Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
438 osób interesuje się tą książką
Memphis Ward przybywa do Quincy w stanie Montana w piątym najgorszym dniu swojego życia. Potrzebuje prysznica. Potrzebuje czegoś do jedzenia. Potrzebuje odrobiny spokoju i równowagi. Bo przeprowadzka na drugi koniec kraju z nowo narodzonym dzieckiem to zdecydowanie najbardziej szalona rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiła.
Ale jeśli pozostawienie przeszłości za sobą wymaga pokonania tysiąca mil i rozpoczęcia wszystkiego od nowa, Memphis jest gotowa to zrobić dla lepszej przyszłości swojego syna. Nawet jeśli oznacza to pożegnanie z wygodami dawnego życia. Nawet jeśli musi podjąć pracę pokojówki w hotelu The Eloise Inn i zamieszkać nad garażem zupełnie obcego mężczyzny.
Jej tymczasowy gospodarz, Knox Eden, jest jak piękny, grzeszny sen. Surowy, męski i pociągający – wydaje się wszystkim tym, czego Memphis nigdy nie miała i mieć nie będzie.
Bo po najgorszym dniu swojego życia nauczyła się, że dobre życie wymaga porzucenia marzeń. A mężczyzna taki jak Knox Eden może pozostać jedynie marzeniem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 335
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Juniper Hill
Copyright © 2021 by Devney Perry LLC
Published by the Agreement with The Seymour Agency, USA and Book/lab Literary Agency, Poland
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Brodzik, 2026
Redaktorka inicjująca: Joanna Jeziorna-Kramarz
Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska
Marketing i promocja: Wiktoria Jadziewicz
Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak
Korekta: Anna Nowak, Magdalena Białek
Projekt okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Ilustracja na okładce: © Malte Mueller | GettyImages
Fotografia autorki na skrzydełku: © Lauren Perry
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68889-93-2
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
– Juniper Hill. Juniper Hill. – Odkleiłam karteczkę od uchwytu na kubek, by się upewnić, że dobrze zapamiętałam nazwę ulicy. Juniper Hill. – Nie. Ma. Tu. Żadnego. Juniper. Hill – wycedziłam.
Każde słowo podkreślałam uderzeniem otwartą dłonią w kierownicę. Ulewało mi się z frustracji, gdy rozpaczliwie szukałam wzrokiem tabliczki.
Drake płakał w foteliku, miał czerwoną buzię i wypluwał sobie płuca. Jak to możliwe, że taki mały człowieczek może wydawać tak głośne dźwięki?
– Przepraszam, kochanie. Już prawie jesteśmy na miejscu.
Musieliśmy być blisko, prawda? Ta nieszczęsna podróż musiała się wreszcie skończyć.
Drake płakał i płakał, kompletnie nic sobie nie robiąc z mojego żalu. Miał dopiero osiem tygodni i skoro dla mnie ten wyjazd nie był łatwy, dla niego pewnie przypominał tortury.
– Wszystko spierdoliłam, prawda?
Może należało poczekać z tym, aż trochę podrośnie. Może należało zostać w Nowym Jorku i jakoś znosić to wszystko. Może należało podjąć sto innych decyzji. Albo tysiąc.
Po paru dniach w aucie zaczynałam kwestionować każdy swój wybór, szczególnie ten.
Ucieczka z miasta wydawała się najlepszą opcją, ale teraz…
Cóż, wrzaski Drake’a zmuszały mnie do zmiany perspektywy.
Mogłabym przysiąc, że minęła dekada, odkąd spakowałam cały dobytek i władowałam go do auta. Kiedyś byłam dziewczyną, która dorastała w willi. Dziewczyną, która miała do dyspozycji własny odrzutowiec. Myśl o tym, że teraz mój majątek dało się zmieścić do sedana Volvo… napełniała mnie pokorą.
Jednak podjęłam decyzję i nie mogłam się z niej wycofać.
Po przebyciu tysięcy kilometrów wreszcie dotarliśmy do Quincy. W tym miejscu nasze życie rozpocznie się na nowo. O ile oczywiście znajdę Juniper Hill.
W uszach mi dzwoniło. Serce bolało.
– Ciii, skarbie. Jeszcze chwilkę.
Nie rozumiał i nic go to nie obchodziło. Interesowały go wyłącznie głód i brudna pieluszka. Planowałam zająć się tym, gdy dotrzemy do wynajętego mieszkania, ale już trzeci raz jechałam przez ten kawałek drogi.
Zagubiliśmy się. Zgubiliśmy się w Montanie.
Jechaliśmy tyle czasu, by na koniec się zgubić. Może nawet z samego rana, kiedy opuściliśmy miasto, gdzieś źle skręciłam. A może źle skręciłam gdzieś na początku życia.
Odblokowałam ekran telefonu i sprawdziłam GPS. Moja nowa szefowa ostrzegała, że ta droga nie została jeszcze naniesiona na mapy, dlatego udzieliła mi instrukcji. Może błędnie je zapisałam.
Drake’owi załamał się głos. Na ułamek sekundy maluch przestał płakać, żeby napełnić płucka powietrzem, a potem znowu zaczął się drzeć, ile sił. Widziałam w lusterkach jego czerwoną buzię i zaciśnięte piąstki.
– Przepraszam – wyszeptałam, czując, że i mnie zbiera się na płacz. Zaraz łzy pociekły mi po policzkach i nie nadążałam ich wycierać.
Nie poddawaj się.
Z moich ust również wyrwał się szloch i skierowałam się na zjazd z autostrady.
Rany boskie, jak bardzo chciałam odpuścić. Jak długo można ściskać mocno życie w dłoniach, aż zacznie się z nich wyślizgiwać? Jak długo można wytrzymywać, aż w końcu się pęknie? Wyglądało na to, że dość długo, by przejechać z Nowego Jorku do Montany, ale ani kilometr dalej. Pewnie tylko tyle brakowało mi do naszego ostatecznego celu, a ja czułam, że zaczynam się sypać.
Z mokrymi policzkami, słysząc własne łkanie, zatrzymałam auto. Tuliłam się do kierownicy, żałując, że nie mogę tego wszystkiego cofnąć.
Nie poddawaj się.
Gdyby chodziło tylko o mnie, poddałabym się kilka miesięcy temu. Jednak Drake liczył na to, że dam radę. Przetrwamy to, prawda? Nigdy się nie dowie, że spędził nieszczęśliwy parę dni w aucie. Nigdy się nie dowie, że przez pierwsze dwa miesiące jego życia płakałam niemal codziennie. Nigdy się nie dowie, że dzień, w którym mieliśmy rozpocząć nowe, pełne radości życie, okazał się piątym najgorszym dniem całej mojej egzystencji.
Nie poddawaj się.
Zacisnęłam powieki, poddając się na chwilę rozpaczy. Po omacku znalazłam guzik i opuściłam szyby. Może trochę świeżego powietrza przegoni smród zbyt długiej podróży.
– Przepraszam, Drake – mruknęłam, kiedy on dalej płakał. Oboje płakaliśmy. – Przepraszam.
Lepsza matka pewnie wysiadłaby z samochodu. Lepsza matka przytuliłaby synka, nakarmiła go i przewinęła. Ale wtedy znowu by się rozpłakał, gdy przypinałabym go z powrotem do fotelika, i nie przestawałby przez godzinę, tak jak dzisiaj rano.
Może przydałaby mu się inna matka. Taka, która nie kazałaby mu podróżować przez cały kraj.
Zasługiwał na lepszą. I na lepszego ojca też.
Akurat to nas łączyło.
– Halo?
Wydałam zduszony okrzyk i prawie wyskoczyłam z fotela, kiedy przez hałas przebił się kobiecy głos.
– Przepraszam. – Policjantka, ładna kobieta z ciemnymi włosami, uniosła ręce.
– O mój Boże. – Położyłam dłoń na sercu, a drugą zgarnęłam kosmyk z twarzy.
W lusterku wstecznym zauważyłam znajome niebiesko-czerwone światła radiowozu. Cholera jasna. Mandat to ostatnie, czego potrzebowałam w takiej chwili.
– Przepraszam, zaraz stąd wyjadę.
– Nie trzeba. – Nachyliła się i zajrzała do środka. – Wszystko w porządku?
Zaczęłam gorączkowo wycierać twarz. Przestań ryczeć. Przestań ryczeć.
– Po prostu miałam kiepski dzień. Właściwie to bardzo kiepski. Chyba piąty na liście najgorszych. Może szósty. Nie, piąty. Siedzimy w aucie już kilka dni i mój syn nie przestaje płakać. Jest głodny. Ja jestem głodna. Musimy się przespać i gdzieś umyć, ale się zgubiłam. Od pół godziny usiłuję znaleźć miejsce, w którym powinniśmy się zatrzymać.
A teraz na dodatek bełkotałam przy jakiejś policjantce. Wprost fantastycznie.
Takie paplanie zdarzało mi się w dzieciństwie, kiedy niania przyłapywała mnie na robieniu czegoś, czego nie powinnam. Nie lubiłam wpadać w kłopoty, więc odruchowo próbowałam się wytłumaczyć.
Tata zawsze nazywał to wymówkami. Jednak choć dostawałam kary, paplanie weszło mi w nawyk. Zły nawyk, nad którym spróbuję popracować w przyszłości, ale nie w jednym z dziesięciu najgorszych dni mojego życia.
– A dokąd zmierzacie? – zapytała, spoglądając na Drake’a, który wciąż płakał.
Nie przejmował się, że rozmawiałam z policją. Całą uwagę skupiał na wywrzaskiwaniu światu, jaką ma okropną matkę.
Zaczęłam w popłochu szukać karteczki, którą upuściłam, po czym pokazałam ją kobiecie przez otwarte okno.
– Juniper Hill.
– Juniper Hill? – Ściągnęła brwi i zamrugała, dwa razy odczytując notatkę.
Coś mnie ścisnęło w żołądku. To zły znak? Czyżbym trafiła do szemranej okolicy?
Gdy próbowałam znaleźć mieszkanie na wynajem w Quincy, nie mogłam przebierać w ofertach. Dostępne były wyłącznie trzy- i czteropokojowe domy, a ja nie tylko nie potrzebowałam aż tyle miejsca, ale też nie dysponowałam potrzebnymi funduszami. Pierwszy raz w życiu musiałam skrupulatnie prowadzić budżet, więc nie zamierzałam go przekraczać.
Dlatego zadzwoniłam do Eloise Eden – kobiety, która zatrudniła mnie w swoim hotelu – i powiedziałam, że jednak nie będę mogła sobie pozwolić na przeprowadzkę do Quincy.
Kiedy obiecała mi znaleźć mieszkanie, myślałam, że może los się uśmiechnął. Tylko że zaraz miało się pewnie okazać, że to lokum przy Juniper Hill to jakaś melina w górach, gdzie za sąsiadów będę miała dilerów mety i innych kryminalistów.
Nieważne. Mogłam stawić czoła ćpunom i mordercom, byle nie spędzać całych dni w aucie.
– Tak. Wie pani, gdzie to jest? – Machnęłam ręką w stronę przedniej szyby. – Według wskazówek dojazdu to powinno być gdzieś tutaj, ale nie widzę żadnej drogi o takiej nazwie. Właściwie to nie ma tu żadnych oznaczeń.
– Wiejskie drogi w Montanie rzadko miewają oznaczenia. Ale mogę pomóc. Pojedzie pani za mną.
– Naprawdę? – zapytałam cichuteńko, czując wzbierające na nowo łzy.
Minęło dużo czasu, odkąd ostatnio ktoś mi pomógł. Małe gesty wydawały się wielkie, gdy zdarzały się rzadko. W zeszłym miesiącu dobro okazali mi wyłącznie ludzie z Quincy. Najpierw Eloise, a teraz ta piękna nieznajoma.
– Oczywiście. – Wyciągnęła do mnie rękę. – Jestem Winslow.
– Memphis. – Pociągnęłam nosem i uścisnęłam jej dłoń, mrugając szybko, by powstrzymać płacz. Nic z tego. Mój wygląd odzwierciedlał stan psychiczny.
– Witaj w Quincy, Memphis.
Odetchnęłam, lecz tama pękła i łzy nie chciały przestać płynąć.
– Dziękuję.
Posłała mi smutny uśmiech i szybko wróciła do radiowozu.
– Damy sobie radę, skarbie. – W moim głosie zabrzmiała iskra nadziei i wytarłam twarz.
Drake ryczał dalej, kiedy zjechaliśmy z pobocza i podążyłam za Winslow w stronę drzew. Między nimi znajdowała się wąska droga gruntowa.
Mijałam ją. Trzy razy. Tylko że to wcale nie była żadna droga. A już na pewno nie spodziewałam się, by ktokolwiek przy niej mieszkał. Policjantka zwolniła, zapaliły się na czerwono światła hamowania, i skręciła w tę drogę. Jej koła wznieciły chmurę kurzu, gdy prowadziła mnie coraz dalej od głównej drogi
Mój samochód podskakiwał na każdej nierówności i dziurze, lecz to najwyraźniej pomogło, bo Drake trochę się uspokoił. Za zakrętem zobaczyłam wzgórze wznoszące się ponad linię drzew i porośnięte ciemnozielonymi iglakami.
– Juniper Hill – powiedziałam na głos.
Rany boskie, ale ze mnie kretynka. Gdybym się zatrzymała i rozejrzała, pewnie sama bym zauważyła to miejsce.
Jutro. Jutro przyjrzę się Montanie z większą uwagą. Lecz nie dzisiaj.
Droga ciągnęła się jeszcze ponad kilometr między drzewami, aż w końcu wyjechaliśmy za róg i naszym oczom ukazała się łąka złocistej trawy, pośród której stał przepiękny dom.
Żadna tam melina. Bez sąsiadów spod ciemnej gwiazdy. Nie wiedziałam, czyj to budynek, ale wyglądał jak żywcem wyjęty z jakiegoś katalogu.
Patrzyłam na długi i szeroki parterowiec wyrastający prosto ze wzgórza, z połaciami krystalicznie czystej szyby. Wydawało się, że zamiast ścian ma same okna. Przez nie widziałam salon z kuchnią na otwartym planie. Z drugiej strony mieściła się sypialnia z łóżkiem zasłanym białą narzutą.
Na widok poduszek ziewnęłam.
Obok budynku mieszkalnego stał oddzielny garaż na trzy samochody, ze schodami prowadzącymi do pomieszczeń na piętrze. Eloise powiedziała, że znalazła dla mnie loft.
Chyba dotarliśmy na miejsce. Do naszego tymczasowego domu.
Winslow zaparkowała na okrągłym podjeździe wysypanym żwirem. Podążyłam jej śladem, po czym szybko wysiadłam, by ratować synka. Odpięłam go i wzięłam na ręce, żeby długo go przytulać.
– Dojechaliśmy. Wreszcie.
– Po prostu miał już dosyć tego fotelika – powiedziała Winslow, podchodząc z ciepłym uśmiechem. – Sama mam dwumiesięcznego synka i czasami uwielbia jeździć autem, a czasami nienawidzi.
– Drake też ma tyle. I naprawdę dzielnie zniósł podróż – wyszeptałam. W końcu przestałam płakać i mogłam odetchnąć. – Pokonałyśmy dużo kilometrów.
– Przyjechaliście aż z Nowego Jorku? – zapytała, zerkając na moją rejestrację.
– No.
– No to naprawdę dużo.
Liczyłam, że okaże się to warte wysiłku. Bo nie mogłam wrócić. Od tej pory mogliśmy jedynie iść naprzód. Miasto musiało pozostać wspomnieniem.
– Jestem tutaj komendantką – oznajmiła Winslow. – Znasz Eloise Eden, prawda?
– No… tak? – Wspomniałam jej o tym?
– Będę zupełnie szczera. Memphis to bardzo rzadkie imię, a Eloise to moja szwagierka.
– Aha. –Ja pierdzielę, czyli właśnie rozmawiałam ze szwagierką szefowej. Musiałam zrobić fatalne pierwsze wrażenie. – Eee… cóż za zbieg okoliczności, prawda?
– W Quincy? Nie taki znowu zaskakujący – stwierdziła. – Będziesz pracować w hotelu?
Pokiwałam głową.
– Tak, jako pokojówka.
Zanim Winslow zdążyła powiedzieć coś jeszcze, otworzyły się drzwi frontowe i ze środka wyszła ładna brunetka. Pomachała do nas z szerokim uśmiechem.
Eloise. Jej niebieskie oczy iskrzyły, miały kolor nieba w bezchmurny wrześniowy dzień.
– Memphis! – Podeszła do mnie szybkim krokiem. – Dotarłaś.
– Owszem – wydyszałam, przekładając sobie Drake’a, by móc wyciągnąć rękę.
Dwa dni temu w pokoju hotelowym w Minnesocie nałożyłam na twarz makijaż, ale do tego czasu zdążył spłynąć ze łzami. Jasne włosy zebrałam byle jak w kucyk, a biały podkoszulek poplamiłam na pomarańczowo energetykiem, który wystrzelił mi dzisiaj rano przy otwieraniu. Nijak nie przypominałam Memphis Ward z rozmowy kwalifikacyjnej, którą odbyłam parę tygodni temu z Eloise przez internet. Ale to naprawdę ja. Nie dało się tego ukryć.
Wyglądałam żałośnie.
Eloise podeszła blisko, ignorując moją wyciągniętą dłoń, i uścisnęła mnie mocno.
Zesztywniałam.
– Przepraszam, śmierdzę.
– Ani trochę. – Zaśmiała się. – Poznałaś Winn?
Pokiwałam głową.
– Zlitowała się nade mną i wskazała mi drogę, gdy się zgubiłam.
– Och nie. – Uśmiech Eloise zniknął. – Moje instrukcje okazały się niewystarczające?
– Nie w tym rzecz. – Machnęłam ręką. – Po prostu nigdy wcześniej nie jechałam drogą gruntową.
Aż do tej wycieczki właściwie rzadko w ogóle prowadziłam. Owszem, miałam swoje auto w Nowym Jorku, ale też szofera. Na szczęście spędziłam za kółkiem wystarczająco dużo czasu, jeżdżąc na wczasy do Hamptons i z powrotem, żeby nie bać się tej podróży.
– Możemy ci pomóc w rozpakowywaniu? – zapytała Winslow, wskazując loft.
– Och, nie trzeba. Poradzę sobie.
– Mimo wszystko pomożemy. – Eloise nacisnęła guzik otwierający klapę.
Torby i walizki, które wcisnęłam do bagażnika, praktycznie z niego wyskoczyły. Tak, cały mój dobytek zmieścił się w Volvo. Nie, nie obeszło się bez wciskania rzeczy na siłę.
Zarzuciła sobie plecak na ramię, potem sięgnęła po walizkę.
– Serio, ogarnę to sama. – Spaliłam buraka, widząc, jak nowa szefowa dźwiga moje bagaże. Akurat to, co wzięła, zawierało moją bieliznę i zapas tamponów.
Eloise, nie zważając na moje protesty, pomaszerowała na stalowe schody przy garażu.
– Uwierz mi – rzuciła Winslow, podchodząc do bagażnika – im szybciej się nauczysz po prostu zgadzać się na to, co proponuje Eloise, tym łatwiejsze będziesz miała życie. Uparta z niej bestia.
Poznałam po tym, jak nie chciała przyjąć mojej rezygnacji. Rozkazała mi przyjechać do Montany i obiecała, że będzie tu na nas czekał dom.
– Zauważyłam. – Zachichotałam, pierwszy raz od… cóż, dawna.
Przytuliłam mocniej Drake’a, wciągając nosem jego niemowlęcy zapach. Gdy wreszcie stanęłam twardo na ziemi, pozwoliłam sobie na oddech. Jeden krótki oddech. Potem drugi. Poczułam, jak podeszwy moich butów ogrzewają się na kamieniach. Jak żołądek odjeżdża mi spod gardła, a serce zaczyna wolniej bić.
Dotarliśmy.
Quincy być może nie okaże się naszym domem na zawsze, jednak domy na zawsze są dla marzycieli. Ja przestałam snuć marzenia wtedy, gdy zaczęłam tworzyć ranking swoich najgorszych dni. Przeżyłam ich już wiele, a ta lista wydawała się jedynym sposobem, by iść dalej przed siebie. Wyłącznie dzięki niej wiedziałam, że żaden kolejny dzień nie mógł się równać z tym pierwszym. A skoro przetrwałam tamten, mogę przetrwać drugi i trzeci, i czwarty.
Właśnie mijał piąty.
Zaczęło się na stacji benzynowej w Dakocie Północnej. Zatrzymałam się na drzemkę. Dwadzieścia minut, tylko tyle. Potem planowałam wrócić na trasę. Drake akurat się ululał, nie chciałam go budzić, ciągnąc do jakiegoś brudnego hotelu.
Spanie w samochodzie okazało się lekkomyślne. Wydawało mi się, że w blasku reflektorów parkingu będę bezpieczna. Moje powieki opadły na nie więcej niż pięć minut, kiedy jakiś kierowca zapukał do mojego okna, oblizując lubieżnie usta.
Odjechałam z piskiem opon, wyobrażając sobie, że zahaczyłam o jego stopy.
Serce dudniło mi jeszcze przez godzinę, lecz gdy zeszła adrenalina, dopadło mnie dogłębne zmęczenie. Bałam się, że zasnę za kółkiem, więc zjechałam z międzystanówki, by wyskoczyć z auta i pobiegać chwilę w miejscu pod rozgwieżdżonym niebem. Trzydzieści sekund rozciągania i jakiś owad wleciał mi pod koszulkę, by zostawić na żebrach dwa ugryzienia.
Piekło tak bardzo, że przez dwie godziny nie myślałam o spaniu.
O świcie znalazłam jeszcze jeden zjazd, by zatrzymać się i zmienić Drake’owi pieluszkę. Kiedy zabrałam go z fotelika, zwymiotował mi na koszulkę, przez co musiałam czyścić się chusteczkami dla niemowląt. Każdego innego dnia nie stanowiłoby to dla mnie wielkiego problemu. Ale wtedy ta kropla okazała się bardzo niebezpiecznie blisko przelania czary goryczy.
Na ostatnim przystanku na stacji benzynowej Drake zaczął płakać. Jeśli nie liczyć kilku krótkich drzemek, właściwie nie przestał aż do teraz.
Godziny słuchania jego wrzasku doprowadziły mój układ nerwowy do zwarcia. Miałam dość. Bałam się. Stresowałam.
Kotłowały się we mnie różne sprzeczne emocje, walcząc o moją uwagę i o pałeczkę pierwszeństwa w spychaniu w przepaść.
Ale dotarliśmy. Jakimś cudem dotarliśmy.
– Obczajmy naszą nową chatę. – Pocałowałam synka i przełożyłam go na drugie biodro, kiedy zaczął się wiercić, pewnie z głodu. Wolną dłonią sięgnęłam po następną torbę ze sterty, jednak zapomniałam, jaka jest ciężka. Nylonowy pasek wyślizgnął mi się spomiędzy palców, bagaż wylądował na ziemi. – Rany.
– Ja to wezmę – odezwał się ktoś za moimi plecami niskim, chrapliwym głosem, po czym zachrzęścił na żwirze.
Wyprostowałam się, gotowa uśmiechnąć się i przedstawić, lecz gdy tylko zauważyłam idącego w moim kierunku mężczyznę, mózg mi się zaciął.
Wysoki. Barczysty. Wytatuowany. P r z e ś l i c z n y.
Dlaczego musiałam jechać całą noc? Dlaczego nie zatrzymałam się w hotelu na prysznic?
Naprawdę w moim życiu obecnie nie było miejsca dla faceta. Nowa Memphis – mama Memphis – za dużo czasu musiała poświęcać na wywabianie plam z mleka, by rozglądać się za mężczyznami. Jednak ta dawna Memphis – samotna, bogata i zawsze gotowa na orgazm czy dwa – serio lubiła seksownych brodaczy.
Schylił się i podniósł torbę, po czym chwycił jeszcze największą walizkę. Bicepsy naprężyły mu się pod rękawami szarego T-shirta, gdy szedł w stronę garażu. Wąskie biodra. Żylaste przedramiona. Długie nogi obleczone w spłowiałe dżinsy.
Co to za człowiek? Czyżby tu mieszkał? Czy to miało jakiekolwiek znaczenie?
Drake zakwilił i ten dźwięk natychmiast zgasił promień lasera, którym stał się mój wzrok wycelowany w wyrzeźbione pośladki tego faceta.
Czyżby całkiem mi odbiło? Potrzebowałam snu. Bardzo dużo snu.
Szybko opuściłam brodę, by nikt nie zdążył zauważyć, że się gapię, i pomaszerowałam za nieznajomym; zatrzymałam się tylko, żeby jeszcze złapać leżącą na tylnym siedzeniu torbę z pieluchami.
Metalowe schody skrzypiały cicho pod ciężarem każdego kroku. Mężczyzna prawie dotarł na samą górę, kiedy pokazała się Eloise.
– Dobrze, że pomagasz. – Uśmiechnęła się do niego, potem pomachała, zapraszając nas wszystkich do środka. – Knox, poznaj Memphis Ward. Memphis, to jest mój brat, Knox Eden. A to jego dom.
Knox postawił bagaże i kiwnął na mnie.
– Cześć.
– Cześć. A to jest Drake. Dziękujemy, że wynająłeś nam mieszkanie.
– Na pewno w mieście znajdzie się jakieś inne miejsce. – Zerknął spode łba na siostrę. – I to n i e d ł u g o.
Nagle atmosfera zrobiła się gęstsza niż ruch na Wschodniej Trzydziestej Czwartej od FDR Drive do Piątej Alei.
Winslow przyglądała się z uwagą podłogom w miodowym kolorze, podczas gdy Eloise zmierzyła brata wzrokiem. Mimo to Knox nie próbował ukrywać swojej irytacji.
– Czyli… to miejsce nie jest na wynajem? – W taki dzień nawet mnie nie dziwiło, że w nowym domu nie byłam mile widziana.
– Nie jest – odpowiedział Knox w tym samym momencie, gdy Eloise rzuciła:
– Ależ jest.
– Nie chciałabym sprawiać kłopotu. – Poczułam ucisk w żołądku. – Może znajdziemy coś innego.
Eloise skrzyżowała ręce na piersi, uniosła brwi i czekała, aż jej brat się odezwie. Z taką urodą nie mogła budzić strachu, a jednak wolałabym nigdy nie stać się adresatką tego spojrzenia.
– Dobra – mruknął Knox. – Zostań tak długo, jak trzeba.
– Na pewno? – zapytałam, bo ewidentnie nie mówił szczerze. Jako bywalczyni salonów Nowego Jorku nasłuchałam się w swoim życiu wielu kłamstw.
– Tak. Wezmę resztę twoich bagaży. – Knox wyminął mnie pospiesznie, zostawiając za sobą zapach szałwii i mydła.
– Przepraszam. – Eloise przyłożyła dłonie do policzków. – Okej, kiedy zadzwoniłaś i powiedziałaś, że w mieście nie ma żadnych mieszkań na wynajem, też poszperałam. I rzeczywiście. Nie znalazłam nic na twoją kieszeń.
Jęknęłam. Czyli wcisnęła mnie niechętnemu bratu, który się nade mną zlitował.
Stara Memphis by na to nie pozwoliła.
Mama Memphis nie mogła odmówić.
– Nie chciałabym się narzucać.
– Nie narzucasz się – zapewniła Eloise. – Mógł odmówić.
Z jakiegoś powodu czułam, że ludziom ciężko przychodziło jej odmawiać. A może to jej ciężko było zaakceptować taką odpowiedź? W końcu właśnie dlatego tu przyjechałam.
Po trwającej godzinę rozmowie kwalifikacyjnej zakochałam się w wizji pracowania dla Eloise, a jeszcze nie widziałam samego hotelu. Przez cały czas się uśmiechała, żartowała. Zapytała o Drake’a i skomplementowała moje CV.
Przyjęłam tę robotę nie dlatego, że marzyłam o sprzątaniu pokojów za pieniądze, ale zwyczajnie Eloise stanowiła absolutne przeciwieństwo mojego ojca. Nie miała w sobie ani krztyny zimna, bezwzględności ani przebiegłości. Mój ojciec by jej nienawidził.
– Jesteś pewna? – zapytałam.
– Zdecydowanie. Knox po prostu nie jest przyzwyczajony do obecności innych ludzi. Ale poradzi sobie. Dostosuje się.
Czy to dlatego zbudował sobie dom ze szkła? Nie potrzebował prywatności, bo nikt tu nigdy nie bywał. Sama lokalizacja gwarantowała mu intymność. A ja to zepsułam.
Nie podpisaliśmy żadnej umowy. Gdy tylko pojawi się jakieś lokum w mieście, Knox pewnie wypuści mnie bez okresu wypowiedzenia, nie martwiąc się o stracony zarobek.
Wbiegł po schodach, jego buty zadudniły głośno i dźwięk rozszedł się po całym lofcie. Zaraz jego sylwetka stanęła w progu, gdy wniósł do środka kolejne trzy torby.
– Ja wezmę resztę – rzuciłam, gdy postawił je na podłodze. – I będę cicho. Nawet nie zauważysz, że tu jestem.
Drake uznał to za świetny moment, by wrzasnąć i zacząć szukać mojej piersi.
Knox zacisnął usta i wrócił na dół.
– Możemy ci pomóc w rozpakowywaniu? – zapytała Winslow. – Wolałabym zostać tutaj niż wracać na patrol i wypisywać mandaty za niedozwoloną prędkość.
– Nie, nie trzeba. Poradzę sobie. Nie ma tego zbyt wiele. – Zaledwie całe moje życie w walizkach, dopowiedziałam sobie w duchu, a na głos dodałam: – Dziękuję, że mnie dzisiaj uratowałaś.
– Do usług.
– Jutrzejsze szkolenie nadal aktualne? – zapytałam Eloise.
– Pewnie. Ale jeśli chcesz dnia czy dwóch, żeby uporządkować swoje sprawy…
– Nie. – Pokręciłam głową. – Wolałabym zacząć od razu.
Zanurkować w swoje nowe życie. Drake miał pierwszy dzień w żłobku i chociaż nie mogłam znieść myśli o opuszczeniu go na tyle czasu, tak właśnie wyglądało życie samotnej matki.
Żłobek pochłonie jedną trzecią mojej pensji. Utrzymanie się w Quincy nie kosztowało tyle, co w większych miastach Montany, a za wynajęcie loftu płaciłam tylko trzysta dolarów, co pozwoli mi odłożyć trochę pieniędzy, jednak bezpłatny urlop nie wchodził w rachubę. Jeszcze nie.
W Nowym Jorku pod względem finansowym moje życie byłoby o wiele łatwiejsze. Tylko co to za życie? Raczej wyrok więzienia.
– Okej. – Eloise klasnęła. – W takim razie widzimy się jutro. Przyjdź, kiedy będziesz gotowa.
– Dziękuję. – Wyciągnęłam jeszcze raz rękę, bo to ważne, bym uścisnęła jej dłoń. To jedna z niewielu lekcji od ojca, których nie nienawidziłam.
– Cieszę się, że tu jesteś.
– Ja również.
Winslow i Eloise pomachały do mnie, kierując się do drzwi. Drake jeszcze raz zakwilił i zaraz przystąpiłam do działania. Wyciągnęłam butelkę z torby i usadowiłam nas na kanapie. Gdy on pił mleko, ja rozejrzałam się po naszym tymczasowym domu.
Białe ściany wieńczyła gruba krokiew w odcieniu podłogi; biegła przez całą długość. Z trzech okien mansardowych miałam widok na Juniper Hill i piętrzące się w tle góry w kolorze indygo. Dzięki wnękom i niskim ściankom przestrzeń na otwartym planie została podzielona na strefy.
Naprzeciwko kanapy i za niewielkim przepierzeniem stało łóżko nakryte patchworkową narzutą. Kuchnia znajdowała się z boku, zaraz obok wejścia, a łazienka dokładnie na wprost niej. Miejsca wystarczało akurat na kabinę prysznicową, umywalkę i sedes.
– Będę musiała cię kąpać w umywalce – powiedziałam Drake’owi, zabierając mu pustą butelkę.
Popatrzył swoimi pięknymi brązowymi oczami.
– Kocham cię. – Nie mówiłam mu tego wystarczająco często podczas naszej podróży. Brakowało nam takich chwil, gdy nie istniało nic poza nami dwojgiem. – Co ty na to?
Zamrugał.
– Mnie też się podoba.
Wzięłam go sobie na ramię, żeby mu się odbiło, a potem położyłam kocyk na podłodze i zostawiłam na nim synka, by samej zająć się przyniesieniem ostatnich toreb i rozpakowaniem rzeczy.
Parę godzin później moje ubrania były schowane do jedynej komody. Szuflady wbudowane w ramę łóżka posłużyły do przechowania ubrań Drake’a. Niewielka garderoba szybko wypełniła się kurtkami i swetrami, potem wcisnęłam w nią jeszcze torby i walizki pochowane jedne w drugie.
Na ostatniej stacji benzynowej kupiłam dwie kanapki, przekonana, że nie wystarczy mi czasu na wyprawę do sklepu spożywczego, więc teraz zjadłam suchą szynkę i ser, popijając wodą. Na koniec zabrałam Drake’a na pierwszą kąpiel w kuchennym zlewie.
Zasnął mi na rękach, zanim zdążyłam ułożyć go w przenośnym łóżeczku. Jakimś cudem znalazłam jeszcze energię na prysznic i umycie włosów. Zasnęłam sekundę po tym, jak moja głowa spoczęła na poduszce.
Niestety synek raczej nie przejmował się moją potrzebą odpoczynku, obudził się krótko po jedenastej – głodny i marudny. Dostał butelkę i czystą pieluszkę, mimo to godzinę później nie okazywał żadnej chęci powrotu do snu.
– Och, skarbie. Proszę. – Maszerowałam po lofcie, mijając otwarte okna w nadziei, że świeże, chłodne powietrze ukoi Drake’a.
Tylko że on na to ani trochę nie zważał. Płakał i płakał, jak przez większość nocy, wiercąc się, bo było mu niewygodnie.
Dlatego chodziłam bez końca, bujając go i kołysząc przy każdym kroku.
W domu Knoxa włączyło się światło, akurat gdy znajdowałam się przy oknie. Kątem oka zobaczyłam nagą skórę i zatrzymałam się jak wryta.
– Rany boskie.
Knox nie miał na sobie koszulki, ubrał się tylko w czarne bokserki. Idealnie dopasowały się do jego silnych ud. Gumka przywarła do litery V stworzonej przez jego mięśnie bioder.
Mój sąsiad, właściciel loftu, był nie tylko napakowany, ale też docięty. Jego ciało to symfonia muskulatury, która grała w idealnej harmonii z jego przystojną twarzą.
Oto oczom kobiety, która nie może sobie pozwolić na zboczenie z obranego kursu, objawiło się uosobienie czystej pokusy.
Ale chyba popatrzeć sobie mogłam, prawda?
Stanęłam tuż obok ramy okiennej, poza zasięgiem wzroku, i zerknęłam jeszcze raz w momencie, gdy Knox wycierał ręcznikiem ciemne włosy.
– Ten koszmarny dzień okazał się mieć jakieś plusy, czyż nie? – zapytałam Drake’a, gdy mężczyzna wyszedł z sypialni. – Przynajmniej widoki są piękne.
Najszczęśliwszy czułem się w swojej kuchni, z nożem w ręku, otoczony zapachami świeżych ziół i piekącego się chleba.
Eloise wpadła przez drzwi wahadłowe, które łączyły to pomieszczenie z restauracją.
– A tutaj mamy kuchnię.
Poprawka. Najszczęśliwszy czułem się w kuchni s a m.
– Wspaniała, prawda? – zapytała siostra, oglądając się przez ramię.
Zza jej pleców wyszła Memphis, a ja z wrażenia uniosłem brwi. Jej jasne, proste włosy spływały gładką taflą. Mocne światło podkreślało karmelowe drobinki w jej brązowych tęczówkach. Policzki miała rumiane, miękkie usta – bladoróżowe.
O ja pierdolę.
To oznaczało kłopoty.
Chociaż to ta sama kobieta, którą poznałem wczoraj, teraz wydawała się zupełnie inna niż tamta wykończona psychicznie i fizycznie osoba, która wprowadziła się do loftu. Memphis wyglądała… zjawiskowo. To samo pomyślałem przy naszym pierwszym spotkaniu, mimo jej podkrążonych oczu. Jednak dzisiaj jej uroda nie pozwalała się skupić na niczym innym. No właśnie, kłopoty.
A ja nie mogłem marnować czasu na kłopoty.
Szczególnie kiedy sprawiała je moja lokatorka.
Akurat kroiłem porcję kolendry, więc przyspieszyłem, skupiając się na zadaniu i ignorując gości.
– Gdyby lodówka w pokoju socjalnym się przepełniła, możesz trzymać swój lunch tutaj – oznajmiła Eloise, wskazując na magazynek.
Zaraz. Że co? Opuściłem nóż, prawie trafiając w palec. Nikt nie trzymał tu swojego lunchu. Nawet moje kelnerki. Oczywiście głównie dlatego, że rzadko ktokolwiek przynosił coś z domu, bo zazwyczaj dla nich gotuję. Mimo wszystko… magazynek był niedostępny dla innych pracowników i kropka.
Eloise o tym wiedziała. A jednak moja cudownie irytująca siostra najwyraźniej zamierzała wciskać mi Memphis na każdym kroku. Jej obecność w moim domu to mało? Teraz jeszcze musi wchodzić do mojej kuchni?
– Okej. – Dziewczyna pokiwała głową i rozejrzała się po pomieszczeniu, omijając jednak stalowy stół do przygotowywania składników, chociaż znajdował się na samym środku, ponieważ ja przy nim właśnie stałem.
Popatrzyła na kuchenkę gazową przy ścianie, potem na przemysłową zmywarkę za swoimi plecami. Na półki wypełnione czystymi ceramicznymi talerzami i kubkami. Zerknęła nawet na płytki na podłodze, rzędy pojemników z przyprawami oraz wieszaki z garnkami i patelniami.
– A tutaj mamy kostkarkę. – Eloise podeszła do maszyny, uniosła wieko. – Śmiało korzystaj.
– Dobrze. – Głos Memphis nie uniósł się wiele ponad szept, jej dłoń zgarnęła kosmyk za ucho. Wczoraj dziewczyna obiecała, że nie będzie robić hałasu. Chyba uznała, że to dotyczy też hotelu.
Popatrzyłem na Eloise, potem wskazałem brodą drzwi. Wycieczka krajoznawcza dobiegła końca. To kuchnia. Zwyczajna przemysłowa kuchnia z ostrym światłem i błyszczącymi w jego blasku urządzeniami. A ja miałem dużo roboty. To moja chwila sam na sam ze swoimi myślami.
Czy Eloise załapała aluzję i wyszła?
Oczywiście, że nie. Podeszła i oparła się o mój stół. Dlaczego ona w ogóle go dotyka, do cholery?
Zacisnąłem zęby i sięgnąłem po nóż; ścisnąłem go tak mocno, że aż mi zbielały knykcie. Normalnie kazałbym jej spadać, ale starałem się być miły. Bardzo miły.
Właśnie z tej chęci bycia m i ł y m zgodziłem się, by Memphis zajęła loft nad moim garażem. Siostra poprosiła mnie o przysługę, a w tym momencie wyświadczałem wszystkie. Niedługo będziemy musieli odbyć trudną rozmowę. Taką, której unikałem ze strachu. Taką, która na zawsze zmieni naszą relację.
Do tego czasu zamierzałem pozwalać Eloise na paradowanie po mojej kuchni, a jej najnowszej pracownicy – na przebywanie w moim domu.
– No to już widziałaś cały hotel – oznajmiła Memphis siostra.
– Jest piękny. Naprawdę.
Eloise zakreśliła palcem kółko w powietrzu.
– Knox zeszłej zimy przeprowadził remont kuchni i restauracji. To właśnie wtedy rodzice przyłączyli sąsiedni budynek z myślą o organizowaniu wydarzeń.
– Ach. – Memphis pokiwała głową, wciąż uciekając wzrokiem.
W ciszy zachrzęściła siekana kolendra.
Rodzice byli właścicielami hotelu The Eloise Inn, ale restauracja i kuchnia należały do mnie. Sam budynek stanowił odrębną jednostkę, podzieloną między nas w równych częściach.
Pierwotnie znajdowała się tu mniejsza kuchnia przemysłowa doklejona do prostej sali balowej. Wynajmowaliśmy to miejsce na wesela i inne przyjęcia, ale kiedy parę lat temu wróciłem do domu z San Francisco, wypełniłem je stolikami. Przez jakiś czas serwowaliśmy tu posiłki, lecz brakowało nam stylu i funkcjonalności. Gdy powiedziałem rodzicom, że chciałbym zorganizować tu restaurację z prawdziwego zdarzenia, wykorzystali to jako okazję, by rozszerzyć działalność hotelu i przejąć sąsiedni budynek.
Zgodnie z szacunkami ten zakup zwróci się w ciągu pięciu lat. Przeprowadzony przeze mnie remont spłaci się w trzy, przy założeniu, że utrzymamy obecne obłożenie. A ponieważ prowadziłem jedyną ekskluzywną restaurację w mieście, trafialiśmy w niezagospodarowaną niszę.
– Mogłabym wyjść na minutkę? – zapytała Memphis. – Chciałabym zadzwonić do żłobka i sprawdzić, czy z Drakiem wszystko w porządku.
– Oczywiście. – Eloise wyprostowała się i odprowadziła pracownicę do drzwi, wreszcie dając mi spokój.
Odłożyłem kolendrę na bok i poszedłem do magazynku po pomidory. Potem podkasałem rękawy białego fartucha, jeszcze nieupapranego, i wróciłem do pracy.
Czy mógłbym prowadzić ten hotel? Czy w ogóle bym chciał? Na horyzoncie majaczyły zmiany. Należało podjąć ważne decyzje, co budziło we mnie lęk.
Oprócz samego remontu ostatni rok przyniósł też wiele innych nowości. Głównie w kwestii podejścia rodziców. The Eloise Inn stanowiło drugi po ranczu najbardziej wymagający spośród ich interesów. Ich chęć trzymania nad wszystkim pieczy słabła. I to szybko.
Teraz, gdy tata przeszedł na emeryturę i oddał ranczo w ręce mojego starszego brata, Griffina, chyba się spieszyli, by resztę swoich projektów również przekazać dzieciom.
No a poza tym ojciec się wystraszył. Demencja wujka Briggsa mocno się pogorszyła i to przekonało tatę, że będzie następny. Postanowił poukładać wszystkie sprawy spadkowe, jak się wyraził, „póki jego umysł wciąż działa bez szwanku”.
Griffin od zawsze uwielbiał ranczo Edenów. Ta ziemia to część jego duszy. Może właśnie dlatego rodzeństwo nigdy nie interesowało się tą odnogą rodzinnego biznesu – bo Griffin był najstarszy i jako pierwszy przejął tę pasję. A może po prostu miał to we krwi. Zajmowaliśmy się ranczerstwem od pokoleń, a on czerpał z niego radość o wiele większą, niż my potrafiliśmy sobie w ogóle wyobrazić.
Mama zawsze powtarzała, że tata przekazał swoją miłość do rancza Griffinowi, a ona swoją miłość do gotowania – Lyli i mnie.
Odkąd pamiętam, marzyłem o własnej restauracji. Lyla wolała coś mniejszego i kawiarnia Eden Coffee okazała się strzałem w dziesiątkę.
Talia nie interesowała się prowadzeniem biznesu, zamiast tego odziedziczoną inteligencję wykorzystała na studia medyczne.
Mateo to jeszcze dzieciak. Skończył dopiero dwadzieścia trzy lata i nie zdecydował, co chce robić. Pracował dla Griffina. Brał parę zmian dla Eloise, kiedy brakowało jej ludzi w recepcji, co zdarzało się dość często.
Moja siostra uwielbiała The Eloise Inn i zarządzenie hotelem. To jej serce nadawało rytm temu miejscu. Kochała to tak samo, jak ja gotowanie. Jak Griffin kochał ranczo. Jednak rodzice nie zaproponowali jej, żeby przejęła interes.
Zamiast tego zgłosili się z tym do mnie.
Powody mieli sensowne. Skończyłem trzydzieści lat, Eloise dopiero dwadzieścia pięć. Mogłem się pochwalić większym doświadczeniem w zarządzaniu biznesem i bardziej zasobnym portfelem na wypadek jakiejś finansowej wtopy. A chociaż Eloise kochała ten hotel, miała zbyt miękkie serce.
Właśnie przez nie rodzice dopiero co wychodzili z paskudnej sprawy sądowej.
I przez nie zatrudniła Memphis.
Oraz z desperacji.
Ze względu na bliskość Glacier National Park do tej części Montany zjeżdżali się turyści z całego świata. Do Quincy również. A ponieważ The Eloise Inn stanowił najlepszy hotel w mieście, w letnie miesiące cieszyliśmy się pełnym obłożeniem.
Wśród obsługi nieustannie panowała rotacja pracowników i ostatnio straciliśmy dwójkę, która odeszła na stanowiska biurowe. Nie udało nam się znaleźć zastępstwa przez sześć tygodni.
Eloise sama zaczęła sprzątać pokoje. Mateo też. I mama. Ponieważ zbliżał się sezon, nie mogliśmy sobie pozwolić na braki personelu. Kiedy Memphis złożyła podanie o pracę i zgodziła się przeprowadzić do Quincy, Eloise skakała z radości.
Memphis nie tylko miała silne ciało – do tego seksowne i gibkie – ale też aż nadto kwalifikacji na stanowisko pokojówki, więc Eloise z początku wzięła to podanie za żart. Po pierwszej rozmowie powiedziała, że właśnie spełniło się jej marzenie.
Cieszyłem się ze szczęścia siostry, ponieważ niełatwo o dobrych pracowników. Jednak ta radość trwała zaledwie tydzień, po czym Eloise zjawiła się na progu mojego domu i błagała, bym pozwolił Memphis zamieszkać w lofcie.
Lubiłem samotnicze życie. Wolałem wracać do pustych czterech ścian. Kochałem ciszę i spokój.
Nie mogłem cieszyć się żadną z tych rzeczy z Memphis i jej dzieckiem nad garażem. Mały płakał w nocy godzinami, dość głośno, bym słyszał to u siebie.
Nie bez powodu zbudowałem dom na Juniper Hill, a nie na działce w granicach rancza. Chodziło o dystans. Rodzina mogła mnie odwiedzać, a jeśli ktoś potrzebował zostać na noc, bo za dużo wypił, cóż… po to zrobiłem loft. Poza tym żadnego chodnika. Żadnego ruchu. Żadnych sąsiadów.
Miałem swoje sanktuarium.
Aż do teraz.
– To tymczasowe – powiedziałem sobie po raz tysięczny.
Nagle drzwi wahadłowe się otworzyły i do kuchni raz jeszcze wmaszerowała Eloise, uśmiechnięta od ucha do ucha.
Spojrzałem za nią, szukając Memphis, lecz siostra przyszła sama.
– Co tam?
– Co robisz? – Zajrzała mi przez ramię.
– Pico de gallo. – Moje menu nie obejmowało zbyt wielu pozycji, ale ich liczba wystarczała, by miejscowi mieszkańcy i goście hotelu mogli korzystać z jakiejś różnorodności. W każdy weekend pojawiało się danie specjalne, choć przez większość czasu śniadanie i lunch pozostawały takie same.
– Pycha. A przygotujesz tacos dla Memphis?
Nóż w mojej dłoni zastygł.
– Słucham?
– Albo cokolwiek innego, co masz pod ręką. Zauważyłam, że nic dzisiaj nie przyniosła.
Zegar na ścianie wskazywał dziesiątą trzydzieści. Moje dwie kelnerki właśnie rozkładały na sali sztućce, uzupełniały sól i pieprz. W poniedziałki zazwyczaj mieliśmy mniejszy ruch, jednak zdecydowanie nie mały.
Ostatnio nie było spokojnych dni.
Najwyraźniej nie mogłem liczyć na ciszę nawet we własnym domu i kuchni.
– Nie przygotowuję lunchu dla pokojówek.
– Knox, proszę. Dopiero co przyjechała. Wątpię, by starczyło jej czasu zakupy.
– No to puść ją wcześniej. Nie musi dzisiaj sprzątać.
– Nie, ale mamy sporo papierków do przerobienia. I instruktaż wideo. Odniosłam wrażenie, że wolałaby od razu zacząć zarabiać. Żłobek jest drogi. Proszę.
Westchnąłem. To jej „proszę”. Eloise używała tego słowa jak wojownik miecza. A ja miałem być miły.
– Dobra.
– Dziękuję. – Zabrała kostkę pomidora z deski i wrzuciła sobie do ust.
– A w ogóle co z nią?
– Ale w jakim sensie?
– To dziecko jest w tym samym wieku co Hudson. – Winslow rodziła raptem dwa miesiące temu i chociaż od czasu do czasu brała jakąś zmianę, nie wróciła na razie na stałe na komendę. – Czy nie jest za małe, żeby je oddawać do żłobka na cały dzień?
– Ona jest pracującą samotną matką, Knox. Nie wszystkich stać na luksus macierzyńskiego.
– Rozumiem, ale… co z ojcem tego malucha? Dlaczego przeprowadziła się tutaj aż z Nowego Jorku? – powiedziałem, a w duchu dodałem jeszcze jedno pytanie: dlaczego jechała taki kawał drogi sama?
To nie była bezpieczna podróż, szczególnie z niemowlęciem. Ktoś jej powinien pomóc. Jakim cudem wykształcona, piękna kobieta musi jechać przez pół kraju sama z małym dzieckiem i chyba całym swoim dobytkiem wciśniętym do bagażnika Volvo?
– Nie wiem, bo to nie moja sprawa. Jeśli Memphis zechce o tym porozmawiać, to sama zacznie temat. – Eloise zmrużyła oczy. – Dlaczego cię to interesuje? Zazwyczaj to ja jestem ciekawska, nie ty.
– Mieszka w moim domu.
– Boisz się, że zostaniesz zamordowany we śnie? – Siostra droczyła się ze mną, kradnąc jeszcze jeden kawałek pomidora.
– Chciałbym wiedzieć, kto kręci się po mojej nieruchomości.
– Moja nowa pracownica, której życie prywatne pozostaje jej sprawą osobistą. I samotna matka świeżo po przeprowadzce do Quincy, w związku z czym przygotujesz jej lunch. Zakładam, że od tygodni nikt dla niej nie gotował. Fast food się nie liczy.
Zmarszczyłem brwi i odszedłem od blatu, by sięgnąć po miskę, cebulę i limonkę.
Raz jeszcze Eloise przywiązywała się do swojej pracownicy. Po procesie rodzice ją ostrzegali, żeby trzymała zdrowe granice. Jednak w przypadku Memphis moja siostra już je przekroczyła.
Ja podobnie, skoro wpuściłem do domu obcą kobietę z dzieckiem.
Eloise spojrzała na zegar.
