Dolina czarownic - Michał Zgajewski - ebook + audiobook + książka

Dolina czarownic ebook i audiobook

Zgajewski Michał

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

GDY IGRASZ Z OGNIEM, PRĘDZEJ CZY PÓŹNIEJ CIĘ POPARZY

Norbert Krzyż obiecał sobie jedno: żadnych brudnych interesów. Ma córkę i wystarczająco dużo starych kłopotów. Ale Krzyż nie byłby sobą, gdyby nie zaangażował się w sprawę, która nie daje mu spokoju od lat. Z pomocą przychodzi testerka wierności, Klaudia Piekarz.

Wszystko idzie dobrze do chwili, gdy w skąpanej deszczem Dolinie Zimnika policja znajduje nagie, zakrwawione ciało Klaudii i ustala, że Norbert Krzyż był ostatnią osobą, z którą się kontaktowała.

Przypadek? Niefortunny zbieg okoliczności? A może ktoś próbuje wrobić detektywa w morderstwo?

Śledztwo Krzyża nabiera tempa i ujawnia tajemnice, których lepiej nie ruszać. U stóp Skrzycznego od wieków mówi się o czarownicach, a szeptane legendy prowadzą do miejsca, o którym nikt głośno nie wspomina – do Czarnego Domu.

Krzyż czuje, że powinien się wycofać. Ma zbyt wiele do stracenia. Ale ktoś osacza go coraz mocniej. Gangsterzy depczą mu po piętach, mieszkańcy doliny milczą jak zaklęci, a ostrzeżenia przestają być subtelne.

Kto w dolinie rozdaje karty? I kto pierwszy odważy się je odkryć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 328

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 17 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Grzegorz Małecki

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja: Paweł Sajewicz, Ewelina Korostyńska

Korekta: Jolanta Gomółka

Projekt okładki: Tomek Majewski

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright © by Agora Książka i Muzyka Sp. z o.o., 2026

Copyright © Michał Zgajewski, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-509-2

 

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
SPIS TREŚCI

Część pierwsza. Zwłoki

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Część druga. Zakonnica

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Część trzecia. Spoczywaj w pokoju

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Od autora

 
 
Część pierwsza
ZWŁOKI
 
 
Rozdział
PIERWSZY

Ciemne pomieszczenie, coś jakby piwnica albo składzik. Nie widzę dokładnie.

W powietrzu unosi się zapach potu.

I strachu.

Tak. Strach czuć najbardziej.

W kącie mała istota, zwinięta w kłębek.

W mroku nie widzę jej twarzy.

Ale czuję, że ją znam.

Do pomieszczenia wchodzi krępy mężczyzna. Dyszy ciężko. Razem z nim wpada smuga światła.

Mężczyzna trzyma podłużny przedmiot. Młotek. Stalowy obuch błyszczy złowrogo. Mężczyzna podchodzi do małej istoty.

Chwyta ją za warkocz. Dziewczynka płacze. „Co ja ci zrobiłam?” Prosi. Błaga. Jestem obok, ale nie mogę wykonać żadnego ruchu. Jakaś siła trzyma mnie w miejscu. Mogę tylko patrzeć. Znowu słyszę dyszenie. Kręcę się, wyrywam.

Nie mogę nic zrobić.

Mężczyzna unosi młotek. Bierze zamach.

Teraz dostrzegam twarz dziewczynki. Widzę Jessikę, moją córkę.

Ze snu wyrywa mnie dzwonek telefonu.

Biorę głęboki wdech. Dziękuję Bogu, opatrzności albo komuś tam jeszcze za to, że przerwał ten koszmar.

Patrzę na wyświetlacz. Dziwne.

Podkomisarz Zuza Madejska.

Czekałem na telefon, ale nie od niej. Niech to szlag, mruczę pod nosem, wygrzebuję się z przepoconej pościeli i odbieram.

* * *

Dochodziła piąta nad ranem, gdy zbliżałem się do masywu Skrzycznego. Na samym szczycie ujrzałem czerwone światło nadajnika wieży RTV. Ledwo przebijało przez ciemność.

Minąłem kilka uśpionych domów i wjechałem do Doliny Zimnika.

Droga była wąska, wyłożona asfaltem. Z obu stron otaczały ją górskie zbocza. W sezonie roiło się tu od turystów. Teraz, w październiku, kiedy deszcz napierdalał non stop, zrobiło się tu trochę spokojniej.

Podrapałem się po nosie.

Gdy gliny wzywają cię w ustronne miejsce o tak niewyjściowej porze, nie oznacza to niczego dobrego. Zwłaszcza że policjantka, która zadzwoniła, nienawidziła mnie z całego serca. Właściwie to nie dziwiłem się podkomisarz Zuzie Madejskiej. Kiepsko zaczęliśmy naszą znajomość. Mieliśmy współpracować, ale ja – jak to ja – działałem po swojemu. A to oznaczało zatajanie ważnych informacji. Minął ponad rok od naszej ostatniej rozmowy. Gdy zadzwoniła dwadzieścia minut temu, w jej niskim głosie usłyszałem wkurwienie. Nic więcej. Tylko wkurwienie.

Wycieraczki odgarniały resztki deszczu. Padało przez całą noc. W dolinie było smętnie i szaro, jakby pogrążyła się w żałobie. I może nawet tak było. W końcu nie dzwoniliby po mnie, gdyby dziewczyna żyła.

Minąłem zjazd na parking i budynek należący do nadleśnictwa. Obok niego stały podłużne namioty gospodarstwa szkółkarskiego, w których hodowano materiał nasadzeniowy. Tak przynajmniej wyczytałem kiedyś na tabliczce przed wejściem. Trochę znałem te tereny. W ostatnie wakacje zabrałem tu Jessikę na spacer. Niespecjalnie jej się podobało.

Jechałem dalej niecały kilometr. Zwolniłem, gdy po lewej zobaczyłem łunę niebieskiego światła. Zjechałem na nieutwardzony parking. Stały tam auta cywilne i radiowozy.

Przeszedł mnie dreszcz.

Chciałem wierzyć, że to zupełnie inna sprawa. Że nie dotyczy osoby, o której myślałem. Ale nie miałem złudzeń. To wszystko śmierdziało od samego początku.

Zaciągnąłem ręczny i narzuciłem kaptur na głowę.

* * *

Stali przy potoku. Częściowo zasłonięci przez całun mgły wyglądali jak zjawy nie z tego świata. Zuza Madejska w skórzanej kurtce, bojówkach i czapce bejsbolówce. Chłopak w okularach i pelerynie przeciwdeszczowej zarzuconej na ramiona. Był też lekarz ze szpitala powiatowego, stał lekko przygarbiony. Znałem go z widzenia. Spotkaliśmy się przy sprawie Topielicy w 2017.

I była ona.

Klaudia Piekarz.

Rozmawiałem z nią kilka godzin temu. A teraz jest tutaj, przywiązana do drzewa. Naga.

Uniosłem wzrok. Za drzewem szumiała rzeka.

– Miło, że przyjechałeś, Norbert – sarknęła Madejska. – Zdaje się, że się znacie? – Wskazała głową na zwłoki.

Białe ciało było pochlapane krwią. W świetle reflektora ustawionego przez policjantów wyglądało upiornie.

– Pan Krzyż! – Młodzieniec w okularach obdarzył mnie szerokim uśmiechem. Niezbyt stosowanym jak na tę okoliczność. – Cieszę się, że mogę pana poznać! Aspirant Szczepan Bryś. Miło mi.

– A mnie wręcz przeciwnie – odburknąłem, wpatrując się w martwą kobietę.

– Norbert jak zwykle w formie – mruknęła Madejska. – To jak z tą waszą znajomością?

– Skąd wiecie, że się znamy? – Szybko się poprawiłem: – Znaliśmy?

– O! To nic trudnego – wtrącił się aspirant Szczepan jakiś tam. Jego wesołkowaty ton działał mi na nerwy. – W portfelu znalazłem karteczkę z hasłami i kodami. Wpisałem pierwszy i, o dziwo, zadziałał.

– Szczęściarz – mruknąłem.

Zauważyłem, że Madejska mi się przygląda.

– W telefonie Klaudii było sporo wiadomości od ciebie – powiedziała.

Westchnąłem.

– Tak. Mieliśmy współpracować.

Zuza przechyliła głowę.

– A może już współpracowaliście?

– Będzie Paula? – zapytałem wymijająco.

– Paula jest na L4, ale zaraz przyjedzie nasza nowa gwiazda żywieckiej prokuratury.

– To nic tu po mnie.

– Nie, nie, Norbert. Jesteś naszym jedynym punktem zaczepienia. A może nawet...

– Podejrzanym? – dokończyłem za nią.

– Ty to powiedziałeś.

Na szczęście odezwał się aspirant w okularach:

– Doktorze, czy może nam pan powiedzieć coś więcej o okolicznościach zgonu?

Lekarz, który do tej pory trzymał się z boku, posłał chłopakowi nienawistne spojrzenie.

– Przecież mówiłem. Nie żyje. A ciebie, synu – wskazał palcem na młodego policjanta – to już całkowicie popierdoliło. Wy, młodzi, naoglądacie się tych Netfliksów i udajecie specjalistów od zbrodni. Trzeba ją odwiązać, żeby zobaczyć coś więcej.

– Z tym to poczekamy na prokuratora – wtrąciła Madejska. – Raczek chce zobaczyć ofiarę na miejscu zbrodni. Nie możemy niczego ruszać.

Lekarz prychnął.

– I cóż on tu dojrzy, mędrzec jeden. Kolejny młody, co nie wie nic o życiu. Kogo oni teraz zatrudniają?

Doktor, mimo początkowej frustracji, podszedł do zwłok. Przyglądał się im przez chwilę.

– Nasza dziewczynka pojedzie do Zakładu Medycyny Sądowej w Katowicach i tam specjaliści orzekną, co się dokładnie stało – powiedział już nieco spokojniejszym tonem. – Na szyi paskudne rozcięcie. Jakby ktoś przejechał ostrym narzędziem.

– Nożem? – wyrwał się Bryś.

– Możliwe – odparł lekarz, wpatrując się w ciało. – Są jakieś otarcia na udach. Może doszło do gwałtu. Sądząc po temperaturze ciała, od morderstwa może dzielić nas godzina, no, góra dwie. Trudno precyzyjnie określić. W takich warunkach – zrobił nieokreślony ruch ręką – ciało szybciej stygnie. – Popatrzył na mnie wymownie i wymamrotał: – No i trzeba ją odwiązać, żeby dokładniej obejrzeć. Tak to mogę spekulować cały dzień.

– Skąd dowiedzieliście się o zwłokach? – zapytałem.

– Anonimowe zgłoszenie – odparł aspirant Bryś.

– Zaraz po zabójstwie – zerknąłem w stronę zakrwawionego ciała – było zgłoszenie?

– Zgadza się. – Zuza podrapała się po nadgarstku.

– Pewnie dzwonił morderca – znowu wtrącił się Bryś.

– Mężczyzna, kobieta? – zapytałem.

Zuza pokręciła głową.

– Dyżurny miał wrażenie, że rozmawia z mężczyzną. Sprawdzimy nagranie, jak ogarniemy sprawy w terenie.

Odwróciła się w stronę mężczyzn szukających śladów nad potokiem.

– O, idzie – mruknął Bryś.

Od strony parkingu zbliżał się mężczyzna z falą włosów postawionych na żelu. Albo utrwalonych za pomocą innego gówna. Miał na sobie rozpięty płaszcz, a pod nim garnitur w paski. I kolorową butonierkę. Wyglądał na młodego. Bardzo młodego.

Zatrzymał się nagle. Uniósł dłonie, złączył palce i zamknął oczy. Zastygł jak pieprzony posąg.

– A temu co? – zapytałem.

– Wczuwa się w miejsce zbrodni – wyjaśnił aspirant Bryś.

– Niezły kabaret – mruknąłem do Zuzy.

– Kabaret to ty będziesz miał na przesłuchaniu.

Myślałem, że żartuje. Ale nawet się nie uśmiechnęła.

Zaczynało widnieć. Kiedy prokurator oglądał zwłoki i naradzał się z Zuzą, dolinę zalał brzask. Za godzinę wyjdzie słońce. I będzie miało w dupie to, że Klaudia Piekarz już nigdy nie poczuje na sobie jego promieni.

Jeszcze raz spojrzałem na jej blade, zakrwawione zwłoki. Nie zasłużyła na taki los. Nikt z nas nie zasłużył.

* * *

– Zdaje się, że pan w ostatnich latach dorobił się w okolicy pewnej sławy. – Prokurator Miłosz Raczek opuszkami palców dotknął swojej idealnej fryzury. Jakby chciał się upewnić, że misternie ułożone pasma nadal są we właściwym miejscu. – Brutalne morderstwa to u nas rzadkość. A jeśli już się pojawiają, to przy okazji wypływa pana nazwisko.

– Przez grzeczność nie zaprzeczę – przyznałem, wiercąc się na niewygodnym krześle.

Przesłuchanie prowadziła Zuza. Niestety prokurator postanowił nam towarzyszyć i wyglądało to tak, że co chwilę wpierdalał się do rozmowy. Był młody. Pewnie dopiero ukończył aplikację prokuratorską. Trochę narwany. Na pewno nie nauczył się jeszcze aktywnie słuchać. Tak żeby coś wyciągnąć od przesłuchiwanego albo przynajmniej złapać go na kłamstwie. Ale najważniejsze, że czuł się dobrze ze sobą i w tym swoim garniturku. Nawet ślepy by go w nim zauważył.

– W poprzednich sprawach rzeczywiście pojawiał się pan przypadkowo, ale z tą jest zupełnie inaczej.

– Inaczej? – Pochyliłem się nad biurkiem.

– Z SMS-ów i korespondencji na WhatsAppie wynika, że współpracowaliście.

Skrzywiłem się.

– Można to tak nazwać.

Zuza posłała mi pytające spojrzenie znad monitora. Prokurator Raczek siedział zwrócony do mnie bokiem. Byłem w tym gabinecie, gdy jeszcze urzędował tu komisarz Seweryn Marek.

– Klaudia zjawiła się w moim biurze tydzień temu.

– Tydzień temu, czyli w poniedziałek? – zapytał Raczek.

– Tak wynika z kalendarza. Jeśli dziś jest poniedziałek, to tydzień temu też był...

– Nie popisuj się, Norbert – wtrąciła Zuza agresywnym tonem.

Chrząknąłem i powiedziałem:

– Tak, w poniedziałek koło południa. Wcześniej Klaudia kontaktowała się ze mną na Messengerze. Chciała pracować jako testerka wierności.

Podrapałem się po szyi. Przed oczami miałem kędzierzawą szatynkę. Emanowała niespożytą energią. Od Mufina wiedziałem, że wcześniej próbowała swoich sił jako influencerka, nauczycielka pływania i doradczyni w biurze pożyczkowym. W międzyczasie studiowała psychologię. Miała dwadzieścia cztery lata, miłą twarz i błysk w oku.

– Naprawdę bawisz się w takie rzeczy? – odezwała się Zuza. – Prowokujesz ludzi do zdrady?

– To nie tak. Klaudia wymyśliła sobie, że będzie pracować dla mojego biura. Testerki wierności cieszą się ostatnio dużą popularnością. Ludzie naoglądają się tych programów typu Detektywi i też tak chcą. – Podrapałem się za uchem. – To jest taka trochę próba wyprzedzania ewentualnej zdrady.

– I ty się na to zgodziłeś? – Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.

Przejechałem dłonią po biurku.

– Tak. Ale tutaj sytuacja była trochę inna.

Prawnik szurnął krzesłem i przysunął się do mnie na tyle blisko, że poczułem zapach jego żelu do włosów.

– To co? Opowie nam pan czy mamy pana prosić?

Posłałem mu zdegustowane spojrzenie.

Żałowałem, że nie ma tu Pauli Błaszyk. Prokuratorka miała klasę i znała się na swojej robocie. A ten dandys myślał, że jest świetnym szołmenem. Gdyby wiedział, że guzik potrafi, nie byłby z siebie taki zadowolony.

* * *

Kiedy opuszczałem komendę, dochodziło wpół do dziesiątej. Trochę się to wszystko przeciągnęło. Zdążyłem wypić kilka kaw z papierowego kubka. Na zewnątrz nadal było szaro. Pojedyncze promienie próbowały przebić się przez chmury.

Wgramoliłem się do auta.

Wziąłem głęboki oddech i gapiłem się na szary budynek. W środku Madejska i Raczek rozprawiali, co dalej. Wyobrażałem sobie, że Madejska broni mnie przed narwanym prokuratorem. Różnie między nami było, ale chyba nie sądziła, że zabiłem Klaudię Piekarz?

To nie moja wina, powiedziałem do siebie w pustym samochodzie.

Ale jakoś, kurwa, nie mogłem w to uwierzyć. Najważniejsze, żeby nie obwiniać się za decyzje innych. Problem w tym, że ta sytuacja nie była do końca czysta. W ogóle nie była czysta. Niech to szlag.

Przekręciłem kluczyk.

Wychłodzony silnik zakasłał niepewnie i odpalił. Włączyłem się do ruchu.

Gdybym olał Klaudię, może by żyła. Albo wpakowałaby się w inne kłopoty, o których nie miałbym pojęcia. A teraz jej śmierć wisi nade mną jak jebana chmura gradowa.

I jeszcze ten prokuratorek. Młody i niecierpliwy. Najchętniej wpakowałby mnie za kraty i odtrąbił na konferencji prasowej, że ma mordercę. Oczywiście kupiłby na tę okazję nowy garnitur. Miałem wrażenie, że dziś ludzie wszystko robią na pokaz. Dbają wyłącznie o swój wizerunek w mediach. Reszta się nie liczy. A już na pewno nie liczy się sprawiedliwość. A może nigdy się nie liczyła?

Wyjechałem z Żywca, miasta wciśniętego w ponurą kotlinę. Przyjezdnym okolica mogła się podobać, jednak jesienią było tu wesoło jak na stypie.

Słuchałem jakiejś bezbarwnej muzyki i próbowałem nie myśleć o zamordowanej dziewczynie. Kiepsko mi szło. Wykrzywiona cierpieniem twarz Klaudii towarzyszyła mi prawie przez całą drogę.

Podczas przesłuchania wiłem się jak piskorz, byle nie wyjawić prawdziwego powodu zatrudnienia Klaudii Piekarz. Sprawa dotyczyła przestępczości zorganizowanej. Madejskiej ufałem, ale po której stronie jest ten palant Raczek?

W 2018 roku zgłosił się do mnie Wiktor Skórka, narkotykowy diler. Chciał mi przekazać informacje o upiornym miejscu, które nazywał Czarnym Domem. Zanim to zrobił, został zamordowany, cała sprawa trafiła do lamusa, a dysk z nagraniami z Czarnego Domu zniknął. Temat wypłynął rok temu, gdy na mojej drodze pojawił się gangster mistyk Adam Światło.

Mój współpracownik Mufin od tamtego czasu szukał informacji o zagadkowym domu. Domyślałem się, że chodzi o gang, który trzęsie okolicznym półświatkiem. Wiedziałem, że jestem na takie sprawy za cienki w uszach i powinienem odpuścić. I prawie tak zrobiłem. Ale gdy Mufin dzięki znajomościom w darknecie wpadł na trop pewnego faceta, nie mogłem jakby nigdy nic siedzieć na dupie.

Postanowiłem więc delikatnie wybadać sytuację. Tak z czystej ciekawości. No i tak wybadałem, że Klaudia Piekarz straciła życie.

Zanim wjechałem do Szczyrku, rozpadało się na całego. Jechałem czterdzieści na godzinę i patrzyłem na stragany rozstawione wzdłuż głównej ulicy. To pięciotysięczne miasto żyło głównie z turystów, ale kto w poniedziałek rano kupuje cholerną ciupagę albo magnes na lodówkę?

To tutaj mieszkał mój informator, a ja musiałem z nim pilnie pogadać.

Przejechałem przez centrum i znalazłem się u podnóża Przełęczy Salmopolskiej. Odbiłem w prawo. Betonową kładką wjechałem na teren posesji, przed dom ze spadzistym dachem. Na wysokości piętra wisiał biały baner z czerwonym napisem: „Na sprzedaż”.

Lało jak z cebra, więc podbiegłem do drzwi. Dzwonek nie działał. Załomotałem pięścią w drzwi, ale nikt nie odpowiadał.

Sięgnąłem do kieszeni po telefon i wysłałem SMS-a. Drzwi otworzyły się po pięciu minutach.

Zobaczyłem w nich wymizerowanego mężczyznę pod pięćdziesiątkę. Brunet ze zmierzwionymi włosami i sennym wzrokiem. Zalatywało od niego jak z gorzelni. Patrzył na mnie przez chwilę, jakby zastanawiał się, kim jestem.

Rozpoznał mnie.

Odwrócił się na pięcie i zniknął w środku.

Drzwi zostawił uchylone. Uznałem to za zaproszenie.

* * *

– Po jaką cholerę tu przyłazisz?

Usiadł na kanapie i sięgnął po whisky. Stała tuż obok otwartego laptopa. Otworzył butelkę, a ja przełknąłem ślinę. Znałem ten zapach. Aż za dobrze. Starałem się trzymać jak najdalej od alkoholu. Od trzech miesięcy nie wypiłem ani kropli. Taki był warunek Aliny, matki mojej córki. Dzięki temu Jessika zaczęła spędzać weekendy w moim domu nad Jeziorem Żywieckim.

W pokoju było zimno, ale mężczyźnie najwyraźniej to nie przeszkadzało.

Krople deszczu waliły w parapet. Czułem, jak ogarnia mnie niepokój. Jakiś czas temu planowałem, że skończę z usługami detektywistycznymi i będę handlował rękodziełem. Niestety mój dostawca poważnie się rozchorował i musiałem znaleźć sobie jakieś zajęcie. Wróciłem więc do tropienia zdrad. Jessika dorastała i jej potrzeby rosły. Chciałem aktywnie uczestniczyć w życiu córki. A to wymagało funduszy.

– Klaudia Piekarz nie żyje – powiedziałem, patrząc mu prosto w oczy.

O mało nie upuścił kwadratowej szklanki.

Wziął głęboki wdech. Odezwał się dopiero po dłuższej chwili.

– I po co mi to, kurwa, mówisz? – wyszeptał, gdy rozglądałem się po zaniedbanym salonie.

– Policja mnie maglowała.

Wstał z kanapy. Lekko nim zarzuciło.

– Powiedziałeś im o mnie?

– Nie.

– A o domu? – Miał na myśli Czarny Dom.

– Nic nie powiedziałem.

– To dobrze.

Usiadł z powrotem.

Drżącymi rękami nalał sobie kolejną porcję whisky.

Zerknąłem na butelkę. Niewiele mu zostało, a jeszcze nie było nawet południa.

– Kurwa, Krzyż! Ja tam byłem. W środku. Widziałem, co te skurwysyny potrafią zrobić ludziom. Jeździłem dla nich. Lata wożenia dziwnych paczek. W tę i z powrotem. Brno, Ostrawa, Wiedeń, Budapeszt. Byłem dobry. Zawsze mogli na mnie liczyć...

Usiadłem obok niego.

– Wiem.

– Dlaczego mnie nie wydałeś glinom?

– Obiecałem ci dyskrecję – mruknąłem. – Dotrzymuję słowa.

– Ale coś powiedziałeś psom?

– Skupiłem się na wątku Klaudii i Rudzińskiego. – Miałem na myśli Tymona Rudzińskiego, dewelopera, którego miała rozpracować Klaudia. – Żona Rudzińskiego była kiedyś u mnie w sprawie zdrady, więc miałem pewne pole manewru.

– Pierdolisz. Estera była u Ciebie?

– Tak, parę miesięcy temu. Ale ostatecznie się rozmyśliła.

– Kurwa, oni tam wszyscy są jebnięci. Taplają się we własnym sosie i spiskują, kurwy jedne. Tak jak załatwili Wacława...

Wasiakowi chodziło o starszego mężczyznę, który odwiedził mnie w szpitalu w 2018 roku. Twierdził, że ma informacje na temat Czarnego Domu. Chciał dokończyć to, co zaczął Wiktor Skórka, diler. Zostawił wizytówkę i zniknął. Oddzwoniłem po wyjściu ze szpitala, ale nie odbierał. Dopiero od Wasiaka dowiedziałem się, że facet został zatłuczony młotkiem.

– Potrzebuję konkretów – powiedziałem, ale Wasiak wcale mnie nie słuchał.

– Mhm – mruknął, wpatrując się w butelkę. – I co z tą Klaudią?

Wzruszyłem ramionami.

– Prokuratura zajmuje się morderstwem. Ja się w to nie będę pchał. Mam za dużo do stracenia.

– I nic do zyskania – zauważył przytomnie, po czym jednym haustem opróżnił szklankę.

– Myślisz, że to ci z Czarnego Domu ją kropnęli? – zapytałem.

– Jak zginęła?

– Wszystko wskazuje na poderżnięte gardło. Nagie zwłoki przywiązano do drzewa w lesie. Być może doszło do gwałtu.

Pokręcił głową.

– Widziałeś nagrania. Oni robią rzeczy... dużo bardziej, kurwa, okrutne. – Pokręcił głową. – Dużo bardziej.

Jurek Wasiak. Złodziej samochodów. Uzależniony od szybkich bryk i wyścigów. Obracał się w szemranym towarzystwie i tak trafił na ludzi, których w półświatku nazywano Czarnym Domem. Myślałem, że chodzi o placówkę gdzieś w Beskidach. O miejsce, w którym dilerzy organizowali balangi. Choć balangi to za mało powiedziane.

Wasiak był nawróconym przestępcą. Przynajmniej tak o sobie mówił. Gdy urodziło się mu dziecko, postanowił zmienić swoje życie. Ale organizacje przestępcze nie pozwalają odejść tak po prostu, dlatego ukrywa się teraz w chałupie po teściach, licząc na to, że ktoś rozpierdoli Czarny Dom w drobny mak. Żonę i dziecko zadekował gdzieś na Kaszubach. Opowiedział mi o tym wszystkim podczas naszego pierwszego spotkania. Teraz było drugie.

– Norbert, kiedy to się skończy? Nie mogę tu siedzieć w nieskończoność.

– Nie wiem. Może lepiej jedź do żony i dziecka.

– Nie. – Machnął ręką, jakby nie zamierzał nawet brać tego pod uwagę.

Zerknąłem na laptopa w grubej obudowie. Stał na niskim stoliku. Ekran nie był wygaszony. Moją uwagę przykuła strona ze sporym nagłówkiem „Magia w codziennym użytku”.

Posłałem mu zdziwione spojrzenie.

Nie odpowiedział i zamknął pokrywę. Przez chwilę wpatrywał się w butelkę, po czym czknął cicho.

– I co robimy? – zapytał, jakbym to ja odpowiadał za jego los.

– Ta sprawa sama się nie rozwiąże. Zostań świadkiem koronnym. Sypnij nazwiskami.

– Kurwa! Nie jestem żadnym pierdolonym konfidentem, żadną sześćdziesioną! – Wasiak odwołał się do kodeksu karnego, a dokładnie do artykułu 60. – Mówiłem ci, że nie znam nazwisk. Znam płotki. Takie jak bracia Światło. To jest cały system. Nie wiem, kto jest na górze. To znaczy wiem, ale...

– To jak? Wiesz czy nie wiesz?

Wasiak zacisnął zęby.

Wiedział, ale bał się sypać. Strach przed Czarnym Domem był większy niż wszystko inne, czego doświadczył w życiu. Ciągle się łudził, że sprawa rozwiąże się bez jego udziału.

– A ten Rudziński? – zapytałem.

– Tymek Rudziński... – wysyczał Wasiak. – Synuś pierdolony! Niech go chudy byk wyrucha...

Martwił mnie niezdrowy błysk w oczach Wasiaka. Może coś wiedział, może i pracował dla Czarnego Domu, ale miał też nieźle nasrane pod kopułą. Gdy widzieliśmy się pierwszy raz, sprawiał wrażenie rozsądniejszego. Ale wtedy jeszcze nie było ofiar.

Znów przed oczami stanęła mi Klaudia, jej nagie ciało porzucone w lesie. Nie miałem złudzeń, że odpowiadam w pewnym stopniu za jej śmierć. Kiedy ktoś traci życie, nie ma znaczenia, czy jesteś winny w dziesięciu czy w stu procentach. Wina to wina.

– Rudziński, ta menda, ma chody w Domu. Jest wysoko w hierarchii, to fakt. Ale gdzie on do takiej roboty? Wątpię, żeby zabił Klaudię. Poza tym to miękka pała. Bardziej biznesmen w garniturze – dodał Wasiak. – Chujowo to rozegraliśmy. Trza było go przycisnąć, a nie podsyłać mu panienkę.

– Klaudia sama chciała.

– Gówno wiesz – rzucił i zrobił głupią minę.

– No to mi powiedz.

– Nic nie wiem! – obruszył się.

– Na pewno?

– O co ci chodzi, Norbert?

Złapałem go za ramię.

– Jeśli coś kombinujesz za moimi plecami...

– Co ty pierdolisz? – warknął. – Gdyby nie ja, to byś nie zobaczył nagrań. Chuja byś wiedział o Czarnym Domu, Rudzińskim, Wacławie i o bezimiennej dziewczynce! Sam do mnie przyszedłeś. To ja ci robię przysługę! Daję ci wszystko, żebyś pozbył się tych skurwieli.

– Chyba mnie przeceniasz.

Mruknął coś pod nosem.

Brzmiało jak „moja forsa”. Ale mogłem się przesłyszeć.

Znów nalał sobie niewielką porcję i wypił duszkiem.

– Wiesz, że oni mnie obserwują?

– Kto?

– Czarny Dom. – Oczy błyszczały mu jak trzewiki wypastowane na niedzielną mszę. – Obudziłem się w nocy. Podchodzę do okna, a tam twarz. Widzę całą białą, okrągłą twarz. Jak, kurwa, księżyc jakiś!

Skrzywiłem się. Wyglądało na to, że Wasiak całkowicie odleciał.

– Wołam do skurwysyna, żeby spierdalał, a on się śmieje. Taka wesoła gęba w okularach. Mówię ci, Norbert. Oni są wszędzie i tylko czekają na mój ruch.

Uznałem, że lepiej zmienić temat.

– Będę musiał pogadać z paroma osobami. Jeśli zdobędę materiał obciążający Czarny Dom, przekażę prokuraturze.

Coraz bardziej w to wątpiłem, ale nie było sensu mówić o tym Wasiakowi.

Na jego twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.

– Dzięki. Od razu gdy cię zobaczyłem, wiedziałem, że jesteś równy koleś.

– Nie robię tego dla ciebie. Posłałem Klaudię na pożarcie. Jestem jej to winien. I jej rodzinie.

– Kurwa! – syknął. – Nie przejmuj się zmarłymi. Pomóż tym, którzy jeszcze żyją.

Ruszyłem do wyjścia.

Za plecami usłyszałem brzęk szkła i wymamrotane pod nosem słowo. Tym razem wyraźnie: „frajer”.

 
 
Rozdział
DRUGI

Ze Szczyrku pojechałem do Doliny Zimnika. Bocznymi drogami zajęło to dwadzieścia parę minut. Zatrzymałem się na parkingu przy szlaku na Skrzyczne. Tu akurat zaczynało się strome podejście, ale od strony Szczyrku można wjechać kolejką.

Taką właśnie przejażdżkę obiecałem Jessice. Niestety, nieprędko się to zdarzy. Po morderstwie Klaudii nie będę przecież przyjeżdżać tu z córką na spacerki. Są inne miejsca, które nie kojarzą mi się ze zwłokami. Choć w okolicy jest ich już coraz mniej.

Poszedłem do siedziby nadleśnictwa. Gdy pokazałem legitymację prywatnego detektywa, szybko mnie spławili. Poza tym i tak nic nie słyszeli, ani w nocy, ani nad ranem. Wszystko już powiedzieli policji i ogólnie dali mi do zrozumienia, że mają swoje sprawy.

Wróciłem do auta i wjechałem w głąb doliny, ignorując zakaz. Gdzieniegdzie przy drodze stały pojedyncze domy. To tam miałem zamiar popytać. W większości zamknięte na cztery spusty, ale w końcu zastałem kogoś, kto zechciał porozmawiać.

Niewielki domek znajdował się przy lewej odnodze drogi przecinającej dolinę. Tuż obok potoku, który robił sporo hałasu. A poza tym było cicho. Tak cicho, jak potrafi być tylko w lesie. Przed wejściem stała czarna terenówka. Za budynkiem zdążyłem dojrzeć fragment wiaty na samochód, ale obserwację przerwał mi kobiecy głos.

– Pan z gminy?

Zaprzeczyłem. Pokrótce wyjaśniłem powód wizyty.

Kobieta pokiwała głową.

– Cały pan przemoczony. Proszę wejść.

– Jeśli to nie problem.

– Żaden. Kawy się napijemy. Mieszkamy tu z mężem od sześciu lat. Heniek uparł się, żeby zamieszkać w głuszy i jemu się podoba. Zresztą to jego tereny. – Zrobiła minę, jakby to była najgorsza wada męża. – Ja jestem miastowa, z Katowic, i nadal się nie mogę przyzwyczaić. Ale gdy czasem sarny rano podchodzą pod okno, to serce się raduje.

Usiadłem przy stole w niewielkiej kuchni.

Kobieta miała na sobie ciemny polar i jeansowe spodnie. Co chwilę odgarniała z twarzy długie pasma włosów w kolorze wściekłej marchewki. Przedstawiła się jako Anna Gluza. Jej łagodną twarz pokrywały delikatne zmarszczki, najbardziej widoczne na czole. Obstawiałem, że może mieć koło pięćdziesiątki.

Włączyła ekspres przelewowy, a ja wyjrzałem przez okno.

Widziałem tylko ścianę ciemnego lasu. Wiata na samochód, którą chciałem obejrzeć, musiała stać po drugiej stronie.

Gluza nie była zdziwiona moją wizytą. Miałem nawet wrażenie, że cieszy ją nasza rozmowa. Albo dobrze udawała. W sumie nigdy nie wiadomo. Przynajmniej w moim zawodzie.

– Policja już tu była – powiedziała. – Dzielnicowy zadawał pytania. Nic nie słyszałam, bo w nocy śpię. Heniek też nic nie usłyszał, a on ma problemy ze snem. Czasem wychodzi na papierosa w środku nocy. – Przewróciła oczami. – Pali jak smok... – urwała i posłała mi czujne spojrzenie. – Choć to się wydarzyło kawałek dalej, to mogliśmy nie słyszeć.

Postawiła przede mną filiżankę z gorącą kawą, a po chwili talerz z ciastkami. Od rana nic nie jadłem, więc rzuciłem się na nie łapczywie. Po trzecim trochę zwolniłem.

– Straszna zbrodnia. – Pokręciła głową. – Kto mógłby coś takiego zrobić? To jakaś bestia.

Chciałem odpowiedzieć, ale miałem pełne usta. Może to i lepiej, bo co sensownego można dodać w takiej sytuacji?

Zmieniłem temat.

– W drodze do pani minąłem kilka domów. Wszystkie zamknięte. Rozumiem, że to domy letników?

– Tak. Czasem przyjeżdżają też w weekendy. Głównie jednak w wakacje. I takie coś to rozumiem. A nie jak my. Siedzimy w głuszy cały czas.

– A pani mąż? Nie ma go?

– Pojechał do miasta. Niby na zakupy. – Machnęła ręką. – Henryk zmienił się z biegiem lat. Bardzo zamknął się w sobie. Ale co ja tu panu będę o nas opowiadać. A u Józka Cymrzyka pan był?

– Nie.

– To nie ma sensu jechać. – Upiła łyk kawy.

– Czemu?

– On taki trochę dziwny jest. – Gluza postukała palcem w policzek. – Zapomniałam o nim powiedzieć policji. A przecież on mieszka najbliżej... Jak to się mówi? – Pochyliła się w moją stronę. – Miejsca zbrodni? Tak. Najbliżej miejsca zbrodni.

– Pewnie policja już u niego była.

– Jeśli im otworzył. To trochę dziwak.

– Dziwak?

– No mówiłam, że dziwny. Mieszka tu od paru lat, tak gdzieś od pandemii. Albo wcześniej. Nie wiem. Żona mu umarła, córka ponoć zniknęła, a on zdziczał w tym lesie. – Znów odgarnęła pasmo włosów. – Boże, żebym tylko ja tu nie zwariowała.

Podniosłem się, łakomie patrząc na ciastko.

Z kieszeni wygrzebałem wizytówkę i zostawiłem na stole.

– Proszę do mnie dzwonić.

– Gdyby mi się coś przypomniało? – Starała się zachować powagę, ale jej oczy śmiały się do mnie.

– Tak. Albo gdyby zauważyła pani coś podejrzanego w okolicy.

– Sarny pod oknem się nie liczą?

– Nie. – Odwzajemniłem uśmiech i ruszyłem do drzwi.

– Ładna wizytówka.

Pokiwałem głową.

Mufin, mój specjalista od nowych technologii, w końcu się ogarnął i za pomocą sztucznej inteligencji wygenerował nowy wzór. Poprzednie, te z czarnymi krzyżami, wzbudzały w klientach strach. Zwłaszcza ci starsi byli przekonani, że reprezentuję zakład pogrzebowy.

Nowe wizytówki miały delikatny motyw górski i dyskretną czcionkę. Wyszło bardzo elegancko.

* * *

Anna Gluza miała rację co do dwóch rzeczy. Józef Cymrzyk mieszkał najbliżej miejsca zbrodni. I nie chciał otworzyć. W oknie mignęła mi tylko głowa z siwą brodą.

Pokręciłem się przez chwilę po nędznym obejściu. Za domem leżało trochę rupieci. Zardzewiałe grabie, pojemnik na deszczówkę, popękane donice i dziurawa konewka. Nic podejrzanego. Dalej było już tylko zbocze z wysokimi drzewami.

Podkomisarz Zuza Madejska obstawiała, że sprawca wrzucił nóż albo to, czym podciął gardło ofierze, do potoku. Było jeszcze za wcześnie, żeby wyciągać daleko idące wnioski o śmierci Klaudii, ale robocza hipoteza Madejskiej brzmiała całkiem do rzeczy. Wartki nurt mógł porwać przedmiot i przenieść daleko od miejsca zbrodni. Policjanci zamierzali przeszukać koryto rzeki. Mieli też sprawdzić monitoring nadleśnictwa. Z uwagi na znikomy ruch można próbować namierzyć samochód sprawcy. O ile sprawca poruszał się autem. Jeśli znał okoliczne szlaki, drogę mógł też pokonać na piechotę. Albo był z ofiarą. Klaudia Piekarz przyjechała tam swoim autem. Policja znalazła je na parkingu przed wjazdem do Doliny Zimnika.

Popatrzyłem jeszcze przez chwilę na dom Cymrzyka. Wsunąłem wizytówkę w drzwi i wróciłem do auta.

* * *

Z Doliny Zimnika pojechałem prosto do Żywca. Przebiłem się przez narastający ruch i po trzynastej zameldowałem się w biurze. Wynajmowałem pomieszczenie w odrapanej kamienicy w pobliżu dworca. Czasem, siedząc w nędznej klitce, zastanawiałem się, kiedy ten cholerny sufit spadnie mi na głowę.

Miałem się stąd wynieść już parę razy, trzymał mnie jednak niski czynsz. Poza tym nie chciałem zabierać roboty do domu. Po pierwsze, nie życzył sobie tego właściciel, który wynajmował mi dom na preferencyjnych warunkach. Po drugie, bywała w nim moja córka. Nie chciałem, żeby miała kontakt z ludźmi, dla których pracowałem. Sami popaprańcy i degeneraci. A ja wśród w nich. Prawie jak ryba w wodzie. Alina kiedyś powiedziała, że bez tych okropnych ludzi nie istnieję. Chyba zaczynam rozumieć, co miała na myśli.

Burczało mi w brzuchu jak cholera. Zadzwoniłem do pobliskiej jadłodajni i zamówiłem jakieś danie dnia. Filet czy kotlet plus jakaś zupa. Może pieczarkowa. Nie usłyszałem dokładnie. Było mi wszystko jedno. Zjem, co przyniosą.

We wspólnej toalecie na piętrze umyłem zęby i doprowadziłem się do jako takiego porządku. Wróciłem do biura i otworzyłem służbowego laptopa. Ostatnio coraz rzadziej zabierałem go do domu. Chyba uwierzyłem w te wszystkie frazesy o zbalansowanym trybie życia. A może to dlatego, że zleceń było mało i w końcu mogłem się wieczorami ponudzić.

Spisałem krótką notatkę z ostatnich godzin. Potem zajrzałem do pliku podpisanego „Tymon Rudziński”. To od niego wszystko się zaczęło.

Jurek Wasiak, nawrócony przestępca i wariat, w tej chwili nawet bardziej wariat, twierdził, że Rudziński jest powiązany z Czarnym Domem. I to był pierwszy konkretny trop od prawie sześciu lat. Nie dowiedziałem się, co było na dysku z nagraniami, który przepadł w maju 2018. Nie powiem, żeby mnie to specjalnie nurtowało. Czasem jednak o tym myślałem. Miałem swoje powody. Tak tłumaczyłem sobie zainteresowanie Czarnym Domem. Choć czułem, że nie powinienem zajmować się tą sprawą. Gdy trafiasz na niebezpiecznych ludzi, schodzisz im z drogi. A nie zapraszasz ich do swojego domu.

Przy okazji innego zlecenia wpadłem na gangsterów zwanych braćmi Światło. To Mufin odkrył, że są powiązani z Czarnym Domem. Poprosiłem go, żeby pogrzebał głębiej. I tak dotarłem do Wasiaka, który zaszył się w domu teściów w Szczyrku.

Wasiak przekazał mi fragmenty nagrań, być może tych, które znajdowały się na zaginionym dysku. Nie mam pewności. Gdy wokół jest za dużo tajemnic, trudno odróżnić prawdę od kłamstwa. Według Wasiaka Rudziński coś znaczył w Czarnym Domu. Opowieści Jurka były mętne, ale mu wierzyłem. I wbrew zdrowemu rozsądkowi chciałem poznać prawdę. Mimo ryzyka, jakie wiązało się z posiadaniem takiej wiedzy.

Zajrzałem do notatki, którą sporządziłem trzy miesiące temu. Plik był oznaczony datą 16 lipca 2024.

 

Tymon Rudziński. Lat 34. Deweloper. Właściciel firmy Rud Apartments. Żona Estera (lat 41) zarzucała mu wiele zdrad. Prosiła o zebranie materiału dowodowego do rozprawy sądowej. Podejrzewała męża o romans z sekretarką. Miała także inne podejrzenia, o których nie chciała mówić. Sugerowała, że Rudziński może spotykać się z mężczyznami.

 

Przy notatce widniał dopisek: „brak kontaktu”.

Oparłem łokcie na biurku. Próbowałem sobie przypomnieć spotkanie z Esterą Rudzińską. Musiało być wtedy gorąco. Jak to w lipcu. Odwiedziła mnie brunetka w kolorowej sukience, ze złotą bransoletką i w intrygującym naszyjniku. Choć starsza od Tymona o siedem lat, nie było tego po niej widać. Sama wspomniała o wieku. Twierdziła, że to z tym jej mąż mógł mieć problem.

Rudziński dorobił się na stawianiu klockowatych apartamentów, więc biedy nie klepali. Problem w tym, że poczuł się królem życia. Jego nonszalanckie wybryki zaczęły żonie coraz bardziej ciążyć. Chciałem wziąć to zlecenie. Nie zaśpiewałem dużo. Standardowa stawka. Jednak Rudzińska odpuściła. Może przekalkulowała, że nie warto wchodzić z mężusiem w konflikt i lepiej przymykać oko na jego skoki w bok?

Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi.

Uśmiechnięty dostawca przyniósł w końcu obiad. Przynajmniej on miał dobry humor.

* * *

Po obiedzie ogarnęła mnie senność. I może bym przyciął komara w fotelu, ale nowi sąsiedzi postanowili akurat posłuchać muzyki. Posłuchać to za mało. Bas dudnił tak, że obudziłby umarłego.

Zerwałem się na równe nogi.

Bez pukania władowałem się do biura obok.

Chłopak z dziewczyną rozpakowywali kartony. Zrobili zdziwione miny na mój widok, ale coś chyba do nich dotarło. Dziewczyna z ociąganiem podeszła do stołu i wyłączyła przenośny głośnik.

Obrzuciłem wzrokiem biuro. Było trochę większe niż moje. Przez ostatnie lata urzędował tu znachor. Ustawiały się do niego kolejki na długość korytarza. Od kiedy się wyniósł, w kamienicy zapanował spokój. Do teraz.

– Możecie trochę ciszej? Tu się pracuje.

Chłopak we fryzurze afro wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– To pan jest tym detektywem, co dał popalić satanistom?

Skinąłem głową.

Dziewczyna rzuciła od niechcenia:

– Ale czad.

Zerknąłem na kartony.

– Co to za biznes?

– Wyroby konopne – odpowiedział chłopak. – Żywność, kosmetyki, suplementy.

– Pan się nie martwi – wtrąciła niska blondynka. – To handel online. Nikt się panu nie będzie kręcił pod drzwiami.

– To akurat dobra wiadomość.

– Się wie – odparł chłopak. – Ale wie pan... Jakby pan potrzebował – przyłożył do ust dwa palce, wykonując gest palenia – to też załatwimy.

– Cicho, Ksawery! – upomniała go dziewczyna. – On trzyma z psami.

Uśmiechnąłem się.

– Tego bym nie powiedział. Ale słuchajcie muzyki ciszej.

– Przeszkadza panu? – zapytał Ksawery.

– Nie. Wkurwia mnie.

Blondynka przewróciła oczami, a ja wróciłem do siebie. Po kurtkę. W planach miałem jeszcze jedną rozmowę.

* * *

Niewielkie biuro firmy Rud Apartments mieściło się w pobliżu rynku w odnowionej kamienicy. Składało się z dwóch wyremontowanych pomieszczeń na piętrze. We wnętrzu dominowały kolory pastelowe.

W pierwszej klitce siedziała sekretarka. Brunetka w typie żony Rudzińskiego, ale sporo młodsza. Za drzwiami po jej lewej zapewne urzędował szef.

Skrzywiła się, gdy usłyszała, że chcę rozmawiać z Rudzińskim.

Odruchowo zerknęła na drzwi, po czym oznajmiła, że szefa nie ma.

– Pewnie jest bardzo zajęty – powiedziałem.

Pokiwała głową.

Dałbym sobie odciąć rękę, że Rudziński siedzi za ścianą i nasłuchuje. Musi być nieźle wkurwiony. I przestraszony. Poranna pogawędka z gliniarzami schrzaniła mu dzień. Pewnie już wynajął najdroższego adwokata i razem zastanawiają się, co dalej. Jeśli to Rudziński jest mordercą Klaudii Piekarz. A jeśli nie jest, też musi się mieć na baczności. Na razie listę podejrzanych otwierało i zamykało jego nazwisko.

Chciałem z nim pogadać. Niezobowiązująco. Zorientować się, co wie na temat Klaudii. Zobaczyć, jak zareaguje na magiczne hasło: Czarny Dom. A potem się wycofać, przekazać materiały podkomisarz Madejskiej i w końcu zapomnieć o tym cyrku. Tyle mogłem zrobić dla zamordowanej dziewczyny i własnego świętego spokoju. Miałem córkę, która rosła w oczach. Trzeba było w końcu przyhamować i zająć się własnym życiem.

Sekretarka Rudzińskiego patrzyła na mnie wyczekująco.

– Przepraszam, nie przedstawił się pan – powiedziała.

– Norbert Krzyż. – Wyciągnąłem wizytówkę z kieszeni i położyłem na biurku.

– Prywatny detektyw – przeczytała na głos.

W jej ciemnych oczach zobaczyłem błysk. Wyglądała na zaintrygowaną.

– Chce pan kupić apartament na wynajem?

– Jeszcze nie teraz.

– Szkoda. Bo mamy fajną promocję.

– Nie stać mnie na wasze promocje. – Puściłem do niej oko. – A pani szef to chyba od samego rana ma sporo problemów.

Zmarszczyła czoło, ale nic nie powiedziała.

– Jak się kiepsko zacznie tydzień, potem będzie coraz gorzej. Pani też może się dostać przy okazji.

Posłała mi oburzone spojrzenie.

– O czym pan mówi?

– Jak się pani nazywa?

– Amanda Nowak.

– Pani Amando, jestem prywatnym detektywem. Znałem pewną dziewczynę, która została brutalnie zamordowana. Trąbią o tym od rana na portalach. Mogę pomóc szefowi. Naprawdę. I proszę mnie nie spławiać, bo będzie miała pani u niego przerąbane.

Na koniec spróbowałem się uśmiechnąć. Współczująco. Byłem ciekaw, czy kupi moją paplaninę.

Poruszyła się na krześle.

– Przekażę szefowi – powiedziała nieprzekonana.

Patrzyłem na jej białą bluzkę zapiętą pod szyję. Te guziki mógł pewnie odpinać tylko Rudziński. Mógłbym przysiąc, że Amanda chroniła swojego szefa. Szefa i kochanka.

Zerknąłem na drzwi gabinetu.

– Na pewno nie ma pana Tymona?

– Nie. – Na jej policzkach wykwitł delikatny rumieniec.

Podszedłem do drzwi i położyłem dłoń na klamce.

Dziewczyna wstała. Widziałem, jak zaciska pięści.

– Co pan robi? Pan jest bezczelny!

Popatrzyłem na nią, na drzwi i znowu na nią. Schowałem dłoń do kieszeni.

Kiedyś otworzyłbym te cholerne drzwi i wparował do środka. Teraz jestem trochę mądrzejszy. Jeśli Rudziński był szychą w Czarnym Domu, to takim zachowaniem mogę sobie tylko zaszkodzić. Nie chciałem podzielić losu Klaudii Piekarz.

Uśmiechnąłem się do Amandy.

– W ogóle nie zna się pani na żartach. – Skierowałem się do wyjścia i zatrzymałem w progu. – Niech szef do mnie zadzwoni. Dobrze na tym wyjdzie.

– Na pewno – odburknęła.

* * *

Wsiadłem do auta zaparkowanego naprzeciwko wejścia do kamienicy. Miałem stąd świetny widok. Byłem przekonany, że Tymon Rudziński wyjdzie z budynku szybciej, niż zdążę policzyć do trzydziestu.

Zamiast liczyć, przez dłuższą chwilę bawiłem się telefonem. W końcu postanowiłem zadzwonić do podkomisarz Madejskiej. Kto wie, może sprawa Klaudii Piekarz sprawi, że znów zaczniemy ze sobą rozmawiać?

Odebrała po kilku sygnałach. Przywitała się oschle. Zapytałem o Rudzińskiego.

– Ma alibi na tę noc – powiedziała po namyśle, jakby zastanawiała się, ile może mi ujawnić.

– Niech zgadnę. Tym alibi jest Amanda Nowak?

– Skąd wiesz?

– Rozmawiałem z nią dosłownie przed chwilą. Wygląda na zakochaną.

Prychnęła.

– Ale z ciebie psycholog... – urwała. – Ale czemu ty się do tego mieszasz?

– Chcę pomóc.

– Jak chcesz pomóc, to nie przeszkadzaj. Prorok – miała na myśli prokuratora Raczka – jest na ciebie cięty. A ja nie mam zamiaru cię bronić. Nie tym razem.

– Zuza, możemy się spotkać i spokojnie pogadać?

– Rano się widzieliśmy.

– Ale tak na gruncie prywatnym. I bez tego dandysa prokuratora.

– Po co?

– Wtedy, w marcu rok temu... Słabo wyszło.

– Fatalnie.

– Znajdziesz dziesięć, piętnaście minut?

– Zobaczę.

Rozłączyła się.

Szyby w aucie zaparowały.

Nadal lało jak z cebra.

Ze schowka wyciągnąłem niezbyt świeżą szmatkę i przetarłem przednią szybę.

Moja robota często polega na balansowaniu między prawdą a kłamstwem. Zuza zaufała mi na początku naszej znajomości, a ja ją oszukałem. Może nie tak do końca, ale zataiłem parę rzeczy. No i wszystko się schrzaniło. Tym bardziej że przymknęła oko na moje układy z bandytami i zawodowo zapłaciła za to wysoką cenę. Nie rozwiązała sprawy, którą się razem zajmowaliśmy. Doskonale wiedziała, że nie mogę jej wyjawić wszystkiego, ale nie mogła wybaczyć mi niejasnych powiązań z przestępcami. Była zbyt uczciwa. Nie przywykła do pływania w mętnej wodzie. Za to ją podziwiałem.

Przetarłem boczną szybę.

Z budynku wyszła Amanda.

Wytężyłem wzrok.

Zaraz po niej wyłonił się Rudziński. Osłaniał dziewczynę parasolem.

Wsiedli do granatowego BMW.

Przekręciłem kluczyk i ruszyłem śladem zakochanej pary.

* * *

Do domu wróciłem przed dwudziestą. Przed bramą stał szary golf. Znałem ten samochód. I jego właścicielkę.

Na mój widok wysiadła z auta.

Zuza Madejska w nieodłącznej skórzanej kurtce z rękami schowanymi w kieszeniach.

– Długi dzień, co? – rzuciła na powitanie.

Uświadomiłem sobie, że od czwartej trzydzieści jestem na nogach. I uganiam się za czymś, z czego nie będę miał złamanego grosza.

Machnąłem ręką i zaprosiłem ją do środka.

Przeszliśmy przez ciemny salon otwarty na kuchnię. Włączyłem światła i odetchnąłem z ulgą. W środku panował względny porządek. A to nie było regułą.

Zuza usiadła na hokerze przy kuchennej wyspie i patrzyła, jak parzę herbatę.

– Właściciel nadal cię toleruje? – zapytała.

Wzruszyłem ramionami.

– Ma swoje interesy w Krakowie. I lata po świecie. Pewnie kiedyś zadzwoni i powie, że mam zabierać rzeczy, ale na razie o tym nie myślę. Grunt, że Jessice się tu podoba.

– Spędzacie ze sobą czas?

Postawiłem na blacie filiżanki z fikuśnymi zdobieniami.

– Czasem przywożę ją na weekend. Na ten też jesteśmy umówieni.

– Fajnie. – Pokiwała głową. – To o czym chciałeś pogadać?

Popatrzyłem w jej jasne oczy.

Tyle razy układałem sobie w głowie, co jej powiem, a gdy w końcu nadarzyła się okazja, nie mogłem wydusić z siebie słowa.

– W zeszłym roku chroniłem rodzinę – powiedziałem powoli. – Wykonałem zlecenie dla Adama Światły. Tylko dlatego, żeby dał spokój Alinie i Jessice.

– To akurat rozumiem – odparła. – I nie mam do ciebie pretensji... Ale przez swoje mataczenie położyłeś śledztwo. Główny podejrzany przepadł.

Chodziło jej o lokalnego biznesmena. Tylko ja wiedziałem, co się z nim stało. No i bracia Światło. Madejska nie mogła tego znieść.

– Zuza, wybacz mi. Chciałem cię chronić.

O mało nie przewróciła filiżanki.

– Nie chrzań mi tu, Norbert! Niby chciałeś chronić, a teraz sam pakujesz się w kolejną aferę. Nadal kusisz los. Masz córkę i wypasioną chałupę. Chcesz to wszystko stracić? Przecież Rudziński jest umoczony po uszy.

– Umoczony?

– Jest dobrze znany w wydziale przestępczości gospodarczej. Mają go na oku od paru lat. Facet pojawił się znikąd na rynku budowlanym i zaczął inwestować spore sumy. Posypały się donosy. Że pierze kasę, że złodziej i tak dalej. – Machnęła ręką poddenerwowana. – I teraz jeszcze ta afera z Klaudią Piekarz. Nasłałeś niczego nieświadomą dziewczynę na takiego faceta. Dlaczego to zrobiłeś? Czego tak naprawdę szukasz, Norbert? O co ci, kurwa, chodzi?

Wytrzymałem jej spojrzenie.

Nie mogłem powiedzieć o Czarnym Domu. I tak by nie zrozumiała. Sam siebie nie rozumiałem. Nie tylko w tej sprawie.

– Raczek tylko czeka, żeby złapać cię za dupę. – Podniosła filiżankę i upiła łyk herbaty. Drżała jej ręka. – Wiesz, że oni cię tu nie znoszą?

Uśmiechnąłem się pod nosem.

– Chodzi ci o lokalny wymiar sprawiedliwości?

– Mhm. – Popatrzyła na mnie wymownie. – Nie mógłbyś dalej handlować tymi cholernymi ciupagami?

– Dostawca ma raka. Już mi nic więcej nie wystruga.

Był nim wujek Mufina. Staruszek dowiedział się parę miesięcy temu o raku prostaty i życie momentalnie z niego uszło.

Zuza westchnęła.

Miałem wrażenie, że od rana usłyszałem już zbyt dużo westchnień.

– Dobra, Norbert. To teraz jak na spowiedzi. Co wy kombinowaliście z tą Piekarz? I nie wal mi tu ściemy. Nie jestem Raczkiem.

– No tak. Pan prokurator był najbardziej zajęty własną fryzurą.

– Nie lekceważ go.

Uniosłem dłonie w pojednawczym geście.

– Zatrudnianie testerki wierności nie było w moim stylu i w ogóle nie miałem zamiaru tego robić.

– Ale zrobiłeś.

– W lipcu przyszła do mnie żona Rudzińskiego. Potrzebowała dowodów na zdradę męża.

– A teraz jest październik. – Zuza posłała mi czujne spojrzenie.

– Rudzińska się wahała. Poszła też do konkurencji. Trochę jej zeszło, zanim wybrała mnie.

Znowu kłamałem i czułem się jak kutas.

– Jasne.

Madejska pochyliła się nad blatem.

– Kto ci dał namiar na Rudzińskiego? Co na niego masz?

Chwyciłem za filiżankę i przytknąłem ją do ust.

Zastanawiałem się, czy wspomnieć o Jurku Wasiaku. Ten idiota i tak by niewiele powiedział, zwłaszcza gliniarzom. Dopiłem herbatę i znowu skłamałem.

– Mufin wygrzebał Rudzińskiego w darknecie – powiedziałem obojętnym tonem.

– Jasne! Ten twój naćpany pomagier od tych pożal się Boże wizytówek.

– Mufin jest czysty. Ostatnio nawet znalazł sobie stałe źródło dochodu. Jak na niego to prawdziwy postęp.

– Chyba konieczność. – Prychnęła. – U ciebie za dużo nie zarobi.

– Zuza, wiem, że spierdoliłem. Rok temu i teraz. Czasem mi coś nie wyjdzie.

Madejska przewróciła oczami. Na szczęście darowała sobie komentarz.

– Nigdy nie wynająłbym testerki wierności, żeby udowodnić czyjąś niewierność. To chwyt poniżej pasa. Ale tu wszystko zgrało się w czasie. Dostałem cynk o Rudzińskim, a potem pojawiła się Klaudia.

Zuza postukała palcem w ząb.

– A nie pomyślałeś, że to nie był przypadek? I że ten twój informator, o którym nie chcesz mi powiedzieć, mógł to zaplanować?

Przygryzłem wargę. Też o tym myślałem, ale przecież jej tego nie powiem.

Madejska była bardziej przenikliwa niż jej poprzednik komisarz, Seweryn Marek, zwany Rudym. Rudy powydzierał się przez pięć minut, poudawał groźnego glinę, a potem szukał ugody. Zuza z kolei przyjmowała wszystko spokojnie, ale starała się złapać rozmówcę na kłamstwie. Dlatego tak trudno było mi się z nią dogadać.

Pomyślałem o tym przegrywie Wasiaku. Pojechałem do niego, bo chciałem zobaczyć, jak zareaguje na wieść o śmierci Klaudii Piekarz. Trudno jednak było cokolwiek wyczytać z jego zapitej mordy. Na dodatek mamrotał coś o zjawie. Gdybym tyle pił, też bym widział różne rzeczy. I podskórnie bałem się, że skończę jak Wasiak.

– I co tak analizujesz, Norbert? – Słowa Madejskiej sprowadziły mnie na ziemię. – Obmyślasz najwygodniejszą dla siebie wersję?

Uznałem, że lepiej zmienić temat.

– A znaleźliście coś na miejscu zbrodni?

Uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową.

– Ubranie dziewczyny było w samochodzie. Kluczyki, portfel. W portfelu karta bankomatowa i niecałe dwieście złotych. Motyw rabunkowy raczej odpada. Szczepan – chodziło jej o wyszczerzonego aspiranta w okularach – przeglądał monitoring z nadleśnictwa. O tej porze nic tam nie jechało. Mamy tylko samochód Klaudii, jak wjeżdża do Doliny. No i... – zawiesiła głos.

– Ktoś wracał z miejsca zbrodni? – spytałem bez przekonania.

– Na to wygląda. Na nagraniach jest stary Ford Ka. Niestety rejestracja niewidoczna. Jakby celowo ktoś ją zamazał. Na monitoringu nie widać dokładnie.

– Ktoś z mieszkańców doliny?

Pokręciła głową.

– Nikt z mieszkańców nie ma takiego auta. To akurat łatwo sprawdzić, bo tam jest tylko kilka domów. Ale za to w okolicznych wsiach znajdzie się parę takich Fordów. W Żywcu też. Dzielnicowi będą rozpytywać właścicieli. W tym Fordzie na bank siedział nasz gagatek. Godzina się zgadza.

– Rudziński raczej nie bujałby się takim złomem.

Uśmiechnęła się pod nosem.

– Pewnie brzydziłby się do niego wsiąść. Choć kto wie? Może pojechał nim dla zmyłki.

– Może Rudziński opłacił złomiarza? – podsunąłem. – Dostał papier, że auto zostało skasowane, a jednak normalnie z niego korzysta.

– I używa starego Forda Ka do brutalnych morderstw w odludnych miejscach? – dodała Zuza z drwiną w głosie.

– Rzeczywiście za dużo roboty – mruknąłem. – I chyba nie w stylu Rudzińskiego. A jakieś ślady przy potoku?

– Norbert – powiedziała przeciągle. – Całą noc padało... Na dodatek teren jest trudno dostępny. W takich warunkach łatwo zatrzeć ślady. To, czego nie zrobi sprawca, uczyni za niego natura. Błoto, woda, chaszcze, potok...

– Ciągle zapominam, że to nie działa tak jak w telewizji.

Madejska zsunęła się z hokera i sięgnęła do drugiego stołka po skórę.

– Cała nadzieja w sekcji zwłok – powiedziała, nie patrząc na mnie. – Może tam coś wyjdzie.

Ruszyła w stronę wyjścia. Patrzyłem na jej kołyszące się biodra i zastanawiałem się, czy kogoś ma. Jakiegoś faceta, może narzeczonego. Niejeden by za nią poleciał jak ćma do światła.

Zatrzymała się przy drzwiach. Popatrzyła na mnie z wyrzutem.

– Muszę to przyznać, Norbert. Naprawdę próbowałeś zatrzeć złe wrażenie... – Otworzyła drzwi. – Szkoda, że gubią cię kolejne kłamstwa.

Zniknęła w ciemności.

Poczułem, jak do środka wlatuje zimne powietrze.

Zamknąłem drzwi, przekręciłem zamek i wróciłem do kuchni.

Podszedłem do okna.

Gdzieś tam, w mroku, żyło jezioro. Zbiornik kryjący wiele sekretów. A jakie sekrety ukrywał Tymon Rudziński, za którym jeździłem cały wieczór?

* * *

Rudziński po wyjściu z biura odwiózł Amandę na Osiedle Parkowe. Zabawił u niej ponad godzinę. Ja w tym czasie sterczałem pod blokiem i obserwowałem szare chmury przesuwające się po ciemnym niebie. Kiedy w końcu wyszedł, pojechał do swojego domu pod miastem. Była to nowoczesna dizajnerska perełka z płaskim dachem, która przypominała trochę barak, a trochę stajnię. Przed budynkiem stał też drugi samochód. Fiat 500. Pewnie auto Estery Rudzińskiej.

W domu mężczyzna spędził jeszcze mniej czasu niż u sekretarki. Niecałe pół godziny. Wyglądał na wzburzonego, gdy wyskoczył na parking i wpakował się do BMW. Rudziński miał sporo na głowie. Nie zauważyłby nawet, gdyby sam diabeł nadepnął mu na odcisk. Przynajmniej nie musiałem się maskować.

Pojechał na drugi koniec miasta, na całkowity wygwizdów.

Zatrzymał się przy placu budowy.

 

[...]