Kłamcy tacy jak my - J.T. Geissinger - ebook
NOWOŚĆ

Kłamcy tacy jak my ebook

J.T. Geissinger

0,0

209 osób interesuje się tą książką

Opis

Młoda kobieta stojąca na skraju bankructwa.

Tajemniczy miliarder składający propozycję, która odmieni jej życie.

Obsesja tak potężna, że może zniszczyć oboje.

 

Seks.

Kłamstwa.

Tajemnice.

Namiętność.

 

Callum McCord zawsze dostaje to, czego pragnie.

Osiąga cele za wszelką cenę.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                               Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 416

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Liars Like Us

Copyright © J.T. Geissinger 2023

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Katarzyna Chybińska, Natalia Szoppa, Dominika Kalisz-Sosnowska

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8470-034-1 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Playlista

Valerie Broussard – Killer

Roses & Revolutions – Big Bad Wolf

Rosenfeld – I Want To

MILCK – Devil Devil

AG, MOONZz – Animal

Allie X Devil – I Know

Billie Eilish – Bad Guy

The Pierces – Secret

UPSAHL – Lunatic

Michele Morrone – Watch Me Burn

Royal & the Serpent – Choke

Ruelle – Monsters

Charlotte Lawrence – Joke’s on You

Valerie Broussard – A Little Wicked

Winona Oak – SHE

Jaira Burns – Goddess

CRMNL – Wicked as They Come

Pink – Trustfall

Rozdział pierwszy

Żółte balony tworzące łuk nad otwartymi szklanymi drzwiami ValUBooks kołyszą się radośnie, a nieprzerwany strumień klientów przelewa się przez wejście w błogiej nieświadomości i uśmierca moją duszę, dziedzictwo mojej rodziny oraz każde marzenie, jakie kiedykolwiek odważyłam się mieć.

– Nie jest tak źle – oznajmia pogodnym tonem Viv.

Moja urocza pracownica, piegowata dziewczyna o truskawkowo blond włosach stoi obok mnie w witrynie księgarni i razem obserwujemy tłum na ulicy kłębiący się, aby jeszcze bardziej utuczyć już i tak opasłe konto mojego arcywroga.

Nazwałabym go konkurencją, ale nie ma mowy o żadnej rywalizacji. ValUBooks to firma znajdująca się w rankingu Fortune 500, dysponująca majątkiem wartym ponad miliard dolarów, prowadząca powyżej tysiąca świetnie prosperujących sklepów w kraju i zatrudniająca ponad trzydzieści tysięcy pracowników.

Moja firma Lit Happens ma jedną lokalizację, zatrudnia pięciu pracowników, a jej „aktywa” to gromada zdziczałych kotów, swobodnie wałęsających się między ulicą a lokalem, oraz opętany przez demona ognia przestarzały ekspres do kawy, który stanął kiedyś w płomieniach w obecności miejskiego inspektora sanitarnego przeprowadzającego doroczną kontrolę maleńkiej kawiarni mieszczącej się w sklepie.

– Jasne. Tak samo jak guz mózgu nie jest taki zły – mamroczę.

Viv zerka na mnie badawczo, a potem znowu zwraca twarz ku intensywnemu lipcowemu słońcu i próbuje mnie uspokajać.

– Nie bądź taka przybita. To pierwszy dzień. Dzisiaj na pewno zacznie się ruch. Założę się, że jutro zrobi się spokojniej. A w następnym tygodniu zainteresowanie umrze.

Umrze jak mój biznes. Umrze jak moja przyszłość. Umrze jak moje życie miłosne, zakończone gwałtownie sześć miesięcy temu, kiedy mój chłopak Ben nagle oświadczył, że z nami koniec, po czym zablokował mój numer, jakbym była natrętnym windykatorem, którego próbuje uniknąć.

Wciąż nie mam pojęcia, co się stało. Kiedy udałam się do jego mieszkania, aby z nim porozmawiać, sąsiadka z naprzeciwka poinformowała, że się przeprowadził.

Nie zostawił nowego adresu. Nie powiadomił nawet właściciela mieszkania. Zwyczajnie zniknął niczym przestępca uciekający przed wymiarem sprawiedliwości.

Prawdopodobnie miał przeczucie, że moje życie dobiega końca i nie chciał zostać wciągnięty w otchłań bankructwa i zmagać się z moją nienawiścią do samej siebie.

– O, Boże! To Channel 4 News! – Wskazuję z przerażeniem wjeżdżający właśnie na parking niebiesko-biały van z anteną satelitarną na dachu.

– Może mają wyciek gazu. – W głosie Viv pobrzmiewa nadzieja.

Prycham.

– Dzięki za wsparcie, ale wiadomości nie relacjonują wycieku gazu. Są tu z powodu wielkiego otwarcia.

– A może to wielki wyciek gazu. Może ewakuują budynek. Może ValUBooks eksploduje!

Cała Viv. Panna Słoneczko zawsze dostrzega jasną stronę życia nawet w obliczu nadciągającej katastrofy.

Mogłabym pokazać jej gigantyczną asteroidę wchodzącą w atmosferę ziemską bezpośrednio nad naszymi głowami, mającą unicestwić życie na całej planecie, a ona i tak powiedziałaby coś dodającego otuchy, że przynajmniej w zaświatach nie ma podatku dochodowego ani trolli internetowych.

– Nic tu nie eksploduje. Chyba że mój zdrowy rozsądek. Muszę się napić.

Przybita, odwracam się od okna wystawowego i przemierzam sklep. Zatrzymuję się za ladą przy kasie i wyciągam spod niej whiskey. Odkręcam butelkę i pociągam łyk prosto z gwinta na oczach Viv, na co dziewczyna wykrzywia śliczną twarz ze zgorszenia.

– Nie za wcześnie na picie, Em? – podsuwa niepewnym tonem.

– Nie osądzaj mnie. Moje życie się sypie. Alkohol jest rozwiązaniem.

– Alkohol nigdy nie jest rozwiązaniem. Zwłaszcza o dziesiątej w piątkowy poranek.

– Ha! Mówi dzieciak bez problemów.

– Dwadzieścia lat to nie wiek dziecięcy. – Sprawia wrażenie urażonej.

– Phi. Pogadamy za dekadę.

Pociągam kolejny łyk, zakręcam butelkę i chowam ją pod ladę. Nie przyznałabym na głos, że moja młoda i nieznużona pracownica ma rację. Dziesiąta rano to zdecydowanie za wczesna pora na picie.

Poczekam do południa, aby się rozkręcić.

Drzwi frontowe nagle stają otworem. Do sklepu wpada spanikowana, opalona brunetka w złotej bluzie z logo USC, krótkich dżinsowych szortach i japonkach.

– Emery! O mój cholerny Boże! Przyjechała telewizja! Widziałaś vana?! A ten tłum?! Widziałaś, ile samochodów stoi na parkingu?! Musiałam zostawić auto przy ulicy. Ale tłok!

– Może przyhamuj z tym dramatyzowaniem – sugeruje Viv, posyłając Harper nietypowe dla siebie marsowe spojrzenie, gdy ta pędzi w moją stronę i rzuca na ladę torbę od Louis Vuitton.

Harper ją lekceważy, łapie mnie za ramiona i potrząsa.

– Nie mogę stracić tej pracy, Em. Wiesz, jaką mam sytuację finansową. Chad puścił mnie z torbami. Nie znalazłabym innej posady, bo nie jestem tytanem pracy!

– Wiem tylko, że robisz mi siniaki i mam ochotę po przyjacielsku ci oddać. – Wyciągam whiskey spod lady. – Częstuj się. To pomoże.

Kiedy odkręca butelkę i upija łyk alkoholu, Viv rozkłada ręce w geście bezradności.

– Czy nikt tutaj nie potrafi sobie radzić ze stresem w zdrowy sposób?

– Nie uczyli tego w szkole w średniowieczu. A teraz na coś się przydaj, Vivienne. Idź do obozu wroga, rozejrzyj się i wracaj zaraportować.

– Czego mam szukać?

– Czegokolwiek, co mogłybyśmy zgłosić władzom jako naruszenie przepisów, aby zamknęli tych drani.

– A co, jeśli niczego nie znajdę?

– Udawaj, że się poślizgnęłaś. Upadnij i złam kość. Zrób scenę. I upewnij się, żeby polała się krew! W wiadomościach uwielbiają krew – wtrąca się Harper.

Dziewczyna wzdycha i kręci głową.

– Ona żartuje – oznajmiam.

– Właśnie, że nie! – upiera się Harp. – To sprawa życia i śmierci, dziewczyny! Jestem trzydziestoletnią samotną matką bez żadnych umiejętności przydatnych na rynku pracy. Mam karty kredytowe zadłużone na czterdzieści tysięcy i dziecko, które przynajmniej raz w miesiącu trafia na oddział ratunkowy, bo ma alergię na wszystko. Nie mogę stracić pracy. A jeśli nie podejmiemy drastycznych kroków, ValUBooks nas wykończy.

Odwraca się w stronę witryny sklepowej i wymachuje ręką w powietrzu.

– Popatrzcie tylko na ten tłum! – zawodzi.

Ona zawsze dramatyzuje, kiedy się martwi. Studiowała aktorstwo, zanim rzuciła naukę, aby poślubić gwiazdora drużyny futbolowej. Urodziła dziecko i odkryła, że wyobrażenie jej męża o monogamii obejmowało stały cykl zmieniających się atrakcyjnych studentek.

Odbieram od niej butelkę i ponownie ją chowam. Pozwoliłabym przyjaciółce napić się więcej, ale sama mogłam potrzebować alkoholu.

– Dzień dobry, drogie panie. – Przez spanikowany monolog Harper przebija się chropowaty męski głos.

W progu pojawia się pan Murphy i wita się z nami lakonicznym skinieniem głowy.

Ten emerytowany nauczyciel angielskiego pochodzi z Bronxu, a w zeszłym roku zmarła mu żona. Zanim stałam się właścicielką księgarni, pozostawał wieloletnim klientem naszego sklepu i pierwszym pracownikiem zatrudnionym przeze mnie po śmierci mojego ojca.

Uważam, że w każdej porządnej księgarni powinien znaleźć się przynajmniej jeden kot, kilka wygodnych foteli ukrytych w zakamarkach, aby można się na nich zwinąć, i gderliwy staruszek, posiadający zdolność do wygrzebania dokładnie takiej opowieści, jakiej szuka klient.

Pan Murphy jest naszym staruszkiem.

– Och, Murph – lamentuje Harper. – Widziałeś to? Jesteśmy skończeni!

Mężczyzna zamyka za sobą drzwi, a w jego przenikliwych stalowoniebieskich oczach połyskuje odraza wobec zachowania dziewczyny. Nic nie krępuje go bardziej niż okazywanie emocji.

Lekceważąc jej wybuch, rusza żwawym krokiem w stronę ekspresu do kawy znajdującego się po drugiej stronie sklepu. W śnieżnobiałej eleganckiej koszuli, z plastikowym futerałem ochronnym na długopisy w kieszeni i w okularach w rogowej oprawie mógłby uchodzić za naukowca z lat pięćdziesiątych. Jego siwe, ostrzyżone na krótko włosy i pogarda dla zwykłych ludzkich uczuć tylko potęgują to wrażenie.

– Murph, nie ma cię dzisiaj w grafiku – oznajmiam.

– Harper też nie – wytyka ze stoickim spokojem, przygotowując sobie espresso. – Ani Taylor, która kręci się po parkingu niczym kryminalistka.

Moja kolejna pracownica Taylor to maniaczka gier, ma wytatuowane na ciele cytaty z ulubionych książek, sporo kolczyków na twarzy i sarkastyczne poczucie humoru.

Pewnie pojawiła się tu z tego samego powodu co my.

Aby zjednoczyć się w niedoli.

Jak na zawołanie drzwi otwierają się ponownie i w progu staje Sabine.

Ona natomiast stanowi uosobienie kalifornijskiej dziewczyny. Błyszczące złote włosy, wielkie niebieskie oczy i zęby jak u gwiazdy z reklamy pasty Colgate. Lecz pod jej radosną aparycją kryje się mroczna aura typowa dla przywódców sekt.

Tej mieszance nie da się oprzeć. Nie potrafię zliczyć mężczyzn, którzy oszaleli na jej punkcie.

– Hej, Em. Jak się trzymasz? – Wchodzi do środka i przeszywa mnie przenikliwym spojrzeniem.

– Kto? Ja? Mam drobne załamanie nerwowe. Nie ma powodu do zmartwień. – Uśmiecham się.

– Dzień dobry, Sabine! – woła Murph przez ramię.

– Dzień doberek, Murph. Viv, Harper. Co wy tu wszyscy robicie?

Staruszek odwraca się i zerka na nią znad okularów.

– Czyż to nie oczywiste? Znajdujemy się na pokładzie Titanica i słuchamy orkiestry, zanim na wieczność pogrążymy się w lodowatych odmętach.

On zawsze ma pod ręką jakąś ponurą metaforę.

– Nikt nie pójdzie na dno! – oznajmia z parsknięciem Viv. – Przesadzacie. Lit Happens od czterdziestu lat pozostaje filarem tej społeczności. To tak jak… – Szuka dobrego porównania i nagle wskazuje na mnie. – Praktycznie tak długo jak celibat Emery!

– Wypraszam sobie. Sześć miesięcy to zaledwie ułamek czterech dekad.

– Może dla ciebie. – Chichocze Sabine.

Dzwoni telefon. Pędzę, aby odebrać, mając nadzieję, że jakiś klient chce złożyć duże, specjalne zamówienie albo może dawno zaginiony krewny zapragnął poinformować o miliardach, odziedziczonych właśnie po ekscentrycznej ciotce rodziców, której nigdy nie poznałam. Z rozczarowaniem słyszę w słuchawce znajomy głos.

– Och, jak dobrze, że cię złapałem – odzywa się mój gospodarz z wyraźnym bostońskim akcentem.

– Cześć, Bill. – Zerkam ukradkiem za siebie, aby się upewnić, że nikogo nie ma w pobliżu, po czym odwracam się twarzą do ściany i zniżam głos: – Czek za czynsz przeszedł, prawda?

– Tak. Po tym jak wprowadziłem go drugi raz.

Wzdrygam się i przygryzam paznokieć.

– Cholera. Tak mi przykro. Ostatnio po prostu zrobiło się trochę ciężko finansowo w związku z sytuacją gospodarczą, inflacją i próbami wyjścia z kryzysu po pandemii…

– Całkowicie cię rozumiem – przerywa. – To z pewnością trudne czasy dla wszystkich w handlu.

Przez ułamek sekundy odczuwam ulgę, ale wtedy on mówi:

– W tej sprawie dzwonię.

Coś w jego tonie sprawia, że skacze mi tętno.

– Co masz na myśli?

Odchrząkuje.

– Cóż, wkrótce wygaśnie twój obecny okres najmu…

O nie. O Boże, nie. Nie teraz.

– …i jak wiesz, przez kilka lat nie podnosiliśmy opłat…

Nie mów tego, Bill. Nie mów tego, co, jak przypuszczam, powiesz.

– A skoro do kompleksu budynków wprowadza się ValUBooks, to mniejsze lokale jak twój osiągną znacznie wyższą cenę za stopę kwadratową. Więc obawiam się, że czeka cię podwyżka. Od pierwszego września twój czynsz się podwoi – oznajmia z zakłopotaniem, przełamując trudną do zniesienia ciszę.

– Podwoi? – krzyczę, strasząc pulchnego rudego kota śpiącego na pobliskim blacie. – Mówisz mi, że mam płacić dwadzieścia tysięcy dolarów czynszu miesięcznie?

Przynajmniej ma na tyle przyzwoitości, aby sprawiać wrażenie zawstydzonego.

– Nie podnosiliśmy czynszu od pięciu lat. A i wcześniej pozostawał ten sam przez pięć lat. Sprawiedliwie będzie dopasować stawki do obecnych cen rynkowych.

Mam ochotę powiedzieć, że gdyby istniała sprawiedliwość, to mój ojciec nigdy by nie umarł.

Gdyby istniała sprawiedliwość, moja matka nie zachorowałaby na nowotwór piersi, kiedy miałam zaledwie dziesięć lat.

Gdyby istniała sprawiedliwość, na litość boską, nie musiałabym rezygnować ze studiów, aby pomagać w prowadzeniu rodzinnego interesu. A obecnie ten interes chyli się ku upadkowi.

Po prostu zamykam oczy i biorę powolny wdech.

– Mam pracowników utrzymujących się dzięki tej firmie, Bill.

– A ja mam ludzi, których interesy zależą od powodzenia moich własnych. Naprawdę mi przykro, Em. To nic osobistego.

– Właściwie to cholernie osobiste – wypalam z płonącą twarzą.

– Posłuchaj. Jesteś kobietą interesu. Wiesz, jak to działa. Przetrwają najsilniejsi.

– To nie biznes, a piosenka Bruce’a Springsteena.

– Wychodzi na jedno.

– Mogłeś uprzedzić mnie nieco wcześniej!

– Czy to by coś zmieniło?

Zamykam oczy i wzdycham pokonana. Oboje wiemy, że mógłby powiadomić mnie z rocznym wyprzedzeniem, a mimo to wciąż nie mogłabym sobie pozwolić na nowy czynsz.

W tej chwili zebrana na parkingu orkiestra marszowa, której wcześniej nie zauważyłam, zaczyna energicznie wykonywać Start Me Up Rolling Stones.

– Co to za jazgot? – pyta Bill.

– Odgłos nadciągającego końca mojego życia. – Przeklinam i rzucam słuchawką, a leżący na ladzie rudy kot posyła mi pełne oburzenia spojrzenie, że śmiem mu przeszkadzać.

Wpadająca w pośpiechu przez drzwi Taylor potrąca Sabine.

– Hej! – woła ta poirytowana. – Ja tu stoję!

Taylor nie zwraca na nią uwagi, tylko w kilku długich susach zatrzymuje się przede mną i opiera dłonie o blat.

– Mają Starbucksa. Pieprzonego Starbucksa. Cipy! – oznajmia z oburzeniem, nachylając się do mnie.

Taylor ma nie tylko zamiłowanie do piercingu i tatuaży, lecz również niewyparzoną gębę. To jedna z cech, które w niej uwielbiam.

– Wiedzieliśmy, Tay. Pisali o tym w gazecie.

– Taylor, przydaj się na coś i znajdź cokolwiek, co nadaje się do podpalenia w sąsiednim sklepie. Najlepiej dział romansów – oznajmia Murph.

– Nie jedź po romansach! Tylko dzięki nim przetrwałam ubiegły rok! – wtrąca się Harper.

– Tak, dzięki nim i kolekcji zabawek na baterie. – Taylor uśmiecha się z przekąsem.

Harp opiera dłonie na biodrach i posyła jej groźne spojrzenie. Sabine wybucha śmiechem, a Murph oblewa się rumieńcem. Ponownie sięgam po butelkę, ponieważ czeka mnie bardzo długi dzień.

Przełykam palący łyk alkoholu i przez witrynę dostrzegam kątem oka mężczyznę.

Częściowo ukryty pod kołyszącym się łukiem balonów, stoi przed wejściem do ValUBooks. O głowę wyższy od innych klientów, lekceważy tłum oraz ryczącą na zewnątrz orkiestrę i wpatruje się w mój sklep.

Ramiona krzyżuje na szerokiej piersi. Pomimo lipcowego upału od stóp do głów nosi czerń, a do tego ma na sobie skórzaną kurtkę i kowbojki. Poranne światło odbija się w jego okularach przeciwsłonecznych.

Znajduje się zbyt daleko, abym mogła wyraźnie przyjrzeć się jego twarzy, ale dostrzegam w nim coś znajomego. Może postawa albo wzrost. Chyba już gdzieś go widziałam, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie.

Przyglądam mu się spod półprzymkniętych powiek.

Po chwili mężczyzna w czerni odwraca się i znika w tłumie.

Rozdział drugi

Kilka tygodni później siedzę naprzeciwko miłej kobiety z urzędu do spraw małych przedsiębiorstw, wysłuchując listy powodów, dlaczego mój biznes nie kwalifikuje się do pożyczki.

To samo słyszałam w banku.

I w kasie kredytowej.

I od jedynej znanej mi bogatej osoby, czyli mojej bezdzietnej starszej sąsiadki Maude, która wciąż wiedzie żywot biedaczki, mimo że parę lat temu wygrała miliony na loterii. Nie mam pojęcia, co robi z tą kasą, ale nie jest zainteresowana możliwością podzielenia się nią.

Dziękuję urzędniczce za poświęcony czas i wychodzę z budynku jak zamroczona. Jadę nad ocean, parkuję samochód i udaję się na plażę. Siadam na piasku, bezmyślnie wbijam wzrok w migoczące błękitne wody Pacyfiku i próbuję rozgryźć, jak, do licha, ocalić Lit Happens.

Rozejrzałam się już po mieście w poszukiwaniu nowego lokalu do wynajęcia. Nie znalazłam niczego, na co byłoby mnie stać. Poza tym potrzebowałabym pierwszej i ostatniej raty oraz kaucji, aby wprowadzić się do nowego miejsca, co wydaje się równie nieosiągalne jak miliard dolarów.

Poza dziesięcioletnim Volkswagenem Jettą nie posiadam majątku do spieniężenia, aby zdobyć trochę gotówki. Wynajem mieszkania pochłania ponad połowę mojej pensji, ponieważ LA to kosztowne miejsce do życia. Tata zostawił mi trochę pieniędzy, ale większość z nich przeznaczyłam na koszty pogrzebu i fundusz na czarną godzinę dla księgarni.

Ten fundusz się już wyczerpał.

Przy moich stopach ląduje mewa.

– Mam przewalone, ptaszku – zwracam się do niej ze smutkiem w głosie.

Spogląda na mnie zupełnie bez współczucia, po czym chybotliwie oddala się w poszukiwaniu kogoś mniej przygnębiającego.

Po kolejnej godzinie rozmyślań nad możliwymi rozwiązaniami poddaję się. Korzystając z aplikacji w komórce, sprawdzam firmowe konto bankowe.

Po wypłacie pensji pracownikom zostanie jeszcze około tysiąca dolarów.

Podnoszę się i wracam do samochodu. W głowie kłębią mi się przeróżne myśli, ale wyraźnie krystalizuje się jedna. Muszę uprzedzić ludzi tak szybko jak to możliwe, że Lit Happens zamyka podwoje.

***

W Jameson’s w Beverly Hills, ekskluzywnym steakhousie, sześciouncjowy stek bez dodatków kosztuje osiemdziesiąt dolców, a wszyscy kelnerzy wyglądają jak modele z okładki magazynu.

Jeśli mam zwolnić osoby, które uwielbiam, to przynajmniej mogę poinformować je o tym przy wspaniałym posiłku i w miłym otoczeniu.

Tysiąc pozostały na moim koncie powinien wystarczyć na pokrycie kosztów.

Przy stoliku siedzą Harper, Vivienne, Taylor, Sabine i pan Murphy.

Sabine, mająca na sobie obcisłą czerwoną sukienkę, a na nogach szpilki, przyciąga wzrok wszystkich gości restauracji i zachowuje się tak, jakby nie dostrzegała grupki siedzących przy barze, śliniących się na jej widok biznesmenów w średnim wieku.

Taylor nerwowo wybija staccato na obrusie i się rozgląda.

Murph z uniesionymi brwiami przegląda menu w skórzanej oprawie.

W międzyczasie Harper owija kosmyk włosów wokół palca i trzepocze rzęsami do postawnego blond przystojniaka siedzącego przy pobliskim stoliku.

Znajdująca się po mojej lewej Viv kładzie mi dłoń na drżącym kolanie i ściska je w kojącym geście.

Podchodzi do nas przystojny młody kelner z nieszczerym uśmiechem.

– Czy mogę na początek zaproponować państwu koktajle?

– Murph, mógłbyś wybrać nam wino? Może jakieś czerwone i białe.

– W menu nie ma żadnego poniżej trzystu dolarów. – Mężczyzna zerka na mnie.

Taylor gwiżdże. Próbuje ukryć zaskoczenie.

– Ja poproszę tylko wodę gazowaną – oznajmia pogodnie Viv na widok mojego zdumionego spojrzenia.

– Dla mnie martini z wódką – oznajmia Murph, zamyka menu i odkłada je na bok.

– Niech będą dwa – dołącza Harper.

– Trzy – dodaje Sabine.

– Ja też się skuszę – oznajmia Taylor, rozsiadając się na krześle.

Sprawdzając, czy mężczyzna ośmieli się poprosić ją o dowód, rzuca mu groźne spojrzenie spod wzburzonych czarnych włosów opadających na jedno oko, a srebrne kolczyki w lewym nozdrzu i brwi migoczą w blasku lamp.

– Proszę bardzo, panienko. A dla pani? – Kelner rozczarowuje ją tym prostym stwierdzeniem.

– Dla mnie to samo. Dziękuję.

Kiedy pracownik się oddala, spoglądamy po sobie. Odgłosy toczących się na sali rozmów i elegancka muzyka fortepianowa płynąca z ukrytych nad naszymi głowami głośników wydają się wyjątkowo głośne.

Biorę głęboki wdech i zbieram się na odwagę, aby poruszyć konkretny temat.

– Na pewno wszyscy się zastanawiacie, z jakiej okazji ta kolacja. Jak wiecie, Lit Happens boryka się z problemami. ValUBooks przejął naszych klientów. I mają Starbucksa. I stoisko z kwiatami. I wspaniałą kawiarnię serwującą śniadania. I niesamowity wybór książek. Ich asortyment jest tak olbrzymi… – Spoglądam na swoje spocone dłonie splecione na kolanach. Serce kurczy mi się ze strachu. Odchrząkuję i kontynuuję: – Kiedy dekady temu mój tata zakładał tę firmę, były inne czasy. Nie istniał internet, więc nie dało się tam kupować książek. Nie znano gigantycznych sieciówek. Nie wynaleziono tabletów czy komórek umożliwiających czytanie ebooków. I okazuje się, że się myliłam, wierząc, że niewielki lokalny sklepik z prawdziwymi wielbicielami książek pozostanie czymś, co zawsze przyciągnie klientów.

Unoszę wzrok i dostrzegam, że wszyscy wpatrują się we mnie w milczeniu. Smutek i rezygnacja malują się na ich twarzach. Tylko u Harper dostrzegam panikę.

Oni już wiedzą.

Gardło mi się zaciska, a łzy napływają do oczu. Oczywiście, że wiedzą. Nie są głupcami.

To ja jestem jedynym głuptasem w tym towarzystwie.

Ale ze mnie nieudacznica.

– Utrzymywałam sklep tak długo, jak mogłam. Na rozmaite sposoby próbowałam zdobyć środki finansowe. Skorzystałam z wszelkiego rodzaju reklam i szukałam taniego lokum do wynajęcia… ale prawda wygląda tak, że nie mogę już dłużej tego ciągnąć. Oddałabym wszystko, aby potoczyło się inaczej. Dosłownie dałabym sobie uciąć rękę, gdyby tylko to mogło pomóc. – Głos mi się łamie. – Niestety Lit Happens kończy działalność. – Łza spływa mi po policzku. Zażenowana, szybko ocieram ją knykciami. – Przepraszam, kochani. Wiem, jak bardzo liczycie na posady. Tak mi przykro, że was zawiodłam.

– Brednie – oznajmia stanowczym tonem Taylor.

W oszołomieniu zerkam na nią i dostrzegam grymas na jej twarzy.

– To nie twoja wina. To wina tego wielkiego dupka, ValUBooks. Dlaczego, do diabła, otworzyli się w sąsiedztwie innej księgarni? Jakby chcieli, abyś poniosła porażkę!

Kręcę głową.

– To nic osobistego. Lokalizacja jest świetna, a ich sieć rozwija się dynamicznie od kilku lat. Szczerze mówiąc, dziwię się, że nie doszło do tego wcześniej.

– Ale tuż obok naszej księgarni? – upiera się. – To pojebane!

– A co z naszym ubezpieczeniem zdrowotnym? – wtrąca cichym głosem Harper.

– Można wykupić kontynuację do czasu znalezienia nowej pracy. – Sabine posyła jej przenikliwe spojrzenie.

– Ale to podwójny koszt, prawda? – Harp zerka błagalnie.

– Zdołasz wypłacić nam ostatnią pensję? – upewnia się Murph.

Pozostaje niewzruszony, ale wiem, że martwi się swoją sytuacją finansową. Nie ma wysokiej emerytury, a bierze kilka wcale nie tak tanich leków.

– Tak. Oczywiście – mówię, czując ucisk w gardle ze wzruszenia. – I wystawię wam świetne referencje, listy polecające, czegokolwiek potrzebujecie. ValUBooks pewnie wciąż zatrudnia…

– Żadne z nas nie poszłoby dla nich pracować, Em – oznajmia delikatnie Viv, ponownie ściskając mnie za kolano.

Pozostała trójka jej przytakuje, a ja znowu kręcę głową.

– A powinniście. Pewnie mogliby zaproponować wam wyższą pensję, niż mieliście u mnie. A wszyscy macie kwalifikacje. To oczywisty wybór.

Nadchodzi wybawienie od kontynuowania tej rozmowy w postaci kelnera z tacą koktajli i gazowaną wodą dla Viv.

Mężczyzna rozdaje nam drinki w sprawny sposób, podczas gdy ja staram się powstrzymać od płaczu. Kiedy wszyscy trzymają napoje w dłoniach, a kelner się oddala, wznoszę toast.

– Za przyszłość. Niech okaże się tak jasna, na jaką wszyscy zasługujecie. Z głębi serca dziękuję wam za bycie tak cudownymi przyjaciółmi. Właściwie jesteście dla mnie kimś więcej. Jesteście moją rodziną. Kocham was.

Unoszę kieliszek do ust drżącą ręką.

– Za śmierć bezdusznych korporacji. Niech zgniją w piekle – oznajmia Taylor. Upija łyk martini, przełyka i wykrzywia twarz. – Kurwa, to smakuje jak gówno. Należało zamówić piwo.

Wszyscy upijają łyk swoich napojów. Po chwili Murph odstawia kieliszek na stół i spogląda na mnie.

– A ty, Emery? Jakie masz plany? – zaciekawia się.

Robię drżący oddech.

– Szczerze to nie wiem. Zbytnio skupiałam się na utrzymaniu sklepu na powierzchni, aby zamartwiać się własnym losem.

Nie myślałam o tym, skąd wezmę pieniądze na jedzenie, czynsz, paliwo, rachunki za media, karty kredytowe i resztę wydatków. Sama myśl o tym paraliżuje.

– Coś wykombinuję. – Silę się na optymizm.

– To nie okaże się łatwe, ale coś wymyślisz. Jesteś zaradna. – Pan Murphy kiwa głową ze zrozumieniem.

Przywołuję na twarz wymuszony uśmiech, wdzięczna za wsparcie. Nienawidzę siebie za to, w jakiej sytuacji ich postawiłam.

Rozmowa toczy się dalej, ale nie potrafię powstrzymać przytłaczającego poczucia winy i wstydu. Gdybym tylko zadziałała agresywniej z reklamami albo bardziej przygotowała się na nieoczekiwane wydarzenia, może uniknęłabym tej sytuacji.

Próbuję odepchnąć od siebie te myśli i skupić się na obecnej chwili, ale nie potrafię otrząsnąć się z poczucia odpowiedzialności. Przygniata mnie.

To wszystko moja wina. Gdybym tylko mogła coś zrobić…

Wiem jednak, że nic już nie pocznę.

To koniec.

***

Następnego ranka ślęczę zgarbiona nad biurkiem na zapleczu. Mam przymknięte oczy i policzek przyciśnięty do zaległych rachunków rozrzuconych po blacie, kiedy do moich uszu dociera odgłos otwieranych drzwi frontowych.

Zdezorientowana, prostuję się. Faktura przyklejona do policzka odrywa się i opada na podłogę.

– Halo? Jest tu kto? – rozlega się głęboki męski głos.

Przeczesuję włosy palcami i wstaję. Zeszłej nocy po wypitej w ciemności butelce taniego wina zasnęłam na kanapie z płaczem. Dzisiaj mam kaca i ledwo trzymam się na nogach.

Próbuję doprowadzić się do porządku i ruszam do głównej części sklepu. Biorę głęboki wdech i się uśmiecham.

Lecz ten blednie na widok stojącego przy kasie mężczyzny.

Jest wysoki i dobrze ubrany. Wspaniały szary garnitur idealnie opina mu szerokie ramiona. Rozpięty kołnierzyk białej koszuli odsłania mocno opaloną skórę. Włosy i oczy ma ciemne, a kwadratową żuchwę zdobi lekki zarost.

Jest najseksowniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziałam. Otaczającą go chmurę testosteronu można prawdopodobnie zobaczyć z kosmosu.

Mierzy mnie mrocznym spojrzeniem od stóp do głów. Mogłabym przysiąc, że widzi nagie ciało pod ubraniami. A może to tylko złudna nadzieja.

– Witam? – pytam niepewnym tonem.

– Dzień dobry.

Ma niski i ochrypły głos. Wytrzymuje moje spojrzenie bez mrugnięcia i się nie uśmiecha.

Moja cipka budzi się do życia po półrocznej drzemce i krzyczy, że mimo iż ten facet wygląda na emocjonalnie niedostępnego i mającego poważne problemy z kontrolą, chętnie dałaby mu się wykorzystać.

– Tak, mamy ładny poranek. Bardzo dobry poranek. Z pewnością. – Skończ bełkotać, kretynko! Odchrząkuję i uśmiecham się szerzej, aby zamaskować nieśmiałość. – W czym mogę pomóc?

Przechyla głowę i taksuje wzrokiem to, co ma przed sobą. Czuję, jakby padło na mnie światło reflektora. Ciało płonie mi od czubka głowy po palce u stóp. Mężczyzna z zainteresowaniem zaczyna się rozglądać po księgarni.

– Mam nadzieję, że zdołamy sobie pomóc. Przyszedłem do pani z propozycją.

Ponownie kieruje na mnie uwagę i przyszpila tak intensywnym spojrzeniem, że się chwieję.

– Propozycję? – szepczę, ponieważ zupełnie zaschło mi w gardle.

Nagle czuję się tak, jakby w moim mózgu tkwił nieuleczalny tętniak i miałabym paść trupem na miejscu.

Na pewno to prawda, ponieważ następne słowa, jakie słyszę od przystojnego nieznajomego, mogłyby paść tylko w alternatywnej rzeczywistości, gdzie moje funkcje umysłowe na zawsze ustały.

– Chcę się z tobą ożenić – oznajmia, zaglądając mi głęboko w oczy.

Rozdział trzeci

Przez kilka minut mam pustkę w głowie.

Gdyby mężczyzna zapytał mnie o imię, nie zdołałabym go sobie przypomnieć. Hormony śmigają w moich żyłach z prędkością światła, wprawiając w wibracje wszystkie subatomowe cząstki z taką częstotliwością, że pewnie świecę jak neon.

Po chwili wszystkie trybiki w głowie znowu wskakują mi na miejsce i wybucham śmiechem.

– Bardzo zabawne. Dobry dowcip. Kto cię do tego namówił? Sabine?

Mężczyzna jest w jej typie. Piękni ludzie zawsze trzymają się razem, samolubne dranie.

– Nie żartowałem – odpowiada z irytacją, jakby poczuł się urażony.

Przygląda mi się w pełnym skupienia milczeniu, napinając mięśnie szczęk.

– Jasne. Za chwilę powiesz, że jesteś miliarderem, kochasz książki i chcesz pomóc ocalić tę księgarnię – odpowiadam sarkastycznym tonem i krzyżuję ramiona na piersi.

– Zgadza się.

Wpatrujemy się w siebie, a ja próbuję zdecydować, czy powinnam kontynuować tę śmieszną farsę, czy kazać gościowi się odczepić. Jeśli jednak wyjdzie, skończy się delektowanie tym przytłaczającym seksapilem odzianym w drogi garnitur.

Może dam sobie jeszcze minutę czy dwie. Tylko przez wzgląd na moją biedną, samotną cipkę.

– Rozumiem. Cóż, skoro mamy się pobrać, chyba powinnam poznać twoje imię.

– Więc przyjmujesz oświadczyny.

Jego nieustępliwie wnikliwe spojrzenie działa onieśmielająco. Nie mam pojęcia, czy ten gorący supermodel pracuje czasem jako płatny zabójca, czy zwyczajnie posiada mistrzowską umiejętność wpatrywania się w ludzi.

– Po prostu się przedstaw, proszę.

– Callum McCord.

– Miło mi cię poznać, Cal. Powinnam wezwać policję, aby zgłosić skandalicznie kiepski żart, czy sam trafisz do wyjścia?

Mięśnie jego szczęk ponownie się napinają.

– Mam na imię Callum – poprawia niskim głosem, więżąc mnie mrocznym, władczym spojrzeniem. – I nie wezwiesz policji.

W intensywności uwagi tego faceta dostrzegam coś niezwykłego. Coś niepokojącego. Zalążek strachu zaciska się na moim żołądku.

– Nic ci nie grozi – zapewnia, kiedy nerwowo zerkam w stronę drzwi wejściowych.

Wytrącona z równowagi, że czyta we mnie jak w otwartej księdze, spoglądam mu w oczy i unoszę podbródek.

– Nie wiem, co to za gra, ale nie mam ochoty w nią grać. Jeśli nie kupuje pan książek, proszę wyjść.

– Nie zjawiłem się tu po książki. Chcę zaproponować układ. Wyjdź za mnie, a ja zadbam, aby twoja księgarnia nadal prosperowała.

Oszołomiona, próbuję zrozumieć, co się dzieje, i cofam się o krok.

– Co masz na myśli? Dlaczego miałbyś chcieć mnie poślubić? I jakim cudem sprawisz, że mój sklep pozostanie otwarty?

– Mam potrzebne środki. A chcę cię poślubić… – Wilczy głód połyskuje mu w oczach. – Powiedzmy, że uważam cię za interesującą.

Gdyby moja cipka mogła oderwać się od mojego ciała i rzucić prosto na jego twarz, nic by jej nie powstrzymało.

Pomimo kompletnej absurdalności naszej rozmowy i sporej szansy, że facet postradał zmysły, czuję się niczym odpalona laska dynamitu z krótkim lontem.

Wciąż mam jednak godność. Nie padnę na kolana i nie przyssę się do jego kutasa niczym minóg, niezależnie od tego, co sądzi o tym moja cipka.

– Interesująca? Nie znasz mnie. Nigdy się nie spotkaliśmy.

– Ale znam twoją sytuację. I wiem, że zrobiłabyś wszystko, aby znaleźć z niej wyjście. Sama przecież powiedziałaś: „Dosłownie dałabym sobie uciąć rękę, gdyby tylko mogło to pomóc”. Brzmi znajomo?

Przerażona, wzdycham z upokorzenia. Ten drań podsłuchiwał nas wczorajszego wieczoru w restauracji!

– To była prywatna rozmowa. Nie miałeś prawa jej się przysłuchiwać.

– Siedziałem przy stoliku za tobą. Nie mogłem się powstrzymać. I powinnaś na poważnie rozważyć ten ślub jako alternatywę do amputacji.

– To obłęd.

– Nie, to rozwiązanie problemu. Dla nas obojga.

– Och, doprawdy? Jakie problemy może mieć koleś twojego pokroju?

– Koleś mojego pokroju? To znaczy? – Spojrzenie mu się wyostrza.

Zaczynam się naprawdę irytować. Uwielbiam się przekomarzać, ale to już przesada.

– Jeśli trzeba połechtać twoje ego, trafiłeś pod niewłaściwy adres. Ale na pewno w ValUBooks mają olbrzymi dział powieści o narcyzmie, który może okazać się pomocny. A teraz wybacz, muszę wracać do pracy.

Odwracam się i ruszam w stronę biura, ale wtedy Callum woła:

– Dam ci dziesięć milionów dolarów.

Zatrzymuję się w pół kroku, serce zaczyna mi walić jak szalone, a dłonie drżą.

Ten obłąkany skurczybyk naprawdę brzmi, jakby mówił poważnie.

– Przepraszam, czy ty właśnie powiedziałeś…? – W oszołomieniu powoli się odwracam i mrużę oczy.

– Tak. Dziesięć milionów.

– Aby… ocalić mój sklep.

– Tak.

– I… za poślubienie ciebie.

– Tak.

Następuje długa, pełna napięcia cisza. Gwałtownie mrugam, mężczyzna natomiast przeszywa mnie wzrokiem, jakby chciał wypalić mi dziury w głowie.

– Wybacz moje maniery, ale czy masz nierówno pod sufitem? – pytam w końcu.

– Zależy od definicji. Ale moja oferta jest poważna. Może opowiem ci więcej przy lunchu? – odpowiada bez chwili wahania i wskazuje w kierunku witryny.

Przy krawężniku pod sklepem stoi czarny, luksusowy, smukły i futurystyczny sedan. Obok tylnych drzwi od strony pasażera czeka facet w czarnym garniturze i okularach przeciwsłonecznych skrywających oczy.

– To twój wóz?

– Tak.

– Masz kierowcę?

– Tak.

Odrywam wzrok od szyby i spoglądam na Calluma. Stoi w bezruchu, spokojny i opanowany, ale odnoszę dziwne wrażenie, że pod tą pozorną kontrolą toczy wewnętrzną walkę.

Jeśli mam być szczera, to mnie przeraża. On mnie przeraża.

Kim jest ten mężczyzna?

– Nie wsiądę do samochodu z nieznajomym.

– Boisz się porwania?

To irytujące, że trafia w sedno. Jakby siedział w mojej głowie.

– Nie drwij z tego – rozkazuję.

– Nie śmiałbym – ripostuje łagodnym tonem.

– Teraz wiem, że ze mnie szydzisz.

Sarkastycznie wygina lewą brew, jakby uważał mój instynkt samozachowawczy za dziecinny i przesadnie teatralny. Odzywa się jednak łagodnym tonem.

– To może zrób zdjęcie tablicy rejestracyjnej i wyślij przyjaciółce? Jeśli jutro rano twoje poćwiartowane ciało zostanie znalezione na śmietniku, policja już będzie wiedziała, od czego zacząć poszukiwania mordercy.

– Mógłbyś zmienić tablice po porzuceniu zwłok.

– Hmm. Słuszna uwaga.

– Pogrążasz się. Teraz na pewno nie wsiądę do tego samochodu.

Kiedy się nie odzywa i jedynie wpatruje się w moje oczy z zagadkowym wyrazem twarzy, zaczynam odczuwać skrępowanie.

– O co chodzi?

– Po prostu niezbyt często słyszę odmowę.

– Nigdy?

– Właśnie.

– Jeśli mam zostać twoją żoną, lepiej do tego przywyknij – rzucam nonszalancko.

– Czy to zgoda? – podsuwa miękkim tonem, a jego ciemne oczy płoną.

Wyrzucam ręce w powietrze.

– Oczywiście, że nie! Poznaliśmy się dziesięć sekund temu!

– Po prostu daj się zaprosić na lunch. Pozwól mi wszystko wyjaśnić. Jeśli wciąż nie poczujesz się zainteresowana, odstawię cię tu z powrotem i stracisz jedynie godzinę. – Jego wzrok staje się jeszcze bardziej badawczy. – A może masz coś ważniejszego w grafiku?

Ten mężczyzna jest piekielnie seksowny, ale czuję, że może mi strasznie działać na nerwy.

Nie żebym miała go widywać regularnie. Te oświadczyny to szaleństwo, a on z dużym prawdopodobieństwem okaże się wariatem.

Nie zaszkodzi jednak iść na lunch. Jestem głodna. I spłukana. Poza tym nie mam żadnych ważnych spraw na głowie…

Podejmuję decyzję.

– Daj mi dowód rejestracyjny i prawo jazdy. Prześlę ich zdjęcia kumpeli. I weź w rękę szklankę wody stojącą na ladzie. Zostaw na niej odciski palców.

Kiedy unosi brwi, uśmiecham się.

– Jeśli znajdą moje zwłoki na jakimś śmietniku, panie McCord, spędzi pan resztę życia w więzieniu.

***

Podróż do restauracji odbywa się w niezręcznej ciszy. Wbijam wzrok przed siebie, podczas gdy Callum patrzy w moją stronę. Na każdych światłach rozważam wyskoczenie z samochodu i ucieczkę z krzykiem. Jedynie nieodparta ciekawość trzyma mnie w miejscu.

Chcę się z tobą ożenić, naprawdę to powiedział.

Nie mogę się doczekać, aby opowiedzieć o tym swojej najlepszej przyjaciółce Dani. Padnie trupem.

– Jesteś spięta.

Oszołomiona, podskakuję i odwracam się do mężczyzny. Siedzi obok na tylnym fotelu sedana z szeroko rozstawionymi długimi nogami i drapieżnym wyrazem twarzy, jakby miał się zaraz na mnie rzucić.

Otwieram szeroko oczy. Tętno mi przyspiesza. Żar pali między udami.

Cholera, opanuj się!, upominam się w myślach.

Odchrząkuję, po czym oznajmiam z przekąsem:

– Gdyby potężny, onieśmielający nieznajomy, który wszedł do twojej księgarni i zaproponował ci małżeństwo, patrzył na ciebie, jakbyś miał zostać jego następnym posiłkiem, też byś się spinał.

– Gdybym patrzył na ciebie jak na następny posiłek, już byłoby po tobie. – Nutka mroku wkrada się do jego tonu.

Wow. Gość jest niezły. Cipko, uspokój się i przestań jęczeć.

– Czy to ma mi poprawić samopoczucie?

– A onieśmielam cię? – rzuca, zamiast odpowiedzieć na moje pytanie.

– I znowu polujesz na komplementy. Już ci mówiłam, Cal, szukasz w niewłaściwym miejscu. – Posyłam mu kwaśne spojrzenie.

– A ja mówiłem ci, że mam na imię Callum. Nie nazywaj mnie inaczej. – Kieruje wzrok na moje usta i ponownie napina mięśnie szczęk.

Wiem, że to jedynie moja wyobraźnia doszukuje się niewypowiedzianej groźby w zapowiedzi, że jeśli znów użyję zdrobnienia jego imienia, zostanę ukarana.

A może to wyraz jego oczu, przyprawiająca o dreszcze mroczna dezaprobata.

Starając się zachować opanowanie, przyglądam mu się spokojnie.

– Rozumiem, że nie przywykłeś do odmowy, ale ja nie przyjmuję rozkazów. Jeśli czegoś ode mnie chcesz, to musisz poprosić.

Przez chwilę wpatruje się we mnie w pełnej napięcia ciszy.

– Proszę – mamrocze niskim, pieszczotliwym głosem.

Moje majtki stają w płomieniach. Sutki mi sztywnieją, a płuca zastygają. Spoglądam na niego z otwartymi ustami, niezdolna sensownie zareagować.

Jak mam przetrwać lunch z tym gościem i uniknąć spontanicznego orgazmu?

To niemożliwe. Mogę szczytować kilkukrotnie od samego siedzenia obok niego. Jego seksapil zdumiewa.

– Dlaczego tak na mnie patrzysz? – docieka, wytrzymując moje spojrzenie.

– Bo masz coś między przednimi zębami. Zielonego. To chyba szpinak – odpieram atak. Wolałabym umrzeć, niż przyznać, że kłamię jak z nut.

– Jesteś zabawna. To niespodzianka.

– Nie, mówię poważnie. To duża zielona grudka. Powinieneś znaleźć wykałaczkę, zanim wejdziemy do restauracji i wszyscy zaczną się z ciebie śmiać.

– A ty powinnaś znaleźć zimny kompres. Twoja twarz przybrała jasnoczerwony odcień.

– Wciąż próbuję dojść do siebie po bardzo zakaźnym choróbsku, które złapałam w zeszłym miesiącu – wypalam zażenowana i unoszę dłoń do palącego policzka.

– Zakaźne choróbsko? Brzmi poważnie. – Jego mina pozostaje niezmieniona, ale w oczach połyskuje rozbawienie.

– Bo tak było. To znaczy jest. To wysoce zaraźliwe. W każdej chwili możesz dostać zmian skórnych.

Nie mam pojęcia, co, do licha, wygaduję, ale jedno staje się jasne. Mój mózg topnieje w palącej bliskości Calluma. Jeśli zaraz się od niego nie odsunę, skończę jako kałuża brei i zniszczę tapicerkę.

Samochód zwalnia i zatrzymuje się przy krawężniku. Portier w czerwonej kamizelce otwiera mi drzwi. Z zapartym tchem, zdezorientowana, wysiadam, a Callum błyskawicznie pojawia się obok.

Ujmuje mój łokieć i spogląda mi w oczy.

– To tylko lunch. Nie ma się czego obawiać – oznajmia.

Przechodzą mnie ciarki na myśl, że oba te stwierdzenia wkrótce mogą okazać się kłamstwem.

Rozdział czwarty

Ładna hostessa niemal rozpływa się z zachwytu, kiedy Callum do niej podchodzi i prosi o stolik. Na szczęście ten przystojny nieznajomy i ja nie jesteśmy małżeństwem, ponieważ zachowanie kobiety frustruje.

To znaczy frustrowałoby. W tej chwili traktuję to jako interesującą lekcję o sile czarującego uśmiechu.

– O… oczywiście, panie McCord – jąka się i oblewa rumieńcem.

– Często tu bywasz? – pytam oschle, kiedy kobieta się oddala.

– Można tak powiedzieć.

Ujmuje mnie pod łokieć i prowadzi przez salę, od czasu do czasu witając się skinieniem głowy z mijanymi ludźmi. Dobrze go tu znają, więc się odprężam.

Gdyby był mordercą, pewnie nie cieszyłby się taką popularnością.

Hostessa prowadzi nas do stolika na tyłach restauracji, znajdującego się obok okna wychodzącego na dziedziniec obsadzony drzewami, z fontanną pośrodku. Callum odsuwa dla mnie krzesło, upewnia się, że siadam wygodnie, a potem zajmuje miejsce naprzeciwko. Z wrodzoną elegancją rozkłada białą lnianą serwetkę na kolanach.

– Zacznę od tego co zwykle, Sophie. A dla pani proszę martini z wódką – oznajmia, nie zaszczycając hostessy spojrzeniem.

– Dobrze, proszę pana. – Sophie odwraca się, spuszczając wzrok, aby się oddalić, ale ją zatrzymuję.

– Właściwie to poproszę mrożoną herbatę.

Oszołomiona, spogląda na mnie szeroko otwartymi oczami. Potem zerka na Calluma, czekając, aż zezwoli na zmianę zamówienia.

Kiedy pochyla głowę w geście zgody, wybucham pełnym niedowierzania śmiechem.

Dziewczyna umyka chyłkiem, zanim mam okazję zapytać, czy kiedykolwiek słyszała o feminizmie.

– Nie zwracaj na mnie uwagi. Tak bardzo przywykłam do samodzielnego podejmowania decyzji, że czuję ogromną ulgę, że już nie muszę tego robić – ironizuję, przyłapując Calluma na gapieniu.

Rozsiada się na krześle, opiera dłoń o brzeg stolika i przygląda mi się przez chwilę w zamyśleniu.

– Ociekasz sarkazmem.

– Jak miło wiedzieć, że twój umysł dorównuje twojej… – Muszę się powstrzymać, aby nie przewrócić oczami.

Gryzę się w język, a żar wypełza mi na policzki. Milczę, chociaż w myślach okładam się krzesłem po głowie.

Callum się nachyla, splata dłonie i bacznie mnie obserwuje.

– Mojej czemu?

Szukam czegoś, co brzmi sensownie.

– Twojej… ufff… zapomniałam.

Gratulacje, Em. Twój mózg właśnie wyparował.

– Zapomniałaś?

W głosie pobrzmiewa mu nutka rozbawienia, ale wyraz twarzy pozostaje poważny. Płoną mi koniuszki uszu.

– Zmieńmy temat.

– Najpierw przyznaj, co chciałaś powiedzieć.

– Nie.

Jego spojrzenie pozostaje niewzruszone. Żar rozlewa się coraz mocniej na moich policzkach.

– To znaczy nie, dziękuję.

Chcę ukryć twarz za serwetką, zsunąć się pod stolik i ukryć, ale nie dam mu tej satysfakcji. Sztywna i zażenowana, pozostaję na miejscu, odwzajemniając spojrzenie tego faceta i mając nadzieję, że uwierzy w moją pewność siebie.

– Wyznaj, co zamierzałaś powiedzieć, Emery – rozkazuje łagodnym tonem, wytrzymując moje spojrzenie.

Ufff. Kiedy tylko ten mężczyzna mówi coś seksownego władczym tonem, muszę tłumić pożądanie. Zamęczę się.

Wypuszczam długi oddech i postanawiam wyjawić prawdę. I tak ta sytuacja nie mogłaby stać się dziwniejsza.

– O twojej urodzie. I tyle w temacie. Zamierzałam powiedzieć, że twój umysł dorównuje twojej urodzie. A teraz porozmawiamy o tym, skąd znasz moje imię.

– Podsłuchałem twoich pracowników w restauracji. Potem sprawdziłem twoją firmę. Nie zmieniaj tematu.

– Sprawdziłeś moją firmę? – powtarzam zaskoczona.

– Musiałem się dowiedzieć, gdzie się znajduje, abym mógł się zjawić i złożyć ci propozycję. Nie zmieniaj tematu.

Jego intensywne zainteresowanie wydaje mi się niepokojące. A jednocześnie podniecające. Nikt nigdy na mnie nie patrzył z takim głębokim skupieniem.

– A o czym to mówiliśmy? – pytam drżącym głosem.

– Wspominałaś, że mój intelekt dorównuje mojej urodzie.

Szczerze mówiąc, w tej chwili mógłby powiedzieć, że twierdziłam, iż chcę go osiodłać i wybrać się na nim na przejażdżkę, a ja bym mu uwierzyła.

– Tak. Chyba tak.