Dziewczyna kłamcy - Catherine Howard - ebook
Opis

Jej pierwsza miłość Will przyznał się do pięciu morderstw. Ale prawda była o wiele gorsza.

Znany seryjny morderca, Will Hurley, ma dziesięć lat do końca wyroku, gdy z Kanału wyłowiono ciało młodej kobiety. Chociaż detektywi podejrzewają, że mają do czynienia z naśladowcą, to zwracają się do Willa o pomoc.. Will twierdzi, że ma informacje potrzebne policji, ale przekaże je tylko jednej osobie - dziewczynie, z którą się umawiał, kiedy popełniał straszne zbrodnie.

Alison Smith spędziła ostatnią dekadę za granicą, odbudowując swe zrujnowane życie i starając się zapomnieć o Irlandii. Ale kiedy dostaje prośbę z policji Dublina, by pomóc w uniknięciu kolejnej bezsensownej okrutnej zbrodni – postanawia stawić czoła przeszłości i mężczyźnie, którego znała – i ciężko pracowała, żeby zapomnieć…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału LIAR’S GIRL

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaMagdalena Wagner

KorektaMarzenna Kłos Ewa Grabowska

Copyright © Catherine Ryan Howard, 2018 Copyright © for the Polish translation by Szymon Kołodziejski, 2019

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected], tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9362-1

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Dla Taty,

Jest sobota, czwarta siedemnaście, kiedy Jen podchodzi do zniszczonej kanapy w domu stojącym gdzieś w Rathmines. To jeden z tych szeregowych domków z czerwonej cegły, który został podzielony na mieszkania udostępniane studentom i pozostawiane na pastwę losu.

On widzi, że jej twarz zdradza zmieszanie, jednak dziewczyna szybko to ukrywa. Jak wiele pamięta? Może członków gangu opuszczających, jeden po drugim, klub na Harcourt Street. Torują sobie drogę przez spocony, pijany tłum. Chwytają za sukienki i szarpią od tyłu za koszule. Może pamięta swoją przyjaciółkę Michelle, ściskającą kurczowo ramię jakiegoś zarywającego do niej kolesia. Mówił, że przenoszą się do kogoś na imprezę, że mogą tam pójść.

– Czyją imprezę? – Usłyszał jej pytanie.

– Jacka! – padła głośno odpowiedź.

Nie było jasne, czy Jen zna Jacka, ale i tak za nimi poszła.

Teraz osuwa się na kanapie, w ciemnym pokoju wypełnionym twarzami, których prawdopodobnie nie rozpoznaje. Cienkie ramiączka czarnej połyskującej sukienki wyróżniają się na tle jej bladej, piegowatej skóry. Makijaż oczu jest niechlujny i rozmazany. Powieki są ciężkie. Głowa lekko przechyla się na bok.

Ktoś głośno przeklina i włącza ostre, palące światło.

Jen mruży oczy i unosi głowę, dopóki jej wzrok nie napotka gołej żarówki zwisającej z sufitu. Przed nią, na podłodze, jakiś koleś szuka czegoś na czworaka. Dziewczyna marszczy brwi.

To miejsce jest ohydne. Dywan jest stary i poplamiony, pełno na nim pokruszonych czipsów, sierści, wdeptanego popiołu z papierosów. Nie stanowi całości – składa się z dużych, luźnych kawałków wystrzępionych i wytartych na końcach. Między nimi prześwituje goła podłoga. Kanapa stoi przodem do kominka, którego komorę zasłonięto zieloną płytą wiórową wyróżniającą się na tle pozostałości jego obramowania w kolorze magnolii. Zupełnie niepasujące tu składane krzesła kempingowe z poszarpanymi poduszkami też ustawiono przodem do kominka. Siedzą na nich trzej faceci, którzy podają sobie skręta.

Druga, mniejsza kanapa stoi na lewo od Jen. Tam siedzi on.

Powietrze jest gęste od dymu, a jedyne okno nie ma ani zasłon, ani żaluzji. Z nagiego szkła spływają krople wody.

On nie może się doczekać, żeby wyjść.

Jen czuje się coraz bardziej niekomfortowo. Marszczy brwi. On obserwuje, jak dziewczyna wciska dłonie między uda i kuli ramiona. Pochyla się na kanapie i intensywnie wpatruje w trzech palaczy, badając ich twarze. Czy zna któregoś z nich? Odwraca się, żeby obejrzeć resztę pokoju...

I nieruchomieje.

Widziała ich.

Na prawo od kominka stoi pożółkła chłodziarko-zamrażarka w amerykańskim stylu, z kolekcją przyczepionych byle jak jaskrawych magnesów. Zbyt duża, by zmieścić się między kominkiem a boczną ścianą.

Jen mruga.

Lodówka w salonie nie jest dla niej czymś niezwykłym. Każdy student szukający mieszkania do wynajęcia w przystępnej cenie w Dublinie szybko odkrywa, że lodówki stojące na środku salonu sąsiadującego z malutką kuchnią są, jak widać, ostatnim krzykiem mody. Ale jeśli Jen znajdzie na tyle siły, by jasno myśleć, zda sobie sprawę, że w tej jest coś bardzo znajomego.

Rozprasza ją chłopak siedzący obok. Wygląda, jakby był w jej wieku, dziewiętnaście lub dwadzieścia lat. Trąca ją i pyta, czy chciałaby kolejnego drinka. Ona nie odpowiada. Za chwilę trąca ją ponownie i tym razem Jen odwraca głowę w jego stronę.

Chłopak kiwa w stronę puszki piwa, którą ona trzyma w prawej dłoni, i bezgłośnie porusza ustami:

– Kolejne?

Jen wygląda na zaskoczoną, widząc w swojej dłoni puszkę piwa. Leniwie ją przechylając, odpowiada coś, co brzmi jak:

– Jeszcze nie dokończyłam tego.

Chłopak wstaje. Ma na sobie zdarte zamszowe buty, dżinsy, rozpiętą koszulę w białe i niebieskie paski i koszulkę pod spodem. Wystaje niewiele, ale zdaje się, że ma nadruk ze znanego plakatu filmowego. Czarno-żółto-czerwony. Gdy chłopak opuszcza pokój, Jen wyciąga się na tej części kanapy, którą zajmował, i układa się do momentu, gdy głowa nie spocznie na poduszce. Zamyka oczy...

Nagle je otwiera. Kładzie dłonie płasko na kanapie, żeby się podnieść. Gapi się na lodówkę.

O to chodzi.

Jej usta powoli się otwierają. Puszka, którą trzymała w dłoni, spada i toczy się pod kanapę. Piwo wylewa się, chlupocząc. Dziewczyna nie schyla się, żeby ją podnieść. Wygląda na to, że nie zdaje sobie sprawy, że puszka upadła.

Chwiejnie wstaje, czeka chwilę, żeby złapać równowagę na wysokich szpilkach. Robi krok do przodu, jeden, drugi, trzeci, w końcu dochodzi do lodówki. Zatrzymuje się i kręci głową, jakby nie mogła uwierzyć w to, co widzi.

I któż mógłby ją za to winić?

W końcu to jej magnesy.

Te, które mama, z zawodu pilotka linii lotniczych, przywoziła jej od czasów dzieciństwa Jen. Różowa wieża Eiffla. Wypukły Wielki Kanion. Opera w Sydney. Koloseum w Rzymie. Gwiazda z Hollywood z imieniem Jen.

Magnesy, które powinny być przyczepione do mikrofalówki w mieszkaniu w Halls, w kuchni, którą dzieli z Michelle. Były tam, kiedy wychodziła z domu tego wieczoru.

Mamrocze coś niezrozumiale, a potem odchodzi od lodówki, zataczając się, i pośpiesznie zmierza w stronę drzwi, żeby opuścić pokój, zostawiając płaszcz i torebkę, które cały ten czas leżały pod nią na kanapie.

Nikt nie zwraca uwagi na jej dziwne wyjście. Uczestnicy imprezy są zbyt pijani, zbyt zjarani albo jedno i drugie. Poza tym jest zbyt ciemno i zbyt późno lub wcześnie, zależnie jak na to spojrzeć. Jeśli ktokolwiek to zauważył i tak się nie zainteresował. On zastanawia się, na ile poczują się winni za kilka dni, kiedy będą zmuszeni przyznać przed Gardaí, jak niewiele wiedzą.

Zanim wstanie, liczy do dziesięciu najwolniej, jak potrafi, bierze płaszcz i torebkę Jen i wychodzi za nią z domu.

Dziewczyna będzie kierowała się w stronę swojego mieszkania. Będzie szła pół godziny, ponieważ nigdy nie łapie taksówek w tej okolicy. Opustoszałe, ciemne ulice, bo to dziwna, najcichsza pora, gdy większość stałych klientów pubów i klubów śpi już w swoich łóżkach, a ranne ptaszki jeszcze się nie obudziły. Jej trasa wiedzie wzdłuż Grand Canal, gdzie ciemna woda wygląda, jakby zrównywała się poziomem z ulicą i gdzie nie ma żadnych barierek ochronnych. Gdzie jest tylko kilka lamp, a odległości między nimi są duże.

On nie może pozwolić, żeby wracała sama. I nie pozwoli, ponieważ jest dżentelmenem, który nie pozwala młodym dziewczynom wracać samym z imprezy do domu. Zwłaszcza gdy wypiły na tyle dużo, by zapomnieć płaszcza, torebki i – podnosi klapkę małej aksamitnej kopertówki i sprawdza, co jest w środku – kluczy, legitymacji studenckiej oraz telefonu.

Chce się upewnić, że Jen o tym wie.

Lubi nazywać się miłym kolesiem.

Ma nadzieję, że ona też go tak nazwie.

Will, obecnie

Słowa wydobywały się z hałasu w tle, powoli budząc zainteresowanie Willa. Przyciągały go, zwracały jego uwagę, dopóki nie zniknęły wszelkie oznaki snu i nie usiadł na łóżku całkowicie obudzony i czujny.

Gardaí poszukują świadków po tym, jak ciało studentki Jennifer Madden z St John’s College zostało wczoraj wczesnym rankiem wyłowione z Grand Canal.

Wiadomość podawała lokalna stacja radiowa; ogólnokrajowa prawdopodobnie przypomniałaby słuchaczom, że Grand Canal znajduje się w Dublinie. Resztę programu informacyjnego zagłuszył piskliwy dźwięk dzwoniącego telefonu.

Zgodnie z przepisami drzwi do pokoju Willa były otwarte. Pochylił się, żeby zobaczyć korytarz. Stanowisko pielęgniarek znajdowało się dokładnie naprzeciwko. Stał przy nim Alek. Jedną ręką przyciskał laminowany identyfikator do piersi, a drugą sięgał przez blat, żeby podnieść słuchawkę telefonu.

W chwili między podniesieniem słuchawki a głosem Alka mówiącego: „oddział trzeci”, Will zdołał usłyszeć urywek wiadomości: „obrażenia głowy”. Natychmiast wstał, próbując zdecydować, co robić.

Zastanawiał się, czy może cokolwiek zrobić.

Niepewny, czy w ogóle powinien.

Postanowił porozmawiać z Alkiem. Byli przyjaciółmi albo przynajmniej kimś, kogo można tak nazwać w tym miejscu. Byli wobec siebie przyjacielscy. Will poczekał, aż pielęgniarz skończy rozmawiać przez telefon i ruszył korytarzem.

– Mój najlepszy kumpel – odezwał się Alek, widząc Willa. – Powiedzieli mi, że śpisz. – Alek jest Polakiem, ale z upływem czasu tracił swój akcent. Pracował tu już od pięciu lat, przez ostatnie cztery na tym oddziale. – Dobrze się czujesz?

– Czytałem – odparł Will. – Widocznie musiałem przysnąć.

– Coś dobrego?

Will wzruszył ramionami.

– Raczej nie, prawda?

Alek podniósł z blatu podkładkę do pisania z klipsem i zaczął przeglądać przyczepiony do niej harmonogram.

– Nie powinieneś być teraz u doktor Cartera?

W radiu podawali prognozę pogody. Przepowiadano wiatr i deszcz. „Zgodnie z tradycją, zażartował głos w radiu, jutrzejsza parada z okazji Dnia Świętego Patryka będzie mokra”.

Will nie zdawał sobie sprawy, że to już jutro. Trudno było ustalić, jaki jest dzień tygodnia, nie mówiąc już o miesiącu.

– Przesunęli sesję na piętnastą – odpowiedział Will. – Myślę, że to ma coś wspólnego z sądem?

Alek podniósł wzrok znad podkładki. Pacjenci nie powinni wiedzieć, co personel robi poza terenem pilnie strzeżonej jednostki, ale Will właśnie wyjawił, że wie.

Jeśli Alek miałby go za to zganić, to była idealna chwila.

Jednak pozwolił tej chwili i naruszeniu zasad odejść w niepamięć.

Traktował Willa inaczej niż pozostałych pacjentów. Podobnie zachowywał się cały personel. Dlatego Will wiedział, że jego psycholożka przed zajęciami miała zeznawać w sądzie. Wymsknęło jej się to pod koniec ostatniej sesji, kiedy informowała go o zmianie terminu, była mniej ostrożna niż podczas zajęć z innymi pacjentami. Doceniał to odmienne traktowanie i nigdy nie brał go za pewnik. Czuł, że wypracował je sobie przez ostatnie dziesięć lat. Nigdy nie sprawiał problemów. Zawsze robił to, co mu kazali.

A teraz musiał zaryzykować, żeby skorzystać z nadarzającej się okazji.

Sprawdził korytarz. Nikogo nie było w pobliżu. Rano zawsze odbywały się zajęcia z psychologami i sesje grupowe. Jego też by tu nie było, gdyby nie wycieczka doktor Carter do sądu.

Znakomita okazja po usłyszeniu wiadomości w radiu.

– Ach, Alek – zaczął. – Radio...

– O cholera. – Alek upuścił podkładkę na blat i obszedł stanowisko, sięgnął do małego odbiornika stojącego na najwyższej półce i go wyłączył. – Przepraszam. Nie to cię obudziło, prawda?

– Nie, nie – odpowiedział Will. – W porządku. Chciałem się tylko zapytać, czy słuchałeś wiadomości? – Alek podejrzliwie uniósł brew. – Wydawało mi się, że słyszałem coś na temat, ach, kanału?

Zapadła cisza. Alek podniósł podkładkę.

– Nie przejmowałbym się tym, stary.

– Wiesz, co się stało?

– Czemu chcesz wiedzieć?

– Tylko tak się zastanawiałem... – Will zrobił przerwę i głośno przełknął ślinę dla mocniejszego efektu. – Czy to było o mnie?

– O tobie? – Alek pokręcił głową. – Nie. Dlaczego tak sądzisz?

– Zbliża się dziesiąta rocznica, prawda? Myślałem, że to może mieć z tym coś wspólnego.

– Nie ma.

– Nie?

– Nie.

– Jesteś pewien?

Alek przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, jakby próbował o czymś zdecydować. Potem westchnął i powiedział: – To stacja Blue FM. Podają wiadomości o dziesiątej. – Spojrzał Willowi w oczy. – Jest prawie trzynasta. Zmienię stację.

– Dzięki – rzekł Will. – Naprawdę...

– Nie dziękuj mi, ponieważ ja tego nie zrobiłem. – Podniósł rękę i ponownie włączył radio. Kręcił gałką, dopóki nie znalazł stacji zapowiadającej popołudniowe wiadomości zaraz po przerwie. Później usiadł za blatem i pchnął w stronę Willa broszurkę o zaletach medytacji mindfulness.

– Przynajmniej udawaj, że ją czytasz.

To był temat dnia.

Tekst z broszurki rozmazywał się przed oczami Willa, gdy wsłuchiwał się w każdy szczegół. Jennifer Madden. Studentka St John’s College. Pierwszego roku, sądząc po wieku. Znaleziona wczoraj w Grand Canal niedaleko stacji Charlemont Luas. Ostatnio widziana sobotniej nocy na domówce w Rathmines. Gardaí mają podejrzenia co do przyczyny jej śmierci. Podobno została uderzona w głowę, zanim wrzucono ją do wody. Każdy, kto ma jakieś informacje, powinien skontaktować się z centrum koordynacyjnym w Harcourt Terrace.

A dzięki informacjom pogodowym Will mógł dodać kolejny szczegół: stało się to kilka dni przed Dniem Świętego Patryka.

Poczuł ulgę.

W końcu, po tych wszystkich latach.

Rychło w czas.

– Alek – powiedział, pochylając się nad blatem. – Muszę porozmawiać z Gardaí. Natychmiast.

Alison, obecnie

Przyszli pod moje drzwi dzień po przyjęciu u Sal.

Wciąż cierpiałam. Przyjęcie odbywało się z okazji Dnia Świętego Patryka na moją cześć jako jedynego irlandzkiego członka grupy. Dobiłyśmy z Sal do tej różnorodnej ekipy, która ustaliła, że będzie się widywać raz na kilka miesięcy po kolei u każdego członka grupy, zwanego głównym organizatorem spotkania. Była stała grupa sześciu czy siedmiu osób, które pojawiały się zawsze, i kilka, które co jakiś czas zaskakiwały nas swoją obecnością. Nazwaliśmy się Unijni, ponieważ mimo że w skład ekipy wchodzili ludzie z dziewięciu krajów, to każdy był oddalony o kilkugodzinną podróż pociągiem lub krótki lot tanimi liniami lotniczymi od naszego nowego domu. Jednym z celów życiowych Sal było infiltrowanie grupy amerykańskich emigrantów w Bredzie i przekonanie ich, żeby dołączyli do naszego gangu.

Przyjechałam wcześniej, żeby pomóc Sal i Dirkowi wszystko przygotować, ale zabroniono mi robić cokolwiek oprócz siedzenia na sofie z kieliszkiem szampana w dłoni, napełnionym czymś, co Instagram nazwał Black Velvet. Wyglądało to trochę jak guinness z bąbelkami. Właściwie nie lubię guinnessa, ale zachowałam tę informację dla siebie. Przypatrywałam się, jak Sal, przypominająca gospodynię domową z lat pięćdziesiątych, w zielonej sukience z paskiem, z ustami umalowanymi jaskrawą czerwoną szminką i ze schludnym blond kokiem, wysypywała na stół dekoracje w krzykliwym kolorze: złote konfetti, tęczowe słomki i serwetki z wizerunkiem leprechauna.

– Szykownie – skomentowałam.

– To nic w porównaniu z tym, co jeszcze było w ofercie – odpowiedziała Sal. – Podziękuj swojemu szczęśliwemu talizmanowi, bo mogłam kupić też czapeczki.

– Wiesz, szczęśliwy talizman to bardziej amerykański wymysł, nie? Płatki śniadaniowe? Raczej tak nie mówimy.

– Teraz czas na lekcję o Dniu Świętego Patryka?

– Nie, poczekam z tym, aż wszyscy dotrą. Muszą to usłyszeć.

Sal przewróciła oczami.

– Zatem jest na co czekać.

– Wciąż nie mogę uwierzyć, że organizujesz przyjęcie – powiedziałam. – Nawet takie z tęczowymi słomkami i skrzatami. Jesteś taka dojrzała.

– Nie przypominaj mi. – Sal przerwała nakrywanie stołu, żeby ocenić swoją pracę. Był przygotowany na dwanaście osób. Imponująca liczba jak na Unijnych. – Mamy w wyposażeniu mieszkania wszystkie sprzęty AGD. Sprzęty AGD. I jeszcze to cholerstwo. – Podniosła lewą rękę, potrząsając serdecznym palcem. Lśniła na nim platynowa obrączka. – Wciąż nie mogę do niej przywyknąć.

Byli małżeństwem dopiero od miesiąca. Lekceważąc tradycję, Sal zdecydowała się na ślub tutaj, zmuszając rodzinę do przyjazdu z Londynu. Jej skóra wciąż była lekko brązowa po miesiącu miodowym spędzonym na Malediwach, a ja ciągle nie przejrzałam wszystkich luksusowych przyborów toaletowych, które zwinęła i przywiozła mi z pięciogwiazdkowego kurortu, gdzie się zatrzymali. Moja suknia druhny nadal wisiała w pralni.

Wtem zabrzmiał dzwonek do drzwi i Sal pospieszyła, żeby otworzyć. Zastanawiałam się, gdzie jest Dirk, a później uświadomiłam sobie, że to on musi być odpowiedzialny za te wszystkie dźwięki dochodzące z kuchni.

Wzięłam nieśmiały łyk drinka i odkryłam, że rzeczywiście smakował jak guinness z bąbelkami. Guinness zmieszany z szampanem. Zbrodnia popełniona na obu alkoholach. Krzywiłam się z powodu kwaśnego smaku, kiedy otworzyły się drzwi do salonu i do środka wszedł atrakcyjny mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Tuż za nim podążała Sal z demonicznym uśmiechem, robiąc w moją stronę wymowne miny za jego plecami.

– To – oznajmiła – jest Stephen.

Wiedziałam, co się święci, zanim zdążyła to powiedzieć: Stephen też był Irlandczykiem. Widać to było po nim. Nie chodzi o rude włosy i piegi, z powodu których jesteśmy znani, tylko o coś mniej stereotypowego, a bardziej realnego – jasna skóra, niebieskie oczy, czarne włosy. Sal znalazła kolejnego obcokrajowca i wyglądała na bardzo podekscytowaną. Wyjaśniła, że to kolega Dirka, że przyjechał dwa tygodnie temu i tak naprawdę nikogo nie znał, więc wciągnęli go do naszej grupy. Spytała, czy nie mam nic przeciwko temu, żeby dzielić z nim tytuł gościa honorowego tego wieczoru. Uświadomiłam sobie dlaczego: znalazła go dla mnie.

Jęcząc w duchu, wstałam, żeby uścisnąć mu dłoń i się przywitać.

– Pijesz? – zapytała go Sal. – Co chcesz?

Stephen popatrzył na mój kieliszek, później na mnie, a ja pokręciłam stanowczo głową, dopóki Sal nie spojrzała.

– Może piwo? – rzekł.

Akcent z południowego Dublina. W naszym wieku, jak mi się wydawało. Trzydziestolatek. I jeśli pracował z Dirkiem w firmie zajmującej się oprogramowaniem, to na pewno jest po studiach...

Wiedziałam, dokąd to zmierza.

Musiałam się skupić, żeby zachować przyjemny wyraz twarzy.

– Nie chcesz tego? – Sal wskazała na mój kieliszek. – To Black Velvet. Pyszny.

– Ja, cóż, nie pijam guinnessa – odpowiedział Stephen. – To dlatego opuściłem Irlandię. Dowiedzieli się.

Zmusiłam się do śmiechu. Sal zrzedła mina, ponieważ, czego ani Stephen, ani ja nie wiedzieliśmy, głównym daniem był irlandzki gulasz z guinnessem.

Zdecydował się na heinekena i Sal poszła go przynieść, zostawiając mnie i Stephena na pastwę pogawędki w stylu: więc, właśnie poznałeś Irlandczyka za granicą. Potwierdził moje przypuszczenia, że pochodzi z południowego Dublina. Dodał, że spędził trzy lata w Abu Zabi i że tym razem stara się uniknąć tego, co zrobił tam, czyli asymilowania się z irlandzkimi emigrantami, bo kończyło się to cotygodniowym uprawianiem sportów GAA[1] i piciem w irlandzkim pubie, który mógłby nosić nazwę „Sześć stopni oddalenia szkolnych przyjaciół Stephena”. Powiedziałam mu, że jestem z Cork, że przyjechałam do Holandii prawie dziesięć lat temu, że pracowałam w biurze podróży i że poznałyśmy się z Sal w pralni naszej studenckiej kwatery w Hadze. Zauważyłyśmy u siebie to samo skonsternowane spojrzenie podczas próby postępowania zgodnie z instrukcją wywieszoną nad maszynami i od tego czasu stałyśmy się przyjaciółkami.

– Nie mów nikomu – powiedział Stephen – ale zajęło mi trzy dni, zanim zdałem sobie sprawę, że ludzie z pracy, mówiąc „den hag”, mają na myśli Hagę.

Uśmiechnęłam się.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 GAA (Gaelic Athletic Asssociation) – organizacja zajmująca się promowaniem sportów gaelickich (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

Podziękowania

Zanim przejdę do podziękowań, zacznę od przeprosin. Dublinie, trochę z Tobą igrałam. Zburzyłam National Print Museum w Beggar’s Bush i w jego miejsce postawiłam fikcyjny uniwersytet. Zmieniłam również nazwę szpitala w Dundrum i zmodernizowałam oddziały. Przepraszam Dublin, miasto, które kocham, i przepraszam każdego Czytelnika, który szukał bramy do St John’s, spacerując po Haddington Road. Nie znajdziecie jej. Znajdziecie za to kawiarnie z białym płotem, a w środku doskonałą kawę.

Przede wszystkim chciałam bardzo podziękować redaktorkom Sarze O’Keefe i Stephanie Glencross, które cierpliwie i profesjonalnie pomagały mi przenieść historię z mojej głowy na papier. Bardzo dziękuję mojej wspaniałej agentce Jane Gregory i wszystkim w Gregory and Company, Corvus Books, Blackstone Publishing oraz Gill Hess. Dziękuję Hazel Gaynor i Sheenie Lambert za gin, skrzydełka i wszystko inne. Dziękuję wszystkim moim ukochanym pisarkom, które bardzo mnie wspierają, są hojne i wyprawiają niesamowite imprezy (patrzę na Ciebie, Carmel Harrington). Bardzo dziękuję wszystkim pisarzom, sprzedawcom, recenzentom i blogerom, którzy wspierali moją poprzednią książkę, szczególnie Liz Nugent, Markowi Edwardsowi, Margaret Madden i każdemu, kogo poznałam na miejscu zbrodni. Dziękuję Ianowi Harrisowi, który prowadził mój Instagram na Irish Book Awards (nawet mimo to, że na kaca proponowałeś sok z liści. Nie, dziękuję...), Andrei Summers, Evie Happel i Michelle Oliver za długą podróż, żeby stawić się na moim książkowym ślubie – to znaczy, hmm, wydaniu książki. Dziękuję też Sheelagh Kelly za wiarę we mnie i dziękuję mojej najwierniejszej i czasami najbardziej krytycznej publiczności: mamie, tacie, Johnowi i Claire.

I oczywiście dziękuję wszystkim za przeczytanie książki.