Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 27.10.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Ile człowiek jest w stanie poświęcić, by chronić tych, których kocha?
Lubelszczyzna, 1943 rok. Frania Leszczyńska, prosta dziewczyna, stara się przetrwać wojenny chaos. Gdy na jej drodze pojawia się Andrzej Strauss — folksdojcz współpracujący z okupantem — dziewczyna nie przypuszcza, że ich losy splotą się w sposób, który odmieni jej życie bezpowrotnie.
Nazwisko Andrzeja szybko staje się symbolem zdrady, a on sam budzi w mieszkańcach strach i pogardę. Nikt nie podejrzewa jednak, że za maską zdrajcy kryje się człowiek pełen sprzeczności i bolesnych tajemnic. Spotkanie z Franią sprawia, że Andrzej zaczyna kwestionować własne wybory i ryzykować coraz więcej, by chronić dziewczynę przed niebezpieczeństwem. Tylko czy można zaufać człowiekowi, który współpracuje z wrogiem?
Niechciane kontakty z konfidentem sprawiają, że Frania staje się w rodzinnej wsi niesłusznie napiętnowana. Mieszkańcy zaczynają widzieć w niej zdrajczynię, a zainteresowanie partyzantów i natarczywego żołnierza SS-Galizien tylko pogłębia jej problemy. Wszystko to sprawia, że dziewczyna musi walczyć nie tylko o własne bezpieczeństwo, ale też o zachowanie godności i wierności swoim wartościom.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 449
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Zyta Różańska, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Zdjęcie na okładce: © Magdalena Russocka / Trevillion Images
Redakcja: Katarzyna Wojtas
Korekta: DARKHART, Marta Akuszewska
Skład i łamanie: DARKHART
PR & marketing: Sławomir Wierzbicki
ISBN: 978-83-8441-601-3
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Wiktorii
Michał Socha sunął na drżących nogach po ubitej, piaszczystej drodze. Nabrał do płuc haust chłodnego listopadowego powietrza z nadzieją, że to pomoże przegonić przeszkadzającą mu duchotę, od której oczy nieznośnie się kleiły. Nie pomogło, bo znowu stoczył się z drogi, wdeptując w pokrytą rosą trawę. Wsparł się na sztachetach płotu ogradzającego jedno z obejść i głośno wypuścił powietrze.
– Panie, wszystko dobrze?
Zza pleców dobiegł go skrzeczący głos staruszki. Przez szum w uszach nie mógł rozpoznać, do kogo należy, mimo że znał każdego mieszkańca Rachań.
– Dobrze, jak cholera! – warknął bez odwracania się w stronę przejętej kobiety, mocniej zaciskając kościste palce na płocie. – Nie interesuj się, kobieto, niepotrzebnymi sprawami, to nieszczęście cię nie spotka!
Usłyszał nagłe, gasnące w oddali dreptanie.
Po chwili znów ruszył. Ulica Ogrodowa z lekka wchodziła w zakręt, a to oznaczało, że zbliżał się do celu. Kiedy w końcu stanął przed niczym niewyróżniającą się białą chałupą, starał się wyprostować tak mocno, jak tylko pozwalały mu na to siły. Tkwił pod płotem dobrych kilka minut, bacznie wpatrując się w okna budynku. Z dwóch do niewielkiego ogródka padały blade łuny żółtego światła. Wytężył wzrok, gdzieś na dnie ciemnej jak smoła duszy modląc się, by tylko dostrzec tam swój cel. Nie udało się. Wreszcie z dumą przygładził przyduży mundur SS-Galizien, pchnął skrzypiącą furtkę i wszedł na podwórze. Zanim dotarł pod drzwi i załomotał w nie z otwartej dłoni, pies Leszczyńskich zaczął szczekać jak opętany, budząc pozostałe z całej ulicy.
W wąskiej szparze ukazała się siwa głowa gospodyni, niepewnie patrzącej na wysokiego jak topola przybysza. Nim zdołała cokolwiek powiedzieć, Michał szerzej rozpostarł drzwi, bezczelnie zaglądając do środka.
– Co wy, Leszczyńska, tacy strachliwi? – Pozdrowił ją skinieniem krótko ostrzyżonej głowy. – Tu sami swoi.
– Takie czasy, że o każdej porze dnia i nocy śmierć może do drzwi zapukać – odparła posępnie, nie kryjąc niezadowolenia. – Czego ty, Michał, po nocy szukasz?
– Z Romanem chciałem pogadać. Śpi?
– Nie śpi, ale zara pójdzie. Lepiej jutro przyjdź, bo tera już człowiek zmęczony, ino głupot może naopowiadać. – Jakby dla podkreślenia swojej woli, z hardą miną zabarykadowała przejście całym ciałem. Może i Socha przewyższał ją o ponad głowę, a do tego był niebezpieczny i bała się go cała wieś, ale Anna Leszczyńska potrafiła się z nim obchodzić. Dobrze znała jego cienką granicę, której dla własnego dobra lepiej było nie naruszać.
– To ważna sprawa – wymamrotał zniecierpliwiony, postukując podkutym butem, nieczyszczonym z błota od dawna. – Lepiej mnie wpuśćcie, bo zmęczony jestem. Szybko załatwimy z Romanem sprawę i sobie pójdę. Z warty wracam – wyjaśnił na koniec i niedbale machnął przy tym głową w kierunku, z którego przyszedł.
– Z warty… – Anna sapnęła, patrząc na mężczyznę z politowaniem.
Śmierdziało od niego bimbrem, a do tego błyszcząca od potu młoda twarz, przyozdobiona blizną na podbródku, mówiła sama za siebie. Wyglądał jak zawsze, jak siedem nieszczęść.
– Z warty. Wpuścicie mnie czy będziemy tak przez próg rozmawiać?
Tryumfalnie uniósł głowę, gdy kobieta odsunęła się, robiąc mu przejście. Pokonał krótki, ciasny korytarz, by zaraz stanąć w wejściu do kuchni, gdzie za stołem, przy lichym świetle karbidówki, siedział gospodarz. Nawet nie podniósł się na widok Michała, tylko obrzucił go obojętnym spojrzeniem i machnął ręką, wskazując krzesło obok.
– Nieszczęścia u nas szukasz po nocy? – Roman zagadnął na przywitanie. – Anka, naszykuj no tu zastawę dla gościa! Przynajmniej napić się z kim będzie…
Po chwili przed nosem Michała wylądował kieliszek, który niemal od razu wypełnił się wiśniowym, śmierdzącym płynem. Nim zaczęli rozmowę, wychylili po jednym.
– Mocne – wychrypiał Socha.
– Gadasz jak szczeniak. – Roman zaśmiał się, przecierając wąsy. – Jakbyś do tej pory tylko mleko ciągnął, a prawdziwego dobra nie próbował.
– Dobre, dobre. – Michał wbił wzrok w pusty kieliszek, na moment odpływając myślami. – Ale ja tu nie przyszedłem, żeby z wami pić, Roman. Mamy do pogadania.
Uwadze Michała nie umknął cień strachu, który błysnął w oczach Leszczyńskiego. Zbyt wiele razy widział go u ludzi, nad którymi się pastwił, by potem z satysfakcją wydać ich Niemcom.
– O czym ty chcesz gadać o tej porze? Toć my nic nie zrobili strasznego, żebyś się musiał fatygować do nas po nocy – powiedział butnie, maskując zniecierpliwienie pod zmarszczkami.
– Ta ja wiem, że nic strasznego. Ty swój chłop! – Nagle zaniósł się głośnym śmiechem, przyjacielsko klepiąc gospodarza po ramieniu. Położył na stole zmiętą polową czapkę z trupią główką i dodał: – Wyście właśnie zrobili coś ładnego i po to przyszedłem.
Widząc niezrozumienie na twarzy Romana, wyjaśnił z prostotą:
– Ja chciałem was, Roman, prosić o rękę Franki.
Zarechotał jak głupi, kiedy mężczyzna rozdziawił usta, wydając przy tym stęknięcie jak schorowany staruszek. Nie uspokoił się nawet wtedy, gdy Anna wpadła do kuchni. Stanęła nad nim, wsparta rękami pod boki, i wydukała półszeptem:
– Frankę? O rękę? A z jakiej to racji?!
– Zamknij się, babo! Czego podsłuchujesz, jak mężczyźni rozmawiają?! Won mi stąd! – Czerwony i ze złości, i z alkoholu Roman podniósł głos, wstając od stołu. Dopiero stanowczy chwyt Michała z powrotem go usadził. Na uspokojenie samotnie wychylił kieliszek.
– A czemu nie? – zwrócił się do niej, wsparty na ręce. – A co? Ja jakiś gorszy jestem?
– Nie jesteście – mruknął słabo Roman.
– No to jaki problem? Też chcę mieć żonę.
– Ale ty mówisz o mojej córce – sapnęła mało przytomnie Anna.
– Mówię. – Pokiwał głową. – I myślę. Bez przerwy. Dlatego dajcie mi ją za żonę.
– Chłopcze, chłopcze… – Kobieta litościwie pokręciła głową. – Zanim przyszedłeś się oświadczać, to mogłeś choć w lustro popatrzeć. Rozmemłany jesteś jak żebrak spod kościoła.
– Uważajcie na słowa, Leszczyńska! – warknął i wystrzelił przy tym w górę, mierząc się z gospodynią. To samo zrobił Roman, który w duchu przeklął swoją głupią żonę za to, że przez jej niewyparzony jęzor mogła ściągnąć na nich nieszczęście. – Co wy myślicie, że który ją z tą kulawą nogą zechce? Może i dziewczyna ładna, ale taka kicająca to przecież śmieszność… A ze mną będzie miała jak w niebie. Na rękach ją będę nosił!
Każdy z Rachań omijał Sochę szerokim łukiem jeszcze przed wojną, bo był jednym z najpodlejszych mieszkańców, jacy chodzili po wiosce. Zawsze trzymał się z grupą takich samych jak on drani, z którymi okradał i szantażował ludzi. Wiele razy miał do czynienia z policją, ale nawet odsiadki w tomaszowskim areszcie nie nabiły mu rozumu do głowy. Po wsi krążyła plotka, że Michał w trakcie takiego spotkania z mundurowymi pchnął jednego z nich nożem, zabijając na miejscu. Mieszkał sam w zaniedbanej chacie, zarośniętej dawno nieplewionym ogrodem. Kiedy jeszcze żyła jego matka, Swieta, sama doglądała całego niewielkiego gospodarstwa, które zostawił jej po sobie zmarły mąż Jan, w tym samym czasie starając się wychować rosnącego łobuza. Nie raz widziano ją z podbitym okiem czy stłuczoną ręką, ale kobieta zawsze zaciskała usta i zmieniała temat. Zmarła na atak serca wiosną czterdziestego trzeciego roku, kiedy w drzwiach własnego domu zobaczyła jedynego syna w niemieckim mundurze.
Nikogo nie zdziwił fakt, że po wkroczeniu Niemców Socha pierwszy witał ich z otwartymi ramionami. Szybko się z nimi dogadał, a swoją przydatność udowodnił donosem na sąsiada ukrywającego na strychu znaleziony po wrześniowych walkach karabin. Wiosną czterdziestego trzeciego roku gestapo zwerbowało mieszkających w Rachaniach Ukraińców w szeregi Hałyczyny, dając im mundury Wehrmachtu z naszytymi na lewym rękawie żółto-niebieskimi tarczami. Nazbierało się ich siedmiu, ale tylu wystarczyło, by wspierać Niemców w pastwieniu się nad Polakami. Niedługo potem ochoczo dołączył do nich Socha, w którym obudziły się ukraińskie korzenie.
– Baba sama nie wie, co gada. – Roman momentalnie odzyskał trzeźwość umysłu, więc pokornie próbował udobruchać rozzłoszczonego Michała. Po chwili pchnął Annę w kierunku wyjścia, a gdy ta z oporem wyszła, wskazał krzesło gościowi. Usiedli z powrotem. – Jeszcze po jednym?
– Dajcie mi już spokój z piciem – prychnął niezadowolony, wymachując ręką. – Ja tu z ważnymi sprawami przychodzę, a wy się ze mną obchodzicie jak z ostatnim łachudrą. A dobrze wiecie, że nie zasługuję na takie traktowanie. – Uwiesił się na stole i wycelował palec w ciężko oddychającą pierś gospodarza.
– Ale, Michał… – wymamrotał zagubiony Roman. – Ty tak poważnie gadasz z tym ożenkiem?
Ostre spojrzenie Sochy utkwione w Romanie wyrażało więcej niż jakiekolwiek słowa. Leszczyński zrozumiał. Ostatnią rzeczą, którą miałby się martwić, było to, za kogo wyjdzie jego najmłodsza córka. Nie obchodziło go to, bo zawsze to jedna zrzędząca baba w domu mniej, a to, kto wybierze sobie ją za żonę, było dla Leszczyńskiego mało istotne. Chyba że tym kimś miałby być Niemiec albo ktoś pokroju Sochy, który momentami był stokroć gorszy niż okupant. Co prawda przed wojną Leszczyńskiemu nieraz zdarzało się wypić z Michałem, ale żaden z nich nigdy nie zalazł drugiemu za skórę, bo obaj mieli wiele za uszami, więc nie w głowach im było wtrącać się nawzajem w swoje życie. Ale Roman, choćby był nie wiadomo jak pijany czy wściekły na obie mieszkające pod jego dachem kobiety, nigdy nie zgodziłby się na oddanie ostatniej córki szpiclowi.
– Michał, myśmy dobrze ze sobą żyli – zaczął niepewnie sklejać słowa, które przychodziły mu do zamroczonej samogonem głowy – i teraz żyjemy, bo ani ty nie zrobiłeś nam nic złego, ani my tobie. Ale powiedz mi, coś ty nagle się wyrwał, żeby naszą Frankę za żonę brać? Baba to chodzące nieszczęście. Więcej szkody ci narobi niż pożytku. Na co ci tylko kłopot?
Młodszy z nich w odpowiedzi zaśmiał się gardłowo i przesunął dłonią po nieogolonym policzku, jakby się nad czymś zastanawiał. Po minucie odparł krótko:
– Nie będę całe życie starym kawalerem. Baby mi trzeba, a chociaż żeby się chałupą zajęła, bo ja mam ważniejsze rzeczy na głowie.
Długą chwilę siedzieli w ciszy.
– To jak? Dacie mi ją czy macie jakiego lepszego alfonsa dla niej? – warknął zniecierpliwiony. Nerwowo postukiwał paznokciami o blat stołu i w tym samym rytmie uderzał obcasem w klepisko, strząsając z butów zaschnięte błoto. Roman dalej siedział przygarbiony, ściskając w dłoni kieliszek, w który wpatrywał się jak w święcony obrazek. – Roman! Ogłuchłeś czy co?!
– Chłopie, toć ludzie ją palcem będą wytykali, jak zobaczą, że ona z tobą jest…
Oczy Michała zalały się krwią w ciągu paru sekund. Leszczyński nie zdążył zareagować ani na brzęk tłuczonej o podłogę butelki, ani na silne dłonie Sochy zaciskające się na jego koszuli. Chwilę później ledwo trzymający się na nogach Roman stał, chwycony żylastymi rękami gościa.
– Co ty, Roman? Za dużo wypiłeś? Bo chyba cię otumaniło do reszty – wysapał mu w twarz oddechem pełnym odoru. – No jak ty o mnie mówisz, co? Powiedz mi, co ze mną jest nie tak, że Frankę mieliby wytykać za bycie moją!
Roman milczał. Miał tak samo wściekłe spojrzenie jak Michał, ale dla własnego dobra nie mówił niczego, co myślał. A myślał wiele złego.
– Gadaj, do kurwy nędzy!
– Puść mnie, to pogadamy jak chłop z chłopem – powiedział stanowczo. – Zaraz Frankę wystraszysz.
Imię dziewczyny zadziałało na Michała jak obuch. Powoli wypuścił z rąk poły zmiętej koszuli Leszczyńskiego i dał krok w tył. Uśmiechnął się tajemniczo.
– Ano właśnie. – Cmoknął. – Gadamy o niej, a jej tu nie widzę. Zawołajcie ją. Ona jest mądra dziewucha, to może z nią się łatwiej dogadam niż z wami, Roman. Bo wam już ta wiśniówka łeb zamroczyła.
– Toć nie będziemy dziewczyny budzić w środku nocy. Trochu nam się za dużo wypiło i puściły nam nerwy, a jak jutro wytrzeźwiejemy, to na spokojnie się zgadamy. – Gospodarz próbował przemówić mu do rozsądku naprędce zmyślonymi argumentami.
Ale na Michała to nie podziałało. Wciąż stał na środku kuchni, a blada poświata lampy uwidaczniała jego wykrzywioną w złości szpetną twarz. Wreszcie sięgnął do kabury, ale nie wyjął pistoletu. Wolał zabawić się strachem Romana.
– Wy nic nie rozumiecie – powiedział Socha, z wolna kiwając na boki głową. – Głupiście jak but z lewej nogi.
Mężczyzna patrzył na niego pustymi oczami.
– Nie pomyśleliście, że jak wydacie córkę mnie, to żadna krzywda ze strony Niemców jej nie spotka? Ani was. Będzie strzeżona jak złoty łańcuszek.
– Ale zwykli ludzie ją zechcą skrzywdzić – wstawił się niemal niesłyszalnie. – Będą krzyczeć, że puszcza się z tobą, żeby spokój mieć od Niemców…
– Ja mam sposoby na takich odważnych. – Stuknął palcami w kaburę. Zaraz podszedł do Romana podpierającego się o oparcie krzesła i powiedział cicho, ale głosem podszytym jadem: – Nie podejmujcie głupich decyzji, bo jak dla mnie wcale nie musicie być na naszym weselu żywi. Znacie mnie, Roman. Jak czegoś mocno chcę, to i tak to dostanę, żebym miał całą tę wiochę puścić z dymem. A Franki mocno chcę. A teraz poproś ją tu.
***
Z lekkiego snu wyrwał ją hałas tłuczonego szkła. Zerwała się do siadu i nerwowo rozejrzała po ciemnej izbie, upewniając się, że nie stoi nad nią nikt, kto mógłby wyrządzić jej krzywdę. Chwilę zajęło jej rozpoznanie podniesionego, skrzeczącego głosu dobiegającego zza drzwi. Struchlała. Nie ruszała się przez parę minut, nie chcąc dać znać o swojej obecności. Gdyby on tylko tu przyszedł…
Nabrała do płuc zimnego powietrza, kiedy w tle kłótni usłyszała swoje imię wypowiadane przez tego podłego człowieka. Frania była bystrą dziewczyną, więc nie mogły umknąć jej uwadze zachłanne spojrzenia Michała rzucane w jej stronę. Za każdym razem, gdy mijali się na drodze, obłapiał ją całą pożądliwym wzrokiem, jakby była dorodną krową, a ona wtedy czuła się zupełnie naga. Wiedziała, że nie tak patrzy na dziewczynę mężczyzna, któremu się ona podoba. Tak kot obserwuje bezbronną mysz, którą pragnie upolować, pobawić się nią jak zabawką, a na koniec pożreć. Bała się go jak diabła.
Wzdrygnęła się na nagłe walenie pięścią w drzwi. Wołanie ojca, zamiast postawić ją do pionu, jeszcze bardziej zmroziło jej krew w żyłach, przez co nie mogła się poruszyć. Zacisnęła w pięściach pierzynę i podciągnęła ją pod brodę.
– Franka, chodź tu w tej chwili!
– Spokojnie, Franiu. Ja chcę z tobą pomówić, krzywda ci się nie stanie! – Dla odmiany usłyszała opanowany głos Sochy. Odsunęła na bok strach, bo zdawała sobie sprawę, że dalsza bezczynność może przynieść tylko nieszczęście.
Narzuciła na plecy kraciastą chustę i niepewnie otworzyła drzwi. Zza ściany kuchni od razu wyjrzał do niej krzywo uśmiechający się Michał, a ojciec stał parę kroków dalej, zgarbiony i niemy.
– Dobry wieczór – mruknęła ledwo słyszalnie i mocniej owinęła się chustą, chcąc, by kawałek materiału obronił ją przed zachłannym wzrokiem gościa.
– Zbudziłem cię? – zapytał bez wstępów, instynktownie przybliżając się do dziewczyny. Lekko przekrzywiła głowę, gdy poczuła odór alkoholu.
– I tak nie mogłam spać. Coś się stało?
– Chciałem, żebyś została moją żoną – rzucił, ukazując w uśmiechu niepełne uzębienie.
Pod Franią ugięły się nogi. Jej zamroczony snem wzrok ugrzązł w czerwonej twarzy Michała, który ani na chwilę nie stracił rezonu. Nie mogła wydobyć z siebie słowa. Chciała się wykręcić i z powrotem zniknąć za ścianą swojego pokoju, a na koniec zatrzasnąć za sobą drzwi tak, by żadna siła nie zdołała do niej wtargnąć. Jednak nie miała siły niczego zrobić. Tkwiła w miejscu jak kamienny posąg, blady i zimny ze strachu.
– Nie cieszysz się? – Ciszę przerwał zawiedziony głos Michała, który zmarszczył czoło w geście zdenerwowania. – Bo ja bardzo.
– Żoną? – wydukała dopiero po dłuższym czasie.
Otumaniony wzrok przerzuciła z Sochy na milczącego ojca. Szukała u niego wsparcia, ale ten nie odezwał się słowem ani nie wykonywał żadnych gestów, tylko nieruchomo stał w kącie kuchni. France ścisnęło się serce. Ojciec bez sprzeciwu sprzedawał ją jak krowę najgorszemu łajdakowi, jaki chodził po ziemi. I to zapewne za butelkę bimbru albo paczkę papierosów, które Roman tak uwielbiał, a które rzadko kiedy zdołał zdobyć. A gdzie jest matka? Rozpaczliwie rozejrzała się dokoła siebie, ale nigdzie nie widziała zarysu sylwetki Anny. Pewnie siedziała gdzieś w kącie chałupy, bo bała się zaglądać do podpitych mężczyzn.
– Żoną. – Potwierdził skinieniem głowy. – Moją jedyną. Będę cię pilnował jak skarbu i nikt cię palcem nie tknie.
Do oczu Frani napłynęły łzy. Nikt mnie nie tknie, tylko ty, łajdaku, pomyślała w rozpaczy. Wiedziała, że od pierwszego dnia będzie dla Sochy nic niewartą pomywaczką. Już wolałaby się zabić niż zostać jego żoną.
Zebrała się na odwagę i wymamrotała:
– Ale ja cię nie kocham…
Kątem oka zobaczyła spanikowaną twarz ojca, ledwo widoczną w mętnym blasku światła.
– Franka, Franka. – Michał nieoczekiwanie parsknął kpiącym śmiechem. – Ty jak dziecko jesteś. Myślisz, że do małżeństwa trza tylko miłości i nic więcej?
– A co niby trzeba do małżeństwa? – odpowiedziała mu ostrzejszym tonem, ale kiedy dostrzegła na jego twarzy nagłe grymas zdenerwowania, skuliła się i spuściła wzrok.
– Nie bądź taka wyszczekana – bąknął. – Nie lubię, jak mi ktoś skacze, a najbardziej baba. Was trza ustawić do pionu, żebyście chodziły jak w zegareczku, a nie mądrzyły się!
W głowie Frani kotłowały się miliony myśli. Chciała wyrzucić Michałowi prosto w szpetną twarz, że go nienawidzi i nie będzie jego, choćby miał ją zastrzelić na miejscu. Ale bała się. Od zawsze i na zawsze.
W końcu z cienia wyłonił się Roman. Miał czerwoną, nabrzmiałą od samogonu i wściekłości twarz. Zbliżywszy się do córki, zaczął mówić ostrym i stanowczym tonem, grożąc przy tym palcem.
– Słuchaj no! Ja ci każę wyjść za Michała, a moje słowo jest święte. A tylko mi tu spróbuj się stawiać albo chociaż piśnij słowem, to zleję cię batem do krwi!
– Ja nie chcę! – wykrztusiła, dławiąc się łzami, które już swobodnie spływały po jej bladej twarzy. Schowała się przy tym za drzwi w strachu przed ciosem Sochy. Trzymała się ich kurczowo i trzęsła się w spazmach żalu, czując, jak od środka rozrywa ją palące gorąco.
Nie zdołała zareagować, kiedy czyjaś silna ręka szarpnęła ją i wyciągnęła na środek kuchni. Gęste łzy zamazywały jej obraz, ale donośny krzyk Romana przedarł się do jej świadomości.
– Gówno mnie obchodzi, że nie chcesz! Ja tak postanowiłem, głupia dziewucho!
Gdy ojciec wypuścił ją z uścisku, bezwiednie upadła na podłogę. Skurczyła się w sobie. Dłonią zatkała usta, by zdławić szloch.
– Wstawaj i się nie maż.
Usłyszała nad sobą oschły głos Sochy, a po chwili poczuła szturchnięcie butem w biodro. Podniosły ją dopiero jego ręce.
– Jak tak teraz na ciebie patrzę, to myślę, że na cholerę mi takie babsko, co mi się będzie stawiać na każdym kroku – powiedział nagle Michał, uważnie przyglądając się czerwonej od płaczu twarzy Franki. Wzdrygnęła się, gdy odgarnął jej z czoła roztargane pasma czarnych jak smoła włosów. Już nie patrzył na nią jak wygłodniały na kromkę chleba, za to w jego oczach można było dostrzec cień obrzydzenia. – Ty nawet ładna nie jesteś, jak zaczęłaś beczeć. Rozzłościłaś mnie tym swoim durnym gadaniem, wiesz?
Milczała, a on ciągnął:
– W dupie mam taką żonę, co będzie mnie denerwować i robić wszystko na przekór. A już się ucieszyłem, że się ożenię.
We Frani coś zabłysnęło z radości. Spodziewała się, że Socha zaraz wyjdzie z ich domu i zapomni, że w ogóle proponował jej małżeństwo, jednak wszystko potoczyło się tak szybko, że do dziewczyny dopiero po czasie dotarł sens jego słów.
– Żony mieć nie muszę, żeby się zabawić. Ty też się nadasz.
– Michał, no coś ty! Nie tak myśmy się umawiali!
W ułamku sekundy doskoczył do zszokowanego Romana i przytknął mu do gardła wydobyty z kieszeni munduru nóż sprężynowy.
– Trzeba było wychować córkę na normalną gospodynię, a nie na głupią szmatę, to byś teraz nie miał problemu!
Leszczyński energicznie pokiwał głową. Po tym Socha pchnął go jak szmacianą lalkę, przez co stary z łomotem upadł na stojącą pod ścianą ławę, a sam z powrotem zwrócił się do zdruzgotanej dziewczyny:
– Ty – wycelował w nią żylasty palec – masz przyjść do mnie jutro wieczorem.
Franka ostatkiem sił najpierw pokręciła przecząco głową, a dopiero po tym odpowiedziała:
– Nie przyjdę. Nie jestem dziwką.
– Przyjdziesz. – Postawił krok w jej stronę, zręcznie przebierając nożem w palcach jednej ręki. – A jak nie, to sam po ciebie przyjdę. I twój ojczulek razem z matką będą na to patrzeć.
Nie wytrzymała. Wybiegła z domu i zwymiotowała na trawę zaraz za progiem.
Na odchodne Michał skierował nóż prosto w ciężko dyszącego Romana, który w tej samej pozycji niemal leżał na ławie, i powiedział:
– A ty, stary capie, tylko spróbuj coś mącić. Poślę cię w piach razem z babą, synalkiem i Janką tego samego dnia. Wystarczy jedno moje słowo, a Hałyczyna zrobi z wami, co zechce.
Naciągała na siebie kolejne części stroju mechanicznymi, powolnymi ruchami. Nie czuła ani nie myślała przy tym o niczym. Obrała sobie jeden punkt w ubitej, zimnej podłodze i utkwiła w nim wzrok. Nie zrobiła jeszcze niczego, ale już czuła się brudna i nic niewarta. Nie dała nawet rady wydobyć z siebie łez.
Franka bała się całe życie. W dzieciństwie bała się błąkających się po wsi psów, pokrzyw i kolegów ze szkoły powszechnej, którzy dla zabawy ciągali ją za długie, ciemne warkocze. Kiedy podrosła, odczuwała lęk przed dziesiątkami utkwionych w nią spojrzeń wiernych, gdy w kościele na mszach świętych śpiewała psalmy. Później zaczęła się stresować tym, że chłopcy wpatrują się w nią jak w malowany obrazek i wołają za nią, a nawet przekomarzają się, z którym z nich urocza i cicha Frania pójdzie na spacer po niedzielnym nabożeństwie. A potem przyszła wojna, przy której wszystkie dawne lęki dziewczyny wydały się czymś śmiesznym. Teraz jej największym strachem był każdy kolejny dzień i to, jaką tragedię przyniesie.
Chciała wyjść z domu niezauważona. By matka nie użalała się nad nią, a ojciec nie patrzył jak na ladacznicę, przeklinając gdzieś po cichu. Już myślała, że jej się to uda, gdy w czasie wkładania kościelnych pantofli w sieni rozległ się trzęsący szept Anny.
– Córcia…
Frania zacisnęła zęby i dopiero po dłuższej chwili popatrzyła na opartą o framugę matkę.
– Muszę iść – powiedziała twardo.
– Nie idź. – Anna pokiwała głową na boki, po czym zaczęła się trząść. – Nie idź, Franiu, do tego łajdaka. My coś z ojcem wymyślimy, zapłacimy mu. On jest łasy na pieniądze. Nie idź, błagam, bo będziesz się z tym męczyć do końca życia…
Podeszła do szlochającej w chustę matki na drżących nogach. Bez słowa objęła ją chudymi rękami i mocno przytuliła.
– Oni nas wszystkich zabiją, jeśli do niego nie pójdę. To tylko ciało, matuś…
Wybiegła na zewnątrz, żeby całkowicie się nie posypać. Przez całą drogę powtarzała w głowie jak mantrę własne słowa: to tylko ciało, to tylko ciało… Skupiała się jedynie na rozdzierającym ją od środka strachu, a nogi niosły ją same ulicą Ogrodową, która leżała na niewielkim wzniesieniu, skąd było widać niemal całą wioskę. Przechodząc na wysokości parafialnego kościoła, przeżegnała się z nadzieją, że być może miłosierny Pan Bóg uchowa ją od tej hańby, a jeżeli nie, to przynajmniej jej wybaczy.
Po drodze nie widziała żywej duszy. Od zawsze bała się chodzić po wsi po zmroku, a jak już musiała, to niemal biegła, by jak najszybciej dotrzeć do domu. Tym razem też szła pospiesznie, choć gdzieś z tyłu głowy miała myśl, że po stokroć lepsze byłoby, żeby ktoś ją teraz napadł i zabił, niż to, co czekało ją w domu tego łajdaka. Jeszcze bardziej przyspieszyła, mijając potężny budynek dawnej szkoły powszechnej, stojący przy głównej ulicy. Teraz była tam komenda gestapo. Jedyne, co przykuło jej uwagę, to zapalone światło w oknie domu sąsiadującego z posterunkiem. Przed wojną mieszkał tam nauczyciel geografii, pan Wici, ale Niemcy zastrzelili go jeszcze w czterdziestym i od tamtej pory gospodarstwo stało puste.
Była na miejscu. Wydeptaną ścieżką między sięgającymi kolan chwastami dotarła pod drzwi Sochy. Uniosła pięść, by zapukać, ale niewidzialna siła nie pozwalała jej tego zrobić. Chciała uciec i schować się w swoich czterech ścianach, gdzie jeszcze do niedawna nic jej nie groziło. Ale teraz nawet w tak bezpiecznym azylu, jakim był rodzinny dom Frani, mogło dopaść ją zło.
Z ogarniającego paraliżu wybiło ją gwałtowne szarpnięcie drzwi, zza których wyłonił się Michał. Zdążyła odskoczyć do tyłu.
– Przyszłaś. – Wyszczerzył się tryumfalnie.
– Nie miałam wyboru – szepnęła między falami mdłości, czując, jak wszystko w brzuchu zawiązuje się w supeł, a w gardle powstaje dusząca gula.
Socha w odpowiedzi zaśmiał się niemo, po czym odsunął się, robiąc w przejściu miejsce dla dziewczyny. Otwartą dłonią wskazał ciemność wewnątrz domu, co przypominało Frani wejście do piekielnych czeluści. Gdzieś w głębi korytarza tliło się blade światło. Może to jakaś nadzieja, przemknęło jej przez myśl.
Szła ostrożnie i powoli, jakby miała przed sobą przeszkodę, do momentu, kiedy Michał mocnym chwytem za ramię niemal wrzucił ją do pomieszczenia na końcu krótkiego korytarza. Franka poczuła smród stęchlizny i potu. Nie widziała prawie nic, bo jedynym źródłem światła była łuna księżyca wpadająca przez okno. Nawet twarzy Michała nie widziała dokładnie, jedynie jego smukłą, długą sylwetkę, uwieszoną znoszonymi łachmanami.
– No – bąknął po dłuższej chwili ciszy, ponaglająco kiwając na Franię głową. – Rozbieraj się. Pokaż, co tam chowasz.
Przerażenie odebrało jej zdolność ruchu. Jedyne, co czuła, to powracające uderzenia paraliżującego gorąca. Trzęsła się każda część jej ciała i w żaden sposób nie potrafiła nad tym zapanować.
– Michał, błagam… – odważyła się dyskutować. Mimowolnie po jej bladej twarzy zaczęły skapywać łzy, a drżący dotąd głos zamienił się w gardłowy szloch. – Nie rób mi tego. Możesz mieć każdą inną. Na co ci taka jak ja?
Liczyła, że Socha weźmie sobie do serca jej słowa i wypuści ją z domu bez żadnej krzywdy, ale kiedy w odpowiedzi parsknął ścinającym krew w żyłach śmiechem, Frania zrozumiała, że ten człowiek nie ma serca.
– Głupiutka jesteś, Franiu… – Mówiąc to, przejechał opuszkami palców po jej mokrym od łez policzku. – Mnie się zawsze twoja siostra Janka podobała, ale z niej była zawzięta dziewczyna – ciągnął niskim, skrzeczącym tonem, wędrując palcem od czubka jej głowy po szyję. – Warczała na mnie jak wściekły pies, a ja przecież nie miałem złych zamiarów. Potem się przypałętał ten mieszczuch i zabrał ją do siebie, a ja tu zostałem i jeszcze długo o niej myślałem. Ale jak ty podrosłaś, to pomyślałem, że z ciebie to też niezła dziewczyna. Tak samo ładna jak Janka.
– Po co mi to mówisz? – syknęła zdławionym głosem, zupełnie do siebie niepodobnym.
Michał jak na komendę zaprzestał ruchów dłonią, chwilę się zastanowił, po czym znienacka fuknął:
– Zrzucaj te łachy. Nie przyszłaś tu na pogaduchy.
Wtedy dotarło do niej, że nie ma już dla niej ratunku. Zrozumiała, że jeżeli Socha czegoś zapragnie, to zdobędzie to, choćby miał wydrzeć to z samego wnętrza Ziemi, zabijając po drodze każdego, kto stanie mu na drodze.
Trzęsącą się dłonią zsunęła z głowy brązową chustę, a po tym to samo zrobiła z materiałem osłaniającym jej plecy i ramiona.
– Rób to szybciej albo sam to z ciebie zedrę!
Najpierw poczuła na ramionach zaciskające się, silne ręce, a dopiero potem usłyszała wrzask Michała. Naparł na nią całym ciałem i zatrząsł jak kukłą, plując w twarz kroplami śliny. Na końcu odepchnął od siebie, aż wpadła na skrzypiące łóżko stojące pod oknem. Socha gwałtownie złapał ją za poły płaszcza i jednym ruchem poderwał ku górze. Bez zastanowienia zaczął rozpinać guziki, by za chwilę zerwać z Franki górę stroju. Kiedy stała już w samej sukience, pchnął ją na łóżko.
– Ale ty nie spałaś z tym swoim gachem, nie?
Milion drobnych ostrzy przebiło jej serce na wylot. Nikt nie miał prawa mówić w ten sposób o Janku, a już na pewno nie ktoś tak okrutny i bezwartościowy jak Socha. Obrzydzenie zacisnęło jej gardło. Michał potraktował milczenie Franki jako zaprzeczenie.
Starannie zaplotła pasma długich, czarnych włosów w ciasny warkocz, który następnie upięła dokoła głowy. Po tym nasunęła na nią granatową, kościelną chustę w drobną kratę, którą kupił jej brat Marian na ostatnim przed wojną odpuście szóstego sierpnia. Przed wyjściem z domu szczelniej owinęła się dzierganą narzutą, po czym najciszej, jak potrafiła, wysunęła skobel blokujący drzwi.
Była listopadowa, słoneczna niedziela. Echo kościelnego dzwonu niosło się po całych Rachaniach, oznajmiając, że do sumy zostało pół godziny. Pojedynczy ludzie ociężale sunęli drogą w tym samym kierunku co Frania, a zza płotów obejść znajome babcie kiwały do niej opatulonymi w chusty głowami, szepcząc ciche „Szczęść Boże”. Franka jedynie flegmatycznie potrząsała głową, nie siląc się nawet na słowo.
Od tamtego wieczoru nie wydusiła z siebie ani słowa. Jedyne, co wyszło z jej ust, to wymiociny zaraz po wyjściu z domu Sochy. Nie mówiła nic, choć matka nalegała, zanosząc się przy tym płaczem, by Frania powiedziała coś, by dała jakikolwiek znak. Ojciec tylko popatrzył na nią litościwie z progu kuchni, po czym wyszedł z domu ogromnie przygarbiony, jakby cały ten wstyd za sponiewieraną córkę ciążył mu na plecach jak ołowiany krzyż. Ale Franka wciąż milczała.
– Franiu, czekaj no! Ja tyle siły nie mam, żeby tak lecieć!
Przystanęła i obejrzała się za siebie, mimo że bez patrzenia poznała panią Malicką po jej ciepłym głosie. Staruszka niższa od dziewczyny o pół głowy dogoniła ją małymi, wolnymi krokami. Kiedy stała już przy Frani, przywitała ją promiennym uśmiechem. Zdziwiła się, gdy dziewczyna wzdrygnęła się przed jej dotykiem.
– Franiu, a czegoż ty tak sama idziesz bez matki? Co niedziela razem chodzicie do kościoła jak siostry. – Obdarzyła ją promiennym uśmiechem, pod wpływem którego w kącikach jej oczu pojawiły się setki bruzd. Dziewczyna zawsze dziwiła się, skąd ta dobra kobieta miała w sobie tyle siły i życzliwości, chociaż każdego dnia dokoła panoszyła się śmierć.
– Ja dziś sama – odezwała się pierwszy raz od ponad tygodnia. Jej głos był cienki i przypominał raczej zgrzyt umierającego niż mowę młodej, zdrowej dziewczyny.
– Dobrze się czujesz? Może ty chora. – Kobieta przytknęła Frani ciepłą dłoń do czoła. – Idź do domu pod pierzynę i się wygrzewaj. Pan Bóg ci wybaczy, jak raz na mszę świętą nie pójdziesz.
Natychmiast zaprzeczyła ruchem głowy, siląc się na blady uśmiech.
– Ja się dobrze czuję, pani Władziu.
– Jak tak mówisz, to chodź, bo ksiądz proboszcz z ambony nas zgani za spóźnialstwo. Ale byłoby wstydu!
Nie ma większego wstydu niż ten, który mnie spotkał, pomyślała od razu.
Kiedy tak szły spacerem, pani Malicka znowu zaczęła rozmowę, trzymając się przedramienia dziewczyny:
– Wasze kurki niosą jajka? Bo moje ostatnio się wystraszyły, jak Niemce strzelali gdzieś we wsi, i tera niosą po jednym na dzień.
– A zabili kogoś?
– Mówią, że tak, ale nie wiadomo kogo i za co. – Wzruszyła ramionami. – Ale ludzie różne rzeczy gadają, czasem i głupoty, to i tera trza wierzyć, że to nieprawda. I że żadna dusza wtedy nie zeszła z tego świata.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Nie miała siły na rozmowę z nikim, choćby ta osoba była najmilszą i najbliższą jej sercu. Czuła się brudna i zszargana. Taka, która nie zasługuje już na niczyje towarzystwo, pomoc ani słowo. Miała tylko nadzieję, że nikt się nie dowie, co ją spotkało. Na samą myśl, że ktokolwiek z Rachań mógłby ją choćby widzieć wchodzącą do domu Sochy, uginały się pod nią nogi. Wtedy już na pewno nie wyszłaby za próg, tylko zamknęłaby się w izbie i umarłaby w samotności ze wstydu i rozpaczy.
Rój jej rozżalonych myśli przerwało dziewczęce wołanie dobiegające z tyłu.
– Babcia, zaczekaj!
W mgnieniu oka przy drugim boku Franki wyrosła zasapana i szeroko śmiejąca się Justyna, której pojedyncze kosmyki kasztanowych włosów wyśliznęły się z niedbale spiętego koka. Przebiegła raptem parę kroków, a jej okrągła twarz zdążyła już nabrać różowych rumieńców.
– Ja cię goniłam, żebyś się pospieszyła, bo do kościoła nie zdążysz, ale ty co niedziela masz kupę czasu! – Pani Władzia zaczęła po swojemu besztać wnuczkę, która i tak za nic miała jej naganę, bo tylko przewróciła oczami.
Justyna mieszkała z babcią, która od śmierci rodziców dziewczyny obrała sobie za punkt honoru wychowanie jedynej wnuczki na gospodarną, pobożną i mądrą kobietę. Jej córka zmarła przy zbyt wczesnym porodzie drugiego dziecka – braciszka Justyny – który przeżył zaledwie tydzień, a potem sam odszedł do mamy. Wdowiec po Leokadii Kowalczykowej w żałobie zaczął ciężko pracować na roli, chcąc dzięki temu odciągnąć myśli od pogrążania się w rozpaczy. Wtedy właśnie babka wzięła mało co rozumiejącą, sześcioletnią półsierotę pod swoje skrzydła.
Na rok przed wojną odszedł ojciec Justyny. Lekarz w czasie oględzin na chwilę przed śmiercią Kowalczyka stwierdził, że ten miał guza krtani, który powstał na skutek „nieprawidłowego prowadzenia się”. Ojciec Justyny pił coraz więcej, w swoim ostatnim roku jadł jak ptaszek, więc forsowna praca na gospodarstwie tylko dopełniła tragedii. Dziewczyna z babcią pogodziły się z tym i pochowały Mariana u boku żony i syna i sprzedały większość pól. Dotąd pluły sobie w brodę, że nie powstrzymały mężczyzny przed wycieńczającym wysiłkiem. Każdy we wsi dziwił się, jakim cudem Kowalczyk przez tyle lat nie uporał się z żałobą. Każdy kocha po swojemu, tłumaczyły obie.
– Toć ja mówiłam babci, że nawet jak wyjdę z domu pięć minut przede mszą, to zdążę. – Kowalczykówna próbowała się bronić. – I nawet do pierwszej ławki się dopcham!
Staruszka popatrzyła na nią z politowaniem.
– Mało to razy babcia ci powtarzała, że zbytnia pycha to grzech jest? Nawet ksiądz proboszcz na kazaniu o tym mówił, ale ty pewno spała jak zwykle!
– Co też babcia wygaduje? – Zaśmiała się dźwięcznie i tak głośno, że przechodząca koło nich pani Bielak zmarszczyła czoło w wyrazie upomnienia. – Już niech babcia takich farmazonów przy France nie opowiada, bo Franka naprawdę uwierzy, że ja śpię w kościele – mówiąc to, uważnie przyglądała się Leszczyńskiej, której kącik ust ledwo drgnął ku górze.
Justyna była jej przyjaciółką od serca. Chodziły do jednej klasy w szkole powszechnej i od zawsze trzymały się razem, mimo że tak bardzo się różniły. Frania była niewyobrażalnym mrukiem, wszystkiego i wszystkich się bała, za to bardzo dobrze się uczyła, a Justyny było wszędzie pełno. Kiedy się śmiała lub mówiła w zdenerwowaniu, jej donośny głos dało się słyszeć na drugim końcu wsi. Była nieustraszona, każdemu potrafiła odpyskować, a Franię broniła przed wyśmiewającymi jej przypadłość chłopcami całą sobą. Franka urodziła się z jedną nogą nieco krótszą, więc od małego utykała, a dzieciom w powszechniaku zdarzało się wyzywać ją od kuternóg. Mimo że Justyna zawsze stawała pierwsza do obrony, to nigdy nie było jej po drodze z nauką. Choć stanowiły całkowite przeciwieństwa, kochały się jak siostry.
Kowalczykówna przerwała swój słowotok i bacznie zlustrowała bladą twarz Frani.
– Franka, co ty taka niewyraźna? – zapytała, zmieniając ton głosu na delikatny. W międzyczasie pani Władzia zostawiła je we dwie, a sama dołączyła do innej staruszki drepczącej kilka kroków za nimi i od razu zaczęła z nią szeptem plotkować.
– Zmęczona jestem. Nie mogłam spać – mruknęła pod nosem zgodnie z prawdą. Tej nocy śniło jej się, że Socha ze sznurem ścigał ją po całych Rachaniach. Kiedy w końcu ją dopadł, przywiązał ją do drzewa i małym scyzorykiem obciął jej wszystkie palce jednej ręki. Po tym koszmarze wybudziła się i do rana nie zmrużyła oka. I tak było w każdą noc.
– Gdzie ty się podziewałaś przez tyle dni? Ojciec trzymał cię pod kluczem, czy jak? – rzuciła żartobliwym tonem, ale ujrzawszy ponurą minę Franki, chrząknęła zakłopotana i zrzuciła z twarzy uśmiech.
Prawda była taka, że od tamtej pory Leszczyńska nawet nie wystawiała głowy za próg domu. Przez pierwsze trzy dni leżała w łóżku i nie chciała nic jeść ani pić, a wstawała tylko za potrzebą. Wiedziała, że powinna wstać i zrobić obrządek wokół zwierząt, czyli to, co robiła na co dzień od małego, ale nie miała siły zwlec się z łóżka. Dopiero po paru dniach zaczęła na nowo robić to, co do niej należy. Przez podwórze przechodziła ukradkiem, by nikt jej nie dostrzegł, a szczególnie on. Drżała ze strachu na samą myśl o tym strasznym człowieku. Nie wiedziała, jak by się zachowała, gdyby znienacka przed nią stanął, choć zdawała sobie sprawę, że kiedyś to musi nastąpić. Chyba że do tego czasu zginie. Albo on, albo ona.
– Chora byłam.
– Jak twoją mamę spotkałam na targu, to powiedziała to samo. Nie obraź się, ale jakoś dziwnie się zachowywała. Tak jak nie ona.
Mały odłamek kamienia spadł z serca Franki. Matka nic nie wspomniała.
– Pewnie się martwiła. Ale już jest dobrze. – Na pocieszenie ścisnęła dłoń Justyny, spoczywającą na jej przedramieniu.
– Ja cię trochę już znam i nie wiem, czy ty mnie nie oszukujesz. Coś złego się stało? Wiesz przecież, że mi możesz wszystko powiedzieć…
Zawsze, gdy coś trapiło Leszczyńską, Justyna była pierwszą osobą, której się żaliła. Nawet rodzonej siostrze nie mówiła tyle, co przyjaciółce. Po tym od razu robiło jej się lżej. Tym razem chciałaby tak samo, ale zdawała sobie sprawę, że za nic w świecie nie mogła o tym choćby wspomnieć. Nie chciała. Stałaby się w oczach najdroższej przyjaciółki tym, kim stała się dla siebie – sponiewieraną szmatą.
– Nic złego, Justyś. – Przystanęła i chwyciła rozgrzane dłonie Kowalczykówny. Franka starała się zajrzeć jej w oczy tak szczerze i głęboko, by Justyna uwierzyła w jej słowa. Chyba się udało, bo dziewczyna uśmiechnęła się z wyraźną ulgą, a po tym pociągnęła Franię za sobą.
– Wiesz co? Po mszy przyjdź do mnie na moment, to dam ci jabłecznik w słoiku. Nagotowałam wczoraj z ostatnich jabłek z sadu. Może to poprawi ci humor.
– Nie będziesz miała więcej jabłek w tym roku? – podjęła temat. Mimo że przez ostatni tydzień zjadła tyle, co nic, przez co skurczył jej się żołądek, to na myśl o przetworach przyjaciółki na nowo odzyskiwała apetyt. Justyna miała tyle lat, co Franka, ale gotowała jak doświadczona kucharka.
Ta zaprzeczyła ruchem głowy.
– My z babcią nie mamy zasadzonych zimówek jak ty.
– Wiesz, że ci dam, a ty za to podzielisz się ze mną jabłecznikiem. – Uśmiechnęła się pierwszy raz, odkąd rozmawiała z Justyną.
– Tak dawno go gotowałam, że aż się za nim stęskniłam! Ostatnio te jabłka, co nie zgniły, szły na przetwory, żebyśmy w zimie nie pozdychali z głodu, to i dawno jabłecznik gotowałam. Wczoraj na wieczór, jak się do niego dorwałam, to opędzlowałam całą miskę, aż mnie brzuch rozbolał. Babcia na mnie nakrzyczała, że do dzisiaj do mszy on mi nie zdąży przez brzuch przejść, żebym komunię świętą mogła przyjąć – dokończyła zawstydzona, na co Frania mimowolnie się zaśmiała.
Wyobraziła sobie Justynę z przeraźliwie wydętym brzuchem i panią Władzię, która krzyczy na nią jak na małe dziecko.
– I co, przeszedł?
– Chyba tak, bo nic nie czuję. – Dla pewności dotknęła brzucha, a kiedy zrozumiała, co właśnie zrobiła, parsknęła jazgotliwym śmiechem. Frania jej zawtórowała. – Czasem głupia jestem jak but z lewej nogi!
– Pamiętasz, jak zawsze przyrządzałaś jedzenie na zabawy w Domu Ludowym? – zagadnęła Franka, kiedy Justyna uspokoiła atak śmiechu. – Ponoć niektórzy kawalerowie przychodzili tam tylko po to, żeby się porządnie najeść przekąsek waćpanny Justysi.
Ostatnie słowa wypowiedziała prześmiewczym tonem i ukłuła przy tym Justynę w bok. Ta z początku przybrała udawaną minę naburmuszonego dziecka, patrząc na Frankę spod byka, ale po chwili rozchmurzyła się i zaczęła chichotać.
– Nawet mi nie wspominaj…
– Czyli pamiętasz pana Nocnego Marka! – Frania nadęła policzki, ściągnęła brwi i z taką miną zaczęła mówić wyuczonym, niskim głosem: – Panno Justysiu, panny jedzenie samo z siebie wskakuje mi do gęby… Ja żem przyszedł tu pohulać i poznać jakąś ładną dziewczynę, a jak zwykle żem skończył w kącie z miską panny racuchów!
– Przestań! – Szturchnęła ją w ramię, dusząc się własnym śmiechem. Franka wyglądała tak komicznie, że oczy Justyny nabrały łez.
– I tera klękam tu przed waćpanną i oświadczam się tymi no racuchami! Pannę będę na rękach nosił, a panna mi za to będzie dzień w dzień gotowała…
– Toć on był pijany jak Meserszmit! – wydyszała Justyna ostatkiem sił.
Przed oczami miała obraz klęczącego przed nią z miską placków kawalera, którego błyszczące oczy może i wyrażały szczere uczucia, ale za to czerwona i spocona twarz skutecznie ją odstraszała. Koniec końców dwójka chłopaków odciągnęła od Justyny chwiejącego się absztyfikanta, który chwilę później już chrapał w kącie remizy z naczyniem na piersi. Od tamtej pory Franka co rusz przypominała jej o tych nieszczęsnych oświadczynach, a robiła to tak zabawnie, że Kowalczykówna niemal dławiła się ze śmiechu.
– Pijany, nie pijany, ale miał dobre intencje. – Frania wyciągnęła przed siebie rozłożoną dłoń w geście obrony kawalera.
– A kto go tam wie… Czasem człowiek się zachowuje dobrze, a trochę później wyłazi z niego diabeł.
– A niektórzy od samego początku są diabłami.
– No – zgodziła się Justyna, kierując wzrok na piaszczystą drogę. – Choćby taki Socha. On od maleńkości miał rogi i czarci ogon, to i nikogo nie zdziwiło, że tera siedzi za stołem z tymi mordercami.
Frani w ułamku sekundy żołądek wywrócił się do góry nogami. Wszystko wróciło.
– Franka, czemu zbladłaś?
– Nie musiałaś zaczynać mówić o wojnie – syknęła, obrzucając przyjaciółkę chłodnym spojrzeniem.
– Co cię ugryzło? Ja wiem, że to wszystko jest straszne, ale nerwami niczego nie zdziałasz. Przepraszam, już nie będę o tym gadać.
– Wtedy myślałam, że mam ciężkie życie – mruknęła Frania już spokojniej. Siwymi oczami powędrowała daleko przed siebie, dalej, niż sięgały ostatnie domy Rachań i wysokie topole. – Bo każdy śmiał się z mojego kicania, bo nie dawałam sobie rady z tą wielką mućką, co zawsze odpychała mnie łbem, i dlatego, że nie mogłam się uczyć, a Janka siedziała w mieście i miała ciekawą pracę. Ale teraz oddałabym wszystko, co mi zostało, żeby wrócić do tamtej rzeczywistości. Mogłabym podpisać nawet jakiś pakt.
– Jaki pakt? – Justyna skrzywiła się.
– Żeby każdy, kogo spotkam, nazywał mnie kuternogą, żeby ta mućka nie znosiła mnie do końca świata i nawet żebym nie potrafiła czytać, ale żeby te dawne czasy wróciły, a ta wojna nigdy się nie rozpętała.
– To wcale nie takie dawne czasy…
– Wcale nie dawne, ale wydaje się, jakby to było sto lat temu. A mi wszystko się zamazuje w pamięci. Twarze, miejsca…
Milczały, idąc kilka kroków.
– Trzeba przyspieszyć, bo babcia pewnie już pod kościołem stoi i mnie wygląda. Jak to zawsze powtarzał Witek Antoszak…
– Dodaj miodu – dokończyła za nią z niemrawym uśmiechem.
Po mszy świętej wracały do domu jeszcze szybciej, niż szły w drugą stronę. Justyna dziwiła się Frani, która ze spokojnej nagle stała się porywcza i ją poganiała. Brakowało jej jeszcze w rękach plecionego z cienkich gałązek wierzby bacika, którym mogłaby bić Kowalczykównę po nogach, żeby się nie guzdrała. Ta zawsze po nabożeństwie miała w zwyczaju wystawać pod kościołem i zaczepiać każdego po kolei, by tylko dowiedzieć się ciekawych plotek. W towarzystwie Justyny Franka też lubiła rozmawiać z ludźmi, bo przy pewnej siebie dziewczynie nie bała się niczego, a takie swobodne pogaduszki dawały jej namiastkę normalności. Ale nie tym razem. Tego dnia Frania chciała jak najszybciej znaleźć się w domu. Nie mogła być do końca pewna, że wtedy wchodziła i wychodziła z domu Michała niezauważona. Ani że w tłumie ludzi przypadkiem go nie spotka.
Justyna ze wzburzeniem opowiadała o tym, jak któregoś dnia zamiast resztki cukru do zacierki wsypała sól, przez co babcia przy próbowaniu potrawy wypluła wszystko na stół. Urwała w jednej sekundzie, gdy chłodne powietrze rozdarł kobiecy pisk dobiegający z niedalekiej odległości. Dziewczęta stanęły w miejscu, jakby coś odcięło im czucie w nogach.
– Matko kochana, co tam się dzieje… – Frania jęknęła słabo, odruchowo łapiąc ciepłą dłoń przyjaciółki.
– Chodź, to się przekonamy – odparła Justyna bez zastanowienia i wyprostowana ruszyła przed siebie. Ściągnęła brwi, czując szarpnięcie w tył.
– Chyba zgłupiałaś! Za śmiercią chcesz gonić? Musimy iść inną drogą. Wrócimy pod kościół i tam przeczekamy chwilę, a później pójdziemy naokoło.
– No co ty, to przecie nie u ciebie – rzuciła Justyna obojętnym tonem, po czym pociągnęła Frankę za sobą, ale ona ani drgnęła, mimo że była od niej szczuplejsza i niższa. – Idziemy, szkoda czasu. Nawet nie wiadomo, czy to Niemce.
– A przez kogo innego ludzie krzyczą jak obdzierani ze skóry?! – warknęła, a gdy nagle w powietrze wzbiły się kolejne wrzaski, tym razem męski wymieszany z kobiecym, Frania zaczęła dygotać. Tylko ona stała skamieniała, w czasie gdy inni ludzie spokojnie sunęli w swoich kierunkach. – Jeszcze przez Ukraińców, a na nich tym bardziej nie chcę trafić!
– Gadasz, jakbyś pierwszy dzień żyła za Niemca. Przecież oni szukają czegoś w czyjejś chałupie, więc nie zgarną cię ot tak z ulicy, jak będziesz obok przechodziła! Będą zajęci czym innym! Zrozum to i chodź…
Frania uległa. Jak zawsze. Jak będą ją w końcu prowadzić na śmierć, też ulegnie i pójdzie bez krzty oporu.
Justyna pociągnęła ją za sobą, uważnie obserwując wszystkie mijane obejścia. Z każdym krokiem pojedyncze krzyki stawały się coraz głośniejsze. Potem doszedł do tego jeszcze brzęk tłuczonego szkła, aż wreszcie niemieckie nawoływania.
– Patrz, tam Niemce łażą po podwórku. To u Bielaków – szepnęła Justyna, przystając. Wzrok Frani podążył za wskazującym palcem Kowalczykówny. Na podwórzu mieszczącym się na skrzyżowaniu dostrzegła ruch szarozielonych mundurów. – Szybko przejdziemy. Nawet nas nie zauważą.
– Nie, nie, nie. – Leszczyńska powtórzyła jak w letargu, nerwowo kiwając głową na boki. – Nie ruszę się stąd. Chyba że w drugą stronę. I ciebie tam nie puszczę.
– To sama pójdę, a ty sobie leć dokoła jak głupia! Ja swoje nogi szanuję! A ty się nie bój, jestem z tobą.
Szybkim krokiem ruszyły przed siebie. Justyna poinstruowała Frankę jak małe dziecko, żeby nie patrzyła w stronę Niemców, chociaż sama od początku do końca zerkała na podwórko, skąd dochodziła wrzawa. Słysząc niemieckie wrzaski, przez które przebijały się urywki krzyków małżeństwa Bielaków, Frania nie wytrzymała. Obejrzała się w lewo. Od razu w oczy rzucił jej się Niemiec trzymający na muszce klęczącą parę. Młoda kobieta płakała w ramię męża. Z okien domu wylatywały wszystkie przedmioty, jakie tylko posiadali – naczynia, pościel, stołki, ubrania. Dopiero po chwili zwróciła uwagę na stojącego tyłem do drogi nieznajomego mężczyznę. Najbardziej rzucił jej się w oczy jego beżowy, długi płaszcz – taki, jakiego nikt tu nie nosił. Patrzyła na niego cały czas, jak bez ruchu przyglądał się wyrzucanym z wnętrza przedmiotom. Jej wzrok nie zszedł z eleganta nawet wtedy, gdy ten dopadł zawodzącą kobietę, złapał jej potargane włosy i zawlókł ją kilka kroków dalej. A po tym zaczął z całej siły okładać gumową pałką tak, że Bielakowa z płaczu przeszła we wrzask niepodobny do ludzkiego. Ogarnięty szokiem mąż z początku nie zareagował. Dopiero po parunastu sekundach rzucił się w stronę kobiety, lecz nie dotarł do niej, zatrzymany wystrzałem z karabinu Niemca. Z takiej odległości Frania zdołała zobaczyć ogromną dziurę wydrążoną w jego głowie i ciemną krew płynącą strumieniem po trawie. Chwilę później krzyki Bielakowej ucichły, a ona sama przestała wykonywać jakiekolwiek ruchy. Wystarczyła minuta, by jej ciało przybrało postać zmiażdżonej, krwistej masy. Po wszystkim mężczyzna w płaszczu wyprostował się i przygładził zaczesane w tył czarne, błyszczące w słońcu włosy. A jego sapanie jak u dzikiego zwierzęcia było słychać w całej wsi.
Wszystko to wydarzyło się w ciągu tych kilku kroków, które Franka z Justyną pokonały na wysokości obejścia Bielaków. Leszczyńska nawet nie miała czasu pomyśleć, by odwrócić wzrok. Dopiero po czasie jej ciałem wzdrygnęły spazmy. I właśnie wtedy nieznajomy obejrzał się na drogę, dostrzegając dwie dziewczyny. A one nawet nie zorientowały się, że w pewnym momencie zatrzymały się i patrzyły prosto na całą wrzawę.
– Wy dwie! Podejść!
Zadygotały na krzyk żołnierza. W całym ferworze Frania poczuła silniejszy uścisk dłoni Justyny, która, jak zwykle przodując, pociągnęła ją za sobą w kierunku płotu. Niemiec w czasie zbliżania się do nich przeładował Mausera.
– Czemu się tak gapicie?! – warknął. – Rozumiecie po niemiecku?
Justyna zagubionymi oczami zerknęła na Frankę. Jedyne, co rozumiała w tym szatańskim języku, to raus, los, Schweine, Scheiße.
– Ja rozumiem. – Leszczyńska odparła w imieniu ich obu.
– To odpowiedz, czego, do cholery, się gapicie?! – Złapał jej płaszcz i szarpnął ku sobie. – Nie macie nic innego do roboty?! A może byłyście w zmowie z tymi bandytami? – Ruchem broni wskazał na ciała gospodarzy.
Franka nieprzytomnie pokręciła głową.
Gdyby nie silny chwyt Justyny, pod wpływem pchnięcia żołnierza wylądowałaby na gołej ziemi. Wykorzystały dobrą wolę Niemca i odskoczyły na drugą stronę drogi.
– A teraz wypieprzać, durne suki, bo skończycie jak tamci!
Nim zaczęły biec, Franka jeszcze raz obejrzała się na właściciela beżowego płaszcza. Miał w niej utkwione zbolałe spojrzenie, mimo że jego ochlapana pojedynczymi kroplami krwi twarz była wykrzywiona w zwierzęcej furii. Zapalił papierosa. Do końca dnia miała przed oczami jego przeraźliwie dygocącą rękę.
Ksiądz Franciszek Piechowski, kiedy w trzydziestym siódmym roku przydzielono mu probostwo w Parafii pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego w Rachaniach, wspólnie z nauczycielem muzyki uczącym w szkole powszechnej założył szkolny chór. Na niedzielnych kazaniach gorliwie zachęcał dzieci i młodzież do dołączania do niego. Nie spodziewał się aż takiej gromady chętnych z najróżniejszych klas – ostatecznie naliczył czterdzieścioro sześcioro dzieci. Nauczyciel uczył podopiecznych szkolnych piosenek i ludowych przyśpiewek, a ksiądz na własną rękę zaczął szkolić dzieci z kościelnych pieśni. Proboszcz miał głos jak dzwon, ale za to marne uzdolnienia muzyczne i zdawał sobie z tego sprawę, jednak koniec końców przedsięwzięcie powiodło się do tego stopnia, że po kilkunastu żmudnych próbach dzieci zaśpiewały na porannej mszy świętej.
Jakiś czas później podczas jednego z popołudniowych czerwcowych nabożeństw uwagę księdza przykuła młodziutka dziewczyna z czarnym warkoczem, która bez pomocy organisty zaśpiewała Litanię do Serca Pana Jezusa. Głos miała tak doskonały, że kapłan zza ołtarza nie mógł się nadziwić. W pierwszej chwili pomyślał, że właśnie odchodzi z tego świata, a po jego duszę zstąpił anioł wyśpiewujący podniosłą pieśń. Jednak kiedy obejrzał się na tłum wiernych ściśniętych w ławkach, nie zobaczył żadnego anioła, a drobną, bladą dziewczynę stojącą na samym przodzie. Po zakończeniu modlitwy osiemnastoletnia Frania Leszczyńska została poproszona przez kościelnego do zakrystii, gdzie oczekiwał jej proboszcz. Zakłopotała się, słysząc prośbę kapłana, by razem z profesorem Kapturem poprowadziła chór. Od tamtej pory dwa razy w tygodniu skrupulatnie biegała na próby i szkoliła podopiecznych tak dokładnie, jak tylko potrafiła. Ksiądz, który starał się być na każdym takim spotkaniu w Domu Ludowym, zachwalał ją po stokroć, czasem nawet z ambony. Wtedy speszona Frania chowała głowę w ramiona i wbijała wzrok w ławę, by tylko nie widzieć ciekawskich spojrzeń wszystkich wiernych. Nie znosiła być w centrum zainteresowania.
Za okupacji dzieci także rzetelnie chodziły na próby. Dla nich zmieniły się tylko czasy, nic więcej. Jedni chórzyści dorastali i porzucali chór, bo przecież był dziecięcy, inni dołączali, i tak wszystko biegło swoim torem. Pewnego razu Franka zliczyła podopiecznych i ku jej zaskoczeniu wyszło jej pięćdziesięcioro jeden dzieci. Myślała raczej, że w czasach, kiedy też najmłodsi na co dzień oglądali śmierć, nie będą sobie zaprzątać głów czymś tak banalnym jak chórek. A jednak. W czasie takich spotkań Leszczyńska starała się dać im choć namiastkę normalności, by w ciągu tych dwóch godzin przestały się bać i nie myślały, czy wróciwszy do domu, zastaną wszystkich żywych.
W sobotnie popołudnie weszła do kwadratowej salki wypełnionej masą chórzystów. Gwar dziecięcych rozmów i śmiechu słychać było już w samym przedsionku. Kochała ten odgłos. Dzieci były proste, jeszcze niczym niezniszczone. Mówiły to, co myślały, szczerze i bez strachu wyrażały uczucia, a przede wszystkim nie krzywdziły.
Ujrzawszy w drzwiach dziewczynę, chórzyści jak na komendę przestali rozmawiać i jednogłośnie zawołali donośne „dzień dobry”.
– Pani Franiu, a czemu pani nie było na dwóch ostatnich próbach?! – krzyknął na wstępie dwunastoletni Władek Wilczyński, bez skrępowania wyskakując przed szereg.
Siedzący na ławce pod ścianą ksiądz zerwał się na równe nogi.
– Wilczyński! Nie wściubiaj swojego długiego nosa w nie swoje sprawy!
Sala gruchnęła śmiechem. Franka też zmusiła się do uniesienia kącików ust.
Kilka chwil później cała gromada stała w czterech rzędach, równo jak w czasie musztry. Dwa ostatnie rządki stały na ławkach, co było zawsze powodem do sporów, bo wszyscy chcieli znaleźć się na podwyższeniu. Dlatego na każdej próbie Frania z księdzem głowili się, kto tym razem stanie z tyłu, byle tylko uniknąć kłótni i niepotrzebnych łez. Dotąd główne rządy sprawował profesor, który cieszył się sporym autorytetem wśród młodzieży, dlatego słuchano go jak generała w wojsku. Ustalał, wydawał polecenia i edukował do czasu, gdy jednej nocy Niemcy załadowali go wraz z kilkoma innymi nauczycielami na furmankę i wywieźli w nieznane nikomu miejsce.
– A gdzie Józia Brzozowska? – zapytała Frania głośno, przesuwając wzrok po każdej główce. Dzieci rozejrzały się po sobie.
– Nie ma! – Władek wzruszył ramionami. Był tak wygadany, że zawsze odpowiadał za wszystkich. – A to dziwne, bo ona zawsze przychodzi pierwsza i czeka pod drzwiami, aż ksiądz proboszcz przyjdzie.
– No trudno, może zachorowała.
– Przecież ona nawet jak chora była, to przychodziła! – znowu zawołał chłopiec.
– Zaczynamy, dzieci – zakomenderował ksiądz lekkim tonem, wybawiając tym samym Frankę od dyskusji z nieprzegadanym Władkiem.
Po przeszło godzinie dzieci rozbiegły się do domów. Kiedy Frania zmierzała do wyjścia, usłyszała łagodny głos proboszcza. Dosiadła się do niego na rozklekotanej ławce.
– Nie widziałem cię na mszy w zeszłą niedzielę. Ani rano, ani na sumie. Coś się stało? – Zajrzał jej głęboko w oczy, jak w czasie każdej spowiedzi. – Ostatni raz, jak cię nie było w niedzielę w kościele, to akurat wyjechałaś do Janki do miasta. A zawsze, nawet jak chora byłaś, to uciekałaś z domu, żeby przyjść do kościoła – rzucił rozbawiony, mrużąc okolone zmarszczkami oczy.
We wspomnianą niedzielę dziewczyna leżała w łóżku, zakopana razem z głową w pościeli. Wtedy dalej czuła na sobie szorstkie ręce Sochy, ślizgające się po jej całym ciele. Nie mogła w takim stanie pójść na mszę.
– Czułam się bardzo źle – odparła wymijająco. Nie chciała kolejnej osobie opowiadać zmyślonych bajek ani znowu przeżywać wszystkiego od nowa. Wystarczy, że śniło jej się to po nocach. Wstała i dodała, patrząc wszędzie, byle nie na przejętego proboszcza: – Przepraszam, proszę księdza, ale ja już muszę iść. Z mamą dzisiaj mamy lepić pierogi.
Kiedy tylko wyszła na zewnątrz, do jej nozdrzy dotarł swąd spalenizny. To nigdy nie oznaczało nic dobrego. Ruszyła przed siebie, ale nie zeszła na Ogrodową – tak jak zawsze – tylko instynktownie podążyła główną drogą. Szła szybko i myślała mało. Dopiero po chwili dostrzegła tuman siwego dymu ociężale wznoszący się w niebo. A potem usłyszała jeden pisk, drugi. Strzał.
Ostatnie metry przemierzyła w biegu. Pchanie się tam, gdzie były kłopoty, zupełnie do niej nie pasowało, ale tym razem jakaś siła ciągnęła ją w stronę awantury. Zanim zatrzymała się przed chałupą znikającą w czerwonych płomieniach i kłębach białych obłoków, nogi się pod nią ugięły. Zamglonymi oczami patrzyła, jak Ukraińcy wrzucają wiotkie ciała przez spowite ogniem drzwi, a Niemcy wydają im polecenia, stojąc z dala od pożaru. Nim wrzasnęła, w ostatniej chwili rzucił jej się w oczy jasny płaszcz wyłaniający się zza dymiącej się ściany.
– Józia! Tam jest dziecko!
Nie zwróciła uwagi na przeładowujących karabiny Niemców, tylko rzuciła się w stronę płotu. Zatrzymała ją lufa wycelowana prosto w jej pierś. Dopiero wtedy zrozumiała, co zrobiła.
– Ręce do góry! – warknął Niemiec, podchodząc jeszcze bliżej Franki. Uniosła drżące ręce, ale nie patrzyła na esesmana, tylko na płonący dom. Józia. Dziewczynka była dla niej jak młodsza siostra, a może i córka. Była taka jak Frania: bojąca się świata i ludzi, nieśmiała, ale też wrażliwa i czuła. – Kim jesteś?! – zapytał hitlerowiec.
W gardle Franki urosła wielka gula, przez którą nie mogła wydobyć z siebie żadnego odgłosu. W odpowiedzi pociągnęła mokrym od łez nosem i mimo woli zacharczała jak ranne zwierzę.
– Głucha jesteś?! Chodź tu! – Żołnierz ruchem karabinu wskazał na ogródek. Powoli obeszła płot, czując na plecach wycelowaną broń, i stanęła twarzą w twarz z młodym Niemcem, którego rozwścieczone oczy mówiły, że w każdej chwili mógłby ją zastrzelić. – Odpowiadaj, jak cię pytam!
Przemogła rozpacz i już miała mówić, kiedy u boku żołnierza pojawił się komendant Kraus odziany w skórzany, długi płaszcz. Jego diabelskiej twarzy Frania bała się jak ognia. Widywała go rzadko, ale zawsze wtedy zachowywał się jak bestia. Co wieczór w pacierzu prosiła Boga, by tylko nie musiała mieć z nim do czynienia, by tylko nie dowiedział się o jej istnieniu, by tylko nie zginęła z jego ręki…
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
PROLOG
CZĘŚĆ PIERWSZA
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Meritum publikacji
