Nie moja wina - Sławomira Rozwadowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Nie moja wina ebook i audiobook

Sławomira Rozwadowska

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Mroczny scenariusz zbrodni

Poznań. Dwa ciała dzieci. Żadnych świadków. Żadnych tropów. Kiedy ginie siostrzeniec Dagmary Kabały, młodej i poranionej życiem aspirantki, sprawa staje się dramatycznie osobista. Śledztwo prowadzi Eliasz Sowisło – komisarz legenda, załamany z powodu straty żony i syna. Prawda okazuje się bardziej skomplikowana niż ktokolwiek podejrzewa. Ktoś z bliskiego kręgu śledczych staje się ofiarą. Ktoś inny – potworem. Kto zawinił?

„Nie moja wina” to wstrząsający kryminał psychologiczny o kruchości ludzkiej psychiki.

Sławomira Rozwadowska – Autorka urodziła się w Poznaniu w 1967 roku i jest matką trójki dzieci. Jej pasją poza pisaniem są zwierzęta, szczególnie psy, którymi zajmuje się od 20 lat.

Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 439

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 45 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mariusz Bonaszewski

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mbotka_56

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa.
00



Sławomira Rozwadowska

Nie moja wina

Seria: Śledztwa Eliasza Sowisły (t. 1)

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału: Nie moja wina

Seria: Śledztwa Eliasza Sowisły (t. 1)

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Opracowanie redakcyjne: Kamila Recław

Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-68636-16-1

Teraz

1

Telefon zadzwonił o trzeciej siedemnaście w nocy, a Eliasz wiedział, że to, co usłyszy, zmieni ponownie jego życie. Nie odebrał.

Chwilę wcześniej otworzył szeroko oczy, nagle przebudzony. Paliły go powieki. Potarł je, naciskając mocno palcami, i usiadł na brzegu łóżka. To sen go zbudził. Sny wróciły tak nagle, że wpatrywał się teraz niewidzącym wzrokiem w okno, za którym noc łamała się w pierwszym świetle poranka.

Śniło mu się, że stał nad rzeką. Woda płynęła cicho, prawie czarna. Z nurtu wynurzyło się dwoje dzieci w jakby białych sukienkach, blade, milczące. Ich źrenice odbijały ogień. Wyciągnął do nich rękę, ale zaczęły tonąć. Na brzegu pojawiła się Hanna. Powiedziała tylko jedno słowo: „Wracaj”.

Zerwał się, dysząc ciężko. Jego koszulka zwilgotniała od potu.

***

Zgarbiony pchnął skrzypiącą furtkę i natychmiast zanurzył się w świecie, którego pragnął bardziej niż tego, w którym wciąż dane mu było żyć. Za furtką zaczynał się inny świat. Ptaki śpiewały głośniej, ludzie mówili ciszej. Drzewa szumiały dostojnie, jakby opowiadały historie zmarłych tym, którzy chcieli słuchać.

Wysoki, lekko zgarbiony Eliasz o siwiejących skroniach szedł powoli, z oczami wbitymi w piaskową alejkę, głuchy na wrzask wróbli. Skręcił w lewo i pokonał jeszcze kilkadziesiąt metrów piaskową ścieżką, świadomy celu swojej wędrówki.

Zatrzymał się przed brązowym, kamiennym nagrobkiem. Patrzył przez kilka minut na dwie fotografie wtopione w kamień. Po chwili kucnął obok i postawił przy stopach czarną siatkę, którą niósł z samochodu. Wyciągnął z niej małą zmiotkę. Starannie sprzątnął kilka zaschniętych liści i drobne ziarenka piasku. Wyjął odrobinę przywiędłe kwiaty z kamiennego wazonu, zmiął je w wielkich dłoniach, po czym wsadził świeże pstrokate frezje i starannie je ułożył. Gdy uznał, że nie ma już nic więcej do zrobienia, usiadł na małej ławeczce. Wkopał ją tu rok wcześniej.

– Dzień dobry, Haniu – szepnął tak cicho, że usta się poruszyły, ale dźwięk mógł usłyszeć tylko on sam. – Witaj, Tobiaszu. Tęsknię za wami każdego dnia.

Uśmiech Hanny był cichy i czuły – znał go na pamięć. Zrobił to zdjęcie nad morzem, w jeden z nielicznych dni, gdy był tylko dla niej. Wciąż czuł smak tych warg i widział miłość w oczach, kiedy się tak tajemniczo uśmiechała.

Pamiętał dzień, w którym zrobił to zdjęcie. Wybrali się nad morze na weekend. Zrobił jej niespodziankę i w tajemnicy zarezerwował pokój w hotelu. Cieszyła się bardzo na czas, który mieli spędzić wyłącznie ze sobą. Nie lubiła jego pracy, ale kochała jego. Czasem się śmiała, że tylko on potrafi wejść tam, gdzie nikt inny nie miał prawa.

Mężczyzna przeniósł wzrok na drugą fotografię. Roześmiany chłopiec z ciemną burzą włosów okalających twarz również patrzył wprost na niego z takim samym figlarnym błyskiem w oczach, jak jego matka. Wiedział, że na oryginalnym zdjęciu chłopiec trzyma w ręce czerwony balon, który kupił mu kilka chwil przed tym, zanim uwiecznił na fotografii jego radość z niewyszukanego prezentu. Uwielbiał ten błysk w oczach synka, gdy cieszył się z drobiazgów.

Eliasz Sowisło wytarł rękawem mokre policzki. Westchnął głęboko, zanim wsadził ręce do kieszeni. Nie chciał stąd odchodzić. Lubił siedzieć na tej ławeczce, którą sam skonstruował w swoim małym warsztacie przy domu. Opowiadał im o wszystkim, co go spotkało w ostatnim czasie, chociaż marazm, w jakim żył, nie dostarczał zbyt wiele treści.

Dwa lata, tyle czasu minęło.

Bliscy od dawna nie klepali go po ramieniu i nie tłumaczyli, że wszystko będzie dobrze, że to nie jego wina albo że ma wziąć się w garść i żyć dalej. Świat zapomniał i istniał dalej, jakby nigdy nic się nie stało. Z czasem pogodził się z obojętnością ludzi. Każdy żył swoimi sprawami i nieszczęściami. Kogo mogło interesować, że jego syn miałby teraz osiem lat i być może wkraczał niedługo w okres nastoletnich buntów, a jego Hanna miałaby dziś urodziny?

Tylko on wracał pamięcią do tamtego dnia, bezustannie zarzucając sobie, że mógł zrobić tak wiele rzeczy inaczej. Ale nie zrobił.

Tamtego dnia zaspał. Wybiegł z domu i w pośpiechu trzasnął furtką. Gdyby nie wyłączył budzika.

Gdyby wstał od razu na jego dźwięk. Gdyby pomyślał, że pięć minut niczego w jego pracy nie zmieni. Gdyby został z nimi choć chwilę dłużej. Gdyby tylko pomyślał, że pada i jego rodzina może zmoknąć, gdy będą szli pieszo. Gdyby tylko.

Niczego takiego nie zrobił.

Wibracja telefonu w kieszeni spodni wyrwała go z zamyślenia, ale nie spojrzał, kto próbuje się do niego dodzwonić. Kiedy telefon ucichł, przyjrzał się czerwonym mrówkom, które maszerowały w pośpiechu wzdłuż kamienia nagrobka.

Jego komórka znów zawibrowała, burząc ciszę cmentarza. Eliasz zmarszczył czoło. W końcu spojrzał na ekran. I odebrał.

– Mam wolne – rzucił, zanim osoba z drugiej strony zdążyła zareagować. Ale w głębi duszy wiedział, że nie będzie już żadnego wolnego.

– Powiem ci jedno… Wiem, ale musisz przyjechać. Nie miałem innego wyjścia, jak zadzwonić po ciebie, sprawa jest poważna. Proszę cię, Eliasz, potrzebuję cię tutaj.

2

Zaparkował tuż przed komisariatem policji na pierwszym wolnym miejscu, które dostrzegł. Nie zawracał sobie głowy wjeżdżaniem na specjalnie wydzielony parking dla funkcjonariuszy. Nie miał zamiaru przebywać dzisiaj w pracy dłużej, niż to było konieczne. Ton głosu szefa nie wróżył jednak niczego dobrego. Eliasz Sowisło pracował w policji wystarczająco długo, by wiedzieć, że takie nagłe wezwanie z dnia wolnego od pracy mogło oznaczać wyłącznie bałagan.

Niemal wbiegał po schodach na pierwsze piętro, gdzie mieścił się jego wydział śledczy. Odmachiwał ręką na powitanie mijanym funkcjonariuszom. Wyczuwał w powietrzu nerwową atmosferę, dziwne podekscytowanie pracowników, przyzwyczajonych przecież do najróżniejszych zdarzeń, które z czasem znieczulały policjantów tak, że nie wpadali w zbędne emocje, za to umieli oceniać je chłodnym okiem.

– Eliasz! – usłyszał za sobą głos i odwrócił się w tę stronę.

Korpulentny mężczyzna w znoszonym garniturze przywoływał go do siebie. Opierał się łokciem o framugę drzwi nieco nonszalancko, ale Eliasz wiedział, że w ten sposób odciąża prawe biodro, które dokuczało mu na zmianę pogody od czasu feralnego postrzału. W pucołowatej twarzy i zazwyczaj roześmianych oczach mężczyzny tym razem dostrzegł niepokój i zdenerwowanie.

Szef i prywatnie jedyny przyjaciel Eliasza chwycił go za łokieć i prawie wciągnął do pomieszczenia, które szumnie nazywano wśród pracowników „biurem szeryfa”. Pokój nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym, poza tabliczką oznajmiającą, że jest to pokój naczelnika wydziału. Inspektor Tomasz Przychodzki objął to stanowisko dwa lata temu, tuż po tragedii w życiu Eliasza.

Sowisło usiadł na krześle przy biurku i ze spokojem poczekał, aż naczelnik zajmie swój fotel.

– Byłeś na cmentarzu – bardziej stwierdził niż spytał Przychodzki.

Eliasz kiwnął głową, nie wysilając się na odpowiedź. Według niego była oczywista.

– Wciąż jeździsz tam kilka razy w tygodniu… – powiedział ponownie Przychodzki. – Może czas wrócić do gry? Powiem ci jedno… To zabrzmi paskudnie, ale minęło tak dużo czasu od wypadku i śmierci twoich bliskich. Nie byłeś na żadnej rozprawie, ale powiem ci jedno, że wyrok jest sprawiedliwy. Niczego nie zmienisz.

Eliasz odwrócił wzrok i spojrzał na ścianę z kalendarzem.

– Wiem, że umawialiśmy się inaczej, ale musiałem cię ściągnąć. Powiem ci jedno, Eliasz. Byłeś i jesteś tu na komendzie bohaterem, nic tego nie zmieni. Wszyscy pamiętamy, ilu łobuzów ująłeś. Nigdy nie bałeś się wejść w samo gniazdo żmij. Każdy z nas rozumie, co się stało w twoim życiu, i powiem ci jedno… wszyscy cię szanujemy, mimo że przez ostatnie dwa lata przygasłeś. Nikt nie ma pretensji do ciebie i wiesz, że rozumieliśmy nawet to, że czasami musiałeś się zamroczyć alkoholem. Ale powiem ci jedno… potrzebujemy cię.

Tomasz Przychodzki sięgnął po szarą teczkę leżącą na biurku i wyciągnął z niej kilka zdjęć. Trzęsły mu się ręce, kiedy kładł je na biurku przed Sowisłą.

Komisarz zerknął na rozsypane fotografie i wstał.

– Odmawiam! – zachrypiał. – Obiecałeś mi, że nie będziesz mi dawał spraw z dzieciakami! Pod takim warunkiem zostałem na wydziale i dobrze o tym wiesz! Złamałeś słowo!

Tomasz Przychodzki doskonale pamiętał sprawę sprzed dwóch lat. Wiedział, że Eliasz po tamtym nie jest gotowy na uporanie się z dużą sprawą dotyczącą uprowadzenia chłopca w wieku niemal jego syna. Ale kiedy wrócił po wymuszonym urlopie, musieli włączyć do dochodzenia wszystkich. Sprawa była bardzo medialna, a nacisk społeczeństwa olbrzymi.

Odnaleźli ciało chłopca o kilka godzin za późno w opuszczonych ruinach starego domu. Spóźnili się tak niewiele, że zwłoki wyglądały, jakby dziecko zasnęło wśród starych szmat, rozwalonych na betonowej posadzce.

Komisarz Sowisło trzymał małego chłopca w ramionach i płakał, nie zwracając uwagi na obecność policjantów. Nikt nie drgnął i nie zwrócił mu uwagi, że prawdopodobnie zaciera ślady.

Eliasz uznał tę sprawę za kolejną osobistą porażkę i obwinił siebie za opieszałość. Po raz kolejny stawiał sobie pytania, co mogłoby się stać, gdyby zadecydował inaczej.

Przychodzki znalazł go kilka godzin później w jego domu, zalanego w trupa, po nieudanej próbie samobójczej. Sowisło leżał na środku kuchni wśród własnych wymiocin i kawałków oderwanego tynku, z głową przy przewróconym krześle. Na jego szyi wciąż wisiał skręcony sznur, którego hak wyrwał się z sufitu. W ręce mężczyzny tkwiła pusta butelka po whisky.

Został z nim do rana. Posprzątał ślady upokorzenia, niemal przypłacając to własnym rozstrojem żołądka. Ale zrobił to, bo zdawał sobie sprawę, że Eliasz zachowałby się tak samo, gdyby role się odwróciły. Zawsze moralizował, na czym polega przyjaźń między mężczyznami.

Dlatego na drugi dzień przysiągł, że nigdy więcej nie przydzieli mu sprawy, która będzie dotyczyła małych dzieci. Wiedział, że bez pracy na wydziale śledczym Eliasz Sowisło nie podniesie się nigdy i stoczy na samo dno.

Nigdy więcej nie wspominali o tej nocy, jakby się nie wydarzyła.

Dziś Przychodzki złamał tę niepisaną umowę.

– Powiem ci jedno… Nie mam ludzi do roboty – jąkał się, kiedy tłumaczył Eliaszowi. – Wiesz przecież, że Zięba w zeszłym tygodniu złamał nogę, a Magda poszła na urlop macierzyński. Minęło tyle czasu! Musisz mnie zrozumieć. Nie mogę dłużej trzymać nad tobą parasola ochronnego.

Sowisło podniósł głowę i spojrzał zdumionym spojrzeniem na swojego przyjaciela i przełożonego.

– Parasol ochronny? O czym ty mówisz?

– Oj, o czym mówię! Może trochę przesadziłem z porównaniem, ale konsekwentnie nie przydzielałem cię do spraw z małoletnimi, szanując naszą umowę. Powiem ci jedno… teraz mam po prostu nóż na szyi. Poza tym sprawa wydaje się prosta. – Przychodzki sięgnął ręką po zdjęcia. – Ciało dziewczynki znaleziono kilka godzin temu nad Wartą. Wygląda na to, że możemy wykluczyć udział osób trzecich, przynajmniej tak mówił lekarz. Oczywiście nie mamy szczegółów z sekcji zwłok, ale wstępne wyniki potwierdzają tę wersję.

Sowisło wziął fotografie z rąk Przychodzkiego. Ciało kilkuletniej dziewczynki leżało na samym brzegu rzeki, jakby woda dopiero co wypuściła ze swoich zdradliwych rąk ofiarę. Nogi dziecka wciąż tkwiły pod wodą. Oczami wyobraźni zobaczył drobne fale, które od niechcenia unosiły i opuszczały brzeg żółtej sukienki, sprawiając wrażenie, jakby małe ciałko żyło, tylko zasnęło na chwilkę. Twarz dziecka nienaturalnie tonęła w przybrzeżnym piasku, zupełnie niewidoczna na tym ujęciu. Jasne jak len długie włosy leżały w nieładzie, częściowo nadal mokre i ubrudzone rzecznym błotem. Najdziwniejsze wrażenie robił wianek we włosach dziewczynki, przypięty starannie kilkoma wsuwkami. Białe i różowe kwiatki koniczyny czyjaś dłoń skrupulatnie splotła ze sobą, umieszczając pomiędzy nimi dłuższe kłosy trawy i zboża. Czy mała dziewczynka umiałaby samodzielnie upleść wianek?

– Gdzie znaleziono ciało?

– Na Dębinie, niedaleko mostu Przemyśla, ale gdzie wpadła do wody, tego jeszcze nie ustalono. Powiem ci jedno… Mogło to być wszędzie. Czapury, Wiórek, Luboń albo sama Dębina.

– Puść chłopaków, niech znajdą tereny z koniczyną i zbożami wzdłuż Warty. Kwiaty koniczyny raczej szybko więdną, więc wianek nie mógł znajdować się na jej głowie dłużej niż kilka godzin. Rodzice? Pod czyją opieką było to dziecko?

Przychodzki wstał i podszedł do okna. Miał ogromną ochotę zapalić papierosa i rzewnie wspomniał czasy, kiedy paliło się przy biurku. Teraz musiał udać się albo do palarni, w której nigdy nie opadała chmura dymu, albo wyjść na zewnątrz.

– Masz rację, lekarz też mówi o kilku godzinach od zgonu, nie zaszły jeszcze typowe zmiany w organizmie poza tymi od kontaktu z wodą. Szukają rodziców, ale na razie nie mamy żadnego zgłoszenia o zaginięciu. Powiem ci, to jest dziwne, bo trochę czasu jednak minęło. Rodzina rzadko czeka tak długo, ale może jeszcze szukają na własną rękę? – zerknął na wpatrzonego w zdjęcia Sowisłę i zapytał: – Ogarniesz temat? Nawet jeśli to tylko wypadek, ktoś musiał być odpowiedzialny za takiego brzdąca. Mała ma nie więcej niż trzy, cztery lata.

– Wysłałeś psa?

– Tak. Nie podjął tropu, więc dzieciak wpadł do rzeki i ciało spłynęło w dół jej biegu. Szukają wzdłuż linii brzegu, na razie bez skutku. Przy tym nurcie mogła płynąć kilkaset metrów albo kilkanaście kilometrów. Trzeba czekać na wyniki sekcji, ale to wiesz. Nie będę ojca uczył, jak… – Przychodzki chciał przypomnieć stare powiedzenie, ale machnął ręką, bo zdał sobie sprawę, że mógł nieświadomie popełnić gafę. – No wiesz sam.

Pukanie sprawiło, że obydwoje spojrzeli równocześnie w stronę drzwi, ale tylko Przychodzki krzyknął, żeby osoba stojąca za drzwiami weszła do środka.

Młoda kobieta o dziewczęcej twarzy, sprawiająca wrażenie, jakby dopiero co weszła w dorosłość, stanęła nieco onieśmielona w świetle wejścia. Wysoka i szczupła sylwetka, odziana w obcisłe, czarne spodnie i granatową koszulkę bez rękawów, musiała niejednego mężczyznę przyprawić o szybsze bicie serca. Sam fakt, że niewyszukane odzienie opinało ciało, uwydatniając jego kształty, wyglądało kusząco.

Sowisło spojrzał na prawie dziecinną twarz. Dziewczyna lub kobieta, nie potrafił precyzyjnie podać jej wieku, mogła mieć zarówno naście, jak i dwadzieścia kilka lat. Patrzyła buńczucznie wprost na niego. Miała ogromne oczy o niemal czarnych tęczówkach, mały, nieco zadarty nos i całe mnóstwo piegów na nim i policzkach. Ognisto czerwone włosy, ścięte na męskiego jeżyka, psuły mu całość, ale ostatecznie dziewczyna wydała mu się sympatyczna. W uszach dostrzegł kilka drobnych kolczyków, ale z ulgą stwierdził, że nie ma podobnych w nosie czy wargach, czego nie znosił.

– Eliasz, to jest aspirant Dagmara Kabała, przydzielam ci ją do pomocy. Od dzisiaj zaczęła pracę w naszym zespole w zastępstwie za Magdę, więc będziesz ją wprowadzał w obowiązki, przynajmniej do powrotu Zięby.

– Pracuję sam – głos Eliasza nie brzmiał przyjaźnie. – Nie nadaję się na niańkę.

– Proszę mnie nie obrażać. Nie wymagam niańczenia, a jedynie wskazania prawidłowej drogi podczas podejmowania decyzji, jeśli już. – Jej głos brzmiał przyjemnie dla ucha. Był nieco chropawy w barwie, co kłóciło się z dziecięcym niemal wyglądem.

Sowisło przeniósł wściekły wzrok z Przychodzkiego na pyskatą koleżankę, niższą stopniem. Wstał z krzesła i zmierzył ją spojrzeniem, z którego mogła wyczytać wszystko poza sympatią.

Sięgała mu głową do brody, więc zmusił ją, by spojrzała na niego z dołu. Wiedział, że to brzydkie, psychologiczne zagranie, z którego często korzystał podczas przesłuchiwania, ale nie potrafił opanować wściekłości, choć sam do końca nie rozumiał jej powodu. Nie miał dobrej riposty na słowa dziewczyny.

– Powiem wam jedno… To nie pora ani czas na tego rodzaju dyskusje. Dopóki to ja jestem waszym przełożonym, to ja decyduję, kto w jakim zespole pracuje. Chyba mamy tyle roboty, że się nie pozabijacie, co? – Przychodzki podszedł do obojga, gotowy na ich rozdzielenie w razie zaostrzenia sytuacji. Czuł nieprzyjemne napięcie i nie miał pomysłu, jak je załagodzić.

Sowisło milczał. Ruszył w stronę wyjścia, pchnął mocno drzwi i tylko dzięki temu, że chwycił w ostatniej chwili klamkę, uniknął trzaśnięcia nimi. Przeszedł kilkanaście metrów korytarzem, gdy usłyszał za sobą szybkie kroki. Drobna dłoń dotknęła jego ramienia, więc się zatrzymał.

– Co mam robić, komisarzu Sowisło?

– Nie wiem. Ja mam wciąż wolne. Herbatę sobie zrób.

Nie obejrzał się, ale czuł na plecach jej spojrzenie. Wiedział, że zostawił kobietę zdumioną albo wściekłą.

Ani trochę się tym nie przejął. On także był wściekły. Nie chciał patrzeć na martwe dziecko. Wciąż nie był na to gotowy, ale tak naprawdę nie miał wyboru. Mógł rzucić pracę w policji, ale wtedy nie zostałoby mu już nic, co mógłby kochać, i nie istniałby ani jeden powód, by rano zwlec się z łóżka.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69