Gniew tamtej zimy - Slawomira Rozwadowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Gniew tamtej zimy ebook

Sławomira Rozwadowska

0,0

Opis

Makabryczna układanka

W niedługim czasie dochodzi do serii zabójstw. Różne ofiary, różne środowiska, różne okoliczności. Przypadek czy jednak coś łączy te okrutne zbrodnie? Komisarz Eliasz Sowisło i podkomisarz Dagmara Kabała stają do walki z cieniem, który wydaje się nie mieć twarzy. Czy ich determinacja wystarczy, by rozwikłać tę mroczną zagadkę, zanim morderca uderzy po raz kolejny? Jedno jest pewne – ich przeciwnik nie cofnie się przed niczym, a czasu jest coraz mniej.

Sławomira Rozwadowska – Autorka urodziła się w Poznaniu w 1967 roku i jest matką trójki dzieci. Jej pasją poza pisaniem są zwierzęta, szczególnie psy, którymi zajmuje się od 20 lat

Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 454

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Sławomira Rozwadowska

Gniew tamtej zimy

Seria: Śledztwa Eliasza Sowisły (t. 2)

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału: Nie moja wina

Seria: Śledztwa Eliasza Sowisły (t. 2)

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Opracowanie redakcyjne: Kamila Recław

Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-68636-18-5

1

Zimno było w środku – w kościach, nie na dworze.

Eliasz poczuł to, zanim otworzył oczy. We śnie szedł przez śnieg, z trudem poruszając nogami. Granatowe niebo wisiało tuż nad nim. Po bokach stały ławki, krzywe, jakby zmęczone faktem, że stoją tak długo. Na jednej siedziała zakapturzona postać. Twarz miała rozmytą jak na starym zdjęciu.

– Milczenie zabija tak samo jak kłamstwo – powiedział ten ktoś. Głos był metaliczny i drętwy.

Przenikliwy wiatr zadudnił i omiótł Eliasza. Palce mu skostniały, zrobiły się przeźroczyste. Patrzył na nie szeroko otwartymi oczami. Kolejny podmuch rozbił je na tysiąc kawałków. A potem spadał, jakby wiatr zdmuchnął także jego. Tafla szaro-błękitnej, gładkiej jak lustro wody, niczym oko ziejące spośród gór, miała go wchłonąć. I sen się urwał.

W kuchni zaskrzypiała lodówka. Eliasz pomacał ręką w poszukiwaniu nakrycia, ale w tym samym momencie przypomniał sobie, że położył głowę na starym jaśku tylko na chwilę. W ręce wciąż ściskał pilota od telewizora, którego nie zdążył użyć.

Rozejrzał się po pokoju nieprzytomnym wzrokiem. Wszystko stało na swoim miejscu. Kawa dawno wystygła. Resztki odgrzanej wcześniej pizzy niechlubnie zdobiły brzegi talerza. Czerwona kropla ketchupu paradoksalnie wnosiła odrobinę kolorytu do surowego pomieszczenia, gdzie na czarnych meblach, niczym mgła, rozpościerała się warstwa starego kurzu, a okna i parapety świeciły pustką.

Eliasz przetarł oczy, ciężko podniósł się z narożnika i poczuł tym razem realny chłód na gołych ramionach. Roztarł skórę dłońmi i podszedł do okna. Śnieg wciąż padał, zasypując ulice świeżym puchem. Przypomniał sobie, że w radiu ostrzegali przed intensywnymi opadami i niską temperaturą. Wyż nad Polską miał zatrzymać się na dłużej, co oznaczało długotrwały, duży mróz, sięgający nawet w dość ciepłej Wielkopolsce minus dwadzieścia stopni. Za kilka dni miał się skończyć styczeń, a luty zapowiadał się dla dzieciaków całkiem przyjemny. Eliasz przypomniał sobie drewniane sanki z dzieciństwa i maleńką górkę niedaleko domu, którą okupowała cała gromada dzieci, kiedy tylko spadła wystarczająca ilość białego puchu. Całymi dniami zjeżdżali z niej na sankach albo na własnym obuwiu czy nawet pupie.

Uśmiechnął się pod nosem na to wspomnienie. Kiedy dorósł, górka okazała się właściwie małą nierównością terenu po zasypanej po wojnie rzece Warcie. Ale wtedy wszyscy mieli wrażenie, że to jest ich góra. Nie tylko miejsce spotkań i zabawy, ale ostrej rywalizacji i pokazów umiejętności.

Wsadził ręce do kieszeni spodni i odwrócił wzrok od okna. Niemal automatycznie przeniósł spojrzenie na niską komodę. Dwie fotografie wciąż tam stały. Jedyne przedmioty w pomieszczeniu, których nigdy nie pokrywał kurz. Lubił brać je do ręki. Coraz częściej twarz żony i syna zamazywała się w jego pamięci. Bywały chwile, że nie potrafił ich odtworzyć, mimo że przecież nigdy nie zapomniał. Wtedy sięgał po drewniane ramki i przyglądał się długo uśmiechniętym twarzom, by utrwalić na nowo ich wizerunek w pamięci.

Czas nie leczył ran. Zalepiał tylko krwawiące miejsca, które ciągle istniały pod swoistym plastrem upływających lat. Eliasz nie dopuszczał do zerwania tej warstwy. Nie walczył już o prawdę. Ostatecznie przyjął oficjalną wersję śledztwa. Jego żona i syn zginęli w potwornym wypadku w pobliżu domu. Narkotyki, które miały stłumić czyjeś nieszczęście, niczym efekt motyla spowodował nieszczęście innego człowieka. Winny nie uniósł prawdy i odebrał sobie życie za więziennymi kratami. Ten fakt miał ukoić ból Eliasza, ale nic takiego się nie stało.

Tyle tylko, że czas przykrył kurzem tamte wydarzenia, jak teraz meble w jego domu. Chwilami Eliasz się bał, że kiedy posprząta, wyczyści z brudu każdy mebel i sprzęt – to zapomni. Wpadał w panikę za każdym razem, gdy uświadamiał sobie, że mógłby przestać pamiętać. Bronił się przed tym zaciekle.

Wibracje telefonu na stoliku wyrwały go z zamyślenia. Poczuł nawet ulgę. Mogli dzwonić wyłącznie z pracy, a praca oznaczała zajęcie.

Powoli podszedł do stolika i odruchowo się uśmiechnął. Na ekranie dostrzegł nazwisko technika, z którym ostatnimi czasy spędzał niemal każdy weekend. Obydwaj byli samotni, a mecze w telewizji oglądało się o wiele przyjemniej, kiedy obok siedział inny człowiek.

– Sowisło, słucham – rzucił do słuchawki, chociaż wiedział, kto dzwoni, i usiadł na brzegu stolika. Miał nadzieję, że Marek Kościelny ma dla niego coś ciekawego.

– Mamy trupa z gardłem jak otwarta walizka. Nie muszę mówić, że sam sobie tego nie zrobił. Sąsiadka weszła podlać kwiaty. Myślała, że zasnął na siedząco, ale kiedy go poruszyła, głowa mu prawie odpadła. Jeżycka. Zaraz ci wyślę pinezkę. – Kościelny wyrzucił z siebie słowa niczym automat i się rozłączył.

Chwilę później telefon zawibrował w kieszeni Eliasza ponownie, ale ten nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Ubierał się pospiesznie. Zerknął jeszcze raz w stronę okna i na widok wciąż padającego śniegu zdecydował się podejść do szafy. Wyciągnął gruby, granatowy sweter i nałożył przez głowę. Mimo dobrych wspomnień z dzieciństwa o zabawach na śniegu, jako dorosły zdecydowanie preferował lato. Oczami wyobraźni widział chlapę rozjeźdżonego śniegu na ulicach i usypane na chodnikach góry zmieszanego z lodem piasku, które skutecznie utrudniało kierowcom parkowanie.

Niewiele się pomylił. Auta przed nim sunęły ostrożnie po jezdni. Spod kół wylatywała zimna breja i rozbryzgiwała się na boki. Eliasz niemal słyszał przekleństwa kierowców przed sobą. Urzędnicy w mieście, mimo alarmujących prognoz, jak zwykle zaspali, zaskoczeni zimą. Eliasz przebijał się przez całe miasto i nie zauważył ani jednej pługopiaskarki.

Westchnął z ulgą, kiedy zaparkował przed blokiem z lat siedemdziesiątych. Nie potrzebował pinezki, wysłanej mu SMS-em. Pod wejściem do budynku roiło się od policyjnych aut z włączonymi niebieskimi kogutami. Niemal we wszystkich oknach, mimo siarczystego mrozu, Eliasz zobaczył ciekawskie twarze i wychylające się głowy z okien. Mundurowi odsuwali od bramy grupkę nastolatków, by zrobić przejście dla policjantów i Eliasza.

Komisarz wsunął ręce do kieszeni skórzanej kurtki. Kiwnął głową do mijanych kolegów na powitanie, po czym bez słowa wszedł do dusznej klatki schodowej. Wbiegł po schodach na pierwsze piętro. Drzwi do mieszkania po lewej były otwarte na oścież. Wejścia pilnował młody policjant z wystraszonymi oczami. Eliasz domyślił się, że to jedna z jego pierwszych służb. Trzymał rozpostarte ręce, broniąc drzwi przed staruszką. Kobieta zasłaniała usta dłońmi, jakby za wszelką cenę chciała stłumić krzyk, który wyrywał się z jej krtani.

Eliasz dotknął posterunkowego w ramię. Bardziej klepnął uspokajająco, jakby chciał powiedzieć, że wszystko będzie w porządku i młody policjant wkrótce przyzwyczai się do zamieszania, śmierdzących trupów i zła, które każdego dnia wylewało się na ulicach każdego miasta. Blady policjant zrozumiał gest. Prawie się uśmiechnął z wdzięcznością, chociaż miał siłę unieść tylko kąciki ust.

Ktoś wbiegał po schodach, przeskakując po dwa stopnie, więc obaj spojrzeli w dół. Komisarz Sowisło uśmiechnął się do kobiety, która zdyszana zatrzymała się przy nim. Wciąż pamiętał młodziutką Dagmarę Kabałę w jej pierwszym dniu pracy u swojego boku. Z króciutkiej, ognistej fryzury nie został dziś nawet ślad. Wciąż z niej żartowali, spotykając się na piwie po wyczerpującym tygodniu. Eliasz lubił wracać do tego dnia, gdy nazwał ją Wiewiórką. Teraz Dagmara nosiła półdługie włosy, które dodały jej wdzięku. Twarz nadal promieniała niemal dziecięcym blaskiem. Wielu przestępców wciąż nabierało się na młodociany wygląd Dagmary, próbując ją lekceważyć albo wręcz podrywać. Bardzo szybko przekonywali się jednak, że podkomisarz Kabała okrzepła już w pracy kryminalnej.

Tylko w oczach Eliasza ciągle tliło się ojcowskie ciepło, kiedy na nią patrzył. Nienawidziła tego.

– Co mamy? – spytała, nie patrząc na niego.

– Przyjechałem chwilę przed tobą. Sam jeszcze nie wchodziłem do środka. Dajmy czas technikom, niech zbiorą, co trzeba.

– Pani znalazła denata? – Dagmara spojrzała uważnie na starszą kobietę, która, zdawało się, nie zwraca na nich uwagi, zapatrzona w czeluść otwartych drzwi z przyciśniętymi do ust dłońmi.

– O mój ty Boże, o mój Boże! – Kobieta jęknęła w odpowiedzi. Prześlizgnęła wzrokiem po Dagmarze przez sekundę. – Taki młody! Taki młody! O mój ty Boże! Takie nieszczęście!

Dagmara dotknęła jej ramienia i delikatnie ścisnęła palcami chudy obojczyk.

– Czy dobrze pani znała zmarłego? Tutaj pani mieszka? – wskazała brodą sąsiednie drzwi, uchylone lekko, jakby ktoś wyszedł z mieszkania tylko wynieść śmieci.

– I kto mi teraz pomoże? Kto mi teraz pomoże? – Kobiecina podniosła załzawione oczy na policjantów i jęknęła. – Taki dobry człowiek! Taki dobry!

– Opiekował się panią? – Eliasz nachylił się nad nią, by spojrzeć w oczy.

– Przeca mówię… – Kobiecina utkwiła w Eliaszu spojrzenie starych oczy, bladych niczym zachmurzone niebo, z siecią czerwonych żyłek. Odezwała się zachrypniętym głosem: – Taki młody był i pomocny. Zakupy mi zrobił, kiedy poprosiłam. A i gazetę codziennie przyniósł, żebym mogła poczytać, chociaż już słabo widzę. Kto mi teraz pomoże? Tu sąsiady niedobre som. Oj, niedobre!

Staruszka chlipnęła głośno i rozejrzała się jakby w obawie, że ktoś niepowołany usłyszy jej narzekania. Zasłoniła ponownie usta rękoma i straciła zainteresowanie ludźmi, jakby skupiła się wyłącznie na własnym zmartwieniu.

Młody policjant przestępował z nogi na nogę. Na twarzy miał wymalowane zniechęcenie. Nie musiał mówić ani słowa, by można było wyczytać, że chciałby opuścić to miejsce najszybciej, jak może. Eliasz zauważył.

– Idź sobie rzygnąć, weź kilka głębokich oddechów – szepnął do młodego posterunkowego tak, by tylko on usłyszał. – Każdy z nas przez to przechodził.

– Dam radę. Dziękuję.

Posterunkowy wyprostował się dumnie. Zły, że został przyłapany na chwili słabości. Eliasz klepnął go po raz drugi w ramię i wszedł do mieszkania. Tuż za nim wsunęła się Dagmara.

Wąski korytarz, zabudowany boazerią jak w latach PRL, tonął w półcieniu. Czarna zimowa kurtka wisiała krzywo powieszona na wieszaku. Skórzane buty z wystającym ociepleniem stały równo ustawione pod ścianą przy szafce na buty. Pęk kluczy błyszczał na brzegu zniszczonej szafki. Eliasz zerknął na klamkę wewnątrz i zewnątrz drzwi. Zamek nie był zatrzaskowy, więc jeśli nie przekręciło się go od wewnątrz, ktoś obcy mógł swobodnie dostać się do mieszkania. Zarejestrował w pamięci, że zamek nie nosił śladów włamania.

Równocześnie z Dagmarą stanęli w drzwiach największego pokoju. Eliasz wsunął dłonie w kieszenie spodni. Dagmara wyciągnęła bez słowa dłoń w stronę jednego z techników, a ten podał jej parę lateksowych rękawiczek, które starannie nałożyła na dłonie.

Martwy mężczyzna siedział z szeroko rozstawionymi nogami, opierając się plecami o tapczan. Głowa cudem nie stoczyła się na podłogę, choć wisiała na skrawkach mięśni i skóry. Oparta na jednym ramieniu i siedzisku kanapy.

– Nie wygląda na młodego – mruknął z przekąsem Eliasz w stronę Dagmary. – Na moje oko koło pięćdziesiątki.

– Dla tej starszej pani, która go znalazła, może i był młody – Marek Kościelny zbliżył się do komisarza z uśmiechem. – Moja świętej pamięci babcia miała blisko dziewięćdziesiąt, kiedy odrzuciła zaloty dwadzieścia lat młodszego sąsiada, bo twierdziła, że z gówniarzami się nie zadaje.

Eliasz roześmiał się pierwszy. Zaraz po nim gruchnął w pomieszczeniu chichot zadowolonego z siebie Marka i dwóch innych policjantów.

– Kretyni. – Dagmara wzruszyła ramiona. – Może ten facet był palantem, ale chyba zasługuje na coś więcej niż sarkazm zdziecinniałych policjantów?

– Ej, co cię ugryzło? – Eliasz otoczył Dagmarę ramieniem. – Przecież tylko żartujemy. Temu facetowi to na pewno nie przeszkadza, a nam jest przyjemniej w tej parszywej robocie.

Dagmara ruszyła do przodu, zrzucając z ramienia dłoń Eliasza. Zbliżyła się do ciała denata i kucnęła. Patrzyła na koszulę w niebieską kratę. Od kołnierzyka po pasek od spodni plama krwi wsiąknęła w materiał i zasłaniała wzór. Trochę krwi wciekło w grubą fakturę kapy na tapczanie, ale poza tym wkoło ciała mężczyzny nie znalazła ani odrobiny czerwonych kropel.

– Ktoś się musiał nieźle napracować, żeby posprzątać całą krew. Przecież z niego musiało trysnąć jak z fontanny, a wkoło jest niemal wylizane. Dziwne, nie? – Zerknęła na Eliasza, który stał wciąż w tym samym miejscu przy drzwiach.

– Jeśli nie zamknął się od środka, mógł wejść każdy. – Eliasz rozejrzał się po pokoju.

Mieszkanie sprawiało wrażenie, jakby należało do starszej osoby, która zostawiła je w spadku rodzinie. A ta, niczego nie zmieniając, postanowiła wynająć je denatowi. Jedną ścianę zdobiła meblościanka na wysoki połysk z lat sześćdziesiątych. Pod oknem stała rozkładana ława z tamtego okresu i dwa podniszczone fotele z wytartym lakierem na łokietnikach. Wzorzysty dywan w kolorze beżu i brudnej czerwieni przykrywał powycierane klepki parkietu, które już dawno temu domagały się szlifowania i odnowienia. Tapczan, o który opierały się plecy zmarłego mężczyzny, również nie należał do nowych. Jedynie telewizor przypominał obecnym swoją płaską i czarną powierzchnią, że jest już dwudziesty pierwszy wiek.

– Facet wynajmował to mieszkanie od kilku lat. Waldemar Ziarno, lat pięćdziesiąt trzy. Sąsiad z góry widział go wczoraj wieczorem, był akurat na spacerze z psem, dlatego pamięta godzinę. Koło ósmej – sierżant Kaczmarek odezwał się po raz pierwszy, zerkając do notesu. – Tyle udało mi się zebrać informacji na szybko. Starsza pani znalazła go rano, więc trup jest stosunkowo świeży.

– I to by było na tyle. – Eliasz niespodziewanie ziewnął, jakby przypomniał sobie, że został tutaj ściągnięty po drzemce. Zerknął na Dagmarę. – Więcej nie mamy do roboty. Niech chłopaki skończą pracować.

Wyszedł z pokoju i z rękoma w kieszeniach wszedł do ciasnej kuchni, ostrożnie, by zostawić jak najmniej śladów. Wyjął z wewnętrznej kieszeni długopis i delikatnie otworzył szafkę pod zlewozmywakiem.

– W śmieciach jest butelka po Ace i rękawiczki gumowe. Zabierzcie to do badania. W środku rękawic może są jakieś ślady. – Eliasz wsadził długopis z powrotem do kieszeni i obrzucił pomieszczenie wzrokiem. Nie miał zamiaru uczyć techników ich pracy. Mógł na nich polegać. Obrócił się na pięcie i wycofał do korytarza.

– I to by było na tyle. – Dagmara stanęła w drzwiach wyjściowych i uśmiechnęła się do wciąż bladego policjanta. Słyszała za plecami kroki Eliasza, więc nie odwracając się w jego stronę, rzuciła: – Chciałoby ci się sprzątać mieszkanie, jakbyś zabił i nie pozbył się ciała?

Roześmiał się.

– Wyglądam na takiego?

– Jeśli pytasz, czy wyglądasz na psychopatę, który morduje, to coś w tym jest. – Dagmara schodziła powoli po schodach, trzymając się poręczy. Obejrzała się na moment. Jej oczy błyszczały radośnie, a kąciki ust lekko się uniosły.

– Pytałem, czy wyglądam na pedanta, który by po sobie posprzątał. – Eliasz uniósł brew i pogroził Dagmarze palcem.

– Na pedanta nie wyglądasz. Każdy, kto był w twoim mieszkaniu, z całą pewnością zaświadczy, że nie tylko nie wyglądasz, ale nim nie jesteś.

– Wychowałem żmiję na własnej piersi. – Eliasz westchnął teatralnie, chwytając się równocześnie za serce.

Wtedy jego telefon zawibrował w kieszeni. Na ekranie błyskała wiadomość, której nie chciał przeczytać, ale musiał.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73