Będę twoim końcem - Laura Savaes - ebook + książka
NOWOŚĆ

Będę twoim końcem ebook

Laura Savaes

4,8

805 osób interesuje się tą książką

Opis

Romans sensacyjny między wrogami stojącymi po przeciwnych stronach prawa. Ich zakazane uczucie nie pozwoli ci złapać tchu do ostatniej strony.

Potwory nie rodzą się same. Ktoś musi je stworzyć.

Babylon City umiera powoli – od środka. Elity miasta padają ofiarą brutalnych, egzekucji dokonywanych przez grupę zamaskowanych terrorystów o nazwie Prawdziwi Bogowie. Każde kolejne morderstwo pogrąża ulice w strachu, a śledztwo ani trochę nie przybliża władz do odpowiedzi na najważniejsze pytania: kim są sprawcy i czego chcą?

Kiedy służbom udaje się potajemnie schwytać jednego z członków organizacji, znanego jako Z, do tajnego ośrodka zostaje wysłana zastępczyni prokuratora okręgowego, Lou Harlow. Ma jedno zadanie: zdobyć informacje, których nie zdołały wydobyć ani groźby, ani tortury.

Problem w tym, że Z nie przypomina przestępców, z jakimi prokuratorka miała wcześniej do czynienia. Magnetyczny, niepokojąco inteligentny i całkowicie pozbawiony strachu, szybko zamienia każde przesłuchanie w niebezpieczny pojedynek psychologiczny. Prowokuje Lou, podważa jej przekonania i zmusza do zadawania pytań, których ta od lat unikała. A do tego patrzy na nią tak, jak nikt jeszcze nigdy nie patrzył.

Im bliżej Lou poznaje człowieka, którego kazano jej złamać, tym bardziej rozpada się dla niej świat, w który dotąd wierzyła. Z czasem więź rodząca się między nią i terrorystą staje się już niemożliwa do ukrycia. Kobieta jest rozdarta między obowiązkiem a uczuciami i już sama nie wie kto jest prawdziwym wrogiem. Ci, którzy noszą maski, czy raczej ci, których twarze zna całe miasto?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 398

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (37 ocen)
34
1
1
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Agataaa96

Nie oderwiesz się od lektury

wooow. nie mogłam sie oderwac od ksiazki chociaz poczatek był dla mnie cieżki. to juz 2 ksiazka tej autorki i na prawde daje znoau jej 5 na 5 . bardzo ciekawy watek z tymi Prawdziwymi Bogami ,chetnie bym poznala ich dalsze losy ,w szczegolnlsci G
51
Arczi4444

Nie oderwiesz się od lektury

Jeżeli szukasz czegoś, przez co w pewnym momencie podrywasz się z siedzenia i próbujesz nie krzyczeć z frustracji, to jest to pozycja dla Ciebie. Trzyma w napięciu, oj trzyma... Musiałam przeczytać na raz, inaczej się nie dało. Polecam! Doskonale zbudowana historia.
Paulikaw

Nie oderwiesz się od lektury

wielki WOW....🤩 poprostu nie mogłam sie oderwać. Dawo żadna książka mnie tak nie wciągnęła do tego stopnia żeby przy trójce dzieci zarwać noc i opóźnić się z obiadem!!!😱 muszę przyznać że bardzo dobra i chciałabym więcej tego typu książek. ciekawa jestem czy będzie kolejna historia bo nie ukrywam że ciekawa jestem jak potoczą się losy Ghosta
41
palina1313

Nie oderwiesz się od lektury

Wiem, że kiedyś przeczytam ją jeszcze raz. Uwielbiam wracać do dobrych książek 😍
31
Agataazet

Nie oderwiesz się od lektury

Mega wciągajaca książka!
31



Redaktorka prowadząca: Ewelina Kapelewska

Wydawczyni: Ewelina Kapelewska

Redakcja: Adrianna Łomnicka

Korekta: Małgorzata Lach

Projekt okładki: Paulina Walachowska

Ilustracje na okładce, wyklejce i stronach rozdziałowych: © Paulina Walachowska

Copyright © 2026 by Laura Savaes

Copyright © 2026, Bliss an imprint of Wydawnictwo Kobiece sp. z o.o.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8466-040-9

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Playlista

Prolog:Star – Valley James

Rozdział 1:Run This Town – Jay-Z ft. Rihanna & Kanye West

Rozdział 2:Rapture – Evanescence

Rozdział 3:Warriors – Imagine Dragons

Rozdział 4:Sucker for Pain – Lil Wayne, Wiz Khalifa, Imagine Dragons

Rozdział 5:Zombie – Bad Wolves

Rozdział 6:Natural – Imagine Dragons

Rozdział 7:I Just Want You – Ozzy Osbourne

Rozdział 8:Popular Monster – Falling in Reverse

Rozdział 9:Take What You Want – Post Malone ft. Ozzy Osbourne & Travis Scott

Rozdział 10:Believer – Imagine Dragons

Rozdział 11:Specter – Bad Omens

Rozdział 12:Villain – From Ashes to New

Rozdział 13:One of Us – The World Alive ft. Bad Omens

Rozdział 14:The Monster – Eminem ft. Rihanna

Rozdział 15:Come Undone – Bad Omens

Rozdział 16:Animals – Maroon 5

Rozdział 17:Dying to Love – Bad Omens

Rozdział 18:Love the Way You Lie – Eminem ft. Rihanna

Rozdział 19:Left For Good – Bad Omens

Rozdział 20:Two Faced – Linkin Park

Rozdział 21:The Death of Peace of Mind – Bad Omens

Rozdział 22:Gangsta – Kehlani

Rozdział 23:God Is a Weapon – Falling in Reverse ft. Marilyn Manson

Rozdział 24:Afterlife – Evanescence

Epilog: Just Pretend – Bad Omens

Link

Od autorki

Ta powieść zawiera sceny przemocy, morderstwa, manipulacji i tortur oraz obraz trudnych relacji romantycznych, które nie stanowią wzorca ani odzwierciedlenia zdrowych dynamik interpersonalnych. Wszystkie przedstawione sytuacje służą wyłącznie celom fabularnym.

Świat przedstawiony – w tym opisywany w nim system prawny, struktury instytucji oraz procedury – ma charakter fikcyjny. Choć może przypominać rzeczywiste rozwiązania amerykańskiego systemu prawnego, został on celowo zmodyfikowany na potrzeby narracji i nie odzwierciedla w pełni żadnego istniejącego systemu.

Wszelkie podobieństwa do osób, miejsc lub wydarzeń są przypadkowe, a przedstawione instytucje, organizacje i ich działania stanowią element literackiej kreacji.

Dla tych, którzy przy mnie stoją

i nigdy nie zamienili wartości na wygodę

Prolog

18 lat temu

Wieczorami miasto brzmiało inaczej. Chociaż w tle i tak huczały dźwięki klaksonów i syren, było odrobinę cichsze. Wsłuchiwałam się w nie, idąc pochylona obok taty, i liczyłam kroki – tak jak zawsze, kiedy wracaliśmy ze sklepu.

Moje skupienie zburzył szkwał słonego letniego wiatru znad oceanu, który zatrzepotał moją nową żółtą sukieneczką. Po chwili na czole poczułam chłodne krople deszczu. Szybko przeniknęły przez duże dziurki dzierganego niebieskiego swetra, kiedy tata akurat pociągnął mnie za rękę, skręcając do pustej uliczki z magazynami. To był skrót do domu.

– Zimno mi, tato – bąknęłam.

– To tylko słaby letni deszczyk, Lou. – Lekko uścisnął moją dłoń. – Wytrzymasz, zostały nam już niecałe trzy przecznice.

– Chyba nie lubię spacerować w deszczu.

– Przecież sama chciałaś iść ze mną do sklepu.

Dalej nie podnosiłam wzroku, ale i tak wiedziałam, że się właśnie uśmiechnął.

– Zawsze w niedziele chodzimy razem. Bo w inne wieczory nigdy cię nie ma… – wymamrotałam i stawiając kolejny krok, kopnęłam pustą puszkę, która potoczyła się po chodniku.

– Wiesz, że muszę pracować. Nasze miasto nie śpi, córciu – zaśmiał się.

– Jest brzydkie i ciemne, w filmach oglądałam ładniejsze miasta, słoneczne – jęknęłam. – Czy naszego nie może bronić ktoś inny?

– Nie tylko ja go bronię – odpowiedział jak zwykle łagodnie i cierpliwie. – Mam wielu kolegów, przecież ich znasz. Wujek Joe, Andy, Lisa…

– Ale tatusiowie moich koleżanek wracają do domów wcześniej i chodzą z nimi do parku i na lody, i…

Tata westchnął i zatrzymał się, a ja uniosłam głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. Z ciepłym uśmiechem i błyskiem w stalowych oczach kucnął przede mną.

– Wiem, Lou. – Odgarnął mi kosmyk włosów z czoła i delikatnie założył go za moje ucho. – Ale pamiętasz, dlaczego tak jest, prawda?

– Ech… – westchnęłam ciężko, choć wcale nie umiałam się gniewać na tatę.

– Co ci mówiłem?

– Że… „Tam, gdzie dzieje się zło, nie odwraca się wzroku” – wyrecytowałam jego maksymę.

– Dokładnie. I wiem, że kiedy będziesz starsza, zrozumiesz to.

– I tak będę miała to gdzieś. – Przewróciłam oczami.

– Tak ci się tylko wydaje, księżniczko. – Pokręcił głową, a jego uśmiech stał się jeszcze pełniejszy i spokojniejszy.

– Już nie chcę, żebyś był dalej policjantem.

– Wiem, że detektywi z kreskówek są ciekawsi niż ja, funkcjonariusz Jonathan Harlow. – Roześmiał się w odpowiedzi na moją złość. – Ale jeszcze kilka lat i obiecuję ci, że będziemy chodzić, dokąd chcesz i kiedy chcesz. Może nawet pojedziemy na wycieczkę dookoła świata? Co ty na to?

– Tak! Chciałabym zobaczyć cały świat!

– W takim razie kiedyś zobaczymy go razem.

– A nie możemy teraz?

Nim odpowiedział, gdzieś za mną rozległ się warkot silnika. A po nim pisk. Mój tata powoli się wychylił, aby sprawdzić, co się dzieje. I ja spojrzałam w tę samą stronę, akurat gdy jego ręka znalazła się na moim ramieniu. Bez słowa powoli przeciągnął mnie za siebie.

– Stój za mną, Lou – rozkazał spokojnie, ale stanowczo.

Wyjrzałam zza jego pleców, kiedy przy krawężniku zahamował dziwny, poobijany samochód. Z jego wnętrza dudniła głośna rytmiczna muzyka. Wieczorami po Babylon City jeździło wiele takich aut, dlatego rodzice nakazywali mi wracać z pobliskiego parku przynajmniej godzinę przed zmrokiem.

Szyba zjechała w dół. Muzyka przycichła.

– Zgubiłeś się, koleś? – Blady pasażer krzywo się uśmiechnął.

– Jedźcie dalej, chłopcy. Cała noc przed wami – odpowiedział mu mój tata.

– Pytałem grzecznie, czy się nie zgubiłeś.

Rozległo się kliknięcie klamki. Zadrżałam.

– Zostań w samochodzie, chłopie. Nie wysiadaj. – Mój ojciec odsłonił połę cienkiej kurtki, tak jak robił to zawsze, kiedy chciał pokazać odznakę przyczepioną do paska.

– Oj, oj, oj… – Na ten widok blady cmoknął, ale mimo to drzwi i tak się otworzyły. – Nie strasz, psie. Bo się zesrasz.

Tata cofnął się o krok, popychając mnie sobą do tyłu. Wcale mi się to nie podobało.

– Jestem z dzieckiem.

– To twój problem, co nie?

Nieznajomy człowiek stanął kilka metrów od nas. Okazał się wysoki i strasznie chudy. Nagle tylne drzwi samochodu też się otworzyły.

– Co tu się dzieje…? – warknął mój ojciec.

Moje urywane oddechy przerodziły się w cichutkie piski. Drugi mężczyzna był niski i prawie tak samo ubrany. Nie w wyprasowaną koszulę i gładkie spodnie jak tata, tylko w powyciąganą bluzę i wytarte jeansy jak jego kolega. On nie był dobry. Oni nie byli dobrzy. Zaczęłam się trząść.

– Dawaj portfel. I tę odznakę też. – Ten pierwszy wskazał na pasek mojego ojca.

– Wiecie, że nic z nią nie zrobicie. Ma unikatowy numer. Nie przyda się wam.

– Dawaj, kurwa! – ryknął drugi.

– Tato… – załkałam.

– Ćśś, Lou…

– Lou? – wypowiedział moje imię ten pierwszy. – Ją też możesz nam oddać. Sprzeda się za kupę siana.

– Nawet na nią nie patrzcie, chyba że chcecie z rana stać jako pierwsi przed prokuratorem, gnoje.

Rzadko kiedy słyszałam, żeby ojciec grzmiał tak ostro.

– Grozisz, psie? Ale tu nie ma twoich koleżków kundli. Nie widzisz? – Blady nagle wyjął zza pleców broń i trzymając ją, złączył dłonie z przodu.

Wyrwał mi się ostry szloch.

– Więc stul mordę i wyskakuj z hajsu. Ze wszystkiego wyskakuj, jazda! – dodał drugi.

– Albo oddasz nam dzieciaka.

– Nie ma mowy – syknął ojciec.

– A chcesz się przekonać? – Drugi ruszył na nas.

Tata zaczął się gwałtownie cofać, wciąż pchając mnie sobą. Ale ja się potykałam, a łzy ciekły po moich policzkach. Gdy dotarłam do jakiejś ściany, ciało ojca przycisnęło mnie do jej zimnych, szorstkich cegieł. Dławiłam się przerażeniem i mokrymi od potu rączkami ściskałam kurtkę na jego plecach.

– Dobrze… już, sekundę! – powiedział tata, a jego głos zadrżał. – Oddam wam, co chcecie, tylko zostawcie moją córkę. Możemy się tak umówić?

Rozłożył ręce, jakby próbował ich udobruchać.

– Nie. Nie będzie nam psiarnia dyktowała, co możemy, a czego nie – odparł drugi, ale się zatrzymał.

– Spokojnie!

Ojciec wsadził dłoń do kieszeni i wyciągnął portfel. Rzucił go na ziemię.

– W środku jest czterysta dolarów i karty. Korzystajcie do woli.

– Odznaka – syknął pierwszy i odrzucił czarną grzywę.

Tata bez słowa odpiął ją od paska i cisnął obok portfela.

– Kurtka też mi się podoba. Dawaj ją – dodał drugi. – Nie słyszysz, kurwa? Dawaj kurtkę, kundlu!

Ojciec odrobinę się ode mnie odsunął, mogłam więc złapać oddech. Zaczął szybko zdejmować zieloną wiatrówkę, którą miesiąc wcześniej dostał od mamy na urodziny. Wybierałyśmy ją razem przez dwie godziny w eleganckim sklepie na Czterdziestej Alei. Dołożyłam do jej kupna swoje oszczędzone z tygodniówek dwadzieścia pięć dolarów.

Zagryzłam zęby, w buzi poczułam metaliczny smak.

– Nie… – jęknęłam.

Zgniotłam w pięści materiał, kiedy tata ją zdejmował.

– Wszystko w porządku, Lou. Spokojnie, puść. – Pociągnął za kurtkę, wyjmując ją z moich palców. – Zaraz będzie po wszystkim.

– Odsuń się, gówniaro – rozkazał mi ten drugi. – W bok, jazda!

– Zostawcie mojego tatę! – zapłakałam, wyłaniając się lekko zza pleców ojca.

– Zamknij się albo tata za sekundę pierdolnie na chodnik! – Pierwszy spiorunował mnie spojrzeniem i uniósł pistolet, celując w moją stronę. – I odsuń się, raz, raz!

Przestałam oddychać.

– Zdejmij celownik z mojego dziecka, kanalio! – wydarł się ojciec, znów próbując mnie sobą przysłonić.

– Stul mordę, psie! – Drugi szybko wyrwał się w przód.

– Nie zbliżaj się, bo cię zabiję gołymi rękami! – krzyczał ojciec.

– Tato!!!

Poczułam pchnięcie obcych rąk, zatoczyłam się i upadłam. Słyszałam szarpaninę obok. I nagle…

Strzał.

Jak w filmach.

– Lou… – Głos taty wydał się dziwnie lekki.

Spojrzałam w górę. Nie rozumiałam, na co patrzę. Poderwałam się z kolan w stronę ojca, a z gardła wyrwał mi się ryk. Nie płacz, ale wrzask.

Kolejny strzał.

I jeszcze jeden.

Tata powoli osuwał się na kolana, gdy czerwona plama powiększała się na jego koszuli.

– Tatusiu…?

Rzuciłam się do niego. Jego ręce mnie objęły. Mocno, ciasno, bezpiecznie.

– Wszystko… będzie dobrze, Lou.

Pogłaskał moją głowę. Ale nagle mnie puścił. I padł na ziemię.

A oni nie wzięli portfela, odznaki ani kurtki.

Po prostu zniknęli.

Rozdział 1

– …makabryczny widok na moście. Do tej pory policja i służby nie odebrały żadnych żądań ani wiadomości.

Siedziałam wpatrzona w telewizor, a krople deszczu łomotały o szyby okien salonu. Nawet ich nie słyszałam, zbyt skupiona na tym, co mówiła dziennikarka. Za jej plecami z zimnego półmroku poranka wyłaniały się kontury lśniącego od deszczu Mostu Ironbridge, błyski świateł policyjnych i karetek. U dołu ekranu zaś sunął czerwony pasek, który wyświetlał w kółko to samo.

Burmistrz Babylon City,

William Vanderlay, zamordowany

Przysięgłabym, że kiedy o piątej nad ranem przeczytałam te słowa po raz pierwszy, krew w moich żyłach przestała krążyć. Długo nie mogłam się ruszyć, działał jedynie mój kciuk, który co chwilę wybierał na ekranie smartfona ten sam kontakt.

Ale Abel Crowe, mój szef, nie odbierał.

Byłam jednak pewna, że główny zastępca prokuratora okręgowego Babylon City jest już na nogach. Być może od dawna siedział na dywaniku u Dereka Monroe’a i zbierał baty za nas wszystkich.

Bo do tej pory nie zamknęliśmy tych, którzy odpowiadali za to, na co właśnie patrzyłam. I, co gorsza, dalej nic o nich nie wiedzieliśmy. Dziennikarka nie musiała przecież mówić, kto jest podejrzany o trupa burmistrza zwisającego z metalowych prętów mostu. Nie trzeba było też czekać na przecieki z policji, by się tego domyślić.

Prawdziwi Bogowie, jasna cholera.

W bezruchu oglądałam słabej jakości nagranie z telefonu, na którym bezwładne ciało dyndało w oddali na sznurze zaczepionym o jedno z przęseł.

– Boże, żeby on tylko miał wszystkie kończyny… – szepnęłam pod nosem do samej siebie.

Wiedząc, czyje to dzieło, spodziewałam się, że burmistrz mógł z wielkim prawdopodobieństwem nie zachować kończyn lub głowy. Jego oprawcy wyprawiali przecież rzeczy, na które przeciętni przestępcy by się nie odważyli. To nie był zwykły gang czy zdziczałe ogniwo mafii, które zwykle siały zamęt w Babylon City, okradając jednych i sprzedając dragi drugim, póki nie wpadli.

Nie. Bogowie to terroryści nieznanego dotąd kalibru.

A ja już dawno powinnam być na tym moście.

Zamknęłam oczy i westchnęłam, próbując zebrać się do wyjścia z mieszkania, ale uczucie bezsilności nie pozwalało mi się ruszyć. Przy całym swoim zepsuciu i zniszczeniu to zmęczone miasto nigdy nie mierzyło się z nikim podobnym do Bogów.

Nie widzieliśmy, kim są, czego chcą ani skąd się wzięli. Pojawiali się niespodziewanie, by dokonywać artystycznych egzekucji na swoich ofiarach, a potem rozpływać się w powietrzu. Pomimo wielu zasadzek i dochodzeń pozostawali dla nas nieuchwytni i choć filmiki z ich morderstw krążyły w darknecie, były ich własną inicjatywą.

Jeśli zaraz pojawi się kolejne nagranie, to Derek Monroe wyśle nas wszystkich na przedwczesną emeryturę.

Prokurator okręgowy zjadł nas niedawno na śniadanie, gdy ciemna strona internetu ujrzała, jak jeden z tych zakapturzonych gnojków obciął kataną dwie głowy na raz – prezesowi i właścicielowi spółki zbrojeniowej. A kiedy skończył, wystawił do kamery środkowe palce.

Wcześniej Bogowie poćwiartowali też prezeskę domu maklerskiego Octavię Woodall. Filantropka Julia Wells i jej partner Carlisle Royce, potentat technologiczny, zostali żywcem spaleni. Wybitny psychiatra, profesor Orlov, dostał zastrzyk z cyjankiem. A prezesa spółki deweloperskiej utopili w cemencie.

Wszystkie wyczyny Bogów były równie pomysłowe co drastyczne.

Oni nie wiedzą, czym jest litość.

Pomyślałam o żonie burmistrza. O jego dzieciach. I zrobiło mi się słabo. On nie był jednak pierwszym politykiem, którego dopadli. Trzy miesiące temu to senator zawisł na wieży zegarowej w centrum Babylon City. A raczej jego część, bo głowę dostarczono w paczce do ratusza, prosto na osobiste biurko burmistrza.

Pieprzone, chore potwory.

Zachowywali się jak nieludzie. I to przez nich ostatnio zdarzało mi się wątpić w to, że w ogóle nadaję się do pracy w prokuraturze. Choć już kilka lat temu, po pierwszym miesiącu stażu, poczułam, że tępienie zła to moje powołanie i nie mogę robić nic innego. Dziś, w wieku dwudziestu ośmiu lat, nie było łatwiej, ale dalej byłam tego pewna.

Bo wierzę w to, w co wierzył mój ojciec.

– Abel, do cholery, odbierz… – syknęłam pod nosem, waląc kciukiem w telefon po raz nie wiem który.

Dochodziła szósta, za oknem światło poranka rozcieńczyło duszny mrok, a mój szef wciąż się nie odezwał. W końcu udało mi się wyrwać z otępienia i poderwałam się na nogi. Ubrałam się, w biegu przed lustrem wcisnęłam na nos okulary, na szybko związałam rude włosy w ciasny kok i przeczesałam palcami przydługą grzywkę, która i tak robiła, co chciała.

Wiedziałam, że na miejscu zbrodni będzie dużo kamer i powinnam wyglądać schludnie, ale zmęczenia i gonitwy myśli nie da się tak łatwo ukryć.

Wrażenie profesjonalizmu musi wystarczyć, bo nie mam na czasu na wyglądanie.

– …docierają do nas sprzeczne informacje, ale być może za uciekającymi podejrzanymi jednak odbył się pościg służb. Prawdopodobnie nieskuteczny, bo Bogowie znów rozpłynęli się w powietrzu. Czy to jeszcze ludzie, czy już duchy? Bo tylko to drugie tłumaczyłoby fakt, że policja i prokuratura wykazują się całkowitą bezradnością i nie są w stanie chronić Babylon City – dywagował dziennikarz w radiu, gdy przedzierałam się przez zakorkowane ulice, by dotrzeć na wybrzeże w okolice Mostu Ironbridge.

– Za mojej kadencji nie doszłoby do czegoś takiego. Bogowie, duchy czy kosmici, to, co wyprawiają, to istna anarchia. Krytyczne zagrożenie społeczne, które prokuratura i policja miały dawno usunąć, a zasłaniają się wymówkami! – odparł gość programu, Horatio Crane.

Natychmiast wyłączyłam radio i z irytacją zassałam powietrze. Nie miałam zamiaru dalej słuchać byłego sędziego naczelnego tego miasta. Na swojej emeryturze powinien grać w golfa, zamiast nas ciągle gnoić.

Deszcz spływał strugami po przedniej szybie mojego samochodu. Dłonie miałam wciąż sztywne z zimna. Abel dalej nie zadzwonił, a nie chciałam rozmawiać z nikim innym, zanim nie porozumiałam się z nim.

Był moim bezpośrednim przełożonym i decydował o moich ruchach. Od pierwszego dnia mojej kariery prowadził mnie za rękę przez mrok tego miasta, ucząc, jak być dobrą prawniczką i prokuratorką. Nie miałam ambicji, by kiedyś zostać okręgową. Nie dlatego to robiłam. I ja, i Abel siedzieliśmy w tym z zupełnie innych powodów.

Żeby zmieniać świat na lepsze.

Rozległ się dzwonek telefonu. Ale to nie był on.

– Jedziesz? – rzucił zamiast przywitania Carter, mój kolega z biura.

– Właśnie próbuję przedostać się do ciebie na most.

– Zawróć, policja już wszystko zgarnia. Dałem zielone światło i koroner właśnie zabrał ciało.

Carter zignorował fakt, że zamiast być na nogach od przynajmniej dwóch godzin, ja zaspałam.

Zwykle gdy tylko dostawałam sygnał, byłam na miejscu zbrodni pierwsza. Zawsze w wyprasowanej koszuli, gotowa do działania. Ale komunikat alarmowy wysyłany telefonicznie dziś wyjątkowo mnie nie obudził.

Chyba wykończyło mnie wczorajsze przesłuchanie handlarza narkotyków, które prowadziłam do północy. Przynajmniej w końcu rozłożyłam go na łopatki i wyciągnęłam z niego przyznanie się do winy. Dziś niszczył to miasto jeden degenerat mniej.

– Cholera jasna… – syknęłam z zawodem.

– Rozmawiałaś z Abelem?

– Nie, a ty?

– Krótko. Był tu na początku, potem przyjechał okręgowy i nagle bez słowa obydwaj się zawinęli. Nie wiem, co jest grane.

– Zostawili cię samego z trupem burmistrza? – Głos mi się załamał, bo to było niedorzeczne.

– Tak, ja też tego nie rozumiem. Liczyłem, że ty powiesz mi coś więcej.

– Nic nie wiem, Abel nie odebrał żadnego z moich telefonów.

– Coś musiało się stać – myślał na głos Carter. – Jedź do zakładu medycyny sądowej. Tam się spotkamy.

– Jest źle? – Wiedział, o co pytam.

– Nie jest dobrze, ale przynajmniej zostawili mu nogi i ręce.

Przymknęłam oczy w przypływie minimalnej ulgi. Potem zawróciłam na pierwszym zakręcie i ruszyłam w stronę zakładu medycyny sądowej Babylon City.

Kamienny gmach nosił ślady wieku z godnością starego gangstera. Jego czarna od zacieków fasada kiedyś podobno była szara, a granit być może i lśnił. Ale nie pamiętałam takiego widoku nawet z dzieciństwa, kiedy zdarzało mi się tu czekać na tatę, który kończył czynności.

Może Babylon City jest takie mroczne i zatrute od początku swojego istnienia?

Może nie zasługuje na zbawienie, a moja praca to tylko iluzja?

Odkąd pojawili się Prawdziwi Bogowie, takie myśli nawiedzały mnie coraz częściej.

– Prokurator okręgowy Monroe da wam po łapach, dzieciaki – przywitał mnie starszy koroner, gdy otworzyłam żelazne drzwi jednej z przesiąkniętych chlorem i lodowatym powietrzem sal sekcyjnych prosektorium. – Bo burmistrz już nie da rady tego zrobić…

Odsunął się na bok, by odsłonić ciało, a ja odruchowo wstrzymałam oddech.

Jestem wciąż tylko człowiekiem, nie robotem.

Nagie ciało posiwiałego i grubszego Vanderlaya leżało na zimnym metalowym stole, pocięte setkami prostych ran. Gołym okiem widziałam, że te zwyrole musiały znów użyć katany – to stawało się ich znakiem rozpoznawczym, ich podpisem.

– Wykrwawili go setkami cięć – mruknął koroner, zerkając beznamiętnie na ciało. – Długo czekali, aż zejdzie z niego krew. Dopiero pod koniec nacięli głęboko wnętrze ud i nadgarstki. – Wskazał palcem miejsca. – Zgon nie nastąpił przez powieszenie. Na linie zawisł już po śmierci.

– Ci popierdoleńcy za każdym razem idą jeszcze dalej. – Za moimi plecami rozległ się pusty głos Cartera.

– Ale po co? – szepnęłam pod nosem do samej siebie, zapatrzona w zimne, pochlastane ciało. – I… za co?

Tak, wszyscy wiedzieli, że Bogowie mordują wpływowych i bogatych ludzi, biznesmenów oraz polityków, przy okazji ich okradając. Ale poza statusem i dużymi pieniędzmi ich ofiar nic więcej nie łączyło. I przez to od miesięcy nie umieliśmy odkryć realnego motywu Bogów.

Nienawiść do elit nie uzasadnia dramatycznej brutalności wobec ofiar ani całkowitego moralnego wyniszczenia i popieprzenia, którymi się cechują.

Zacisnęłam zęby, wciąż wpatrując się w siną skórę upstrzoną setkami czerwonych kresek. Znałam tego człowieka osobiście.

– Lubiłam go – mruknęłam.

– Jak wszyscy – odparł Carter. – Nie miał problemu z reelekcją, był solidnym gospodarzem miasta i filarem jego polityki.

A do tego serdecznym przyjacielem Abela.

– To jest strata, po której Babylon może się już nie podnieść – kontynuowałam myśl. – Co ma im dać jego śmierć? Starał się coś w tym mieście naprawić… coś zbudować. Zabicie go na pewno nie przysporzy im przychylności społeczeństwa.

– Może nie podobało im się, że inwestował w gorsze dzielnice. Dobrze wiesz, że podatnicy nie chcą, żeby ich pieniądze płynęły do Gomorah… – Carter wzruszył ramionami. – Ona przynosi kasę tylko kryminalistom, dlatego że jest poza zasięgiem władz. Więc paradoksalnie Bożki mogły tym zabójstwem zarobić punkty wśród przeciwników Vanderlaya.

– Pieprzyć Gomorah. Facet wyremontował sierociniec, na Boga. Komu może się to nie podobać? – zirytowałam się. – I organizował aukcje, żeby zbierać fundusze na stypendia dla studentów z biednych rodzin. Czy to są powody, by pociąć kogoś kataną?

– Nie, Lou. – Carter zerknął na mnie zmęczonym wzrokiem. – Ale obawiam się, że ich powody nie są zrozumiałe dla nikogo, kto jest normalny.

Sięgnął ręką, jakby chciał pokrzepiająco ścisnąć moje ramię, ale w ostatniej chwili cofnął dłoń. Czasem po prostu zapominał, że ma tego nie robić.

– Mają na rękach krew dziewięciu ważnych ludzi i kilku przypadkowych. Razem szesnaście żyć. Oni robią, co chcą, a my nie nadążamy, Carter. Naprawdę mają się za bogów. Tyle że bliżej im do demonów.

Koroner odchrząknął.

– Przez trzydzieści pięć lat pracy w tym budynku widziałem dużo zła. Ale tak niepokojących rzeczy, jakie robi ta banda, nie uświadczyłem – wtrącił, nawet na nas nie patrząc. – Po kolei mordują najważniejsze osoby. Są w tym skrupulatni, pomysłowi, zdeterminowani. Dobrze wiedzą, co robią i po co. Znają się na tym. I to jest przerażające. – Jego głos przeszedł w niski szept.

– Nie zapominajmy o chaosie, jaki wzniecają na ulicach swoimi wyczynami. Dają marginesowi poczucie bezkarności, więc przestępczość kwitnie, a trup się ściele – syknął Carter.

– Widzę. – Koroner na niego zerknął. – Bo na moim stole ląduje coraz więcej ciał. – Powoli przeniósł wzrok na zwłoki burmistrza. – I boję się o to miasto. Jeśli ich szybko nie wsadzicie, nie wiem, co z nim zrobią.

Ma rację. Oni sukcesywnie niszczą fundamenty funkcjonowania tego miasta.

Najgorsze było to, że choć większość mieszkańców bała się o życie, to było i wielu, którzy kibicowali sprawcom. Doszukiwali się w ich działaniach jakiejś filozofii, dopisywali teorie spiskowe i widzieli w nich, no właśnie, prawdziwych bogów.

Z zadumy wyrwał mnie dźwięk telefonu Cartera, który piknął dwa razy. Od razu sięgnął po niego do kieszeni.

– Żona przyjechała go zidentyfikować. – Spojrzał w ekran i głęboko westchnął. – Chodź, dajmy jej przestrzeń.

Mój telefon wciąż milczał, gdy po chwili zza metalowych drzwi sali prosektorium dobiegł mnie histeryczny wrzask wdowy po burmistrzu Babylon City.

Rozdział 2

– Dochodzi piętnasta, dziennikarze atakują mój telefon co kilka minut, a konferencja prasowa zaplanowana jest na siedemnastą, tyle że do tej pory nikt z biura nie widział na oczy ani okręgowego, ani szefa przestępczości zorganizowanej – mówiłam przez telefon do Atlanty Smith, naszej rzeczniczki prasowej.

– Wszyscy za to widzieli film z morderstwa burmistrza. Rozlał się po sieci jak wirus, a te krzyki… Cały czas słyszę je w głowie – odpowiedziała z ciężkim westchnieniem. – Działam, Lou. Odezwę się do ciebie i Cartera, jak ustalę, co możemy ujawnić mediom.

Rozłączyła się, a ja na moment pochyliłam się nad biurkiem i przymknęłam zmęczone oczy. W głowie też odtwarzałam film i te krzyki. Wciąż nie przywykłam do tego, co wyprawiali ci terroryści, choć zaczęli działać, kiedy pracowałam w prokuraturze już jakiś czas. Problem w tym, że oni nie zwalniali.

– Z każdą kolejną sprawą zdobywacie coraz niższe kręgi piekieł i na to nie da się uodpornić… – szepnęłam pod nosem.

Albo to ja jestem za słaba na tę robotę?

Może Abel nie miał racji i wcale się do tego nie nadaję?

Bo dalej nic nie ustaliłam. Ostatnie godziny spędziłam na zbieraniu raportów funkcjonariuszy, którzy nie wpadli na żaden trop, a od żony Vanderlaya nie dowiedzieli się niczego istotnego. Ponownie kliknęłam w ekran telefonu, by odtworzyć głosówkę od jednego z nich.

– …burmistrz opuścił swój apartament o dwudziestej drugiej z torbą pełną gotówki, ale nie znamy dokładnej kwoty. Zostawił samochód w centrum, po czym lokalizator jego telefonu zaniknął nad wybrzeżem. Nie wiadomo, dokąd się dalej udał ani gdzie nakręcono film. Przeglądamy kamery miejskie i…

Czyli brak danych i śladów. Dokładnie tak jak we wszystkich poprzednich przypadkach zabójstw autorstwa Bogów.

Wcześniej przemaglowałam jednego z agentów specjalnych, którzy faktycznie gonili uciekających na motocyklach Bogów, ale zgubili ich po wjeździe do Gomorah.

Trudno mi ich winić.

Gomorah to slums, w którym ginie wszystko, a policja nie zajedzie dalej niż na milę lub dwie w głąb. Tam rządziły mafia, przestępczość i handel narkotykami. Zdaniem wielu to stracona dzielnica, dla której nie było już nadziei, i powinna być odizolowana murem od reszty miasta. Zostawiona na pastwę samozniszczenia.

Może dla całego zepsutego latami korupcji i przestępczości Babylon City naprawdę nie ma już ratunku, a Bogowie pojawili się po to, żeby je dobić?

Kochałam to miasto, ale i go nienawidziłam. Narodziło się z ambicji, ale życia trzymało się chyba tylko ze strachu. Czasem marzyłam, żeby stąd wyjechać i zobaczyć inny świat. Odległe miejsca, gdzie zamiast betonu rządzi natura, a powietrze jest rześkie. Jednak im bardziej tego chciałam, tym Babylon City ciaśniej zaciskało wokół mnie swoje szpony. Nie mogłam go opuścić, trzymał mnie tu obowiązek, tak jak i kiedyś mojego ojca.

– „Pięciu albo może dziesięciu”? – warczał do telefonu Carter, który jak zwykle przysiadł na moim biurku, bo swojego rzadko używał do czegokolwiek. – I co ja mam powiedzieć okręgowemu? To nie jest odpowiedź! Ustalcie, kurwa, ilu ich było! – Rozłączył się.

– Nic nie wiemy… – rzuciłam pochylona nad biurkiem. – Jeśli Crowe i Monroe nie zjawią się tu w ciągu godziny z czymś istotnym, media nas rozszarpią. – Spojrzałam mu w twarz spod wpadającej do oczu grzywki, a on napotkał mój wzrok i na chwilę się zawiesił. – To był burmistrz, do cholery. Nie milioner, nie prezes, ale sam burmistrz.

Carter wpatrywał się we mnie ciemnymi oczami, okolonymi gęstymi rzęsami tak uwielbianymi przez wszystkie jego dziewczyny. Jednak teraz jego wzrok był odległy, równie zmęczony jak mój. Nagle coś błysnęło w jego źrenicach.

– Wiesz, że masz ładne włosy? – mruknął w końcu z podejrzanym uśmiechem. – Wcześniej nie zauważyłem, że tak urosły. Dłuższe ci pasują.

– Yyy… Dzięki? – odpowiedziałam zdziwiona.

Carter nigdy nie prawił mi komplementów. To nie był ten typ relacji, nie postrzegaliśmy się nawzajem w kategoriach atrakcyjności, a on co chwilę zmieniał kobiety. Być może zwyczajnie mózg mu się już dziś przegrzał.

– Ale moje włosy nie uratują nam tyłków podczas konferencji. – Sprowadziłam go na ziemię.

– Spróbujmy. Jeśli szefowie nie przyjdą, ty gadasz. – Odbił się od mojego biurka i ruszył w stronę wyjścia z naszego wspólnego gabinetu.

– O nie, nie wrobisz mnie w to.

– Jesteś laską i… masz ładne włosy. – Wyszczerzył się parszywie, wiedząc, że to nie ma znaczenia. – Prędzej tobie wybaczą niekompetencję całego naszego biura niż mnie.

– Twoje argumenty są tak słabe jak ta próba kupienia mnie tanim komplementem. I to ty byłeś na miejscu. Więc ty idziesz na pierwszy ogień. – Groźnie wycelowałam w niego palcem.

– Właśnie puściłem cynk ludziom z News07, że dziś to zastępczyni prokuratora Lou Harlow będzie robić brief­ing. – Rozłożył ręce, pokazując telefon z otwartą konwersacją SMS-ową, i czarująco się do mnie uśmiechnął.

– Co…?! – Poderwałam się z krzesła tak szybko, że wywróciłam kubek z długopisami. – Nie, ale… – On ewakuował się już za drzwi. – Pożałujesz tego, Carter! Nie znasz dnia ani godziny! – Rzuciłam w jego stronę długopisem, który odbił się od trzaskających drzwi.

Półtorej godziny później kompulsywnie przygryzałam usta, czytając własne wypociny. Ledwo przygotowałam zbitkę wypowiedzi złożoną ze szczątkowych faktów i wybrakowanych informacji. Klasyczne lanie wody, którego nikt nie kupi. Nie na tym etapie, nie przy dziewięciu ofiarach takiej rangi.

– Abel, gdzie ty jesteś, do cholery… – warknęłam pod nosem i znów ugryzłam się za mocno w wargę. Natychmiast poczułam smak krwi. – Kurna… – Wytarłam usta wierzchem dłoni.

Nie kontrolowałam tego, robiłam to od tamtego dnia. Kiedy byłam bardzo zdenerwowana, gryzłam wargi do krwi. A teraz byłam. Choć tylko jedna sprawa doprowadzała mnie do takiego stanu. Tylko Bogowie.

Bo kiedy ginęli prezesi i milionerzy, było źle. Kiedy umierać zaczęli filantropi i politycy, którzy trzymali to miasto w ryzach, zaczęło być tragicznie. I to między innymi przecież ja odpowiadałam za to, że ich mordercy wciąż szaleli na wolności.

Odrzuciłam kartkę, na której wydrukowałam tekst komunikatu, i zaczęłam szperać między papierami na biurku, by dostać się do słabych ujęć zrobionych przez kamery CCTV lub wyciętych z filmów wypuszczanych do sieci przez samych morderców.

Naprawdę macie się za bóstwa, gnojki…?

Kolejny raz studiowałam ich czarne uniformy przywodzące na myśl mundury dobrze dofinansowanych jednostek specjalnych. Ich katany, pistolety bojowe przy paskach, kamizelki kuloodporne i głębokie usztywniane kaptury.

To nie jest tani ani łatwy do zdobycia sprzęt.

Każdy z nich nosił też czarną usztywnianą maskę sięgającą aż pod oczy. Ale tylko jedno oko pozostawało widoczne, bo drugie zawsze zasłaniała podświetlona na czerwono soczewka noktowizyjna. Byli bardzo dobrze przygotowani, aż za dobrze.

I tak was dopadnę.

Nie odwrócę wzroku, póki z wami nie skończę.

Poderwałam się z krzesła, bo zostało mi tylko piętnaście minut na zejście do sali konferencyjnej, a powinnam jeszcze umalować oczy. Odkąd gazety kilkakrotnie wytknęły mi moją urodę, określając ją jako „delikatną”, zaczęłam stawiać na mocny makijaż. Traktowałam go jak maskę, która dodawała mi pewności siebie i tworzyła wrażenie niedostępności.

Dopóki Carter nie zwrócił dziś uwagi na moje włosy, nawet nie zauważyłam, że tak urosły. Byłam zbyt zajęta dochodzeniami, by mieć czas dla siebie. Nie miałam ani chłopaka, ani nawet kota – to praca w prokuraturze była całym moim życiem. To jej oddawałam całą swoją energię. Na nic innego mi jej już nie starczało.

Może powinnam była przyłożyć się dziś bardziej do swojego wizerunku? Tylko skąd miałam wiedzieć, że okręgowy i mój szef znikną w dzień morderstwa burmistrza i to ja zostanę rzucona przed obiektywy kamer?

Sala konferencyjna była wypchana dziennikarzami po brzegi. Stres, który nie ścinał mnie z nóg, gdy siedziałam w salach przesłuchań naprzeciwko szefów mafii, przygniótł mnie teraz w obliczu pismaków czyhających na każde moje potknięcie. Carter bezlitośnie popchnął mnie w stronę mównicy i natychmiast stanął tuż za mną.

– Dobry wieczór państwu – zaczęłam od razu, gdy tylko dotknęłam dłonią pulpitu. Głos mi nie drżał, umiałam udawać spokój. – Zastępczyni prokuratora okręgowego Lou Harlow. W imieniu prokuratury okręgowej Babylon City oficjalnie potwierdzam, że dziś rano o godzinie czwartej siedemnaście na Moście Ironbridge znaleziono zwłoki mężczyzny. Zakład medycyny sądowej zidentyfikował ciało jako należące do burmistrza Williama Vanderlaya.

W sali wybuchł chwilowy chaos, choć przecież wszyscy już dawno wiedzieli, czyje ciało znaleziono.

– Informujemy państwa, że traktujemy tę sprawę jako zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Na miejscu zdarzenia pracowały wszystkie dostępne służby, które wciąż intensywnie działają w terenie. Z uwagi na trwające czynności dochodzeniowe nie możemy ujawniać szczegółów śledztwa.

Pozwoliłam sobie złapać kolejny oddech, gdy w centrum sali z miejsca poderwał się facet.

– Czy skoro służby dalej działają, to znaczy, że prokuratura nic nie usta…

– Czas na pytania będzie po skończonym komunikacie – przerwał mu natychmiast ostro Carter.

– Rozumiemy ogromne zainteresowanie opinii publicznej, jednak apelujemy o rozwagę w przekazywaniu niezweryfikowanych informacji – kontynuowałam. – Spekulacje i fałszywe tropy mogą opóźnić postęp dochodzenia i utrudnić pracę służb. Zapewniamy, że dokładamy wszelkich starań i nie szczędzimy środków, by jak najszybciej ustalić fakty i ująć sprawców. Ta sprawa jest naturalnie naszym najwyższym priorytetem.

Zrobiłam krok do tyłu i posłałam Carterowi piorunujące spojrzenie. Nie było szans, że się przez to prześliźnie.

– Ty im odpowiadasz na pytania… – rzuciłam do niego twardo.

Ledwo zdążył rozchylić usta, gdy ja już robiłam mu miejsce. Westchnął, ale poddał się i podszedł do pulpitu.

– Dobry wieczór państwu, zastępca prokuratora okręgowego Carter Grey. Odpowiem na państwa pytania. – Od razu wskazał palcem blondynkę z przodu.

– Panie prokuratorze, pani prokurator powiedziała o sprawcach. Czy biuro w takim razie potwierdza, że to kolejne dzieło Prawdziwych Bogów?

Na filmie nie było widać ich sylwetek, jedynie rozebranego do naga burmistrza i rękę dzierżącą katanę, która go cięła.

– Nie potwierdza – odparł krótko i wskazał kolejną osobę.

– A czy zaprzecza? – Drugi dziennikarz pociągnął ten wątek.

– Ani jedno, ani drugie. W tym momencie nie możemy zdradzać takich informacji. Kolejna osoba.

Carter się z nimi nie cackał, nie dawał sobie wejść na głowę.

– Panie Grey, przecież wiadomo, kto za tym stoi. W historii tego miasta żadna inna grupa przestępcza, nawet mafia Silvestrada, nie dopuszczała się takich zbrodni na takich ofiarach. I nie wrzucała filmów do sieci – powiedział stanowczym tonem dziennikarz i mocniej wcisnął na nos grube okulary korekcyjne podobne do moich.

– Nie słyszę tu pytania – odpowiedział zimno Carter i natychmiast odwrócił głowę w kierunku kolejnej osoby.

– Czy wdrażane są jakiekolwiek działania zabezpieczające przed kolejnym atakiem Bogów? – Tym razem pytanie zadał chłopak, który prowadził w internecie własny kanał poświęcony zbrodniom.

– Tak – odparł mu krótko Carter.

– Więc jak były realizowane dziś nad ranem? I ostatnim razem, w przypadku senatora? – odpalił szybko chłopak.

Zawiodły.

– Nie możemy udzielać informacji o wewnętrznych i tajnych operacjach prokuratury i służb – wyjaśnił sucho Carter.

– A gdzie jest prokurator okręgowy Monroe? – rzuciła blondynka z przodu. – Dlaczego to nie on prowadzi konferencję, tylko jego zastępcy?

– Albo szef wydziału przestępczości zorganizowanej Abel Crowe? – dołączył kolejny dziennikarz, nim Carter zdążył otworzyć usta.

– Ciało burmistrza stygnie w kostnicy, szefowie prokuratury zniknęli, a na przedmieściach panuje chaos! – ogłosił dramatycznie okularnik. – Jak wy planujecie pomóc temu miastu, skoro nigdy nie ma was tam, gdzie jesteście potrzebni?

– Prokurator okręgowy wraz z naczelnikiem wydziału przestępczości zorganizowanej są obecnie w trakcie czynności, dlatego nie mogą udzielić państwu informacji. Ja i zastępczyni prokuratora Harlow jesteśmy z nimi w stałym kontakcie i zapewniamy, że…

– Podobno prokurator okręgowy opuścił miejsce zbrodni na krótko po znalezieniu ciała – wyrwał się kolejny głos z tłumu. – Czy nie interesowały go szczegóły morderstwa własnego kolegi, który zapewnił mu stołek okręgowego?

– Może posłuchacie rad czcigodnego sędziego Horatia Crane’a i weźmiecie je sobie do serca?

– Jak szybko burmistrz się wykrwawił? Ile czasu trwała jego agonia? Bo film jest przyspieszony.

No i żmije zaatakowały.

Carter zacisnął zęby. Już wiedziałam, że im nie daruje. Ale wtedy Atlanta Smith podeszła do niego i subtelnie wypchnęła go z mównicy, aby zająć jego miejsce.

– Drodzy państwo, na dziś wystarczy pytań. Prosimy o okazanie szacunku rodzinie zmarłego i zaniechanie tworzenia scenariuszy, bo od tego są filmowcy, nie dziennikarze – zgasiła ich gładko. – Biuro prokuratora okręgowego będzie sukcesywnie udzielać kolejnych informacji, gdy okaże się to konieczne. Dziękujemy państwu za przybycie i życzymy dobrego wieczoru. – Stanowczo zakończyła spotkanie, choć dziennikarzy tylko jeszcze bardziej to rozwścieczyło.

Gotowali się w jarzeniowym świetle salki, gdy my uciekaliśmy z placu boju jak szczury.

– Cholera, oni chcieli krwi… – sapnął z ulgą Carter, wspinając się po schodach na górę. – A ty mnie wrobiłaś, Harlow.

– Najpierw to ty mnie wrobiłeś, Grey. Nie zapominaj o tym.

– Skłamałem, że jesteśmy z nimi w kontakcie, kurwa.

Nerwowo na mnie zerknął, kiedy dotarliśmy na piętro, do drzwi gabinetu.

– To nie kłamstwo, bo oni się zaraz odezwą – odbiłam stanowczo, próbując go uspokoić.

Ja i on zawsze kryliśmy sobie nawzajem plecy, staliśmy za sobą murem. Tak, przeciągnął strunę, ale jakie miał wyjście? Dać się pożreć i przyznać, że nie mamy pojęcia, gdzie zniknął drugi najważniejszy człowiek w tym mieście? Zastępca najważniejszego, którego ciało rano dostało własną szufladę w kostnicy.

Jest źle. Jesteśmy pogrzebani.

Dochodziła północ, a nadal nie mieliśmy żadnych tropów. Mój przełożony wciąż nie oddzwonił. Derek Monroe też nie dał znaku życia. Sytuacja zaczynała robić się naprawdę niebezpieczna.

– Prokuratura pada na kolana przed bandą samozwańczych mścicieli, którzy są zwykłymi terrorystami! – grzmiał znów wściekle w radiu Crane. Udzielił dziś wywiadu już chyba każdej liczącej się stacji informacyjnej w mieście.

Po cholerę mieszasz się w tę sprawę, dziadku?

Wszyscy go znali, szanowali i chylili przed nim czoła. Jako były sędzia naczelny był legendą prawa w tym mieście i do tej pory twardo wspierał kolegów po fachu, ale odkąd pojawili się Bogowie, zaczął krytykować nasze poczynania i wywierać na nas potężną presję.

– Żona Monroe’a też nie wie, gdzie on jest, i zaczyna się bać, że rano to on będzie wisiał na moście. – Carter wyłączył radio agresywnym ruchem.

– Na razie możemy tylko czekać. Grać i emanować pewnością siebie – odpowiedziałam mu.

Schowałam twarz w dłoniach i się zamyśliłam. Byłam już piekielnie zmęczona. On chyba też.

– Zaraz, czy ty nie miałeś mieć dziś tej randki, o której tyle gadałeś w zeszłym tygodniu? – ocknęłam się.

– Ta… za godzinę. – Zerknął na zegarek. – Ale nie chcę cię tu zostawiać samej.

– Może ją przełóż?

– Ona na serio mnie rzuci, jeśli przełożę czwarty raz. – Jego głos był nagle niespotykanie poważny.

– I tak masz zawsze trzy inne w zanadrzu. – Zaśmiałam się pod nosem.

– Po prostu się ubezpieczam. – Wzruszył ramionami.

– Jedź, ja zostanę. Chcę być na miejscu, kiedy szefowie wrócą. – Machnęłam ręką i opadłam na oparcie, przymykając oczy.

– Ty też powinnaś czasem wyjść z roboty. Zrelaksować się i zobaczyć, jak wygląda ludzkie życie.

– Nie, dzięki. – Pokręciłam głową z zamkniętymi oczami. – Nie odnajduję przyjemności w skakaniu z łóżka do łóżka.

Nawet nie umiałabym czegoś takiego robić.

I choć się tego domyślasz, bo znasz mój problem, to szanujesz mnie na tyle, żeby o niego nie pytać.

– Próbujesz mnie obrazić? Twierdzisz, że jestem łatwy? – uniósł się sztucznie.

– Tak. – Otworzyłam jedno oko.

– Okej, masz rację. Jestem zajebiście łatwy. – Wyszczerzył się do mnie, a jego ciemne oczy błysnęły. – I dobrze mi z tym. – Zgarnął marynarkę z krzesła i ruszył do wyjścia. – Mimo to czuję się okropnie, że cię tu porzucam. Ale myślę, że oni i tak do rana nie wrócą.

– Co mogło się stać…? – Wpatrywałam się pusto w punkt na dywanie.

– Czuję, że mogą coś mieć. – Przystanął tuż przed drzwiami.

– Może dostali cynk lub są gdzieś z agentami służb, którzy gonili Bogów do Gomorah?

– To możliwe. Jeśli trop jest świeży albo mają informatora lub mocnego świadka, to każda godzina jest ważna. Tylko czemu nie włączyli w to nas?

– Nie wiem. Ale jeśli naprawdę coś mają, to nie mogą tego zostawić. – Spojrzałam w oczy kumpla. – Ufam im. Ufam Abelowi.

– Tak, wiem, że mu ufasz. To solidny człowiek. – Zawiesił się na moment. – Kiedyś zazdrościłem ci tego, że jest twoim mentorem. Ja dostałem starego, jebniętego Wonga, który bardziej niż mnie nie znosił tylko swojej żony. Chwała mu za to, że polazł na emeryturę dręczyć tę biedną kobietę, nie mnie.

– Miałam dużo szczęścia. – Pokiwałam głową z nieobecnym uśmiechem. – Gdyby nie Crowe, nawet nie wpadałabym na to, żeby iść na prawo, a tym bardziej dołączyć do prokuratury.

Pewnie wyjechałabym gdzieś daleko, by zapomnieć o tym, co odebrało mi to miasto.

Przypomniałam sobie ciepły czerwcowy dzień, zakończenie liceum. Moją uradowaną matkę, której zmęczenie i przepracowanie odcisnęły głębokie bruzdy na twarzy. I moment, w którym przedstawiła mi Abela Crowe’a. Stałam wtedy w granatowej todze z dyplomem w ręku, nie mając pojęcia, co zrobię dalej z życiem i kim będę.

– Ten pan pracował kiedyś z tatą – powiedziała łagodnie mama, jakby obawiała się, że dopadną mnie złe wspomnienia i czar tego radosnego dnia nieodwracalnie pryśnie. – Chciał zobaczyć, jak się miewasz.

– Gratulacje, Lou – przywitał mnie wtedy Abel z serdecznym uśmiechem i czułością w oczach. – Dobra robota. Mam przeczucie, że przed tobą ciekawa przyszłość.

To wspomnienie było jednym z niewielu dających mi jakieś poczucie przynależności.

– Czyli wcześniej nie myślałaś o tym, żeby iść w ślady ojca? – Carter wyrwał mnie z zamyślenia. – Albo go… pomścić?

Na te słowa coś ukłuło mnie głęboko w sercu.

– Ja o tym marzyłam. Każdego dnia od jego śmierci… – odparłam cierpko. – Po prostu długo nie sądziłam, że dam radę to zrobić. Dopiero Abel pokazał mi drogę.

– To, że nigdy nie pogodziłaś się z jego śmiercią, czyni z ciebie świetną prokuratorkę, wiesz?

– Co masz na myśli?

– W każdym widzisz tych, którzy go zabili. Za każdym razem próbujesz wyrównać rachunki, mimo że tego jednego nie da się uregulować. Więc nigdy nie spoczniesz. Nie przestaniesz walczyć.

O ojca.

Miał rację. Kolejna rozwiązana sprawa, następny gnój wsadzony za kratki – to były zwycięstwa, które w głowie dedykowałam właśnie jemu. Tacie, którego twarzy prawie nie pamiętałam. Zapomnianemu dziś policjantowi, po którym zostały mi tylko medal honoru i odwagi oraz kompas moralny. Dlatego właśnie nie umiałam zwolnić. Ponieważ miałam cel.

Miałam misję.

Wyeliminować zło, które zabiło mi ojca.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Playlista

Od autorki

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Wprowadzenie

Dedykacja

Meritum publikacji