Heartless - Dziedziczka #3 - Leonia Oscar - ebook
NOWOŚĆ

Heartless - Dziedziczka #3 ebook

Leonia Oscar

4,8

657 osób interesuje się tą książką

Opis

Finał historii Avy i Santino!
Miłość miała być ich niepokonaną siłą. Szybko okazuje się, że stanie się również największą słabością.
Ava wreszcie odzyskała coś, o co walczyła przez całe życie – własny głos. Nigdy jednak nie zniknęła z celownika. Jedyna dziedziczka, kobieta, o którą upominają się ci, którzy od dawna planowali jej przyszłość. Dla jednych jest kluczem do władzy, dla innych przeszkodą, którą należy usunąć.
Santino nie zamierza na to pozwolić. Jeśli raz uznał Avę za swoją, nie odda jej nikomu, bez względu na cenę. Dla niej jest gotów przeciwstawić się każdemu – mafijnym rodzinom, tajemniczej Radzie, a nawet przeznaczeniu. Problem w tym, że im mocniej próbuje ją chronić, tym bardziej sytuacja wymyka się spod kontroli.
Gdy dawni wrogowie wychodzą z cienia, pokazując, że pielęgnowanych zadr wcale nie osłabił czas, okazuje się, że są uczucia, dla których warto zginąć… i takie, dla których zabija się bez wahania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 504

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (6 ocen)
5
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Historia,która kocha się od początku do końca 🤌
laiagogo

Dobrze spędzony czas

Dobra🤗 , ale przez czytanie serii na raty gubi się wątek 🤥
Scienta

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobrze się czyta, ( a jak ktoś zacznie czytać od Invictus, jedną po drugiej, to jest jeszcze lepszy efekt), dobre zakończenie tej serii.No cóż, teraz czekam na Gabriela.
bodzio86

Nie oderwiesz się od lektury

Świetne zakończenie historii 🤌🏻
00



1

Santino

Nu­mer pi­ęćdzie­si­ąt je­den… Pie­przo­ne dwie cy­fry, któ­re na ja­kiś czas po­zba­wi­ły mnie oso­bo­wo­ści, a po­tem czło­wie­cze­ństwa. Dni, ty­go­dnie… Cza­sa­mi mia­łem wra­że­nie, że to trwa cho­ler­ne lata. Wy­si­łek po­nad ludz­ką wy­trzy­ma­ło­ść, po­ni­że­nie, ja­kie­go so­bie nie wy­obra­ża­cie, i tor­tu­ry. Nie tyl­ko cia­ła, ale rów­nież du­szy. Przede wszyst­kim du­szy, bo gdy w ko­ńcu wy­sze­dłem z tego pie­kła, by­łem zu­pe­łnie in­nym czło­wie­kiem. Ta­kie­go mnie po­zna­li­ście. Cho­ler­ne­go we­so­łka skry­wa­jące­go po­two­ra za spro­śny­mi żar­ta­mi. Ma­ska, któ­rą na­ło­ży­łem, aby chro­nić tych, któ­rych mu­sia­łem. Chro­nić ją…

A te­raz stał przede mną czło­wiek chcący wy­drzeć mi ją siłą – i pa­trzył mi pro­sto w oczy. Ten sam skur­wiel, któ­ry śmiał wy­ci­ągnąć plu­ga­wą łapę i do­tknąć mo­jej Avy, a ona nie lu­bi­ła być do­ty­ka­na. To ją pa­ra­li­żo­wa­ło i wpy­cha­ło w ob­jęcia pa­ni­ki, za­bie­ra­jąc od­dech. Moja słod­ka dziew­czyn­ka tyl­ko mnie po­zwa­la­ła się do­ty­kać. To na mój do­tyk re­ago­wa­ła, to przy mnie roz­pły­wa­ła się w jękach.

Ava na­le­ża­ła do mnie i niech Bóg ma w swo­jej opie­ce ka­żde­go, kto będzie chciał mi ją ode­brać. Na­wet je­ba­ny Ju­lius We­iss, nu­mer osiem­dzie­si­ąt sze­ść, Emi­sa­riusz.

Czer­wień, któ­ra jesz­cze chwi­lę temu przy­sła­nia­ła mi ob­raz, po­wo­li zni­ka­ła. Za­czy­na­łem do­strze­gać drob­ne szcze­gó­ły, któ­rych wcze­śniej, opa­no­wa­ny nie­sa­mo­wi­tą fu­rią, nie za­uwa­ży­łem. Woj­sko­wy mun­du­rek i wy­so­kie bu­cio­ry za­stąpio­ne zo­sta­ły ręcz­nie szy­ty­mi bu­ta­mi i mar­ko­wym gar­ni­tu­rem. Znik­nął brud­ny i za­ro­śni­ęty fa­cet, któ­ry ra­zem ze mną prze­dzie­rał się przez cho­ler­ne lasy. Mia­łem przed sobą klau­na, a wła­ści­wie La­lecz­kę Chuc­ky. Na pierw­szy rzut oka mło­dy i przy­stoj­ny, ubra­ny z wy­szu­ka­ną ele­gan­cją. Czło­wiek suk­ce­su. Mężczy­zna, któ­ry przy­ci­ągał wzrok ko­biet. Skur­wiel, któ­ry za­czął po­lo­wać na moją Avę.

– Nic nie po­wiesz, Sant? Na przy­kład: „do­brze cię wi­dzieć” czy cho­ćby „cze­ść”?

– A „spier­da­laj” wy­star­czy? – wark­nąłem, opu­ści­łem rękę i scho­wa­łem za­bez­pie­czo­ny pi­sto­let za pa­sek. – Czy jed­nak będę mu­siał do­łączyć środ­ko­wy pa­lec?

Unió­sł brwi, za­pew­ne zdzi­wio­ny moim ge­stem. Wi­dzisz, skur­wie­lu? Też za­pa­mi­ęta­łem pew­ne rze­czy – po­my­śla­łem mści­wie. Ale to była tyl­ko krót­ka chwi­la, w trak­cie któ­rej po­zwo­li­łem so­bie na małe od­pręże­nie. Przy tym fa­ce­cie na­le­ża­ło za­cho­wać trze­źwy umy­sł. Nie opusz­czać tar­czy, nie po­zwa­lać so­bie na roz­pro­sze­nie, a w pew­nych wy­pad­kach na­wet nie spać. Sen jest zły. We śnie da­jesz się za­sko­czyć jak dziec­ko, a tacy jak on po­tra­fią wy­drzeć ci wszyst­ko, co masz naj­cen­niej­sze­go. Ka­żde wspo­mnie­nie, ka­żde jed­no, na­wet zu­pe­łnie nie­win­ne ma­rze­nie.

– Co tu­taj ro­bisz? Los An­ge­les to nie Gwa­te­ma­la, We­iss.

Wy­pro­sto­wał się i wy­ci­ągnął z kie­sze­ni spodni bia­łą chu­s­tecz­kę, po czym wy­ta­rł nią krew pły­nącą z roz­ci­ętej skó­ry na po­licz­ku. Po­wi­nien się cie­szyć, że nie wbi­łem mu lufy do mó­zgu, choć mia­łem na to wiel­ką ocho­tę.

– Obo­wi­ąz­ki za­wo­do­we – mruk­nął.

Nie zwie­dzie mnie tym uda­wa­nym wy­lu­zo­wa­niem. Tyle w nim spo­ko­ju, co dar­mo­wych do­ta­cji w bu­dże­cie tego kra­ju. Czy­li jed­no wiel­kie gów­no.

– Zo­sta­łeś żi­go­la­kiem? – prych­nąłem, mie­rząc go wzro­kiem. – Ja­koś nie pa­su­je to do cie­bie. A może dla spor­tu pod­ry­wasz mężat­ki, co?

Tak na­praw­dę to nie mia­łem po­jęcia, kim on do­kład­nie jest. Po­zna­łem go jako ta­kie­go sa­me­go re­kru­ta jak ja, któ­ry dał się wje­bać w gwa­te­mal­ski las. Przez całe ty­go­dnie prze­dzie­rał się obok mnie w gęstwi­nie, ra­zem szu­ka­li­śmy żar­cia, spa­li­śmy w jed­nym dole – przy­kry­ci li­śćmi, żeby prze­trwać noc i nie dać się po­żreć dzi­kim zwie­rzętom. Tym na czte­rech no­gach i na dwóch, któ­rych, jak się po­tem oka­za­ło, nie bra­ko­wa­ło w tym pier­dol­ni­ku. Wła­ści­wie nic kon­kret­ne­go mi o so­bie nie po­wie­dział, za to za­da­wał dużo py­tań. Wie­dzia­łem, że jest po­wi­ąza­ny z któ­rąś z or­ga­ni­za­cji, ale za­sa­dy były jed­na­ko­we dla wszyst­kich. W tam­tym miej­scu by­li­śmy so­bie rów­ni.

– Do­sko­na­le wiesz, kim je­stem, Sant – od­po­wie­dział, cho­wa­jąc chu­s­tecz­kę.

Rzu­cił mi wy­zwa­nie. Mo­głem grać idio­tę, po­wkur­wiać go tro­chę czy na­wet bar­dziej niż tro­chę, ale nie mia­łem cza­su ba­wić się z nim w ta­kie gier­ki. Mu­sia­łem za­jąć się Avą. Wy­szła roz­trzęsio­na i wy­stra­szo­na, a by­łem pe­wien, że ni­ko­mu nie po­zwo­li się do sie­bie zbli­żyć. We­iss i jego brud­ne za­gryw­ki la­ta­ły mi koło fiu­ta. Jak mnie do tego zmu­si, za­strze­lę gno­ja i będę miał w du­pie Radę i ich pra­wa.

– Wiem. Je­steś je­ba­nym Emi­sa­riu­szem, któ­ry wpie­prza się w nie swo­je spra­wy. Znasz mnie, We­iss, i to do­sko­na­le. Poj­mu­jesz, że pil­nu­ję swo­je­go i nie ustąpię pola. W żad­nej spra­wie, a przede wszyst­kim w spra­wie mo­jej żony – wark­nąłem co­raz bar­dziej wście­kły. – To, co było mi­ędzy nami, zo­sta­ło w la­sach. Nie wy­ko­rzy­stasz Avy, żeby wzi­ąć od­wet na mnie.

– Żeby to było ta­kie pro­ste, Sant… – Po­kręcił gło­wą, opie­ra­jąc się bio­drem o wy­so­ki stół. – Sko­ro wiesz, kim tak na­praw­dę je­stem, wiesz rów­nież, kim jest Ava.

Skrzy­wi­łem się, sły­sząc, jak wy­po­wia­da jej imię. Za chu­ja mi się nie po­do­ba­ło, że mówi o niej. Wi­dzia­łem, że mu się po­do­ba, i to do­pro­wa­dza­ło mnie do kur­wi­cy.

– Jest moją żoną, to przede wszyst­kim, We­iss – od­po­wie­dzia­łem. – Nic in­ne­go mnie nie in­te­re­su­je i mo­żesz być pe­wien, że zro­bię wszyst­ko, aby trzy­mać ją z da­le­ka od tej wa­szej Rady i ca­łe­go syfu. Dość już mia­ła tego gów­na w ży­ciu.

– Nie do cie­bie na­le­ży de­cy­zja, Bras­si. Z two­ją zgo­dą czy bez, Ava zo­sta­nie ko­lej­ną Gwiaz­dą. De­cy­zje za­pa­dły wie­le lat temu i nie na­sza w tym rola, aby co­kol­wiek zmie­niać.

Po­chy­li­łem gło­wę, sta­ra­jąc się opa­no­wać na­ra­sta­jącą we mnie wście­kło­ść. Nikt nie mógł wpy­chać Avy na siłę w coś, co zde­cy­do­wa­nie nie było dla niej. Nie mia­łem na my­śli ślu­bu ze mną, choć i w tym wy­pad­ku nie za­py­ta­no jej, czy tego chce. Ale Rada? Może i la­lecz­ka Riny po­ra­dzi­ła­by so­bie z tymi ma­fij­ny­mi dup­ka­mi, ale bądźmy szcze­rzy… Jak ko­bie­ta mo­gła­by so­bie po­ra­dzić ze zwy­rod­nial­cem, któ­re­go przy­szło­by jej sądzić? Fakt, cza­sa­mi zo­sta­wia­my pew­ne spra­wy w przy­dat­nych rękach spra­wie­dli­wo­ści ame­ry­ka­ńskich słu­żb pa­ństwo­wych lub in­nych dar­mo­zja­dów. Coś im się od ży­cia i od nas też na­le­ży, a po­dat­ni­cy rów­nież chcą wi­dzieć, gdzie idą ich ci­ężko za­ro­bio­ne zie­lo­ne. Ale to tyl­ko płot­ki. Kil­ku di­le­rów, ja­kieś skrom­ne do­sta­wy pro­chów i pu­ka­wek, któ­re wpi­su­je­my so­bie w pla­no­wa­ne stra­ty. Od cza­su do cza­su pod­rzu­ci­my im coś wi­ęk­sze­go, żeby wci­ąż uda­wa­li, jak cho­ler­nie są po­trzeb­ni spo­łe­cze­ństwu.

Tych praw­dzi­wych skur­wie­li sądzi­my sami. Nie wie­rzy­my w płat­ną spra­wie­dli­wo­ść i śle­pą bo­gi­nię. Zbyt wie­le razy na­praw­dę tra­ci­ła wzrok na wi­dok bla­sku pie­ni­ędzy. Le­piej, gdy w ta­kich wy­pad­kach wy­mie­rze­nie spra­wie­dli­wo­ści spo­cznie w od­po­wied­nich rękach.

San­gue per san­gue, mor­te per mor­te1. Tego nikt nam nie od­bie­rze.

– Po co to wszyst­ko było, co? – za­py­ta­łem, ro­bi­ąc krok w jego stro­nę. – Po co te prze­bie­ran­ki, pod­cho­dy? To całe szko­le­nie? Nic z tego nie było praw­dzi­we, mam ra­cję?

Nie my­li­łem się, kur­wa! Im wi­ęcej o tym my­śla­łem, tym bar­dziej by­łem prze­ko­na­ny, że cała szop­ka z S.E.R.E.2 mia­ła za za­da­nie spraw­dze­nie mnie i wy­do­by­cie kon­kret­nych in­for­ma­cji. Nie o or­ga­ni­za­cji, ale o… Avie? Pró­bo­wa­łem so­bie przy­po­mnieć, co do­kład­nie o niej mó­wi­łem, ale po tak dłu­gim cza­sie sło­wa zu­pe­łnie wy­le­cia­ły mi z gło­wy. Z pew­no­ścią się nie zwie­rza­łem, bo je­dy­ną oso­bą, któ­ra zna­ła praw­dę o moim ma­łże­ństwie z Avą, był Se­ba­stia­no. Za­ufa­nie to nie coś, co od­naj­du­jesz przy drin­ku czy dwóch.

Za­zgrzy­ta­łem zęba­mi i wyj­mu­jąc ręce z kie­sze­ni spodni, pod­sze­dłem jesz­cze bli­żej. Za­trzy­ma­łem się, gdy dzie­lił nas nie wi­ęcej niż metr. Nie­wi­dzial­na gra­ni­ca jego prze­strze­ni oso­bi­stej. We­iss stał spo­koj­nie, jak­bym przed chwi­lą nie przy­je­bał mu w twarz, uży­wa­jąc do tego swo­jej gi­we­ry. Od­dy­chał mia­ro­wo, w jed­no­staj­nym ryt­mie. Wy­ćwi­czo­nym co do jed­nej pie­przo­nej se­kun­dy od­de­chem. Za­uwa­ży­łem, jak ciem­ne tęczów­ki po­chło­nęła cze­rń źre­nic. Tyl­ko uwa­żny ob­ser­wa­tor do­strze­głby rów­nież, jak na­pi­ął mi­ęśnie szyi i bar­ków. Przy­cza­ił się. Cze­kał na mój ruch…

Wła­śnie w tej chwi­li cho­ler­ne drzwi otwo­rzy­ły się z hu­kiem. Sap­nąłem, mie­ląc w ustach prze­kle­ństwo. Nie mu­sia­łem na­wet pa­trzeć, ta­kie we­jścia usku­tecz­niał tyl­ko Rina. Dziw­ne, że jesz­cze żad­nych drzwi nie roz­je­bał – po­my­śla­łem z wi­siel­czym hu­mo­rem.

– Tak ci­cho się tu­taj zro­bi­ło… – rzu­cił od pro­gu. – A ty co, Sant? Klub dys­ku­syj­ny za­ło­ży­łeś? Po chuj się z nim cac­kasz?

– Je­stem Emi­sa­riu­szem – stwier­dził z sar­ka­zmem We­iss.

– A nas to nie ob­cho­dzi – od­po­wie­dział Rina, po czym za­mknął za sobą drzwi. – Nie za­po­wie­dzia­łeś wi­zy­ty, tyl­ko wje­ba­łeś się do na­sze­go mia­sta jak do sie­bie. Mamy tu­taj two­je­go kum­pla, ty nie je­steś nam do ni­cze­go po­trzeb­ny.

– Znasz za­sa­dy, Rina – mruk­nął We­iss. – Nie ja wy­da­ję roz­ka­zy, a wiesz, czym one są dla nas. Je­stem tu­taj ze względu na Avę. Nie będę się wpie­przał do wa­szych spraw pod wa­run­kiem, że wa­sze de­cy­zje i dzia­ła­nia nie będą sta­no­wi­ły dla niej za­gro­że­nia.

– Se­rio, sta­ry? – szy­dzi­łem, kręcąc gło­wą. – Może jesz­cze mi za­raz jeb­niesz tek­stem, że moja żona ci się nie po­do­ba?

– Tego nie po­wie­dzia­łem – przy­znał.

Za­go­to­wa­ło się we mnie. Z bul­go­czącym w pier­si wark­ni­ęciem do­sko­czy­łem do nie­go, ła­pi­ąc za ko­szu­lę na pier­si. Zda­wa­łem so­bie spra­wę z tego, że su­kin­syn mógł z ła­two­ścią się uwol­nić. Był do­bry w wal­ce wręcz. O dzi­wo, na­wet nie wy­dał żad­ne­go od­gło­su, gdy szarp­nąłem nim jak lal­ką.

Za­mach­nąłem się pi­ęścią, któ­ra zde­rzy­ła się z twa­rzą pie­przo­ne­go Emi­sa­riu­sza.

– To moja żona, kur­wa! Spójrz tyl­ko na nią w nie­wła­ści­wy spo­sób, a wy­ślę cię z po­wro­tem do Gwa­te­ma­li w pu­de­łkach po za­pa­łkach. Zro­zu­mia­łeś?

– Sant, czło­wie­ku… Po chuj się z nim szar­piesz? Roz­wal gno­ja, a nasi chłop­cy z ra­do­ścią wje­bią go w be­ton. Ja nic nie wi­dzia­łem, żad­nych świad­ków, Amba Fa­ti­ma i Emi­sa­riu­sza ni ma.

Ależ ku­sząca per­spek­ty­wa – uzna­łem, uśmie­cha­jąc się zło­śli­wie. Jed­nak po chwi­li przy­szło otrze­źwie­nie. Nie wie­dzie­li­śmy, ilu jesz­cze ga­gat­ków ta­kich jak We­iss czy Mil­ler kręci­ło się w Los An­ge­les. Poza tym do­sko­na­le zda­wa­łem so­bie spra­wę, z kim przyj­dzie mi się zmie­rzyć. Zna­łem jego sztucz­ki, więc ra­czej ni­czym mnie nie za­sko­czy. No chy­ba że przez tych kil­ka lat na­uczył się la­tać.

– Ni­g­dy wi­ęcej nie chcę cię wi­dzieć przy Avie, ro­zu­miesz mnie, We­iss? – Szarp­nąłem nim jesz­cze raz i ode­pchnąłem od sie­bie. – Ni­g­dy. Kur­wa. Wi­ęcej!

Du­szący uścisk w pier­si wci­ąż przy­bie­rał na sile. Jezu Chry­ste! Za­bi­łbym skur­wie­la, nie przej­mu­jąc się tym, że wy­da­łbym na sie­bie wy­rok. Lu­dzie Rady byli nie do ru­sze­nia. Już sam fakt, że wkur­wia­li swo­ją obec­no­ścią i wci­ąż od­dy­cha­li w na­szej cza­so­prze­strze­ni, po­wi­nien do­bit­nie uzmy­sło­wić, że na­sze pra­wa mie­li po swo­jej stro­nie, a nie­kie­dy byli po­nad nimi. Tyle że te same pra­wa mó­wi­ły, że jak nie chcesz mieć uje­ba­nych ła­pek, to nie wy­ci­ągasz ich po cu­dzą ko­bie­tę. Jak dla mnie wy­star­cza­jące ostrze­że­nie, któ­re­go nie mia­łem za­mia­ru po­wta­rzać w nie­sko­ńczo­no­ść.

– Do­pil­nuj, żeby za­brał swo­je ma­ne­le – rzu­ci­łem do Se­ba­stia­na, co­fa­jąc się. Jak za­raz nie wyj­dę, roz­wa­lę go, sło­wo ho­no­ru. – Masz się trzy­mać od niej z da­le­ka, We­iss.

Od­wró­ci­łem się do nich ple­ca­mi i spo­koj­nie wy­sze­dłem z ga­bi­ne­tu. W ko­ry­ta­rzu cze­ka­ło kil­ku żo­łnie­rzy Riny i Umber­to. Pie­przo­ny Fran­co! To mu­siał być on, po­nie­waż nikt inny nie za­ła­twi­łby temu gno­jo­wi prze­pu­stek i swo­bod­ne­go do­stępu na to pi­ętro. Od kie­dy ko­bie­ta Riny za­częła pra­co­wać w tym miej­scu, on sam prze­nió­sł tu­taj maj­dan. Od razu też zwi­ęk­szo­no ochro­nę bu­dyn­ku i tego pi­ętra. Nikt bez au­to­ry­za­cji nie miał pra­wa tu­taj prze­by­wać.

– Gdzie jest moja żona? – wark­nąłem.

– Pa­nien­ka Ale­xia się nią za­jęła. – Umber­to po­spie­szył z od­po­wie­dzią. – Są w sali kon­fe­ren­cyj­nej.

Mil­cząc, mi­nąłem swo­je­go ka­pi­ta­na i skie­ro­wa­łem się do wspo­mnia­ne­go po­miesz­cze­nia. Jed­ne­go z wie­lu na tym pi­ętrze, po­sia­da­jące­go wszel­kie mo­żli­we urządze­nia za­kłó­ca­jące pod­słuch. Ze wszyst­kich sił sta­ra­łem się opa­no­wać ro­snącą z ka­żdym moim kro­kiem wście­kło­ść. Pies je­bał We­is­sa, czy jak on się na­praw­dę na­zy­wał. Będzie taka po­trze­ba, to usu­nę go z dro­gi i tyle.

– Spraw­dź na na­gra­niach z głów­ne­go holu i z tego pi­ętra, kie­dy do­kład­nie po­ja­wił się ten su­kin­syn.

– Mam wy­słać za nim na­szych lu­dzi?

– Nie, od razu ich za­uwa­ży. Spra­wi mu od cho­le­ry ra­do­chy, gdy będzie ich tar­gał po wszyst­kich me­li­nach, wie­dząc, że zło­żą mi ra­port z tych wy­cie­czek. Spraw­dź tyl­ko, ja­kim sa­mo­cho­dem je­ździ. Na ra­zie to wszyst­ko.

– Roz­kaz, sze­fie.

Za­trzy­ma­łem się przed drzwia­mi, wzi­ąłem głębo­ki od­dech i otwo­rzy­łem. Wi­dok bla­dej twa­rzy Avy roz­trza­skał mnie po­now­nie. Po­czu­łem dzi­ko bi­jące ser­ce. Kur­wa! Za­je­ba­łbym gno­ja! Nie miał pra­wa bez mo­jej zgo­dy na­wet z nią roz­ma­wiać! Cze­go on, do cho­le­ry, nie ro­zu­miał?

Ba­łem się, że ten su­kin­syn będzie chciał się ze­mścić, wy­ko­rzy­stu­jąc do tego wła­śnie ją. Prze­szło­ść po­wo­li upo­mi­na­ła się o za­pła­tę, ale za­mie­rza­łem zro­bić, co w mo­jej mocy, aby Ava była poza tym wszyst­kim.

2

Sebastiano

Fart i głu­pi przy­pa­dek. Tyl­ko tym mo­głem w tej chwi­li wy­tłu­ma­czyć fakt, że do­wie­dzia­łem się o roz­mo­wie Avy z tym pa­lan­tem. Ta moja mała ko­biet­ka chy­ba za­po­mnia­ła po­wie­dzieć swo­jej przy­ja­ció­łce, że w nie­któ­rych po­ko­jach są pod­słu­chy. Ba! Ka­za­łem na­szpi­ko­wać tym gów­nem ka­żdą jed­ną norę, od kie­dy to wła­śnie Ale­xia prze­jęła ste­ry w kon­sor­cjum. Nie­ofi­cjal­nie, oczy­wi­ście, ale nie z mo­jej winy, tyl­ko dla­te­go, że ta dziew­czy­na była w chuj upar­ta.

Ochro­na sys­te­ma­tycz­nie spraw­dza­ła na­gra­nia z pi­ętra za­rządu i ja­kież było moje zdzi­wie­nie, gdy nie­daw­no za­dzwo­ni­li do mnie z in­for­ma­cją, że żona San­ta ma ja­kieś spo­tka­nie z mężczy­zną. W do­dat­ku w tym bu­dyn­ku. Od razu po­wia­do­mi­łem Bras­sie­go.

Wra­ca­jąc do Emi­sa­riu­sza… Za­wsze mnie w nich wkur­wia­ło to, że zda­wa­li się wie­dzieć wszyst­ko o wszyst­kich. Na ten przy­kład – cho­ler­ny Mil­ler. Szko­da tyl­ko, że nie uprze­dził ko­le­gi po fa­chu, iż mój con­si­glie­re i przy­ja­ciel jest w chuj prze­wra­żli­wio­ny na punk­cie Avy. Gdy­by to zro­bił, fa­cet, na któ­re­go pa­trzy­łem te­raz z zim­nym uśmie­chem, nie do­ro­bi­łby się obi­tej mor­dy. Ale spo­ko, na­le­ża­ło mu się, bo jak Sant bije, to za­wsze ma po­wód.

– Mogę wie­dzieć, kim je­steś? – za­py­ta­łem, gdy zo­sta­li­śmy sami. – Ja­koś mój con­si­glie­re za­po­mniał nas so­bie przed­sta­wić.

Go­ściu tyl­ko coś mruk­nął, dys­kret­nie po­pra­wia­jąc ma­ry­nar­kę. Otrze­pał się jak pies, jak­by wci­ąż mu dy­mi­ło we łbie po mi­łym ge­ście San­ta. Nie ro­zu­mia­łem… Dla­cze­go ci skur­wie­le mnie nie słu­cha­li? A po­wta­rza­łem aż do znu­dze­nia: „Chcesz, ko­leś, żyć i cie­szyć się przy­ro­dze­niem? Łapy precz od Avy”. Tym ra­zem wie­dzia­łem, że tra­fi­ło San­ta, i to po­rząd­nie. Wy­star­czy­ło, że pra­wie rzu­cił się Glo­omo­wi do gar­dła. Tyl­ko Ava po­tra­fi­ła wy­pro­wa­dzić go z je­ba­nej rów­no­wa­gi. Tam­to za­uro­cze­nie, któ­re­go tak cho­ler­nie się wy­stra­szył, było za­po­wie­dzią tego, ja­kim fu­ria­tem będzie ten fa­cet, gdy ktoś za­gro­zi jego Avie.

Coś chy­ba tak jak ja i ta mała pe­tar­da, D’An­ge­lo, praw­da?

– Je­stem Emi­sa­riu­szem – po­wtó­rzył ochry­płym gło­sem, pa­trząc mi pro­sto w oczy. – Ju­lius We­iss, o ile chcesz znać aż ta­kie szcze­gó­ły, Rina.

Tra­fił mi się, kur­wa, ko­lej­ny za­dzior­ny Mil­ler. Jak­bym jed­ne­go nie miał dość. Nie zro­zum­cie mnie źle, ge­ne­ral­nie mia­łem ich w du­pie. Do­sko­na­le ro­zu­mia­łem San­ta, bo zro­bi­łem do­kład­nie to samo, żeby ochro­nić moją ko­bie­tę przed pie­przo­ną Radą. Niech so­bie znaj­dą inne la­ski, nie wiem, urządzą ca­sting czy lo­te­rię ma­fij­ną. Gów­no mnie to ob­cho­dzi­ło. To sam fakt, że ja­kiś szczur kręcił się przy na­szych ko­bie­tach, tak nas wkur­wiał.

Na­to­miast ten fa­cet… Do­kład­na ko­pia Mil­le­ra. Spo­koj­ny, zrów­no­wa­żo­ny, ca­łko­wi­cie wy­pru­ty z uczuć, ale tyl­ko po­zor­nie. W jego oczach pa­lił się pie­przo­ny ogień. Gdy­by był ta­kim rap­tu­sem jak Bras­si, mie­li­by­śmy tu­taj woj­nę.

– Oby­łbym się bez tego, ale dzi­ęki, przy­naj­mniej nie będę mu­siał ka­zać na­pi­sać na two­im na­grob­ku „John Doe”. Tym wła­śnie sko­ńczy się two­je za­in­te­re­so­wa­nie ko­bie­tą San­ta. Bo­le­sną i cho­ler­nie po­wol­ną śmier­cią – ostrze­głem.

Mil­czał, przy­gląda­jąc mi się uwa­żnie. Ko­lej­na rzecz, któ­ra ro­bi­ła z nie­go ko­pię Mil­le­ra. Ten wkur­wia­jący spo­kój, z ja­kim pa­trzy­li na oto­cze­nie.

– Za­nim się osta­tecz­nie po­że­gna­my… Po­wiedz mi, je­steś le­ka­rzem, tak jak Gray­son?

– Je­stem praw­ni­kiem – od­po­wie­dział i tym ra­zem wy­chwy­ci­łem w jego gło­sie nut­kę wy­zwa­nia.

Hmm… Praw­nik, tak? Czy­żby miał za­stąpić Fran­co? Wie­dzia­łem, że, tak jak oj­ciec, ten sta­ry wyga szy­ko­wał się na eme­ry­tu­rę i chciał wpro­wa­dzić w obo­wi­ąz­ki swo­je­go na­stęp­cę. Ale ten cały We­iss? Za chu­ja nie zgo­dzi­łbym się na to, żeby ktoś nie­po­wi­ąza­ny z Cosa No­strą przy­si­ęgą krwi miał do­stęp do spraw fa­mi­lii.

– Praw­ni­kiem – po­wtó­rzy­łem, a moje spoj­rze­nie spo­częło na roz­ło­żo­nych na sto­le kart­kach.

Kur­wa mać! Mia­łem złe prze­czu­cia co do tego fa­ce­ta i tego, co znaj­do­wa­ło się w tych pa­pier­kach. Zmru­ży­łem oczy, oce­nia­jąc We­is­sa nie tyl­ko jako za­gro­że­nie. Może i był w ja­ki­mś stop­niu sprzy­mie­rze­ńcem. Jak by nie było, dużo za­wdzi­ęcza­łem Mil­le­ro­wi, i przy­zna­ję to nie­ste­ty z nie­chęcią. Nie lu­bi­łem mieć dłu­gów wdzi­ęcz­no­ści. Tym bar­dziej u ko­goś po­kro­ju za­faj­da­ne­go dok­tor­ka.

Na­gle przy­po­mnia­ła mi się roz­mo­wa z Avą. Ta, w trak­cie któ­rej jeb­nęła drzwia­mi i kil­ka razy prze­rwa­ła mi wy­po­wie­dź. Do­kład­nie ta sama, w któ­rej za­żąda­ła unie­wa­żnie­nia ma­łże­ństwa z moim con­si­glie­re. Nie roz­wo­du, a wła­śnie unie­wa­żnie­nia. Po­mi­jam to, że Sant do­stał za­jo­ba na jej punk­cie i ni­g­dy nie po­zwo­li jej ode­jść. Tym ra­zem za­mie­rzał wa­ro­wać przy dziew­czy­nie jak pies.

Przez chwi­lę sku­pi­łem się na tym, cze­go za­czy­na­łem się do­my­ślać. Obie­ca­łem Avie, że praw­ni­cy przyj­rzą się uwa­żnie kon­trak­to­wi ma­łże­ńskie­mu, któ­ry po­łączył ją z Bras­sim. Miał się tym za­jąć Fran­co, ale za­wa­li­łem go spra­wa­mi fir­my, prze­jęcia za­rządu przez Ale­xię i nie uwa­ża­łem, żeby zdążył już ru­szyć z te­ma­tem. Jed­nak ani Fran­co, ani ża­den z na­szych praw­ni­ków nie pod­jąłby się re­pre­zen­to­wa­nia Avy. Nie dla­te­go, że to ko­bie­ta, a w na­szym świe­cie roz­wód prak­tycz­nie nie ist­nie­je. Nie dla­te­go, że chcia­ła unie­wa­żnić ma­łże­ństwo. Nie dla­te­go, że była je­dy­ną ży­jącą dzie­dzicz­ką ca­łe­go im­pe­rium Man­cu­so.

To przez San­ta… Nikt zdro­wy na umy­śle, po­sia­da­jący choć odro­bi­nę zdro­we­go roz­sąd­ku i in­stynk­tu prze­trwa­nia nie od­wa­ży­łby się sta­nąć na jego dro­dze. Tak jak był opa­no­wa­ny w spra­wach or­ga­ni­za­cji, tak zu­pe­łnie tra­cił gło­wę, gdy w grę wcho­dzi­ła ta ru­do­wło­sa dziew­czy­na. Jego cho­ler­ne prze­kle­ństwo.

I chy­ba wła­śnie to prze­kle­ństwo po­sta­no­wi­ło ru­szyć spra­wę na wła­sną rękę. Ja pier­do­lę, będzie dym, wspo­mni­cie moje sło­wa.

– Je­steś praw­ni­kiem Avy, nie mylę się, praw­da?

– Nie mam obo­wi­ąz­ku od­po­wia­dać na ta­kie py­ta­nia – od­pa­rł, ale na­wet nie drgnął, gdy pod­sze­dłem do sto­łu.

Chwy­ci­łem w pal­ce pierw­szą z le­żących tam kar­tek i, jak się tego spo­dzie­wa­łem, był to frag­ment kon­trak­tu ślub­ne­go. Głu­pia dziew­czy­na! Wy­da­wa­ło mi się, że jako jed­na z nie­wie­lu osób na tym pie­przo­nym świe­cie Ava do­sko­na­le po­zna­ła San­ta. Po tym, co on ostat­nio od­pier­da­lał, je­że­li cho­dzi­ło o nią, po­win­na wie­dzieć, jak fa­cet za­re­agu­je.

– Masz ży­cze­nie śmier­ci, jak sądzę. Po chuj wzi­ąłeś spra­wę, w któ­rej z góry je­steś na prze­gra­nej po­zy­cji?

– Nie­ko­niecz­nie… – Prze­krzy­wił gło­wę, pa­trząc na mnie z wy­zwa­niem. – Je­stem sku­tecz­niej­szy, niż my­ślisz.

– A Sant bar­dziej niż zde­ter­mi­no­wa­ny – od­po­wie­dzia­łem, od­rzu­ca­jąc pa­pie­rek na stół. – Je­że­li sądzisz, że tym spo­so­bem uda ci się zbli­żyć do dziew­czy­ny, to ra­czej prze­my­śl to jesz­cze raz. My pil­nu­je­my swo­ich ko­biet.

– Jej będzie le­piej bez nie­go.

– To two­je pry­wat­ne zda­nie czy ona ci to po­wie­dzia­ła? – za­kpi­łem. – Nie to­bie oce­niać ich zwi­ązek. Do­brze ci ra­dzę, Emi­sa­riu­szu. Wara od Avy. Je­że­li coś sta­nie się San­to­wi, dziew­czy­na będzie pod moją opie­ką. Nie po­zwo­lę jej skrzyw­dzić, do­kład­nie tak jak Sant by nie po­zwo­lił. Zro­zu­mia­łeś?

– Na­wet kosz­tem wy­wo­ła­nia woj­ny po­mi­ędzy or­ga­ni­za­cja­mi?

– Na­wet, kur­wa, świa­to­wej, je­że­li zaj­dzie taka po­trze­ba – za­pew­ni­łem co­raz bar­dziej wkur­wio­ny.

Fa­cet, o dzi­wo, nie za­re­ago­wał, a przy­naj­mniej nie tak, jak bym tego ocze­ki­wał. Nie pod­jął dal­szej dys­ku­sji, nie prze­rzu­cał się ar­gu­men­ta­mi, ko­lej­ny­mi idio­tycz­ny­mi py­ta­nia­mi. Dziw­ne, że w ogó­le je za­dał. Nie ob­cho­dzi­ło mnie, jak ta­kie spra­wy mia­ły się w in­nych or­ga­ni­za­cjach, ale od sa­me­go po­cząt­ku da­łem wy­ra­źnie znać, że Sant jest na rów­ni ze mną. Czy to ja rządzę, czy to jemu przy­pad­nie kie­dyś w udzia­le ta fu­cha – je­den pies. Dzie­rży­li­śmy wła­dzę wspól­nie. Jego wróg był moim śmier­tel­nym wro­giem, jego przy­ja­ciel zo­sta­wał moim przy­ja­cie­lem. Je­że­li coś by mu się sta­ło… Bo ja wiem? Trzep­nąłby go pio­run z bez­chmur­ne­go nie­ba, wje­ba­łby się pod wa­lec czy za­pił na śmie­rć, wszyst­ko, co jego, było rów­nież moje. To, co on chro­nił, chro­ni­łem i ja. To dzia­ła­ło w oby­dwie stro­ny i gdy­by kie­dyś przy­szło mi po­że­gnać się z ży­ciem, wie­dzia­łbym, że Sant za­dba o moją ro­dzi­nę jak o swo­ją wła­sną. Ava na­le­ża­ła nie tyl­ko do nie­go. Po­zo­sta­wa­ła pod na­szy­mi skrzy­dła­mi, a to dla nas pie­przo­na świ­ęto­ść.

Przy­pa­try­wa­łem się We­is­so­wi i jego spo­koj­nym ru­chom, gdy zbie­rał do­ku­men­ty i cho­wał je do skó­rza­nej tecz­ki, a wte­dy przy­szło mi do gło­wy coś jesz­cze… Czy to mo­żli­we, żeby skur­wiel oka­zał się sa­mo­bój­cą?

– Pod­pu­ści­łeś San­ta – rzu­ci­łem z na­głym olśnie­niem. – Chcia­łeś, żeby się wście­kł, ale nie mam po­jęcia, po jaki chuj.

Mężczy­zna odło­żył tecz­kę i po­now­nie na mnie spoj­rzał. Z wi­ęk­szym spo­ko­jem niż chwi­lę wcze­śniej. Wy­glądał, jak­by bił się z my­śla­mi, za­sta­na­wiał, jak dużo może mi po­wie­dzieć. Za­cho­wy­wał się jak pie­przo­ny Gray­son. Czy oni ho­du­ją ta­kich typ­ków w pro­bów­kach? Nikt, ża­den, kur­wa, czło­wiek nie po­tra­fi aż tak się ma­sko­wać, po­wstrzy­mu­jąc na­tu­ral­ne in­stynk­ty. Jak dają ci w pysk, od­da­jesz. A jed­nak We­iss po­zwo­lił so­bie wje­bać i na­wet nie pró­bo­wał się za­sło­nić.

– Wiesz, o jaką staw­kę to­czy się wal­ka – ode­zwał się po dłu­ższej chwi­li mil­cze­nia. – Rada musi się od­ro­dzić i gdy nad tym spo­koj­nie po­my­ślisz, Rina, od­rzu­ca­jąc wła­sne uprze­dze­nia, przy­znasz mi ra­cję. Or­ga­ni­za­cje ro­sną w siłę, któ­rej nic i nikt poza bos­sem nie kon­tro­lu­je. A oni ro­bią, co chcą, bo nie ma ni­ko­go, kto przy­kró­ci­łby im cu­gle.

– I we­dług cie­bie mają to zro­bić czte­ry sła­be ko­bie­ty? – za­kpi­łem.

– Czy na pew­no są sła­be? Po­wie­dzia­łbyś tak o swo­jej? Że jest sła­ba? – Zmarsz­czy­łem brwi, bo gdy­bym wy­sko­czył z tym tek­stem do mo­jej pe­tar­dy, zo­ba­czy­łbym ta­kie fa­jer­wer­ki, że do pó­źnej sta­ro­ści wi­dzia­łbym bły­ski i sły­szał trza­ski. – A Ava? Ja nie do­strze­gam w niej żad­nej sła­bo­ści. Może tyl­ko poza jej wspó­łczu­ciem, ale i to czy­ni z niej sil­ną ko­bie­tę.

– A ta sil­na ko­bie­ta ma męża, przy­po­mi­nam. Zo­staw ich w spo­ko­ju, We­iss. Wbrew temu, co sądzisz, Ava ufa San­to­wi, a on po­sze­dłby za nią w pie­przo­ny ogień.

– Wiem o tym – mruk­nął, za­ci­ska­jąc pal­ce na rącz­ce tecz­ki. – Masz ra­cję, Rina. Za­mie­rza­łem spro­wo­ko­wać Bras­sie­go. Sły­sza­łem, że stał się nie­co prze­wra­żli­wio­ny na punk­cie swo­jej żony, ale wiesz… Chcia­łem się prze­ko­nać, jak bar­dzo. – Na po­twier­dze­nie prze­su­nął pal­ca­mi le­wej dło­ni po obi­tej i pęk­ni­ętej skó­rze na twa­rzy.

Uśmiech­nął się z tym wkur­wia­jącym gry­ma­sem, za któ­ry mia­łem ocho­tę przy­wi­tać go z moją czter­dziest­ką czwór­ką. Dla rów­no­wa­gi i zmy­słu es­te­tycz­ne­go przy­je­bać mu w dru­gi po­li­czek.

– Wiesz, że na­stęp­nym ra­zem Sant cię za­bi­je?

– Mam tego świa­do­mo­ść. Jed­nak je­stem Emi­sa­riu­szem i moim za­da­niem jest strzec Avy Man­cu­so – od­po­wie­dział twar­dym to­nem, pro­stu­jąc się, jak­by skła­dał przy­si­ęgę. – Sy­tu­acja w Chi­ca­go jest nie­sta­bil­na, Rina. Dzia­dek Avy zro­bi wszyst­ko, żeby zdo­być wy­łącz­ną kon­tro­lę nad jej ma­jąt­kiem. Je­że­li my­ślisz, że sta­ry Oleg Mi­ro­nov był cho­rym su­kin­sy­nem i psy­cho­pa­tą, to zna­czy, że nie znasz don Fal­co­ne. Pil­nuj­cie Avy, bo sta­ry spu­ścił z ła­ńcu­cha wście­kłe psy. Za­ata­ku­ją, gdy naj­mniej będzie­cie się tego spo­dzie­wać.

– Skąd o tym wiesz? – wy­sy­cza­łem, za­ci­ska­jąc pi­ęści.

– To mój obo­wi­ązek, Rina. Wiem, że Sant mnie nie po­słu­cha, dla­te­go mó­wię to to­bie. W ra­zie cze­go zo­sta­wi­łem na biur­ku wi­zy­tów­kę. Za­dzwo­ńcie, gdy­by­ście cze­goś po­trze­bo­wa­li.

– To będzie jego de­cy­zja – rzu­ci­łem, gdy mi­nął mnie, kie­ru­jąc się w stro­nę drzwi.

Wie­dzia­łem, że wi­ęcej się nie ode­zwie. Noż kur­wa, jak­bym ga­dał z Mil­le­rem. Usia­dłem na brze­gu biur­ka i cze­ka­łem na wła­ści­wy mo­ment.

– We­iss!

Za­trzy­mał się w otwar­tych drzwiach. Wi­dzia­łem mo­ich żo­łnie­rzy sto­jących w ko­ry­ta­rzu. Nie ści­ągnąłem ich tu­taj z uwa­gi na tego gost­ka. Ba­łem się, że Sant zro­bi roz­pier­du­chę, co w grun­cie rze­czy nie by­ło­by dla mnie za­sko­cze­niem.

Cze­ka­łem, aż We­iss spoj­rzy na mnie. Ob­ró­cił się po­wo­li, wy­ćwi­czo­nym ru­chem. Sta­nął w taki spo­sób, aby wi­dzieć mo­ich lu­dzi. Unió­sł brew, wy­krzy­wia­jąc usta w uśmie­chu. Wie­dział, że za­uwa­ży­łem to, co zro­bił. Cho­ler­ny ma­fij­ny klaun.

– Ona na­zy­wa się Ava Bras­si. Ra­dzę to za­pa­mi­ętać.

Emi­sa­riusz tyl­ko się uśmiech­nął i wy­sze­dł od­pro­wa­dza­ny po­mru­ki­wa­niem mo­ich żo­łnie­rzy. Za­sta­na­wia­łem się, i to od daw­na, co mają w so­bie te dwie ko­bie­ty, że do­ro­śli fa­ce­ci do­sta­wa­li na ich punk­cie pier­dol­ca? Wsta­łem i wsu­nąłem do kie­sze­ni wi­zy­tów­kę We­is­sa. Może i się przy­da – po­my­śla­łem. Pod wa­run­kiem, że Sant nie do­wie się, iż Ava za jego ple­ca­mi zna­la­zła praw­ni­ka go­to­we­go zmie­rzyć się z całą po­tęgą ame­ry­ka­ńskiej Cosa No­stry i jed­nym za­ko­cha­nym we wła­snej żo­nie fa­ce­tem.

W prze­ciw­nym wy­pad­ku… ten su­kin­syn mógł zro­bić coś ku­rew­sko sza­lo­ne­go.

3

Ava

Ma­cie nie­kie­dy prze­czu­cie, gdy wsta­je­cie rano, że nad­cho­dzący dzień będzie w cho­le­rę cu­dow­ny? Albo wręcz prze­ciw­nie, wszyst­ko w was krzy­czy, że­by­ście zo­sta­ły w domu i nie pro­wo­ko­wa­ły prze­zna­cze­nia? Wła­śnie coś ta­kie­go przy­da­rzy­ło mi się tego ran­ka i na­praw­dę ża­ło­wa­łam, że nie po­słu­cha­łam gło­su roz­sąd­ku, któ­ry ka­zał mi nie wy­cho­dzić z łó­żka.

Już po­przed­ni dzień był dia­bel­nie dziw­ny. Śmia­ło mogę po­wie­dzieć, że spo­tka­nie Lexi to naj­lep­sze, co mo­gło mnie spo­tkać. Do­pie­ro za­czy­na­łam ją tak na­praw­dę po­zna­wać, ale chwi­la­mi mia­łam wra­że­nie, że znam ją całe ży­cie. W ta­kich wła­śnie mo­men­tach ża­ło­wa­łam, że jed­nak tak nie było, ale prze­cież nie mo­żna mieć wszyst­kie­go.

Jej mama oka­za­ła się słod­ką i pe­łną cie­pła oso­bą. Pod­czas gdy pa­no­wie spędzi­li kil­ka go­dzin za­mkni­ęci w bi­blio­te­ce, ta uro­cza ko­biet­ka za­go­ni­ła nas do kuch­ni. Wspól­nie przy­go­to­wa­ły­śmy ko­la­cję. Bras­si, gdy wy­szli, miał dziw­nie po­wa­żną minę, tak jak i po­zo­sta­li mężczy­źni. Spra­wia­li wra­że­nie znie­cier­pli­wio­nych. Wy­mie­nia­li co chwi­lę dziw­ne spoj­rze­nia, prze­ka­zu­jąc so­bie ja­kieś za­szy­fro­wa­ne in­for­ma­cje. Czy tyl­ko ja to za­uwa­ży­łam? Lexi przez cały czas spra­wia­ła wra­że­nie spo­koj­nej i zre­lak­so­wa­nej. Kil­ka razy za­uwa­ży­łam, że bacz­nie mnie ob­ser­wu­je, uno­sząc iro­nicz­nie brwi.

Wie­dzia­łam, do cze­go pije, przy­znam szcze­rze. Wy­star­czy­ło kil­ka mi­nut w jej to­wa­rzy­stwie, a ta zwęszy­ła ro­mans stu­le­cia. No daj­cie spo­kój! Kto jak kto, ale ja i Bras­si? Do­brze, przy­znam, że co­raz trud­niej przy­cho­dzi­ło mi opie­ra­nie się jego cho­ler­nym sztucz­kom. Pa­lił mnie do­ty­kiem, pa­lił go­rącym spoj­rze­niem. Cała drża­łam i ci­ężko od­dy­cha­łam, gdy ten mężczy­zna znaj­do­wał się bli­sko mnie.

Nie tak po­win­no się to po­to­czyć, do li­cha! Bras­si miał być do ko­ńca cho­ler­nym dra­niem, a oka­zał się wiel­kim ku­sze­niem. Cza­sa­mi na­cho­dzi­ły mnie wąt­pli­wo­ści, czy to na­praw­dę było szcze­re. Wy­sko­czył z tym ca­łym za­ko­cha­niem tam­tej nocy, gdy gry­zące du­szę su­mie­nie wal­czy­ło z roz­sąd­kiem, nie po­zwa­la­jąc mi spać. Ale to tyl­ko chwi­le, po nich na­stępu­je cała masa in­nych emo­cji, z któ­ry­mi za­czy­na­łam so­bie nie ra­dzić. Co te­raz? Uru­cho­mi­łam ma­szy­nę, a czło­wiek, któ­ry zde­cy­do­wał się mi po­móc, sta­nął twa­rzą w twarz z wście­kłym Bras­sim.

– W po­rząd­ku, Avo?

Spoj­rza­łam na po­chy­lo­ną nade mną Ale­xię. Chy­ba mu­sia­łam być w szo­ku, gdy wy­pro­wa­dza­no mnie z tam­te­go ga­bi­ne­tu, bo za cho­le­rę nie pa­mi­ęta­łam, jak zna­la­złam się w tym wiel­kim po­ko­ju. Sie­dzia­łam przy du­żym szkla­nym sto­le, sta­ra­jąc się uspo­ko­ić po tym, co się sta­ło kil­ka mi­nut temu. Drżące dło­nie za­ci­ska­łam na szklan­ce wy­pe­łnio­nej wodą.

– Avo, za­bie­ram cię do domu.

Drgnęłam, gdy tyl­ko Bras­si sta­nął w drzwiach i spoj­rzał na mnie błysz­czący­mi ocza­mi. Pró­bo­wa­łam wy­czy­tać z nich, co wła­ści­wie się sta­ło, ale ten mężczy­zna do­sko­na­le po­tra­fił nad sobą pa­no­wać. Fu­ria, któ­rą wi­dzia­łam wcze­śniej na jego twa­rzy, znik­nęła, zo­sta­wia­jąc je­dy­nie ślad mro­ku w oczach. Moje spoj­rze­nie od razu prze­su­nęło się w dół, do dło­ni, któ­re przy­ci­skał do umi­ęśnio­nych ud. Za­czer­wie­nio­ne kost­ki, krew sącząca się z pęk­ni­ętej skó­ry. Chry­ste!

– Co z…

– Po­roz­ma­wia­my w domu – prze­rwał mi zde­cy­do­wa­nie.

Wsta­łam na drżących no­gach i od razu po­ja­wi­ła się przy mnie Lexi. Była bu­fo­rem po­mi­ędzy mną a wi­docz­ną już na pierw­szy rzut oka fu­rią tego mężczy­zny.

– San­ti­no…

– Daj spo­kój, D’An­ge­lo – mruk­nął, za­ci­ska­jąc gniew­nie szczęki. – Dzi­ęki, że za­jęłaś się moją Avą, ale te­raz ją za­bie­ram. Od po­cząt­ku nie po­do­bał mi się ten po­my­sł.

– Masz na my­śli pra­cę? – Szarp­nęła gło­wą, rzu­ca­jąc mi za­cie­ka­wio­ne spoj­rze­nie. – Roz­ma­wia­li­śmy już o tym, San­ti­no. Nie mo­żesz trzy­mać Avy pod klu­czem.

– Mogę, je­że­li uznam to za ko­niecz­ne. Je­den dzień, Ale­xia… Wy­star­czył je­den dzień, a wszyst­ko za­częło się je­bać.

– O czym mó­wisz?

– Za­bra­łaś mi ją na ja­kieś dur­ne za­ku­py. I co? Mało bra­ko­wa­ło, że­by­ście zo­sta­ły po­bi­te. Nie będę przy­my­kał oczu na eska­pa­dy, w któ­re wci­ągasz moją żonę.

Za­ci­snęłam usta, po­wstrzy­mu­jąc po­tok słów i prze­kle­ństw. Czy wy to sły­szy­cie? Czy sam Bras­si sie­bie sły­szał? Noż lu­dzie ko­cha­ni, on chy­ba po­stra­dał ro­zum, je­że­li my­ślał, że po­zwo­lę się zno­wu za­mknąć. Co z tego, że mo­głam po­ru­szać się po re­zy­den­cji? Wi­ęzie­nie, na­wet tak luk­su­so­we, po­zo­sta­je wi­ęzie­niem, a na­wet w tych o za­ostrzo­nym ry­go­rze ska­za­ni wy­cho­dzą na spa­cer­niak. Mój miał ko­lor so­czy­stej tra­wy, o któ­rą dba­ła cała ar­mia ogrod­ni­ków. Ale da­lej… To tyl­ko spa­cer­niak, po któ­rym mo­żna się prze­jść.

Nie ma mowy!

Zro­bi­łam krok do przo­du, sta­jąc przed Ale­xią. By­łam już dużą dziew­czyn­ką i po­tra­fi­łam sama pro­wa­dzić bi­twy.

– Cho­dźmy, ko­cha­nie.

– Je­stem w pra­cy, gdy­byś tego nie za­uwa­żył – rzu­ci­łam z sar­ka­zmem, krzy­żu­jąc ra­mio­na. – Ni­g­dzie się nie wy­bie­ram.

Chwi­lę trwa­ło, za­nim moje sło­wa do­ta­rły do Bras­sie­go. Przez mo­ment wy­glądał, jak­by my­ślał nad czy­mś, a po­tem na jego twa­rzy po­ja­wił się uśmiech. Ten cho­ler­ny gry­mas, któ­ry ro­bił mi taki ba­ła­gan w gło­wie. Mężczy­zna zmie­rzył mnie go­rącym spoj­rze­niem. Za­czął od czub­ków bu­tów na wy­so­kim ob­ca­sie, su­nął w górę po no­gach, za­ha­czył o brzeg krót­kiej su­kien­ki z okrągłym de­kol­tem. Gdy do­ta­rł do oczu, po za­dzior­nym uśmie­chu nie było już śla­du.

– Czy ty war­czysz? – za­py­ta­łam za­sko­czo­na, gdy usły­sza­łam ten dźwi­ęk.

Przy­szło mi do gło­wy, że on w ogó­le bar­dzo często war­czał, ale głów­nie na mężczyzn. Wark­nął na­wet na Umber­ta, gdy ka­zał mu mnie wy­pro­wa­dzić. Jesz­cze nie roz­gry­złam po­wo­dów ta­kie­go dziw­ne­go za­cho­wa­nia, ale za­sta­na­wia­łam się, dla­cze­go to mnie te­raz ura­czył swo­im zwie­rzęcym ja.

– Ja­kim cu­dem nie wi­dzia­łem tej na­miast­ki su­kien­ki w two­jej gar­de­ro­bie? – mruk­nął, zbli­ża­jąc się do mnie. – Nic dziw­ne­go, że ten skur­wiel nie po­tra­fił ode­rwać śle­pi od two­ich cyc­ków.

– San­ti­no, na Boga!

– Mo­żesz zo­sta­wić nas sa­mych, Ale­xio?

– Ale…

– Prze­cież jej nie ude­rzę, do cho­le­ry!

– Nie martw się, Lexi – za­pew­ni­łam, co­raz bar­dziej wku­rzo­na na tego gbu­ra. – Ni­g­dy mnie nie ude­rzył, ale jak tyl­ko spró­bu­je, od­dam mu.

Bras­si spoj­rzał na mnie, aż za­drża­ły mi nogi, i po­słał uśmiech, wkła­da­jąc dło­nie do kie­sze­ni spodni. Skie­ro­wał wzrok na nie­zde­cy­do­wa­ną Ale­xię i uno­sząc brwi, ru­chem bro­dy wska­zał jej wy­jście. Dziew­czy­na sap­nęła i po­ma­sze­ro­wa­ła w tam­tym kie­run­ku. Po­sła­ła mi ostat­nie spoj­rze­nie i mru­gnęła okiem, po czym za­mknęła za sobą drzwi.

Jezu! Ona była na­praw­dę nie­mo­żli­wa. Kil­ka go­dzin w jej to­wa­rzy­stwie, a już wie­dzia­łam, że uwiel­bia pro­wo­ko­wać don Rinę. Najśmiesz­niej­sze w ich re­la­cji po­zo­sta­wa­ło to, że fa­cet świa­ta poza nią nie wi­dział. To, jak na nią pa­trzył… Ka­żda dziew­czy­na ma­rzy­ła o mężczy­źnie, któ­ry będzie po­że­rał ją wzro­kiem.

Nie tak, jak sto­jący przede mną cho­ler­ny Bras­si, za­pew­niam.

– Ode­zwał się znaw­ca ko­bie­cych cyc­ków – rzu­ci­łam z prze­kąsem, wra­ca­jąc do jego ko­men­ta­rza. – Kto jak nie ty po­wi­nien naj­wi­ęcej wie­dzieć o tej części ko­bie­cej ana­to­mii, praw­da? Na­pa­trzy­łeś się, na­ma­ca­łeś, co, Bras­si?

– Mnie in­te­re­su­ją tyl­ko two­je cyc­ki, ko­cha­nie – od­po­wie­dział, ob­li­zu­jąc usta. – I cho­ler­nie nie po­do­ba mi się, że wy­sta­wiasz je na wierzch.

– Moje, to je wy­sta­wiam, to­bie nic do tego.

– Błąd, ko­cha­nie. Te cyc­ki na­le­żą do mnie, tak jak i ty. – Ochry­pły głos Bras­sie­go wy­wo­ły­wał na moim cie­le dziw­ne dresz­cze. – Na­stęp­nym ra­zem za­sta­nów się, czy chcesz mieć na su­mie­niu tych na­pa­lo­nych idio­tów, któ­rzy na cie­bie spoj­rzą.

– Po­słu­chaj mnie, prze­klęty psie ogrod­ni­ka – wy­sy­cza­łam, ude­rza­jąc pal­cem w twar­de mi­ęśnie klat­ki pier­sio­wej. Czy to on pod­sze­dł do mnie, czy to ja w gnie­wie się zbli­ży­łam? Bez zna­cze­nia, po­nie­waż za­pach tego fa­ce­ta zno­wu za­czął mącić mi w gło­wie. – To biu­ro, a nie je­den z two­ich prze­klętych klu­bów. Tu­taj pra­cu­je się gło­wą, a nie ty­łkiem czy cyc­ka­mi, jak to mają w zwy­cza­ju two­je pa­nien­ki. To, że ty ko­rzy­sta­łeś z do­bro­dziej­stwa in­wen­ta­rza, i to na­der często, nie ozna­cza, że…

– Prze­stań, do cho­le­ry! – wy­sy­czał, przy­ci­ąga­jąc mnie do pier­si. Jęk­nęłam, czu­jąc, jak wbi­ja bio­dra w moje pod­brzu­sze. Od­dy­chał gwa­łtow­nie i cały drżał. – To prze­szło­ść… Chcę tyl­ko cie­bie, Avo… – wy­szep­tał w moją szy­ję.

Chry­ste! Czy on mnie wła­śnie wąchał? Jak z nim wal­czyć, gdy wła­sne cia­ło za­czy­na­ło mnie zdra­dzać?

Bras­si, niech cię szlag!

Przypisy

1San­gue per san­gue, mor­te per mor­te (wł.) – Krew za krew, śmie­rć za śmie­rć

2 S.E.R.E. – Su­rvi­val, Eva­sion, Re­si­stan­ce, Esca­pe – prze­trwa­nie, uni­ka­nie, opór w nie­wo­li, uciecz­ka. Pro­gram szko­le­nio­wy, któ­ry przy­go­to­wu­je per­so­nel woj­sko­wy USA, oso­by cy­wil­ne De­par­ta­men­tu Obro­ny Sta­nów Zjed­no­czo­nych oraz pry­wat­nych kon­tra­hen­tów do prze­trwa­nia i „po­wro­tu z ho­no­rem” w sce­na­riu­szach prze­trwa­nia.

Co­py­ri­ght © for the text by Le­onia Oscar

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Pro­jekt okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład, ła­ma­nie i przy­go­to­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68916-65-2