Zanim Nastanie Świt - Edyta Kene - ebook + audiobook
BESTSELLER

Zanim Nastanie Świt ebook i audiobook

Edyta Kene

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

29 osób interesuje się tą książką

Opis

Pana głowa nie wytrzyma kolejnych ciosów, panie El-Mani.” Tymi słowami Zayd – znany bokser i duma swojego miasta – żegna się z ringiem i dotychczasowym życiem. Przez lata znał tylko walkę: tę w ringu i tę o uznanie. Teraz zostaje z ciszą, pytaniami i pustką. Postanawia coś zmienić. Może wreszcie się ustatkować? Tylko jak to zrobić, kiedy jedyne, co zna, to dyscyplina, rygor i samotność? W tle marokańskich krajobrazów – gdzie zapach oliwek miesza się z nawoływaniem muezina, a słońce pali niebo na biało – Zayd spotyka ją. Kobietę, która wierzy w tego samego Boga, ale rozumie wiarę zupełnie inaczej. Dzieli ich wszystko – kultura, wychowanie, spojrzenie na świat. Łączy jedno: Allah. Czy to wystarczy, by połączyć dwa światy, zanim nastanie świt?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 350

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 54 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Marta MarkowiczAleksander Orsztynowicz-Czyż

Oceny
4,5 (329 ocen)
229
61
28
11
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Karolinakita

Nie oderwiesz się od lektury

polecam, ale gdzue druga część?!
60
Melania22

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowicie wzruszająca i pełna emocji historia, którą czyta się szybko i praktycznie jednym tchem. 💜💜💜
60
aneczkawoj

Nie oderwiesz się od lektury

swietna. polecam.
50
Agnieszkamali

Nie oderwiesz się od lektury

Jakie to przyjemne było.....
50
MarteXa

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam i czekam na kolejną część⭐
50

Popularność




Spis Treści

De­dy­ka­cjaRoz­dział 1Roz­dział 2Co­py­ri­ght

Dedykacja

Pa­mi­ętaj­my,żezłomoże czy­nić ka­żdy i do­bra mo­żna do­świad­czyć od ka­żde­go. O na­szym ser­cu nie de­cy­du­je kraj po­cho­dze­nia, re­li­gia, po­glądy po­li­tycz­ne. Te siły mogą mieć na nas wpływ, ale to my je­ste­śmy pa­na­mi swe­go losu. To my de­cy­du­je­my, czy na­le­ży wy­brać to, co do­bre, czy to, co ła­twe.

Ksi­ążka nie jest prze­wod­ni­kiem po wie­rze Is­la­mu. Mu­zu­łma­ństwo opi­sa­ne w ksi­ążce nie ma na celu ob­ra­że­nia wia­ry w Al­la­ha. Jest je­dy­nie na­rzędziem do stwo­rze­nia kli­ma­tu i po­ka­za­nia, że o tym, w jaki spo­sób będzie­my po­strze­ga­ni, de­cy­du­je nasz we­wnętrz­ny ko­deks za­sad mo­ral­nych.

Wszyst­kie hi­sto­rie opi­sa­ne w ksi­ążce są fik­cyj­ne. Po­do­bie­ństwo do osób lub zda­rzeń rze­czy­wi­stych nie było za­mia­rem Au­tor­ki.

Rozdział 1

Zayd

Śmie­rć.Do­pie­rotosło­wo do mnie do­ta­rło. Zmarsz­czy­łem brwi i spoj­rza­łem na le­ka­rza. Mia­łem na­dzie­ję, że się prze­sły­sza­łem.

– Czy może pan po­wtó­rzyć? – po­pro­si­łem spo­koj­nie, cho­ciaż moje cia­ło da­wa­ło nie­wer­bal­ne in­for­ma­cje, że to, co wła­śnie usły­sza­łem, roz­je­ba­ło mnie na ato­my.

– Wy­ni­ki to­mo­gra­fii wska­zu­ją, że pana gło­wa nie wy­trzy­ma ko­lej­nych cio­sów, pa­nie El-Mani – po­in­for­mo­wał z tro­ską. Wspó­łczuł mi, czu­łem to, lecz nie po­trze­bo­wa­łem wspó­łczu­cia, a pier­do­lo­ne­go cudu! – Ci­śnie­nie śród­czasz­ko­we do­pro­wa­dzi do uda­ru, pa­ra­li­żu, wy­le­wu… a na­wet do śmier­ci.

– Czy­li to nie było zwy­kłe omdle­nie – wes­tchnął Sa­mir i po­kręcił gło­wą. – Cho­le­ra, że­by­śmy wie­dzie­li, że to ostat­nia wal­ka, to byś po­sze­dł na czo­łów­kę z ja­ki­mś mi­strzem, a nie gra­czem sta­no­wym.

Prze­nio­słem wzrok na bra­ta i wle­pi­łem w nie­go gały ni­czym sęp w pa­dli­nę. Mia­łem na­dzie­ję, że on kpi – w ko­ńcu roz­ma­wia­li­śmy o moim zdro­wiu, kur­wa, ży­ciu!

– A może by tak… – ob­li­zał ner­wo­wo usta – …tak jesz­cze jed­ną, po­że­gnal­ną wal­kę zor­ga­ni­zo­wać, co? – Mru­gnął do mnie zna­cząco. – Prze­cież ze­mdla­łeś już kil­ka razy, więc jesz­cze jed­na ci nie za­szko­dzi.

– Po­pier­do­li­ło cię?! – wrza­snąłem, aż le­karz wy­pu­ścił z rąk pod­kład­kę z do­ku­men­ta­mi. – Prze­pra­szam – zre­flek­to­wa­łem się i nie­śmia­ło po­dra­pa­łem po po­ty­li­cy. – Pro­szę nie słu­chać tego idio­ty, jest wci­ąż pod wpły­wem… – chrząk­nąłem – …szo­ku.

– Ro­zu­miem – mruk­nął i rzu­cił w moim kie­run­ku czuj­ne spoj­rze­nie. – De­cy­zja na­le­ży do pana, ale jak naj­bar­dziej od­ra­dza­łbym kon­ty­nu­owa­nie ka­rie­ry.

– Ja­sne – wes­tchnąłem po­sęp­nie.

– Ra­dzi­łbym też kon­sul­to­wać się neu­ro­lo­gicz­nie – pod­po­wie­dział le­karz. – Obec­ny stan wstrząsu mó­zgu to jesz­cze nie CTE1 i na­gro­ma­dzo­ne bia­łko roz­go­ni­my le­ka­mi, ale… za­le­cam, aby tego nie ba­ga­te­li­zo­wać. Pro­szę też pa­mi­ętać, że ko­lej­ny cios nie musi się sko­ńczyć je­dy­nie uda­rem, wy­le­wem, czy śmier­cią. CTE jest nie­od­wra­cal­ne i na tym po­wi­nien się pan sku­pić, pa­nie El-Mani.

– Sku­pię się na tym – za­pew­ni­łem go so­len­nie. Przy oka­zji sa­me­go sie­bie. – Mogę wró­cić do domu?

– Tak, dam skie­ro­wa­nie do po­rad­ni neu­ro­lo­gicz­nej i pro­szę nie zwle­kać z kon­sul­ta­cją.

Po­tak­nąłem i uśmiech­nąłem się sła­bo. Do­brze, że mój me­na­dżer był z na­tu­ry za­po­bie­gli­wym czło­wie­kiem i wy­ku­pił mi do­syć kosz­tow­ne ubez­pie­cze­nie. Wpraw­dzie na brak kasy nie mo­głem na­rze­kać, ale nie na­le­ża­łem też do lu­dzi roz­rzut­nych. Za­wsze wie­dzia­łem, że do­bra pas­sa jest dana na okre­ślo­ny czas. W na­szej ro­dzi­nie mó­wi­ło się na to: „Al­lah cię wi­dzi. I do­pó­ki cię wi­dzi, to ci sprzy­ja”.

– Po­cze­ka­my na ko­ry­ta­rzu.

Wy­sze­dłem z ga­bi­ne­tu dok­to­ra, nie cze­ka­jąc na bra­ta. Mu­sia­łem po­cho­dzić przez chwi­lę. Sport to było całe moje ży­cie, lecz nie by­łem lek­ko­du­chem. Poza tym czu­łem, że wal­ka sprzed pra­wie sied­miu mie­si­ęcy od­ci­snęła pi­ęt­no na moim zdro­wiu. Szyb­ciej ła­pa­łem za­dysz­kę, mie­wa­łem pro­ble­my z kon­cen­tra­cją, cza­sa­mi bu­dzi­łem się, jak­bym był na kacu, cho­ciaż nie pi­łem al­ko­ho­lu. Szyb­ko wpa­da­łem w dziw­ne sta­ny podła­ma­nia, wy­obra­ża­łem so­bie, że cze­muś nie po­do­łam. My­śla­łem, że to pro­blem z psy­chi­ką, a roz­wi­ąza­nie było ba­nal­nie pro­ste – mózg nie wy­ra­biał, bo obe­rwa­łem w nie­go tyle razy, że wznie­cił bunt. Dwa pierw­sze omdle­nia zba­ga­te­li­zo­wa­łem, ale dzi­siaj to był na se­rio hard­co­re. Sie­dzia­łem na ka­na­pie, unio­słem drin­ka, od­chy­li­łem gło­wę i po­ci­ągnąłem spo­ry łyk. Resz­ty nie pa­mi­ętam.

– Zayd! – krzyk­nął Sa­mir, ale uda­łem, że go nie sły­szę. Sze­dłem szyb­ko wzdłuż ko­ry­ta­rza. Chcia­łem do­jść do jego ko­ńca i za­wró­cić. I tak kil­ka razy. Ruch za­wsze mnie od­prężał, lecz nie tym ra­zem. – Zayd, pie­przo­ny głu­cho­lu! – za­śmiał się.

Ob­ró­ci­łem się na pi­ęcie i mało co się nie zde­rzy­łem z tym kre­ty­nem.

– Jesz­cze jed­na po­że­gnal­na wal­ka? – syk­nąłem i po­stu­ka­łem go pal­cem w czo­ło. – Czy ty na pew­no je­steś moim bra­tem, czy cię na po­ro­dów­ce pod­mie­ni­li?

– Może to cie­bie pod­mie­ni­li? – za­py­tał z prze­kąsem, lecz wi­dząc moje wkur­wie­nie, w ko­ńcu spo­wa­żniał. – Wo­lisz, bym się nad tobą uża­lał? – W jego gło­sie wy­czu­łem pre­ten­sję. – To może za­dzwo­nię po Da­lię, ona to na­wet nad tobą za­pła­cze – prych­nął, wspo­mi­na­jąc o młod­szej sio­strze.

– Nie dzwoń do Da­lii – od­pa­rłem bez­na­mi­ęt­nie. – Do ro­dzi­ców też nie dzwoń.

– A…

– Nie pisz im o tym, nie ślij in­for­ma­cji mor­sem, nie baw się w re­bus zga­dy­wan­kę i nie chcę, byś im o tym mó­wił wprost! – za­zna­czy­łem twar­do.

– A mogę… – Brat nie chciał ustąpić.

– Mają się nie do­wie­dzieć, ro­zu­miesz?! – Zła­pa­łem go za poły blu­zy i de­li­kat­nie unio­słem nad zie­mią.

– Ja chcę tyl­ko za­py­tać, czy swo­jej by­łej mogę po­wie­dzieć – stęk­nął, po czym się wy­szcze­rzył.

– Je­steś idio­tą. – Po­kręci­łem gło­wą i go pu­ści­łem.

Brat po­pra­wił uło­że­nie blu­zy i po­słał mi krzy­wy uśmiech.

– Ale kąci­ki ust ci się unio­sły – stwier­dził słusz­nie, bo jego po­go­da du­cha i po­sta­wa żar­tow­ni­sia odro­bi­nę od­da­li­ły mnie od trosk.

– Pa­nie El-Mani! – do­sze­dł nas głos le­ka­rza. Spoj­rza­łem w jego kie­run­ku i ru­szy­łem z po­wro­tem w tam­tą stro­nę. – Za­po­mniał pan, skie­ro­wa­nie.

– Nie, nie za­po­mnia­łem – za­prze­czy­łem szyb­ko, tak jak­bym chciał za­prze­czyć zja­wi­sku de­men­cji. – Po­sze­dłem na spa­cer – za­żar­to­wa­łem, ale le­karz chy­ba nie pod­chwy­cił mo­je­go hu­mo­ru. – Dzi­ęku­ję. – Ode­bra­łem świ­stek.

– Nie musi pan ca­łko­wi­cie re­zy­gno­wać ze spor­tu – do­rzu­cił, gdy już mia­łem ru­szać do win­dy.

– A w ja­kim za­kre­sie? – za­cie­ka­wi­łem się, bo jak na ra­zie od­nio­słem wra­że­nie, że to ko­niec ka­rie­ry.

– Na­dal za­le­cam re­zy­gna­cję z bok­su za­wo­do­we­go – za­strze­gł na wstępie – ale może pan prze­jść w stan spo­czyn­ku i szko­lić nowe po­ko­le­nie.

Wes­tchnąłem gło­śno i po­kręci­łem gło­wą. Nie by­łem go­to­wy na taką roz­mo­wę z sa­mym sobą. Wie­dzia­łem, że nie będę już wal­czył, tyl­ko czy po­tra­fi­łbym we­jść na ring i in­stru­ować dzie­cia­ka ze świa­do­mo­ścią, że kie­dyś by­łem na jego miej­scu? Że nie ża­łu­ję, po­mi­mo pro­ble­mów ze zdro­wiem? Że gdy­by nie one, moja ka­rie­ra wci­ąż by trwa­ła?

– Ogląda­łem pana od pierw­szej wal­ki, kie­dy ogło­szo­no, że mło­dy bok­ser z Fran­cji za­si­li ka­drę flo­rydz­kich mło­dzi­ków – kon­ty­nu­ował z po­dzi­wem le­karz. – Pó­źniej­sze star­cia sta­no­we, ogól­no­kra­jo­we – roz­ma­rzył się. – To jest dar i ogrom­ny ta­lent. Mó­głby pan prze­ka­zać swo­ją pa­sję i mi­ło­ść do bok­su in­nym.

– Po­my­śli­my – mruk­nąłem nie­prze­ko­na­ny do tej wi­zji.

Z du­szą na ra­mie­niu opu­ści­łem kli­ni­kę i wsia­dłem do auta bra­ta. W dro­dze do domu po­sta­no­wi­łem za­dzwo­nić do czło­wie­ka, któ­re­mu nie­ste­ty mu­sia­łem się zwie­rzyć ze swo­jej cho­ro­by. Było już po pó­łno­cy i Ja­mes wy­da­wał się być za­fra­so­wa­ny te­le­fo­nem o tej po­rze, bo ni­g­dy nie spra­wia­łem pro­ble­mów i ogól­nie ze mnie to był grzecz­ny chło­pak: nie ćpa­łem, pi­łem oka­zjo­nal­nie, za­li­cza­łem świa­do­me la­ski, pa­mi­ęta­jąc o gum­ce. Nie przy­no­si­łem mu wsty­du i żad­na z mo­ich by­łych „przy­gód” nie oska­rży­ła mnie o co­kol­wiek, cho­ćby ślad znęca­nia – cho­dzący ide­ał, wy­ma­rzo­ny za­wod­nik. Dla­te­go przy­stał na pro­po­zy­cję spo­tka­nia, bez smęce­nia, że po­ja­wi się rano. A ja chcia­łem kuć że­la­zo, póki go­rące.

Zdąży­li­śmy pod­je­chać pod mój dom, a na pod­je­ździe po­ja­wi­ło się rów­nież auto mo­je­go me­na­dże­ra. Ja­mes wy­sia­dł z po­jaz­du i unió­sł obie brwi.

– Ty jesz­cze nie w łó­żku? – za­kpił i ru­szył w moim kie­run­ku. – Co było aż tak wa­żne­go, że…

– Wej­dź – za­pro­po­no­wa­łem oschle, na­stęp­nie otwo­rzy­łem fron­to­we drzwi. – W pro­gu nie będzie­my roz­ma­wiać.

– Zro­bić mu drin­ka? – wtrącił Sa­mir swo­im po­god­nym gło­sem i ru­szył w kie­run­ku części ku­chen­nej. – Może le­piej…

– Sia­daj, idio­to, i pij, ale już nie pe­plaj! – wark­nąłem, bo dzia­łał mi wy­jąt­ko­wo na ner­wy. Prze­sze­dłem za me­na­dże­rem do części sa­lo­no­wej i usia­dłem w fo­te­lu.

– Nie pe…, co? – zdzi­wił się Sa­mir i unió­sł nie­do­pi­tą whi­sky.

– Stul dziób! – na­ka­za­łem ostro.

– Stu­lam, stu­lam – fuk­nął pod no­sem i odło­żył bu­tel­kę, po czym ru­szył w na­szym kie­run­ku. – Do­bra, już mu po­wiedz, że to ko­niec ka­rie­ry, sko­ro nie masz za­mia­ru znie­czu­lić go al­ko­ho­lem.

– Za­bi­ję – syk­nąłem wście­kły, że mój brat za­wsze musi wszyst­ko spier­do­lić.

– Co?! – krzyk­nął z za­sko­cze­nia Ja­mes. – To ja­kiś dow­cip, tak? – za­chi­cho­tał ner­wo­wo i sia­dł na ka­na­pie, od­chy­lił się w jego kie­run­ku i za­sty­gł. – Jaja so­bie ro­bisz?

– Nie­ste­ty mój przy­głu­pia­sty brat mówi praw­dę – szep­nąłem w eter. – Za­dzwo­ni­łem, by cię po­in­for­mo­wać, że to ko­niec ka­rie­ry.

– Nie przy­głu­pia­sty – za­pro­te­sto­wał Sa­mir, zaj­mu­jąc miej­sce obok Ja­me­sa – tyl­ko szczęśli­wy. – Wy­szcze­rzył się. – Roz­wio­dłem się, więc może pój­dzie­my na pa­nien­ki?

– No, de­bil po pro­stu – rzu­ci­łem sam do sie­bie i zła­pa­łem się za gło­wę, kła­dąc ją na opar­ciu, ale szyb­ko wró­ci­łem do po­przed­niej po­zy­cji, czu­jąc de­li­kat­ne za­wro­ty. – Za­bić to za mało.

– Za­bić – za­kpił mój brat. – Prze­cież ty wal­czyć nie mo­żesz! Poza tym to już czas, żeby ob­lać mój roz­wód i…

– Ja­kie, kur­wa, nie mo­żesz wal­czyć? – Ja­mes był to­tal­nie skon­fun­do­wa­ny.

Zer­kał raz na mnie, raz na nie­go.

– Ze­mdla­łem – wy­po­wie­dzia­łem szyb­ko, nie da­jąc szan­sy Sa­mi­ro­wi, bo by­łby go­to­wy pa­ja­co­wać na­dal. – Mia­łem dziw­ną kon­wul­sję, ale w ko­ńcu się ock­nąłem.

– I za­wio­złem go do kli­ni­ki – wtrącił brat.

– Co wy­szło? – Mój me­na­dżer przy­brał minę ade­kwat­ną do sy­tu­acji. Po­wa­ga.

– Nie znam się na tych me­dycz­nych pier­do­łach, ale ko­lej­ne cio­sy do­pro­wa­dzą do cho­ro­by, w na­stęp­stwie do nie­od­wra­cal­nych zmian, gdzie mózg prze­sta­nie się re­ge­ne­ro­wać. Mój obec­ny stan zdro­wia wska­zu­je na to, że na­wet je­den cios może spo­wo­do­wać udar, wy­lew, a na­wet śmie­rć. – Ostat­nie sło­wo pa­dło le­d­wo sły­szal­nie. – Wiesz, że ko­cham boks, ale nie je­stem idio­tą.

– Zde­cy­do­wa­nie nie je­steś – po­twier­dził po­wa­żnie i wczuł się w rolę. – Przy­kro mi, Zayd… – Spoj­rzał na mnie z tro­ską i wes­tchnął: – Two­ja ka­rie­ra… Kur­wa, na se­rio jest mi przy­kro.

– Bo się po­pła­czę – wtrącił wzru­szo­nym gło­sem Sa­mir.

– Ro­zu­miem, że ostat­nia two­ja wal­ka rze­czy­wi­ście była tą ostat­nią. Mu­si­my to ja­koś ro­ze­grać, spraw­dzić na­sze pla­ny, po­ga­dać z in­ny­mi. Usta­lić, kie­dy to ogło­sisz. – Ja­mes zba­ga­te­li­zo­wał te wy­głu­py i olał je, jak­by go­ścia obok nas nie było. – Pla­nu­jesz zo­stać tre­ne­rem? Wiesz, że wy­ne­go­cju­ję dla cie­bie naj­lep­szą staw­kę.

– Nie, chy­ba nie – za­prze­czy­łem nie do ko­ńca prze­ko­na­ny, ale nie wi­dzia­łem się w tej roli. Bra­ko­wa­ło mi wie­lu cech na­uczy­cie­la, w tym tej jed­nej, naj­wa­żniej­szej: cier­pli­wo­ści. – Sa­mir ma szko­łę sur­fin­gu, więc mu zro­bię kon­ku­ren­cję na wschod­nim wy­brze­żu – rzu­ci­łem pierw­szą z brze­gu myśl. – Albo ku­pię ja­kieś grun­ty i po­ba­wię się w de­we­lo­per­kę – do­da­łem z prze­kąsem.

– Bierz się za sur­fing, bra­cie! – Sa­mir unió­sł szklan­kę z na­po­jem. – Ależ ja za­je­bi­ste dupy wy­ry­wam na tych lek­cjach. – Fiuk­nął ura­do­wa­ny. – I ma­ca­nie nie jest mo­le­sto­wa­niem, to tyl­ko na­uka po­praw­nej po­zy­cji na de­sce.

Skrzy­wi­łem usta. Ja­koś mnie nie ci­ągnęło do sur­fin­gu, ani do wy­ry­wa­nia dup. Ni­g­dy nie by­łem z żad­ną ko­bie­tą na po­wa­żnie. W du­żej mie­rze to była wina ro­dza­ju upra­wia­ne­go prze­ze mnie spor­tu, ale i mo­je­go za­an­ga­żo­wa­nia w boks. Nie chcia­łem się nie­po­trzeb­nie roz­pra­szać, ska­zy­wać na ko­bie­tę, któ­ra z cza­sem za­częła­by zrzędzić, że to be­stial­stwo, że ona się mar­twi, że kie­dyś nie wró­cę i ser­wo­wać mi inne ta­kie smęty. Po trzy­dzie­st­ce za­cząłem ża­ło­wać swo­ich de­cy­zji, bo wi­ęk­szo­ść za­wod­ni­ków mia­ła żony, dzie­ci i ja­koś funk­cjo­no­wa­ła. Ja mia­łem licz­ne przy­go­dy i part­ner­ki, któ­rych imion na­wet nie pa­mi­ęta­łem, i nic poza tym. Do­ta­rło do mnie, że tro­chę to smut­ne.

– Chy­ba chcia­łbym się ustat­ko­wać – wy­rwa­ło mi się.

– Ja pier­do­lę! – za­śmiał się wred­nie Sa­mir. – Czło­wie­ku, od­ra­dzam. Mia­łem żonę, słu­chaj się mnie!

– Ale ją zdra­dza­łeś! – syk­nąłem.

– A ona mnie! – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Re­mis!

Nie sko­men­to­wa­łem, bo nie wie­dzia­łem, czy on to zro­bił pierw­szy, czy zdra­dził Mo­ni­cę, wie­dząc o jej zdra­dzie.

– Za pó­źno się obu­dzi­łeś, ksi­ążę – sark­nął brat. – Ży­łeś pod ka­mie­niem pra­wie osiem­na­ście lat i na­wet nie wiesz, jak za­pro­sić la­skę na rand­kę, a do oświad­czyn, u la la la, czter­dziest­ka ci stuk­nie jak nic. Pó­źniej z dwa lata na­rze­cze­ństwa, ślub i szyb­kie ro­bie­nie po­tom­stwa, by za­cny ród El-Mani prze­trwał i da­lej mógł krążyć po tym łez pa­do­le.

Nie­ste­ty brat miał ra­cję. Mia­łem trzy­dzie­ści pięć lat. Od szó­ste­go roku ży­cia ćwi­czy­łem boks. Gdy mia­łem trzy­na­ście lat, wzi­ęto mnie pod skrzy­dła klu­bu dla mło­dzi­ków, kie­dy jesz­cze miesz­ka­li­śmy we Fran­cji. Pó­źniej za­pro­po­no­wa­no mi wie­lo­let­ni kon­trakt w Sta­nach i prak­tycz­nie od sie­dem­na­ste­go roku ży­cia moim je­dy­nym sen­sem ży­cia był boks. Poza tym, kie­dy mia­łem na­uczyć się zdo­by­wać ko­bie­ty, sko­ro same do mnie przy­cho­dzi­ły?

– Cze­kaj! – wy­sko­czył z en­tu­zja­zmem Sa­mir. – Ja chy­ba zna­la­złem roz­wi­ąza­nie.

– Je­stem nie­zmier­nie cie­kaw two­je­go ko­lej­ne­go, po­je­ba­ne­go po­my­słu.

Brat nie­zra­żo­ny moją zło­śli­wo­ścią wy­jął te­le­fon i za­czął sur­fo­wać po in­ter­ne­cie.

– Szu­ka­łem kie­dyś por­no z arab­ka­mi – mruk­nął, wci­ąż prze­wi­ja­jąc coś pal­cem.

– Coś ty, kur­wa, szu­kał? – syk­nąłem zde­gu­sto­wa­ny, bo cho­ciaż miesz­ka­li­śmy da­le­ko od kra­ju przod­ków, uro­dzi­li­śmy się w ro­dzi­nie arab­skiej. Oj­ciec i mat­ka byli Ma­ro­ka­ńczy­ka­mi, my rów­nież. By­li­śmy mu­slim, cho­ciaż z lek­ko za­tar­ty­mi tra­dy­cja­mi.

– Arab­skie­go por­no – żach­nął się. – No, co? By­łem cie­kaw, jak one z tym tur­ba­nem na gło­wie i z od­sło­ni­ętym do­łem… Czy są wy­go­lo­ne, czy ta­kie jak dżun­gla…

– Je­steś po pro­stu ob­le­śny! – Za­cho­wa­nie bra­ta mnie za­wsty­dzi­ło, na co Ja­mes za­chi­cho­tał.

– Je­stem re­me­dium na twój pro­blem! – za­ko­mu­ni­ko­wał nie­zra­żo­ny Sa­mir i po­dał mi te­le­fon. – Oto roz­wi­ąza­nie.

– Co to? – zdzi­wi­łem się, pa­trząc na kil­ka­na­ście fo­to­gra­fii ko­biet w hi­dża­bie.

Za­cząłem skro­lo­wać.

– Po­ten­cjal­ne pa­nie El-Mani – od­pa­rł skwa­pli­wie. – Do wy­bo­ru, do ko­lo­ru. Stron­ka biu­ra ma­try­mo­nial­ne­go w Ma­ro­ko.

– Weź to i za­bie­raj ode mnie. – Mia­łem ocho­tę szyb­ko od­dać te­le­fon, ewen­tu­al­nie roz­trza­skać na jego pu­stym łbie.

– Ale z cie­bie kre­tyn – fuk­nął. – Przej­rzyj cho­ciaż!

– Nie chcę żony z usta­wia­ne­go ma­łże­ństwa! – ryk­nąłem.

– Kur­wa, prze­cież sły­szę, nie drzyj się – wy­mam­ro­tał za­wie­dzio­ny. – Z two­ją sła­wą to na pew­no znaj­dziesz taką, co będzie od­po­wied­nia – mru­czał pod no­sem. – Prze­cież nikt cię nie będzie ka­te­go­ry­zo­wał, żad­na lala nie po­le­ci na ci­ągnący się za tobą fame, o ka­sie nie wspom­nę.

Ko­lej­ny raz ten du­pek miał ra­cję. Mu­sia­łem li­czyć się z kon­se­kwen­cja­mi sła­wy. De­cy­du­jąc się na kon­kret­ną la­skę za­wsze bym miał gdzieś z tyłu gło­wy, czy po­zna­na ko­bie­ta na pew­no jest za­in­te­re­so­wa­na mną, czy po­zy­cją, jaką jej mogę za­pew­nić. W tym mo­men­cie wska­za­nie kon­kret­nej part­ner­ki prze­sta­ło wy­da­wać mi się po­pie­przo­nym po­my­słem.

– A w su­mie… co mi szko­dzi so­bie po­pa­trzeć.

Wi­ęk­szo­ść z ko­biet mia­ła hi­dżab2, nie­któ­re je­dy­nie szaj­lę3, a nie­licz­ne od­kry­tą gło­wę. Były pi­ęk­ne i ka­żda z nich mia­ła do­syć moc­ny ma­ki­jaż, jak­by nie ro­zu­mia­ły, że w na­tu­ral­nym wy­da­niu są jesz­cze pi­ęk­niej­sze. Rze­sza z nich była dla mnie za mło­da, a te star­sze nie przy­ci­ąga­ły mo­jej uwa­gi, jed­na­kże wi­dząc in­for­ma­cję „osiem­na­ście lat”, na­wet nie zer­ka­łem na twa­rze, tyl­ko szu­ka­łem da­lej.

By­łem już na szó­stej stro­nie, co ozna­cza­ło, że po­nad sto ko­biet nie przy­pa­dło mi do gu­stu. Pó­źniej ko­lej­ne dwa­dzie­ścia kan­dy­da­tek, i ko­lej­ne. Tak na­praw­dę szu­ka­łem naj­mniej­szych man­ka­men­tów, aby nie­któ­re od­rzu­cić. Krzy­wy nos, wąskie usta. Dys­kre­dy­to­wa­łem na­wet za brązo­we i czar­ne oczy, któ­re były naj­po­pu­lar­niej­sze w Ma­ro­ku. Lecz na dzie­wi­ątej stro­nie moją uwa­gę przy­ku­ło spoj­rze­nie dwu­dzie­sto­trzy­let­niej ko­bie­ty w hi­dża­bie. Nie mia­łem się do cze­go do­cze­pić, na­wet ma­ki­jaż był zni­ko­my, a oczy… Uj­rza­łem oczy w ko­lo­rze płyn­ne­go zło­ta.

– Czy mi się zda­je, czy cie­bie swędzą jaj­ka? – za­kpił Sa­mir i rów­nież za­wie­sił wzrok na dziew­czy­nie. – Czy­żby przy­szła pani El-Mani? – Unió­sł su­ge­styw­nie brwi.

De­bil! Nie, „de­bil” to kom­ple­ment dla tego kre­ty­na!

1. Chro­nicz­ne uszko­dze­nie mó­zgu (CTE, Chro­nic Trau­ma­tic En­ce­pha­lo­pa­thy) – neu­ro­de­ge­ne­ra­cyj­na cho­ro­ba, któ­ra roz­wi­ja się w wy­ni­ku wie­lo­krot­nych, po­wta­rza­jących się ura­zów gło­wy. Z cza­sem może pro­wa­dzić do zmian w struk­tu­rze mó­zgu, ta­kich jak na­gro­ma­dze­nie bia­łka tau. Ob­ja­wy CTE to m.in. pro­ble­my z pa­mi­ęcią, za­bu­rze­nia na­stro­ju, de­pre­sja, agre­syw­ne za­cho­wa­nia oraz trud­no­ści w kon­tro­lo­wa­niu im­pul­sów.

2.hi­dżab (arab.) – chu­s­ta słu­żąca do okry­cia gło­wy, za­sła­nia­jąca wło­sy, uszy, szy­ję oraz pier­si. Wi­docz­na jest tyl­ko twarz.

3.szaj­la (arab.) – chu­s­ta za­kry­wa­jąca gło­wę i jest za­rzu­co­na na ra­mię. Może lek­ko od­sła­niać wło­sy.

Rozdział 2

Sara

–Po­baw­mysię– jęk­nęła te­atral­nie Nad­ia i spoj­rza­ła na mnie z na­dzie­ją.

– Nie dam rady – od­pa­rłam smut­no i po­pra­wi­łam uło­że­nie sia­tek. – Cze­ka­ją nas jesz­cze dwa ki­lo­me­try – uprze­dzi­łam, bo tra­sę zna­łam na pa­mi­ęć. – Je­stem już zmęczo­na – wes­tchnęłam ci­ężko i ko­lej­ny raz pró­bo­wa­łam tak uło­żyć siat­ki, aby ich rącz­ki nie wbi­ja­ły mi się w dło­nie.

– Mogę ci po­móc! – za­pro­po­no­wa­ła Maya.

Po­kręci­łam je­dy­nie gło­wą, bo i Nad­ia spoj­rza­ła na mnie tak, jak­by była go­to­wa prze­jąć ode mnie ba­gaż. Mnie wy­star­czy­ło, że jed­na nio­sła bu­tel­kę z oli­wą z oli­wek, któ­rą uda­ło się nam wy­tło­czyć na miej­scu, a dru­ga tasz­czy­ła me­lo­na. Maya mia­ła trzy­na­ście lat, Nad­ia o rok mniej. Wpraw­dzie były chęt­ne do po­mo­cy i ce­cho­wa­ła je siła oraz wy­trwa­ło­ść, ale nie mia­łam su­mie­nia ich wy­ko­rzy­sty­wać. Pra­gnęłam, aby ich dzie­ci­ństwo trwa­ło jak naj­dłu­żej.

– Za dwa mie­si­ące ra­ma­dan, zbie­raj­cie siły – orze­kłam, z czym już nie dys­ku­to­wa­ły.

Szły­śmy w ci­szy, a je­dy­nym od­gło­sem były na­sze sap­ni­ęcia i szu­ra­nie espa­dry­li. Dro­ga spod skle­pu dziś wy­jąt­ko­wo nam się dłu­ży­ła. Wsta­ły­śmy o świ­cie, kie­dy mu­ezin za­śpie­wał po­ran­ne Ad­han1. Dro­ga z domu za­jęła nam za­le­d­wie dwa­dzie­ścia mi­nut. O świ­cie było tyl­ko dwa­dzie­ścia stop­ni Cel­sju­sza, więc dwa ki­lo­me­try oka­za­ły się przy­jem­no­ścią. Pó­źniej­sze zbie­ra­nie oli­wek też nas nie wy­męczy­ło, ale ręcz­ne tło­cze­nie oli­wy dało mi się we zna­ki.

Dziew­czyn­ki po­szły do po­bli­skie­go skle­pu i zro­bi­ły ko­lej­ne za­pa­sy. Kie­dy wszyst­ko ku­pi­ły, oka­za­ło się, że mamy trud­no­ści z za­bra­niem do­byt­ku. Za­zwy­czaj nie pro­si­łam sióstr o po­moc, tym ra­zem mu­sia­łam z niej sko­rzy­stać. Me­lon i oli­wa były po­nad moje mo­żli­wo­ści. Sło­ńce grza­ło z pe­łną mocą, było po­nad czter­dzie­ści dwa stop­nie. Z wiel­kim tru­dem wy­ko­ny­wa­łam ko­lej­ne kro­ki. Tyl­ko świa­do­mo­ść, że nikt tego za mnie nie zro­bi, po­zwo­li­ła mi na ze­bra­nie sił i po­wrót.

– Bar­dzo grze­je? – za­py­ta­ła z tro­ską Sana, moja o rok star­sza sio­stra.

– Nie chcesz wy­cho­dzić na ze­wnątrz – prych­nęłam i roz­wi­nęłam hi­dżab. – Mu­szę się umyć, bo nie dam rady.

– Na­la­łam wodę do ba­lii – oznaj­mi­ła i spoj­rza­ła na mnie nie­śmia­ło. – Prze­pra­szam, że nie po­szłam za cie­bie.

Chcia­łam to ja­koś sko­men­to­wać, bo Sana była świet­ną ak­tor­ką. Dzi­siaj bo­lał ją brzuch, ju­tro będzie to noga, a po­ju­trze… – cóż, do tego cza­su coś wy­my­śli. Nie mia­łam jed­nak su­mie­nia na­ka­zać jej wędrów­ki i za­ło­ży­łam, że tym ra­zem mówi praw­dę.

– Jak czu­je się mama? – zmie­ni­łam te­mat, ba­ga­te­li­zu­jąc jej tłu­ma­cze­nia.

– Jak zwy­kle – mruk­nęła mar­kot­nie. – Po­stępu nie ma.

– Nie­ste­ty, nie ma co li­czyć na cud.

By­łam re­alist­ką. Gdy­by­śmy żyli w Mar­ra­ke­szu, a oj­ciec pe­łnił funk­cję ima­ma w tam­tej­szym me­cze­cie, nie do­szło­by do ta­kiej sy­tu­acji. Na­sza mat­ka nie była cho­ra, a za­nie­dba­na przez brak le­cze­nia. Uro­dzi­ła Sanę, pó­źniej mnie, rok po roku. Przez dzie­si­ęć ko­lej­nych lat bar­dzo cho­ro­wa­ła, a przez to nie mo­gła do­no­sić żad­nej z ciąż. W ko­ńcu oj­ciec za­brał ją do Mar­ra­ke­szu, na ba­da­nia. Po­mo­gli.

Mama uro­dzi­ła jesz­cze trzy dziew­czyn­ki. Ko­lej­ny raz rok po roku. To ją znisz­czy­ło, fi­zycz­nie i psy­chicz­nie. Na szczęście Maya się uro­dzi­ła, kie­dy mia­łam dzie­wi­ęć lat, więc mo­głam już po­móc star­szej sio­strze. Pó­źniej do­szła Nad­ia i jesz­cze Yasmin. Mama stra­ci­ła zęby i wło­sy, pra­wie nie ja­dła, była cie­niem czło­wie­ka. Pa­mi­ętam, że kie­dyś lu­bi­ła cze­sać mi wło­sy i ci­cho przy tym nu­cić. Przy młod­szym ro­dze­ństwie już tego nie ro­bi­ła, jak­by ko­lej­ne ci­ąże ode­bra­ły jej wolę ży­cia.

Oj­ciec już nie był sko­ry wie­źć jej do le­ka­rzy. Stwier­dził, że re­gio­nal­ny ta­bib2jej wy­star­czy. I tak mi­nęła de­ka­da, a po­pra­wy nikt nie do­strze­gł.

Po kąpie­li, któ­ra przy­nio­sła mi nie­opi­sa­ne uko­je­nie, po­sta­no­wi­łam zaj­rzeć do ro­dzi­ciel­ki. Mama ni­g­dy nie le­ża­ła w łó­żku. Często sie­dzia­ła przy swo­ich ro­bót­kach ręcz­nych, któ­re ko­cha­łam rów­nie moc­no co ona.

– Mamo… – szep­nęłam po otwar­ciu drzwi – je­steś głod­na?

– Nie – od­pa­rła za­my­ślo­na i spoj­rza­ła na ma­te­riał, któ­ry ku­pi­łam jej ty­dzień temu. – My­ślę nad uszy­ciem cze­goś.

– A co chcesz uszyć?

Stwier­dzi­łam, że to do­bry znak, bo za­in­te­re­so­wa­ła się nie­wiel­ką ilo­ścią ma­te­ria­łu, na któ­rą było mnie stać.

– Może tu­ni­kę…

– Może…

Nie do­ko­ńczy­łam, bo roz­le­gło się ło­mo­ta­nie do drzwi. Opu­ści­łam po­kój mat­ki, ru­szy­łam w ich stro­nę, a po dro­dze na­ło­ży­łam hi­dżab. Wpraw­dzie by­łam w swo­im domu, ale nie wy­pa­da­ło otwie­rać drzwi mężczy­źnie w nie­pe­łnym stro­ju.

I moje szczęście, że to uczy­ni­łam, bo na ze­wnątrz stał Ta­riq, syn mu­ezi­na.

– Cze­ść – przy­wi­ta­łam się, ale nie otwo­rzy­łam sze­rzej drzwi.

Chło­pak był w moim wie­ku, co ja, a w domu prze­by­wa­ły same ko­bie­ty. Jego we­jście do środ­ka ktoś mó­głby źle zin­ter­pre­to­wać.

– Wi­taj, Saro – od­po­wie­dział uprzej­mie i uśmiech­nął się de­li­kat­nie. – Na­ser wy­słał mnie do was…

– Oj­ciec? – zdzi­wi­łam się, a po chwi­li zre­flek­to­wa­łam. – Prze­pra­szam, nie po­win­nam ci prze­ry­wać.

– Ro­zu­miem – mruk­nął, lecz nie­co ostrzej. – Na­ser mnie wy­słał z in­for­ma­cją, że na ko­la­cji będzie­cie mie­li go­ścia, a więc obo­wi­ązu­je pe­łny strój.

– Do­brze – przy­tak­nęłam, by oj­ciec nie cho­dził za­fra­so­wa­ny, czy aby na pew­no się do­sto­su­je­my.

– Pro­sił też, aby wa­sza mat­ka do­łączy­ła do ko­la­cji. – Ta­riq zro­bił krok do tyłu. – To po­noć ktoś wa­żny – szep­nął i pu­ścił do mnie oczko.

– Dzi­ęku­ję za in­for­ma­cje, będzie­my przy­go­to­wa­ne.

By­łam nie­co za­wsty­dzo­na śmia­ło­ścią Ta­ri­qa i pa­trzy­łam na nie­go, gdy się od­da­lał z kuch­ni. Mu­sia­łam do­pil­no­wać, by tyl­ko nie za­mknąć mu drzwi przed no­sem.

– Po­sze­dł? – krzyk­nęła prze­by­wa­jąca w kuch­ni Sana.

– Po­sze­dł – wes­tchnęłam, za­trza­sku­jąc je. – Sły­sza­łaś?

– Tak! – pra­wie wark­nęła. – Po­mo­żesz mi z tą ko­la­cją?

Umo­wa była taka, że ja idę do wio­ski, a pó­źniej mogę uszyć kil­ka ele­men­tów no­we­go port­fe­la. To Sana mia­ła go­to­wać. Prze­cież je­den czło­wiek wi­ęcej na ko­la­cji nie po­wi­nien jej spra­wić pro­ble­mu.

– Brzuch boli mnie co­raz bar­dziej – stęk­nęła te­atral­nie.

– Kie­dyś Al­lah cię uka­że – mruk­nęłam pod no­sem. – Idę! – od­krzyk­nęłam za­wie­dzio­na, że nie będę mia­ła chwi­li dla sie­bie.

– A za­bi­jesz kurę? – za­py­ta­ła bła­gal­nie.

Na co dzień nie je­dli­śmy mi­ęsa, lecz na ko­la­cji mu­siał po­ja­wić się ktoś wa­żny, sko­ro Ta­riq przy­był z in­for­ma­cją. Za­zwy­czaj to oj­ciec za­bi­jał zwie­rzę, ja by­łam od do­je­nia krów i pod­bie­ra­nia ja­jek.

– Za­bi­ję – sap­nęłam tuż nad jej uchem.

Mor­do­wa­łam się z na wpół la­ta­jącym zwie­rzęciem po­nad go­dzi­nę. Naj­gor­sze, gdy po­de­rżnęłam wście­kłej ku­rze gar­dło, a ona pró­bo­wa­ła wy­sko­czyć mi z rąk. Sza­mo­cząc się w moim że­la­znym uści­sku, po­cha­ra­ta­ła mi pa­zu­ra­mi przed­ra­mio­na, do tego znisz­czy­ła odzież. W ko­ńcu pa­dła, dzi­ęki cze­mu mo­głam spu­ścić krew i wzi­ąć się za osku­ba­nie. Nie­ste­ty to wszyst­ko ro­bi­łam na ze­wnątrz, przez co mu­sia­łam mieć na so­bie hi­dżab, a upał wca­le nie ustępo­wał.

Dziew­czyn­ki do­wie­dziaw­szy się o go­ściu, po­bie­gły na po­bli­ską łąkę, za­pew­nia­jąc, że do­star­czą mle­ka i ziół. Nie było ich czte­ry go­dzi­ny, przez co nie tyl­ko mar­twi­łam się o nie, ale bar­dziej oba­wia­łam się zło­ści ojca, gdy wró­ci i ich nie za­sta­nie. W ta­kim przy­pad­ku cze­ka­ła­by mnie kara. Mnie i Sanę, bo to my by­ły­śmy od­po­wie­dzial­ne za młod­sze ro­dze­ństwo.

Na­wet nie mia­łam sił krzy­czeć, gdy Maya, Nad­ia i Yasmin do­star­czy­ły nam mle­ka i ziół, za to wy­gląda­ły jak sie­dem nie­szczęść, umo­ru­sa­ne w tra­wie i łaj­nie. Ka­za­łam im wsko­czyć do ba­lii i do­pro­wa­dzić się do sta­nu lu­dzi cy­wi­li­zo­wa­nych.

Zdzi­wi­łam się, sły­sząc war­kot sa­mo­cho­du. Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, czym jest auto, tyl­ko w na­szej wio­sce były one rzad­ko­ścią. Oj­ciec swo­ją sta­rą la­gu­nę sprze­dał pra­wie de­ka­dę temu, bo kosz­ty na­praw i utrzy­ma­nia prze­wy­ższa­ły nasz skrom­ny bu­dżet. Poza tym często po­wta­rzał, że ro­wer jest naj­mądrzej­szym roz­wi­ąza­niem cy­wi­li­za­cji.

– Ale fura – szep­nęła z za­chwy­tem Sana.

– Odej­dź od okna – upo­mnia­łam ją. – To bar­dzo nie­ład­nie za­chwy­cać się bo­gac­twem.

– Mó­wisz tak, bo sama byś chcia­ła mieć ta­kie cudo – żach­nęła się te­atral­nie, ale od okna ode­szła.

W ostat­nim mo­men­cie przy­po­mnia­łam so­bie o sło­wach Ta­ri­qa i po­bie­głam do po­ko­ju mamy. Ro­dzi­ciel­ka sie­dzia­ła i wpa­try­wa­ła się w ścia­nę. Wy­jęłam z sza­fy hi­dżab i za­częłam okręcać go wo­kół jej gło­wy.

– Oj­ciec przy­je­chał z go­ściem i ży­czy so­bie two­jej obec­no­ści – za­ko­mu­ni­ko­wa­łam, rąbi­ąc ko­lej­ne okręce­nie ma­te­ria­łu.

– Z le­ka­rzem? – za­py­ta­ła z na­dzie­ją.

– Mam na­dzie­ję – skła­ma­łam, bo nie wie­rzy­łam, aby oj­ciec spro­wa­dził le­ka­rza. Jemu było tak wy­god­nie. – Cho­dźmy – po­le­ci­łam.

– Cho­dźmy – po­twier­dzi­ła z na­dzie­ją.

Kie­dy we­szły­śmy do sa­lo­nu, oj­ciec zmie­rzył mnie nie­przy­chyl­nym spoj­rze­niem i zwró­cił się do mężczy­zny:

– To Sara, młod­sza z có­rek, oraz moja żona. A te­raz za­pra­szam na ko­la­cję.

– Nie mó­głbym od­mó­wić – za­mru­czał nie­zna­jo­my i po­ta­rł dło­nie o sie­bie. – Wszyst­ko tak pysz­nie wy­gląda.

– Sana to wszyst­ko przy­go­to­wa­ła, wspa­nia­ła dziew­czy­na. – Oj­ciec skie­ro­wał wzrok na moją star­szą sio­strę i się uśmiech­nął. – Będzie do­brą żoną.

Prze­szły mnie nie­przy­jem­ne dresz­cze. Wie­dzia­łam, że oj­ciec od­mó­wił kil­ku wio­sko­wym kan­dy­da­tom na męża dla sio­stry, a na­wet dla mnie. Wszak mia­ły­śmy po­nad dwa­dzie­ścia lat. Z po­cząt­ku my­śla­łam, że jemu za­le­ży na na­szej po­mo­cy, ale raz, tyl­ko ten je­den je­dy­ny wy­znał, że byle komu nas nie odda.

Spoj­rza­łam na mężczy­znę. Zde­cy­do­wa­nie zbli­żał się do czter­dziest­ki. Był przy­stoj­ny, miał na so­bie po­rząd­nie skro­jo­ny gar­ni­tur i je­ździł dro­gim au­tem. Na pew­no nie był byle kim.

– Mój klient uro­dził się w Ra­ba­cie, ale jako dziec­ko wy­emi­gro­wał na po­łud­nie Fran­cji – za­ko­mu­ni­ko­wał nasz gość, pa­trząc raz na ojca, raz na mat­kę, a nie­kie­dy ob­da­rzał spoj­rze­niem Sanę. – Jako sie­dem­na­sto­let­ni mło­dzie­niec pod­pi­sał lu­kra­tyw­ny kon­trakt i całą ro­dzi­ną prze­nie­śli się do Sta­nów.

Sana pi­snęła ci­chut­ko, co pró­bo­wa­ła za­tu­szo­wać kaszl­ni­ęciem, ale mnie nie była w sta­nie na­brać. Wła­śnie się do­wie­dzia­ła, że jej przy­szły mąż to ja­kiś wa­żniak.

– Mogę was za­pew­nić, że zo­stał wy­cho­wa­ny zgod­nie z tra­dy­cją is­la­mu i wła­śnie to go skło­ni­ło do po­szu­ki­wań żony na zie­miach przod­ków – roz­ga­dał się na ca­łe­go, wy­chwa­la­jąc przy­szłe­go męża Sany. – Wie­cie, pa­ństwo… – za­wa­hał się – ze­psu­cie jest wszędzie, ale w Sta­nach… – Po­kręcił gło­wą.

– Mądry mężczy­zna – mruk­nął z uzna­niem oj­ciec.

– Dzi­siaj pod­jął tę samą de­cy­zję, co przez wy­mia­nę ma­ilo­wą – do­rzu­cił z en­tu­zja­zmem nasz gość. – Wie­dzą pa­ństwo, że wie­le ko­biet ko­rzy­sta z na­szych usług, tak jak i wie­lu mężczyzn znaj­du­je wspa­nia­łe żony dzi­ęki na­szej dzia­łal­no­ści.

– A czym się zaj­mu­je? – Oj­ciec zer­k­nął na mężczy­znę.

– Obec­nie prze­sze­dł na za­wo­do­wą eme­ry­tu­rę – sap­nął gość.

Za­ci­snęłam usta, aby nie pi­snąć, zu­pe­łnie jak Sana przed chwi­lą.

– Ma trzy­dzie­ści pięć lat, lecz w bok­sie ni­g­dy nie wia­do­mo, kie­dy na­sta­nie kres za­rob­ku w tej bra­nży. Obec­nie pla­nu­je ulo­ko­wać za­ro­bio­ne pie­ni­ądze we wła­sną fir­mę. Nie był żo­na­ty, nie ma po­tom­stwa.

– Do­brze, to do­brze – mru­czał pod no­sem oj­ciec, co­raz moc­niej za­fa­scy­no­wa­ny przy­szłym mężem Sany, lecz ja wie­dzia­łam swo­je. Oj­ciec się cie­szył, że mężczy­zna nie miał spad­ko­bier­cy ani zo­bo­wi­ązań. – Mo­że­my jeść? – zre­flek­to­wał się, bo za­miast za­pro­po­no­wać to od razu, on naj­pierw prze­sze­dł do in­te­re­sów. – Mó­głby pan rów­nież zro­bić zdjęcie Sary.

O mało co nie wy­pu­ści­łam ły­żki z dło­ni.

– To może ju­tro? – Mężczy­zna spoj­rzał na mnie i unió­sł kąci­ki ust. – Przy­ja­dę z pa­nem El-Ma­nim i przy oka­zji zro­bię zdjęcie młod­szej z có­rek.

– Tak – zgo­dził się ostro­żnie oj­ciec. – Jedz­my. Bi­smil­lah3!

– Bi­smil­lah – po­twier­dzi­li wszy­scy.

Ko­la­cja była prze­si­ąk­ni­ęta py­ta­nia­mi ojca i od­po­wie­dzia­mi mężczy­zny. Roz­ma­wia­li głów­nie o spo­rcie, któ­ry upra­wiał przy­szły mąż Sany. Sio­stra czer­wie­ni­ła się ni­czym za­cho­dzące sło­ńce, tar­ga­ło nią szczęście. Mnie prze­ra­ża­ła oso­ba by­łe­go bok­se­ra. Wie­dzia­łam, że oj­ciec jest wnie­bo­wzi­ęty na samą myśl o wiel­ko­ści mah­ru4, a Sana – za­chwy­co­na wi­zją świe­tla­nej przy­szło­ści u boku bo­ga­te­go męża. Chy­ba nie wie­rzy­ła w szczęście i mi­ło­ść, pod­czas gdy ja wci­ąż by­łam na­iw­na i mia­łam ci­chą na­dzie­ję, że kie­dy przyj­dzie mój czas ożen­ku, będę mo­gła po­wie­dzieć, że nie tyl­ko sza­nu­ję swo­je­go męża, ale wi­dzę w nim czło­wie­ka, w któ­rym je­stem go­to­wa się za­ko­chać.

Nasz gość opu­ścił do­mo­stwo tuż przed pó­łno­cą. Wy­glądał na zmęczo­ne­go na­tło­kiem py­tań, ale od­mó­wił ojcu, gdy ten za­pro­po­no­wał mu noc­leg. Za­po­wie­dział, że ju­tro po pi­ęt­na­stej po­ja­wi się po­now­nie, tym ra­zem z wy­bran­kiem i jego przy­ja­cie­lem. Po tej in­for­ma­cji po­że­gnał się z nami i od­je­chał.

Po­pro­si­łam dziew­czyn­ki, aby za­jęły się mamą, po­mo­gły jej się prze­brać i umyć, a same z sio­strą za­bra­ły­śmy się za sprząta­nie po ko­la­cji. Sana traj­ko­ta­ła jak sza­lo­na, lecz często od­pły­wa­łam i wi­zu­ali­zo­wa­łam w gło­wie kszta­łt i wiel­ko­ść skó­rza­nej port­mo­net­ki. Już za kil­ka mie­si­ęcy cze­kał nas ry­tu­al­ny ubój ba­ra­na, co wi­ąza­ło się z mo­żli­wo­ścią po­zy­ska­nia skó­ry do­bre­go ga­tun­ku. Wpraw­dzie oj­ciec za­wsze od­da­wał ob­ro­bio­ną skó­rę do sku­pu, ale za ka­żdym ra­zem pod­czas ob­rób­ki uda­wa­ło mi się uszczk­nąć kil­ka war­to­ścio­wych skraw­ków.

– Cie­ka­we, jak wiel­ki będzie mahr. – Sio­stra wspo­mnia­ła o pie­ni­ądzach, a ja do­pie­ro w tym mo­men­cie by­łam w sta­nie się sku­pić.

– Wiesz, że go nie do­sta­niesz – mruk­nęłam.

– Ale prze­cież… – żach­nęła się i roz­la­ła nie­co wody na po­sadz­kę. Nie lu­bi­łam, gdy zmy­wa­ła, bo wszędzie były ka­łu­że.

– Oj­ciec od­pra­wił kil­ku absz­ty­fi­kan­tów, bo uwa­żał, że mahr był za mały – przy­po­mnia­łam jej z nie­sma­kiem. – Dla nie­go – pod­kre­śli­łam. – I nie spo­dzie­waj się, że ci go odda.

Sio­stra unio­sła gło­wę i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Za to cze­ka mnie do­stat­nie ży­cie – stwier­dzi­ła dum­nie.

Nie zga­dza­łam się z nią, bo jak wspo­mnia­łam, by­łam re­alist­ką. I nie ku­pi­łam tej słod­kiej opo­wie­ści o ksi­ęciu zza oce­anu, co zo­stał zmu­szo­ny do szu­ka­nia wła­ści­wej ko­bie­ty w kra­ju, z któ­re­go po­cho­dził. On szu­kał bez­gra­nicz­ne­go po­słu­sze­ństwa, tak to wi­dzia­łam.

1.Ad­han (arab.) – we­zwa­nie wy­znaw­ców is­la­mu do mo­dli­twy (sa­lat), któ­ra na­le­ży do obo­wi­ąz­ków ka­żde­go mu­zu­łma­ni­na.

2. W wie­lu ma­ro­ka­ńskich wio­skach mo­żna spo­tkać ta­bi­bów, czy­li tra­dy­cyj­nych uzdro­wi­cie­li, któ­rzy sto­su­ją wie­dzę prze­ka­zy­wa­ną z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Ta­bi­bo­wie le­czą ró­żne do­le­gli­wo­ści za po­mo­cą ziół, ro­ślin lecz­ni­czych, na­pa­rów, okła­dów, ma­sa­ży i in­nych na­tu­ral­nych me­tod. Często ko­rzy­sta­ją z lo­kal­nych ro­ślin, któ­re mają wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze i są sze­ro­ko sto­so­wa­ne w tra­dy­cyj­nej me­dy­cy­nie ma­ro­ka­ńskiej.

3. W tra­dy­cji mu­zu­łma­ńskiej, gdy ktoś ży­czy smacz­ne­go po­si­łku, po­wszech­nie uży­wa się zwro­tu Bi­smil­lah, co ozna­cza „W imię Boga”.

4.mahr (arab.) – po­jęcie w is­la­mie ozna­cza­jące po­sag lub pre­zent ma­łże­ński, któ­ry mężczy­zna daje ko­bie­cie w ra­mach ma­łże­ństwa. Jest to obo­wi­ąz­ko­wy ele­ment, któ­ry ma na celu za­pew­nie­nie ko­bie­cie fi­nan­so­we­go bez­pie­cze­ństwa i wy­ra­ża sza­cu­nek do niej jako oso­by.

Co­py­ri­ght © by EDY­TA KENECo­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­twoAll ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl)Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­skaSkład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gnerPro­jekt gra­ficz­ny ksi­ążki: K&K De­si­gnerFo­to­gra­fia na okład­ce: fre­epik.com

ISBN Pa­pier: 978-83-68147-54-4ISBN Ebo­ok: 978-83-68147-56-8ISBN Au­dio: 978-83-68147-55-1

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two