnia.
Następnego dnia wszystko się zmieniło.
Pamiętam chwilę, w której zaparkowałem na ulicy swoją czteroletnią Toyotę 4Runner, którą dostałem od rodziców z okazji rozpoczęcia studiów. Na podjeździe stała Wycieczkowa Krowa ojca, a auto było lekko obsypane śniegiem.
Zima w Mountdale zawsze była biała. Zawdzięczaliśmy to stanowi Kolorado i bliskości gór. Całe miasto znajdowało się w dolinie otoczonej górskimi szczytami i lasami.
Zamknąłem klapę bagażnika, wyciągnąłem walizkę na kółkach i dmuchałem sobie w palce, by je rozgrzać. Były trzy stopnie na minusie, a ja nie wziąłem ze sobą rękawiczek.
Mama mnie zauważyła i wyszła na werandę, owinięta w pled.
Nasz dom wydawał się najładniejszy w okolicy, może nawet w całym mieście. Jako jedyny na ulicy nie został wykończony białymi deskami, ale cegłą elewacyjną, i miał piętro.
– Dobrze, że już jesteś.
Przytuliła mnie na powitanie. Weszliśmy prosto do salonu z otwartą kuchnią – dumy mojej matki.
– Mamo! Jesse przeszkadza mi w oglądaniu telewizji.
To była moja młodsza upierdliwa siostrunia Hannah.
– Chcę teraz pograć z Dave’em na Xboxie – tłumaczył się mój młodszy brat.
– Hannah, Jesse, spójrzcie, kto przyjechał – powiedziała mama wesołym tonem, ignorując ich sprzeczkę.
Hannah przewróciła oczami, jak to zwykle robią nastolatki, myśląc, że są „cool”.
– Cześć, Brad – burknęła.
– Cześć.
Przytuliliśmy się na krócej niż sekundę i niemal od razu podbiegł do nas Jesse.
– Dave nie może przyjść. Zagramy razem?
Poczochrałem młodego po głowie.
– Ciebie też miło widzieć, dzieciaku.
– Zjemy razem kolację – zadecydowała mama, krzątając się po swoim białym królestwie. – Zrobię moją lasagne. Mam nadzieję, że zjesz z nami, Bradley.
Wzruszyłem ramionami i opadłem ciężko na kanapę. Jesse akurat wybierał grę ze stosu, jaki rozsypał na dywanie, a Hannah pisała esemesa.
– Chłopak? – nabijałem się.
Zaczerwieniła się – jak zwykle, kiedy ją zawstydzałem, a potem przybrała minę zawziętej smarkuli.
– Nie twój interes.
– Jestem twoim starszym bratem. Moim obowiązkiem jest dbanie o dobre imię siostry.
– Zajmij się swoją Reevą, co? – Zacisnęła zęby i spuściła wzrok na telefon, ale nie potrafiła ukryć emocji. Tuż po sygnale przychodzącej wiadomości kącik ust drgnął jej lekko ku górze.
Drzwi od ogrodu otworzyły się i do środka wszedł ojciec. Targał ze sobą olbrzymią, oprószoną śniegiem choinkę. Żywą, jak co roku, którą załatwiał mu znajomy z USFS1. Na mój widok przystanął.
Podniosłem się i wyszedłem mu naprzeciw. Klepnęliśmy się po męsku po plecach.
– Nie ma z tobą Reevy?
Rodzice uwielbiali moją dziewczynę, co wcześniej rzadko się zdarzało. Może dlatego, że przed Reevą zbyt często się zmieniały.
– Pomogę ci.
Zabrałem od ojca choinkę i niosłem ją w jednej ręce. Mięśnie napięły mi się same – lata treningów w końcu do czegoś się przydały. Wcale nie uciekałem od zadanego pytania.
– Wróciła wcześniej z koleżankami. Ja… musiałem pozamykać parę spraw z drużyną.
– Widziałem twój ostatni mecz w telewizji.
Od niedawna mecze mojej studenckiej drużyny były transmitowane w lokalnej stacji, więc wiedziałem, do czego pił. Ostatnio szło mi beznadziejnie, tak jak powiedział trener.
Zamrugałem, wracając do teraźniejszości.
Drzwi hali przylotów rozsunęły się i wyszli z nich pierwsi pasażerowie, ciągnąc za sobą różnokolorowe walizki na kółkach, które wydawały ten irytujący dźwięk. Miało to jeszcze trochę potrwać, więc usiadłem na plastikowym, równie niewygodnym krześle, co te w szpitalu…
Spojrzałem na zegar wiszący w korytarzu. Siedziałem tu już całą wieczność, a te cholerne wskazówki niemal zdawały się stać w miejscu. Ich ciche cykanie odbijało się dziwnym echem od ścian…
Było osiem minut po północy. Mama zmarła na stole operacyjnym o jedenastej pięćdziesiąt, a ojciec kilka godzin wcześniej na miejscu wypadku.
– Wszystko dobrze, synu?
Szeryf, jeden z dobrych znajomych ojca, stał nade mną tuż przed wejściem na oddział ratunkowy.
– J-jak… – Mój głos się załamał. – Jak ja to powiem Hannah… Jesse’emu…
Ukryłem twarz w dłoniach.
Wozniacky usiadł na krześle obok. Pewnie nie chciał mnie zostawiać w takim stanie samego. Chyba się bał, że pęknę i zrobię coś głupiego. Pozwolił mi mówić dalej, jakby gadanie miało mi pomóc zapomnieć o tym, co się stało.
– Hannah myśli, że rodzice musieli nagle pojechać do domu opieki, a Jesse… Jesse śpi w moim samochodzie – oznajmiłem, widząc jego zatroskane spojrzenie.
Brat uwierzył w moją historię, a był przy mnie, kiedy odbierałem telefon, więc musiałem go zabrać.
– Muszę… O Boże! Zostawiłem go samego w samochodzie na parkingu szpitala. Powiedziałem mu, że… coś z Reevą.
– Nic mu nie jest. Przeniosłem go do poczekalni i kazałem swojemu podwładnemu go pilnować.
Nie wszystko do mnie trafiało. Słowa szeryfa odbijały się od grubej ściany i dopiero potem trafiały do mojej głowy.
Wozniacky odwiózł nas do domu, ale dopiero po tym, jak poszedłem zobaczyć się z rodzicami po raz ostatni w szpitalnej kostnicy. Powinienem czuć chłód, ale kompletnie się wyłączyłem. Byłem w stanie tylko patrzeć na poturbowane ciała częściowo przykryte płótnem. Ich posiniaczone, trupioblade twarze… Oboje wyglądali, jakby spali.
Miałem wrażenie, że za chwilę otworzą oczy.
Poczułem wibrowanie w kieszeni.
Ciotka Jessamine właśnie napisała, że jeszcze czekają na bagaże.
Podniosłem się, by rozprostować nogi, a moją uwagę przykuła wielka choinka, stojąca na środku pomieszczenia, oświetlona biało-niebieskimi lampkami.
– Ubierajcie choinkę – zagadała mama, odciągając rozmowę od tematu nieudanego meczu.
– Jesse nie może się doczekać – rzuciła Han. – Wiesz, jak uwielbia to robić.
Obróciłem się do brata i rzeczywiście był już zajęty szperaniem w kartonach z ozdobami, które przytargał z piwnicy.
– A co z naszą domową tradycją ubierania drzewka w Wigilię? – zapytałem ojca. – Dla mnie i Hannah nigdy nie złamaliście tej zasady.
– Daj spokój, Brad. On ma dziewięć lat – przypomniała mi siostra.
– My też kiedyś mieliśmy tyle, ale wiem, że wolisz tego nie pamiętać. Zasypiałaś jeszcze ze stosem poduszek przy zapalonym świetle.
– Zamknij się.
Posłałem jej uroczy uśmiech i poszedłem do kuchni, by pomóc mamie z kolacją.
– Cieszę się, że jednak spędzasz Boże Narodzenie z nami. Wiem, że planowaliście z Reevą wyjazd na Florydę.
– Wybierzemy się tam innym razem.
Nie chciałem wtajemniczać mamy w to, że Reeva nie odezwała się do mnie od czasu naszej ostatniej rozmowy.
– Innym razem. Na pewno.
Przeczesałem włosy dłonią.
Przechodząca obok mnie dziewczyna skończyła rozmawiać przez telefon. Puściła walizkę i na krześle obok mnie postawiła pakunek, zawinięty w ekologiczną torbę. Dyskretnie zajrzałem do środka. Było to wino kupione w sklepie wolnocłowym.
– Zapomniałam kupić wino – odezwała się mama z przerażeniem w oczach.
– Co?
Nie słuchałem jej, tylko obserwowałem, jak ojciec i Jesse wybierają ozdoby, które w tym roku zawisną na naszej ukochanej choince.
– Zapomniałam kupić wino do lasagne – powtórzyła.
– W porządku. Wystarczy nam woda albo sok.
– Nie, potrzebujemy wina.
Moja mama, koneserka, potrafiła je dobrać do każdej potrawy.
– Napisz mi na kartce, które mam kupić, to skoczę do sklepu – zaproponowałem, by ją uspokoić.
– Nie, na pewno jesteś zmęczony po podróży. Tata mnie zawiezie.
Uśmiechnęła się, uwydatniając zmarszczki mimiczne. Jej włosy miały kolor piasku, a tęczówki głęboki odcień błękitu, niczym morskie fale.
– Mamo, mogłabyś w końcu zrobić kurs na prawo jazdy! – krzyknęła Hannah z salonu. – Możemy zapisać się razem. Jak tylko skończę szesnaście lat…
– Nie nadajesz się na kierowcę, Hannah – przerwałem jej. – Potrąciłabyś każdego ogrodowego krasnala. Wystarczy mi, jak widzę twoją jazdę na rowerze.
– Tato, Bradley się ze mnie nabija! Jest okropny.
Ojciec popatrzył na nas z udawaną powagą i powiedział:
– Bradley próbuje być odpowiedzialnym bratem.
Odpowiedzialnym bratem.
Bratem…
Bratem…
Bratem…
Drzwi hali w końcu się rozsunęły.
Pierwszą dostrzegłem Hannah, w czapce z pomponem i w ciemnych okularach. Dopiero potem ciotkę trzymającą za rękę Jesse’ego. Braciszek ciągnął za sobą mniejszą walizkę. Dlatego zostali z tyłu.
Podszedłem do nich z przyklejonym półuśmiechem. Przywitałem się najpierw z ciocią, a Hannah minęła mnie z naburmuszoną miną i poszła prosto do samochodu. Chyba ciągle miała mi za złe, że ją okłamałem. A Jesse… Jedyne, co mogłem stwierdzić, to to, że wyglądał na zmęczonego. Trzymał misia, którego ukrywał, jakby się go wstydził. Ciotka głaskała go czule po włosach.
– Idziesz, Brad? – poganiała nas Hannah.
– Mogę iść z Hannah do samochodu? – Brat zapytał cicho ciotkę.
Nie spodobało mi się, że skierował pytanie do niej, bo to mnie sąd przyznał prawną opiekę nad rodzeństwem. Dzieciaki to moja i tylko moja sprawa, a innym nic do tego. Odkąd stałem się za nich odpowiedzialny, sam decydowałem o tym, jak ich wychowam. Nie żeby mnie to nie paraliżowało, ale nigdy bym ich nie zostawił. Byliśmy rodzeństwem. W naszych żyłach płynęła ta sama krew, a losy splatało wspólne dziedzictwo. Co prawda rozmowę z sędzią pamiętałem jak przez mgłę, ale musiałem wypaść przekonująco.
– Idźcie.
Jesse podbiegł do Hannah i oboje zniknęli w mroku panującym na zewnątrz.
– Ja to wezmę – zaproponowałem ciotce.
– Nie, to walizka Hannah. Za dwie godziny mam powrotny samolot.
– Och. Okej.
Zdziwiło mnie to. Ostatnio ciotka nie odstępowała nas na krok, za co początkowo byłem jej wdzięczny. To ona ogarniała te wszystkie sprawy związane z pogrzebem, spadkiem i dzieciakami, kiedy ja zwyczajnie dawałem dupy. Teraz coraz częściej czułem, że mnie tłamsi, podważając mój autorytet przy rodzeństwie.
– Idź już. Hannah i Jesse muszą być zmęczeni.
Skinąłem głową ze zrozumieniem, a Jessamine wyciągnęła do mnie ręce, by mnie przytulić na pożegnanie.
– Dbajcie o siebie… – szepnęła mi do ucha.
– Oczywiście.
Pociągnąłem nosem, gdy się odsunęła. Wziąłem walizki, a wtedy przytrzymała mnie za łokieć.
Spojrzałem na nią czujnie.
– Bradley, bądź odpowiedzialny.
Wuj Colin od zawsze miał mnie za rozwydrzonego gówniarza. On i ciotka próbowali mi wmówić, że lepiej dla nas będzie, kiedy to oni zajmą się moim rodzeństwem, bo w końcu wrócę na uczelnię, ale się uparłem. Obiecałem matce nad grobem, że się nimi zajmę, i zamierzałem dotrzymać słowa.
Ja, Bradley James Evans, byłem ich najbliższą rodziną, nie licząc babci Rosalinde – ona jednak od dwóch lat mieszkała w luksusowym domu opieki w sąsiednim hrabstwie, za który co roku rodzice płacili krocie. Cierpiała na zaawansowaną postać demencji i już nas nie poznawała. Dziadek zmarł niespełna trzy lata temu na raka trzustki. Rodzice ojca też już dawno odeszli, bo babcia urodziła go, będąc grubo po czterdziestce.
Zostaliśmy sami, a właściwie to ja zostałem z tym wszystkim sam.
Rozumiałem po części Jessamine. Chyba cierpiała na syndrom pustego gniazda, bo mieli z Colinem jedną, już zamężną córkę, która odwiedzała ich tylko na święta. A może po prostu chcieli zająć się moim rodzeństwem, by ratować swoje małżeństwo? Zdążyłem zauważyć, że ostatnio nie bardzo się dogadywali, ale nikomu o tym nie mówiłem.
– Pozdrów wujka – dodałem, aby tylko coś powiedzieć.
Ciotka poprawiła pasek torby na ramieniu i ruszyła do wejścia na odprawę.
Potarłem nerwowo kark.
– Ed, ubieraj się, musimy jechać do sklepu – zakomunikowała mama władczym tonem, z którym ojciec nigdy nie dyskutował.
– Mamo, a kupicie mi też moje płatki śniadaniowe? Skończyłem je dziś rano – odezwał się Jesse Gumowe Ucho.
– I lody! – dorzuciła Hannah.
– Chcesz lód? – wtrąciłem się. – Zaraz ci przyniosę. Wolisz z trawnika czy z podjazdu?
– Bardzo śmieszne, braciszku.
Tata wyszedł pierwszy, nawet nie zwracając na to uwagi. Mama jeszcze podeszła do mnie i zaczęła swoją formułkę, którą zawsze powtarzała, zostawiając nas samych w domu. Jakbym ciągle był nastolatkiem.
– Wiem, mamo. Nie zamierzam wtykać paluchów do kontaktów.
Przekrzywiła głowę w bok z dezaprobatą.
– Wrócimy najpóźniej za godzinę. A potem spędzimy miły wieczór.
I wyszła.
Codziennie wyrzucałem sobie, że powinienem był chociaż sprawdzić, czy oboje mają zapięte pasy…
Odetchnąłem głęboko i opuściłem halę lotniska. Udało mi się zaparkować przy samym wejściu, ale nawet gdybym znalazł za szybą mandat, mało by mnie to obchodziło.
– Zamarzam, Bradley!
Dobrze było słyszeć, że głos mojej siostry wracał do naturalnego, nastoletniego jazgotu. Jej chorobliwe milczenie, gdy tępo wpatrywała się w ściany, zaczynało mnie martwić.
Odblokowałem drzwi pilotem i oboje wsiedli na tył, a ja za kierownicę.
Przekręciłem kluczyk w stacyjce.
Usłyszałem ryk silnika.
– Wy dwoje, słyszeliście, co powiedziała mama. Teraz ja tu rządzę.
– Jakbyś nas nie niańczył przez połowę swojego życia. – Jesse wyszczerzył zęby i zaczął się śmiać.
Dwie i pół godziny później zadzwoniłem do rodziców. Nagrywałem się właśnie mamie drugi raz na skrzynkę, a Hannah była w swoim pokoju i rozmawiała z koleżanką, nieświadoma tego, że zaczynałem świrować.
– Mamo, gdzie jesteście? Wracacie do… – Odsunąłem komórkę od ucha w połowie zdania.
Śnieg zdążył się rozpadać na dobre.
Sypało tak mocno, że z trudem mogłem dostrzec dom sąsiada po drugiej stronie ulicy.
Do kuchni wszedł Jesse.
– Gdzie są rodzice? Umieram z głodu.
– To zrób sobie kanapkę.
Nie zwracałem na niego uwagi, zajęty wybieraniem numeru do ojca. To było niemożliwe, żeby zeszło im tak długo na zakupach, chyba że mama zamierzała obkupić nas na wypadek zasypania na wiele miesięcy.
– Kiedy wrócą? – Jesse nie dawał za wygraną.
Znów spojrzał kątem oka na to, co działo się za oknem. Widziałem po jego delikatnie skrzywionej minie, że też się o nich martwił, ale za nic w świecie nie chciał tego po sobie pokazać.
– Pewnie coś ich zatrzymało. Niedługo wrócą.
Dziesięć minut później otrzymałem telefon od szeryfa.
Mamę i tatę zatrzymała inna osobówka, której kierowca zbiegł z miejsca wypadku – z opustoszałej, zasypanej leśnej drogi.
Dziewiętnasty grudnia obrócił moje życie o sto osiemdziesiąt stopni, wycisnął niczym gąbkę i zgniótł jak pustą puszkę po piwie.
Dziewiętnastego grudnia moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym z winy pijanego kierowcy, cholernego drzewa, sypiącego śniegu i tego idioty, który na czas nie zdążył odśnieżyć należycie drogi.
Do dziewiętnastego grudnia, ja, Bradley James Evans, miałem wszystko, czego można zapragnąć. Śliczną dziewczynę, rolę kapitana drużyny rugby w college’u, miejsce w Rugby Club, przynależność do tajnego Bractwa Stigma i opinię gościa, który rozkręca każdą imprezę.
Reeva uchodziła za najgorętszą laskę w liceum, a później nikt na kampusie nie mógł się z nią równać. Połączenie Jessiki Alby i Miley Cyrus – słodka i seksowna. Należała do mnie. Drużyna rugby działała jak jeden organizm, a ja pilnowałem, by chłopaki nie zachłysnęły się własną zajebistością. W bractwie nie zajmowałem najwyższej pozycji, ale przeszedłem pełną inicjację – co zdarzyło się tam pierwszy raz od dziesięciu lat.
Imprezowałem głównie z rugbistami. Zabawy trwały praktycznie od czwartku do poniedziałku, a w pozostałe dni spotykałem się z Reevą lub jej koleżankami po zajęciach. Jedna z nich ciągle robiła do mnie maślane oczy, licząc, że jej ulegnę.
Jednakże wszystko rozsypało się… dziewiętnastego grudnia. W wieku dwudziestu dwóch lat został mi wielki dom, niewielkie zabezpieczenie finansowe na koncie rodziców i dwoje rodzeństwa: piętnastoletnia Hannah i dziewięcioletni Jesse oraz cholernie smutna Gwiazdka, której postanowiliśmy nie obchodzić.
Wieczorem, kiedy rodzeństwo już spało, pojechałem na cmentarz. Po raz kolejny stanąłem nad grobem rodziców i odczytałem ich wspólną tabliczkę, myśląc, że w końcu uwierzę, że wygrawerowane napisy są prawdziwe.
POTOMKOWIE TYCH, KTÓRZY BUDOWALI TO MIASTO ODDANI RODZINIE, PRACY I LOKALNEJ SPOŁECZNOŚCI KU PAMIĘCI KOCHAJĄCYCH RODZICÓW
EDWARDA JONATHANA EVANSA
23.02.1957–19.12.2006
SHANNON GABRIELLE EVANS
12.04.1959–19.12.2006
Obecnie
Drugi tydzień stycznia 2007
Wyłączyłem budzik, zrzucając go na podłogę. Chwilę gapiłem się w sufit, ale zaraz uruchomiły się we mnie tryby, które każdego cholernego dnia zmuszały mnie do wstawania i radzenia sobie z popieprzoną rzeczywistością, w jakiej się znalazłem.
Przycisnąłem opuszki palców do pulsujących skroni. Włożyłem świeży T-shirt i zszedłem na dół. Wyjąłem z lodówki jajka, paczkę bekonu i sięgnąłem po oliwę. Rozbiłem jajka w misce i skupiłem się na przygotowaniu kolejnej porcji śniadania. Zajebiście.
– Hannah, Jesse, spóźnicie się do szkoły! – darłem się z kuchni. – Dzieciaki!
Wkurzony koniecznością ponownego budzenia rodzeństwa rzuciłem kuchenny ręcznik na blat, choć byłem pewien, że mają nastawione budziki.
Przykręciłem pole płyty indukcyjnej, aby nie spalić jajecznicy. To jedyna potrawa, która w miarę mi wychodziła, chociaż wszyscy już nią rzygaliśmy. Hannah próbowała ratować sytuację, za każdym razem dorzucając inne dodatki, ale dzisiaj najwyraźniej olewała naszą poranną rutynę.
Przekląłem pod nosem i wbiegłem na górę.
Odkąd siostra skończyła szesnaście lat, cholernie głupio było mi wchodzić do jej pokoju, kiedy spała. Waliłem więc z całej siły ręką w drzwi, aby w końcu zaczęła się na mnie wydzierać i zwlekła się z łóżka.
– Wstałam już! Jesteś walnięty, że tłuczesz w te drzwi?! Uderzaj sobie w piłkę do rugby!
Zrobiła to specjalnie. Dobrze wiedziała, że to drażliwy temat. Musiałem odejść z drużyny, tak samo jak musiałem zrezygnować ze studiów, swojego stypendium i przenieść się do miejscowego college’u.
– Piłkę do rugby się kopie lub podaje! – krzyknąłem i poszedłem obudzić Jesse’ego.
Chłopiec spał beztrosko mimo hałasu i ostentacyjnie przewrócił się na bok, gdy rozsunąłem zasłony.
– Wstawaj. Spóźnisz się na lekcje.
Mnie, w przeciwieństwie do mamy, brakowało cierpliwości. Żałowałem, że nie odziedziczyłem po niej tej cechy charakteru.
– Olewam szkołę. Nauczyciele i tak dają mi fory.
– Nie będę tego słuchać. Widzę cię za pięć minut na dole.
Jesse zawsze uchodził za bezproblemowego dziewięciolatka. Słuchał poleceń, reagował, gdy się do niego mówiło, pomagał i nigdy się nie skarżył. Od czasu wypadku trochę się zmienił, ale nadal pozostawałem jego starszym bratem, którego należało słuchać. Kiedy budziłem młodego, Hannah zdążyła już się ubrać i zejść na śniadanie.
Nie mogłem przestać myśleć o tym, jak bardzo przypominała mi mamę. Miała jej włosy w kolorze piasku i tylko o kilka tonów ciemniejsze oczy. Na zdjęciach były niemal identyczne.
– Jajecznica à la Brad. Bosko. – Skrzywiła się na widok potrawy.
– Przestań jęczeć i siadaj.
– Przestań rozkazywać – odgryzła się, ale nie zaprotestowała, kiedy nałożyłem jej sporą porcję na talerz.
Jesse dreptał powoli i przecierał oczy. Jego kasztanowe kosmyki, podobne do moich, sterczały każdy w inną stronę. Kiedy próbował je wygładzić, zaczęły odstawać jeszcze bardziej.
Nałożyłem mu jajecznicę, a to, co zostało, wziąłem sobie. Jadłem prosto z patelni, aby niepotrzebnie nie brudzić trzeciego talerza.
Dzisiaj zgodnie z grafikiem Hannah miała załadować zmywarkę. Nienawidziła tego tak samo jak zmywania, więc byłem pewien, że zabrudzenia na naczyniach zdążą wyschnąć, zanim na dobre się za to zabierze.
– Nie będę znowu jadł jajecznicy. – Jesse odsunął od siebie talerz.
– W takim razie spóźnisz się do szkoły, bo kanapki robisz z godzinę – odburknęła Hannah.
– Nie zaczynaj, Han. A ty jedz – zwróciłem się do brata, przysuwając mu talerz pod nos.
– Nie mam ochoty. Ciągle jemy to samo. Jajecznicę z bekonem, z pomidorami i kupą innego gówna!
– Ej! – Pacnąłem go w głowę, a tak naprawdę we włosy, jeszcze bardziej je czochrając. – Nie wyrażaj się. – Pogroziłem mu palcem.
– Jesse ma rację. Musimy zmienić jadłospis. Jemy to od…
Nie chciałem, aby powiedziała: „Od wypadku rodziców”. Odsunąłem widelec od ust.
– To co chcesz zjeść?
Chłopiec chwilę się namyślał.
– Płatki.
Zabrałem mu talerz, wstałem i podałem Hannah miskę do płatków oraz pudełko ulubionych kulek śniadaniowych Jesse’ego. Otworzyłem lodówkę.
– Nici z płatków, młody. Wyszło nam mleko. – Wrzuciłem do kosza puste pudełko.
– I zsiadło się ze strachu – dodała dziewczyna, wskazując na inny karton, stojący od dwóch dni na kuchennym blacie.
Oboje wybuchnęliśmy śmiechem. To było dziwne znów się śmiać. Tylko Jesse zrobił naburmuszoną minę, myśląc, że sobie z niego żartujemy.
– Skoczę do tego nowego spożywczaka na rogu – powiedziałem do brata, gdy niemal skrzywił się do płaczu.
– Nie jest nowy – wtrąciła Hannah. – 7-Eleven jest kawałek dalej.
– Wszystko jedno. Jak wrócę, Jesse ma być gotowy do szkoły.
Wychodząc, zapomniałem zabrać ze sobą rękawiczek, czego natychmiast pożałowałem. Piździło niemiłosiernie. Nie wziąłem też kluczyków od auta, ale nie było sensu się wracać, bo sklep był niedaleko. W trakcie krótkiego spaceru umoczyłem sobie nogawki spodni, taplając się w pośniegowym błocie.
Wszedłem jak najszybciej do środka Em’s General Store, sklepu wielobranżowego przy głównej ulicy, pocierając o siebie skostniałe dłonie.
Gdybym nadal grał, nigdy nie pozwoliłbym im tak zmarznąć, ale szybko odepchnąłem od siebie tę myśl. Już nie grałem i do diabła z nimi. Mogły nawet dostać odmrożeń.
Zacząłem chuchać w dłonie, aż zrobiły się na tyle ciepłe, że mogłem uchwycić koszyk. Wrzucałem do niego wszystko, co było pod ręką, pamiętając oczywiście o ulubionych płatkach Jesse’ego, które też się kończyły. Musiały gdzieś tu być…
– Płatki, mleko, płatki, mleko… – szeptałem, chodząc wąskimi alejkami, w których mieściła się raptem jedna osoba. Gdybym dalej trenował i moje mięśnie byłyby tak rozbudowane jak jeszcze parę miesięcy temu, mógłbym zrzucać towar z półek.
Poza niepraktycznym zagospodarowaniem przestrzeni drugim minusem okazał się zdecydowanie kiepski i zbyt wąski asortyment. Niby znajdowało się tu wszystko, czego może oczekiwać niewymagający klient, ale wymagający, taki jak ja, czułby się zbytnio ograniczany wyborem kilku rodzajów serów, zamiast kilkudziesięciu, jednak czego się spodziewać po lokalnym sklepie. Dawałem temu spożywczakowi jeszcze góra dwa miesiące, zanim upadnie. A zważywszy na to, że byłem tu teraz jedynym klientem, wydawał się to całkiem możliwy scenariusz.
Dochodziłem już do półki z płatkami, kiedy dostałem esemesa od Hannah. Poznałem po piszczącym dzwonku, który za bardzo przypominał głos mojej zarozumiałej siostruni.
Hannah:
ALARM! Kup mi podpaski. Maxi Ultra, takie ze skrzydełkami, o zapachu rumiankowym. Tylko nie pomyl z pieluchami :/
Po chwili przyszedł kolejny.
Hannah:
Tylko kup ekonomiczne. Moja macica toczy bitwę pod Gettysburgiem!
Mrużyłem oczy, czując, jak zaczynam się pocić pod grubą kurtką. Kupowanie prezerwatyw to jedno, ale kupowanie artykułów higieny intymnej… Nawet Reeva nigdy mnie o to nie prosiła. Wiedziałem tylko tyle, co z reklam, czyli gówno. Ale byłem dorosłym facetem, który potrafił kupić podpaski. I na pewno wiedziałem, gdzie ich szukać: w dziale kobiecym.
Okrążyłem sklep kolejny raz, gdy na zapleczu ujrzałem damską figurę, która sprawiła, że moje myśli natychmiast skręciły w złą stronę.
Kurwa…W ostatniej chwili przywołałem się do porządku, szczęśliwy, że dziewczyna, która chyba tu pracowała, nie zauważyła, jak się na nią gapię.
Kierunek: podpaski. Wiedziałem, że mają różne kolory i zapachy, ale natychmiast skojarzyłem inną rzecz, którą zwykle chowałem w dolnej szufladzie nocnej szafki.
Pośrodku sklepu, między konserwami, puszkami chili i woreczkami gotowego makaronu zacząłem się zastanawiać, kiedy ostatnio uprawiałem seks… Zdębiałem, bo do odliczania dni zabrakło mi palców u rąk i nóg razem wziętych.
Reeva przyjechała w dniu pogrzebu i jakoś tak wyszło, że gdy goście zaliczali po jednym głębszym na cześć moich rodziców, ja zaliczałem dziewczynę w łazience na piętrze, z czego nie czułem dumy. Od tamtej pory byłem czysty jak woda destylowana. Nie wszystko z Reevą zostało w pełni wyjaśnione. Sprawa nadal pozostawała otwarta i na razie nic nie mogłem z tym zrobić.
– Przepraszam! – zawołałem i pomachałem ręką, by zwrócić na siebie uwagę sprzedawczyni. – Mogłaby mi pani pomóc?
Z małego kantorka wyłonił się anioł, a przynajmniej jego uosobienie. Wstrząsnęło mną, aż stanąłem jak wryty.
Nieznajoma okazała się zjawiskowo piękna. Nie tak banalnie ładna jak większość dziewczyn, które spotykałem. I te oczy… Wielkie jak spodki, hipnotyzujące i żywe. Wpadało się w nie jak w studnię i chciało ujrzeć, co znajdowało się na dnie. Wszystko inne też miała piękne. Pełne, różowe usta, długie i lekko pofalowane blond włosy, zgrabny nosek. Nawet wytarta czapka z daszkiem, zarzucona na rozbrykane kosmyki, nie ukryła urody sprzedawczyni. Mała blizna na łuku brwiowym też wyglądała zajebiście.
– Słucham? – spytała tak miękkim głosem, że teraz zyskałem pewność, że odezwał się anioł.
Wróciłem na ziemię.
– Potrzebuję… Eee… po-podpasek – zacząłem się jąkać, choć wcześniej nigdy mi się to nie zdarzyło. – Tak, podpasek – dodałem bezmyślnie.
To była najbardziej żenująca rzecz, jaką kiedykolwiek powiedziałem do dziewczyny w całym swoim dotychczasowym życiu. Mógłbym teraz paść trupem.
Brew nieznajomej się uniosła.
– Możesz powtórzyć? Przepraszam, ale nie słyszałam.
Wyciągnęła słuchawki z uszu i dopiero teraz zorientowałem się, że cały czas słuchała muzyki ze starszego modelu odtwarzacza MP3.
– Mówiłem, że… Mówiłem, że potrzebuję podpasek – powtórzyłem, ale znów brakowało mi języka w gębie. – Ale nie dla mnie – dodałem szybko. – Dla mojej siostry.
Po twarzy nieznajomej przemknął cień rozbawienia albo zażenowania.
– Tutaj ich nie znajdziesz.
– A gdzie?
Westchnęła z zawodem, jakby miała przed sobą przedstawiciela płci przeciwnej, z którym nigdy nie chciałaby przedłużyć gatunku. Zabolało.
– Pokażę – zaproponowała, a ja poczłapałem za nią jak zbity pies.
Zatrzymała się między proszkami do prania i innymi artykułami chemii gospodarczej, które jak na mój gust stały zbyt blisko płynów do pielęgnacji intymnej. Ale w końcu zauważyłem to, czego szukałem.
– Mam problem – rzuciłem już normalnie i odetchnąłem w duchu, że z moim głosem nie było tak źle.
Dziewczyna znów się zdziwiła, dostrzegłem kilka zmarszczek na jej czole.
Wyciągnąłem z kieszeni komórkę i odczytałem nieznajomej esemesa. Pomijając oczywiście upokarzający fragment o pieluchach.
– Przyznam, że zrozumiałem tylko „ze skrzydełkami”.
Kąciki ust dziewczyny uniosły się prawie niezauważalnie w uśmiechu, który starała się zatuszować. I to był dopiero piękny widok.
Próbowałem sobie przypomnieć, czy mogłem skądś ją kojarzyć. Musiała być mniej więcej w moim wieku, więc to niemożliwe, że przemknęła obok mnie na szkolnym korytarzu, a ja jej nie zauważyłem. Chyba że nie pochodziła stąd. To by wiele wyjaśniało.
– Chodzi o „zapachowe podpaski higieniczne z kremowym balsamem z rumianku?” – odczytała treść z tyłu opakowania, a z każdym słowem jej głos brzmiał bardziej piskliwie. Ona też była zażenowana.
Uniosłem palec w górę.
– Właśnie o te – odparłem, posyłając nieznajomej uroczy uśmiech, który jednak nie podziałał na nią tak, jak się spodziewałem.
Dziewczyna przewróciła oczami i już chciała się ulotnić, najwyraźniej zmęczona moim nieudolnym podrywem, kiedy ją zatrzymałem. Zbyt desperacko.
– Jesteś pewna, że będzie zadowolona?
Dziewczyna ciężko westchnęła i wrzuciła do koszyka to, o co poprosiłem.
Nigdy wcześniej nie miałem problemu, by gadać z laskami, ale tym razem rozmowa nam się ewidentnie nie kleiła. To wszystko przez te podpaski.
– Dzięki za pomoc. Odkąd moja siostra tydzień temu skończyła szesnaście lat, jest już wystarczająco irytującą nastolatką. Wolałbym jej dzisiaj dodatkowo nie drażnić.
– Będzie ci zdecydowanie wdzięczna.
– Świetnie, bo nie zamierzam znów tu po to przychodzić.
Ugryzłem się w język. Co ja wygadywałem? Zabrzmiało, jakbym stwierdził: „Nie chciałbym drugi raz cię widzieć”. Jakim trzeba być debilem, aby coś takiego powiedzieć! Musiałem ratować sytuację.
– Miałem na myśli, że wolałbym rozpocząć rozmowę z tobą od zwykłego: „Cześć”, a nie od podpasek. Bo… – zmrużyłem powieki – …wydajesz mi się znajoma.
– Jak wszyscy w Mountdale – burknęła.
– Jasne. – Pojąłem aluzję. – To nie to. Chyba jesteśmy w podobnym wieku, więc mogliśmy się spotkać wcześniej.
– Co ty nie powiesz.
– To kiedy skończyłaś liceum? – drążyłem.
– W dwa tysiące piątym – odparła gładko, czym mnie zaskoczyła.
– A ja w dwa tysiące trzecim!
Wiedziałem! Była tylko dwa lata ode mnie młodsza, więc kiedy ja uczyłem się w juniorach, w drugiej klasie, ona dopiero zaczynała. Tylko dalej nie łapałem, dlaczego jej nie zauważyłem, skoro starałem się wówczas poznać wszystkie nowe laski, które doszły do liceum.
– Chodziłaś do Mountdale High School? – zapytałem, bo tylko jedno rozsądne rozwiązanie przychodziło mi do głowy.
– Tak.
Zmrużyłem oczy, nie spodziewając się takiej odpowiedzi.
– To może uczyli nas ci sami nauczyciele albo chodziliśmy na te same imprezy… Ale to dziwne, bo na pewno bym cię zapamiętał.
Nieznajoma odwróciła się na pięcie i stanęła za ladą. Z jej ruchów wyczytałem, że jest zniecierpliwiona.
– To wszystko? – spytała ostrzej. – Klienci czekają.
Rozejrzałem się.
– Nie widzę innych klientów. – Uśmiechnąłem się.
Dziewczyna przekrzywiła głowę jak kruk. Chyba sprawdzała, czy na pewno jestem normalny. Wbiła we mnie ostrzegawcze spojrzenie, przebierając palcami po blacie.
– No dobrze… – odpuściłem. – To w takim razie potrzebuję jeszcze… – Zajrzałem do koszyka. – O cholera! Zapomniałem płatków.
Stałem już przy regale z płatkami, ale wtedy dostałem esemesa od Hannah i zapomniałem je włożyć do koszyka.
– Jakich?
– Takich z irytującym, uzależnionym od czekolady zającem na speedzie.
Dziewczyna westchnęła głęboko.
Była już naprawdę zmęczona, ale nie dawałem za wygraną. Chciałem złamać jej upór, przez który zbyt mocno przypominała mi Reevę, kiedy nie chciała się ze mną umówić. Twierdziła, że nie chce się wdawać w stereotypowy związek: kapitanka drużyny cheerleaderek i kapitan drużyny rugby. Ale w końcu i tak to zrobiła. I wiele innych rzeczy później też…
– Zaczekaj. Przyniosę.
Odprowadziłem ją wzrokiem, bo naprawdę miała świetną figurę.
Gdy długo nie wracała, krzyknąłem:
– Potrzebujesz pomocy?!
– Nie, dziękuję! – odkrzyknęła.
– To wszystko wina zagospodarowania przestrzeni. Przydałoby się parę zmian, które ułatwiłyby klientom przemieszczanie się po sklepie w poszukiwaniu produktów. Merchandising to teraz podstawa sprzedaży. Dam przykład: grupa lokalnych studentów urządza grilla. Wybierają się na szybkie zakupy. Łapią mięso na burgery, gotowy sos barbeque. Co chcieliby mieć pod ręką? Piwo. Widzisz? To całkiem wygo… – nie dokończyłem, bo sprzedawczyni wrzuciła płatki do mojego koszyka, omiatając mnie lekceważącym spojrzeniem.
Zaczęła nabijać ceny na kasę fiskalną. Robiła to w takim tempie, że byłem pod wrażeniem, ale produktów z koszyka zbyt szybko ubywało.
– Razem dwadzieścia trzy dolary, pięćdziesiąt centów. Płatność czekiem, gotówką czy kartą?
Rozejrzałem się za kolejną wymówką.
– A możesz jeszcze doliczyć do rachunku czekoladę? – Skrzywiłem się teatralnie. – Dziewczyny potrafią być naprawdę upierdliwe w te dni. Czekolada to mój plan B, aby to jakoś przeżyć.
Wzniosła oczy ku niebu, ale zeszła z niewielkiego stołka za ladą, odwróciła się i porwała z półki za sobą pierwszą lepszą tabliczkę czekolady.
– Przepraszam, powinienem użyć liczby mnogiej… Możesz podać mi jeszcze tamtą?
Zagryzła wargi, ale przyjęła to z godnością i ze sztucznym uśmieszkiem wróciła do półki.
– Którą? Mleczną, bąbelkową, z orzechami czy nadzieniem? – spytała opryskliwie.
– Może być mleczna – odrzekłem słabo, pośpiesznie odchrząkując.
Tak. Zrobiłem to specjalnie. Cham ze mnie, ale mógłbym patrzeć godzinami na ten tyłek. A przecież miała na sobie zwykłe ubrania, na które nałożyła fartuch z logo sklepu.
Ogarnij się, zganiłem się w myślach, wciąż nie mogąc przestać się gapić na jej kształty. Serce waliło mi prawie jak po wyczerpującym biegu i czułem te cholerne motyle w brzuchu.
Dziewczyna pochyliła się nad ladą. Mogłem wtedy dostrzec wachlarz jej długich, naturalnych rzęs. Ale nie tylko to zwróciło moją uwagę.
– Nie masz imienia.
– Czego?
– Identyfikatora z imieniem – poprawiłem się. – Taki, jakie noszą w supermarketach.
– To nie jest supermarket – odgryzła się, podnosząc na mnie te wielkie, sarnie oczy.
– Nie zapytasz nawet, jak się mam? Żadnego: „Hej, bardzo podoba mi się twoja koszulka z logo Utes”?
– Mogę już cię skasować czy wolisz to zrobić sam?
– A mogę? – Posłałem jej zachęcający uśmiech.
– Nie – odpowiedziała, patrząc mi w oczy.
Czy kasjerki nie powinny być mistrzyniami small talku?
Znów zacząłem się jąkać:
– Okay, ale… ale z tym identyfikatorem… to wiesz… Zawsze robi lepsze wrażenie na kupującym, buduje zaufanie. Mówię to jako klient.
Musiałem od niej wyciągnąć, jak ma na imię. Miałem cholerną ochotę się z nią umówić.
– Przypadkowy klient – wtrąciła.
– Tak, przypadkowy klient, któremu byłoby miło wiedzieć, z kim rozmawia.
– Emery – rzuciła krótko.
– Słucham? – Zmrużyłem oczy.
– Mam na imię Emery – powtórzyła, już na mnie nie patrząc.
– Em-ery… – Przesylabizowałem miękko, ucząc się jej imienia. – Jak ten kamień?
Dziewczyna powoli uniosła wzrok i świat się skończył.
Albo to ja byłem skończony. A przynajmniej skończyło się dla mnie wszystko, co wcześniej miało jakiekolwiek znaczenie. Wszystko, czego kiedykolwiek potrzebowałem, znajdowało się w jej oczach.
To jedno spojrzenie trwało może z kilka sekund, jeden wdech, mrugnięcie powiekami, ale dla mnie ciągnęło się w nieskończoność, jak w bollywoodzkim filmie. Chciałem, żeby trwało banalną wieczność.
– Dokładnie… – rzekła, spuszczając głowę. Jej policzki się lekko zaróżowiły. – Jak ten kamień.
To imię zbyt dobrze do niej pasowało. Była dokładnie jak szmergiel, skała, od której nosiła swoje imię. Wydawała się twarda, niedostępna, czasem oschła i nieprzyjemna jak papier ścierny. Miałem jednak świadomość, że tylko sprawiała takie wrażenie.
Wykorzystując to, że na mnie nie patrzyła, jeszcze raz przyjrzałem się jej twarzy.
Boże, była taka piękna…Nie potrafiłem określić, czym mnie tak oczarowała, ale nie mogłem oderwać oczu, a coś z tyłu głowy nie dawało mi spokoju. Jakbym gdzieś już…
– To wszystko? – zapytała, ignorując mnie.
– Tak… yy… tak.
Emery podliczyła produkty.
– Razem dwadzieścia sześć dolarów, dziesięć centów.
Wysuwając portfel z tylnej kieszeni jeansów, mimowolnie pomyślałem o tym, co zwykle nosiłem w lewej kieszeni, i poczułem wybuch gorąca pod kurtką.
– Poszukam drobnych – mruknąłem, by tylko zająć czymś myśli.
– Poczekam, nie śpieszy mi się.
Rozsunąłem przegródkę, ale znalazłem w niej ostatnie dwadzieścia dolców. Pierwszy raz w życiu poczułem się biedny, a przecież rodzice zapewniali nam dostatnie życie na poziomie wykraczającym poza przeciętnego mieszkańca Mountdale. Należeliśmy do wyższej klasy średniej.
Gdy ociągałem się z zapłatą, niechcący pochwyciłem spojrzenie dziewczyny. Myślałem, że ujrzę w nim irytację albo rozbawienie, ale spoglądała na mnie inaczej. Łagodniej.
Świetnie. Zamiast podziwu zyskałem u niej współczucie.
– Mam kartę – rzuciłem, by nie pomyślała, że jestem kompletnym frajerem, którego nie stać nawet na zakup podstawowych produktów do życia.
Emery, nie zwracając na mnie uwagi, wpisywała coś na klawiaturze i zerkała w ekran monitora. Gdy na chwilę uniosła wzrok, serce znów mi podskoczyło. W dodatku poczułem znajome łaskotanie w podbrzuszu, a nawet jej nie dotknąłem.
Cholera, nie powinienem sobie na to pozwalać. Ta dziewczyna nie zrobiła nic, co mogłoby wyzwolić we mnie takie myśli. Ostatnio chodziłem zestresowany i oto efekt…
Rozpiąłem kurtkę, a na czole pojawiły mi się kropelki potu. Musiałem wciągać powietrze jednocześnie przez nos i usta, by zwolnić pracę serca i obniżyć ciśnienie.
Sprzedawczyni, dalej nieświadoma, przejechała kartą po czytniku terminala i podsunęła mi urządzenie. Automatycznie wpisałem PIN, niegrzecznie się na nią gapiąc. Siedziała, więc musiałaby zadrzeć głowę, by się zorientować, że na nią patrzyłem.
To był zły pomysł, bo poczułem, jak…
Zacisnąłem pięści na ladzie. Bezskutecznie. Stało się. Podnieciłem się. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Nie przytrafiło mi się to od czasu… drugiej klasy liceum.
Już po mnie. Co za upokorzenie…
Dziewczyna wyczekiwała w podobnym napięciu, a gdy nic się nie zadziało, powtórzyła czynność. Stuknęła w klawisze, przejechała kartą jeszcze raz i poprosiła mnie o ponowne wpisanie PIN-u.
– Przepraszam, awaria terminala – rzuciła i przyłożyła słuchawkę do ucha.
Rozmawiała z przedstawicielem banku i dokonywała autoryzacji transakcji. Niestety, tym razem znów coś się stało.
Poczułem, jak robię się czerwony. Byłem pewien, że zaraz odkryje, co się ze mną dzieje, i weźmie mnie za zboka…
– Chyba mają jakieś poważne przeciążenia w systemie – poinformowała mnie. – Muszę to zgłosić do serwisu.
– Nic nie szkodzi – sapnąłem i zacząłem wykładać zakupy z koszyka. – Mogę podskoczyć do bankomatu.
Najchętniej zwiałbym stamtąd, byle tylko nie musiała mnie oglądać w takim stanie.
Mój pośpiech musiała wziąć za oznaki wstydu (i po części tak było), bo rozluźniła się, jej spojrzenie znów złagodniało i niemal się uśmiechnęła.
– Nie, nie trzeba. Możesz zapłacić następnym razem… Tylko cię zapiszę, chwileczkę.
– Ale ja naprawdę mam pieniądze w banku – zapewniłem.
Za wolno.
Dziewczyna położyła zeszyt na blacie i otworzyła go na ostatniej stronie.
Wystawiłem koszyk przed siebie. Nie tyle zasłaniałem widok, co odgradzałem się od niej. Był jak zasieki.
– Tylko nie myśl, że wszystkim sprzedaję na kredyt. Nie dam się oszukać i mam pamięć do dłużników.
– J-jasne – jęknąłem żałośnie.
Sprzedawczyni uniosła głowę znad zeszytu i wreszcie odwzajemniła spojrzenie. Nie musiałem się domyślać, co mogłaby teraz zobaczyć, gdybym nie zareagował: chłopaka, który zasłaniał koszykiem kompromitującą wypukłość w spodniach…
– Wszystko w porządku? – spytała.
– Alergia… Kurz…
Zmarszczyła czoło.
– Klimatyzacja. Nic takiego.
Klimatyzacja w styczniu? Ty idioto…
Jeszcze przez chwilę nie odrywała ode mnie wzroku, jakby się upewniała, czy nie kłamię, ale w końcu pochyliła się nad zeszytem.
– Coś jeszcze?
Rozejrzałem się, szukając czegoś, co mógłbym zrobić, by przypadkiem nie odkryła, co tak uparcie starałem się przed nią ukryć. Miałem do wyboru dorzucić do koszyka miętówki lub paczkę prezerwatyw. Bez wahania sięgnąłem po gumki, bo gdzieś podświadomie czułem, że bardziej mi się przydadzą niż miętówki.
– Dolicz do rachunku – powiedziałem ze spuszczoną głową i bez oglądania się na Emery ruszyłem do wyjścia.
– Ej, a koszyk! – zawołała za mną.
Wychyliłem się przez drzwi wyjściowe. Tylko tak, by widziała moją głowę.
– Oddam, jak wrócę spłacić dług.
I zniknąłem.
Wychodząc ze sklepu, odetchnąłem głęboko. Mroźne powiewy wiatru podziałały jak kubeł zimnej wody. Prawą ręką trzymałem koszyk, a drugą poprawiłem, co trzeba, w spodniach, na co przechodząca obok staruszka zareagowała wyraźnym zniesmaczeniem.
Kiedy szedłem chodnikiem Main Street w stronę mojej ulicy, usłyszałem za sobą nawołujący głos:
– Brad? Bradley Evans?
Odwróciłem się.
– Elliot.
Za mną stał Elliot Preston. Graliśmy razem w drużynie rugby w liceum. Obaj trafiliśmy do niej po nieudanej przygodzie z futbolem amerykańskim. Zresztą jak większość jej członków. Dostaliśmy jednak trenera pasjonata, który wypromował ten niszowy licealny sport w naszej szkole. Staliśmy się gwiazdami, bo w końcu nasza buda wygrywała jakieś zawody stanowe. Przynieśliśmy chlubę Mountdale High School.
Elliot jednak jako jedyny z nas nie poszedł na studia, więc diabli wiedzą, co robił i gdzie się podziewał przez ostatnie trzy lata. Po balu absolwentów utraciliśmy kontakt.
Podszedł do mnie z wyciągniętą ręką, którą ścisnąłem. Odruchowo spojrzał na koszyk, ale tego nie skomentował.
– Nie wiedziałem, że jesteś w mieście – rzuciłem od niechcenia.
Tak naprawdę nie miałem ochoty na żadne gadki z dawnymi znajomymi.
– Taa… Wróciłem. Wchodzę z ojcem w spółkę.
Znowu to zmieszanie. Miałem dość tego, że od wypadku ludzie rozmawiali ze mną jak z umierającym.
– To super… Słuchaj, ale…
– Słyszałem, co się stało… Nie zdążyłem wrócić na pogrzeb… Stary, cholernie mi przykro.
Mnie też. Miejmy to za sobą.
– Gdybyś czegoś potrzebował, zatrzymałem się na razie u rodziców.
Znowu ten ból malujący się na twarzy i uciekający wzrok. To, że moi starzy nie żyli, nie oznaczało, że przeszkadzał mi rzeczownik „rodzice” w zdaniu.
– Dzięki, ale muszę spadać.
– Jasne.
Ruszyłem dalej.
– Musimy się umówić na piwo! – krzyknął za mną, ale się nie odwróciłem.
Otrzepałem buty na wycieraczce, ale zamiast odwiesić płaszcz, poszedłem prosto do kuchni. Przy stole siedziała tylko Hannah.
– O, wróciłeś. Wiesz co? Za chwilę oboje spóźnimy się do szkoły. – Założyła ręce na piersi.
Położyłem na blacie kosz z zakupami.
– Ostatni raz robię zakupy bez samochodu. Gdzie Jesse?
– Kończy się pakować. Zabrałeś ze sobą koszyk ze sklepu? Nie mieli papierowych torebek?
Siostra chciała sięgnąć do środka, ale byłem pierwszy i zabrałem kondomy z koszyka tak, żeby ich nie widziała. Przynajmniej tak myślałem. Wepchnąłem je sobie do tylnej kieszeni.
– Zjadł coś, gdy mnie nie było? – zapytałem obojętnie.
– Wcisnęłam mu jajecznicę.
– To dobrze.
Dostała esemesa, więc szybko straciła zainteresowanie rozmową ze mną. Nastolatki i ich fascynacje…
W kuchni zjawił się ponownie Jesse. Gdy stanął obok mnie, zdałem sobie sprawę, że sięga mi już prawie do piersi.
– Co z moimi płatkami? – upierał się. – Ciągle mam ochotę na płatki.
– Zjesz jutro, młody.
Przewrócił na mnie oczami jak panienka, czego nauczył się od naszej siostry.
– Musicie się zbierać, bo spóźnicie się na autobus.
– Cooo? Chyba żartujesz, Brad! – Hannah, trzymając w jednej dłoni Blackberry, wymachiwała drugą, jakby odganiała muchy. – Nie wsiądę do szkolnego autobusu. Jeżdżą nim tylko frajerzy.
– Nie ja to powiedziałem. – Uśmiechnąłem się do niej. – Autobus odjedzie za… Macie pięć minut.
Wściekła porwała ze sobą torbę Nike i włożyła czapkę z pomponem.
– Zawsze odwoził nas…
– Uważaj na młodego – przerwałem jej, nie chcąc, aby dokończyła.
Han zaciskała zabawnie szczęki, gdy ją drażniłem. Chciała mi odpyskować, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.
– Macie jeszcze… Cztery minuty i trzydzieści dwie sekundy – uprzedziłem ją, spoglądając na zegarek na nadgarstku.
Gdy siostra się zbierała, by coś odpowiedzieć, ja delikatnie wypchnąłem ją za drzwi.
– Poczekaj. Muszę…
– Tak, wiem. Ale szykuj ciętą ripostę na inny raz. A teraz wynocha.
– Jak się spóźnię, będziesz mi pisał usprawiedliwienie! – odkrzyknęła jeszcze, po czym pociągnęła Jesse’ego za rękę i zaczęła z nim biec, brodząc nogawkami w śniegu. Zabawny widok.
Wkładałem zakupy do lodówki i szafek kuchennych, kiedy przed oczami stanęła mi piękna Emery. Musiałem natychmiast oczyścić głowę, zanim jej obraz wryje mi się w pamięć i trudno będzie mi o niej zapomnieć, a nie potrzebowałem kolejnej kompilacji, z którą nie wiedziałbym, co zrobić.
Pomysł może nie wydawał się najmądrzejszy, ale nie stać mnie było na zbytnie główkowanie.
Zabrałem kluczyki od auta i otworzyłem klapę garażową. To, że moje auto stało teraz w miejscu rodzinnego SUV-a, nadal wydawało mi się nienaturalne.
Wziąłem głębszy oddech, obserwując drobinki kurzu unoszące się w powietrzu. Nie czułem nawet mrozu, który wdzierał się do pomieszczenia.
Na jednej z roboczych półek, obok innych niepotrzebnych gratów, stała piłka do rugby. Ta, którą dostałem na urodziny, krótko po dołączeniu do zespołu.
Wziąłem ją do ręki, a w nozdrza uderzył mnie zapach wilgoci. Jej powierzchnia wyblakła i zmatowiała. Skóra była powycierana i popękana w niektórych miejscach. Nosiła też ślady ziemi i trawy, bo ćwiczyłem nią w ogrodzie, niszcząc idealny trawnik metalowymi korkami butów.
Teraz też czułem się jak ta pieprzona trawa. Jakby mnie ktoś wyrwał z korzeniami, a w miejscu dziury miała pozostać nierówność, która już nigdy nie zarośnie.
Pojechałem do sąsiedniego miasteczka, oddalonego o kilka mil od Mountdale. Był tam jeden bar, który funkcjonował dwadzieścia cztery godziny na dobę. Każdy, kto tam wszedł, rozumiał jego rolę.
Obsługiwała sama właścicielka lokalu, którą zapamiętałem. Przy barowych stołkach przesiadywało paru gości, ale wcale nie byli na wykończeniu. Oni dopiero zaczynali. Oto cała tajemnica baru Early Bird.
W całym pomieszczeniu, urządzonym w kowbojskim stylu, panowała ciemność, bo praktycznie nie było tu okien. Miało się wrażenie, że zapadł wieczór. W tle leciała muzyka country, a wszędzie unosił się duszący dym papierosowy. Nie mógłbym powiedzieć, że nie próbowałem zajarać, ale nigdy mi to nie pasowało. Poza tym byłem sportowcem.
Spojrzałem na dwóch rosłych facetów, którzy pykali w bilard. Znalazłem sobie miejsce przy barze.
– Brad, proszę, proszę. Dawno cię tu nie było.
Faktycznie. Ostatni raz jakieś dwa lata temu, kiedy… zrobiliśmy sobie przerwę z Reevą.
Barmanka nalała mi shota Lemon Drop, specjalnie pochylając się nad blatem. Zamiast stanika miała na sobie tylko opinający top. Nie żebym się specjalnie przyglądał.
Wszyscy nazywali ją Milly, ale raczej to nie jej prawdziwe imię. Pewnie stanowiło skrót od Emily. Kobieta zrobiła sobie bezalkoholowego drinka i się uśmiechnęła. Była nieco po trzydziestce, ale jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało. Miała oliwkową, gładką skórę i wyglądała nieźle. Bardzo, bardzo seksowna.
Puknęła pomalowanym paznokciem w mój kieliszek.
Łyknąłem shota na raz i zlizałem cukier zdobiący rant kieliszka. Milly zrobiła mi kolejnego, który też od razu opróżniłem.
Pochylona nad barem, uwodziła mnie wzrokiem, sącząc leniwie drinka, i co chwilę oblizywała wydatne wargi. To mnie zawsze cholernie podniecało. Laski doskonale wiedziały, jak to robić, aby facet spuścił z siebie parę.
– To, co cię do mnie sprowadza, musiało być beznadziejnie trudne.
– Było do bani.
Zrobiła współczującą minę.
– Coś słyszałam. Chcesz pogadać?
Pokręciłem głową. Ostatnim razem pomogło. Przyszedłem z ciężkim sercem poużalać się nad sobą i zrobiło mi się lżej, ale po tym, co mnie ostatnio spotkało, nie miałem cholernej ochoty rozmawiać. W zasadzie sam nie wiedziałem, czego szukam.
– Chyba potrzebuję jedynie tego. – Wskazałem ruchem głowy na stojącą nieopodal butelkę wódki.
Nalałem sobie czystej i wpatrywałem się w napełniony kieliszek. Pochyliłem się nad blatem, a Milly wplotła mi palce we włosy, uśmiechając się zachęcająco. Wiedziałem, o czym myślała, ale w tamtych czasach na krótko zerwałem z Reevą.
– Wciąż jesteś z tą dziewczyną z liceum?
– I tak, i nie. Sam już nie wiem.
Wyprostowałem się. Skoro nie chciałem rozmowy ani niczego więcej, powinienem już sobie pójść. Zakręciło mi się jednak w głowie i z powrotem usiadłem na hokerze.
Barmanka znalazła się obok i pociągnęła mnie na zaplecze. Za nim miała schody do mieszkania na górze. Salon był ciasny, a drzwi od sypialni uchylone.
Przytrzymywała mnie za przedramiona i jednocześnie przylgnęła ciasno do moich bioder. A ja nie zrobiłem nic. Stałem, gapiąc się na nią półprzytomnie.
– Potrzebujesz jednego, Brad – szepnęła uwodzicielsko. – Szybkie, niezobowiązujące bzykanko.
Zderzyła się swoimi ustami z moimi i miażdżyła je w zachłannym pocałunku. Następnie wskoczyła na kuchenny blat za jej plecami i szeroko rozłożyła nogi. Zauważyłem, że nie miała na sobie bielizny.
Poczułem nieopisany wewnętrzny głód. Jakby czegoś mi brakowało i myślałem, że w ten sposób mogę go zaspokoić.
Mógłbym wędrować dłońmi wszędzie, bo Milly miała do mnie jakąś słabość, odkąd pierwszy raz przekroczyłem próg jej baru. Może lubiła niegrzecznych chłopców? Na pewno nie dopuszczała do siebie wszystkich facetów, którzy z nią flirtowali po pijaku.
Robiło się naprawdę gorąco, a moje myśli krążyły tylko wokół natychmiastowego zaspokojenia. Kiedy jednak rozsunęła mi rozporek, coś nagle prysło.
Co ja chciałem zrobić? Mam Reevę. Był ze mnie kompletny kretyn.
Odepchnąłem jej rękę. Spojrzała mi w oczy i pokręciła głową.
– Sorry, ja… nie powinienem. Muszę już lecieć.
Zeskoczyła z blatu z urażoną miną i naciągnęła spódniczkę.
– Jasne, chłopaczku. Leć do domu…
Zignorowałem jej uwagę i pożegnałem się, rzucając szybkie: „Cześć”. Dobrze wiedziała, że nie byłem już chłopcem. Na co liczyła? Traktowałem ją jak przyjaciółkę, jeśli przyjaźnią można nazwać naszą przelotną znajomość.
Owiało mnie mroźne powietrze po wyjściu i nieco mnie ścięło. Efekt dwóch głębszych kolejek w odstępie paru sekund.
Za rogiem był niewielki park z placem zabaw. O tej godzinie spacerowali nim jedynie emeryci. Zgarnąłem dłonią resztki śniegu i usiadłem na pierwszej ławce, ryzykując odmrożeniem jaj. Świeże powietrze i słońce działały otrzeźwiająco.
Wyciągnąłem telefon z kieszeni kurtki i zacząłem przeglądać kilka ostatnich esemesów od dziewczyny, o której w porę sobie przypomniałem.
Reeva:
Jest mi wstyd.
To nie powinno się wydarzyć. Zostawiłam ci pięć wiadomości. Musimy porozmawiać.
Brad, porozmawiaj ze mną.
Będę nocować dzisiaj u rodziców. Przyjdź, to porozmawiamy.
Znowu niczego nie poczułem, czytając je. Zostawiła mi jedną wiadomość na skrzynce pocztowej, której do dziś nie odsłuchałem.
– Pierdolić to – mruknąłem do siebie i przystawiłem telefon do ucha.
Usłyszałem pociąganie nosem i kilka głębokich oddechów.
– Brad… Nie odbierasz ode mnie telefonów, nie odpisujesz. Chciałam… chciałam tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. To moja wina. To było złe. Wiem, że nienawidzisz siebie za to tak samo jak ja. Twoi rodzice nie zasłużyli sobie na taki brak szacunku. Nie mogę zapomnieć o tym, co mi wtedy powiedziałeś. Rozumiem, że potrzebujesz czasu, ale pozwól mi być przy tobie. Razem przez to wszystko przejdziemy. Proszę, oddzwoń.
Schowałem telefon do kieszeni.
Wziąłem kawę na wynos z kawiarni naprzeciwko, wróciłem do auta i włączyłem ogrzewanie. Upewniłem się też, czy żaden przypadkowo przejeżdżający funkcjonariusz nie wlepi mi mandatu za złe parkowanie.
Odtwarzałem w głowie w kółko nagranie Reevy do czasu, aż wydawało mi się, że mogę już prowadzić. Mocna kawa mnie otrzeźwiła.
Wróciłem do Mountdale, po drodze wstąpiłem jeszcze do Wallmarta, by zrobić większe zakupy.
– Co jest, do diabła…
Na parkingu marketu wciskałem kilka razy przycisk w kluczyku i nic. Wyglądało na to, że padł mi centralny zamek w samochodzie. Przekląłem siarczyście i zamiast na zakupy, podjechałem pod warsztat mechanika, który był znajomym ojca.
Garry wychodził właśnie z kanału i kiedy mnie zauważył, od razu podszedł bliżej. Znał mnie jak każdego w Mountdale. Poza tym pracowałem u niego raz w czasie wakacji.
– Witaj, Bradley. Jak się trzymasz?
Znowu to pytanie.
– Mam problem z autem… – Pokazałem mechanikowi, co jest grane.
– Zajmę się tym, ale trochę to potrwa. Mam kilka ekspresów, sam rozumiesz.
– Jasne, poczekam.
– Tak. Tak będzie lepiej, jeśli nie chcesz mieć problemów z szeryfem, dzieciaku.
Chyba jednak kawa nie pomogła…
Garry zaproponował mi, abym poszedł do jego kanciapy i pogapił się we włączony mały telewizor. Leciała powtórka jakiegoś meczu hokejowego Avs2. Nie przepadałem za tym sportem. Wolałem te rozgrywane w sezonie jesiennym i wiosennym, choć w liceum trenerzy zmuszali mnie do wspierania lokalnej, licealnej drużyny hokejowej. Składała się z rokujących uczniów kilku szkół z mniejszych miejscowości w pasie Front Range3.
Garry’emu udało się naprawić zamek, bo usterka okazała się banalna, więc jeszcze chwilę pogadaliśmy o wszystkim i niczym. Kazał mi na siebie uważać i nie wziął nic za naprawę.
Dojechałem pod dom akurat przed przyjazdem autobusu z dzieciakami, ale kiedy wszedłem do środka, usłyszałem gwar rozmów. Być może moja siostra tak znienawidziła szkolne autobusy, że wrócili na piechotę.
– Jesse, Hannah! Jestem w domu!
Nikt mi nie odpowiadał, ale po wejściu do kuchni zauważyłem ciotkę Jessamine, gotującą obiad. Kolejna niezapowiedziana wizyta.
– Bradley, wróciłeś wreszcie.
Bynajmniej nie brzmiało to jak miłe przywitanie. Raczej jak zarzut. Kiedy się z nią witałem, zadarła nos.
– Piłeś? – szepnęła.
– Tylko piwo z Garrym – skłamałem, choć w ogóle nie wiem, dlaczego zacząłem się tłumaczyć.
Ciotka odwróciła się z powrotem do kuchenki, a ja podszedłem do Hannah nakrywającej do stołu. Nachyliłem się nad nią i szepnąłem:
– Mogłaś mnie uprzedzić.
– Próbowałam rano – odpowiedziała tak samo cicho. – Miałam przeczucie, że przyleci.
Zacisnąłem szczęki i usiadłem na kanapie obok młodszego braciszka.
– Jak w szkole, Jesse? – Poczochrałem go po głowie.
Od razu stracił zainteresowanie kreskówką i odwrócił się w moją stronę, zagadując:
– Ciocia Jessamine przywiozła nas taksówką. Prawda, że fajnie?
– Taaa. Super.
Ciotka włączyła się do naszej rozmowy. Właściwie od zawsze miała w zwyczaju wtrącać się w nie swoje sprawy.
– Nie wiem, jak można pozwalać dzieciom jeździć samym do szkoły. Tyle złego dzieje się w autobusach. To straszne.
– Nawaliło mi auto. Właśnie przywiozłem je z warsztatu. Jutro wszystko wróci do normy – powiedziałem bardziej do brata niż do Jessamine.
– Myślisz, Brad, że ciocia zostanie u nas na trochę? Byłoby super!
Przeczesałem nerwowo włosy.
– Idź do siebie, muszę z nią porozmawiać – poprosiłem.
– Co? Dlaczego? Oglądam kreskówkę!
– Powiedziałem, idź do siebie.
– Ale…
Jedno moje pełne irytacji spojrzenie wystarczyło, by posłusznie podniósł się z kanapy. Sam również wstałem i podszedłem do Hannah.
– Zostaw nas na chwilę samych z ciocią.
Siostra spojrzała porozumiewawczo najpierw na mnie, a potem na Jessamine i wyszła.
– Ciociu… – zacząłem łagodnie. – Doceniam to, co dla nas robisz, naprawdę, ale…
– To dla mnie żaden problem – przerwała mi. – Cieszę się, że mogę pomóc.
– Ja też się cieszę, że nam pomagasz, ale… Nie możesz ciągle latać między Kolorado a Oregonem. Wiem, ile kosztują bilety.
Ciotce Jessamine, a właściwie jej skąpemu mężowi, nie powodziło się tak dobrze jak nam. Zawsze wydawało mi się, że właśnie to stanowiło powód napięć między szwagrami. Po ślubie mama dołączyła do elity miasta, w przeciwieństwie do ciotki, która wyszła za mąż za przeciętnego urzędnika. Szkoda tylko, że wuj nie kumał, iż na majątek moi rodzice zapracowali swoją ciężką pracą, a nie tylko dzięki powszechnie szanowanemu nazwisku Evans.
– Tym się nie przejmuj, Bradley.
Ciotka wyłączyła pole płyty i ściągnęła fartuch kuchenny.
Przełknąłem ciężko. Należał do mamy. Musiałem przestać o tym myśleć.
– Ale wujkowi Colinowi zacznie to przeszkadzać – sprostowałem.
– Pomóż mi z tymi talerzami – zarządziła, zastanawiając się zapewne nad właściwą odpowiedzią.
Zabrałem od niej talerze i pomagałem nakrywać do stołu. Jakbym znowu miał dziesięć lat…
– Właściwie rozmawiałam już z nim na ten temat. Oboje jesteśmy zgodni co do tego, aby przeprowadzić się do Mountdale na jakiś czas.
Wypuściłem talerz z ręki, ale dzięki mojemu sportowemu refleksowi się nie rozbił. Kompletnie mnie zamurowało przez ten poroniony pomysł.
– Bądź ostrożny! To droga zastawa.
– Przepraszam – powiedziałem bez zastanowienia. – Przeprowadzić się do Mountdale?
Ciotka uśmiechnęła się łagodnie, a ja zwróciłem uwagę, że wciąż nosiła elementy żałobne. Dzisiaj założyła czarną broszkę. Nie rozumiałem jej. Żałobę nosi się w sercu.
– Tak. Pomyśleliśmy, że razem łatwiej przejdziemy przez ten trudny czas. – W jej oczach stanęły łzy. – Wybacz. Ciągle mam wrażenie, że Shannon tu zaraz wejdzie i…
Podszedłem do ciotki i ją przytuliłem. Pocieszałem ją też po pogrzebie, bo jej mąż nie ruszył swojego tyłka.
– Już dobrze. Nam wszystkim jest trudno – rzuciłem, zaciskając pięści.
Tak naprawdę zaczęliśmy się powoli zbierać do kupy, tylko takie sytuacje jak ta nie pozwalały nam odważnie ruszyć dalej. Ciągle nam o tym… przypominały. Wolałbym, żeby w ogóle nic nie mówiła o wypadku.
Jessamine się ode mnie odsunęła, wycierając lekko zaczerwienione oczy jednym palcem, by nie rozmazać kresek. Raz pokazała się już w takim stanie i naprawdę nie wyglądała wtedy zbyt dobrze.
– Postanowiliśmy z Colinem spędzić trochę czasu tutaj – kontynuowała. – Być bliżej was. Jesteście moimi jedynymi siostrzeńcami i muszę się o was troszczyć. Wasza mama na pewno by tego chciała.
Znów to samo. Coś ścisnęło mnie w piersi, aż musiałem wziąć głębszy oddech.
Nie byłem pewien, czego by chciała. Mama zawsze powtarzała, że kiedy oni odejdą, zostaniemy w trójkę, dlatego musimy trzymać się razem. Wychowywała nas tak, byśmy potrafili zadbać o samych siebie i o rodzeństwo.
– Nie musisz się dla nas tak poświęcać. Radzimy sobie. – Uśmiechnąłem się teatralnie, chcąc ją przekonać.
– Brad, przede mną nie musisz udawać. Masz niespełna dwadzieścia dwa lata. W jednej chwili musiałeś rzucić wszystko i zająć się młodszym rodzeństwem. To nie jest coś, z czym można sobie łatwo radzić.
Chwyciłem kuchenny ręcznik i zacząłem wycierać blat, byle tylko wyładować swoją frustrację. Ta rozmowa mnie męczyła.
– Z każdym dniem jest coraz lepiej. Dogaduję się z Hannah, a Jesse nie sprawia problemów. Wszystko jest w porządku.
– Musisz jednak zrozumieć, że twoje rodzeństwo, a zwłaszcza brat, nie potrzebuje kolegi. Potrzebuje rodzica.
– Więc pozwól mi się nimi zająć. – Wymieniałem z ciotką Jessamine dłuższe spojrzenie, po czym podszedłem bliżej schodów. – Hannah! Jesse! Zbierzcie swoje tyłki na dół na obiad!
Byliśmy w połowie porcji pieczonej wołowiny, kiedy ciotka Jessamine przerwała ciszę, zakłócaną jedynie pobrzękiwaniem sztućców.
– Brad, jak kurs rodzicielski?
– Świetnie – skłamałem, bo prawdę powiedziawszy, jeszcze się na nim nie pojawiłem, choć zalecił mi to sąd…
– Pamiętaj, że to ważne dla pracownika socjalnego – upomniała mnie po raz setny. – A myślałeś o znalezieniu pracy?
Hannah wybuchnęła śmiechem w szklankę z sokiem pomarańczowym.
– Robią ci się zmarszczki na czole, kiedy się tak szczerzysz, siostrzyczko.
Ciotka posłała nam karcące spojrzenie. Wszyscy je uwielbialiśmy.
– Na razie wystarcza nam pieniędzy – odpowiedziałem w końcu, aby uciąć temat.
– Na razie. – Zaśmiała się, co mnie wkurzyło. – Musisz zdawać sobie sprawę, że oszczędności kiedyś się skończą.
– Przecież jesteśmy bogaci… – rzucił bezmyślnie Jesse.
– Jesse, nie przerywaj dorosłym – upomniała go ciotka i znów skupiła uwagę na mnie. – Ten wielki dom i dom spokojnej starości generują olbrzymie koszty. Dobrze, że Shannon zdążyła opłacić pobyt babci za rok z góry…
Spuściłem wzrok na stół, gryząc się w język, bo cisnęło mi się na usta, dlaczego tylko moi rodzice płacili za dom opieki, skoro to także była matka Jessamine? Może ciotka nie miała kasy, bo wuj od zawsze ograniczał ją finansowo, a w dodatku nie pozwalał pracować? Raz, za dzieciaka, słyszałem ich kłótnię właśnie o to.
Wykorzystałem fakt, że brat nie jadł, tylko popychał widelcem groszek na talerzu, aby zmienić temat.
– Nie baw się jedzeniem, Jesse.
– Ciągle się mnie dzisiaj czepiacie – odburknął ze złością, choć nigdy tego nie robił.
Przyjrzałem mu się badawczo. Od kiedy stał się taki opryskliwy?
– Zacznę się czepiać, kiedy dasz mi do sprawdzenia zadania domowe.
Uciekł wzrokiem w bok.
– Ja mogę znaleźć pracę – wtrąciła się Hannah. – Widziałam już jedno ogłoszenie. Potrzebują kelnerki w barze. Tylko kilka przecznic od domu.
– Bar Prestonów? Do diabła, nie! Nie pozwolę ci pracować, a już zwłaszcza w barze dla napalonych facetów. Jesteś w liceum.
Ciotka przyglądała się nam obojgu, ale na razie nic nie mówiła.
– A ty w college’u. Nie widzę związku. Nastolatki w moim wieku już dorabiają. Nie będziesz mi musiał dawać kieszonkowego.
– Brad, nie rozumiem, dlaczego tak bardzo się upierasz. Hannah jest odpowiedzialna. – Luzacki ton ciotki Jessamine to była tylko fasada. Tak naprawdę mnie testowała.
– I niepełnoletnia. – Odłożyłem widelec. – Nie zamierzam mieć problemów z glinami z jej powodu.
– Bar to rzeczywiście nieodpowiednie miejsce dla szesnastolatki. Ale mam znajomego w tej modnej kawiarni jeszcze z czasów liceum. Myślę, że przydałaby mu się pomoc.
– Mogłabyś, ciociu? – Dziewczyna podniosła się na krześle. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję!
Przewróciłem oczami na to nastoletnie zawodzenie.
– Jeszcze się nie zgodziłem, zrozumiano?
Pragnąłem przypomnieć siostruni, że to ja tutaj podejmowałem decyzje.
– Przestań, Brad, druga taka okazja może się nie nadarzyć.
– Hannah na pewno zdoła pogodzić obowiązki szkolne z pracą. Bo skoro Bradley nie zamierza szukać zatrudnienia, to…
Miałem tego dość.
– Tego nie powiedziałem – wtrąciłem się ciotce chamsko, choć wiedziałem, że tego nie znosiła. – Przypominam, że to ja sprawuję prawną opiekę nad dzieciakami. Więc pozwól, ciociu, że to ja będę decydował, co jest dla nas najlepsze.
Nie chciałem, aby mój głos brzmiał ostro, ale nie mogłem ukryć tego, jak drżał z gniewu. Hannah kopnęła mnie za to pod stołem, ale ledwo to czułem, a Jesse zakrył ręką usta. Wyobraziłem sobie, co by było, gdyby moi rodzice siedzieli przy stole albo, co gorsza, wuj Colin.
Atmosfera zrobiła się tak gęsta, że dałoby się ją ciąć nożem.
– Myślę, że moja wizyta nieco się przedłużyła. – W tonie Jessamine dało się słyszeć urazę. – Zdążę jeszcze na wieczorny autobus.
– Już wracasz, ciociu? Myślałem, że zostaniesz do jutra – marudził Jesse. Jako jedyny nie zdawał sobie do końca sprawy z konsekwencji moich słów.
Nasza rodzina słynęła z ognistego temperamentu. Wystarczyła mała iskra, aby rozniecić pożar.
– Młody, zamknij się, proszę – upomniałem brata, na co zrobił naburmuszoną minę, a sam wstałem od stołu za Jessamine. – Ciociu, pozwól chociaż, że cię odwiozę.
– Pójdę na postój taksówek. Mam nadzieję, Brad, że wiesz, co robisz – dodała, zanim wyszła.
Gdy drzwi trzasnęły, Hannah odetchnęła głęboko, jakby cały czas wstrzymywała powietrze.
– Dlaczego ciocia poszła? – zapytał ze smutkiem Jesse.
– Skończyłeś już? To odejdź od stołu.
Znowu to zrobił. Znowu wywrócił gniewnie oczami. Pomyślałem, że będę musiał z nim poważnie pogadać.
– Hannah, sprzątnij ze stołu. Skoro chcesz pracować jako kelnerka w kawiarni, zacznij od dzisiaj.
Nie skomentowała mojej zaczepki i posłusznie zaczęła zbierać talerze.
Musiałem sobie przypomnieć, aby panować nad własnym gniewem.
– Myślisz, że ciotka długo będzie się na ciebie wściekać? Byłeś dla niej niemiły.
– Nie wiem i mam to gdzieś. Tak się składa, że ona też nie potraktowała mnie miło. Gdy skończysz, sprawdź, czy Jesse odrobił pracę domową.
– Ja? Dlaczego znowu ja? Sama muszę zrobić pracę domową.
– To lepiej mądrze zorganizuj sobie czas. Ja muszę zająć się paroma sprawami.
Hannah wydała z siebie syk.
Zabrałem z kanapy MacBooka, którym wcześniej bawił się Jesse, i poszedłem do siebie. Zalogowałem się na stronie banku, bo dawno nie sprawdzałem stanu konta. Ciotka Jessamine boleśnie mi przypomniała, że kiedyś kasa rodziców się skończy.
