Hotel Żaglowiec - Chojnowski Piotr - ebook + książka
BESTSELLER

Hotel Żaglowiec ebook

Chojnowski Piotr

4,2

42 osoby interesują się tą książką

Opis

Ciepła, urocza i przezabawna opowieść, dzięki której zapomnisz o całym świecie. Hołd dla wszelkiej maści dziwaków, indywidualistów, cudaków, osobliwców i bzików. To list miłosny i pocztówka z wakacji w jednym – przywodząca na myśl najlepsze filmy Wesa Andersona.

Poznajcie Piotra, włóczącego się po Europie dwudziestokilkulatka, który na skutek awarii pociągu trafia do malowniczego miasteczka, w którym znajduje się tylko jeden – działający na skraju opłacalności – hotel o dumnej, acz bezsensownej nazwie: „Żaglowiec”.

Zrządzenie losu powoduje, że właściciel obiektu omyłkowo bierze Piotra za wyczekiwanego pracownika, a nasz bohater… po prostu z dnia na dzień podejmuje się (nie swojej) pracy. Jakby tego było mało, do pomocy przy opiece nad obiektem Piotr dostaje jedynie zezowatą recepcjonistkę. Bardziej niezwykli od samego miejsca są tylko barwni ludzie, którzy je odwiedzają.

Temperamentna, wojująca aktywistka Anastazja z milionem pomysłów na sekundę, która dorabia jako lokalna prostytutka? Nierozgarnięty listonosz Erazm – samozwańczy ekspert od zakładów sportowych? Józef – ksiądz ateista? Stary generał Schmetterling, mistrz wojennych anegdot, stacjonujący w pobliskiej tajnej bazie – tak tajnej, że cholera wie, czy w ogóle istnieje? Ślepiec Wspaniały Gonzales trenujący do mistrzostw gry w lotki? Włóczęga Mike milioner, który po prostu „nie wierzy w pieniądze”?

Tylko dwie rzeczy pozostają pewne: w tym hotelu wakacje nigdy się nie kończą, a Wy nie będziecie chcieli przestać czytać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (36 ocen)
17
11
7
1
0
Sortuj według:
DonB7

Dobrze spędzony czas

Ciekawa ksiażka, trochę filozoficzna, mimo pozorów zwyczajności Każdy czytelnik znajdzie w niej trochę siebie samego
00
entuzjastka-91

Nie oderwiesz się od lektury

Książka mojego życia. Najcudowniejsza pod słońcem!
00
nmrogala

Nie oderwiesz się od lektury

Zabawna, klimatyczna, inna niż wszystkie. Aż chciałoby się usiąść z Piotrem w barze.
00
emisia8

Całkiem niezła

Nudnawa. Wytrzymałam 50 stron i zrezygnowałam.
00
Dorotasz49

Nie oderwiesz się od lektury

Odświeżająca, barwna, przewrotna. Po prostu świetna! Gotowy scenariusz na świetny mini serial.
00

Popularność




ERAZM

Już czwartego dnia pracy w barze hotelu Żaglowiec złamałem postanowienie, by nie pić z klientami.

Nie miałem jednak wielkiego wyboru, gdy wczesnym wieczorem przez otwarte stale drzwi wmaszerował Erazm i od progu, wymachując niebieskim świstkiem, zaanonsował:

– Kolejka dla wszystkich, z barmanem włącznie! Nie przyjmuję odmów!

Okrzyk ten wydać się mógł cokolwiek szumny, w barze bowiem oprócz mnie znajdowały się wówczas tylko trzy osoby. Jednakże tamtego lata troje w hotelowym barze stanowiło niemal tłum.

Swój stały stolik w kącie zajmował ksiądz Józef, w przeciwległym końcu pomieszczenia zaś, na wysokim krześle, siedziała samotnie Anastazja. Trzecim z gości był staruszek Robert, który siedział tuż obok wejścia z łagodnym uśmiechem i obracał w palcach kieliszek wina.

Nie skomentowałem w żaden sposób słów Erazma. Znając zarówno jego upodobania, jak i preferowaną klasę trunków, w milczeniu ustawiłem na ladzie pięć kieliszków i sięgnąłem po butelkę czystej wódki.

– System w końcu zaczyna działać – rzucił wesoło Erazm, sadowiąc się na stołku i kładąc przede mną niebieski papier. – Właśnie podawali w radiu wyniki wczorajszych meczy trzeciej ligi azerskiej i trafiłem wszystko. Wszystko! Dziś świętujemy, a jutro z samego rana, jak tylko otworzymy pocztę, odbieram wygraną.

W tym miejscu czuję się w obowiązku nakreślić choć przybliżony obraz Erazma.

***

Z początkiem tamtych wakacji Erazm Beck skończył dwadzieścia osiem lat. Poznawszy go, człowiek przekonywał się kolejno o trzech sprawach.

Po pierwsze, Erazm był oszałamiająco przystojny. Wysoki, smukły, wysportowany, o twarzy przywodzącej na myśl sławy kina przedstawiane na okładkach magazynów i plakatach filmowych. Zadziorna blond czupryna, zadbany, krótki zarost, błękitne oczy, regularne rysy, szeroki uśmiech… I żebyśmy się dobrze rozumieli: za spódnicą przyszło mi ganiać nieraz, za to za spodniami nie oglądam się wcale. W tym jednak wypadku nawet ja musiałem obiektywnie docenić fizys innego mężczyzny.

Następne dwie cechy Erazma zauważało się zwykle niemal jednocześnie, zaraz po tym, gdy człowiek zamienił z nim słowo. Był to niepoprawny optymizm, który każdego dnia dziarsko pchał go przez życie, oraz kompletny, dojmujący wręcz brak uzdolnień w jakiejkolwiek dziedzinie.

Poznaliśmy się drugiego dnia mojej pracy, gdy przed południem wkroczył do pustej sali, odziany w służbową marynarkę i czapkę, z torbą zawieszoną na ramieniu.

– Poczta! – zawołał wesoło od wejścia.

W pierwszej chwili zmieszałem się nieco. Po pierwsze byłem pod wrażeniem aparycji listonosza, a po drugie w miasteczku pojawiłem się dopiero dzień wcześniej i jeszcze nikomu nie podałem swojego nowego tymczasowego adresu. Sprawa szybko się wyjaśniła, gdy odczytałem nazwisko na kopercie.

– Stefan von Gaff, sanatorium Klejnot Puszczy. – Spojrzałem pytająco na wyszczerzonego Erazma. – Przepraszam, ale to chyba pomyłka. Mam na imię Piotr, nie Stefan, a to przecież hotel, nie sanatorium.

– Naprawdę? – zdziwił się listonosz i zabrał mi kopertę. – No tak, rzeczywiście. Nie wiem, jak to się stało. Przepraszam bardzo. Piotr, tak?

– Tak jest – odrzekłem i wyciągnąłem nieśmiało dłoń na powitanie.

– Erazm Beck. – Listonosz ją uścisnął i schował przesyłkę z powrotem do torby.

Jak się później niejednokrotnie okazywało, przygody tego rodzaju stanowiły w jego pracy chleb powszedni. Erazm bowiem tendencję do mieszania listów i paczek doprowadził niemal do rangi sztuki. Nie zdarzało się w zasadzie, by ktoś za pierwszym razem dostał skierowaną do niego przesyłkę. Notorycznie więc hotelowe rachunki za prąd trafiały do sanatorium, religijne czasopisma zamawiane na lokalną plebanię lądowały w pobliskiej bazie wojskowej, listy zaś i pocztówki z wakacji do adresatów docierały dopiero po kilku przystankach w innych częściach miasteczka. Nikt nie potrafił przy tym odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Miejscowy listonosz nie był w żadnym razie analfabetą, a w sprawach dotyczących swoich zainteresowań wykazywał diabelną wręcz dokładność i precyzję. Nie mogąc znaleźć wyjaśnienia dla tego stanu rzeczy, mieszkańcy miasteczka w końcu machnęli nań ręką i zaakceptowali fakt, że co rusz przychodzi im poprawiać nieporadnego doręczyciela.

Rozsądny człowiek zapyta, dlaczego Erazm nie został zwolniony albo nie zajął się czymś innym z własnej woli. Odpowiedź na drugie z tych pytań brzmi: próbował.

We wczesnej młodości pragnął zostać piłkarzem. I choć pod względem fizycznym niczego mu nie brakowało, szybko się okazało, że w dziedzinie sportu jest beztalenciem totalnym. Dotyczyło to nie tylko futbolu. Siatkówka, koszykówka, tenis stołowy, pływanie, bieganie, kolarstwo, narciarstwo, gimnastyka czy bilard artystyczny – we wszystkich tych dyscyplinach próbował swoich sił i we wszystkich okazywał się być równie drewniany.

W szkole odznaczał się pracowitością i żywo interesował się każdym ze szkolnych przedmiotów, nieodmiennie plasował się jednak znacznie poniżej przeciętnej. Zawsze albo coś mu się myliło, albo nie mógł czegoś zrozumieć i nikt z nauczycieli nie miał złudzeń, że raczej nie czeka go kariera akademicka. Z tępą maczetą kiepskich ocen Erazm przedzierał się zatem przez dżunglę szkolnych lat.

Rodzice wpadli wreszcie na pomysł: skoro młodzieniec nie ma zadatków na sportowca i naukowiec również z niego żaden, to może chociaż sztuka? Lecz bohomazy tworzone przez chłopaka na lekcji rysunku pozwalały niestety na jednoznaczny werdykt dotyczący jego uzdolnień plastycznych. Erazm został zatem na próbę wysłany do miejscowego organisty na lekcje muzyki. Kiedy jednak cierpliwy zazwyczaj starszy pan podczas trzeciego spotkania cisnął z furią krzesłem w kierunku podopiecznego, wrzeszcząc: „Nie moje tempo!”, sprawa była przesądzona. Erazm był absolutnym, totalnym beztalenciem.

Niewątpliwie pomocą w życiu posłużył mu optymizm i entuzjazm, z jakim podejmował się kolejnych wyzwań. Dzięki niemu zaskarbił sobie sympatię nie tylko nauczycieli, ale i innych przedstawicieli lokalnej społeczności. Gdy zatem ukończył szkołę średnią i nie zapowiadało się, żeby miał zrobić błyskotliwą karierę w jakiejkolwiek wyobrażalnej dziedzinie, ze wszystkich stron wyciągnęły się ku młodemu mężczyźnie pomocne dłonie. Erazm spróbował sił w kilku różnych zawodach: był pielęgniarzem w tutejszym sanatorium, pomocnikiem w nadleśnictwie i kasjerem w sklepie spożywczym. Niestety na każdym z tych stanowisk powodował więcej szkód niż pożytku, przez co nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej – aż wreszcie zrobiono go listonoszem. W tym zawodzie, jak już wspomniałem, radził sobie niezbyt dobrze, aczkolwiek miejscowi przedsiębiorcy zgodzili się po cichu, że jest to mniejsze zło, które byliby w stanie zaakceptować. Owszem, człowiek czasem troszkę się poirytuje – rozumowali – ale w porównaniu do alternatyw konsekwencje będą relatywnie nieszkodliwe. I tak oto Erazm został listonoszem.

***

– Nie widziałem cię tutaj jeszcze, jesteś nowy? – zagadnął, gdy się poznaliśmy.

– Tak jest – potwierdziłem. – Zacząłem pracę wczoraj, zostanę do końca sierpnia.

– A, to pewnie będziemy się często widywać. – Wyraźnie się ucieszył. – Jestem listonoszem, a zatem stanowię integrową część…

– Integralną? – upewniłem się.

– Integralną, tak jest, część naszej małej społeczności. No, i oczywiście przychodzę często po pracy, żeby posiedzieć nad Systemem.

Nie miałem wątpliwości, że gdyby zapisał to słowo, zacząłby je wielką literą.

– Systemem? – zainteresowałem się.

– Systemem – potwierdził poważnie Erazm. – Tworzę System, dzięki któremu będę poprawnie obstawiał wyniki meczy piłkarskich. Dużo danych. Dużo informacji. Liczby i tak dalej. Wiem, że brzmi trochę enigmicznie…

– Enigmatycznie – poprawiłem odruchowo.

– Enigmatycznie, tak jest, ale niestety nie mogę zdradzić szczegółów. Sam rozumiesz. Ludzie sukcesu mają dwie podstawowe zasady. Pierwsza: nie zdradzaj nigdy wszystkiego, co wiesz. – Uśmiechnął się znacząco.

Sam powstrzymałem się od reakcji.

Wreszcie chłopak znudził się i porzucił dowcip.

– No nic, lecę, praca wzywa. Do następnego!

Od tamtej pory widywaliśmy się niemal codziennie. Stopniowo zatem i od niego, i od innych stałych gości baru dowiadywałem się coraz więcej o wspomnianym Systemie.

Otóż praca na poczcie nie zajmowała Erazma przesadnie – miasteczko było niewielkie, w związku z czym nawet w najbardziej szalone dni udawało mu się skończyć roznoszenie przesyłek w niecałe pięć godzin – więc chłopak znalazł sobie hobby. Wspomniałem już, że interesował się futbolem. Znalazłszy się w sytuacji, w której mógł spędzać większość dnia na oglądaniu czy słuchaniu w radiu transmisji meczy, a także rozmaitych skrótów, analiz i felietonów sportowych, zapragnął rozwinąć ową pasję.

Najpierw usłyszał o obsługiwanych na poczcie zakładach. Szybka kalkulacja dokonana z pomocą prostego umysłu dała natychmiastowy wniosek: to wspaniały sposób na zrobienie fortuny. W końcu Erazm – we własnym mniemaniu – znał się na sporcie jak nikt, a potencjalne zyski mogły iść nawet w tysiące procent. Rzecz jasna nie w przypadku najprostszych zakładów, ale listonosz skupił uwagę przede wszystkim na kuponach kombinowanych, gdzie poprawnie należało obstawić wynik kilkunastu bądź kilkudziesięciu spotkań jednocześnie. Podjął wobec tego rozsądną decyzję o zamknięciu konta oszczędnościowego i zapomniawszy o jakichkolwiek lokatach czy obligacjach (o takich formach hazardu jak giełda nie wspominając), postanowił zabezpieczyć swoją przyszłość poprzez zakłady. Rezultat był zaskakujący – rzecz jasna dla Erazma.

Szybko pozbył się większości pieniędzy, oprócz bieżących dochodów przegrawszy również zdrową część zgromadzonego kapitału. Jako człowiek pokładający wiarę we własnym sprycie postanowił przeanalizować przyczyny takiego stanu rzeczy. Przeczytał – czy raczej, w co bardziej jestem skłonny wierzyć, przejrzał – podręcznik statystyki i gdy już wszystko sobie poukładał, postanowił wdrożyć nowy, rozsądny i przemyślany plan działania.

Bogactwo, stwierdził, rzeczywiście kryje się w wygranej. Tutaj od początku miał rację. Błędne okazało się jego podejście. Był zbyt zadufany w sobie, jeśli myślał, że zdoła ot tak przewidzieć kilka rezultatów i wygrać tysiące marek bez solidnego przygotowania. Potrzebny był do tego odpowiedni System.

Od tamtej pory życie Erazma podporządkowane zostało dążeniu do sukcesu. Z podziwu godnym zaangażowaniem począł się edukować i przez kilka kolejnych lat każdego dnia spędzał pracowite godziny na analizowaniu rezultatów meczy drużyn, o których istnieniu prawdopodobnie słyszał jedynie on sam, nieliczni dziennikarze i najbliższe rodziny zawodników. W zasadzie nie ograniczał się jedynie do wyników – interesowały go wszelkie możliwe informacje, począwszy od pogody w trakcie spotkania, przez skład ławki rezerwowej, a na marce gwizdka sędziego skończywszy.

Zdobywaną wiedzę skrupulatnie katalogował i gromadził w wielkich segregatorach, a przy tym całkiem sporo zostawało mu w głowie. Gdy go poznałem, potrafił wyrecytować nazwiska strzelców bramek w półfinale Pucharu Chile juniorów z 1973 roku wraz z dokładnym czasem i okolicznościami ich zdobycia. Potrafił na serwetce narysować wzór z getrów reprezentacji Monako używanych przez pierwszych kilka miesięcy istnienia drużyny. Znał obecny adres zamieszkania emerytowanego trenera Swjetłotechniki Sarańsk z czasów świetności klubu. Słowem, Erazm stał się chodzącą encyklopedią futbolu.

Chociaż, nawiasem mówiąc, w tej żywej księdze brakowało jednego rozdziału. Erazm bowiem kategorycznie odmawiał przyjęcia do wiadomości, że istnieje futbol żeński. Powodowało to wybuchy wściekłości Anastazji – jak zresztą wiele innych jego grzechów i gaf. Z jakiegoś powodu większość tego, co mówił lub robił, drażniła ją w stopniu wręcz niesłychanym.

Jako się rzekło, w ciągu kilku lat wytężonej pracy Erazm przemienił się w absolutnego tytana wiedzy piłkarskiej. Przez cały ten czas powstrzymywał się od podejmowania zakładów, budując zamiast tego solidny kapitał na okres, kiedy będzie już gotów regularnie rozbijać bank. Wreszcie nadszedł ów upragniony dzień.

Wszystkie wyliczenia, eksperymenty, ćwiczenia i symulacje wskazywały jednoznacznie na niezawodność Systemu. Na podstawie zebranych i uaktualnianych regularnie danych Erazm mógł dokładnie przewidzieć, co się wydarzy podczas danego spotkania. Z którejkolwiek strony spojrzał, wzory były bez zarzutu.

Z niewzruszoną pewnością siebie wpadł pewnego poranka na pocztę i zamiast po dzienną porcję przesyłek do rozniesienia – ruszył prosto do okienka z kuponami. Zamaszyście wywijając długopisem, wypełnił sześć różnych blankietów; przeczytał gdzieś, że dywersyfikacja minimalizuje ryzyko. Co prawda w tym wypadku nie było mowy o porażce, mimo to postanowił zachować ostrożność. Następnie z uśmiechem złapał za torbę i ruszył w teren z niezachwianym poczuciem, że już jutro będzie mógł się cieszyć zalążkiem przyszłej fortuny.

Ku swojemu zdziwieniu, przerżnął wszystko.

Oznaczało to natychmiastowy powrót do notatek i poszukiwanie błędu. Kilka nieprzespanych nocy zaowocowało odnalezieniem go. Niewielka poprawka w tym czy innym współczynniku i Erazm ponownie gotów był na starcie z rzeczywistością.

Ponownie jednak czekał go szok, gdyż System zawiódł.

Wydarzenia te toczyły się mniej więcej rok przed tym, gdy zostałem barmanem w hotelu Żaglowiec. Od tamtego czasu, jak udało mi się dowiedzieć, Erazm nadal dopracowywał System. Gdy po raz kolejny stracił większość zaoszczędzonych pieniędzy, postanowił grać jedynie na małe stawki, tak żeby z jednej strony nie pozbawiać się chleba powszedniego, a z drugiej – móc na bieżąco testować wprowadzone w Systemie zmiany. Czasem trochę wygrał, czasem trochę przegrał. I tak to sobie trwało. Aż nadszedł wielki dzień – dzień spektakularnej wygranej.

***

Kiedy tylko skończyłem napełniać kieliszki, Erazm sprężystym krokiem przeszedł przez bar i wręczył shoty pozostałym obecnym. Staruszek Robert przyjął swój, mrucząc coś w podziękowaniu i lekko kiwając głową; podobnie ksiądz Józef. Anastazja, najwyraźniej poirytowana entuzjazmem Erazma, potraktowała go jak powietrze i nadal przeglądała gazetę, więc listonosz po prostu postawił alkohol przed nią na barze i wrócił do mnie jako najbardziej przyjaznego kompana. Ujęliśmy szkło w dłonie, skinęliśmy głowami i wlaliśmy w siebie ognistą substancję.

– Aaach, to lubię. No ale nie zapytałeś! Zgadnij, ile wygrałem.

– Nie śmiem się domyślać, Erazmie – odparłem i wróciłem do wycierania szklanek. Zacząłem już rozpoznawać, kiedy ktoś ma ochotę porządnie się wygadać.

– Siedemnaście marek! SIEDEMNAŚCIE! – wykrzyknął Erazm radośnie.

– Wspaniały wynik. Ile postawiłeś?

– No… piętnaście marek. Piętnaście czterdzieści – odparł znacznie ciszej, jakby przepraszająco. – Ale to nic, nie chodzi o to, żeby w jednej chwili wygrać miliony. Takie rzeczy się nie zdarzają. Ja opieram się na przeróżnych danych i wzorach, a jak już mój System będzie w całości dopracowany, to zacznę bogacić się ekspoten… eksponten…

– Eksponencjalnie? – podpowiedziałem.

– Dokładnie tak. Czytałem o tym w jednym magazynie. Jak już masz dobry System i jesteś zdyscyplinowany, to zaczynasz od małych zakładów i wygrywasz mały procent. Potem wzrasta twój kapitał, z czasem obstawiasz trochę więcej i więcej wygrywasz. Tak to się kręci. Efekt kuli śniegowej. Czytałem w magazynie. Nalej jeszcze jeden kieliszek.

– Znowu dla wszystkich?

– Nie – szepnął Erazm. – Nie ma co szastać forsą. Muszę uważać na kapitał, rozumiesz.

– Oczywiście – odparłem, sięgając po butelkę.

– Kapitał, pff… – dobiegło nas prychnięcie z końca baru.

Obejrzeliśmy się na Anastazję, ta jednak nadal była wpatrzona w gazetę i nie odezwała się więcej.

– Kobiety. – Erazm pokręcił głową. Podałem mu kieliszek, a on wypił zawartość jednym haustem. Następnie spojrzał na zegarek i wytrzeszczył oczy. – Cholera, muszę lecieć, za parę minut zaczyna się liga japońska, a dzisiaj Thespakusatsu Gunma gra z Hokkaido Consadole Sapporo. Ważny mecz. Mam go na osobnym kuponie. Do jutra, Piotrze, do widzenia, Robercie, i niech będzie pochwalony!

Ksiądz Józef odchrząknął coś niewyraźnie ze swojego kąta. Robert uniósł wino w geście toastu.

Odstawiłem kieliszek Erazma do zlewu i schowałem butelkę wódki. Niespiesznym krokiem ruszyłem wzdłuż baru. Stanąłem naprzeciw Anastazji. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, chwyciła za stojące obok szkło i je opróżniła. Wytarła usta wierzchem dłoni i dopiero wtedy na mnie spojrzała.

– No co? Ten wariat nigdy się nie nauczy mądrze zarządzać pieniędzmi, ale jak już wydaje je na alkohol dla mnie, to go przecież nie wyleję.

– Skądże.

– Ale przyznaj sam – westchnęła ciężko. – Oferma w końcu doszczętnie zbankrutuje przez te swoje zakłady.

– Nie śmiałbym oceniać, Anastazjo. Przecież Erazm wciąż ulepsza swój System.

– System-srystem. Zająłby się wreszcie prawdziwym życiem. Do pracy się przyłożył, dom wybudował… A nie wyrzucał pieniądze w błoto.

– Wydaje się szczęśliwy – zauważyłem i dodałem sentencjonalnie: – Pieniądze zmarnowane na przyjemności nie są zmarnowane.

– Pieprzysz od rzeczy – skomentowała Anastazja. – A Erazm od rzeczy się zachowuje, o.

– Może powinien znaleźć sobie żonę – zastanowiłem się.

– Po co? – zaperzyła się kobieta. – Że niby baba ma koło niego skakać? Dbać o niego, kiedy on nic, tylko ten futbol i futbol? Wy, faceci, i te wasze średniowieczne…

– Nie, nie, nie – przerwałem Anastazji, widząc, jak czerwienieje z każdym wypowiadanym słowem. – Myślałem raczej o… silnej, zorganizowanej, pewnej siebie kobiecie… która twardą ręką naprostuje Erazma… i dając mu dobry przykład, sprowadzi na właściwą drogę.

Moje niezręczne tłumaczenie najwyraźniej zadziałało, bo kobieta uspokoiła się nieco.

– No, chyba że tak – mruknęła. – Ale lepiej zejdź mi już z oczu, jakoś mnie dzisiaj wkurzasz tym swoim gadaniem.

Z tymi słowami odrzuciła z czoła niesforny rudy kosmyk i wygładziła gazetę, wracając do lektury.

Korciło mnie okrutnie, by jej zasugerować, kto w okolicy nadawałby się na żonę dla Erazma, w porę zauważyłem jednak, że z leżącej na krawędzi baru torebki wystaje rękojeść młotka (Anastazja używa go do przybijania na drzewach swoich ogłoszeń) i się powstrzymałem. Dawno już zacząłem rozpoznawać, kiedy kobieta jest na granicy cierpliwości i niebezpiecznie jest ją popychać poza tę granicę. Wróciłem więc na swoje miejsce i ponownie zająłem się pracą.

***

Erazm nie pojawił się następnego dnia, ani kolejnego. Przyszedł za to w czwartek, znów po południu. Tym razem jednak wszedł do baru powłóczystym krokiem, bez cienia entuzjazmu. Dotarłszy do kontuaru, mozolnie wdrapał się na wysokie krzesło i oparł łokcie na ladzie, brodę zaś na dłoniach.

Milczał. Ja też milczałem. Czekałem, aż sam zacznie.

Wreszcie listonosz westchnął ciężko.

– Lej tę wódkę, Piotruś.

Posłusznie sięgnąłem po butelkę i kieliszek. Domyśliłem się, że tym razem Erazm czeka, aż to ja pociągnę go za język.

– Co się stało? – zagadnąłem więc.

– Ano, straciłem trochę na zakładach.

– Jak to możliwe? – spytałem ze szczerym zdziwieniem. – Co z twoim Systemem?

– Zawiódł. Zawiódł znowu! – Erazm wypił wódkę i kontynuował: – Byłem absolutnie pewien, że tym razem wszystkie współczynki…

– Współczynniki.

– …współczynniki, zgadza się, miałem poprawnie dobrane. Zwłaszcza po tej wygranej parę dni temu. No i dzisiaj… dupa zbita. Nie zgodziły mi się dwa mecze i wszystko się posypało.

– Ile przegrałeś?

Erazm mruknął coś pod nosem. Postanowiłem nie okazywać litości.

– Ile? Nie dosłyszałem.

Burknął głośniej, ale nadal niewyraźnie.

– Najmocniej przepraszam, chyba mam coś ostatnio ze słuchem. Ile? – drążyłem, starając się przy tym, by moja twarz wyrażała absolutną niewinność.

– Dwadzieścia jeden marek – mruknął niezadowolony.

– Ooo, to bardzo niedobrze – powiedziałem bez emocji.

– Ano niedobrze. Teraz przez parę dni nie będę miał za co stawiać. Muszę odbudować bezpieczny kapitał.

– Wyjątkowo rozsądnie, Erazmie.

– Ale nie myśl, że się poddałem!

– Skądże znowu.

– Będę miał czas, żeby jeszcze raz przeliczyć współczynniki. Sprawdzić koleracje…

– Korelacje.

– Korelacje, tak. To akurat wziąłem z jednego magazynu i wygląda na to, że to kluczowa sprawa.

Erazm wyciągnął z torby ogromny czerwony segregator i z hukiem upuścił go na drewniany kontuar; następnie otworzył go i wertował przez chwilę, aż znalazł właściwe miejsce. Wpięte kartki wypełnione były tabelami, wzorami, wykresami i strzałkami. Spojrzałem z zainteresowaniem – listonosz przynosił czasem notatki do baru, ale z reguły siadał z nimi w kącie, zazdrośnie strzegąc swoich sekretów przed zakusami legionów zazdrośników, pragnących je poznać i zagarnąć dla siebie.

– To jest twój System, Erazmie? – zapytałem zaciekawiony.

Spojrzał na mnie jak na szaleńca.

– Czyś ty się szaleju najadł? To tylko kilka wyliczeń empiralnych…

– Empirycznych.

– Tak, empirycznych, dziękuję. To kilka wyliczeń, czytałem o nich w jednym czasopiśmie. System zajmuje dużo, dużo więcej miejsca. Nigdy nie przyniósłbym go w całości w miejsce publiczne. – Spojrzał na mnie podejrzliwie i przymknął segregator. – Piotrek, a ty nie chcesz przypadkiem wyciągnąć ode mnie żadnej tajemnicy?

– Ależ skąd – obruszyłem się. – Słowo harcerza.

Erazm odetchnął z wyraźną ulgą.

– No, to co innego – powiedział i znów otworzył segregator. Wydobył skądś ołówek i zaczął coś kreślić w różnych miejscach. – Nie wiedziałem, że jesteś harcerzem – rzucił mimochodem.

– Tak naprawdę to nie jestem. Ale jak daję słowo, to zupełnie poważnie.

– Mhm, tak... – mruknął listonosz, pochłonięty swoimi zapiskami.

– Tak naprawdę jestem szwedzkim szpiegiem – pochwaliłem się nonszalancko.

– Mhm… – bąknął Erazm.

– Założę się, że chętnie zjadłbyś kolację z Anastazją – spróbowałem.

– Tak, Piotrze, daj mi chwilę.

– Futbol to totalnie kretyński sport – zaryzykowałem.

Zadziałało.

– Mógłbyś powtórzyć? – Listonosz natychmiast podniósł głowę i skupił na mnie całą swoją uwagę.

– Nic takiego, Erazmie. Tak tylko gadam do siebie.

Przez chwilę spoglądał na mnie podejrzliwie, po czym wzruszył ramionami i wrócił do swoich notatek. Po kilku minutach bazgrania zamknął z trzaskiem segregator i w znacznie lepszym humorze oznajmił, że wraca do domu, by kontynuować pracę.

– Piotruś, chciałem ci bardzo podziękować. Wiesz, jak człowieka postawić na nogi; to wszystko twoja zasługa. Wracam do roboty. System jeszcze zadziała! Na razie, do zobaczenia.

I wyszedł z baru.

Prawdę mówiąc, do dziś nie wiem, w jaki sposób pomogłem Erazmowi odzyskać motywację. Ani wtedy, ani przy żadnej innej okazji nie starałem się zbytnio namawiać go do rozwijania Systemu. Z drugiej strony wcale mu tego nie odradzałem. Wychodzę bowiem z prostego założenia, że dopóki ktoś nie wyrządza mi bezpośredniej krzywdy, to nie powinienem się wtrącać w jego poczynania.

Uczciwość jednak nakazuje zaznaczyć, że brak chęci posiadania kontroli nadrabiam wrodzoną ciekawością. To ona kierowała mną, gdy któregoś razu wypytywałem Erazma o plany na przyszłość.

***

– Jak to: co potem? – Listonosz był zaskoczony. – Przecież to oczywiste.

– No, nie do końca. Przecież rozwijanie Systemu to twoja pasja. Co poczniesz, kiedy już nie będziesz musiał tego robić? Kiedy trafisz wielką wygraną?

– Po pierwsze, nie mów: trafisz, bo to brzmi, jakbym liczył na ślepy traf, przypadek. A przecież futbol to czysta deterministyka…

– Determinizm – wtrąciłem.

– Determinizm, tak jest. Każdy rezultat to splot różnorakich przyczyn. Znajdź przyczyny, znajdziesz rezultat. A po drugie… – Erazm zastanawiał się przez chwilę. – No, w końcu System będzie niezawodny i zacznę regularnie wygrywać. I wtedy… no…

– No? – drążyłem.

– Będę grał dalej. Aż… aż wygram tyle, ile mi potrzeba.

– Do czego?

– No… żeby być bogatym. I żyć jak król!

– Czyli ile dokładnie?

– No… milion marek? – spróbował Erazm.

– Nie wiem, czy milion to tak znowu dużo – odparłem, bawiąc się korkociągiem. – Przecież System pozwoli ci wygrywać bez przerwy, tak? To czemu miałbyś się zatrzymać na milionie?

– Masz rację – stwierdził z pełną stanowczością. – Będę grał, aż wygram… pięć milionów!

Widząc, że ta ścieżka rozmowy jest stroma, dziurawa i pod każdym względem mecząca, postanowiłem na razie odpuścić i spróbować z innej strony.

– No dobra, Erazmie, wygrasz w końcu pięć milionów marek. I co dalej?

– No… będę żył jak król! – powtórzył listonosz. – Rzucę pracę na poczcie, o! I wyjadę. Do jakiegoś ciepłego kraju. Na wyspy tropikalne. Na przykład… Wyspy Owcze.

– Wyspy Owcze są na Morzu Norweskim – poinformowałem. – Nie nazwałbym ich tropikalnymi.

– No to na jakieś inne wyspy. Nieważne. Kupię sobie dom, z basenem i garażem, i biblioteką, i tarasem. Przeprowadzę się tam i będę leżał do góry brzuchem. A potem się zobaczy.

– A co z Systemem? – nie dawałem za wygraną. – To twoje ukochane dziecko. Tak po prostu machniesz ręką na całą pracę, którą przy nim odwaliłeś?

Erazm patrzył na mnie jak na idiotę.

– Pewnie! System to tylko narzędzie. – Postukał się znacząco w skroń. – Środek do celu. Nie wolno mylić środków z celem, wiem, bo czytałem książkę na ten temat. Dlatego też System idzie w odstawkę w tym samym momencie, w którym zgromadzę swoją fortunę. Zostawię go pewnie gdzieś na poczcie, na strychu, w każdym razie porzucę go razem z resztą poprzedniego życia. Dzięki temu moja transdemencja w milionera będzie kompletna.

– Transformacja? – upewniłem się.

– Transformacja, tak jest. – Uśmiechnął się szeroko.

Transformacja, przyznaję, rozproszyła mnie tak bardzo, że zamiast pytać o aspekt ekonomiczny – czyli o sytuację, w której pieniądze się skończą – poszedłem w inną stronę.

– Nie kupuję tego. Spędzasz nad Systemem każdą wolną chwilę. Chyba nie zdajesz sobie sprawy, jak dużo będziesz miał wolnego czasu, jeśli go porzucisz.

– Wolny czas to właśnie to, do czego dążę! – Erazm zamachał rękami. – Pracuję ciężko teraz, żeby potem się byczyć!

– I co konkretnie będziesz robił? Co to znaczy: byczyć się?

– No… Będę… pewnie… oglądał futbol – wykrztusił.

Patrzyłem na niego w milczeniu, wyobrażając sobie, jak kolejne synapsy zapalają się na długiej drodze przez mroczne pustkowia umysłu mojego rozmówcy; niemal słyszałem stukot tak rzadko wprawianych w ruch kół zębatych. Odniosłem wrażenie, że myśl zgubiła się gdzieś po drodze, przepadła w czeluściach Erazmowego rozumu, ugrzęzła w gąszczu informacji o piłkarzach, klubach i meczach. W końcu jednak jego twarz rozjaśnił blask nagłego zrozumienia.

– Aaach! No taaak!!!

Młody listonosz znowu zamilkł, podczas gdy maszyneria jego neuronów od nowa rozpoczęła ciężką pracę. Czekałem cierpliwie.

– Aaach! – usłyszałem ponownie. – No nieee…

Tym razem przerwa trwała dużo krócej. Erazm podrapał się po głowie, a potem z nagłym zdecydowaniem uderzył dłońmi w bar.

– Masz rację. Nie przemyślałem sobie tego – stwierdził.

Połechtało to moją próżność. Najwyraźniej udało mi się doprowadzić listonosza do swego rodzaju olśnienia. Dzięki mnie zdał sobie sprawę, jak ważną częścią jego życia stała się piłka nożna i idące w parze z tą pasją zaangażowanie w katalogowanie informacji. Byłem przekonany, że teraz dokładniej przemyśli sobie wizję życia po nieubłaganie nadchodzącej wielkiej wygranej.

– Piotruś, oczy mi otworzyłeś! – zakrzyknął nagle Erazm. – Nie ma mowy, żebym tak po prostu porzucił System i oglądał piłkę jak pierwszy lepszy fan.

Sześć sekund później moje błogie samozadowolenie zmuszone było pójść się huśtać.

– Zamiast zostawiać wszystkie materiały, po prostu je spalę – kontynuował zadowolony z siebie listonosz. – Wszystkie segregatory, arkusze, tabele, wykresy i wzory, wszystko do pieca. A co! Ja będę już wolny od jarzma pracy przy budowie Systemu, a czemu miałbym zostawiać go komukolwiek w prezencie? Albo, co gorsza, zostawiać sobie! W końcu zawsze mógłbym wrócić. A tak: nie ma możliwości. Nowe życie, nowy Erazm!

Listonosz zebrał swoje rzeczy z baru, jakby już w tej chwili zamierzał rozpalać ogień. Rzucił się do wyjścia, ale po kilku krokach przystanął gwałtownie, odwrócił się i zawołał:

– I wiesz co? Piłkę też całkiem przestanę oglądać! Będę robił coś nowego! Na przykład zajmę się… – zawahał się, lecz zaraz oczy mu się zaświeciły. – Zajmę się psychologią! W końcu tyle się tego naczytałem. Pogadam z Pedro, może będzie miał dla mnie jakieś rady… – mrucząc ostatnie zdanie już do samego siebie, Erazm wyszedł z baru, pozostawiając mnie w stanie zupełnej konsternacji.

Zastanawiałem się przez chwilę, w którym momencie popełniłem błąd. Szybko doszedłem jednak do wniosku, że nie ma co się przejmować. Zresztą Erazm przecież wcale jeszcze nie wygrał milionów, nie było sensu martwić się na zapas. Nie pozostawało mi nic, jak tylko się zrelaksować i czekać na rozwój sytuacji, a wtedy po prostu iść z prądem. Niejednokrotnie takie właśnie podejście kierowało moje życie na odpowiednie tory – jak choćby wtedy, gdy po raz pierwszy znalazłem się za barem hotelu Żaglowiec.

Hotel Żaglowiec

Copyright © by Piotr Chojnowski 2021

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2021

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Magdalena Świerczek-Gryboś, Zofia Latawiec

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc m

Okładka – Paweł Szczepanik

Grafiki na okładce – Vasya Kobelev, Sovenko Artem, Media Guru / Shutterstock.com

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2021

ISBN EPUB: 9788382101997ISBN MOBI: 9788382101980

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Dagmara Kolasa, Grzegorz Krzymianowski

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Agnieszka Jednaka

Promocja: Piotr Stokłosa, Aldona Liszka, Szymon Gagatek, Łukasz Szreniawa, Aleksandra Parzyszek, Karolina Prewysz-Kwinto

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Paweł Kasprowicz

Administracja: Klaudia Sater, Monika Kuzko

finanse: Karolina Żak, Honorata Nicpoń

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl