Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
37 osób interesuje się tą książką
Scott Hunter, kapitan drużyny New York Admirals, bardzo poważnie traktuje swoje przedmeczowe rytuały. Tym razem nabiera ochoty nie tylko na przynoszące mu szczęście smoothie, ale też na mężczyznę, który je przygotowuje.
Gwiazdor hokeja potrafi rozpoznać coś wyjątkowego. Kiedy koktajl przygotowany przez Kipa Grady’ego, pracownika baru smoothie, pomaga mu przełamać złą passę na lodzie, Scott desperacko pragnie poczuć magię… i poznać bliżej seksownego, zabawnego chłopaka zza lady.
Kip się domyśla, że za częstymi wizytami Huntera kryje się coś więcej niż chęć na owocowy napój, ale nie śmie marzyć, że zostanie zaproszony do penthouse’u sportowca, przeżyje pełen pasji pocałunek i namiętne pieszczoty. Ich częste spotkania są gorące i intensywne, ale odbywają się wyłącznie na warunkach Scotta i zawsze za zamkniętymi drzwiami jego mieszkania.
Hokeista pragnie obecności Kipa w swoim życiu, ale w związku ze zbliżającymi się play-offami coraz częściej znajduje się w centrum uwagi. Nie może sobie pozwolić na nic, co mogłoby zaszkodzić jego karierze… na przykład na ujawnienie światu istnienia swojego chłopaka. Kip czuje się gotowy, by zaangażować się w związek ze Scottem, ale jak długo jeszcze będzie musiał pozostać jego tajemnicą?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 446
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Game Changer
Copyright © Rachel Reid 2018
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Wydanie II
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Alicja Szalska-Radomska, Iwona Wieczorek-Bartkowiak, Aga Dubicka, Natalia Szoppa
Skład i łamanie: Michał Swędrowski
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
Ilustracje: Aleksandra Monasterska
ISBN 978-83-8418-764-7 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Wtorek czternastego stycznia był dniem, w którym Kip Grady się przekonał, że głośne blendery i kac nie idą w parze.
Zeszłego wieczoru nie zamierzał wypić aż tyle, ale Chuck i Jimmy przebywali w mieście, a Kip nie widział się z nimi od miesięcy. To nie tak, że zalał się w trupa. Miał świadomość, że następnego ranka musi zjawić się w pracy o szóstej, ale mimo to udało mu się wypić wystarczająco dużo, by blendery wysokoobrotowe stały się jego śmiertelnymi wrogami.
Miał jednak zadanie do wykonania. A tym zadaniem było przygotowanie najlepszego smoothie dla spieszącej się kobiety czekającej przy ladzie.
– Proszę bardzo. – Starał się nie krzywić, podając klientce zamówienie. – Jeden Green Warrior z dodatkiem trawy pszenicznej.
Spojrzał na zegar. Szósta trzydzieści. Jezu Chryste.
Nie miał nawet czasu, by położyć głowę na kusząco wyglądających pomarańczach ułożonych w piramidę na ladzie. Zwykle rano w dni robocze w Straw+Berry panował ciągły ruch aż do dziewiątej. Tego ranka pracowała z nim Maria, z czego się cieszył, bo dobrze się dogadywali. Choć żadne z nich nie czuło się szczególnie zaangażowane w tę pracę, brali ją na poważnie i wykonywali swoje obowiązki. A do tego Maria była zabawna.
– Które z tych cholernych smoothie leczy kaca? – jęknął Kip, gdy bar chwilowo świecił pustkami.
– Hm, żadne. Chociaż ponoć arbuzowe.
– Okej. Zrobię sobie wielki arbuzowy koktajl z pięcioma ibuprofenami.
– Chyba masz na myśli z pięcioma „bombami witaminowymi”.
Kip przyrządził gigantyczne smoothie, a po jego wypiciu poczuł się nieco lepiej. Wziął dwa ibuprofeny.
– A tak w sumie to co robiłeś wczoraj wieczorem? – spytała Maria.
– Och, po prostu spędzałem czas z kumplami z college’u.
– Tak? Są przystojni?
– Nieee. Nie wiem. Nie są w moim typie. – Chuck był wielki, przysadzisty i miał brodę. Jimmy stanowił jego całkowite przeciwieństwo: niski, szczupły i wyglądający siedem lat młodziej.
– Czy oni też robią zawrotną karierę jako mistrzowie miksowania soków?
– Pracują w wyuczonych zawodach w Bostonie. Robią coś związanego z biznesem. Ubezpieczenia? Finanse? Nie mam pojęcia. W każdym razie do biura wkładają garnitury.
– Ty wkładasz fartuch. To całkiem nieźle.
– Tak, jestem z siebie mega dumny.
– I czapkę z daszkiem i haftem z małą truskawką. No weź!
Kip rzucił w nią kawałkiem zamrożonego ananasa.
– Wiesz co, Kipper. Będę dziś miła i ogarnę pracę na zapleczu, a ty, przystojniaczku, sobie odpoczniesz, kiedy już minie poranny tłok.
– Tak?
– Tak!
– Jesteś najlepsza, kocham cię – westchnął radośnie.
– Wiem. Ale przygotuj się! Zaraz przyjdą kobiety w garsonkach i zapragną smoothie z jarmużu!
Po kolejnej godzinie nieustannego ruchu Kip mógł w końcu cieszyć się chwilą obiecaną mu przez Marię. Wróciła na zaplecze, by siekać owoce i warzywa, a on opadł na krzesło przyciągnięte za ladę i oparł twarz o ścianę. To była przyjemna, zimna ściana.
Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że zamknął oczy, dopóki nie wystraszyło go chrząknięcie. Nie agresywne, ale sygnalizujące czyjąś obecność.
Kip otworzył oczy i szybko wstał.
– Przepraszam pana – wydukał. – Co mogę…?
Otworzył usta prawie tak mocno, jakby był postacią z kreskówki. Bardzo możliwe, że jego szczęka leżała na podłodze, a język rozwinął się spomiędzy warg niczym dywan. Okazało się, że stał przed nim najbardziej seksowny mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widział.
– Eee, czy mogę w czymś pomóc? – udało mu się wydusić.
Facet był wysoki, blondwłosy i, cóż, napakowany. Kip wiedział o tym, bo gość miał na sobie zapinaną na zamek niedorzecznie obcisłą bluzę z Under Armour oraz spodnie dresowe. Na pewno dopiero co skończył biegać, bo wilgotne włosy lepiły mu się do czoła, a skóra lśniła od potu.
– Dzień dobry – odparł radośnie. – Przepraszam, że cię obudziłem.
Kip się zarumienił, więc spuścił nieco głowę, żeby to ukryć pod daszkiem głupiej czapeczki. Boże, stoi przede mną najgorętszy facet na świecie, a ja mam na sobie fartuch i bejsbolówkę z emblematem truskawki.
– Ty nie… ja nie… – Kip wziął wdech. Weź się w garść! – Przepraszam. Zeszłej nocy nieco przesadziłem z imprezowaniem.
Mężczyzna uniósł brew.
– W poniedziałek?
– Tak, no cóż, wiesz, jak wygląda życie człowieka przygotowującego smoothie… Żyj szybko, umieraj młodo, co nie?
Facet się roześmiał, a Kip prawie padł.
– No to co macie dobrego? – spytał klient, przyglądając się menu zmrużonymi oczami.
– Eee, no więc mamy smoothie z borówkami, ananasem i jarmużem, ale przysięgam, nie czuć jarmużu! Jest smaczne, lubię je.
– Czy to… Blue Moon Over Brooklyn?
– Tak. Te wszystkie nazwy są nieco głupawe.
Mężczyzna wskazał długim palcem identyfikator Kipa.
– Za to podoba mi się twoje imię.
Kip spojrzał na swoją plakietkę z imieniem, tak jakby nie wiedział, co tam jest napisane. Jak jakiś idiota.
– To taka ksywka – odparł, jakby to ciacho poprosiło o więcej szczegółów. Nie poprosiło, ale on wciąż gadał, bo tak właśnie miał w zwyczaju. – To znaczy… wszyscy wołają na mnie Kip. Więc to jest moje imię. Chociaż nie prawdziwe. To, eee… No to chcesz jedno borówkowe smoothie?
– Brzmi dobrze – odparł mężczyzna, grzecznie ignorując fakt, że Kip zachowywał się jak cholerny idiota.
Chłopak zabrał się do pracy, napełnił blender różnorakimi mrożonymi owocami i świeżym jarmużem. Na szczęście ta czynność wymagała skupienia, a samo urządzenie po włączeniu działało na tyle głośno, że nie zdołałby go przekrzyczeć. Zerknął znad kielicha na mężczyznę stojącego z rękoma na biodrach i studiującego nijakie zdjęcia owoców rozwieszone w małej przestrzeni. Kip nie wiedział, gdzie podziać oczy; przeskakiwał szybko wzrokiem z szerokich barków na niedorzecznie potężne ramiona, umięśnione plecy zwężające się do szczupłego pasa oraz tyłek, który był po prostu…
Potrząsnął głową i wyłączył blender. Niezdarnie sięgnął po plastikowy kubek, a następnie napełnił go niebieskim smoothie.
– Proszę bardzo.
Facet się odwrócił, podziękował skinieniem i wyjął z kieszeni dresów lekko wilgotny, złożony banknot dwudziestodolarowy, po czym wręczył go Kipowi. Kiedy ten próbował oddać resztę, machnął ręką.
– Nie trzeba.
– Serio? – spytał Kip i obserwował, jak bierze pierwszy łyk, obejmując słomkę różowymi wargami.
– Tak. – Uśmiechnął się. – Powiedzmy, że to nagroda za znalezienie idealnego smoothie. Jest pyszne.
Kip odwzajemnił uśmiech.
– Cieszę się, że ci smakuje. Miłego dnia.
Nieznajomy wzniósł toast kubkiem.
– Nawzajem, Kip.
Chłopak poczuł lekkie zawroty głowy, słysząc swoje imię padające z ust tego faceta. Kiedy mężczyzna rodem ze snów wyszedł z baru, próg lokalu przekroczył kolejny gość, choć ten okazał się dużo mniej atrakcyjny.
– Jasna cholera! – rzucił nowy klient, wskazując kciukiem drzwi. – To był Scott Hunter!
– Hę?
Facet spojrzał na Kipa, jakby uznał go za niemożebnie głupiego.
– Scott Hunter.
– Ma pan na myśli tego, no, hokeistę? – spytał Kip.
– Co? – rozległ się głos za jego plecami. Maria stała w drzwiach prowadzących na zaplecze. – Serio przegapiłam wizytę Scotta Huntera?
– Nie sądzę, żeby… Naprawdę myśli pan, że to on? – odezwał się Kip.
Klient przytaknął.
– Oj, tak. Zdecydowanie. Dziwi mnie, że pokazał się na mieście, skoro ostatnio tak daje ciała na lodowisku.
– Nie idzie mu dobrze? – Kip oczywiście miał jako takie pojęcie, kim był Scott Hunter, podobnie jak wszyscy, niezależnie, czy fascynowało się sportem, czy nie. Facet to pierwszy środkowy i kapitan drużyny New York Admirals. Trzy lata temu poprowadził reprezentację Stanów Zjednoczonych do zdobycia olimpijskiego złota. Kip znał go jednak w głównej mierze z reklam Hugo Bossa. Uwielbiał te reklamy.
Nawet lubił hokej, ale nie śledził zbyt uważnie rozgrywek NHL. Z tego, co wiedział, Scott Hunter cieszył się w mieście sławą i sympatią. W zasadzie był królem Nowego Jorku, lecz widocznie Kipowi coś umknęło.
– Taaa, w tym sezonie idzie mu tragicznie – ciągnął klient. – Od listopada nie strzelił ani jednej bramki! Nie wiem, za co płacą mu tak grubą kasę. Powinni wymienić tego darmozjada.
– Cóż… – mruknął Kip, niepewny, jak dokończyć to zdanie. To absurdalne, ale poczuł się urażony wygłaszaną przez tego gościa krytyką i czuł potrzebę, by bronić zawodnika. – Może przechodzi trudny okres.
Klient prychnął.
– Może sobie go przechodzić w lecie. Nie zakwalifikują nas do tegorocznych play-offów, jak dalej będzie tak partaczył.
Kip wciąż czuł niewyjaśnioną złość, ale ją zignorował i zrobił facetowi smoothie, żeby ten już sobie poszedł.
Kiedy znów zostali sami, Maria zagadnęła:
– Naprawdę odwiedził nas Scott Hunter?
– Nie wiem, może. Znaczy teraz, kiedy tamten gościu o tym wspomniał, myślę, że to musiał być on. Trochę rozproszyło mnie to, jaki był seksowny, ale tak, zdecydowanie wyglądał jak Hunter. I no. Dał mi duży napiwek.
– Jak duży? Bo wiesz, musimy się nim podzielić.
– Tak, tak, wiem. Jakieś trzynaście dolców!
– Co?
– No, jeśli to naprawdę Hunter, to dla niego to nic, co nie? Pewnie w ogóle nie przejmuje się kasą.
– Zapewne to miłe uczucie.
– Taaa.
– No więęęc – zaczęła Maria, nachylając się do niego i naruszając jego przestrzeń osobistą – jest seksowny?
– O mój Boże. – Kip uśmiechnął się szeroko. – Jest boski. Nie wygląda jak prawdziwy człowiek.
– Co miał na sobie?
– Sportowe ciuchy. Chyba wcześniej biegał. Bardzo opinające ciuchy.
– O mój Boże.
– Tak.
– Nie wierzę, że mnie to ominęło. Jeśli wróci, musisz mnie zawołać. Nawet jeśli będę w łazience. Zawołaj mnie!
– Pewnie, to wcale nie wyjdzie dziwnie.
Maria zaczęła napełniać lodówki świeżo pokrojonymi owocami i warzywami, a Kip jej pomagał. Pracowali w ciszy przez kilka minut.
– Wiesz co? – zagadnął. – On powiedział moje imię.
– Kto? Hunter? Serio wymówił słowo: „Kip”?
– Tak – odparł rozmarzony.
– Boże, założę się, że kiedy to on je wypowiada, nawet nie brzmi tak kretyńsko.
Kip rzucił w nią truskawką.
Następnego dnia Kip zobaczył w metrze nagłówek: „Noc Huntera!”. Pochylił się nieco, by przeczytać pierwszą stronę gazety trzymanej przez pasażera siedzącego naprzeciwko. Najwyraźniej wczoraj wieczorem Hunter zdobył hat-tricka i zaliczył dwie asysty, a jego drużyna zmiażdżyła ekipę z Waszyngtonu wynikiem 7:1. Kip się uśmiechnął i poczuł, że jest dziwnie dumny ze Scotta.
Jak miło, że milioner-supergwiazda miał udany wieczór. Rany.
W gazecie donoszono, że New York Admirals grali tego dnia w New Jersey. Przemierzając dwie przecznice dzielące stację metra od Straw+Berry, Kip rozmyślał, kiedy ostatni raz widział na żywo ich mecz. To musiało się wydarzyć co najmniej osiem lat temu. Nie, wcześniej, skoro nigdy nie widział na żywo, jak gra Hunter.
Jezu, czy będę teraz bez przerwy myślał o Scotcie Hunterze?
Ziewając, wyjął klucz i otworzył drzwi baru. Koniecznie musi znaleźć sobie pracę zaczynającą się w późniejszych godzinach. Wstawanie przed piątą, by pojawić się w barze przed szóstą, wydawało się niedorzeczne. Zwłaszcza za najniższą krajową.
Poranek wyglądał podobnie jak większość innych dni roboczych: ciągły ruch od około siódmej do dziewiątej, a potem chwila spokoju, zanim zaczną napływać fit mamuśki, jak określa je Maria.
– Twój chłoptaś zaliczył wczoraj niezły wieczór – powiedziała Maria, uzupełniając miskę z pomarańczami.
– O czym ty, do diabła, mówisz?
– Scott Hunter. Strzelił pewnie z milion bramek, czy coś.
– Trzy bramki – poprawił ją – i zaliczył dwie asysty.
– Och, sorki. Nie wiedziałam, że jesteś zagorzałym wielbicielem hokeja.
– Nie jestem! W drodze do pracy przeczytałem artykuł w gazecie. To jakaś sensacja, czy coś.
– O mój Boże! Totalnie się w nim zabujałeś! Po powrocie do domu googlowałeś jego zdjęcia, prawda?
– Nie! – Tak.
– Nieważne. Masz na jego punkcie obsesję. To urocze.
– Nienawidzę cię.
– Nieprawda.
Maria układała stos pomarańczy, a Kip zamiatał podłogę za ladą, chociaż wcale nie była taka brudna. Po prostu nie znosił bezczynności.
Chwilę po dziesiątej otwarły się drzwi i ponownie stanął przed nim Scott Hunter w przepoconych sportowych ubraniach.
Tym razem Maria stała się tego świadkiem.
– Jasna cholera.
Trącił ją łokciem najsubtelniej, jak się dało.
– Dzień dobry ponownie, Kip – powiedział facet, który zdecydowanie był Scottem Hunterem.
– Dzień dobry, eee… Jezu. Jesteś Scott Hunter, prawda?
Gość wyglądał na rozbawionego.
– Zgadza się.
– Ale zarąbiście – westchnęła Maria.
– To, eee… – zaczął Kip, po czym zmienił temat: – Gratuluję świetnego meczu.
– Dzięki! Pomyślałem, że znowu wezmę to borówkowe smoothie. Kiedy mecz pójdzie dobrze, próbuję powtórzyć to, co robiłem przed nim.
– Jasne – odparł Kip. Scott miał niebieskie oczy. Bardzo niebieskie.
– No więc… poproszę borówkowe smoothie.
– Jasne! – Kip otrząsnął się z transu i zabrał do przygotowywania zamówienia.
Scott Hunter ponownie miał na sobie niedorzecznie obcisłą bluzę Under Armour oraz spodnie dresowe. Jego włosy były wilgotne, zmierzwione, a skóra lekko zaróżowiona od wysiłku. Kip Grady natomiast ponownie miał na sobie idiotyczny fartuch i czapkę z daszkiem z cholerną truskawką. Przynajmniej tym razem nie dręczył go kac.
Wręczył smoothie gwieździe sportu i starał się nie skupiać zbytnio na sposobie, w jaki mężczyzna objął wargami słomkę. Okazało się to niełatwe, bo Scott patrzył bezpośrednio na niego, biorąc pierwszy łyk. Wygiął usta w lekkim uśmiechu, gdy zauważył, że Kip się na niego gapi.
– Dzięki ponownie – odezwał się. – Mam nadzieję, że zobaczę cię również w dniu kolejnego meczu.
Uniósł kubek w pożegnalnym geście, a potem wyszedł.
Kiedy Kip odwrócił się do Marii, ta stała zszokowana.
– Mam nadzieję, że zobaczę cię również w dniu kolejnego meczu? – powtórzyła. – To są jakieś jaja?
– Co?
– Totalnie mu się podobasz, Grady!
Zrobił się równie czerwony, jak truskawka na jego czapce.
– Oj, daj spokój. Nie to miał na myśli.
– Jasne.
– Naprawdę! Po prostu jest przesądny. Ma nadzieję, że to zadziała i dzisiaj dobrze zagra, a wtedy wróci tu przed następnym meczem! I tyle!
– Wiem, że takich słów użył, idioto, ale miał na myśli coś więcej.
– On nawet nie… O, Boże. Nie wierzę, że o tym rozmawiamy. Scott Hunter nie leci na facetów. A zwłaszcza na takich pracujących w barach ze smoothie.
– Skoro tak mówisz.
– Idę na zaplecze pokroić ananasa – burknął Kip.
– Lepiej sprawdź, czy mamy wystarczający zapas borówek – zaświergotała Maria.
Kip stał w salonie najlepszej przyjaciółki, w apartamencie znajdującym się w Tribece, i podziwiał widok na rzekę Hudson. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, ile może kosztować takie mieszkanie.
Życie w Nowym Jorku było drogie, ale on obrał niesamowicie imponującą strategię pozwalającą mu pracować za najniższą krajową, a zarazem co miesiąc terminowo spłacać kredyt studencki: wciąż mieszkał z rodzicami.
Tak, miał dwadzieścia pięć lat. Tak, skończył studia, gdy miał dwadzieścia dwa. Okazuje się jednak, że absolwenci historii nie cieszą się szczególnym wzięciem na rynku pracy.
Kip miał marzenia, aspiracje. Pragnął pracować w jednym z muzeów. Może kiedyś przeprowadzić się do Europy, by tam objąć jakąś posadę. Może napisać książkę lub dwie. Może prowadzić popularny program telewizyjny, w którym podróżowałby po świecie i ukazywałby rodakom różne ważne miejsca historyczne. Może zostać konsultantem przy filmach historycznych w Hollywood…
Albo zmieniać owoce i warzywa w nadającą się do picia papkę i sprzedawać ją zajętym osobom zmierzającym do naprawdę istotnej pracy.
Elena, właścicielka mieszkania, w którym właśnie się znajdował, miała poważną pracę i żyła jak ktoś dorosły, przynajmniej w porównaniu do egzystencji Kipa. Obejmowała posadę inżynierki do spraw cyberbezpieczeństwa w Equinox Tech, jednej z najszybciej rozwijających się firm informatycznych w kraju. Nie wiedział dokładnie, co robi inżynierka do spraw cyberbezpieczeństwa, ale wydawało się, że płacą jej dobrze, a nazwa jej stanowiska brzmiała imponująco.
Elena to, bez dwóch zdań, najbystrzejsza osoba, jaką znał. Oprócz tego, że była genialna i zabawna, to olśniewała urodą – jej wygląd stanowił niezwykłą kombinację wysokiego wzrostu i sylwetki jej norweskiego ojca oraz oliwkowej karnacji i ciemnych włosów pochodzącej z Libanu matki.
Ich zapoczątkowana w liceum przyjaźń pomogła Kipowi zrozumieć, że nie wykazywał seksualnego zainteresowania kobietami. Bo jeżeli nie podobała mu się nawet ona, to cóż…
Tak czy siak, Elena pewnie szybciej od niego zdała sobie sprawę, że jest on gejem. Zawsze wiedziała wszystko przed nim.
– Nie szukasz współlokatora? – zasugerował, odwracając się od okien.
– Nie – oświadczyła. – Nigdy.
Rozsiedli się na sofie, by zjeść syczuańskie jedzenie (Elena nigdy nie gotowała). Kip wziął ledwie kęs, zanim przyjaciółka beztrosko spytała:
– No więc kim on jest?
Makaron wyśliznął się spomiędzy pałeczek chłopaka i trafił z powrotem do pudełka.
– Że co? Jaki on? Co masz na myśli?
– Cały wieczór masz rozmarzony wyraz twarzy. O kim myślisz?
Kip się zarumienił. Pogrzebał w makaronie pałeczkami.
– O nikim.
– Christopherze. – Lubiła zwracać się do niego prawdziwym imieniem, gdy ją męczył.
– Będziesz się ze mnie śmiać.
– To w moim stylu.
Kip się uśmiechnął.
– To tylko… Znasz Scotta Huntera?
– Czy znam Scotta Huntera? Nie osobiście.
– Ale o nim słyszałaś?
– Tak.
– Okej. No więc zaczął przychodzić do baru.
– Do baru ze smoothie?
– Tak, od niedawna. Mówi, że to na szczęście, bo tak dobrze szło mu wczoraj, po tym jak rano wypił koktajl. Więc przyszedł też dzisiaj i wziął kolejny, bo znów gra mecz.
– Okej.
– On jest… naprawdę przystojny, to tyle.
Usta Eleny lekko drgnęły, ale się nie zaśmiała.
– To ekscytujące.
– Tak.
Kontynuowali jedzenie w ciszy. Lecz Kip, który najwidoczniej nie potrafił zachowywać się w obliczu tej sytuacji na luzie, wytrzymał całą minutę, zanim wypaplał:
– Wie, jak mam na imię.
Elena uniosła brew.
– Kiedy dzisiaj się zjawił, powiedział: „Dzień dobry, Kip”. – Chłopak bardzo się starał powstrzymać, lecz poległ i głupkowaty uśmieszek pojawił się na jego twarzy.
– To musiało być niesamowite przeżycie.
– Tak. No i… eee… powiedział jeszcze, że ma nadzieję znowu mnie zobaczyć. No wiesz, jak smoothie zadziała, czy coś.
– Magiczne hokejowe smoothie?
– Przestań się ze mnie nabijać.
– Nie nabijam się! Powiem ci więcej: dziś wieczorem oglądamy hokeja.
Chłopak był żenująco zdenerwowany, oglądając mecz. Za każdym razem, gdy Scott obrywał, Kip się wzdrygał; kiedy posyłał krążek w stronę bramki, Kip wstrzymywał oddech. Chciał, żeby Hunterowi dobrze poszło, i nie widział sensu, by się oszukiwać, z jakiegoś powodu.
Pod koniec pierwszej tercji był remis 1:1. W drodze do szatni Scott zatrzymał się na szybki wywiad. Zdjął kask; wilgotne włosy sterczały mu na wszystkie strony. Kipowi zatrzepotało serce. Hunter był zlany potem, nawet bardziej niż wtedy, gdy wpadał do baru po treningu. Widział, jak jego szyja lśni, a wilgoć wsiąka w czerwony kołnierzyk bluzy.
Scott mówił coś o silnej obronie i pracy zespołowej. Zawiesił te piękne usta nad mikrofonem, niebieskich oczu nie zwrócił ani na kamerę, ani na reportera przeprowadzającego wywiad. To wyglądało trochę tak, jakby był obecny jedynie ciałem, a nie duchem.
– Jest zdecydowanie przystojny – stwierdziła Elena.
– Tak… – westchnął chłopak.
W drugiej tercji mecz okazał się wyrównany. Dopiero w trzeciej, gdy Scott zdobył dwa gole i zaliczył jedną asystę, New York Admirals uciszyli kibiców na hali w Newark. Kip był w siódmym niebie.
– Boże, jest niesamowity. Kiedy strzelał tego ostatniego gola, posłał krążek z prędkością chyba ze stu mil na godzinę, a wydawało się, jakby zrobił to w zwolnionym tempie.
– Ma zwinne dłonie – zgodziła się Elena, wykrzywiając usta w uśmiechu. Podniosła telefon i wystukała coś na ekranie. – Następny mecz jest w sobotę, u nas, przeciwko Tampa Bay – poinformowała. – Pracujesz tego dnia?
Kip jęknął.
– Szlag! Powinienem wtedy być w barze, muszę się zamienić! Kto będzie na zmianie?
Wziął do ręki telefon i napisał do Marii.
Kip:
Pracujesz w sobotę?
Odpowiedź przyszła minutę później.
Maria:
Tak?
Kip:
Możemy się zamienić?
Maria:
Czemu?
Kip:
Jestem wpisany na piątek. Zamieńmy się. Proszę?
Maria:
Chodzi o Scotta Huntera?!
Czuł się jak kretyn, ale i tak napisał:
Kip:
Może.
Maria:
Jezu, Kip.
Kip:
PROSZĘ?!
Maria:
Dobra.
Nastąpiła chwila przerwy, po czym dziewczyna dodała:
Maria:
Będziesz pracował z Jeffem.
Ech. Jeff był tragiczny. Strasznie się lenił i w zasadzie cały czas chodził zjarany. Kip nie mógł uwierzyć, że typ wciąż z nimi pracował. Uznał jednak, że warto się przemęczyć, bo mecz skończył się wynikiem sześć do dwóch dla Admiralsów. A to oznaczało, że Scott na pewno przyjdzie w sobotę.
Prawdopodobnie.
Prawie na pewno.
Być może Kip wstał w sobotę dużo wcześniej, by poświęcić własnemu wyglądowi więcej uwagi.
Nie zdołał zrobić niczego ze strojem służbowym, ale przynajmniej się upewnił, że jego najlepsze dżinsy były czyste, a do tego zdecydował się włożyć nowe stylowe trampki kupione parę tygodni temu, choć absolutnie nie miał na to pieniędzy, nie mógł się jednak im oprzeć.
Starał się także ułożyć włosy, mimo że wiedział, iż będzie musiał wcisnąć na nie tę głupią czapkę. Po umyciu zębów użył nici dentystycznej. Włożył miętówki do kieszeni, by w razie czego zamaskować zapach kawy w oddechu.
Dotarł do baru dziesięć minut przed czasem po stosunkowo odprężającej jeździe i wcale się nie zdziwił, gdy zobaczył, że pojawił się jako pierwszy. Zabrał się do przygotowywania produktów i ze szczególnym skupieniem upewnił się, że składniki na Blue Moon Over Brooklyn Scotta czekają w pełnej gotowości.
Mimo że minęło już dwadzieścia minut od otwarcia sklepu o szóstej Kip wciąż siedział sam. Jako że miał z nim pracować Jeff, to nie zdziwiło go to, ale działało mu na nerwy.
O szóstej trzydzieści zadzwonił telefon. Jeff poinformował, że nie pojawi się w pracy z powodu „choroby”. Kip nie zdołał nawet wykrzesać z siebie energii, by się na niego wściec, zwłaszcza że mogło to oznaczać, iż zostanie w barze całkiem sam, kiedy Scott…
Stanowczo za mocno ekscytujesz się możliwością dwuminutowej interakcji z facetem, który wcale nie wydaje się tobą zainteresowany.
W soboty zawsze panował mniejszy ruch niż w dni robocze. Poranek się dłużył, monotonię przerywała jedynie garstka klientów. Kip wyciągnął telefon i, jakżeby inaczej, zaczął czytać stare artykuły o Scotcie Hunterze.
Napisano ich wiele. Większość z nich traktowała o tym samym: Scott urodził się i wychował w Rochester i już od czasów nastoletnich zawsze był najlepszym zawodnikiem w każdej drużynie, w której grał. Gazety często podkreślały jego hojność w działalności charytatywnej, zwłaszcza jeśli chodziło o pomoc chorym dzieciom, i opisały go jako wzór do naśladowania na lodowisku oraz poza nim.
Inną rzeczą zawsze podkreślaną w artykułach pozostawał fakt, że Scott Hunter należał do najbardziej pożądanych kawalerów w Nowym Jorku. Nigdy nie powiązano go na dłużej z żadną kobietą (ciekawe) i zwykł unikać pytań o życie prywatne (jeszcze ciekawsze).
Chłopaka pochłonęło pobieranie zdjęć Scotta z „GQ”, kiedy otworzyły się drzwi. Szybko wcisnął telefon do kieszeni, gdy do baru wszedł sam Scott Hunter.
Niedorzeczne wydawało się stwierdzenie, że oblicze Scotta się rozjaśniło, gdy ujrzał Kipa, ale… naprawdę tak to wyglądało.
– Kip! – rzucił, a na jego błyszczącej od potu twarzy rozciągnął się pełen zachwytu uśmiech. – Martwiłem się, że dzisiaj nie pracujesz.
– Naprawdę? – spytał chłopak, zbyt zszokowany, by powiedzieć coś mądrzejszego.
– To znaczy… – Czy Scott Hunter wyglądał na zakłopotanego? – Lubię ściśle trzymać się rutyny, a to ty przygotowałeś tamte dwa poprzednie smoothie, więc…
– Na pewno chodzi o sposób, w jaki je przygotowuję – odparł Kip, zdobywając się na zalotny uśmiech.
– Na pewno.
Zebrał składniki i zaczął wrzucać je do blendera.
– Oglądałem poprzedni mecz – zagadnął. – Ten ostatni gol wypadł świetnie.
– Dzięki. – Scott brzmiał, jakby naprawdę doceniał komplement. – Byłem z niego zadowolony.
Uśmiechnął się do Kipa, któremu zaschło w gardle. Włączył blender, zanim zdążył powiedzieć coś głupiego w stylu: „Jak smakuje twój sześciopak?”.
– Dzisiaj pracujesz sam? – spytał Scott, gdy chłopak podawał mu zamówienie.
– Tak, ktoś miał do mnie dołączyć, ale zachorował. Właściwie to nie sądzę, żeby naprawdę coś mu dolegało. Typ jest strasznie nieogarnięty. – Wzdrygnął się. Jakby Scotta Huntera obchodzili twoi współpracownicy.
– Przykro mi to słyszeć – odparł. – Miałem takich typów w drużynie.
Kip się roześmiał, bo czy ten facet serio porównywał ich branże?
– Czy, eee, masz coś przeciwko, bym wypił smoothie tutaj? – zapytał Scott, jak gdyby wokół nie stały stoliki i krzesła. – Powinienem… przeczytać kilka e-maili. – Wyjął telefon z kieszeni i pomachał nim w powietrzu.
– Jasne, oczywiście – zgodził się Kip, nie dowierzając we własne szczęście.
Hokeista usiadł przy jednym ze stolików, tyłem do wejścia (a twarzą do Kipa). Chłopak bardzo starał się otwarcie na niego nie gapić, gdy ten przeglądał wiadomości na smartfonie, popijając niebieskie smoothie. Zdawało się, że robi to bardzo powoli.
Po piętnastu minutach Kip opuścił swoje stanowisko za ladą i zajął się przecieraniem stolików, choć te wcale nie wymagały czyszczenia.
Kiedy znalazł się obok miejsca zajętego przez Scotta, wykorzystał okazję i przerwał ciszę:
– Jesteś pewien, że to nie zaburzy twojej gry? Takie przełamanie rutyny?
– Co? Och, nie. Nie muszę wszystkiego robić tak samo. To znaczy… Nie mam aż takiej obsesji.
– Jasne – mruknął Kip, uśmiechając się krzywo.
Scott się wyszczerzył i nawet roześmiał.
– Pewnie wydaję ci się dziwny, nie? Zachowuję się, jakby to smoothie było magicznym eliksirem czy czymś w tym rodzaju.
Chłopak wzruszył ramionami.
– Czytałem o sportowcach. Wszyscy macie lekkiego bzika, co nie? Wkładanie strojów w określonej kolejności, niezmienianie skarpet, niegolenie się…
Scott oskarżycielsko wytknął w jego stronę palec.
– Hej, tylko w play-offach, i to wieloletnia tradycja!
– Jasne, normalka.
Kip nie mógł uwierzyć w to, co zamierzał zrobić, ale musiał wybadać grunt. Jedynie troszeczkę.
– Nie mówię, że mi to przeszkadza – oświadczył tak beztrosko, jak tylko potrafił. – Zawsze wyglądacie tak męsko na chwilę przed podniesieniem pucharu. Jak drużyna seksownych drwali.
I już. Powiedział to.
Scott spojrzał na niego i Kip mógłby przysiąc, że na ustach hokeisty pojawił się cień uśmiechu.
Ale wtedy mężczyzna wstał gwałtownie, a jego wyraz twarzy się zmienił.
– Cóż, lepiej już pójdę.
Kip chciał umrzeć. Właśnie flirtował z cholernym Scottem Hunterem, a teraz on odejdzie na zawsze.
Co ci odbiło, Grady?
– Jeszcze raz dzięki, Kip – rzucił. Był milszy, niż chłopak na to zasługiwał.
Lecz kiedy dotarł do drzwi, zatrzymał się i odwrócił.
– Chciałbyś przyjść na dzisiejszy mecz?
– Co?
– Nikt nie korzysta z moich biletów. Mógłbym dać ci dwa, żebyś mógł… z kimś przyjść… jeśli chcesz.
– Mówisz poważnie?
– A czemu nie?
Chłopak gapił się na tego niemożliwie obłędnego celebrytę wypełniającego wejście do baru swoją potężną sylwetką. Gość proponował mu prezent zupełnie bez powodu.
– Jeśli masz pewność, to z chęcią przyjdę!
– Mam. Miło mi to słyszeć. Bilety będą na ciebie czekać w punkcie odbioru. Podaj tylko swoje imię.
– Okej. No to do zobaczenia wieczorem – powiedział jak kretyn.
Scott jedynie się uśmiechnął i wyszedł.
Kipa nie powinno wcale dziwić, że miejsca otrzymane od Scotta Huntera okazały się fenomenalne. Sześć rzędów od lodowiska, w niebieskiej strefie naprzeciwko ławki gospodarzy. Niesamowite.
– Cholera – mruknęła Elena. – Wiem, że Equinox ma tu lożę, ale te miejsca są o niebo lepsze.
– Nie wierzę, że tu siedzimy. Nie wierzę, że korzystamy z biletów Scotta Huntera!
– Tylko że ta randka jest jakaś dziwna. Ty jesteś z kobietą, a on w pracy.
– To nie randka.
– Jestem przekonana, że rozdaje bilety każdemu pracownikowi baru ze smoothie.
Kip starał się zbytnio nie analizować, dlaczego Scott dał mu te wejściówki.
– Po prostu chciał mi podziękować, bo uważa, że z jakiegoś powodu odpowiadam za jego dobrą passę. Tak jak mówiłem, ma bzika.
– Może na twoim punkcie.
– Nie bądź głupia.
– Kip – zaczęła, wkładając piwo do uchwytu na kubek. – Zdajesz sobie sprawę, jak wyglądasz, prawda?
– O czym ty…
– Jesteś seksowny, Grady. Niesamowicie seksowny.
– Ja… chyba wyglądam dobrze.
– Nie, wysłuchaj mnie. Wyglądasz niedorzecznie dobrze. Myślisz, że się cieszę, iż jesteś gejem? Wcale.
Kip przewrócił oczami.
– Akurat. Poza tym – zniżył głos do szeptu i się pochylił – nie wiemy, czy Hunter… gra do tej samej bramki.
– Nie wiemy?
– Nie! To znaczy… wyczuwam aluzje, że może…
– Takie jak to, że siedzimy na miejscach przeznaczonych dla jego bliskich, bo osobiściezaproponował ci te bilety, kiedy trzeci raz w tym tygodniu odwiedził cię w pracy?
Kip się zarumienił.
– Jest po prostu przesądny i tyle – wymamrotał.
Zawodnicy wjechali na lód, żeby się rozgrzać. Kip przyglądał się, jak jeżdżą w kółko, przysiadają na lodzie, by się rozciągnąć, i na zmianę posyłają proste strzały do bramkarzy. Bezskutecznie starał się nie zwracać szczególnej uwagi na numer dwadzieścia jeden, ten należący do Scotta Huntera. Facet robił głębokie wykroki, rozciągając mięśnie ud, co pokazywało jego giętkość. Kip wyobraził sobie, jak mógłby wyglądać w tej pozycji bez usztywnionych pianką spodni.
Jego złakniony seksu mózg zabrał go na kilka minut we wspaniałą podróż i Kip był tak rozproszony, że prawie nie zauważył, kiedy Hunter przejechał przed nimi przy bandzie, w wyprasowanym czerwono-biało-niebieskim stroju wyglądał niczym żywcem wyjęty z plakatu reklamowego, i skinął mu głową.
Nie, nie mnie. To musiało być do kogoś siedzącego z tyłu.
Kip się odwrócił. Nikt jeszcze za nim nie siedział. Ani przed nim.
Hmm.
Skończyła się rozgrzewka, rolby przygotowały lód i rozpoczął się spektakl – pokaz przedmeczowy. Zgaszono światła, a na tafli wyświetlono nagrania New York Admirals w akcji. W tle dudniła muzyka rockowa. Pojawili się pirotechnicy i mgła z suchego lodu, a gdy po nich na lodowisko wypadli zawodnicy, atmosfera sięgnęła zenitu.
Kipa uderzyły dwie rzeczy: Scott Hunter był wielką gwiazdą. Naprawdę wielką. Był sportową supergwiazdą, a to miasto go uwielbiało. Zdawało się, że połowa ludzi w tłumie nosiła koszulki z jego numerem. Kiedy ogłoszono jego nazwisko jako środkowego rozgrywającego, widownia wybuchnęła ogłuszającymi wiwatami. Scott nie był po prostu gościem lubiącym borówkowe smoothie i zachowującym się miło wobec przygotowujących je sprzedawców. Ten koleś stanowił ucieleśnienie Nowego Jorku.
A Kip siedział tu jako jego gość.
Jasna cholera.
Następnie uderzył go fakt, że Scott cieszył się dużym szacunkiem wśród kolegów z drużyny. Kip dostrzegał, jak młodsi zawodnicy promienieją, gdy Hunter klepał ich po ramionach i komplementował ich grę. Nawet sędziowie zdawali się go lubić; trącali go lekko w łokieć, wyjaśniając, dlaczego otrzymał karę.
Mecz był niesamowity. Scott był niesamowity. Nie tylko strzelił bramkę w każdej tercji i zaliczył jedną asystę, lecz także sprawił, że tłum ryknął, gdy w pobliżu środka lodowiska powalił skrzydłowego Tampy potężnym atakiem i zdobył krążek. Kipowi najbardziej zaimponowało, kiedy załagodził potencjalną bójkę. Uspokoił kolegę z drużyny, trzymając go mocno za ramię i mówiąc coś, co Kip chciałby mieć okazję usłyszeć.
Oglądanie, jak Scott prezentuje tak wielkie umiejętności i władzę podczas meczu, pozostawało niezaprzeczalnie seksowne. Ten gość okazał się niesamowity.
– Jakie to było zajebiste! – wykrzyknął Kip zdecydowanie zbyt głośno, gdy po meczu zmierzali do stacji metra. – Chcę iść na kolejny mecz! Chcę iść na wszystkie!
– Cóż, musisz poczekać, psychofanie – odparła Elena. – Admiralsi jadą teraz w dwutygodniową trasę.
Ta wiadomość nie powinna go tak załamać. Nagle wizja przepracowania całej zmiany bez ujrzenia Scotta zdawała mu się nie do zniesienia.
Kiedy tej nocy leżał w łóżku, nie mógł się nie zastanawiać, czy Scott czuł choć odrobinę niezadowolenia, że wyruszał w trasę i jego bezpieczna rutyna musiała zostać przerwana.
Kip uznał, że jest idiotą. Scott to profesjonalny hokeista i nie będzie tęsknił podczas wyjazdowych meczów za jego głupimi smoothie. Westchnął i pogodził się z co najmniej dwoma tygodniami zmian bez Scotta Huntera.
Scott patrzył, jak Manhattan znika, gdy samolot przebijał się przez gęste chmury pokrywające miasto od wielu dni.
Czuł się nieswojo, lecz nie wiedział dlaczego. Nie miało to nic wspólnego z jego grą, ponieważ szło mu teraz lepiej niż przez cały sezon. Drużyna cieszyła się zwycięską passą, zawodnicy nie ulegli żadnym poważniejszym kontuzjom. Ponadto prywatny drużynowy samolot zabierał ich do Phoenix, co miało okazać się miłą przerwą od przenikliwego zimna panującego w styczniu w Nowym Jorku.
Przynajmniej jego agent był znowu szczęśliwy. Kilka tygodni temu Scott odebrał telefon od wyjątkowo spanikowanego Todda Wheelera, faceta reprezentującego go od czasów college’u.
– Mamy poważne kłopoty – oznajmił Todd. – Sponsorom nie podoba się twoja gra. Gillette twierdzi, że w przyszłym roku nie odnowią kontraktu. Nawet Under Armour się denerwuje. Cholerne Under Armour, Scott! Nie możemy ich stracić!
Jeśli ta rozmowa miała go zmotywować, to nie wyszło. Przecież wiedział, że grał fatalnie, i nie był z tego powodu zadowolony.
– Wierz mi, Todd – odparł. – Nikt nie jest mną bardziej rozczarowany niż ja sam.
Wczoraj natomiast Scott otrzymał zgoła inny telefon.
– Cokolwiek zrobiłeś, żeby poprawić grę, rób tak dalej! – polecił z ulgą Wheeler.
Tyle że Hunter nie mógł dalej tego robić. Następne dwa tygodnie spędzi w trasie, grając głównie z drużynami Konferencji Zachodniej. Admiralsi mieli w programie siedem meczów. Ostatni miał się odbyć w Toronto, po nim wrócą do domu. Scottowi nigdy nie przeszkadzało życie w trasie. Lubił kolegów z drużyny i nie stresowało go latanie tak jak paru jego kumpli. Poza tym, w przeciwieństwie do większości drużyny, nie miał żony i dzieci, których musiałby zostawić.
Lecz po raz pierwszy w swojej karierze Scott odnosił niedorzeczne wrażenie, że kogoś opuszcza.
Carter Vaughan, siedzący obok niego facet i zarazem jeden z wicekapitanów, wydawał się szczególnie podekscytowany nadchodzącym lądowaniem w Los Angeles. Od kilku miesięcy umawiał się z Glorią Grey, bardzo znaną i niesamowicie atrakcyjną aktorką telewizyjną. „To nic poważnego”, utrzymywał Carter, kiedy ostatnio Scott go o nią zapytał. „Po prostu dwoje pięknych, wyluzowanych ludzi cieszy się swoim towarzystwem, kiedy są w tym samym mieście”.
Hunter pomyślał, że może chodzić o coś więcej, ale się nie odezwał. On jako ostatni powinien wścibiać nos w sprawy prywatne innych ludzi.
Carter założył już słuchawki. Skoro nie było na co patrzeć za oknem, Scott wyciągnął książkę. To głupkowata powieść szpiegowska, ale dzięki niej czas szybko zleci.
Próbował czytać, lecz błądził myślami. Wciąż przywoływał w wyobraźni obraz uroczego sprzedawcy smoothie o zachwycających orzechowych oczach i czarującym uśmiechu…
Odwrócił głowę, żeby Carter nie dostrzegł durnego uśmieszku malującego mu się na ustach.
Przyszedł na wczorajszy mecz. Kip. Scott kiwnął mu głową, ale on nie odpowiedział w żaden sposób. Może tego nie widział. Może uznał, że Scott jest dziwny.
Tak czy siak, Hunter poczuł się absurdalnie szczęśliwy, gdy zobaczył, że ten chłopak siedzi na trybunach. Poczuł jeszcze większe szczęście, gdy zobaczył, że Kip zabrał przyjaciółkę, bo przecież zasugerował, że podobają mu się mężczyźni. Przynajmniej tak się Scottowi wydawało. Kompletnie nie umiał flirtować.
Hunter zmarszczył brwi. Kip może być biseksualny. Może kobieta, z którą przyszedł, to w istocie jego dziewczyna. Wydawała się dostatecznie piękna.
Scott nie był biseksualny. Nikt na świecie jednak nie wiedział, że nie był też hetero. Chociaż on sam już od dłuższego czasu zdawał sobie sprawę, że jest gejem. Właściwie od kiedy zaczął grać w juniorach. Bez reszty zadurzył się w koledze z drużyny, a ten, Scott miał co do tego pewność, nie odwzajemniał jego uczuć. Choć nawet gdyby sprawy wyglądały inaczej, Hunter wiedział, że Jacob nigdy nic by z tym nie zrobił. Nigdy by się nie przyznał. Poderwanie Jacoba skończyłoby się dla Scotta jedynie podbitym okiem albo czymś gorszym. Gdyby jego tajemnica się wydała, to mogłoby kosztować go karierę. Bo hokeiści nie byli gejami. Żaden gracz NHL nigdy nie był gejem.
Teraz, gdy Scott dorósł i stał się mądrzejszy, wiedział, że to stwierdzenie nie mogło mieć wiele wspólnego z prawdą. Nie zmieniało to jednak faktu, iż nikt w lidze otwarcie nie przyznał, że jest gejem albo bi. Zawodnicy NHL żenili się młodo, mieli gromadkę dzieciaków i w czasie przerwy od meczów zabierali rodziny do letnich posiadłości. Zawodnicy NHL grali w golfa i pokera, pili, jedli steki, chodzili do klubów ze striptizem, sypiali z hokejowymi króliczkami i swobodnie rzucali słowami takimi jak „pedał”.
Tak więc Hunter zachowywał własne życie miłosne, czy raczej jego brak, dla siebie.
Wystarczająco trudno przychodziło zachować dyskrecję, gdy było się szarym człowiekiem. Kiedy chodziło o sportową supergwiazdę, robiło się o wiele trudniej. Scott nie mógł spotykać się z poznanymi w sieci przypadkowymi facetami; bałby się, że któryś z nich wygada wszystko prasie. Podobne odczucia miał wobec pracowników seksualnych. Unikał barów i klubów dla gejów, choć takie miejsca niekoniecznie go interesowały. Tańczył fatalnie.
Większość jego zbliżeń miała miejsce w lecie. Jeździł do egzotycznych krajów, gdzie ludzie nie wiedzieli nic a nic o hokeju. Włochy, Hiszpania, Brazylia, Grecja. Miejsca, w których stawał się po prostu jednym z młodych, wysportowanych mężczyzn szukających tego samego.
Lato było cholernie dawno temu.
To, czego Scott nie robił nigdy, przenigdy, to flirtowanie ze sprzedawcami na Manhattanie, bo wydawało się to głupie, nieostrożne i niewarte ryzyka. Z pewnością nigdy nie zasugerowałby, że interesują go mężczyźni. Dobrze szło mu ukrywanie tego faktu, w końcu miał za sobą lata praktyki.
Lecz Kip miał to coś.
Hunter nawet nie potrafił tego nazwać. Oczywiście, ten chłopak był przystojny (raczej kurewsko atrakcyjny, no weź, Scott), z tymi swoimi dołeczkami w policzkach i takimi oczami. Na wczorajszym meczu w końcu miał okazję zerknąć na Kipa, kiedy ten nie nosił czapki z daszkiem i fartucha. Chciałby kiedyś przyjrzeć mu się o wiele uważniej.
Jezu.
A więc tak, był przystojny. W Nowym Jorku żyło wielu przystojnych mężczyzn. Do diabła, do drużyny Admiralsów należało wielu przystojnych mężczyzn. Więc to niejedyny powód, dlaczego Hunter nie mógł przestać o nim myśleć.
Kip po prostu miał to coś. Scott chciał rozmawiać z nim godzinami i dowiedzieć się o nim wszystkiego. Wszystko mu pokazać. Wszystko mu dać.
Przyczyna jego powrotów do baru ze smoothie w dniach, kiedy grał mecz, nie pozostawała ściemą. Szczerze wierzył, że trzymanie się rutyny, gdy rozgrywka idzie ci dobrze, jest ważne. Zanim wszedł do tego baru i Kip zaserwował mu tamten napój, Scott grał najgorzej w całej swojej karierze. Od tamtej chwili czuł, jakby na lodowisku dostał skrzydeł.
Szczerze mówiąc, poza nim też.
– Hej, nieznajomy.
– Cześć, tato – mruknął Kip, podchodząc do szafki, żeby wyjąć pudełko z płatkami.
Miał dzień wolny, co oznaczało rzadką okazję, kiedy poranek spędzał w domu.
– Zapomniałem cię zapytać, jak było wczoraj na meczu – zagadnął tata.
– Super. – Chłopak uśmiechnął się do siebie szeroko. – Naprawdę.
Ojciec sączył kawę, siedząc przy niewielkim kuchennym stole, i patrzył na Kipa.
– To bardzo miłe ze strony Scotta Huntera, że dał ci te bilety.
– To prawda.
– Wydaje mi się, że na Brooklynie nie ma osoby, której twoja matka by o tym nie powiedziała.
– Boże, to nic takiego.
– W naszym życiu nie dzieje się zbyt wiele ekscytujących rzeczy. – Tata się uśmiechnął.
Chłopak dołączył do ojca przy okrągłym stole, przy którym całe życie jadał śniadania.
Kochał swoich rodziców. Uwielbiał ten dom, ale też rozpaczliwie pragnął się wyprowadzić.
– Jak się ma Elena? – zagadał tata.
– Świetnie. No wiesz, jest absolutnie zachwycająca w każdym aspekcie.
– W Equinox Tech nie mają dla ciebie jakiegoś wakatu?
– A co ja bym tam robił, do cholery? Jestem tylko zafascynowanym historią nerdem jak mój staruszek.
– Cóż, a może w New York Admirals? Szukają kogoś?
– Tak, kronikarza drużyny.
Tata się zaśmiał i oparł na krześle.
– No więc, ta sprawa ze Scottem Hunterem…
– Nie ma żadnej sprawy ze Scottem Hunterem.
– No dobrze… – westchnął tata melodyjnie, używając tonu: „Okej, to nie moja sprawa”.
– Serio, on tylko… myśli, że te głupie smoothie, które robię, przynoszą mu szczęście, czy coś. To nie ma ze mną nic wspólnego.
– Twoja matka poczuje się bardzo rozczarowana, kiedy to usłyszy.
Kip przewrócił oczami, uśmiechając się.
– Myślę, że Megan wpadnie dzisiaj na kolację – dodał ojciec. – Andrew też.
– O, miło.
Megan to starsza siostra Kipa, a Andrew to jej chłopak. Mieszkali razem w Williamsburgu. Za każdym razem, gdy przyjeżdżała do domu z powodu jakiejś okazji, chłopak przypominał sobie, że siostra przychodziz wizytą. Była prawie cztery lata starsza od niego, mimo to…
– Planujesz wrócić dzisiaj wieczorem do domu? – spytał tata.
– Jasne – odparł i uśmiechnął się z przymusem. – Gdzie indziej miałbym być?
Scott osunął się po ścianie sauny, wykończony i sfrustrowany. Powinni byli wygrać ten mecz.
Grali z rezerwowym bramkarzem Tommym Anderssonem, dzieciakiem ze Szwecji, i nie poszło dobrze. Ale nie należało winić za to Anderssona. Nikt mu nie pomagał.
Przejechał dłońmi po śliskiej od potu twarzy i wsunął palce w wilgotne włosy.
Sam też mu wcale nie pomógł. Cała drużyna dała ciała, a mieli odnieść łatwe zwycięstwo.
Trener Murdock już sprawił, że wstydzili się za siebie. Wszedł do szatni, pokręcił głową, po czym wyszedł, co okazało się gorsze, niż gdyby na nich nakrzyczał.
Nikt nie zajrzał do sauny, by zaczepiać Scotta. Nikt nie był na tyle głupi.
Westchnął i wstał, po czym zawiązał ciasno ręcznik wokół pasa. Potrzebował prysznica. I czegoś się napić.
Wszedł do części wypoczynkowej, wciąż mając na sobie ręcznik, i wyjął butelkę wody z lodówki. Opróżnił ją duszkiem, a potem się obrócił i zobaczył Grega Huffa siedzącego na ławce za nim.
– No, więc mamy za sobą masakrę – stwierdził Huff.
– Co ty nie powiesz – odparł Scott. – Nawet nie wiem, jak to skomentować.
– Nie jestem kapitanem, ale może coś w stylu: „Hej, fiuty. Przestańcie grać tak chujowo”, czy coś.
Hunter uśmiechnął się nieznacznie.
– Myślałem mniej więcej o tym samym.
– Biedny Andersson. Szkoda mi tego dzieciaka, stary.
– Ta… – mruknął, spoglądając w stronę szatni. – Jak sobie radzi?
– Znakomicie. A jak ci się wydaje?
– Pogadam z nim. Ty nie masz czym się martwić. Strzeliłeś naszego jedynego gola. I to niezłego.
Huff leniwie mu zasalutował.
– Od tego jestem.
To prawda. Greg Huff pozostawał jednym z najlepszych strzelców. Miał niesamowitego cela i dzięki tej zdolności otrzymywał tytuł gwiazdy NHL przez osiem sezonów z rzędu.
Scott wyjął z lodówki Gatorade. Huff wystawił dłonie, by złapać butelkę, więc Hunter mu ją rzucił.
– Idę pod prysznic – oznajmił. – Przekaż Anderssonowi, żeby nie wychodził, dobra?
– Jasne.
Gdyby Scott mógł mieć drużynę składającą się jedynie z Gregów Huffów, byłby zachwycony. Greg to niezawodny i godny zaufania gość, a także ważny członek drużyny zarówno na lodowisku, jak i poza nim. Może i nie błyszczał na lodzie i daleko mu było do największych zawodników, za to w ogromnej mierze przyczyniał się do sukcesu drużyny.
Scott poszedł pod prysznice, zastał tam kilku kolegów. Większość już się wykąpała i przygotowywała do powrotu do hotelu w San Jose.
Jednym z facetów biorących prysznic był Frank Zullo. Jego jako jedynego zawodnika z drużyny Scott po prostu nie lubił. Bez wątpienia typ pozostawał świetnym obrońcą – dużym i twardym, a w razie konieczności także brutalnym. Lecz lubił gnębić innych i właściwie to był trochę mendą. W NHL dało się znaleźć mnóstwo gości takich jak Zullo.
Scott podkręcił trochę temperaturę, pozwalając, by woda zmyła z niego tę paskudną rozgrywkę. Jutro rano wylatywali do Chicago. Czekał ich wolny wieczór, a następnego popołudnia mecz. Później krótki nocny lot do Toronto, kolejnego wieczoru znów mecz, a po nim powrót do Nowego Jorku.
Hunter wyszedł spod wody i udał się do szafek. Włożył szorty i T-shirt, po czym poszedł poszukać Anderssona w szatni. Młody bramkarz właśnie się pakował. Wyglądał żałośnie.
– Hej – rzucił kapitan, siadając na ławce obok ogromnej torby sportowej Anderssona. – Przepraszam, że dzisiaj ci nie pomogliśmy.
Z ust Tommy’ego wyrwał się pełen wściekłości śmiech.
– Dałem dupy – stwierdził z mocnym szwedzkim akcentem.
– Jak my wszyscy.
– Wyszedłem na pieprzonego kretyna.
– Murdock podjął dobrą decyzję, umieszczając cię na boisku – oznajmił Scott. – Nie winię cię. Winię nas, pozostałych. To psychologia. Chyba wejście rezerwowego bramkarza sprawia, że robimy się zbyt pewni siebie. Tak jak wtedy, gdy trener zakłada, że mecz okaże się bułką z masłem, więc wszyscy w to wierzymy, a potem…
– Potem wychodzę na pieprzonego kretyna.
Hunter skinął głową, przyznając mu rację.
– Wszyscy będziemy dziś w kółko wracać myślami do popełnionych błędów, kiedy położymy się do łóżek. Nikt z drużyny nie jest z siebie dumny. Ale też żaden cię nie wini. Chcę, byś to wiedział.
Młody bramkarz posłał mu wymuszony uśmiech.
– Dzięki – mruknął, wcisnął pozostałe części stroju do torby i wstał. – Idę do hotelu. Przypomnę sobie trochę tych błędów. A potem o nich wszystkich zapomnę i przygotuję się na kolejny mecz.
– Zuch chłopak. Masz pokój z Burkiem, tak? – spytał Scott, próbując podtrzymać rozmowę, gdy opuszczali szatnię.
– Taaa.
– Stary, przykro mi. Powodzenia.
Tommy się roześmiał.
– Nooo, dzięki. Kiedy chcę, żeby już przestał gadać, to udaję, że go nie rozumiem.
Scott też się roześmiał. Angielski Tommy’ego był perfekcyjny.
– To ja też się zbieram – powiedział Hunter. – Do zobaczenia jutro.
– Dobranoc.
Kip przesunął wzrokiem po zatłoczonym pubie, aż spostrzegł Shawna siedzącego samotnie przy stoliku. Kumpel uśmiechnął się do niego szeroko.
– Hej, stary – przywitał się, wstał i uścisnął Grady’ego, gdy ten dotarł do stolika. – Cieszę się, że udało ci się przyjść.
– Ostatnio za dużo czasu spędzam wśród ludzi hetero – zażartował Kip, puszczając Shawna, i usiadł naprzeciwko niego na drewnianym krześle.
Był to ten sam pub, do którego przychodzili od lat – Kingfisher. Panował w nim ten sam znajomy przytulny klimat, co w innych starych pubach utrzymanych w angielskim stylu: ciemne drewno, przytłumione światła, a na ścianach reklamy piwa. Na telewizorze wiszącym w głębi lokalu transmitowano lokalne rozgrywki sportowe. Na pierwszy rzut oka to miejsce wcale nie wyglądało jak bar dla gejów, a przynajmniej nie przypominało czegoś, co ktoś hetero mógłby sobie wyobrazić, gdy mowa o barze dla gejów. Tyle że mężczyźni siedzieli bliżej siebie, a barmani, przynajmniej według Kipa, byli atrakcyjniejsi. Uwielbiał to miejsce.
– Mamy ładniutkiego kelnera – poinformował Shawn. – Spodoba ci się.
– Och, nie mogę z tobą konkurować.
Mężczyzna pokręcił głową i uniósł kufel.
– Za bardzo wymuskany jak dla mnie. Jest twój.
Shawn był przystojny, miał ciemną karnację, miłe oczy i ciepły uśmiech. Miał również nienaganny styl, zawsze prezentował się jak model z katalogu J.Crew.
On i Kip zabawiali się trochę ze sobą w college’u. To nic poważnego, obaj lubili eksperymentować, Shawn miał jednak słabość do niegrzecznych chłopców. Pomimo konserwatywnego stylu zawsze ciągnęło go do mężczyzn z tatuażami, otoczonych aurą niebezpieczeństwa. A Kip pozostawał łatwym do zadowolenia kujonem nieumiejącym ogarnąć własnego życia.
Kelner zatrzymał się przy ich stoliku. Shawn nie żartował. Gość okazał się szczupły, wysportowany, z blond włosami opadającymi na twarz – całkowicie w typie Kipa.
Składając zamówienie, Grady posłał mu zalotny uśmiech, bo dosłownie nie mógł się powstrzymać. Kelner odpowiedział tym samym i przedstawił się jako Kyle.
Po odejściu Kyle’a Shawn się roześmiał.
– Zawsze jesteś tak zajebiście czarujący.
– Jasne, akurat. Przez większość czasu jestem totalnie nieogarnięty – odparł Kip.
– Niee, masz swój urok. Ten chłopak już myśli o tym, by ci powiedzieć, kiedy kończy zmianę.
Kip obejrzał się przez ramię w stronę baru, gdzie Kyle stał i nalewał dla niego piwo.
– Cóż…
– Ale zanim to się wydarzy, musimy o czymś porozmawiać – oznajmił Shawn.
– O czym?
– Analizowałem nasze zeszłotygodniowe wyjście z Jimmym i Chuckiem.
– Och? – Kip naprawdę potrzebował tego piwa.
– Po pierwsze, zdaje mi się, że chyba na ciebie najechaliśmy, kiedy…
– Wypytywaliście mnie, co, do kurwy nędzy, robię ze swoim życiem?
– Zachęcaliśmy cię do podążenia za marzeniami.
– Jasne.
Kyle, anioł z niebios, podszedł do stolika, niosąc kufel wypełniony lokalnym red ale. Gdy się pochylał, by postawić zamówienie na blacie, wykorzystał okazję i oparł dłoń na ramieniu chłopaka, a ten poczuł, jak kelner muska opuszkami palców jego kark.
– Daj znać, jeśli jeszcze czegoś potrzebujesz – odezwał się Kyle, a jego aluzja była jasna jak słońce.
– Posłuchaj – odezwał się Grady do Shawna, doceniwszy pożegnalny uśmiech obsługującego ich chłopaka. – Wiem, że chcecie…
– Mam dla ciebie propozycję – przerwał mu przyjaciel.
Kip uniósł brew.
– To zazwyczaj nie kończy się szczególnie dobrze.
– Biznesową propozycję. I pamiętam kilka poprzednich, one zakończyły się całkiem nieźle.
Kip uśmiechnął się znad piwa.
– Ja też.
– Proponuję – zaczął Shawn – żebyś zgłosił się do lepszej pracy.
Kip zwalczył chęć przewrócenia oczami.
– Niby gdzie?
– Mam przyjaciela…
– Przyjaciela, hm?
– Pracuje w Museum of the City of New York.
Okej. Grady zaczął słuchać.
– Powiedział, że niedługo będą mieć wakat na stanowisku asystenta edukatora muzealnego. No wiesz, to ktoś, kto pomaga w organizacji wycieczek szkolnych i takie tam. Uczy dzieciaczki o naszym wspaniałym mieście.
Kip z powrotem osunął się na krześle.
– Nie mam do tego kwalifikacji.
Kumpel spojrzał na niego znacząco.
– Mam użyć mojego „głosu Eleny”?
– Nie – burknął.
– Masz ubiegać się o tę pracę, Kipie Grady. Oczarujesz ich swoim urokiem, miłością do historii i faktem, że mieszkasz tutaj całe życie.
– Nawet nie zaproszą mnie na rozmowę!
– Dzwonię do Eleny.
– Dobra. I tak nie odbierze. Nie znosi rozmów telefonicznych.
– Zgłoś się na to stanowisko, Kip.
Westchnął. W sumie czemu nie?
– Dobra. Złożę podanie. Dzięki, że dałeś mi znać.
– Nie wspominaj o tym, dupku. A teraz – odchylił się na krześle i teatralnie rozejrzał po barze – może się przekonasz, czy nasz przyjaciel Kyle ma chęć, by świętować początek twojej nowej, wspaniałej kariery?
Tym razem Kip przewrócił oczami.
– Niczego nie zamierzam świętować, do cholery. Poza tym… – Zawahał się, bo nie miał pewności, co chciał powiedzieć. Na razie mam kogoś innego na oku. Pewnie go znasz, to kapitan New York Admirals. Możesz go pamiętać z rankingu „50 najpiękniejszych ludzi” magazynu „People”. Tak, zabujałem się w nim. Prawie na pewno woli kobiety. Trzymaj kciuki!
Zamiast tego, powiedział:
– Myślę, że chyba wrócę dzisiaj wcześniej do domu. Ale zobaczmy, czy uda nam się znaleźć kogoś dla ciebie.
– To nie było natarcie, kurwa! Tylko go trąciłem! To hokej, ty ślepy skurw…
– Wystarczy. – Scott chwycił mocno Zulla za ramiona i odciągnął od sędziego.
Zawodnik odwrócił głowę i dalej krzyczał:
– Co, kurwa, nie mogę teraz nikogo dotknąć? To już nie jest sport kontaktowy? Kurwa, otwórz oczy, ty…
– Pogadam z nim. Idź na ławkę, Zullo.
Ten pokręcił głową. Carter podjechał, by pomóc go odeskortować na ławkę kar. Jeśli facet nie przestanie wrzeszczeć, skończy się to wykluczeniem go z gry.
Scott wrócił do sędziego.
– Natarcie, Hal? Serio?
– Twierdzisz, że nie mam pojęcia, jak wykonywać swoją pracę, Hunter? Wiem, co widziałem. – Hal Coleman, jeden z ulubionych sędziów Scotta, sięgał mu do piersi, ale pod tą fasadą spokoju był twardy jak skała. I bystry.
– Cóż – zaczął Hunter, zerknąwszy na ławkę kar zajmowaną właśnie przez Franka Zulla – nie zaszkodzi, jeśli trochę ochłonie.
– To naprawdę uroczy gość – zgodził się Hal.
Scott spojrzał przez całą długość lodowiska na ławkę drużyny z Chicago.
– Beckerowi nic się nie stało?
– Pójdę sprawdzić. Wygląda na to, że żyje. – Hal spojrzał znacząco na Huntera. – Powiedz swojemu chłoptasiowi, że jeśli znowu zobaczę, iż odwala coś takiego, to wypadnie z gry.
– Tak jest.
Hal oddalił się w stronę ławki zawodników z Chicago, a Scott udał się na ławkę kar.
– Nie dał się przekonać – oznajmił. – Ochłoniesz przez dwie minuty, a potem skończymy rozczarowywać kibiców.
– Nie robiłem natarcia. Nie ma, kurwa, mowy, że to natarcie – warknął Zullo.
– Oprócz tej chwili, kiedy na niego natarłeś.
– Jezu Chryste, Hunter. Jaja sobie robisz, kurwa? Grasz teraz dla Chicago? Becker symulował faul!
Scott jechał już z powrotem w kierunku ławki ich drużyny.
– Dwie minuty, Frank – rzucił przez ramię.
Carter się z nim zrównał.
– Ile mogę podetknąć Halowi, żeby zawiesił Zulla na kilka meczów?
– Daj spokój – odparł oschle Scott. – Zullo i bez twojej pomocy świetnie sobie radzi z zarabianiem kar.
– Pieprzony psychol – mruknął Carter. – Ale po meczu idziemy do Chicago Cut, nie? Naprawdę muszę zjeść steka.
– Tak, tak.
Hal zagwizdał, ogłaszając wznowienie rozgrywki. Scott podjechał do buliku w swojej strefie, a mijając siatkę, rzucił do bramkarza słowa zachęty:
– Dobrze ci idzie, Benny!
– Ani słowa, do cholery. Jak zapeszysz, to cię dopadnę.
Hunter się zaśmiał. Eric Bennett szczycił się znakomitymi manierami poza lodowiskiem, ale gdy już stawał na bramce, przeobrażał się w najbardziej zaciekłego zawodnika, jakiego Scott znał.
Hunter nachylił się w buliku i oparł kij o lód. Spojrzał w górę i napotkał wzrok przeciwnika, środkowego rozgrywającego Chicago o imieniu Clarke.
– Jeśli Zullo znowu tego spróbuje – warknął Clarke – wysyłam po niego Harveya.
– Stary, proszę bardzo. Choć nie wiem, czemu chcesz to zrobić Harveyowi. – Uśmiechnął się.
– Zullo to kawał gnoja.
– No już. Jeśli nie potrafisz powiedzieć niczego miłego…
Gdy tylko Hunter wygrał wznowienie, pognał na połowę przeciwnika i odebrał szybkie podanie od Cartera. Posłał krążek w stronę bramki i patrzył, jak śmiga nad ramieniem bramkarza. Zdobyli punkt w osłabionym składzie.
Cholernie dobrze było znów grać tak świetnie jak kiedyś.
