Fragmenty zdarzeń - Wojciech Magiera - ebook + książka

Fragmenty zdarzeń ebook

Magiera Wojciech

4,0

Opis

Starając się zamknąć pewien rozdział w swoim życiu, Sara Krejner przybywa do małej miejscowości na pogrzeb wujka. Już po kilku godzinach kobieta wplątuje się w wiele niefortunnych zdarzeń mających związek z przeszłością i tragicznymi wydarzeniami dotyczącymi jej rodziny. Zwykła wizyta zmienia się w śledztwo, które Sara przeprowadza na własną rękę, nie bacząc na zagrożenia czyhające z każdej strony. Wplątując się w kolejne zdarzenia, rozdrapuje stare rany i poznaje dawne tajemnice, takie jak bestialskie morderstwo sprzed lat, seria pożarów, tuszowanie prawdy, pogoń za winnymi. Wtyka kij w mrowisko hermetycznego społeczeństwa, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 493

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (24 oceny)
7
13
2
1
1

Popularność




Wojciech MagieraFragmenty zdarzeń

Redakcja Iwona Huchla / e-DYTOR

Korekta Klaudia Dróżdż, Karol Rutski / e-DYTOR

© Copyright by Wojciech Magiera

Skład, łamanie, realizacja okładki,przygotowanie publikacji elektronicznejArtur Kaczor, PUK KompART

Druk i oprawa WZDZ Drukarnia Lega, Opole

ISBN 978-83-65950-63-5(wydanie elektroniczne)

ISBN 978-83-60891-97-1(wydanie papierowe)

Wydawca Wydawnictwo „Vectra” Czerwionka-Leszczyny 2017www.arw-vectra.pl

Od autora Wszelkie podobieństwa do autentycznych wydarzeń i osób – żyjących bądź zmarłych – są zupełnie przypadkowe. Ponadto akcja powieści została osadzona w wymyślonej przeze mnie maleńkiej miejscowości, tak też należy traktować przedstawiony tu świat – jako absolutnie fikcyjny.

POGRZEB

1 sierpnia 2017

Samochód odmówił posłuszeństwa już czwarty raz w ciągu ostatnich trzydziestu minut. Jednak Sara Krejner przestała zliczać momenty, kiedy to jej czarny mini cooper, zamiast mknąć przed siebie, tracił na przyśpieszeniu, a jego silnik w krótkim czasie najzwyczajniej w świecie gasł. Mogła naciskać pedał gazu do woli, uderzać w sprzęgło, wrzucać wyższy bieg, lecz każda z tych czynności nie przynosiła pożądanych rezultatów. Jedynym wyjściem – co powtórzyła już parę razy – było zatrzymanie się, wyłączenie silnika, odczekanie około dziesięciu minut i ponowne przekręcenie kluczyka w stacyjce.

Sara, przymuszona do kolejnego postoju, dotoczyła się samochodem na pobocze, włączyła awaryjne światła i zaczęła się zastanawiać, czy było dobrym posunięciem ruszać z domu na ostatnią chwilę. W końcu zwykle tak nie robiła…

Była trzydziestodwuletnią kobietą o dość silnej osobowości i wielu celach w życiu. Celach, do których dążyła konsekwentnie, więc już wiele z nich udało jej się osiągnąć. Skończone studia, kilkuletni staż pracy w renomowanej firmie, aż wreszcie założenie własnej – niewielkiej, lecz prężnie rozwijającej się agencji reklamowo-wydawniczej, skupiającej się na różnego rodzaju zleceniach. Do tego całkiem nieźle urządzone mieszkanie w Gdańsku, brak jakichkolwiek kredytów i świetny samochód. Samochód, który niestety przez ostatnią godzinę nie działał tak, jak powinien. Sarę było także stać w ciągu roku na jedno- lub dwukrotny wyjazd gdzieś za granicę. To też był w pewnym sensie cel – wypracowanie możności i warunków do zafundowania sobie urlopu. Teraz jednak zamiast wygrzewać się w towarzystwie znajomych na jakiejś plaży i popijać drinki z kokosów lub też zwiedzać ciekawe zabytki w dalekich krajach z aparatem w ręce, borykała się z przebrnięciem przez polskie drogi, co było nie lada mordęgą.

Sara, prócz celów do osiągnięcia, miała jeszcze pewien zwyczaj. Starała się domykać niektóre z rozdziałów swego życia. Te, które tego wymagały. I właśnie teraz w pewnym sensie przyszło jej doprowadzić jeden z nich do końca.

Te wszystkie ustalone niegdyś cele, które na samym początku były tylko mrzonkami i marzeniami, osiągnęła w miarę szybko. Gdzieś odlegle majaczył jeszcze jeden – założenie rodziny – lecz Sara nie upierała się przy nim za wszelką cenę, stwierdzając niejednokrotnie, że niczego nie powinno się tworzyć pochopnie. Kilku partnerów przewinęło się przez jej życie, lecz żaden z nich nie prezentował sobą tego, czego tak naprawdę oczekiwała i potrzebowała. Obecnie była singielką, która nie stroniła od zabaw i umawiania się co jakiś czas z nowymi mężczyznami, mówiąc sobie, że może to ten. Ale ten właściwy jeszcze jej nie odnalazł, mimo że czasami tylko jednego wieczoru, kiedy sączyła wolno martini z kieliszka, rozmawiając z barmanem w swym ulubionym pubie, potrafiło się do niej przysiąść wielu mężczyzn w różnym wieku, czasem nawet tych zaobrączkowanych.

Niewątpliwie miała w sobie to coś. Jej zielone oczy hipnotyzowały już z daleka, a delikatne usta i smukły nos przykuwały wzrok. Sara zawsze dbała o swą urodę, ale nie musiała się specjalnie starać, by wyglądać pięknie. Po prostu była sobą. Delikatny makijaż w zupełności wystarczał, a zdarzało się, że nie nakładała go w ogóle. Kruczoczarne, lekko pofalowane włosy sięgające za ramiona spinała klamrą lub zostawiała rozpuszczone we względnym nieładzie, który dodawał jej charakteru i pewnej surowości. Miała zgrabną sylwetkę, ale nie była przesadnie chuda jak wiele z jej znajomych. Pantofle na średniej wysokości obcasach, które często wkładała, powodowały, że jej i tak już spory wzrost potrafił onieśmielić każdego, kto liczył mniej niż metr osiemdziesiąt pięć centymetrów, gdyż mniej więcej na tyle szacowała swój wzrost po włożeniu szpilek – tych niższych.

Jednak Sara wybrała dziś czarne botki niemal na płaskiej podeszwie, gdyż w nich prowadziło jej się najlepiej. Do tego obcisłe czarne spodnie i dość luźną bluzkę, a na to gustowny żakiet w drobną kratę o odcieniach szarości przechodzącej w czerń.

Wprawdzie sierpień był tego roku w miarę ciepły, ale akurat dzisiaj wiał silny wiatr, dlatego też Sara nie zdecydowała się zdjąć wierzchniego okrycia, czekając obok samochodu i wgapiając się w hektary pól po prawej, gdzie jedynym dostrzegalnym ruchem były wyczyny dwóch mężczyzn z łopatami, którzy próbowali stawiać nieopodal słupy ogrodzeniowe. Próbowali, gdyż dostrzegłszy Sarę, przystanęli i zaczęli jej się przyglądać, pewnie zapytując siebie nawzajem, co samotna kobieta robi w tej okolicy. Plotkowali i robili sobie przerwę. Widzieli też to, jak nieznajoma próbuje zapalić papierosa, ale uniemożliwiał jej to uporczywy wiatr, gasząc nieustannie słaby płomień zapalniczki.

Sara chciała się poddać po siódmej próbie. Może to pora, aby rzucić palenie, pomyślała, ale wtem wiatr ustał na moment, a koniec papierosa zaczął się wreszcie żarzyć.

Postała tak jeszcze parę minut w obłokach dymu, zaciągając się łapczywie, a potem, przestając już być obiektem zainteresowania nieznanych mężczyzn w oddali, wsiadła do samochodu, modląc się, aby wreszcie odpalił.

Siedziała wygodnie, przymknęła lekko powieki, głęboko odetchnęła.

Na szczęście silnik zaskoczył, więc wrzuciła jedynkę i ruszyła. Była już blisko, chociaż ostatni odcinek był jazdą przez mękę z powodu nawierzchni w kiepskawym stanie.

Jakieś dwa kilometry dalej, po wypaleniu przez Sarę następnego papierosa i odczekaniu kilku minut od momentu, kiedy silnik zgasł kolejny już raz, samochód całkowicie odmówił posłuszeństwa. Kobieta wysiadła, zaklęła – co zdarzało jej się nader często, gdy nikt jej nie słyszał i gdy była rozsierdzona – i zrozumiała, że miejscowość, do której zmierzała, znajduje się dwadzieścia metrów przed nią. Dosłownie dwadzieścia, gdyż w takiej odległości stała tablica informacyjna. Białe literki ułożone w jedno słowo „Polspowice” mieniły się na zielonym tle, ale oprócz standardowego wyglądu znak został wzbogacony o kilka kolorowych naklejek i maleńkie graffiti, a właściwie koszmarnie wyglądający bohomaz przypominający wielgachnego penisa i coś, czego Sara nie potrafiła nawet nazwać. Słupki, na których została osadzona blaszana płyta, zostały powyginane w kilku miejscach, jakby ktoś już niejednokrotnie kończył właśnie na tymże znaku swój samochodowy rajd. Wyglądało to jednak nieco dziwnie, gdyż tablica nie znajdowała się na zakręcie, a na prostej drodze. Ponadto nie panował tu jakiś zawrotny ruch; Sara stała tu pięć minut, a dostrzegła zaledwie jeden samochód, który zresztą jechał bardzo wolno, gdyż stan asfaltu pozostawiał naprawdę wiele do życzenia.

Przez myśl kobiety przelatywały teraz różnorakie myśli. Wpatrując się w zegarek, wiedziała bardzo dobrze, że spóźni się tak czy owak. Mogła usiąść na poboczu i czekać na przejeżdżający tędy samochód, którego kierowca byłby tak wspaniałomyślny i wziął jej wóz na hol. Niegłupim pomysłem było też zabranie z sobą przydatnych rzeczy, pozostawienie samochodu na poboczu i ruszenie pieszo – w końcu nie było już daleko.

Gdy Sara wypaliła ostatniego papierosa z paczki i upłynęło już kolejnych piętnaście minut, wiadomo było, że los się do niej raczej nie uśmiechnie. Zostawiła więc walizkę z ubraniami w samochodzie, a zabrała z sobą tylko torebkę i telefon komórkowy.

Po przejściu około stu metrów usłyszała, że ktoś nadjeżdża od strony zabudowań. Zatrzymała się pełna nadziei, stając pod wiatr i wyciągając kciuk przed siebie, dając tym samym znak, że chętnie skorzystałaby z pomocy.

Czerwony polonez z mocno przybrudzonymi nadkolami i szybami, a także sporą ilością rdzy na drzwiach, nie zatrzymał się tuż obok Sary, lecz przemknął jeszcze parę metrów i dopiero zahamował z całą siłą. Wiekowy gruchot wydał z siebie dziwaczny dźwięk, a kiedy jego właściciel wrzucił wsteczny bieg, Sara niemal wskoczyła na pobocze, gdyż auto zbliżało się do niej dziwacznym wężykiem, jakby jego kierowca ledwie wczoraj zdał egzamin na prawo jazdy. Albo w ogóle do niego nie przystąpił…

Sytuacja uspokoiła się jednak, kiedy samochód znów przyhamował, a szyba po stronie kierowcy została opuszczona za pomocą korbki.

– Siema – rzucił kierowca.

Sara spostrzegła, że za kierownicą siedzi bardzo młody chłopak. Miał może osiemnaście, może dwadzieścia lat. Spoglądał na nią, jakby nigdy nie widział w miarę elegancko ubranej kobiety.

– Podrzucisz mnie do Polspowic? – zapytała od razu, nie chcąc tracić czasu.

Lustrował ją od stóp do głów, milcząc jednak i nie wydając z siebie z początku żadnego konkretnego dźwięku. Chłopak siedział wygodnie w fotelu kierowcy, ubrany w bluzę z kapturem i szerokie spodnie, zastanawiając się, czy dzisiejsze przedpołudnie przyniesie mu jakieś niespodzianki.

– Jesteśmy w Polspowicach – powiedział, wskazując palcem znak, który Sara minęła już wcześniej.

– Rzeczywiście, no to w takim razie powinnam zapytać, czy nie podrzucisz mnie do centrum Polspowic.

– Centrum – powtórzył za nią i zaśmiał się jak wariat. – Dobre sobie. Chodzi ci o skrzyżowanie dwóch dróg? Chyba nigdy tutaj nie byłaś, co?

– Chcę się dostać do kościoła, który jest blisko skrzyżowania – skonkretyzowała. – I, jeśli już musisz wiedzieć, to byłam tu, choć dawno temu.

– Kościół. Zastanówmy się – mruknął tamten. – Na zakonnicę to ty nie wyglądasz, więc muszę cię zapytać o to, czy nasz księżulo sprowadził sobie panienkę. – Po tych słowach zaczął się szczerzyć.

Sara zrozumiała, że dalsza rozmowa z chłopakiem, który pozował teraz na luzaka i żartownisia, nie przyniesie pożądanych efektów, odwróciła się zatem bez słowa i zaczęła iść w stronę skrzyżowania dróg, o którym wspomniała.

Chłopak jednak bawił się w najlepsze i bynajmniej nie chciał kończyć rozmowy. Znów wrzucił wsteczny bieg, a następnie jadąc z opuszczoną szybą, dotrzymywał tempa kobiecie i rzekł głośno:

– Spoko, koleżanko, po co te nerwy!

– Nikt się tutaj nie denerwuje – oznajmiła, nie patrząc mu w oczy.

Sara była co prawda lekko zirytowana, a może nawet wkurzona na dzisiejsze sploty niefortunnych zdarzeń, ale nie był to jeszcze powód, aby żalić się przed nieznajomym chłopakiem, który raczej nie pałał ochotą do wykazania się bezinteresowną pomocą. Chciał się tylko zabawić, jakkolwiek, a ona nie miała na to czasu.

– Dobra, podwiozę cię – powiedział po chwili, kiedy znów zaczął jechać zygzakiem.

Sara zastanawiała się, czy jednak nie skorzystać z propozycji, lecz gdy spojrzała na rozbawioną minę kierowcy, zrozumiała, że prowadzi on jakąś gierkę, w której nie chciała brać udziału. Milczała.

– Pomożemy sobie nawzajem – ciągnął dalej tamten, nie zważając na brak zainteresowania jego osobą. – Ja cię podwiozę, a ty dasz mi rabat na swoje usługi, bo widzę po twoim wdzianku, że musisz kasować już sporo na wstępie. Nawet za samo klękanie przed klientem – drwił z niej w najlepsze.

To był dla Sary definitywny znak, aby iść prosto i ignorować dziwaka, nawet na niego nie zerkając. Przyśpieszyła kroku.

Kierowca poloneza nie poddawał się jednak. Od zawsze lubił strzępić jęzor i przygadywać.

– No dalej, suczko, zniż się do mojego poziomu, przecież i tak ci zapłacę. – Czekał na reakcję nieznajomej, wlepiając wzrok we wsteczne lusterko. Nie miał ochoty nadziać się na innego kierowcę. Nudziła go już jednak ta zabawa, gdyż był ignorowany, więc wytoczył cięższe działa, mówiąc: – No dalej, kurwo, podwieźć cię czy nie? Odezwij się, szmato!

Sara cierpliwie znosiła głupie odzywki. Ale nazywanie jej kurwą i szmatą było chamstwem, na które musiała zareagować. Przystanęła i szybko zauważyła spory kamień. Nie przeszkadzało jej to, że leży on w błocie kilka metrów dalej. Podeszła do niego. Ubrudziła się, chwytając go, ale miała niezłą satysfakcję, ciskając nim w następnej sekundzie wprost w kierowcę.

Kiedy chłopak niespodziewanie oberwał w ramię, jęknął i oniemiał z początku, nie spodziewając się takiego ataku z jej strony. Poczuł się urażony, lecz w tej chwili nie był pewien tego, czy wysiadając i grożąc nieznajomej, nie sprowadzi na siebie większej furii ze strony kobiety i nie skończy z jakimś poważniejszym uszkodzeniem ciała. Kobieta była w końcu wyższa od niego, no i pokazała, że lepiej z nią nie zadzierać. Ostatnie, czego chciał, to to, by wbiła mu paznokcie w oczy. Znał różne furiatki, więc dla pewności postanowił zostać w wozie, ale kontynuował obrzucanie nieznajomej wyzwiskami:

– Wariatka! Przeklęta dziwka! Kurwa za trzy grosze!

Sara nie pozostała obojętna na kolejne obelgi, a nawet postanowiła dopasować się do poziomu rozmówcy.

– Spierdalaj stąd, prostaku! – Sięgnęła po kolejny kamień, tym razem większy.

Chłopak, widząc poczynania kobiety, wrzucił jedynkę i dodał gazu. Drugi z kamieni otarł się o poodzierany lakier tylnych drzwi, a kolejny gruchnął jeszcze w tylną szybę, na szczęście nie rozbijając jej na kawałki. Kiedy zrozumiał, że jest poza zasięgiem rzutu, zwymyślał jeszcze kobietę pod nosem, zastanawiając się, skąd ją przywiało. W jego oczach była niezrównoważoną psychicznie wariatką.

Jechał powoli, spoglądając po chwili na mały samochodzik zaparkowany blisko znaku, w który wjechał raz dla hecy poprzednim gruchotem – starym fordem bez papierów, kupionym za pięćset złotych, którego koniec końców porzucił niedawno pod lasem. Chłopak zastanawiał się chwilę – mając poniekąd pewność, że mini cooper należy do kobiety – czy nie wysiąść i nie odlać się na samochód, a może i wybić w nim szyby, zniszczyć go trochę w środku. Albo nawet oblać go benzyną i podpalić, bo nie takie wyczyny zdarzały mu się w przeszłości. Ale coś jednak zaniepokoiło go i pohamowało tym samym, gdyż całe zdarzenie, w którym brał przed chwilą udział, wydawało mu się zbyt osobliwe. Nie wiedzieć czemu, wygląd, ubranie nieznajomej i ten jej samochód na poboczu zrodziły w jego myślach dziwne przypuszczenie, że kobieta może być jakąś prawniczką, prokuratorem czy kimkolwiek, kto po rozpoznaniu jego twarzy mógłby go wpakować w nieciekawą sytuację. Możliwe, że to niecodzienne wrażenie pojawiło się w jego umyśle przez nadmiar seriali, które oglądał, ale to właśnie ono sprawiło tak naprawdę, że postanowił odpuścić, odwrócił wzrok i wjechał w jakąś boczną polną dróżkę.

Obserwując z pewnej odległości poczynania chłopaka, Sara odetchnęła, że tamten nie zainteresował się bardziej jej samochodem.

Nabrała powietrza, założyła przeciwsłoneczne okulary i ruszyła przed siebie.

Będąc tutaj przed laty, Sara tak naprawdę nie zapamiętała zbyt wiele, jeśli chodziło o układ samych dróg maleńkiej miejscowości, a mówiąc wprost: wsi, jaką były Polspowice. Utkwiło jej w pamięci, że istnieje tu skrzyżowanie dróg, będące swoistym centrum całej miejscowości. Nieopodal skrzyżowania znajdował się kościół – tę informację także zapamiętała. Oprócz tego kilka bocznych dróżek, gdzie stały rozsiane maleńkie domy i starsze domostwa z obejściami. Starsze, lecz idąc na wprost, minęła w pewnym momencie skrzyżowanie z całkiem nieźle wybrukowaną drogą prowadzącą do jakiegoś nowego osiedla – o czym informowała tabliczka – kryjącego się za szeregiem sporych rozmiarów iglaków pochylających się na wietrze pod takim kątem, że zdawało się, iż zaraz wszystkie się przełamią. Nowe osiedle leżało po wschodniej stronie Polspowic. Nic dziwnego, pomyślała Sara. Z tego miejsca do granic Łodzi było jakieś dziesięć kilometrów, a coraz więcej ludzi uciekało od zgiełku miast, wybierając znacznie cichsze rejony, takie jak zapewne to nowe osiedle.

Idąc dalej, Sara czuła się nieco jak intruz, który nie pasuje do tego otoczenia. Pierwsze mijane domostwa kojarzyły jej się jakby z wkraczaniem do innego wymiaru. Stare, lekko powyginane i pospawane tu i tam płoty z metalowych przęseł, które ktoś odnawiał już wielokrotnie – gdyż przez przebijającą się rdzę i odpryski można było dojrzeć całą paletę barw – potrafiły czasem przerazić swym wyglądem. Ale były tu też zwykłe drewniane ogrodzenia otaczające wiekowe domy. Niektóre zbudowane z gołych cegieł, inne pokryte szarawymi tynkami. Większość z nich z betonowymi płaskimi dachami. Sara nie dostrzegła wprawdzie nigdzie eternitu, ale nie zdziwiłaby się, gdyby znajdował się on jeszcze na co trzecim tutejszym budynku. We wsi, oprócz starszego typu budowli z doklejonymi do nich nierzadko zabudowaniami gospodarczymi, było też kilka lepszych budynków, które także mijała, krocząc po lekko opadającym chodniku z kwadratowych, lekko rozkruszonych płyt.

Sara stanowiła w pewnym sensie rozrywkę dla niektórych mieszkańców Polspowic. W niejednym domostwie stała gospodyni przyklejona do szyby i zadawała sobie pytanie, kim jest ta nieznajoma kobieta. Sara dostrzegała niektóre z obserwujących ją mieszkanek. Nazywała je zwykle „osiedlowym monitoringiem”, choć akurat tutaj dotyczyło to wsi.

Tabliczka z rozkładem jazdy autobusów, wiata przystankowa, a właściwie jej szkielet, mały sklepik z kratami w oknach i szumnym napisem „Market” namalowanym odręcznie farbą na wielkiej połaci blachy, remiza straży pożarnej. Wąska, udeptana dróżka doklejona do skrzyżowania, prowadząca do małego jeziorka, obok którego znajdował się z jednej strony las, a z drugiej widniało kilka pagórków z miejscem, które tutejsi nazywali potocznie śmietnikiem, wyrzucając tam odpady, chociaż każdy miał sporych rozmiarów kosz na śmieci stojący na podwórku. Tak pokrótce wyglądała ta maleńka miejscowość. Szara miejscowość.

Sara szła dalej, nie skupiając się raczej na poszczególnych budynkach, drogach ani nawet na ludziach, których minęła garstkę. Spojrzała na zegarek: dziesiąta czterdzieści jeden. A więc powinna jeszcze zdążyć na ostatni akt, pomyślała, wchodząc do kościoła, do którego udało jej się wreszcie dotrzeć. Nie była zbytnio zmęczona, gdyż od zawsze lubiła poruszać się pieszo; spacery i krótkie przebieżki były dobrą przeciwwagą dla nałogu tytoniowego. Zwykle paliła jedynie okazjonalnie, ale zdarzało jej się palić o wiele więcej w stresujących sytuacjach, takich jak ta. Zanim chwyciła za ogromnych rozmiarów klamkę jeszcze większych drzwi, zajrzała do torebki. Skoro i tak się spóźniła, może poczekać na zewnątrz, aż ze środka wyjdą już ludzie, a w tym czasie zapali sobie jeszcze jednego. A potem może w końcu rzuci… Problem polegał na tym, że torebka nie skrywała żadnych skarbów prócz pustej paczki papierosów, a drugiej – zapasowej – nie było. Najwidoczniej zostawiłam ją w samochodzie, pomyślała, kręcąc głową.

Zerknęła przez ramię, gdyż ktoś krzyknął w oddali. Dostrzegła dwójkę dzieci, które zderzyły się na swoich rowerach przed sklepem. Jeden z chłopców głośno płakał, a drugi wrzeszczał jak oszalały. Przepychali się między sobą. Byli oddaleni o kilkadziesiąt metrów, więc Sara nie poczuwała się do tego, by podejść i sprawdzić, czy przypadkiem któryś z nich nie złamał sobie nogi, zwłaszcza że ekspedientka… a właściwie sklepowa – gdyż Sarze właśnie to słowo kojarzyło się z kobietą, która wyszła ze sklepu w zarzuconym na ramiona fartuchu – szybko przegoniła rozrabiaków, wydobywając z siebie przeraźliwe odgłosy i rzucając w ich kierunku rozmaite wyzwiska, chociaż obaj mieli tylko po dziesięć lat.

– Kosmos – mruknęła do siebie Sara, obserwując, jak sklepowa znika za metalowymi drzwiami.

Nie miała ochoty na spotkanie z tą kobietą, a wątpiła w to, że gdziekolwiek w pobliżu jest jeszcze inny sklep, w którym mogłaby kupić papierosy. Trudno, na razie nie będzie palić. Jednak wrzaskliwa sklepowa podsunęła Sarze pewną myśl. Stojąc pod drzwiami kościoła powinna przecież słyszeć jakieś modły księdza, pieśni, może nawet dźwięk organów, a ona nie słyszała nawet żadnego szmeru wydobywającego się z budynku. Weszła po trzech schodkach i przylgnęła do małego żółtego witraża, chcąc dostrzec, jak wygląda przebieg ceremonii. Jedyne, co dojrzała wewnątrz świątyni, to krzątającego się między ławami mężczyznę.

Albo pomyliłam godzinę, albo dni, przemknęło jej przez myśl. Już nie bawiąc się w żadne podchody, sięgnęła klamki i weszła do środka. Drzwi skrzypnęły, kiedy je otwierała, a potem trzasnęły – domykając się za sprawą podmuchu wiatru. Wewnątrz rzeczywiście znajdował się tylko starszy mężczyzna, który poruszał się w tę i we w tę dziwacznym krokiem, jakby połknął kij od szczotki.

– Przepraszam – zagadnęła Sara, spoglądając jeszcze raz na zegarek. Była już dziesiąta czterdzieści pięć. – Czy to tu o dziesiątej miał się odbyć pogrzeb? – zapytała.

Mężczyzna o krótkich posiwiałych włosach, ubrany w za ciasny garnitur, spoglądał na nieznajomą lekko skonsternowany, jakby potrzebował chwili, by zaskoczyć, ale w końcu przemówił:

– Chodzi pani o pogrzeb Mariusza Zagórskiego?

– Tak, właśnie o to mi chodzi. – Wyczekiwała z jednoznaczną miną, mówiącą, że przydałyby się jej dalsze informacje.

Mężczyzna jednak znów jakby się zwiesił na moment. Sara nie miała pewności, czy kościelny nie jest lekko upośledzony, więc cierpliwie czekała. Gdyby odmierzała czas, pewnie doliczyłaby do trzydziestu sekund, zanim tamten w końcu odpowiedział:

– Pogrzeb był o dziesiątej.

Coś się nie zgadzało. Skoro msza pogrzebowa rozpoczęła się o dziesiątej, to licząc razem z kazaniem, powinna jeszcze trwać. Tymczasem Sara mogła tylko pocałować klamkę.

– Tak szybko się skończył? Nie rozumiem.

Znów musiała poczekać chwilę na odpowiedź kościelnego.

– Tak właściwie to msza zaczęła się trochę wcześniej, więc i wcześniej skończyli. Z dziesięć minut temu – doprecyzował.

– Świetnie, przepięknie, idealnie – rzucała słówkami, wywołując lekki wyraz niezrozumienia, rodzący się na twarzy rozmówcy.

Mariusz Zagórski, jej wujek, którego nie widziała od wielu lat, był jakby ostatnim jej łącznikiem z rodziną. Wprawdzie nie pojawił się na pogrzebie matki Sary, swojej siostry, trzy lata temu, kiedy kobieta przegrała walkę z rakiem, ale mimo wszystko Sara nie chowała urazy i nie miała zamiaru nie zjawiać się na jego pogrzebie. Po prostu się spóźniła. Może powinna była wyjechać wcześniej, ale kto mógł przypuszczać, że jej bezawaryjny dotychczas samochód padnie akurat tego dnia. Na pewno nie spóźniła się specjalnie. Nie, nigdy by czegoś takiego nie zrobiła.

– Dogoni pani – mruknął człowiek w przyciasnym garniturze i zaczął czynić przygotowania do zamknięcia świątyni.

– Dogoni? – zapytała, ale od razu się zreflektowała, że przecież gdzieś w pobliżu musi być cmentarz, dokąd kondukt pogrzebowy udał się pieszo. Wniesienie trumny, ostatnie modły nad mogiłą, jeszcze miała czas… – Zapytam i żądam szybkich odpowiedzi – rzuciła stanowczo. – Po pierwsze, gdzie jest cmentarz? A po drugie, czy ma pan papierosy?

Niestety, mężczyzna nie palił, ale na szczęście wytłumaczył jej, jak dojść do cmentarza. Droga nie była zbyt skomplikowana. Przed sklepem Sara weszła w boczną uliczkę Brzozową, minęła szybkim krokiem pięć nieźle wyglądających domów, a kiedy asfalt przerodził się w utwardzoną drogę gruntową, skręciła za wielkim drzewem, do którego została przybita mała tabliczka z namalowaną strzałką i napisem „cmentarz”. Miała jeszcze do pokonania spory odcinek, ale przynajmniej wiedziała, że zmierza w dobrą stronę.

Kiedy udało jej się wreszcie dostać do położonego za wąskim pasem drzew cmentarza, dostrzegła tylko jeden zaparkowany tam samochód: czarny, z firankami przy szybach. Przekroczyła bramę cmentarną, a potem mijała nagrobki z marmuru i granitu, wypatrując skupiska ludzi.

Tak właściwie nie można tego było nazwać skupiskiem, bo gdyby odliczyć księdza, ministrantów i czterech mężczyzn z firmy pogrzebowej, można by zliczyć resztę ludzi na palcach dwóch dłoni. Mimo wszystko każdy dostrzegł zbliżającą się Sarę, która potknęła się niechcący o wystający z ziemi korzeń, wydając z siebie nieartykułowany pomruk. Teraz naprawdę stała się obiektem zaciekawienia. Czuła się niezręcznie, gdyż wszyscy skupili na niej spojrzenia, ale mimo to nie opuszczała wzroku, podchodząc bliżej.

Ksiądz zaczął coś mówić, a ludzie z firmy pogrzebowej opuścili trumnę. Dwie lekko zgarbione staruszki, którym trzęsły się ręce, także przestały się jej przyglądać. Sara pomyślała, że niewielu ludzi obeszła śmierć Mariusza Zagórskiego. Po chwili większość zebranych opuściła cmentarz. Kobieta nie zdążyła się przyjrzeć tak naprawdę nikomu z wyjątkiem dwójki ludzi, którzy jako jedyni pozostali na miejscu i układali teraz trzy ogromne bukiety kwiatów na dykcie przesłaniającej dziurę w ziemi. Sara stała nieco zamyślona i nie zważała na to, co dzieje się wokół. Nieczęsto miewała takie chwile zadumy, ale teraz ogarnęły ją wspomnienia.

Jej matka, Zofia, choć nawet dla swojej córki po prostu Zośka, wychowała się w Polspowicach, aczkolwiek wyjechała stąd wiele lat temu, zanim jeszcze Sara przyszła na świat. Wyjechała w poszukiwaniu lepszego losu, poznała mężczyznę, ułożyła sobie życie. Lepsze niż to, które miałoby ją czekać w tym miejscu. Sara nie widziała siebie nigdy w takim otoczeniu, więc była wdzięczna matce za tę decyzję. Zośka, z domu Zagórska, miała życiowe cele, które osiągała kolejno już pod nazwiskiem Krejner, choć niestety dalsze plany pokrzyżowała jej choroba. Sara spoglądała teraz w karty przeszłości, przypominając sobie najlepsze lata spędzone z matką, która nauczyła ją wiele, a przy której trwała nawet w tych najgorszych chwilach do ostatniego momentu jej życia. Uroniła maleńką łzę, a ścierając ją z policzka, powróciła jakby do świata żywych, by w następnej sekundzie być zaczepioną przez kobietę, która nadal przebywała na cmentarzu.

– Ty jesteś Sara, prawda? – zagadnęła kobieta, podając jej dłoń i przedstawiając się: – Dorota Marciniak. To ze mną rozmawiałaś przez telefon.

Sara skinęła lekko głową, dopasowując teraz wygląd kilkanaście lat starszej od siebie kobiety do miłego głosu, który kilka razy słyszała przez telefon. Dorota miała krótkie kasztanowe włosy, wyraziste oczy i dość okrągłą twarz. Była kobietą o pełnych kształtach i niewielkim wzroście, przez co Sara musiała opuszczać sporo głowę, by zmierzyć ją wzrokiem. Obrazek pasował do głosu, który był przyjazny. Takie też było usposobienie Doroty, która pofatygowała się załatwić wszystkie formalności związane z pochówkiem Mariusza Zagórskiego i podjęła się próby odszukania i powiadomienia jego jedynej krewnej, nie oczekując niczego w zamian.

Wskazując na największy bukiet kwiatów, Dorota oznajmiła:

– Kupiłam je wszystkie, ale środkowy jest od ciebie, mam nadzieję, że się… – Zamilkła. – Chciałam powiedzieć, że kwiaty będą mu się podobać, ale zabrzmiałoby to głupio.

– W porządku – rzuciła Sara. – Spodobałyby mu się na pewno – rzekła kurtuazyjnie, a potem dodała: – W każdy razie mnie się podobają, więc nie mam zastrzeżeń. Choć szczerze powiedziawszy, dałoby się z jednego bukietu zrobić pewnie ze trzy.

To nie był żaden przytyk, a tylko stwierdzenie faktów, po którym Dorota się uśmiechnęła.

– Kiedy powiedziałam kwiaciarce z sąsiedniej wsi, że ma zrobić bukiet za tę sumę, którą podałaś w rozmowie – tłumaczyła – najpierw sądziła, że to żart, a potem, jak się dowiedziała, że to dla zmarłego od jego siostrzenicy z „wielkiego miasta” – zaakcentowała ostatnie słowa lekko żartobliwie – to wpakowała do niego pół kwiaciarni.

– A potem stwierdziła, że jest już milionerką, i rzuciła ten biznes w cholerę? – Sara zaśmiała się dźwięcznie, nie zważając na to, co pomyślą sobie mężczyźni z firmy pogrzebowej, którzy krzątali się nadal po terenie cmentarza. Dorota również zachichotała.

Tę zaskakująco miłą atmosferę przerwał młody mężczyzna, a w zasadzie jeszcze chłopak, syn Doroty.

– Adrian – przedstawił się, wyłaniając się zza pleców matki.

Był ubrany w gustowny garnitur, więc ktoś mógłby uznać, że chłopak przyjechał tu z Sarą, gdyż swoim wyglądem raczej nie przypominał mężczyzn z „tutejszej bajki”. Wysoki, szczupły, z lekkim zarostem, pewnym spojrzeniem i o takim samym uścisku dłoni. Roztaczał wokół siebie aurę spokoju, przez co Sara zwiesiła się tak samo dziwacznie jak człowiek spotkany przez nią w kościele. Zreflektowała się jednak i przedstawiła się chłopakowi, by po chwili przenieść wzrok znów na jego matkę.

– Jeśli ktokolwiek w tej wsi połapał się w tym, kim jestem, pewnie zaraz zaczną się ploteczki o tym, że spóźniłam się na pogrzeb własnego wujka.

– Jadźka i Klara – rzuciła szybko Dorota. – Te dwie starszawe babcie, które tu były, zapewne już doczłapały do swoich grządek i wyczekują południa.

– Południa? – zdziwiła się Sara, rozbawiona uwagami tamtej.

– Około południa w naszej wsi… o, pardon, w naszej mieścinie… I tu wtrącę parę słów, bo chyba do końca nie wiesz, gdzie się znajdujesz. Tutejsi są przeczuleni na tym punkcie i używają ostatnio słowa „mieścina”, chcąc się poczuć choć trochę miastowymi, odkąd parę lat temu na obrzeżach Polspowic powstało osiedle.

– Nie osiedle, a zupełnie inny świat – dopowiedział Adrian.

– Dosłownie inny świat. Aż dziwne, że nikt jeszcze nie wpadł tutaj zrobić paru zdjęć. Kiedyś Adrian pokazał mi jakby zderzenie dwóch rzeczywistości. Na jednych fotografiach była Korea Południowa, na drugich Północna…

Przez chwilę Dorota opowiadała o tym, jak wygląda nowo powstałe osiedle, w którym nie uświadczy się nawet papierka na wybrukowanych uliczkach pomiędzy maleńkimi willami i szeregowymi domkami o jednolitych elewacjach i równiutko ułożonych dachówkach w ceglastym odcieniu. Sara co prawda nie widziała owego osiedla, ale w swoim życiu była na terenie kilku podobnych, więc śmiało mogła je sobie wyobrazić, zwłaszcza że Dorota świetnie opowiadała, skupiając się na wielu z pozoru nic nieznaczących szczegółach, które jednak bardzo dobrze uzupełniały całość.

– Może przesadziłam z tym porównaniem do obu Korei – oznajmiła, kończąc przemowę – ale to naprawdę jakby dwa różne światy, zwłaszcza gdy spojrzeć na nie z daleka.

– A gdyby spojrzeć z bliska? – zapytała zaciekawiona Sara.

– Gdy spojrzeć na cokolwiek z bliska, dostrzega się wszędzie brud.

Ta złota myśl nie była czymś nowym dla Sary, gdyż i ona mogłaby jej użyć nieraz w swoim życiu w odniesieniu do miejsc, które widziała na własne oczy, a potem zagłębiła się w ich historię. Tak zwane brudy dało się odnaleźć wszędzie, czy się to komuś podobało, czy też nie. Sarę zaś zaintrygowała bezpośredniość, a także bezkompromisowy ton rozmawiającej z nią kobiety, z którą zaczęła nawiązywać dobry kontakt.

– A wracając?

– A wracając – podjęła temat Dorota – kiedy w kościele zabrzmi w południe dzwon, wszystkie emerytki z tej zacofanej części Polspowic zbierają się u jednej z nich, jak w jakimś kurniku na grzędach, tyle że nie znoszą jaj, lecz popijają herbatkę z wkładką i gdaczą. Więc za jakąś godzinę, licząc od teraz, każda z nich będzie wiedziała na twój temat więcej niż ty sama. Będą zaznajomione z tym, jaką nosisz bieliznę, ile masz na koncie, co jadłaś na śniadanie równo dwadzieścia lat temu. I tak dalej, i tak dalej… Rzecz jasna, jakieś dziewięćdziesiąt procent z tego bełkotu będzie tylko ich wymysłem, ale pewnie i tak któraś z nich połapie się, kim naprawdę jesteś. A na polecenie jednej z nich uczynny wnuczek odnajdzie cię na którejś z tych stron typu Nasza Klasa czy Facebook, no i coś tam jednak na ciebie będą miały. Dodaj do tego wzmiankę, że spóźniłaś się na pogrzeb.

– Ja bym już uciekał w podskokach – dorzucił żartobliwie chłopak.

Sara próbowała ocenić, ile syn Doroty może mieć lat, i doszła do wniosku, że niewątpliwie jest od niej młodszy, choć prezentował się nad wyraz dojrzale w garniturze.

– Babcie mi w ogóle niestraszne. Nawet te z „mieściny” – zaśmiała się po chwili. – Ale wracając do meritum. Nie planowałam spóźnienia. To prawda, mogłam wyjechać nieco wcześniej, ale kto by się spodziewał, że nie tylko poranne korki utrudnią mi jazdę.

– Co masz na myśli? – zapytała zaciekawiona Dorota, która spoglądała pewnie na rozmówczynię, nie odwracając się w ogóle mimo silnych podmuchów wiatru.

– Samochód… Właściwie nie mam pojęcia, co się z nim stało. Po prostu w pewnym momencie już nie ruszył. Nie jestem znawczynią, więc nie wiem, co to za usterka.

– A gdzie on teraz jest? – wtrącił Adrian.

– Stoi parę metrów od znaku na wjeździe do Polspowic.

– Przy którym wjeździe? – zapytał, lecz nie czekając na wyjaśnienia, od razu dodał: – Znak z namalowanym penisem czy ten z biedronkami?

– Ten pierwszy.

– Czyli przyjechałaś od północy.

Skinęła głową, potwierdzając.

– Zajmę się tym, jeśli oczywiście nie masz nic przeciwko temu. Na osiedlu mieszka mój znajomy, jest mechanikiem, odholuje twój wóz i sprawdzi, co jest grane. Wybieram się w tamtą stronę, więc mogę mu dać znać, jeśli chcesz.

Szarmancki, pomyślała. Było to wygodne i w sumie zależało jej na czasie, zgodziła się zatem bez żadnych oporów. Adrian nie wyglądał na kogoś, kto wziąwszy od niej kluczyki, wywiózłby samochód gdzieś za wschodnią granicę. A nawet jeśli, wiedziała przecież, gdzie mieszka. Podała mu kluczyki, dziękując za fatygę.

Kiedy Adrian odszedł, Dorota niespodziewanie wypaliła:

– Nie jest gejem.

– Słucham? – zapytała z pełnym zdziwieniem Sara.

– Adrian nie jest gejem.

– A dlaczego miałby nim być?

– Bo jest miły i uczynny. A do tego całkiem nieźle wygląda. Jestem jego matką, ale i to mi przecież nie umyka. – Uśmiechnęła się. – Wprawdzie wyglądasz na osobę dość otwartą, ale dla pewności informuję, że żyją na tym świecie mężczyźni, którzy mają wymienione przeze mnie cechy, a nie są gejami. I do nich właśnie zalicza się mój syn.

– A czy ktoś już kiedyś wziął go tu za geja? O, czekaj, pewnie te emerytki z grzędy, którym inne wytłumaczenie nie mieściło się w głowach?

– Wiesz co, dziewczyno, chyba się dogadamy.

Dla czterdziestodziewięcioletniej Doroty Sara była jeszcze dziewczyną, więc tak też postanowiła ją bezpośrednio nazywać.

– Co powiesz na drinka? – zaproponowała. – Nie chodzi mi o balowanie w Koniaczku, czyli w tutejszym barze na uboczu. Ale jakąś namiastkę stypy wypadałoby zrobić, więc zapraszam do siebie na taras. Jest niezła pogoda, trzeba korzystać.

Gdyby jeszcze nie było tego wiatru, pomyślała Sara. Skończył się dla niej czas zadumy, ale i tak nie mogła stąd od razu wyjechać bez samochodu. Przystała na propozycję Doroty, nie pogardzając drinkiem. Może nie była to „rozrywkowa” wycieczka, wszakże przed chwilą w ziemi spoczął jej wujek, ale napicie się czegoś, zwykła chwila odpoczynku i rozmowa z normalnym człowiekiem w tej lekko odklejonej od rzeczywistości mieścinie zdawały się o wiele lepsze niż samotnie spędzone godziny.

– Zgoda. Prowadź.

Dom, do którego została zaproszona Sara, nie był wprawdzie nowiutką budowlą, jednak został naprawdę solidnie odremontowany. Blaszane rynny wymieniono na plastikowe, nowa dachówka niemal lśniła, odświeżono też elewacje i wstawiono nowe okna. Okazało się, że było to w pewnej mierze zasługą Adriana, który był szefem całkiem nieźle radzącej sobie firmy budowlano-remontowej, zatrudniającej sporo fachowców z okolicy. Firma stawiała głównie wszelakie budynki mieszkalne w całym województwie, ale i przeprowadzała takie oto całościowe remonty. Wnętrze domu Doroty także zostało odnowione. Nowe tynki, gładzie, prościutkie podłogi, a na nich ułożone panele zamiast starych desek i płyt przykrytych wiekowymi wykładzinami.

– Chyba pamiętam trochę poprzedni wygląd tego domu, oczywiście z zewnątrz – oznajmiła Sara, przechodząc na sporych rozmiarów taras z tyłu. – Ale ten widok – wskazała rozciągającą się wolną przestrzeń, kompletnie niezalesioną równinę – wydawał mi się kiedyś inny.

– To były dosłownie góry – wyjaśniła Dorota, choć chodziło jej, rzecz jasna, o bardzo nierówny i pagórkowaty teren z dawnych lat. – Zabrali stąd sporo ziemi pod budowę tamtego osiedla, przejechało tędy wiele ciężkich maszyn i teren się zrównał. Dla mnie bomba – dodała.

Sara spojrzała na nią, nie rozumiejąc.

– To moja ziemia. Od tego ogrodzenia aż po nowe osiedle za tymi drzewami i krzewami w oddali. – Nakreśliła obszar ręką. – I od granicy działki twojego wujka po lewej aż znów po tamte drzewa na wschód i drogę za nimi – wytłumaczyła. – Prawie czterdzieści hektarów.

– Sporo. Dałoby się tutaj postawić drugie, i to całkiem duże osiedle.

– Wtedy tutejsi mieszkańcy nie nazywaliby Polspowic już tylko mieściną, a pewnie konkretnym miastem, może nawet jakąś mniejszą stolicą. – Dorota się zaśmiała, podając drinka rozmówczyni.

Sara upiła mały łyczek. Wódka, sok grejpfrutowy, po chwili wyczuła posmak malin. Drink był słodki, ale chociaż gustowała w nieco innych smakach, musiała przyznać, że i ten jest całkiem niezły.

– Jeśli chcesz o coś zapytać, wal wprost, dziewczyno – poleciła Dorota, siadając wygodnie na drewnianym leżaku.

Rozmowy bez ogródek, takie lubiła. Sara zrzuciła z siebie żakiet i zaczęła mówić:

– Dobra, nie pasujesz do tego miejsca. Przypuszczam, że mieszkałaś w jakimś większym mieście co najmniej przez kilka lat. Twoje nastawienie do tutejszych mieszkańców jest raczej… Mówiąc wprost, pewnie chętnie zmieniłabyś otoczenie.

Dorota potakiwała.

– Zakładam więc, że jesteś tu jedynie czasowo i to z powodu tej ziemi, którą chciałabyś pewnie sprzedać, ale coś cię powstrzymuje.

– Słuszne rozumowanie. Chodzi o zagospodarowanie terenu. Od jakiegoś czasu staram się działać w sprawie przekształcenia gruntu rolnego w miejsce do zabudowy. Ale zacznijmy od tego, że w zasadzie połowę swojego życia spędziłam w Warszawie. Co prawda wychowałam się tutaj, mieszkając z matką, ale wkrótce potem wyjechałam i zamieszkałam z ojcem. – Spojrzała na zaciekawioną minę Sary. – Moja matka była położną, a ojciec chirurgiem. Jakoś tak się spiknęli, ale nie żyli z sobą zbyt długo. Tak czy owak, przez lata mieszkałam w Warszawie, wychowywałam samotnie Adriana, o jego ojca nawet nie pytaj… Pracowałam, żyłam sobie, aż tu nagle zmarła moja matka i zapisała mi w testamencie dom. Niespodziewanie okazało się, że w pakiecie jest jeszcze ziemia, o której nigdy przedtem nie słyszałam. Sporo ziemi. Postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę. Przeprowadziłam się tu, by doglądać terenu. Nie chciałam, by ktoś postawił tu na dziko jakieś budynki lub urządził kolejne wysypisko śmieci. Teraz czekam już tylko, by to sprzedać.

– A co potem?

– Ucieknę stąd – zaśmiała się. – Zrobię sobie bezterminowe wakacje w ciepłych krajach albo postawię domek gdzieś w górach.

Sara dobrze wiedziała, że sprzedaż takiej działki przyniosłaby naprawdę niezłe pieniądze, za które dałoby się urzeczywistnić to, co wymarzyła sobie jej rozmówczyni.

– Na razie muszę jednak coś robić – kontynuowała Dorota – więc bawię się w księgową w firmie mojego syna.

– Czyli nie poszłaś w ślady rodziców?

– Nie, na widok krwi i strzykawek od razu mnie mdli.

– A co z Adrianem? Rzucił wszystko i przyjechał tu bez oporów?

– Synuś mamusi – parsknęła. – A tak naprawdę był, że tak powiem, na rozdrożu życiowym, więc powiedziałam mu: przeprowadź się ze mną, załóż tu jakąś małą firmę, by mieć przynajmniej zajęcie i parę groszy na ciuchy. – Machnęła ręką. – Wprawdzie moja matka jakiś czas temu sprzedała już kawałek tej ziemi, więc o pieniądze nie musimy się martwić, ale nie chciałam, by Adrian skończył jak jeden z tutejszych z kolejnym piwkiem co godzina. Na szczęście okazało się, że ma dryg do zarządzania i nie musi brudzić sobie rąk. Ta jego firma naprawdę całkiem nieźle sobie radzi, czego kompletnie się nie spodziewałam, kiedy ją zakładał.

– A gdy sprzedacie całą tę ziemię? On też stąd wyjedzie?

– Szczerze… nie wiem. Trochę się tu zadomowił, choć tak gwoli ścisłości sporo czasu przebywa poza domem. A ja siedzę tutaj sama i wgapiam się w tę pustkę.

– Cisza i spokój cię przeraża.

– Względna cisza, bo od czasu do czasu zdarza się jakiś wariat, który myśli, że moja ziemia to tor rajdowy. Przyjeżdża jeden z drugim jakimś gratem i ścigają się w najlepsze.

– Trafiłam na takiego jednego dziwaka, kiedy starałam się złapać stopa, idąc do kościoła – powiedziała Sara, wspominając chłopaka w zdezelowanym polonezie.

– Tutaj są same dziwadła. No, prawie. Normalni kryją się w domach, na nich nie trafisz, tylko na dziwadła. Głównie ci najmłodsi to zmora Polspowic, jeszcze większa niż te stare babcie… Ten rajdowiec zatrzymał się raz tam – wskazała nieodległy punkt – i parkował przez pół nocy. Myślałam, że umarł czy coś. Sądziłam, że podłączył wąż do rury wydechowej, a drugi koniec włożył przez szybę do środka, ale kiedy zbliżyłam się do auta, okazało się, że to nie dym, lecz para osadziła się na szybach. Wewnątrz samochodu spało sobie dwoje golasów, którzy mieli jeszcze do mnie pretensje, że przerywam im sen! – Pokręciła głową. – Jak tak dalej pójdzie, to chyba zatrudnię jakichś tutejszych żuli spod baru, którym będę płacić piwem za doglądanie całego terenu nocą.

Sara przytaknęła.

– Zanudzam cię, co? – zapytała Dorota.

– Nie.

– Teraz ty coś powiedz.

– Co konkretnie?

– Coś o swoim życiu. Znam cię tylko z rozmów telefonicznych.

Sara opowiedziała pokrótce o sobie; wspomniała o tym, gdzie mieszka i jak wygląda jej firma, od której zrobiła sobie maleńki urlop, przyjeżdżając tutaj.

Rozmawiały w przyjaznym tonie, a Sara równie uważnie słuchała Doroty, jak opowiadała o sobie. W pewnej chwili rozmowa zeszła na temat pogrzebu Zagórskiego.

– Jeszcze raz wielkie dzięki, że wszystko załatwiłaś. Kwiaty, trumnę i mszę.

Dorota lekko skinęła głową.

– Teraz dzwonisz tylko po firmę i nie musisz samemu prawie niczego załatwiać.

– Mimo wszystko, dziękuję. A… Jak dobrze znałaś mojego wujka?

– Właściwie to wcale go nie znałam. Z lat spędzonych tu w młodości nie pamiętam zbyt wiele, dużo czasu spędzałam nad książkami, nie interesując się specjalnie tym, co się dzieje wokół. A od kiedy znów tu mieszkam, utrzymywaliśmy jedynie sporadyczne kontakty. Szczerze powiedziawszy, Adrian zamienił z nim więcej słów przez te lata niż ja, bo czasem pomagał mu wnieść zakupy czy coś naprawić. Zwłaszcza ostatnio, gdy sąsiad był już bardzo słaby… – Głos uwiązł jej w gardle.

– Sama właściwie go nie pamiętam – odezwała się Sara, jakby teraz to ona musiała się jakoś wytłumaczyć. – Nasza rodzina była średnio zgrana. A mój wujek to podobno był… – Uniosła brwi i przygryzła wargi. Ten gest mówił już wiele. – Chyba stąd ta kiepska frekwencja na pogrzebie. Tak naprawdę nie wiem, kto się tam pofatygował, umknęły mi ich twarze, bo myślałam zupełnie o czymś innym.

– Na cmentarzu był sołtys, no i kilku innych ludzi się zjawiło. A skoro pytasz, czemu na pogrzeb przyszło tak mało ludzi… – Dorota nie dokończyła.

– Mów śmiało – zachęciła ją Sara.

– Chyba sama już wiesz, że twój wujek był osobliwy. Tak, a mówiąc dosadniej, podobno potrafił wkurzyć niejednego.

– Co masz na myśli?

– No właśnie… sama nie wiem. Jak mówiłam, tylko się z nim witałam i nic więcej. Tak samo zresztą witam się tutaj z innymi mieszkańcami, nie patrząc im na ręce. Ale wystarczy tylko wyskoczyć gdzieś do sklepu, postać chwilę przy płocie od strony drogi, to usłyszy się to i owo. Nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale twój wujek w jakimś sensie naprzykrzał się ludziom w ostatnich miesiącach, jakby lekko oszalał.

Sara pomyślała, że Mariusz Zagórski był dla niej tak naprawdę obcym człowiekiem, chociaż łączyły ich więzy krwi. Wiedziała, że mężczyzna był nieco dziwny przed laty, a więc wspomniane wybryki jakoś jej nie zaskoczyły.

– Szczegółów nie znam – ciągnęła Dorota – ale chyba nie warto w ogóle zaprzątać sobie tym teraz głowy.

– W porządku, nie miałam zamiaru.

– A co zrobisz z odziedziczonym domem?

– Chcesz go kupić?

Dorota pokręciła głową.

– Mam swoje życie gdzie indziej – powiedziała Sara – więc pewnie umieszczę tutaj tabliczkę „na sprzedaż” i będę czekać ze sto lat, aż ktoś się odezwie i kupi ten dom. Sto lat albo i więcej, zważywszy na to, że wujek w nim zmarł, a jeszcze biorąc pod uwagę przeszłość… – Teraz Sarze załamał się głos.

– Wyglądał na smutnego człowieka – wypaliła Dorota, ale zreflektowała się szybko i dodała: – Zabrzmiało to głupio.

– Nie wiem, czy głupio. Niektórzy otrząsają się po takich wydarzeniach, inni pozostają w jakiejś zadumie do końca swoich dni, tak mi się przynajmniej wydaje. Ile sama poznałaś z tej historii? Chodzi mi o sam początek.

– W sumie słyszałam sporo, bo niektórzy ludzie gadają o tym do dziś. Gdyby więc zebrać te wszystkie informacje, dałoby się ułożyć chyba z dziesięć wersji wydarzeń.

– Typowe.

– Tak to bywa w małych wsiach, pardon, mieścinach. – Dorota lekko się uśmiechnęła. – A ty jaką znasz wersję? Ile miałaś wtedy lat? Z osiem? – Zmrużyła oczy.

– Sześć – odparła pewnym tonem Sara. – Wtedy jeszcze o niczym tak naprawdę nie wiedziałam. Byłam za mała. Dopiero parę lat później matka opowiedziała mi pokrótce o wszystkim, co się tu wydarzyło. Była tu tamtego roku, więc jej wersję można uznać za dość wiarygodną. Z pierwszej ręki…

FRAGMENTY…

6–7 lipca 1991

Czterdziestoczteroletni Mariusz Zagórski i jego o dziesięć lat młodsza żona Żaneta zbudzili się niemal natychmiast, usłyszawszy odgłos trzeciej osoby śpiącej w ich sypialni. Dopiero niedawno zostali rodzicami – co spadło na nich jak grom z jasnego nieba – nie potrafili więc jeszcze dostosować się do rytmu snu i płaczu swojego dziecka.

– Śpij – polecił Mariusz. Wstając, przytrzymał dłonią żonę.

Wycieńczona, na powrót zasnęła niemal w następnej sekundzie.

Następnego dnia była niedziela, więc mężczyzna nie musiał wstawać o szóstej rano do pracy w cegielni, dlatego postanowił odciążyć żonę.

Położyli się spać wczesnym wieczorem, a teraz było jeszcze przed północą, gdyż zwykle o tej porze następowała pierwsza pobudka. Zagórski starał się uspokoić swojego maleńkiego synka. Dawidek chciał zostać po prostu utulony, tym razem nie było pory karmienia. Pięć minut noszenia na rękach wystarczyło, by bobas znów zasnął i przestał się drzeć wniebogłosy. Jednak Zagórski za każdym razem po takim alarmie miał problem z ponownym zaśnięciem. Na dodatek w sypialni panowała straszliwa duchota, mieszająca się z zapachem pranych pieluch, wymiocin, odsączanego mleka i kilku innych płynów. Otwarcie okna w pokoju mogłoby spowodować przeciąg, a ostatnie, czego chciał mężczyzna, to narażenie synka na przeziębienie czy zapalenie ucha. Otworzył więc drzwi na korytarz i po omacku przedostał się do kuchni, by dopiero tam otworzyć okno i wywietrzyć nieco wnętrze domu. Szklanka wody i przeczytanie jednej kolumny w czarno-białej gazecie wystarczyły, by po dziesięciu minutach Zagórski stał się bardziej senny. Mógł powrócić do łóżka i znów zasnąć. Poszedł do sypialni i wsunął się pod pierzynę, sen jednak nie nadchodził.

Rozmyślał dość długo o tym, że został ojcem w tak późnym wieku. Kiedy jego syn stanie się dorosły, on sam będzie już po sześćdziesiątce. Żeniąc się z Żanetą, miał nadzieję, że doczekają się dzieci niedługo po ślubie. Ale lata mijały nieubłaganie, a ich starania okazywały się bezowocne, przyczyniając się do napięć między nimi i nadszarpując ich związek. Gorące uczucie wypalało się z każdym kolejnym rokiem i z czasem oddalili się od siebie. Wszystko jednak zmieniła ciąża, która sprawiła, że oboje jakby narodzili się na nowo, ogień między nimi odżył, a lata rutyny odeszły w niepamięć. Żona, która według słów lekarza miała być bezpłodna i która przez lata próbowała różnych terapii, dała mu upragnione dziecko. Syna. Tylko to się liczyło.

Kiedy zaczął zapadać w sen, przemknęło mu przez myśl, że zapewne niebawem znów go zbudzi płacz dziecka, ale uznał, że warto wstawać do niego za każdym razem – w końcu miał potomka, z którego mógł być dumny.

Pomruki Żanety i jakieś trzaski zbudziły go kolejny raz tej nocy. Przypomniał sobie, że wstawał już raz do płaczącego Dawidka. Ten jednak nie szlochał tym razem. Zagórski zerknął w stronę łóżeczka. Nic, żadnego ruchu. Jego synek smacznie spał. Nie do końca przebudzony Zagórski wyszedł z sypialni i przemknął znów szybko do kuchni. Coś jednak zaniepokoiło go na tyle, że od razu otrzeźwiał. Okno w kuchni zostało uchylone tylko trochę, ale do środka wpadał przyjemny powiew. Czuć było delikatny przeciąg, więc Zagórski zrozumiał, że w jeszcze jednym pomieszczeniu musi być otwarte okno. Pomyślał, że to pewnie sprawka Żanety. Z kuchni wszedł do dziennego pokoju. Nic. Okna zamknięte. Potem zerknął do ciasnej komórki, która niegdyś była typową graciarnią, lecz miała zostać przerobiona przez gospodarza na pokój dla dziecka, choć z tym akurat się nie śpieszyło, bo przez pierwszych kilka lat Dawidek miał spędzać noce w łóżeczku w sypialni rodziców. Zagórski włączył żarówkę zawieszoną na gołych kablach wewnątrz pomieszczenia, ale i tam, w ciasnej klitce, okno było zamknięte.

Kolejny trzask, tym razem głośniejszy, zaalarmował Zagórskiego, że to na piwnicznym poziomie coś się dzieje. Wychodziło na to, że kolejny już raz okno w kotłowni, które od dawna prosiło się o naprawę, otwarło się na oścież. Mariusz zszedł do piwnicy i stwierdził, że ma rację. Włączył światło, a licha żarówka ukazała skrzydło okienne z pękniętą szybą uderzające o framugę. Trzeba było coś na to poradzić. Zagórski znalazł kawałek drutu, przekręcił metalową klamkę, domknął okno, a potem odrutował całość, przywiązując klamkę do drugiej. Ta prowizorka miała sprawić, że przynajmniej przeciąg nie wyrządzi tu więcej szkód. Formalnie była już niedziela, więc solidna naprawa musiała poczekać do poniedziałku, kiedy to Zagórski wróci z pracy.

Ubrudził nieco dłonie, więc kolejnym jego przystankiem był zlew w kuchni. Poplamił pomarańczowy ręcznik, wycierając weń mokre i nie do końca umyte dłonie, zapominając o tym, że Żaneta piekliła się zwykle o takie sprawy. Powtarzała mu stale, że to ręcznik do naczyń, a nie do rąk, choć od kiedy Dawidek zajmował ją całkowicie, nie zważała już na takie rzeczy jak lekko ubrudzony ręcznik.

Kolejna szklanka wody i kolejna kolumna w gazecie miały sprawić, że Zagórski zaśnie za chwilę tak samo szybko jak jego synek. Ale minuty płynęły, zaczynało świtać, a on nie stawał się ani trochę senny. Nagle zdał sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie słyszał krzyku dziecka, co było normą w czasie karmienia. No cóż, może jednak był na tyle zmęczony, że przestał reagować na płacz…

Wzruszył tylko ramionami i złożył wreszcie gazetę, gdyż przewertował ją już całą. Zaczął przygotowywać śniadanie, chcąc zrobić Żanecie niespodziankę. Pokroił chleb, posmarował go pasztetem, rozkroił też kilka pomidorów, które jego żona uprawiała w ogródku. Później, najciszej jak potrafił, przeszedł do sypialni i zabrał ubranie z krzesła stojącego obok łóżka. Coś jednak zaniepokoiło go na tyle, że przystanął, a potem zrobił krok w bok. Zawiniątko otulające Dawidka nie ruszało się ani trochę, kiedy Zagórski spoglądał na nie z zaciekawieniem przez kilkanaście sekund. Nawet na milimetr, żadnego drgnięcia, nic.

Chwila niepewności o to, czy w następnym momencie nie okaże się, że jego maleńki synek nie oddycha, była przerażająca. Zagórski słyszał o takich wypadkach, ale nigdy nawet przez myśl mu nie przeszło, że to może spotkać właśnie jego rodzinę.

Chwycił za becik, który ukazał mu… pustkę. Nie rozumiał, nie potrafił tego pojąć. W zawiniątku nie było Dawida, nie dojrzał jego główki, a nieco niżej znajdowała się tylko cienka poduszka, która miała sprawiać wrażenie, że jego syneczek nadal leży tam bezpiecznie.

Zerknął za plecy, Żaneta dalej spała w najlepsze. W panice włączył lampę i zaczął się rozglądać po sypialni, gdyż irracjonalnie przemknęło mu przez myśl, że może Dawidek wypadł z łóżeczka. Dopiero po chwili zrozumiał, że to niemożliwe, by jego dziecko wydostało się samo z łóżeczka. Poskładał wszystkie fragmenty w jedną całość.

Brak płaczu, trzaskające okienko, podłożona poduszka…

Ktoś porwał jego dziecko!

DOM

1 sierpnia 2017

– Mniej więcej tak to wyglądało, a przynajmniej według słów mojego wujka, które powtórzyła mi matka – podsumowała Sara, siedząc na tarasie i popijając już drugiego drinka.

Opowiadając Dorocie o tamtym wydarzeniu, Sara czuła się nieco dziwnie. Opisywała tę pamiętną noc z perspektywy swojego wujka, kończąc na fragmencie, w którym ktoś porwał z domu Mariusza i Żanety Zagórskich małego Dawidka. Jej maleńkiego kuzyna.

– Chyba już dalej nie chcę opowiadać – dodała, gdyż kolejne wydarzenia sprzed lat rozgrywające się w Polspowicach przywodziły na myśl jedynie cierpienie. – Nie mogłabym dziś spokojnie zasnąć.

Dorota pokręciła tylko głową. Na jej twarzy zrodziła się smutna, nieudawana mina.

– Oglądając czasami takie zdarzenia w telewizji, człowiek myśli sobie, że to nigdy go nie spotka, a okazuje się, że takie rzeczy dzieją się wszędzie… i działy się wszędzie już lata temu. Nawet tutaj.

Wiatr wreszcie się uspokoił, a z nim dziwne zapachy nawiewane z pól i otoczenia nie drażniły już Sary tak bardzo, chociaż to miejsce nadal wydawało jej się nieco nierealne. Przez chwilę spoglądała przed siebie. Nie zamyśliła się, po prostu nie wiedziała, co jeszcze mogłaby dodać do opowieści o wydarzeniach sprzed lat. Była jednak czegoś ciekawa.

– Czy to, co opowiedziałam, zgadza się z tym, co sama usłyszałaś w tutejszym gąszczu ploteczek?

– Na pewno chcesz wiedzieć, co mówią tutejsi?

Sara skinęła nieznacznie głową.

– Ale ostrzegam, to same głupoty – zastrzegła Dorota. – Jedni powiadają, że twój wujek nie zamykał nigdy drzwi i sam prosił się o to, co się stało, że pił tamtej nocy i leżał pijany w sztok gdzieś w kuchni. Ktoś też napomknął, że ani jego, ani twojej ciotki nie było wtedy w domu, że zostawili dziecko samo bez opieki… – Przerwała, widząc lekko unoszące się ze zdziwienia brwi Sary. – Wiesz co, nie ma sensu o tym gadać, bo reszta tych bredni to tylko tania sensacja.

– Mój wujek zawsze chciał mieć dziecko. Lata temu był dobrym człowiekiem, nie jakimś tam dziwakiem. Tak przynajmniej mawiała moja matka. Nie mam powodów, by w to nie wierzyć, bo nigdy mnie nie okłamała. To, że wujek stał się potem oschły, a koniec końców, jak wspomniałaś, dawał się we znaki tutejszym, wynika pewnie z tego, co przeżył. – Odwróciła głowę w lewo. – Teraz powinnam wejść tam, do jego domu, który tak naprawdę jest już mój…

– Jeśli chcesz, możesz przenocować tutaj – zaproponowała Dorota. – Mam wolny pokój.

– Dzięki za propozycję, ale kiedyś i tak będę musiała tam wejść, więc lepiej tego nie odwlekać w nieskończoność – powiedziała Sara.

– Daj się chociaż odprowadzić, mam klucze, pokażę ci wszystko.

Sara skinęła głową. Pomoc Doroty bardzo by jej się teraz przydała i sama chciała o nią prosić. Nie pamiętała zbyt dobrze tego domu, nie wiedziała, czy zmienił się przez lata. Chwilę później stanęły przed furtką prowadzącą do sąsiedniego domu, który Sara odziedziczyła po Zagórskim.

– Nie wiem, dlaczego zapisał mi dom i ziemię, przecież prawie się nie znaliśmy – powiedziała Sara, wkładając klucz do zamka w drzwiach. – No, ale w końcu komu innemu miał to zostawić…

Dorota nie skomentowała tych słów, bo i sytuacja tego nie wymagała. Zmarły Mariusz Zagórski nie miał już nikogo na tym świecie poza siostrzenicą.

Obejście domu nie skrywało niczego wartościowego. Ot, mała szopa z narzędziami doklejona do wolno stojącego garażu, w którym od wielu lat stał nieużywany samochód. Ogrodzenie wymagające wielu napraw, chodnik z ogromnych betonowych płyt. Po jego lewej stronie widać było mnóstwo krecich kopców, a po prawej, od strony domu Doroty Marciniak, lata temu zasadzono sporo iglaków, między którymi dało się dojrzeć, co się dzieje na podwórku u sąsiada.

Sara zastygła na chwilę, omiatając wzrokiem otoczenie.

– Wszystko w porządku? Mam otworzyć za ciebie? – zapytała Dorota, czując się o wiele swobodniej niż siostrzenica Zagórskiego.

– Dam radę.

Była kobietą, która rzadko popadała w zadumę. Zwykle bez strachu i wahania stawiała czoła problemom, jednak teraz poczuła się niemal tak samo przelękniona jak wtedy, gdy wchodziła do domu matki, wiedząc, że ona już nigdy nie pojawi się w drzwiach i nie przywita jej serdecznie. Co prawda, nigdy nie doświadczyła takiego powitania ze strony swojego wujka, lecz to dziwne uczucie trwało. Postanowiła, że weźmie się w garść i nie będzie okazywać słabości. Przekręciła w końcu klucz, nie było to takie straszne. Nawet nie poczuła zaduchu czy stęchlizny, których spodziewała się wewnątrz domu.

– Wietrzyłaś tu? – zapytała odruchowo.

– Tak, wczoraj. Chyba nie masz mi tego za złe?

– Nie, oczywiście, że nie. Właściwie to powinnam już kolejny raz ci podziękować.

– Skończ z tą nadmierną kurtuazją. Dla mnie to żaden problem. Poza tym, kiedy tu wchodziłam, pewnie z któregoś okna w tej przeklętej mieścinie ktoś mnie podglądał, więc będą mieli przynajmniej o czym gadać.

Sara uśmiechnęła się mimowolnie.

– Lubisz być na ustach tutejszych mieszkańców?

– Gdybyś tylko wiedziała, co się tu o mnie mówi! Podobno mam na osiedlu dwóch kochanków, a trzeci przyjeżdża do mnie spoza Polspowic.

– Tylko trzech? Słabo – parsknęła Sara.

– Dzisiaj wchodzę tu z tobą, więc plotkary mogą uznać, że teraz podobają mi się młodsze niewiasty.

Rozmowa była nieco zabawna, może nawet odrobinę zbyt zabawna, zważywszy na okoliczności. Obie panie, przeszedłszy przez wąską sień, zatrzymały się w dość szerokim przedpokoju i spojrzały odruchowo na drewnianą obudowę starego kaloryfera. Cały fragment ściany obok konstrukcji i ponad nią był pokryty jasnym dębem, więc łatwo dało się dostrzec na nim ciemną plamę, która ciągnęła się także przez wykafelkowaną szarymi płytkami podłogę. Wprawdzie płytki zostały dokładnie wyczyszczone, ale na fudze zachowały się czarne ślady. Krew. Obie o tym wiedziały – to właśnie tutaj zmarł Mariusz Zagórski.

– Wspomniałaś przez telefon, że tutaj upadł – odezwała się Sara.

– Tak, tu – potwierdziła Dorota. – Starałam się wytrzeć krew, ci z policji powiedzieli, że mogę to zrobić.

– Zadzwonili też do mnie. Zadali parę pytań.

– No tak, twój numer dostałam od takiego słodziutkiego aspiranta, który pofatygował się namierzyć twoją osobę.

– Słodziutki aspirant – powtórzyła Sara z uśmiechem. – O nim tutejsi też już plotkują?

– Nie, to mój czarny koń, o którym nikt nic nie wie. – Zaśmiała się lekko.

Zamilkły na moment.

– To ty znalazłaś tu wujka?

– Nie, Adrian.

Sara spojrzała na kobietę nieco podejrzliwie.

– Adrian przyniósł mu zakupy. Zagórski poprosił go o kupienie piwa.

– Piwa?

– Trochę sobie popijał, chociaż czasami był tak słaby, że nie dawał rady udźwignąć pełnej puszki. Więc nalewał sobie do takiego małego kieliszka. Piwko na cztery razy. Słaby i wyniszczony, ale pić mu się jeszcze chciało. No i Adrian przywiózł mu nazajutrz to piwo. Dzwonił do drzwi, nikt mu jednak nie otwierał, więc Adrian, wiedząc dobrze, że drzwi są tu zwykle otwarte, wszedł po prostu, by zostawić puszki w kuchni, i znalazł leżącego w tym miejscu Zagórskiego. Od razu zadzwonił po karetkę, mimo że Zagórski nie miał już wyczuwalnego pulsu. Pogotowie z kolei powiadomiło policję, no i zjawił się słodziutki aspirant oraz jeszcze paru innych. Przesłuchali Adriana i mnie, pewnie przeprowadzili sobie małe śledztwo, choć szczegółów nie znam, ale stwierdzili, że był to wypadek, i tyle.

– Ten policjant, który do mnie dzwonił, powiedział mniej więcej to samo, choć nie wspomniał, kto znalazł ciało. A może mówił, tylko po prostu nie słuchałam zbyt dokładnie…

Dorota skinęła głową.

– A jak trzyma się Adrian?

– W porządku. Co prawda pierwszy raz widział zwłoki, ale nie wydawało mi się, by potrzebował jakiejś psychologicznej porady.

– Może ma to po twoich rodzicach.

– To znaczy?

– Chirurg i położna, pewno jedno i drugie co najmniej raz miało styczność z martwym człowiekiem.

– Masz rację. Może rzeczywiście ten medyczny bakcyl ominął tylko jedno pokolenie, choć dla Adriana już raczej za późno, aby aspirował do miana światowej klasy lekarza.

Kobiety przeszły dalej, oglądając pobieżnie cały dom. Sypialnia, pokój dzienny, łazienka, coś, co wyglądało jak składzik pełen rupieci, spora biblioteka, którą Sara pamiętała, a do tego parę innych pomieszczeń na dość niskim poddaszu. Na najniższym poziomie znajdowała się piwnica wraz z kotłownią.

– I jak to oceniasz? – zapytała Dorota.

– Jeśli pytasz o to, czy zostanę twoją sąsiadką, to nie zmieniłam zdania. – Mrugnęła do niej. – Pomijając tę krew, i tak będę musiała trochę tu wysprzątać. I chyba sama miotła nie wystarczy. Ale dam radę. Dwa, trzy dni i mnie nie ma, o ile mój samochód będzie się nadawał do jazdy… – Zawiesiła głos, rozmyślając chwilę w ciszy, a potem rzuciła: – Cholera! Walizka została w samochodzie. Mam tam ubrania na zmianę.

– Zadzwonię do Adriana i powiem mu, żeby ci ją podrzucił, gdy będzie wracał wieczorem do domu, no i dowie się przy okazji, co z samochodem. A jeśli masz zamiar powiedzieć, że nie chcesz robić mi kłopotu, to… się nie kłopocz. – Uśmiechnęła się. – Zanim odjedziesz, wypijemy jeszcze wspólnie drinka i poplotkujemy o czarnych koniach. Tak mi się możesz odwdzięczyć. W końcu nieczęsto wpadają do Polspowic miastowe dziewczyny. Sama jestem formalnie z tej mieściny – zaakcentowała zabawnym tonem ostatnie słowo – więc jesteś dla mnie niebagatelną rozrywką.

– Drinki i czarne konie. Podoba mi się taki scenariusz. To jesteśmy umówione.

– Wpadaj, kiedy zechcesz. Prawdopodobnie zawsze zastaniesz mnie w domu.

Kiedy Sara pożegnała Dorotę, przekręciła odruchowo klucz w drzwiach. Wtedy też rozdzwonił się jej telefon. Ojciec. Rozmawiała z nim wczoraj, mniej więcej o tej samej porze. Było po piętnastej, lecz tam, gdzie obecnie znajdował się Tomasz Krejner, zostało jeszcze sporo do południa.

– Cześć, tato.

– Cześć, moja ulubiona córko.

– Masz tylko jedną córkę.

– No właśnie – zaśmiał się. – Mam wyrzuty sumienia, że zostawiłem cię samą z tym wszystkim – rzekł zatroskanym głosem.

– Jestem w tej mieścinie zaledwie parę godzin, a poznałam już całkiem normalną kobitkę do rozmowy, nie jest tak źle. To sąsiadka wujka, która załatwiła wszystko…

– Czekaj – przerwał jej. – Powiedziałaś: mieścinie?

– Długo by opowiadać. Tak czy owak, gadałam z wujkiem raz czy dwa jakieś sto lat temu, a ty ani razu, więc teoretycznie to ja powinnam tu być.

– Skoro wypominasz przeszłość, to powiem, iż do dziś żałuję, że nie przyjechałem do Polspowic w dziewięćdziesiątym pierwszym ani w późniejszych latach, kiedy twoja matka tam jeszcze zaglądała.

– Daruj, miałeś co innego na głowie. Zresztą, to już przeszłość. Ten rozdział jest zamknięty. Definitywnie.

Cisza, jaka zapadła, była nieco niepokojąca.

– A jak ogólnie było? – zagadnął w końcu Tomasz Krejner.

– Chodzi ci o pogrzeb?

– Tak.

– No to było… przebojowo. Zrobiłam dziwaczne wejście, niemal biegnąc na cmentarz, bo zepsuł się mój mini, no i spóźniłam się tym samym, więc jestem teraz na językach wszystkich mieszkańców Polspowic – parsknęła. – Powiedz lepiej, jak twoja podróż przez Stany.

– Zwiedzam sobie to wszystko powoli…

Ojciec Sary wyliczał pokrótce miejsca, w których już był i do których jeszcze się wybiera. Opisywał, co zobaczył, co zjadł i na której ulicy w danym mieście zatrzymał się na chwilę.

Niegdyś, wraz z matką Sary, zwiedził całe Stany, począwszy od Bostonu, zmierzając w stronę następnego przystanku, jakim był Nowy Jork. Potem zawitali do Waszyngtonu i mknęli dalej, zahaczając o dalsze miasta, kierując się do środkowej części kraju, przemierzając na swojej drodze kolejne stany, aż wreszcie kończąc wymarzoną podróż na Zachodnim Wybrzeżu, a dokładniej w Los Angeles. Tomasz Krejner był teraz jakby w tej samej trasie, lecz samotnie, wspominając poprzednią podróż.

– To nie to samo, ale cieszę się, że mnie do tego namówiłaś.

– Mama chciałaby jeszcze raz tam pojechać, więc pewnie jest tam gdzieś z tobą. Duchem – dodała. – A teraz idź zjeść jakiegoś wypasionego burgera i nie martw się o to, co dzieje się tutaj. Bo właściwie nic się już nie dzieje. Za chwilę zamknę kolejny rozdział w życiu naszej rodziny, potem wystawię dom na sprzedaż i wrócę do Gdańska.

– Ja też wrócę.

– Zabrzmiało to tak, jakbyś jeszcze pięć minut temu miał w planie w ogóle nie wracać.

– Kto wie, może gdy dotrę znów do LA, podłapię pracę jakiegoś statysty w Hollywood?

– Kiepski z ciebie żartowniś.

– Nie żartuję, niejeden już taki szarak jak ja spełnił swój american dream.

– Uhm, tylko bardzo cię proszę, nie trać kontaktu z ojczystym językiem, jak ci, którzy zaledwie po pół roku pobytu za granicą zaczynają kaleczyć polszczyznę. A co do twojego amerykańskiego snu, to przypadkiem nie zatrudnij się jako statysta w pornobiznesie, bo tego bym chyba nie zniosła.

– No cóż, sława ma swoją cenę. Wielu znanych aktorów zaczynało w ten sposób…

Sara pomyślała, że rozmówki na takie tematy między ojcem i córką jakieś dwadzieścia lat temu raczej by nie przeszły. A na pewno nie w tym miejscu.

Gadali jeszcze trochę o błahych sprawach. Sara odetchnęła, wiedząc, że z ojcem wszystko w porządku. Nie rozkleił się jak podczas kilku poprzednich rozmów, więc nie było aż tak źle. Miał się lepiej niż Sara, która powinna zabrać się do sprzątania domu…