Dziesiąta ofiara - Ola Kuczyńska - ebook
NOWOŚĆ

Dziesiąta ofiara ebook

Kuczyńska Ola

5,0

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Dziesiąta ofiara

Thriller paranormalny

 

 Redfern od lat spowijają mroczne legendy: o zaginionych ludziach, przeklętej ziemi i duchach, które nigdy nie zaznały spokoju. Mieszkańcy są w szoku po odkryciu, które lokalna policja określa jako jedną z najbardziej makabrycznych zbrodni w historii regionu, gdy w opuszczonej posiadłości pośród lasu odnaleziono dziesięć ciał. Dziewięć z nich nosiło ślady wyjątkowo brutalnych obrażeń. Ofiary były porozrywane, okaleczone, a według wstępnych ustaleń śledczych wszystkie zwłoki pozbawiono serc.

Dziesiąte ciało odnaleziono w kącie tego samego pomieszczenia. Był to młody mężczyzna, Anthony Murray, 21-letni mieszkaniec Redfern, którego powieszono.

Śledztwo trafia w ręce detektywa Eliota Mercera – człowieka naznaczonego stratą, dręczonego przez przeszłość i własne demony. Wśród ofiar znajduje się Tony Murray, który od zawsze widział to, czego inni nie potrafili zobaczyć.

 Im bardziej Mercer zagłębia się w sprawę, tym wyraźniej zaciera się granica między rzeczywistością a koszmarem. Bo pewne sekrety powinny pozostać pogrzebane, a niektóre martwe dusze nigdy nie odchodzą.

 W miejscu, gdzie przeszłość wciąż oddycha, prawda może okazać się bardziej przerażająca niż sama śmierć.

 W Redfern nic nie jest tym, czym się wydaje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 214

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
DomiiZaczytana

Nie oderwiesz się od lektury

o boże jakie to jest dobre to musi zostać wydane formie papierowej ,polecam 🔥
10



Wstęp

Zarówno miejsce akcji – miasteczko Redfern – jak i plemię Nehalem oraz grupa Saliszów, do której należało owo plemię, zostały wymyślone na potrzeby tej historii i nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi wydarzeniami z lat 1876-1877 (Wojna o Black Hills, zwana również Kampanią Little Big Horse). Legendy powstały z luźnych interpretacji prawdziwych podań o indiańskich duchach, nawiedzających amerykańskie ziemie.

„Dziesiąta ofiara”

THRILLER PARANORMALNY

Copyright© Tekst by Ola Kuczyńska

Copyright© Wydawnictwo Golden Wings,

All right reserved, Wodzisław Śląski, 2026

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Joanna Pomarańska, Małgorzata Wiśniewska

Korekta językowa: Joanna Pomarańska, Małgorzata Wiśniewska

Projekt okładki: Anna Jędrzejak www.ankajot.pl

Łamanie i skład: M. Wiśniewska

fabryka-skladu-ksiazki.my.canva.site

Wydanie I

ISBN: 978-83-68598-22-3

Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki w internecie

Wydawnictwo Golden Wings

Wodzisław Śląski

[email protected]

www.wydawnictwo-goldenwings.pl

Prolog

Babcia zawsze powtarzała, żebym nie wierzył w to, co opowiadają ludzie o naszym miasteczku. Połowa mieszkańców piła, druga ćpała i nawet jeśli którakolwiek z tych opowieści była w jakimś stopniu prawdziwa, to rzeczywistość mieszała się w nich z etanolem lub krakiem. Nawet Stary Joe miał przez to nie po kolei w głowie, a przecież niemal wszyscy uważali go za rozsądnego człowieka.

Gdybym rozmawiał częściej z babcią, może opowiedziałaby mi o ludziach cieniach i żywych domach. Być może nie musiałbym odkrywać tej części przypadłości naszej rodziny samodzielnie; byłbym przygotowany na wszystko, co spotkało mnie tamtej jesieni. Być może nigdy bym nie pojechał z Brandonem i znajomymi na wycieczkę. Nie udawałbym, że to, co powiedział Stary Joe, nigdy nie wywarło na mnie wrażenia.

Być może dalej bym żył.

Rozdział 1

Eliot po raz kolejny gwałtownie przewrócił się z boku na bok. Czoło pokryła warstwa potu, oddech przyspieszył niebezpiecznie. Zaciskał dłonie na zapoconej pościeli. Z ust mężczyzny wyrwał się spazmatyczny jęk.

Biegł, ile miał sił w nogach. Uciekał, choć sam do końca nie wiedział przed czym. Przeraźliwe szepty kazały mu się schować. Tylko gdzie? Korytarz ciągnął się przez wiele kilometrów, a po drzwiach nie było nawet śladu!

Czuł na plecach mrożący krew w żyłach wzrok. Bał się spojrzeć przez ramię. Nie wiedział, co za czort się go uczepił, kiedy jednak tylko myślał o tym, by to sprawdzić, coś ciężkiego osiadało na jego barkach.

Mocne pchnięcie nadeszło z prawej strony. Nie spodziewał się tego – jego ramienia dotknęły oślizgłe macki. Krzyknął przeraźliwie. Stanął w przejściu. Jego klatka piersiowa falowała przy każdym wdechu. Eliot próbował opanować emocje, zdusić adrenalinę kotłującą się w żyłach. Przełknął ślinę; długi bieg sprawił, że zaschło mu w ustach.

Rozejrzał się, mrużąc oczy. Ciemność przełamywała mdła łuna światła zza brudnego, wysokiego okna. Powoli jego wzrok przyzwyczajał się do panującego mroku. Pomieszczenie nabierało kształtów, choć Eliot miał wrażenie, że wciąż było lekko zakrzywione. Zrobił krok, drugi. Szurał podeszwami butów po zakurzonej podłodze. Gruz pod stopami wydawał nieprzyjemny dźwięk, gdy turlał się po drewnianych deskach.

Zatrzymał się w połowie drogi. Zmarszczył brwi. Wydawało mu się, że coś ogromnego leżało pod przeciwną ścianą. Próbował dostrzec, czym jest ten kształt.

Musiał mieć przywidzenia. Człowiek? Tak, najwidoczniej to człowiek. Poruszył ramionami i uniósł nieznacznie głowę. Białka odcinały się wyraziście na tle ciemności.

– Nie żyją – szepnęła postać, choć Eliotowi wydawało się, że ten dźwięk rozszedł się echem po wysokim sklepieniu.

– Co?

Eliot odwrócił się gwałtownie. Żołądek podjechał mu do przełyku, lecz za plecami nie zastał nikogo. Woń rozkładu uderzyła w jego nozdrza. Stęchlizna i zapach pleśni mieszały się nieprzyjemnie z charakterystycznym zgniłym filmem. Kurz szczypał w oczy, nie miał jednak odwagi sięgnąć do nich ręką, by je przetrzeć.

– Wszyscy nie żyją.

Zrobił kolejny obrót. Nie panował już nad oddechem. Ciepły obłoczek wydobył się z jego ust. Nagle zrobiło się niesamowicie zimno; jego kark owiał chłód. Eliot zadrżał – kolejny lodowaty podmuch niemal wżarł mu się w kości.

– NIE ŻYJĄ!

***

Eliot zerwał się do pozycji siedzącej, wyrwany z koszmaru przez dźwięk wibrującej komórki. Mokre włosy przykleiły się do jego czoła, tak samo jak koszulka do pleców. Serce waliło szaleńczo, oddech rwał się spazmatycznie, a suchość w przełyku drażniła niemiłosiernie.

Sięgnął po urządzenie. Rozwarł oczy szeroko, widząc swoją drżącą dłoń. Nie zastanawiając się nad tym dłużej, odebrał połączenie.

– Mercer – odezwał się ktoś po drugiej stronie. – Obudziłem cię?

Eliot spojrzał na zegarek. Trzecia trzydzieści.

– Absolutnie – mruknął wciąż zachrypniętym głosem. Odchrząknął, chciał pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia drapania. – Co tam się urodziło, Mike?

– Gruba sprawa. – Mike sapnął do słuchawki. Oczami wyobraźni Eliot widział, jak przełożony poprawia się na fotelu. – Twoja ostatnia szansa.

Mercer zacisnął usta w wąską linię. Który już raz Hardy mówił, że to jego ostatnia szansa? Ile jeszcze będzie ich miał? Jedyne, czego chciał, to świętego spokoju, szczególnie tego poranka. Kac już pukał w zroszone potem skronie. Najchętniej położyłby się z powrotem spać.

Zamiast tego odrzucił kołdrę na bok i ruszył do kuchni.

– No dawaj – powiedział, zduszając w sobie frustrację i ponure myśli. Włączył światło i rozejrzał się po ciasnej przestrzeni. Pusta butelka po burbonie łypała złowrogo w jego stronę.

– Dziesięć ciał w środku lasu – kontynuował Mike. Fotel, na którym siedział, zaskrzypiał w tle. – Żadnych świadków, nikt nie wie, co się stało. Studenciki z kempingu zadzwoniły po naszych, bo usłyszeli wrzaski.

– Ciekawe.

Nie żyją.

Złośliwy głosik w głowie mężczyzny przypomniał mu o śnie. Pokręcił głową, chciał odpędzić od siebie nieprzyjemne wspomnienie.

– A jakże. Weź to.

– Chyba żartujesz. – Eliot wyciągnął szklankę z szafki i nalał do niej wody z kranu. – Mike, od mojej ostatniej sprawy minęło naprawdę dużo czasu. Poza tym…

– Wiem i jak nie wrócisz do tego, to będę musiał cię wylać albo zdegradować do patrolowania ulic. – Zaległa wymowna cisza. Eliot zacisnął mocno palce na szkle. – To naprawdę ostatnia szansa, detektywie Mercer.

Eliot westchnął przeciągle. Rozejrzał się po zabałaganionym blacie, jakby szukał odpowiedzi, nie znalazł jednak nic więcej, oprócz kilku brudnych talerzy i pudełek po lasagne i pizzy. Cisza po drugiej stronie połączenia zaczynała mu ciążyć.

– Wyślij adres.

Rozłączył się, zanim Mike dodał coś więcej. Wolał nie kusić losu. Jeszcze chwila, a powiedziałby, że ma to gdzieś. Przecież nie mógł tego zrobić. Obiecał Alice, że odnajdzie jej mordercę; do tego potrzebował odpowiednich narzędzi i czasu.

Niestety stał w miejscu.

Zatracił się w tym, od pięciu lat nie zrobił żadnego postępu. Całymi dniami przesiadywał w biurze i wpatrywał się w ścianę z poszlakami. Dobiegł do muru, którego nie był w stanie przebić w żaden sposób. Przynajmniej nie teraz.

Spojrzał raz jeszcze na pustą flaszkę. Alkohol przyćmiewał jasność umysłu, dlatego tak źle mu szło. Nie mógł odpuścić. Tymczasem rozpacz wciąż rozrywała jego serce. Nie zasnąłby, gdyby się nie napił. Mimo to znów dręczyły go koszmary. Widocznie uchlał się za słabo.

Oparł dłonie o blat. Spojrzał na krajobraz za oknem. Ulicę oświetlała zardzewiała latarnia. Pęknięcia w jezdni odcinały się wyraźnie od mokrej nawierzchni. Ta błyszczała wściekle, niemal oślepiała Eliota, dlatego szukał czegoś mniej krzyczącego. Niefortunnie skupił spojrzenie na czarnych niczym otchłań rysach. Im dłużej na nie patrzył, tym bardziej się poruszały, gotowały, wiły jak wściekłe węże w pułapce, by po chwili wylać się niczym posoka.

Jak ta z pękniętej czaszki Alice, kiedy ją znalazł.

Wyprostował się, klnąc pod nosem siarczyście. Zaczął nerwowo kręcić się po kuchni i zbierać puste opakowania i butelki. Musiał skończyć z tym gównem. Frank powtarzał mu to od dawna, a on, zamiast posłuchać przyjaciela, brnął w to mocniej. Byleby uciszyć ból.

W samym Redfern niewiele się działo, tym bardziej na przedmieściach wiało nudą. Eliot wolał zostać w centrum, jednak Alice się uparła, by przenieść się w spokojniejsze miejsce. Gdyby mógł, cofnąłby czas i zdecydował się na ten ruch dużo wcześniej. Być może wtedy uniknęłaby śmierci.

Komórka znów zawibrowała. Eliot spojrzał na jasny wyświetlacz. Mógł to zignorować, powiedzieć, że zasnął, nie słyszał powiadomienia. Ból uciskał skronie coraz bardziej, niósł się dalej, obejmował oczodoły i potylicę w zastraszającym tempie. Kusił, obiecywał, że jeśli Eliot się położy z powrotem do łóżka, odpuści i nie wróci rano.

Detektyw sięgnął do szuflady, wyjął leki przeciwbólowe i łyknął jedną tabletkę. Od miejsca zdarzenia dzieliło go czterdzieści minut jazdy, tak przynajmniej zakładał. Opuszczonych posiadłości wokół Redfern było sporo, ale tylko kilka znajdowało się niedaleko pola kempingowego.

Redfern jak na miasto średniej wielkości posiadało całkiem spory odsetek morderstw. Zgłoszenia o zabójstwach, samobójstwach i niewyjaśnionych zniknięciach były na porządku dziennym. Nikogo nie dziwiły, nie wywoływały sensacji. Odcięte od świata szeroką połacią lasu z jednej strony i górami z drugiej niemal błagało o kłopoty, niesnaski i nieporozumienia. Młodzi wyjeżdżali, gdy tylko dostawali taką możliwość. Wielu nie wracało albo robiło to niechętnie. Starsi włóczyli się po ulicach z braku lepszych zajęć, choć miasto oferowało cały wachlarz aktywności. Woleli snuć opowieści o dawnych czasach, mieszać historię z legendami i częstować nimi przejezdnych, którzy zatrzymywali się w Redfern przed dotarciem do rezerwatu na północy.

Tak, Redfern nie było przyjaznym miejscem. Widma przeszłości wisiały nad miastem niczym ciemny, ciężki płaszcz. Rozciągała się nad nim złowroga aura, a legendy o duchach i demonach skutecznie odstraszały obcych. Niektórzy przypisywali zniknięcia właśnie tym legendom, jednak Eliot – pracując w policji – doskonale wiedział, że to ludzie z krwi i kości dokonywali wszystkich złych uczynków.

***

Zanim dojechał na miejsce, niebo zaczęło przybierać szarawą barwę. Droga przez las coraz mniej straszyła wszechogarniającym mrokiem, poruszane wiatrem gałązki przestały przyprawiać detektywa o nieprzyjemne dreszcze. Eliot nie był do końca pewny, czy to pokłosie koszmaru, którego doświadczył, czy zaczynał mieć halucynacje ze zmęczenia.

Przecież nie wierzył w te głupie bajki o nieszczęśliwych duszach indiańskich plemion, które zamieszkiwały niegdyś tereny Redfern. A mimo to miał wrażenie, że między omszałymi konarami drzew kryły się cienie o ludzkich kształtach. Łypały na niego złowrogo pustymi, wypranymi z emocji oczami. Pokazywały ostre zęby, szczerzyły się złośliwie, jakby czekały tylko, aż straci czujność.

Eliot docisnął pedał gazu. Samochód szarpnął do przodu, wzbijając przy tym tumany kurzu. Spojrzał w lusterko wsteczne na pustą drogę. Westchnął z ulgą, po czym pokręcił głową z niedowierzaniem. Jak mógł w ogóle wpędzić się w zakamarki takich myśli?

Odbił w wąską ścieżkę między świerkami. Żółte i brązowe liście krzewów wyraźnie odcinały się na tle ciemnozielonego lasu. Eliot uchylił lekko okno i zaciągnął się zapachem. Woń lata powoli ustępowała cięższym, wilgotnym jesiennym akcentom. Rosa nie była już taka orzeźwiająca, ciężko osiadała na podstarzałej ściółce, wydobywała ziemisty zapach spod wijących się korzeni i połamanych gałęzi.

Eliot dostrzegł w oddali migające światła policyjnego radiowozu. Niebieskie i czerwone smugi odbijały się na przemian od mokrej kory. Wyjechał spomiędzy gęstwiny. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to grupka gapiów z pobliskiego kempingu. Część wciąż miała na sobie kilka warstw ubrań, jakby zostali wyrwani ze spokojnego snu. Żółto-czarna taśma wyznaczała miejsce, do którego mogli podejść, choć Eliot zastanawiał się, co takiego zdołaliby zobaczyć z tej odległości.

Brnął dalej między policyjne samochody. Kiwał głową do rozstawionych w równych odstępach funkcjonariuszy. Połowę znał tylko z widzenia, drugą kojarzył, ale nie był w stanie przypomnieć sobie ich imion. Minęło sporo lat, odkąd pracował w drogówce.

Zatrzymał pojazd niedaleko ścieżki po drugiej stronie pola namiotowego. Wysiadł i owinął się szczelniej prochowcem. Rześkie powietrze wdarło się pod poły płaszcza, sprawiając, że jego ciało pokryła gęsia skórka. Mimo że lato wciąż hulało w najlepsze, poranki były zdecydowanie chłodniejsze niż w sierpniu.

Mercer wyciągnął odznakę z wewnętrznej kieszeni. Okazał ją policjantowi stojącemu przy wjeździe, zanim ten o nią poprosił. Poszedł w głąb gęstego boru, gdzie zapach iglaków stał się intensywniejszy. Eliot zmarszczył nos. Woń przeplatała się z czymś jeszcze, czymś słodko-gorzkim, co całkowicie nie pasowało do wysokich świerków i sosen.

Minął samochód techników i służbowy pojazd detektywa naczelnego miasta Redfern. Rozejrzał się dookoła. Posesję od reszty lasu odgradzał wysoki, popękany mur. Bluszcz wił się dziko na całej długości, tylko gdzieniegdzie prześwitywał odpryśnięty tynk i czerwone cegłówki. Eliot miał ochotę gwizdnąć z podziwu. Właściciele musieli postawić ogrodzenie bardzo dawno temu, już od dekad nie budowano takich fortec jak ta.

Dom przyprawiał o dreszcze. Masywna budowla chyliła się nieznacznie do przodu, jakby miała za chwilę się wywrócić. Okiennice wisiały smutno na pojedynczych zawiasach; wystarczyłby silniejszy podmuch wiatru i pozbawiłby posesji misternie zdobionych ozdób. Natura zrobiła z nim, co chciała. Mech, bluszcz i krzewy śmiało porastały ściany, wżerały się między deski i pęknięcia. Wszystko skrzypiało, ostrzegało, że jeden zły ruch i konstrukcja lada chwila się zawali.

Cóż – pomyślał Eliot – tym dzieciakom chyba to nie przeszkadzało.

Mrowie ludzi w kombinezonach, kaftanach i ochraniaczach na butach uwijało się przy zbieraniu dowodów. Detektyw Gregory Stanford stał przy balustradzie u wzniesienia schodów i rozmawiał z jednym z techników. Odwrócił głowę w stronę Eliota, kiedy zaskrzypiał pierwszy schodek.

– Mercer! – Uśmiechnął się szeroko na widok przyjaciela. – W końcu jesteś.

– Jakżeby inaczej. – Eliot podał mu rękę.

Greg sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął paczkę fajek.

– Chcesz?

– Nie palę od pięciu lat – odparł Mercer. Przyjaciel wzruszył jedynie ramionami i wpakował filtr papierosa do ust. Eliot spojrzał na wejście do domu. – Co tam się wydarzyło?

– Krew i flaki. – Greg wypuścił spomiędzy warg kłąb szarego dymu. – Jeśli nie zaatakowała ich puma, to nie wiem. Może duchy?

Eliot uniósł brew.

– Serio, Stanford?

– Nie mam pojęcia. Wiesz, że to miasto jest nafaszerowane złą energią. – Greg zgniótł peta o szary filar. Ruchem ręki zachęcił Eliota do wejścia do środka. Przeszli przez wysokie dwuskrzydłowe drzwi w rzeźbione, finezyjne wzory. Musieli uważać na kable pociągnięte przez całą długość korytarza. Światło lamp halogenowych oświetlało każdy zakamarek dawnej kuchni i salonu leżącego po przeciwległej stronie.

Eliot stanął jak wryty, gdy dostrzegł obszerny rozbryzg szkarłatnej posoki na ścianie. Świeża, wciąż robiła zacieki i zbierała się w ogromną kałużę na posadzce. Mercer przełknął głośno ślinę. Niemiłosiernie drapało go w gardle, niemal w jednej chwili wysechło na wiór. Wytarł spocone ręce w klapy płaszcza, po czym ruszył przed siebie, choć całe jego ciało krzyczało, by odwrócił się na pięcie i odszedł stąd jak najdalej.

Detektyw Mercer przymykał powieki za każdym razem, kiedy błyskał flesz aparatu. Wciąż nie dowierzał. Przecierał oczy w szoku, zastanawiał się, czy to przypadkiem nie był kolejny koszmar. Poczucie odrealnienia i déjà vu przeszyło go na wskroś. Woń wilgoci i stęchlizny ponownie wżarła się w jego nozdrza. Odpędził wspomnienie koszmaru, a przynajmniej się starał, choć wszystko wskazywało na to, że właśnie ten pokój śnił się Eliotowi.

Część ciał spoczywała w czarnych workach. Reszta czekała na swoją kolej, aż technicy wykonają pracę. Mercer właściwie nie wiedział, co sądzić. Wyglądało to na atak zwierzęcia lub kilku, bo jedno nie byłoby w stanie rozszarpać dziewięciu osób naraz. Ostatnia śmierć nie pasowała do całego makabrycznego obrazka.

Młody chłopak wisiał na prześcieradle w rogu pokoju. Strużka krwi spływała z rozwartych, spierzchniętych ust, a napuchnięte język i wargi wydawały się niemal rybie. Zaszklone gałki wylazły z oczodołów. Eliot czuł przerażenie chłopaka. Wyzierało z każdego kawałka sinej skóry. Zjechał spojrzeniem niżej, na ubranie przyklejone do młodego ciała. Nasiąknięte posoką do granic możliwości pozbywało się nadmiaru soczystymi kroplami. Odbijały się echem od sklepienia czaszki Eliota, wżerały się w podświadomość bez litości.

Kap. Kap. Kap.

– Co tu się… – wyjąkał, wodząc spojrzeniem po makabrycznym obrazku.

– Przerażające, co? – Stanford podał mu rękawiczki. Również takie założył. – Tony Murray, lat dwadzieścia jeden. Przyjechał na przerwę międzysemestralną z Waszyngtonu. – Wskazał czarny worek z oznaczeniem numer jeden. – To prawdopodobnie jego starszy brat, Brandon. Taka sama sytuacja. Elisabeth Andrews, Emery Macallen, Victoria Crowley, Michael Crowley, Luc Montgomery – wskazywał kolejne worki i ciała palcem – Dominic Santiago, Paul Santiago i Josh Kingsley. Nie jestem pewny, czy w takiej kolejności. Bez sekcji trudno stwierdzić, kto jest kim. Dobrze, że mieli przy sobie legitymacje. Jak do tego dojdziemy, który to który, to powiadomimy bliskich.

– Ja pierdolę – sapnął Eliot. Zachwiał się, jednak Greg złapał go pod ramię i pomógł utrzymać równowagę. Mercer już dawno nie widział takiej rzezi. Ba! W całej swojej karierze czegoś takiego nie oglądał!

– Żebyś wiedział. – Stanford wyciągnął notatnik z kieszeni, przekartkował go, po czym przeleciał wzrokiem po zapisanej stronie. – Według świadków nikogo oprócz nich tam nie było. Nikt też nie wchodził do tego domu. Bali się.

– Czyli co? Dostałem sprawę wściekłego niedźwiedzia? – Eliot podrapał się po karku.

– Technicy mówią, że to ten dzieciak. – Wskazał głową na wisielca. – Na pierwszy rzut oka rany wyglądają na szarpane przez ludzkie palce, ale nie jestem do końca pewny, czy zrobiłby to samodzielnie.

– Greg, o czym ty do mnie mówisz? Chyba nie zamierzasz mi wcisnąć historii o wściekłych duchach lasu?

– Nie zamierzam! – Stanford uniósł ręce. – Ale to miejsce jest przesiąknięte złą energią, już wspominałem. Nie będę igrał z siłami wyższymi.

Eliot zlustrował go od góry do dołu zdegustowanym spojrzeniem. Nie był w stanie zrozumieć, jak dorosły facet, pracujący na tak poważnym stanowisku, może wierzyć w zjawiska nadprzyrodzone i na tej podstawie decydować o tym, czy weźmie jakąś sprawę, czy nie. Niedorzeczne. Totalny idiotyzm.

No debil.

Mercer od dawna nie wierzył w bajki i legendy, które opowiadali dziadkowie, gdy był dzieckiem. Dorósł. Zrozumiał, że służyły jedynie do straszenia i skutecznie powstrzymywały małego Eliota od kręcenia się po pobliskich lasach. Owszem, były niebezpieczne, ale nie dlatego, że grasowały w nich zjawy i udręczone dusze. Dookoła Redfern znajdowało się kilka opuszczonych kopalni i wystarczył jeden niefortunny krok, by wpaść w nieoznakowany szyb i zakończyć swój żywot.

Widocznie te dzieciaki niezbyt uważnie słuchały opowiadań babć i dziadków.

Rozdział 2

Wpis z dziennika Tony’ego Murraya

Wracanie do rodzinnego domu, kiedy nie chce się do niego wracać, to jak jedzenie brukselki do obiadu. Nie lubisz, ale musisz.

Nie wiem, czy byłem taki głupi, czy może podświadomie wyjątkowo mocno ufałem tej starej wariatce, że wakacje w Redfern dobrze mi zrobią, ale kiedy tylko przekroczyłem próg stacji kolejowej, od razu tego pożałowałem.

Zapach rozkładu unosił się w powietrzu. Obok każdego stał jakiś Przylepiec. Przy niektórych nawet dwa. Zacząłem nadawać nazwy tym wynaturzeniom. Psychiatra powiedziała, że to sprawi, że przestanę się ich bać i w końcu znikną.

Gówno prawda.

Zrobiło się co najwyżej trochę zabawniej. Te zjawy tylko się złościły, kiedy je tak nazywałem, ale nic nie były w stanie zrobić. Bo kto by ich wtedy słuchał? Nikt nie był na tyle głupi, by gadać z wymysłami. Oprócz mnie. Pieprzony wariat. Świr Tony.

Wróć. Psychiatra zabroniła tak o sobie mówić.

Nie wiem, dlaczego zgodziłem się na powrót. Nie mam pojęcia, dlaczego powiedziałem, że będę prowadził ten dziennik. Nie przemawia do mnie to pompatyczne oczyszczenie, o którym gadała ta stara baba. Przeleję tę frustrację na papier i co? To nie sprawi nagle, że przestanę mieć halucynacje! Może później po kryjomu zabierze mi ten zeszyt, przeczyta to wszystko i wciśnie mi kit o schizofrenii? Może zamkną mnie w końcu w jakimś psychiatryku, w pokoju bez klamek i w kaftanie. Może wreszcie się to wszystko skończy?

Marzyłem o tym, by przestać zauważać te wszystkie trupy. Im starszy byłem, tym więcej się ich pojawiało w polu mojego widzenia. Coraz częściej mi się przyglądały, coraz częściej uśmiechały, wykrzywiały sine usta w karykaturalnych grymasach i wytrzeszczały oczy, jeśli je miały. Zwykle nie.

W Waszyngtonie było łatwiej. Lepiej. Te gnoje nie zniknęły całkowicie, ale było ich zdecydowanie mniej niż w Redfern. Naprawdę jakiś szaman musiał przekląć te ziemie, nie widziałem innego wytłumaczenia na gigantyczną liczbę Martwych Ludzi na jednym metrze kwadratowym. Może przesadzam, może wyolbrzymiam. Te złamasy niszczą mi życie od lat. Cały czas szepczą, syczą do ucha, nie dają spać. Marudzą, złoszczą się, kiedy staram się nie zwracać na nich uwagi. Skutecznie da się je ignorować przez góra piętnaście minut, później stają się nie do zniesienia.

Kiedyś spotkałem w parku Przylepca Josha Kingsleya. Nie wiem, jak to zrobił, że go zgubił, ale miał gość farta. Niepotrzebnie zareagowałem, ale tamten dzieciak na pierwszy rzut oka nie wyglądał na umarlaka. To zbiło mnie z pantałyku. Może zmarł niedawno? Nie miałem pojęcia, nigdy nie pytałem żadnego Przylepca o to, jak umarł. Może to był błąd? Och, ale zbaczam z tematu. W każdym razie spotkałem Przylepca Josha Kingsleya.

– Widziałeś Josha, Tony? – zapytał cieniutkim głosem. Wyglądał na niespełna dwanaście lat, sam nie byłem pewnie od niego starszy. Nie pamiętałem go ze swojej szkoły, więc pewnie chodził do tej drugiej, dla czubków.

– Nie – odparłem zgodnie z prawdą. Dzieciak miał wyjątkowo sine usta i to sprawiło, że w mojej głowie zaczęła palić się czerwona lampka. – Może jest na skateparku?

– Byłem tam i go nie ma. – Tupnął nogą tak mocno, że jego głowa dziwnie podskoczyła. Przysięgam, jakby oderwała się od reszty ciała! – Pomożesz mi go znaleźć, Tony?

Pokręciłem głową. Miałem ochotę podrapać się po szyi przez to, co stało się z jego bańką, jednak się powstrzymałem. Wróciłem do rozwiązywania zadań z algebry. Przylepiec rozejrzał się nerwowo. Kątem oka widziałem, jak wycierał dłonie w spodnie, oddychał coraz szybciej, ale nie chciałem go prowokować nawet patrzeniem. Liczyłem, że szybko sobie pójdzie.

– No, pomóż mi go znaleźć, Tony – poprosił po raz kolejny, a ja twardo milczałem. Dotarła do mnie woń rozkładu, ale wymieszana z czymś jeszcze, czego w tamtej chwili nie potrafiłem określić. To dało mi do myślenia. Tak samo cuchnęła ta dziewczyna z naszego salonu i Przylepiec starego Joe. – Pomożesz, Tony?

Zrobił krok w moją stronę. Spiąłem się cały. Nie cierpiałem, kiedy próbowały mnie dotykać, ale ten trup musiał być serio świeży, skoro nie wiedział, że zwyczajnie nie mógł tego zrobić. To podobno kurewsko je boli. Babcia tak mówiła, kiedy chciała mnie uspokoić.

Atmosfera stawała się coraz cięższa. Czułem tę gromadzącą się wokół nas energię. Osiadała ciężko na ramionach i przygniatała do ziemi, ale chyba tylko mnie.

– Pomożesz mi, Tony?

Przełknąłem ślinę, ale nie dałem się sprowokować. Zacisnąłem mocniej palce na zeszycie i zmarszczyłem brwi. Brałem głębokie, powolne wdechy, czułem, jak moje serce przyspiesza. Musiałem się uspokoić, zachować zimną krew. W innym wypadku wlazłby mi na głowę i zamiast się uczyć, łaziłbym z nim i szukał Josha.

Nawet go nie lubiłem.

Udawałem, że nie widzę Przylepca, a on denerwował się coraz bardziej. Znałem już ten schemat. Taki umarlak wkurzał się, że go ignorowałem, zaczynał wrzeszczeć, aż przychodziły inne zjawy, by go uciszyć. Bułka z masłem. Wystarczyło wytrzymać.

– POMÓŻ MI, TONY! – Nie, jeszcze nie wrzeszczał, podniósł tylko ton. Musiał się wkurzyć bardziej. Tylko wtedy ingerowały inne umarlaki. Ledwie opanowywałem drżenie ciała, ale musiałem wytrzymać i nie dać po sobie poznać, że nadal go widzę i słyszę. Tylko tyle wystarczyło. Wytrzymać.

A ja tak kurewsko się bałem.

Jakby wraz ze złością Przylepca rezonowało całe otoczenie. Jakby wysysał tlen w promieniu kilkunastu metrów. Największy problem polegał na tym, że nie dało się od nich uciec. Kiedy taki się przyczepił, łaził za mną dotąd, aż spełniłem jego prośbę. Na szczęście nie właziły do kościoła, dlatego często tam się chowałem. Pastor Kenneth zapytał mnie raz, czy czuję powołanie, skoro przychodzę tak często. A ja chciałem tylko pozbyć się tych umarlaków!

Przylepiec cały czas prosił o pomoc. Coraz agresywniej, w coraz mocniejszych słowach. Zbliżył się i pochylił tak, by nasze oczy były na tej samej wysokości. Zacisnąłem mocno zęby, treść żołądka podjechała mi do gardła i ostatkiem sił powstrzymywałem odruch wymiotny wywołany wonią rozkładu. Z tej odległości doskonale widziałem opuchliznę na jego obliczu i cienką, nadgniłą linię w poprzek szyi. Rana poszerzała się za każdym razem, kiedy otwierał usta.

Nie mogłem odwrócić wzroku od tego cięcia. Było tak precyzyjne, że aż niemożliwe. Do dzisiaj martwi mnie chora fascynacja, z jaką się w nią wpatrywałem. Widziałem drobne pęknięcia dookoła, odciśnięte palce poniżej sznyty. Wyraźnie odcinały się od pobladłej, szarosinej skóry. Im bliżej mnie stał, tym mniej przypominał żywego człowieka i już byłem pewny, że to Przylepiec.

Pomóż mi. Pomóż mi. Pomóż mi. Pomóż. Pomóż. POMÓŻ!!!

To było dawno. Inne Przylepce zabrały tego dzieciaka i ucichł. Jednak te słowa do dziś huczą w mojej głowie, głównie nocą. Męczą w koszmarach, przeplatane innymi, dużo brutalniejszymi wizjami. Wydaje mi się, że to przez opowieści mojej babci. Nie słuchałem jej szczególnie uważnie, bo byłem dzieciakiem, ale na pewno miały wpływ na to, jak postrzegam teraz Redfern. Pięciolatkowi raczej nie zrobiło dobrze słuchanie o tym, jak te ziemie spłynęły krwią rdzennych mieszkańców Oregonu. Co to, to nie.

Jednak coś w tym musiało być. Redfern nafaszerowane było dziwnymi zjawiskami, niewyjaśnionymi zaginięciami i obrzydliwie wysoką liczbą dokonanych zbrodni. Ojciec śmiał się nie raz, czytając gazety, że ktoś przeklął te ziemie. Jakiś szaman z plemion Nehalem albo innych Saliszów. Babcia kiwała wtedy głową i mówiła, że tak właśnie było. Takie słowa opuściły usta ostatniego czerwonoskórego, za którym zamykały się bramy miasta.

Im więcej miałem lat, tym bardziej w to wierzyłem. Nie chciałem, ale nie miałem wyboru. Wszystkie martwe dusze, które mijałem każdego dnia, póki nie opuściłem tego miejsca, były na to najlepszym dowodem. Przylepce wiedziały, że ja wiem, że je widzę i słyszę. One też przyglądały mi się uważnie, czasem z dziwną fascynacją, podejrzliwie, jakby chciały mi przekazać, że nie pasowałem ani do świata żywych, ani umarłych. To dziwne uczucie towarzyszyło mi za każdym razem, gdy je mijałem. Szczególnie te starsze, które nie chciały ze mną rozmawiać. Jedynie Livia to robiła.

Choć im mniej czasu spędzałem w Redfern, bym bardziej byłem skłonny uwierzyć, że to zwykła choroba. Schiza. Halucynacje, wytwór mojej wyobraźni. Świr Tony w Waszyngtonie przestał być świrem, zaczął być Skrzywdzonym Tonym, który miał problem z własną psychiką. Lekarz przepisywał chętnie tableteczki i wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że nie pomagały. Miałem wrażenie, że otumanienie tylko pogłębiało problem i widziałem jeszcze więcej martwych ludzi, nawet poza granicami rodzinnego miasta.

Cholera jasna, nie chciałem tu wracać. Dwa lata poza domem sprawiły, że trochę odetchnąłem. Łatwiej było ignorować kilku Przylepców w wielomilionowym mieście niż setki zmarłych w kilkutysięcznym. Udawałem, że ich nie było. One też się nie orientowały, zbyt skupione na swoich żywych towarzyszach nie miały czasu zastanawiać się nad tym, czy je widziałem, czy nie.

Redfern było inne na każdej płaszczyźnie. Dusze kochały towarzystwo, uwielbiały obserwować mieszkańców miasta w ich codziennych aktywnościach i obowiązkach. Jakby się tym karmiły. Spędzaniem czasu z żywymi. Gorzej było z mieszkańcami lasów. Och, jakże oni nie cierpieli, kiedy ktoś zakłócał ich spokój! Tak mi się przynajmniej wydawało. Wrzeszczały, straszyły, być może zabijały. Nie wiedziałem, nigdy tego nie sprawdziłem.

Czy tak właśnie pisze się dzienniki? Czy dobrze to robię? Nie znalazłem w Internecie informacji, jaką formę taki dziennik powinien mieć. Dałem swoim myślom płynąć. Powrót sprawił, że wiele wspomnień wylało się poza tamę, którą skrzętnie budowałem przez dwa lata studiów. Jeszcze nie wiem, czy to dobrze.

W drodze do domu przyglądałem się budynkom, ludziom i Przylepcom. Redfern zatrzymało się w czasie. Odkąd wyjechałem, nic się w tym mieście nie zmieniło. Te same połamane okiennice w starszych kamienicach, odpryśnięty tynk z wieżowców, krzykliwe neony zapraszające na piwo w pubach, dziury w drogach łatane jeszcze za czasów mojego dzieciństwa. Te same plakaty na słupach, graffiti na przystankach, obdrapane z farby tarasy domków na przedmieściach i wszechobecny smród śmierci.

Zerknąłem na Brandona. Zdawało się, że nie zauważył tego zastania. Jego palce odbijały się od kierownicy w rytmie piosenki sączącej się z radia wypożyczonego samochodu. Posłał mi krzywy uśmiech, gdy się zorientował, że na niego patrzę. Również się uśmiechnąłem, choć pewnie przypominało to bliżej nieokreślony grymas. W końcu zatrzymał się na podjeździe domu rodziców.

Wysiadłem z samochodu i rozejrzałem się dookoła. Trawnik lekko pożółkł, mama mówiła, że lato było okropne w tym roku i panowała lekka susza, więc nic dziwnego, że nie zachował swojej pierwotnej soczystozielonej barwy. Tuż za granicą posesji wyrastały szerokie pnie sosen i świerków.

Zmarszczyłem brwi, kiedy zza jednego z nich wyłoniła się łysa głowa, choć nie do końca. Z czubka wciąż zwisało kilka smętnych ciemnych kosmyków. Wychudzona sinozielona ręka wbiła szponiaste palce między popękaną korę. Przylepiec przechylił głowę i zmarszczył brwi ponad wytrzeszczonymi oczami. Zamrugał kilka razy, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Skinąłem mu nieznacznie, tak by Brandon nie zauważył. Przylepiec przez krótki moment wydawał się skonsternowany, lecz już jedno uderzenie serca później jego poczerniałe, spękane usta rozciągnęły się w bezzębnym uśmiechu. Wyskoczył zza pniaka i pomachał mi żwawo. Tylko siłą woli powstrzymałem się przed skrzywieniem na widok jego nagiego ciała. Bardziej przypominało szkielet obleczony w starą skórę.

– Cześć, Tony! – Chrapliwy głos odbił się echem od wysokich, liściastych dachów. Bulgot w przełyku Przylepca, towarzyszący temu powitaniu, dotarł nawet do moich uszu. Kilka ptaków wzbiło się w powietrze. – Długo cię nie było, Tony!

Zacisnąłem usta w wąską linię. Czułem, jak z moich płuc chciała się wydostać odpowiedź. Przylepiec posmutniał wyraźnie, kiedy nie odpowiedziałem. Wskazałem kciukiem za plecy, gdzie stał Brandon i wyciągał nasze bagaże. Zjawa zwiesiła głowę, westchnęła teatralnie i wycofała się z powrotem między drzewa.

Już zapomniałem, że z niektórymi z nich się zakumplowałem. To było tak dawno.

Dopiero po trzech długich godzinach spędzonych z rodzicami udało mi się dotrzeć do swojego pokoju. Brandona wypuścili wcześniej, ale on przyjeżdżał między semestrami do domu, w przeciwieństwie do mnie.