Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
463 osoby interesują się tą książką
Czasem jedyne, co ci zostaje, to nadzieja…
Liam Walker myślał, że ma wszystko. Rodzina, córka i kariera, która po latach wyrzeczeń i ciężkiej pracy nabrała rozpędu. Niestety życie miało dla niego inne plany. Wypadek sprawił, że jego świat się rozpadł i nic już nie miało znaczenia.
Ratunkiem przed destrukcją ma być wyjazd tam, gdzie nikt nie sięga po autografy.
Emily Johnson przez całe życie zmagała się z byciem w cieniu zmarłej matki i chłodem ojca, a kiedy wreszcie uwierzyła, że uda się naprawić ich relację – los znów upomniał się o swoje.
Ranczo miało być dla Liama chwilowym schronieniem, miejscem, gdzie w końcu będzie mógł odetchnąć. Dla Emily – ostatnim wspomnieniem tego, co jeszcze miało znaczenie. Nie szukali siebie nawzajem, a o ich spotkaniu zadecydował przypadek. Ale może bolesne doświadczenia, z którymi oboje się zmagają, zbliżą ich do siebie i okażą się początkiem czegoś nowego?
Dwoje ludzi, dwa złamane serca, jedna szansa na nowy początek.
Tylko czy będą gotowi, by zaufać, by znów poczuć, by… pokochać?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 364
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright ©2026 by Aleksandra R. Falco
Wydanie pierwsze, 2026
Wydanie własne
Redakcja i korekta: Justyna Szymkiewicz @daj.mi.slowo
Korekta: Aleksandra Witaszek, Karolina Dróżdż-Badetko
Skład, łamanie i przygotowanie ebooka: Michał Bogdański
Projekt okładki i oprawa wizualna: Karolina Żebrowska @zebeerko_tworzy
Grafiki i wklejka: Magnific.com/Adobestock
ISBN: 978-83-981134-3-4
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej zgody autora, z wyjątkiem cytatów wykorzystywanych w celach recenzji, omówień lub analiz, pod warunkiem podania źródła
Dla wszystkich, którzy próbują poskładać swoje serce po tym, jak życie roztrzaskało je na tysiące kawałków.
Nigdy nie traćcie nadziei.
Czasami wystarczy jedna osoba, jedno miejsce i jeden uśmiech, żeby nawet największy ból stał się odrobinę lżejszy.
Drogi Czytelniku,
zanim zagłębisz się w historii Liama i Emily, chciałabym zwrócić uwagę na coś, co może wydawać się nietypowe.
Ich droga do poznania nie zaczęła się w jednym momencie. Oboje nieśli ze sobą bagaż doświadczeń, który ukształtował ich na długo przed tym, nim los postawił ich na tej samej ścieżce.
Dlatego na początku tej książki znajdziesz dwa prologi, a następnie dwa rozdziały rozgrywające się pół roku później niż prolog i kolejny, który przeniesie cię o następny rok naprzód. Dopiero wtedy historia Liama i Emily zacznie płynąć swoim właściwym rytmem.
Mam nadzieję, że dzięki temu łatwiej zrozumiesz ich decyzje, lęki i to, dlaczego ich spotkanie miało dla nich tak ogromne znaczenie.
Miłej lektury!
Chord Overstreet – Hold On
The Fray – How to Save a Life
Taylor Swift – All Too Well
Birdy – Wings
Leona Lewis – Run
Isak Danielson – Broken
Harry Styles – Falling
Tom Odell – Heal
Noah Kahan – Willing and Able
One Direction – Love You, Goodbye
P!nk – F**kin’ Perfect
James Arthur – Naked
Jade LeMac – Constellations
Luke Grimes – No Horse To Ride
Goo Goo Dolls – Iris
One Direction – Story of My Life
New West – Those Eyes
Justin Timberlake – Mirrors
Lauren Daigle – You Say
X Ambassadors – Unsteady
Louis Tomlinson – Dark To Light
Alex Warren – Catch My Breath
One Direction – Night Changes
Harry Styles – Adore You
Taylor Swift – Wi$h Li$t
The Cinematic Orchestra – To Build a Home
James Arthur – Empty Space
Mack Lorén – Let Down
Shawn Mendes – Never Be Alone
Lewis Capaldi – Something In The Heavens
Taylor Swift ft. Ed Sheeran – Everything Has Changed
Hoobastank – The Reason
Matt Hansen – Yellowstone
Alexander Stewart – If You Only Knew (cover)
Elton John – Can You Feel the Love Tonight
Coldplay – Yellow
Post Malone – I Fall Apart
Nilu – Are You With Me
Paloma Faith – Only Love Can Hurt Like This
Christina Perri – Jar of Hearts
Linkin Park – Iridescent
Lewis Capaldi – Forever
Luke Combs – Middle of Somewhere
Nigdy nie sądziłem, że wieczór, w którym odkryję, że moja żona mnie zdradza, będzie też dniem, w którym ją zabiję. Ją i naszą córeczkę.
Znaliśmy się z Caroline od dziecka, nasze mamy się przyjaźniły, więc to naturalne, że my też musieliśmy. W sumie nikt nas nigdy nie zapytał, czy się w ogóle lubimy. Zostało to odgórnie narzucone, a my się z tym nie spieraliśmy. W dzieciństwie nie było z tym żadnego problemu. Dopiero gdy oboje zaczęliśmy dorastać, pojawiły się między nami różnice. Nie czuliśmy się już tak, jak kiedyś. Przestałem zauważać w niej siostrę, a zacząłem dostrzegać młodą kobietę, którą stawała się z każdym kolejnym dniem. Oboje powstrzymywaliśmy emocje, głównie ze względu na wieloletnią przyjaźń, ale powodowała to również wzmożona ilość nauki. Ja każdą chwilę spędzałem na zajęciach z muzyki i emisji głosu, aby jeszcze bardziej doszkalać talent, jakim obdarował mnie los, a Caroline skupiała się na zajęciach dodatkowych z chemii i biologii. Odkąd pierwszy raz obejrzeliśmy serial Grey’s Anatomy, Car dostała bzika i stwierdziła, że zostanie lekarką, a że była niesamowicie inteligenta i nauka przychodziła jej z łatwością, jej rodzice zaakceptowali zmianę drogi życiowej. Początkowo miała zostać prawniczką, jak oni, lecz medyk w rodzinie to też prestiż.
Byliśmy kompletnymi przeciwnościami, muzyk i lekarka. Już wtedy powinniśmy wiedzieć, że to się nie uda. Ale dopóki była między nami chemia i, jak mi się wtedy wydawało, miłość, nie przejmowaliśmy się niczym.
Na ostatnim roku studiów Caroline zaliczyliśmy wpadkę. Maya pojawiła się nieplanowana, lecz gdy tylko pierwszy raz usłyszałem bicie jej serca, wiedziałem, że nie usłyszę nic piękniejszego w swoim życiu. Żadna melodia nie mogła odpowiadać tej, którą wybijało serduszko mojej córeczki. Dlatego na podstawie tego dźwięku powstała moja najważniejsza piosenka. Z myślą o moim cudzie. Żeby za każdym razem mi o niej przypominała, nawet gdybym znajdował się tysiące mil od niej.
Caroline niestety nie podzielała mojej radości. Załamała się, aż pewnego wieczoru oznajmiła mi, że chce usunąć ciążę. To jedno zdanie zaważyło o naszym związku, to właśnie wtedy zaczęły się między nami problemy. I chociaż zdołałem ją odwieść od tego okropnego pomysłu, to potem nic już nie było takie same. Ja uciekałem w muzykę, ona w naukę.
Moja druga płyta podbiła serca milionów ludzi, z podrzędnego muzyka stałem się gwiazdą światowej sławy. Trasy koncertowe nie miały końca, godziny w studiu, nagrywanie, w kółko to samo. Caroline miała mi za złe, że ciągle mnie nie ma, choć obiecywałem odciążyć ją przy opiece nad Mayą, aby mogła w pełni poświęcić się stażowi. Wtedy niezwykle pomocna okazała się moja mama, która przeprowadziła się z San Diego do Los Angeles, żeby zajmować się małą, podczas gdy Car spędzała całe dnie w szpitalu. Dopiero gdy rozpoczęła rezydenturę, ja postanowiłem zwolnić i zgodziłem się na małe tournée w okolicy, odwoławszy europejską trasę koncertową.
To właśnie w drodze powrotnej z ostatniego występu w Santa Clarita doszło między nami do awantury. Gdybym tylko przed koncertem nie przeczytał tej jednej wiadomości na jej telefonie… Gdybym tylko inaczej to wszystko rozegrał, obie by żyły. A ja nie czułbym się wszystkiemu winny.
Okazało się, że Car miała romans z ordynatorem. Z mężczyzną, który miał być jej mentorem i no cóż… był. Tylko w innej dziedzinie, niekoniecznie takiej, którą mogła uratować komuś życie.
– Jak długo to trwa? Jak długo pierdolisz się z nim na boku, a później śpisz w naszym łóżku ze mną? – krzyknąłem wtedy, tracąc całe opanowanie.
– Odkąd pojawiła się Maya – odparła bez krzty wyrzutów sumienia.
Zerknąłem na nią pełny niedowierzania, po czym przeniosłem z powrotem wzrok na drogę. Popatrzyłem w lusterko i zobaczyłem moją córeczkę śpiącą w foteliku, zupełnie nieświadomą, co się właśnie dzieje pomiędzy jej rodzicami.
– Jak możesz być tak podła? Kim ty jesteś? – prychnąłem.
– Ja? – zapytała, a jej głos był zabarwiony drwiną. – To ty zmusiłeś mnie do urodzenia Mai, to przez ciebie musiałam odpuścić na ostatnim roku, choć to był czas, w którym powinnam dawać z siebie dwieście procent – warknęła. – Nie przywykłam do bycia byle kim. Przywykłam do bycia najlepszą, a ty wszystko spieprzyłeś. – Łza potoczyła się po jej policzku. – Możesz podziękować tylko sobie.
– Ja wszystko zepsułem? – Popatrzyłem na nią. – Przykro mi, że nie pozwoliłem ci zabić naszej córeczki. – Ledwo przeszło mi to przez gardło. – Naprawdę mi, kurwa, przykro. Zamierzasz ratować ludziom życie, a jej chciałaś je odebrać. – Nie mogłem już patrzeć na Caroline. Brzydziłem się nią. – Wiesz, co jest najśmieszniejsze? – prychnąłem. – Kochałem cię przez tyle lat, a to nie byłaś ty. Kochałem wyidealizowany obraz ciebie, który stworzyłem w swojej głowie, bo tak naprawdę nie chciałem dostrzec tego, kim naprawdę jesteś. Ja… – Przełknąłem ślinę. – Nie mogę uwierzyć, że to robisz…
To fakt, od lat ledwie się tolerowaliśmy. W tym czasie może kilka razy uprawialiśmy seks, ale zazwyczaj byliśmy wtedy kompletnie pijani. Myślałem, że jest wykończona. Że praca i bycie matką pochłaniają jej całą energię i jako oddany mąż starałem się ją rozumieć i wspierać. I co mi z tego przyszło?
– Chcę rozwodu – powiedziała po chwili.
Zdałem sobie sprawę, że w żaden sposób mnie to nie dotknęło. Wręcz poczułem ulgę. Aria, moja przyjaciółka, tyle razy w delikatny sposób próbowała mnie przekonać, żebym zmienił swoje życie. Wziął Mayę i przeprowadził się bliżej niej i jej rodziny, ale ja naiwnie wierzyłem, że Caroline ma tylko zły okres w życiu. Że lata, które razem spędziliśmy, znaczą więcej niż kilkanaście miesięcy, gdy jest źle. Moja mama zawsze starała mi się wpoić zasadę, że nie wyrzucamy czegoś tylko dlatego, że nie jest w pełni sprawne. Musimy zrobić wszystko, żeby daną rzecz naprawić. I tą metaforą kierowałem się w życiu, lecz przyszedł moment, w którym walka była bezcelowa i należało odpuścić. Z ręką na sercu mogłem przyznać, że sam coraz częściej myślałem o rozwodzie. Nawet kilka dni wcześniej, gdy prowadziłem z Arią rozmowę na temat mojego związku i zachowania mojej żony, powiedziałem o tym pierwszy raz na głos.
Aria miała rację, ktoś, kto jest nad wyraz wyczulony na dane sytuacje, sam musiał je przeżyć, skoro podejrzewa wszystkich dookoła.
– Oczywiście, że tak – warknąłem. – Maya zostaje ze mną.
– I tak jej nie chciałam, więc jak dla mnie, możesz sobie z nią zrobić, co tylko zechcesz.
Spojrzałem na nią, jakbym widział ją pierwszy raz.
– Co powiedziałaś?
– Przecież słyszałeś.
– Łudzę się, że jednak się przesłyszałem.
Westchnęła ciężko, jakby rozmowa ze mną była największym utrapieniem jej życia.
– Powiedziałam, że nigdy jej nie chciałam.
Nie. Nie przesłyszałem się.
Powietrze ugrzęzło mi w płucach.
Naprawdę miałem ogromną nadzieję, że Maya śpi zbyt mocno, żeby usłyszeć te słowa.
Spojrzałem w lusterko… I w myślach podziękowałem wszystkim niebiosom, że tego nie słyszała.
W głowie natomiast kłębiły mi się setki pytań.
I wtedy to zobaczyłem.
Światła reflektorów pojazdu nadjeżdżającego z prawej strony. Zadziałał czysty instynkt, próbowałem skręcić, uciec przed tym, co nas czekało, ale nie miałem już czasu.
Następnie usłyszałem huk. Dźwięk rozdzierający powietrze na strzępy. Siła uderzenia była tak silna, że przekoziołkowaliśmy przez jezdnię. Każdy obrót to kolejne obrażenia. Ból rozrywał mnie od środka.
W końcu uderzyliśmy w coś ciężkiego. Drzewo? Nie wiedziałem.
Czułem zapach krwi. Próbowałem złapać oddech, ale moje ciało protestowało. Chciałem sprawdzić, co z dziewczynami, ale każdy ruch powodował jeszcze większe cierpienie, więc patrzyłem przed siebie, ale nie widziałem już drogi. Przed oczami pojawiało się moje życie, które właśnie straciłem.
Potem zapadła ciemność.
Pip… Pip… Pip…
Cichy, powtarzalny i natarczywy dźwięk dotarł do moich uszu. Uchyliłem powieki i pierwsze, co dostrzegłem, to ostre światło. Po chwili twarz nieznajomego mężczyzny w białym kitlu pojawiła się w zasięgu mojego wzroku.
– Witamy z powrotem. Proszę nie ruszać głową. Słyszy mnie pan?
Słyszałem, ale nie potrafiłem odpowiedzieć. W gardle miałem suchość. Próbowałem się podnieść, ale moje ciało mnie nie słuchało.
– Spokojnie, jest pan bezpieczny. Proszę spróbować się nie ruszać. – Jego twarz znikała mi z pola widzenia, więc wszystkimi siłami, które we mnie zostały, złapałem go za przegub.
– M-Maya – wycharczałem, z trudem łapiąc oddech.
– Zaraz wszystkiego się pan dowie – Zaczął poruszać moimi dłońmi – Proszę powiedzieć, czy wie pan, gdzie się pan teraz znajduje?
Popatrzyłem mu w oczy, miałem nadzieję, że moje wyrażą to, co chciałem przekazać słowami, a nie byłem w stanie. Musiałem wiedzieć, czy z Mayą wszystko w porządku. Czy Caroline jest cała. Nic poza tym nie miało dla mnie w tym momencie znaczenia.
Lekarz westchnął ciężko i już wiedziałem, że cokolwiek mi przekaże, ta informacja zmieni wszystko.
– Bardzo mi przykro – odparł. – Gdy ratownicy dojechali na miejsce, pańska żona już nie żyła. Pańska córka dzielnie walczyła. Przywieziono ją w stanie krytycznym, lecz mimo resuscytacji nie udało nam się jej uratować. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej w mocy. Przykro mi.
Nie. To niemożliwe.
Patrzyłem na niego, ale miałem wrażenie, że mówi do kogoś stojącego obok mnie.
Na pewno nie do mnie. I na pewno nie o mojej Mai.
Pokręciłem głową.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
– Nie… – wyszeptałem ochryple. – Nie… sprawdźcie jeszcze raz.
Lekarz nic nie odpowiedział.
– Ona… ona jest taka malutka… – Głos mi się załamał. – Przecież dzieci… nie umierają… żyją swoim najlepszym życiem… proszę…
Usiłowałem się podnieść, ale natychmiast przeszył mnie ból. Miałem wszystko gdzieś. Musiałem do niej iść. Przecież ona była tam sama i na pewno się bała. Nigdy nie lubiła być w nowych miejscach beze mnie.
– Maya… – wyszeptałem. – Nie lubi szpitali.
Oddychałem coraz szybciej. Widziałem przed oczami jej małe dłonie. To, jak kilka dni temu zasnęła na kanapie z głową na moich kolanach. Jak kazała mi śpiewać tę samą piosenkę czwarty raz, bo tylko przy niej zasypiała. Jak śmiała się tak głośno, że aż Caroline przewracała oczami.
Nie. To niemożliwe.
Przecież… Przecież jej obiecałem. Obiecałem, że zawsze będę ją chronił.
Z gardła wydobył mi się dźwięk, którego wcześniej nigdy nie słyszałem.
Nie przypominał płaczu, ale coś znacznie gorszego.
Jakby całe moje ciało próbowało wyrzucić z siebie ból, którego żaden człowiek nie powinien czuć.
– To moja wina… – powtarzałem te trzy słowa.
Raz.
Potem drugi.
Trzeci.
Aż w końcu przestałem liczyć.
Bo nic już nie istniało.
– Podam panu coś na uspokojenie.
Poczułem ukłucie w ramię i powoli ogarnęła mnie błogość, w której nie musiałem mierzyć się z rzeczywistością, która zmieniła to, kim byłem. Zabrała mi radość i powód do życia.
Zawsze powinnam ufać swojemu instynktowi. Tym razem pozwoliłam się rozproszyć, a cenę za to będę płacić do końca życia.
Wykonał ostatnie pchnięcie i zamarł, a ja w duchu dziękowałam, że to w końcu się skończyło. Miałam jeszcze wiele rzeczy do zrobienia przed jutrzejszymi zawodami. Uśmiechnęłam się sztucznie, nie chcąc sprawić mu przykrości.
– Podobało ci się? – wysapał.
I może byłam okropną osobą, ale potaknęłam, odgarniając przy tym kosmyk jego włosów, który opadł mu na oczy.
– Tak, byłeś niesamowity. – Złożyłam delikatny pocałunek na jego ustach.
Nie wiedziałam, jak to się stało, że ktoś, kogo kiedyś uważałam za swojego wroga, zagościł w mojej sypialni. Dean tyle razy kręcił się koło mnie na zawodach, aż w końcu zaczął jeździć w stadninie niedaleko mojego rancza. W pewnym momencie postanowiliśmy spróbować i sprawdzić, czy to nas dokądś doprowadzi. I o ile na temat koni mogłam z nim rozmawiać godzinami, o tyle seks nie przynosił mi żadnej frajdy.
Ale hej, nie można mieć w życiu wszystkiego.
Zyskałam sprzymierzeńca, kogoś, kto dopingował mnie i motywował, żebym kolejne postawione przez siebie poprzeczki pokonywała z wysoko uniesioną głową. To i tak więcej niż mieli niektórzy. Z czasem wkradło się między nami przyzwyczajenie, za co też nie mogłam obwiniać nikogo poza sobą, ale wydawało się, że Dean nie narzeka.
– Wstawaj! – Szturchnęłam go. – Muszę wziąć prysznic i iść na trening z Siblis. – Założyłam szlafrok. – Dzisiaj rano zachowywała się dziwnie, zupełnie jak nie ona. Nie wiem, czy coś jej nie dolega.
Dean patrzył wszędzie, byle nie na mnie.
– Może jest wykończona, tak jak ty? – zapytał, a ja miałam ochotę parsknąć śmiechem na niedorzeczność tych słów.
– Żadna z nas nie zna tego słowa. – Pokręciłam głową. – Kiedy będziesz wychodził, postaraj się nie rzucać w oczy. Ojciec nie powinien cię zobaczyć.
Zanim zdążyłam dojść do łazienki, jego silne ramiona oplotły mnie w pasie.
– Nadal mam się skradać? Masz dziewiętnaście lat. Jak długo jeszcze zamierzasz udawać przed ojcem, że nie interesują cię chłopacy? – wymruczał.
– Ale mnie nie interesują chłopacy, nie muszę przed nikim niczego udawać. – Popatrzyłam na niego.
– Auć.
– Wiesz, co mam na myśli. – Odwróciłam się w jego ramionach. – Opowiadałam ci, jaki jest mój tato, nie ważne, kim jesteś, on i tak cię nie zaakceptuje. – Uśmiechnęłam się smutno. – Chyba że mógłbyś coś wnieść na ranczo.
– Mogę wnieść swoje dwie dłonie. – Pokręcił nimi na dowód swoich słów. – Na pewno by to docenił.
Tego akurat byłam pewna.
– Dean, możemy porozmawiać na ten temat kiedy indziej? Przecież my nawet nie jesteśmy w związku. Po prostu spotkamy się, kiedy mamy chwilę, i świetnie się bawimy, a teraz – zerknęłam na zegarek – nie mam czasu na cały ten melodramat. Naprawdę mi się spieszy.
– Jasne, cokolwiek powiesz. – Odsunął się i zaczął zbierać swoje rzeczy z podłogi. – Połamania kopyt jutro – rzucił na odchodnym, nie patrząc już na mnie.
Może za ostro go potraktowałam, ale nie mogłam pozwolić, żeby mój ojciec go poznał. Wtedy nie miałabym już żadnych szans, żeby poświęcał mi swoją uwagę. Wszystko skupiłby na Deanie, który mógłby mu pomóc na ranczu i przede wszystkim nie przypominałby mu o zmarłej żonie, tak jak ja. A ja nie odważyłabym się powiedzieć tacie, że to tylko pieprzenie, że nie musi rezerwować już sali weselnej. Dean od zawsze miał mały kompleks, a brak jakiejkolwiek wygranej mocno się na nim odcisnął. Z biegiem lat stał się lepszy, ale nigdy nie zrzucił mnie z podium. W swoich dobrych momentach był drugi i chyba nie do końca potrafił się z tym pogodzić.
Wzięłam szybki prysznic, ubrałam się i chcąc sprawdzić, co z moją klaczą, zeszłam do stajni.
– Hej. – Otworzyłam drzwi i cmoknęłam. – Już jestem. – Uśmiechnęłam się na widok Siblis, która podeszła do mnie prężnym krokiem.
Siblis D’Arcade to kara klacz, której znakiem szczególnym była biała plama na pęcinie. Odkąd ojciec przywiózł ją do stajni, nie potrafiłam od niej oderwać wzroku. Choć w dzisiejszych czasach każda z ras posiadała niemal wszystkie umaszczenia, to jednak folbluty, czyli inaczej konie pełnej krwi angielskiej, cechowały się swoją gniadą lub kasztanowatą barwą. Już samo to, że Siblis była inna, tak bardzo mnie przyciągało. Bo obie zdawałyśmy się być odmieńcami w oczach innych.
Na przestrzeni tych kilku lat, odkąd ją miałam, nabrałyśmy do siebie bezgranicznego zaufania, wygrałyśmy niemal każde zawody, zostałam okrzyknięta najlepszym jeźdźcem w naszym stanie, nawet wielu ludzi porównywało mnie do mojej zmarłej matki, mówiąc, że jaka mać, taka nać, lecz byli też tacy, którzy twierdzili, że jestem o niebo lepsza od niej.
Osiągnęłam to, co chciałam, teraz pozostawało mi tylko wygrać najważniejsze zawody w skokach tego roku i może w końcu ojciec zwróciłby na mnie uwagę i poświęcił mi trochę więcej czasu. Razem jadaliśmy tylko śniadania. Każdy inny posiłek spożywaliśmy w samotności ze względu na różnice w naszych grafikach. Czasem mijaliśmy się na ranczu, ale nigdy nie przystawał, by obserwować mój trening z Siblis. Doskonale zapamiętałam jego słowa wypowiedziane sześć lat temu, gdy po raz pierwszy ujrzałam Siblis i wyraziłam chęć, by to z nią zacząć swoje treningi.
– Tato, jestem jednym z najlepszych jeźdźców tego pokolenia! – wykrzyknęłam. – Daj mi się wykazać. Dobrze wiesz, że mój ogier już nie jest w pełni sił! – Tupałam nogą niczym naburmuszone dziecko. – Muszę mieć nowego konia i chcę właśnie tego!
– Emily. – Westchnął. – Ta klacz może cię zabić. Nie jest nauczona słuchania poleceń, zrzuciła nawet Erica!
Pomyślałam, że też mi coś, ten bałwan zleciał nawet z mojego M-Yoro, choć mi się to nigdy nie zdarzyło.
– Niech ci będzie. – Tata chyba zrozumiał, że argument, którego użył, nie przekonał mnie. Już chciałam się na niego rzucić, kiedy dodał: – Ale nie zamierzam na to patrzeć. – Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w splot słoneczny. – Ta klacz nie nadaje się do skoków przez przeszkody.
– Zrozumiałam. – Odwróciłam się i skierowałam w stronę stajni, żeby przygotować Siblis na trening według moich zasad. – Tato! – krzyknęłam, odwracając się w jego stronę. – Każdy koń nadaje się do wszystkiego, musi mieć tylko odpowiedniego jeźdźca. – Uśmiechnęłam się smutno.
I byłam z siebie strasznie dumna, bo Siblis była nie tylko świetna w skokach. Była wręcz niesamowita, a ja w ciągu dziesięciu lat, odkąd jeździłam, nie widziałam konia, który zrobił taki progres w ciągu dwóch lat, co ona.
Ale to nic nie dało, bo gdy ja pojawiałam się na padoku, ojciec niemal od razu zmieniał swoje miejsce i szedł na pastwiska. Gdy miałam zawody i pytałam, czy przyjdzie, zawsze w tym czasie wykręcał się planami, które nie mogły zostać przełożone.
W końcu nie byłam nią…
Mama zmarła przy moim porodzie. Zostaliśmy więc ja i mój tata. No i nasze ranczo pełne koni, bydła i pracowników. Brakowało w nim kobiecej ręki. Z opowiadań, które udało mi się podsłuchać, mój ojciec strasznie się zmienił po odejściu mamy. Stracił radość i blask. Dlatego gdy byłam małą dziewczynką, postanowiłam, że za wszelką cenę sprawię, że odzyska to, co stracił przez mnie. Gdyby nie ja, moja mama dalej by żyła, a ojciec byłby szczęśliwy, mając ją obok.
Z tego powodu opanowanie jazdy konnej prawdopodobnie zajęło mi mniej czasu niż nauka jazdy na rowerze. Każdą chwilę spędzałam z moim ojcem na padoku, tylko wtedy mogłam otrzymać od niego jakąkolwiek uwagę, więc od świtu do zmierzchu pokonywałam kilometry w siodle. Oczywiście fakt, że moja mama była jedną z najlepszych dżokejek, także mnie do tego skłonił. Chciałam być jak ona.
Nie.
Chciałam być lepsza od niej.
Zazdrość o osobę, która odeszła z tego świata, nie jest czymś, z czego byłam dumna, ale życie w cieniu osoby, której się nawet nie miało okazji poznać, to okropne uczucie. A ja poznałam je aż za dobrze.
Zawsze przed zawodami dopadał mnie melancholijny nastrój, bo zdawałam sobie sprawę, że nie zobaczę na trybunach tej jednej, najważniejszej dla mnie osoby, bo to nie mnie chciałby oglądać.
Potrząsnęłam głową, wyrywając się ze wspomnień, i wyprowadziłam klacz z boksu. Założyłam jej kantar i zaczęłam ubierać. Czaprak, siodło, ogłowie. Postanowiłam skorzystać jeszcze z napierśnika, choć w ostatnich latach zazwyczaj z niego rezygnowałam. Po porannych skokach i tym, jak niespokojna była Siblis, przez co siodło kilka razy mi się przesunęło, musiałam je mocniej ustabilizować, a to jedyny sposób. Założyłam jeszcze ochraniacze na pęciny, bo to nasz drugi trening tego dnia przed jutrzejszymi zawodami, nie mogłam dopuścić do ewentualnych urazów. Sięgnęłam po toczek i bat i wyszłam z nią na padok, na którym ustawiłam przeszkody odpowiadające tym, które będą czekały na nas kolejnego dnia.
Zaczęłyśmy od stacjonaty, przeszkody, która rozpoczyna tor. Miała trzy drągi, zapewniała dobry początek. Koń skacze na wysokość, a później obiega padok, by w drodze powrotnej pokonać okser.
Wiedziałam, że podczas pokonywania każdej z przeszkód koń musi być w idealnej pozycji, kopyta nie mogły dotknąć żadnej z nich, a pomiędzy musiał być idealnie zebrany.
Siblis radziła sobie bardzo dobrze, lecz zaczęła delikatnie kuleć. Spróbowałam przejechać tor cztery razy i za każdym było tak samo. Postanowiłam ją oszczędzić, miałam nadzieję, że podczas zawodów pokaże to, na co tak ciężko pracowałyśmy. Rozchodziłam ją po wysiłku i zaprowadziłam do boksu, dając jej kolację z witaminami.
Spakowałam wszystkie potrzebne nam rzeczy i załadowałam je do mojego pickupa, a sama skierowałam się w stronę domu. Nieopodal obory usłyszałam przytłumione głosy, zerknęłam na zegarek, zauważając, że jest już po dwudziestej i teoretycznie nikogo nie powinno tu być. Najciszej, jak się dało, skierowałam się w stronę budynku. Słyszałam rozmowę coraz wyraźniej. To tata i Frank, jego najbliższy przyjaciel i najstarszy pracownik rancza.
– Rick, musisz jej o tym powiedzieć – rzucił cicho. – Lepiej teraz, niż gdy będzie już za późno na wybaczenie.
– Jak mam jej to powiedzieć? – mruknął. – Nie rozmawialiśmy normalnie od… Kurwa, w sumie to nie wiem, czy kiedykolwiek rozmawialiśmy tak szczerze.
– A czyja to wina? Rick, nie obraź się, ale rodzicielstwo kompletnie ci nie wyszło. Emily wielokrotnie prosiła o twoją uwagę. Wszystkie jej działania były podejmowane z myślą o tobie, a ty nigdy nawet nie pojawiłeś się na zawodach – dodał z wyrzutem.
– Ale każde oglądałem na telefonie podczas transmisji na żywo.
Poczułam, że brakuje mi tchu. Tato mnie oglądał? Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedział?
– To nie to samo i dobrze o tym wiesz. Ta mała nie tylko straciła matkę w dniu, w którym się urodziła. Straciła też ojca, chociaż ten miał się dobrze. I od dziewiętnastu lat sama musi mierzyć się z każdym kolejnym dniem.
– Ona tak bardzo przypomina mi Stephanie – powiedział ojciec zbolałym głosem. – Jest równie dobra, jak nie lepsza w jeździectwie. I ma jej oczy…
– Wiem, ale to nie jej wina. Rick, zostało wam kilka miesięcy, spróbuj to naprawić.
O czym oni mówili? Jakie kilka miesięcy?
– Nie wiem jak.
– Pojedź na jej jutrzejsze zawody – podpowiedział Frank. – To będzie dobry początek. A później jakoś się ułoży.
Po cichu skierowałam się w stronę domu, starając się zrozumieć, co Frank miał na myśli, mówiąc, że zostało nam kilka miesięcy. Czyżby mój tato gdzieś wyjeżdżał? Nic mi na ten temat nie wspominał. Zaniepokojona postanowiłam, że przy najbliższej okazji zapytam go o to.
Przygotowywałam się do snu, myśląc o Siblis i jej dziwnym zachowaniu. Coś było nie tak. Z taką też myślą zasnęłam.
Następnego ranka wstałam tak późno, że nie miałam nawet czasu na śniadanie, musiałam za chwilę wyjeżdżać, jeśli chciałam zdążyć na zawody. Sam, moja najlepsza przyjaciółka i pomocnica, zamierzała jechać ze mną. Gdyby nie ona, byłabym tam sama wśród lwów, bo gdy w grę wchodzi rywalizacja i nagrody, ale przede wszystkim prestiż, nie ma przyjaciół. Odrobiłam tę lekcję już dawno temu, a że bardzo szybko uczyłam się na błędach, od tamtej pory unikałam niemal wszystkich współzawodników. Poza Deanem, ale z nim to inna historia. On się po prostu przypałętał, a ja skorzystałam, choć w sumie nie wiedziałam po co.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że niemal wszyscy już są. Sam wyprowadziła Siblis, a ja z daleka obserwowałam chód klaczy. Nie podobało mi się, jak stawia prawe przednie kopyto, zamierzałam to sprawdzić, gdy nas zarejestruję.
Po wypełnieniu ogromnej liczby papierów skierowałam się w stronę naszego boksu. Zobaczyłam zamieszanie z prawej strony, spojrzałam, a to, co dostrzegłam, sprawiło, że otworzyłam usta, przez co musiałam wyglądać jak ryba, która walczy o oddech. Niedaleko mnie stał nie kto inny jak mój tata.
– Emily – powiedział zdławionym głosem.
– Tato. Co ty tutaj robisz?
Przez krótką chwilę tylko na niego patrzyłam. Bałam się mrugnąć. Bałam się, że jeśli to zrobię, on zniknie.
Przez dwanaście lat przyzwyczaiłam się do pustych trybun. Do tego, że po każdym przejeździe odruchowo szukałam go wzrokiem, choć doskonale wiedziałam, że go tam nie będzie.
A teraz stał przede mną. Był tutaj.
Serce waliło mi tak mocno, że przestałam słyszeć ludzi dookoła, spikera, rżenie koni. Nie słyszałam nawet własnego oddechu.
Widziałam tylko jego.
– To najważniejsze zawody w sezonie. – Uśmiechnął się smutno. – Ominąłem ich tyle, wiem, ale teraz jestem. – Pogładził mnie po policzku.
– Lepiej późno niż wcale.
Chciałam się uśmiechnąć.
Naprawdę.
Ale dolna warga zaczęła mi drżeć i… walczyłam z nią.
Cholera, walczyłam bardziej niż na niejednym parkurze.
Nie chciałam się rozpłakać.
Nie tutaj.
A już na pewno nie teraz.
– Chodź, pokaż mi swojego konia. – Objął mnie ramieniem i skierował się ze mną w stronę drewnianych boksów, które zostały postawione na czas zawodów.
Wokół przechodziło mnóstwo ludzi, który zerkali z zaciekawieniem na mnie i mojego ojca. Musieliśmy wzbudzać niemałe zainteresowanie, bo każdy z okolicy, kto miał ranczo, bydło albo konie, znał mojego ojca.
Gdy oprowadziłam już tatę, udał się do strefy dla rodziny, a ja poszłam założyć białe bryczesy i czarną marynarkę, standardowy strój, w który ubiera się niemal każdy jeździec. Do tego oficerki pod kolano, czarny toczek i byłam gotowa.
Przed wyjazdem na tor sprawdziłam, czy popręg jest dobrze zapięty, czy klacz nie przełożyła języka przez wędzidło, czy napierśnik jest odpowiednio napięty. Po niedawnych ekscesach wolałam z niego nie rezygnować. Przed rozpoczęciem przywitałam się z sędziami i po sygnale rozpoczęłam przejazd.
Już po pierwszych trzech przeszkodach wiedziałam, że nie zdobędziemy dobrego miejsca. Zaliczyliśmy na początku dwie zrzutki, a w najgorszych momentach przejazdu miałyśmy aż trzy. Gdy wykonywałam krzyżówkę i z wachlarza przechodziłyśmy do triplebarra, po dotknięciu kopyt Siblis o ziemię stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewała. Triplebarre osiągnął metr siedemdziesiąt, czyli maksymalną dozwoloną, więc upadek z takiej wysokości musiałby boleć. Właśnie to miałam w głowie, gdy koń z pełną prędkością zrzucił mnie z grzbietu. Przeleciałam nad jego łbem i wpadłam na przeszkodę.
Walczyłam o każdy oddech, czując, że nie mogę poruszyć nogami.
Nie, tylko nie to.
Łzy spływały mi po policzkach, a nade mną pojawił przerażony tata w towarzystwie Sam i ratowników medycznych.
– Emily. – Jeden z medyków dotknął mojego ramienia. – Słyszysz mnie? – Pokiwałam głową. – Czy możesz poruszyć rękoma? – Chociaż wymagało to ode mnie wiele wysiłku, zrobiłam, o co prosił. – Świetnie, a teraz u nóg? – Ponownie zmusiłam się do ruchu, ale marsowa mina, która pojawiła się na twarzy ratownika, sprawiła, że zaczęłam szybciej oddychać. – Porusz nimi jeszcze raz. – Włożyłam w to całą siłę. Widziałam przerażony wzrok mojego taty, gdy zerkał to na mnie, to na ratowników. – Ruszasz? – zapytał, a ja zmarszczyłam brwi.
– T-tak – wysapałam.
– Świetnie ci idzie, Emily. – Drugi ratownik uśmiechnął się pokrzepiająco. – Zabieramy ją do Verde Valley Medical Center.
– Siblis – powiedziałam cicho, patrząc na Sam.
– Zajmę się nią, obiecuję. – Ścisnęła moją dłoń i odeszła.
„Czas gojenia po niestabilnym złamaniu kręgów może trwać do sześciu miesięcy lub dłużej”.
Najdłuższe sześć miesięcy, w których nie żyłam, tylko wegetowałam. Codzienna rehabilitacja, chodzenie o kulach, w usztywniającej ortezie, która utrzymywała mój kręgosłup w odpowiedniej pozycji. Ale nie to w tym było najgorsze. Najgorsze było poczucie porażki. Przez lata, w których jeździłam konno, upadek nigdy nie przytrafił mi się na zawodach. Nigdy też żaden nie był tak groźny jak ten. Złamanie z przemieszczeniem i ucisk na rdzeń kręgowy. Z tego, co mówili lekarze, liczyła się każda chwila. Musieli zmniejszyć ucisk na rdzeń kręgowy, żeby zapobiec paraliżowi.
Mój ojciec się wściekł. Sam mówiła, że chciał się nawet pozbyć Siblis, ale ona mu na to nie pozwoliła. W efekcie zwolnił ją z rancza, ale jako moja przyjaciółka w dalszym ciągu pilnowała mojego konia, wiedząc, że utrata Siblis byłaby dla mnie ciosem prosto w serce.
Chyba nigdy nie widziałam ojca tak przerażonego, a zarazem wściekłego. Po wszystkim okazało się, że ktoś mnie sabotował i poluzował podkowę, więc gwóźdź, którym była przymocowana, mocno uwierał klacz przy każdym lądowaniu. To dlatego po dwóch dniach w końcu się zbuntowała i nie skoczyła. Wcale się jej nie dziwiłam.
Byłam sobą okropnie rozczarowana, bo zanim pojawił się mój tata, miałam sprawdzić jej kopyta, bo przecież kulała, ale rozporoszona kompletnie o tym zapomniałam. Gdyby nie to, od razu wiedziałabym, w czym tkwi problem. Czasu nie cofnę, ale chciałam się dowiedzieć, kto za tym stał. Do mojego konia mało kto zaglądał, bo Siblis potrafiła pokazać charakterek i na przestrzeni lat udowodniła to wszystkim z rancza. Poza tym nikt od nas nie miałby w tym żadnego interesu, przecież nie występowałam przeciwko nim. Wręcz przeciwnie, reprezentowałam wszystkich, więc nie tylko mieli wielu chętnych, którzy chcieli kupować od nas konie, ale też bydło. Napędzałam tę machinę, więc mało prawdopodobne było to, że ktoś od nas zamierzał mnie skrzywdzić. W tym momencie żałowałam, że zwierzęta nie potrafią mówić, wszystko byłoby łatwiejsze.
Wróciłam właśnie z rehabilitacji. Niczego bardziej nie chciałam, jak wsiąść z powrotem na Siblis. Zmierzałam właśnie w kierunku stajni, gdy drogę zagrodził mi tata.
– Skarbie, a ty dokąd? – Od wypadku zdarzało mu się używać względem mnie pieszczotliwych słów, a ja za każdym razem czułam się jak mała dziewczynka, której podarowano cały świat.
– Do stajni. – Starałam się go wyminąć.
– Moglibyśmy porozmawiać? – Odgarnął nerwowym ruchem zmierzwione włosy, które wysunęły mu się spod kapelusza.
– To nie może poczekać do kolacji?
– Niestety, ale nie.
Poczułam skręt w żołądku. Co było takiego ważnego, że nie mogło poczekać do końca dnia?
– Dobrze, w takim razie przejdźmy się na łąkę.
Tak też zrobiliśmy. Powoli, w dziwnym milczeniu spacerowaliśmy po okolicy. Ranczo należało do rodziców mojego taty, później do niego, a że nie było innego spadkobiercy, kiedyś miało przypaść mnie, choć nie bardzo cieszyła mnie myśl, by poświecić się prowadzeniu hodowli bydła. Od zawsze bardziej skupiałam się na koniach i to z nimi chciałam wiązać swoją przyszłość.
Może gdy z czasem hodowcy będą już nieopłacalni, przekształcimy ranczo w szkółkę jeździecką?
Ta myśl krążyła po mojej głowie już od jakiegoś czasu. Z moim nazwiskiem i wielokrotnymi wygranymi w różnych zawodach moglibyśmy stworzyć prestiżowe miejsce, w których szkolilibyśmy następnych mistrzów. Na pewno wielu kolegów po fachu, którzy odeszli na „emeryturę”, byłoby chętnych podjąć się tutaj pracy. Musiałam to przeanalizować i gdy nadejdzie odpowiednia chwila, powiedzieć o tym tacie. Ale zanim do tego dojdzie, należało odbudować reputację i kolejny raz umiejscowić swoje nazwisko w czołówce.
Z tego, co zdążyłam zauważyć, Dean brylował teraz na świeczniku. Gdy przestałam mu zagrażać, zgarniał wiele pierwszych miejsc i nie omieszkał się tym chwalić na prawo i lewo. Po wypadku pojawił się w szpitalu tylko raz. Od tamtego momentu nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu i zdawałam sobie sprawę, że między nami nie było niczego poważnego.
Moje rozmyślania przerwało głośne chrząkniecie taty.
– Jak się czujesz?
Miałam ochotę przewrócić oczami, bo zadawał to pytanie kilka razy dziennie.
– Świetnie, tak samo jak rano podczas śniadania. – Posłałam mu sztuczny uśmiech. – Zarówno lekarz, jak i rehabilitantka dali mi zielone światło. Mogę wracać do siodła.
– No właśnie, jeśli o to chodzi – podrapał się po brodzie – nie chciałbym, żebyś jeździła na tej maszynie do zabijania. Mamy wiele łagodniejszych koni. A jeśli one ci nie odpowiadają, zawsze możemy kupić dla ciebie nowego.
– Tato, to zupełnie tak, jakbyś przesiadł się z Mercedesa do Forda. – Poczułam, jak wzmaga się we mnie gniew. – To, że z niej spadłam, nie było jej winą. Tak w zasadzie nie było nawet moją winą. To się po prostu stało.
– Ale o mało cię nie straciłem – powiedział pełnym bólu głosem.
Czyli to o to chodzi.
– Tato – przystanęłam – Jestem tutaj, cała i zdrowa. I nigdzie się nie wybieram. – Wtuliłam się w niego i wyszeptałam: – Nie opuszczę cię.
– Ale ja cię opuszczę…
Te słowa zmroziły mi krew w żyłach. O czym on, do cholery, mówi?
– Co masz na myśli? – Popatrzyłam w tak dobrze mi znane piwne oczy.
– Mam raka.
Dwa słowa wystarczyły, żeby cały mój świat legł w gruzach. Mój tata, mężczyzna, który całe życie dbał o to, co je, ćwiczył, nigdy nie palił papierosów, jest nieuleczalnie chory. A ja poczułam paraliżującą niemoc.
Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Dwa słowa… Tak krótkie. Tak zwyczajne.
A jednak miałam wrażenie, że właśnie zburzyły cały mój świat.
Patrzyłam na tatę. Poruszał ustami. Mówił coś jeszcze, ale nic do mnie nie docierało.
Słowo „rak” odbijało się od ścian mojego umysłu raz za razem.
Pokręciłam głową.
– Nie. – Tylko tyle potrafiłam powiedzieć. – Nie…
Zaczęłam szybciej oddychać, a świat wokół wirował. Kolana się pode mną ugięły i upadłam na trawę, a każdy oddech był jak ukłucie miliona igieł. Tonęłam i nikt nie był w stanie mnie uratować. Widziałam sylwetkę taty, który kucnął przede mną, lecz obraz się rozmazał, a dudnienie w uszach nabrało na sile. Chyba miałam atak paniki.
Poczułam coś mokrego na twarzy, zaczerpnęłam powietrza i spojrzałam oszołomiona na tatę, który trzymał w dłoni do połowy opróżnioną butelkę wody.
– Nareszcie – westchnął. – Bałem się, że tak ci zostanie.
– To nie czas na żarty, tato! – obruszyłam się. – Przez ciebie o mało nie zeszłam na zawał. – Sięgnęłam po butelkę z jego dłoni i łapczywie wypiłam to, co w niej zostało. – Teraz opowiedz mi wszystko.
– Od jakiegoś czasu miałem drętwienie w karku, nasilające się bóle głowy i senność. – Słuchałam, starając się nawet nie mrugać, żeby nie przeoczyć jakiegoś znaku, który wskaże mi, że nie był ze mną do końca szczery. – Byłem pewny, że po prostu za dużo pracuję i za mało odpoczywam. Ale nic się nie poprawiało, a gdy doszły do tego wymioty i utrata przytomności, postanowiłem, że pojadę do lekarza. – Usiadł koło mnie, patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem. – Lekarze powiedzieli, że mam już przerzuty. Mogliśmy tylko przedłużyć moje życie, ale nikt nie jest w stanie mnie wyleczyć. – Zimny dreszcz przebiegł po moim kręgosłupie. – Gdy lekarz stawiał diagnozę, dawali mi osiem miesięcy, a przy radioterapii mózgu mogłem dostać dodatkowo od trzech do sześciu miesięcy.
– Kiedy się dowiedziałeś? – zapytałam, choć bałam się odpowiedzi.
– Dzień przed twoimi zawodami, przed wypadkiem.
Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. To było sześć miesięcy temu.
Przez sześć miesięcy nosił to wszystko w sobie.
Każdego dnia mierzył się ze świadomością, że umiera.
Ścisnęło mnie w gardle, bo nagle dotarło do mnie coś jeszcze.
Jeśli dowiedział się pół roku temu, to by znaczyło, że… Zostały mu dwa miesiące życia.
– Byłeś na radioterapii? – Cisza, która nastała po moim pytaniu, stanowiła jednocześnie odpowiedź. – Tato… czy byłeś na radioterapii? – Ogarnęła mnie panika.
– Skarbie…
– Nie! – Podniosłam się z trawy, rozglądając gorączkowo dookoła. – Musimy iść umówić cię na wizytę. – Skierowałam się w stronę domu, czekałam, aż tata mnie dogoni, ale gdy zerknęłam za siebie, zobaczyłam, że dalej siedzi na trawie i spogląda w niebo. – TATO!
– Dobrze, córciu, już idę. – Wstał, tracąc przy tym równowagę. Dobiegłam do niego. – To nic takiego, za szybko wstałem.
Oboje wiedzieliśmy, że to kłamstwo, ale żadne z nas nic już nie powiedziało.
Tata zadzwonił do swojego lekarza, który, miałam wrażenie, że odetchnął z ulgą, gdy ten poprosił, aby umówił mu pierwszą radioterapię. Potem powiedział, że idzie się położyć. Odkąd go znałam, nigdy w ciągu dnia nie potrzebował drzemek.
Z uściskiem w żołądku skierowałam się do stajni, osiodłałam Siblis i ile sił w kopytach popędziłam do lasu, który należał do nas. Musiałam uciec przed wszystkim.
Po szalonej jeździe pozwoliłam Siblis zaczerpnąć oddechu i napić się wody z jeziora. Zeszłam z niej i puściłam ją wolno na polanie, a sama upadłam na kolana i ile sił w płucach zaczęłam krzyczeć, starając się wyrzucić z siebie wszystkie emocje.
Ból rozsadzał moją klatkę.
Życie było niesprawiedliwe. Odebrało mi matkę, a teraz chciało zabrać i ojca. Zostanę sama. Bez nikogo. Całkowicie sama.
Tej nocy postanowiłam nie wracać do swojego pokoju. Pościeliłam sobie w boksie Siblis i zasnęłam. Tak też rano znalazł mnie tata.
– Och, kochanie. – Ból w jego głosie na nowo uruchomił potok moich łez.
– Nie możesz mnie zostawić – szepnęłam ochryple. – Najpierw mama, a teraz ty… Przecież nawet nie pamiętam jej głosu. Nie pamiętam, jak pachniała. Nie pamiętam, jak wyglądał jej uśmiech. Wszystkie wspomnienia, które mam… – Załkałam. – Należą do ciebie. Jeśli odejdziesz, nie zostanie mi już nikt, kto pamięta, jaka naprawdę była.
– Nigdy cię nie zostawię, – Objął mnie. – Zawszę będę tutaj. – Postukał w miejsce, gdzie powinno bić moje serce. Teraz miałam wrażenie, że jest tam tylko pustka. – Zawsze będziesz miała mnie przy sobie. Wiem, że nigdy nie byłem dobrym ojcem. – Przełknął gorzko. – Zasługiwałaś na wiele więcej, niż ci dałem. Cholera… – Podrapał się po głowie. – Tak naprawdę byłem gównianym ojcem. Ale chcę to naprawić. – Zerknął na mnie ze strachem. – Chcę te ostatnie miesiące spędzić z tobą, pokazać ci, że kocham cię tak mocno, że czasem mnie to aż boli. – Założył mi kosmyk włosów za ucho. – Jesteś tak bardzo podobna do swojej matki… byłaby z ciebie dumna, skarbie.
Całe życie chciałam usłyszeć te słowa, ale nigdy nie sądziłam, że mój tata powie je zaledwie dzień po tym, gdy oznajmił mi, że za kilka miesięcy umrze… I zabrał wraz z tymi słowami moje serce.
– Tatusiu! – Cichy szept niesie się po sypialni. – Pomóż mi, proszę!
Nigdy tak szybko nie biegłem, ale gdy w grę wchodziło bezpieczeństwo mojego dziecka, byłem w stanie przebiec nawet maraton. Tylko że żaden krok nie przybliżał mnie do mojej córki. Zupełnie jakbym biegł w miejscu.
– Maya! Maya, skarbie! Podejdź do mnie. – Czułem, jak bezsilność ogarnia moje ciało.
– N-nie mam siły. – Spojrzałem na powiększającą się wokół niej kałużę krwi, której jeszcze chwilę temu nie było. – Tatusiu… – Cichy szept wybrzmiał niczym najgłośniejszy krzyk.
– NIE! – krzyknąłem, ale to wszystko na marne. Maya przestała się ruszać. – MAYA!
Tuż zanim wszystko zniknęło, moja córka odwróciła głowę i spojrzała prosto na mnie.
Już nie płakała. Już mnie nie wołała.
Po prostu się uśmiechnęła. Tak samo jak zawsze, kiedy odbierałem ją z przedszkola.
– Kocham cię, tatusiu.
A potem zniknęła. Jakby nigdy jej tam nie było.
Zerwałem się, łapiąc hausty powietrza, gorączkowo rozglądając się dookoła. Byłem w sypialni, którą kiedyś zajmowałem wraz ze zmarłą żoną. Otarłem pot z czoła. To był tylko sen. Już to przeżyłem.
Koszmary pojawiły się od razu po wypadku i od tamtego momentu nie ustąpiły. Zawsze jednak dotyczyły tylko Mai, jeszcze nigdy nie przyśniła mi się Caroline. Podniosłem się z materaca i skierowałem w stronę kuchni. Zegarek na radiu wskazywał piątą czterdzieści pięć. Tej nocy, tak jak każdej innej, spałem cztery godziny. Nigdy dłużej. Żadne leki, które przepisali mi psychiatrzy, na to nie pomagały. Było to minimum, którego potrzebował mój organizm, żeby jakoś funkcjonować, choć dla mnie to i tak bez sensu.
Wyjąłem z lodówki śniadanie. Tequila stała się moim najlepszym przyjacielem, odkąd wyrzuciłem z domu Arię i Connora, którzy przylecieli następnego dnia po wypadku, gdy całe moje życie straciło sens. Nie chciałem, żeby ktokolwiek znajdował się w moim domu. To stwarzało tylko niepotrzebne plotki, a i tak paparazzi ślęczeli pod moim płotem przez niemal pół roku. W końcu chyba się znudzili, bo i tak ani razu nie wyszedłem na zewnątrz.
Nie przejmowałem się szklanką, odkręciłem butelkę i napiłem prosto z niej. Do południa zapewne będzie opróżniona, a ja choć na chwilę wyrzucę z głowy obrazy, które mnie nawiedzały.
W radiu spiker witał wszystkich, którzy właśnie wstają do pracy. Chciałem wyłączyć to ustrojstwo, ale słowa, które padły dalej, zatrzymały mnie w miejscu:
– Dzień dobry o poranku! Z tej strony Philip McGreg, dzisiaj witam was w ten pięknie zapowiadający się dzień. Zapewne każdy z was słyszał o wydarzeniach, które miały miejsce pół roku temu. Znany i wszystkim lubiany Liam Walker wraz z żoną i córką brali udział w groźnym wypadku. Na szczęście dla nas wokalista wyszedł z tego cało. Z przykrością jednak przypominamy, że życie straciła kochająca żona i matka oraz ukochana córka artysty. Łączymy się z nim w bólu. Lecz dziś dotarła do nas informacja, że artysta myśli o wznowieniu tras koncertowych. To dla jego fanów wspaniała wiadomość, każdy wyczekiwał, aż wokalista powróci na deski sceny i odwiedzi miasta, w których czekają na niego dziesiątki tysięcy fanów. Podobno chce to zrobić dla swojej zmarłej córki Mai…
Huk roztrzaskanego radia poniósł się po holu. Dysząc, rozglądałem się, chciałem zniszczyć coś jeszcze. Niewiele myśląc, przewróciłem szklany stolik, który roztrzaskał się w drobny mak. Po chwili dostrzegłem gitarę stojącą w rogu pokoju. Chwyciłem ją w ręce i z całej siły uderzyłem nią o podłogę. Kawałki drewna latały dookoła. Większy wbił się w misia, który należał do Mai. Tego białego króliczka z naderwanym uchem. Maya nie zasypiała bez niego ani jednej nocy.
Patrzyłem na niego, by po chwili podejść i wyciągnąć drzazgę.
Otrzepałem futerko, jakbym naprawdę mógł go jeszcze naprawić.
– Przepraszam…
Nie wiedziałem nawet, do kogo to powiedziałem. Do misia? Do Mai? Czy może do samego siebie?
Gorycz rozlewała się po moich wnętrznościach. Sięgnąłem po przewróconą butelkę, której połowa zwartości wylała się na dywan. Wypiłem pozostałość jednym haustem, zsuwając się po ścianie. Spojrzałem na bałagan, którego narobiłem. Miałem ochotę na więcej. Nie wiedziałem nawet, ile czasu tak siedziałem i podziwiałem swoje dzieło.
W pewnym momencie na moje usta kapnęło coś mokrego i słonego. Łza. Wziąłem drżący oddech, by po chwili wybuchnąć płaczem. Przed oczami przeskakiwały mi klatki, w których byłem szczęśliwy i miałem powód, by żyć. Musiałem z tym skończyć… Tak się nie dało żyć.
Doczołgałem się do łazienki, gdzie znajdowały się wszystkie leki, które w ciągu ostatnich miesięcy przepisywali mi lekarze. Steven, mój manager, sprowadzał ich tutaj, chcąc, jak to mówił, pomóc mi wrócić na odpowiednie tory. Usiadłem na podłodze i oparłem się o wannę.
Drżąc, wysypałem wszystkie tabletki na wnętrze dłoni. Przez chwilę tylko się im przyglądałem.
Było ich tak niewiele. Kilka kolorowych kapsułek. Kilka małych tabletek.
To zabawne. Całe moje życie miało zakończyć się tak niepozornie.
Zacisnąłem dłoń.
Nie bałem się śmierci. Bałem się kolejnego poranka. Kolejnego dnia, w którym obudzę się i przez ułamek sekundy będę wierzył, że wszystko było tylko koszmarem.
Bałem się wejść do pokoju Mai i ponownie zobaczyć idealnie pościelone łóżko.
Bałem się mijać jej zdjęcia.
Bałem się ciszy, która od sześciu miesięcy wypełniała cały dom.
Jeśli po drugiej stronie naprawdę coś istnieje… Jeśli ludzie choć raz mieli rację…
To może ona tam jest.
Może znowu usłyszę, jak woła: „Tatusiu!”.
Może znów wezmę ją na ręce. I może… może tym razem zdążę.
Przymknąłem powieki.
– Idę do ciebie, aniołku. – Wsypałem tabletki do ust.
Czułem, jak po chwili ogarnęła mnie błogość. Na granicy świadomości zauważyłem nad sobą twarz przerażonego Stevena. Musiałem chyba zostawić otwarte drzwi, a może nawet po niego zadzwoniłem? Rozglądał się wokół, zapewne dostrzegł puste butelki walające się dookoła. Mówił coś, ale wszystko brzmiało, jakbym był pod wodą. Uśmiechnąłem się do niego smutno, wiedząc, że to ostatni raz, gdy go widzę.
Już niedługo będę z moim aniołkiem. Będę mógł ponownie wziąć ją w ramiona i usłyszeć jej zaraźliwy śmiech, który za każdym razem sprawiał, że uśmiechałem się od ucha do ucha.
Obraz się rozmazywał, a ostatnim, co dostrzegłem, było coś pomarańczowego pojawiającego się w drzwiach łazienki. Później nastała już tylko cisza i ciemność. Ale mojego aniołka dalej brakowało.
Gdzie jesteś, skarbie?
Przeraźliwe pikanie powodowało pulsujący ból głowy. Otworzyłem oczy, ale jasność, która mnie zaatakowała, zmusiła mnie, bym zamknął je z powrotem. Czułem suchość w ustach. Czyżbym tak bardzo wczoraj zabalował? Co prawda kac w ostatnich miesiącach witał mnie codziennie, lecz tego dnia był jakby… podwojony.
Po dłuższej chwili ponownie uchyliłem powieki, a rozmazany obraz nabrał ostrości.
Jestem w szpitalu. Co się, do cholery, wydarzyło?
Zerknąłem na prawo i dostrzegłem Arię, która opierała się na łóżku i delikatnie pochrapywała. Na jej policzkach widniały ślady łez. Uśmiechnąłem się na jej widok, lecz po chwili mina mi zrzedła.
Wszystko zaczęło wskakiwać na swoje miejsce, a ja przypomniałem sobie, co się wydarzyło. Do czego mogłem doprowadzić. Serce przyspieszyło rytm, co spowodowało głośniejsze pikanie aparatury. Aria poderwała głowę, a ja dopiero teraz zauważyłem jej okrągły brzuszek.
Kurwa, aż tyle mnie ominęło?
