Ebook dostępny w abonamencie bez dopłat od 25.11.2025
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Nowa beskidzka zagadka od laureata nagrody Kryminalny Debiut Roku 2024
Niektóre legendy nie umierają. Mówią szeptem i czekają, aż ktoś je obudzi.
Głęboko w Beskidzie Żywieckim, otoczone lasami i ponurymi górami, leżą Czarnobogi – wieś, gdzie wiara w demony nie zdążyła umrzeć, bo nikt nie odważył się jej pogrzebać. Miejsce, w którym strzygonie mają imiona, a beskidzki folklor, góralskie mity, historia o Królu Węży i towarzysząca im groza nigdy nie stały się bajkami dla dzieci.
Zyta Kafka wraca do rodzinnej miejscowości na pogrzeb matki. Ale dom rodzinny to nie tylko zakurzone meble – to także rozbudzone duchy przeszłości. Dosłownie. Zniknięcie ojca sprzed lat nieopodal szlaku na Jałowiec, wciąż niewyjaśnione, wydaje się mieć więcej wspólnego z aktualnymi wydarzeniami, niż ktokolwiek chciałby przyznać.
Komuś bowiem bardzo zależy na tym, żeby zagadki okolicznych wzgórz pozostały nierozwiązane.
W duecie z Erykiem Banasiem, wyrzuconym z policji furiatem, Zyta wikła się w historię, w której granica między mroczną baśnią a rzeczywistością rozmywa się coraz bardziej.
Jak oddzielić legendę od prawdy? Jak wśród dawnych przyjaciół rozpoznać prawdziwych sojuszników? Zyta wolałaby tego nie sprawdzać. Wystarczyło tu tylko nie wracać…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 349
Rok wydania: 2025
Redakcja: Paweł Sajewicz, Joanna Śmieszek
Korekta: Jolanta Gomółka
Projekt okładki: Tomek Majewski
Zdjęcia na okładce: Photo by David Clode, Aaron Roth & Luca Bravo on Unsplash
Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki
Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka
Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
www.wydawnictwoagora.pl
Copyright © by Agora Książka i Muzyka Sp. z o.o., 2025
Copyright © Michał Zgajewski, 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
Warszawa 2025
ISBN: 978-83-8380-376-0
Wydanie pierwsze
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
W 1679 roku w Rajczy, wsi Beskidu Żywieckiego, strzyga udusiła dziewiętnaście osób. W odwecie mieszkańcy wykopali trumnę kobiety, którą podejrzewali o te zbrodnie. Zwłokom odcięto głowę. Podobne działania zapobiegawcze podjęli mieszkańcy Ujsół w 1720 roku wobec starego owczarza. Te zdarzenia opisał Andrzej Komoniecki w Dziejopisie Żywieckim. Przedstawiona w niniejszej powieści historia wydarzyła się w miejscowości Czarnobogi.
Czerwiec 1723 roku. Czarnobogi, Dolina Koszarawy, Beskid Żywiecki
Biały księżyc oświetlał cmentarz na niewielkim wzgórzu. Andrzej szedł na czele pochodu. Przybyło z pół wioski. Ludzie z pochodniami, widłami i siekierami. Bo z upiorami nigdy nie wiadomo. Lepiej się uzbroić. Wprawdzie pleban zabronił tutaj przychodzić, ale mieszkańcy uradzili między sobą, że nie ma innego wyjścia. Niektórzy byli oporni. Andrzej musiał postawić sprawę jasno. Trzy osoby pomarły w ciągu tygodnia. Z przestrachu albo uduszone. Nie minęło siedem dni, jak pochowali Antka Młynarza. Ktoś mówił, że widział, jak Antek zaszedł do starego Józka dzień po śmierci. Czyli wtedy, gdy już leżał pod ziemią. Inny świadek widział, jak upiór wędruje po nocy. Musieli działać szybko i zatrzymać mordercę.
Ludzie okrążyli grób. Płomień pochodni wyglądał jak rozpalony przez samego diabła. Andrzej się nie bał. Wiedział, że trzeba zrobić swoje. On i dwóch drwali zaczęli kopać. Ziemia była miękka. Robota szła sprawnie. Więcej kłopotów mieli z wyciąganiem trumny. Gdy w końcu udało się ją wydobyć na powierzchnię, Andrzej sięgnął po dłuto i uchylił bogato zdobione wieko. Antek jako zamożny człowiek nie skąpił grosza. Nawet pogrzeb musiał mieć okazały. Gdy Andrzej odsunął pokrywę, poczuł straszny odór. Milczący do tej pory ludzie zaczęli szeptać między sobą.
– Nie wygląda, jakby miał wyjść – rzucił ktoś nieśmiało.
– A co ty wiesz o upiorach? – odpowiedział mu głos kobiety.
Andrzej skinął na drwali.
Wyciągnęli zwłoki i ułożyli je obok trumny.
Andrzej rozejrzał się po zgromadzonych. Każdemu spojrzał w oczy. Nie dostrzegł sprzeciwu. Był pewien, że ludzie tylko czekali, żeby uwolnił ich ode złego.
Jeden z drwali podał mu siekierę.
Andrzej się zamachnął. Gdy ostrze opadło, usłyszał ciche mlaśnięcie.
Dla pewności uderzył jeszcze raz.
Głowa potoczyła się po niewielkim wzniesieniu, a zgromadzeni odetchnęli z ulgą. Niektórzy zaczęli dziękować Bogu. Inni nawoływali, żeby iść do karczmy.
Andrzej uśmiechnął się pod nosem. Uratował mieszkańców Czarnobogów przed ich własnym strachem.
Lipiec 2023 roku, Czarnobogi, Dolina Koszarawy, Beskid Żywiecki
To był kiepski dzień na pogrzeb. Zyta nie miała co do tego wątpliwości. Czuła, jak strużka potu przesuwa się powoli spod łopatek w dół pleców. Na czarnym materiale i tak nie będzie widać, pocieszała się w myślach. Stała przed otwartą trumną matki i słuchała zawodzenia starszych kobiet. Większość kojarzyła z dzieciństwa. Przyszły głównie ciekawskie sąsiadki. Że też matka zechciała umrzeć latem. Akurat gdy temperatura sięgała trzydziestu stopni. Zyta westchnęła cicho.
Matka, jak to matka, zawsze musiała postawić na swoim. I tak samo było z umieraniem. W trumnie wyglądała świetnie. Podobno bardzo jej na tym zależało. Mieszkała na tym swoim wypizdowie przez całe życie, ale zawsze dbała o wygląd. W czasach, gdy był przy nich ojciec, rodzice często jeździli do miasta, do teatru, do kina, ale też na zakupy. Matka to uwielbiała. Potem wszystko się skończyło. A teraz skończyło się jej życie. Zyta żałowała, że w ostatnim czasie tak rzadko rozmawiały. Prawda jest taka, że od dawna za sobą nie przepadały. A może to Zyta nie przepadała za matką? Albo chciała myśleć, że ich relacje są do dupy? Teraz to i tak nie miało znaczenia.
W kaplicy było trochę chłodniej niż na zewnątrz, ale nie czuła różnicy. Wpatrywała się w muchę krążącą nad twarzą matki. Trzy koleżanki nieboszczki wydzierały się coraz głośniej. Trudno było to nazwać śpiewem. Ludzie wchodzili do kaplicy, żeby pożegnać Annę Kafkę, przyklękali i po chwili wychodzili. Mucha krążyła niebezpiecznie blisko trumny.
W pewnym momencie Zyta zrobiła krok do przodu i machnęła ręką, żeby odgonić owada. Miała wrażenie, że wszyscy uważnie ją obserwują. Dzidka, najlepsza koleżanka matki, zaintonowała Już idę do grobu ciemnego i początek jej nawet wyszedł. Potem uderzyła w fałszywe rejestry, a reszta żałobników nie podchwyciła melodii.
Zyta uśmiechnęła się smutno. Jakoś będzie musiała przetrwać najbliższe godziny. Mszę z kazaniem o kruchości życia albo czymś takim. Przemarsz z trumną na cmentarz. Cmentarz znajdował się na wzniesieniu, więc żałobnicy spocą się jeszcze bardziej. Potem przyjdzie czas na zasypanie trumny w dole. I wreszcie stypa.
Dobrze, że Dzidka ogarnęła pogrzebowe sprawy. Zyta kompletnie nie miała do tego głowy. Kiedy dowiedziała się o śmierci matki, rzuciła wszystko we Wrocławiu i przyjechała do rodzinnej wsi w Beskidzie Żywieckim. Ale nie miała pojęcia, jak organizuje się pogrzeb. Nie wiedziała, że jest z tym tyle zachodu. Wizyty u księdza, w urzędzie. A to dopiero początek. Będzie musiała trochę tu zostać, żeby załatwić wszystkie formalności. Na szczęście potem już nigdy tu nie wróci.
Na parkingu przed karczmą był tłok. Eryk Banaś ze zdziwieniem przyglądał się ubranym elegancko gościom, którzy stali przed budynkiem, palili papierosy i głośno rozmawiali. Eryk dotknął przemoczonej koszulki. Wchodzić czy nie? Dopiero co zjechał z Pilska. Góra, która liczy ponad tysiąc pięćset metrów nad poziomem morza, dała mu popalić. Był zmęczony i zasapany, a jego serce waliło jak oszalałe. Ale był szczęśliwy. A to rzadko mu się zdarzało. Przez chwilę zastanawiał się, co zrobić. Jednak pragnienie zimnego piwa zwyciężyło. Przypiął rower do stojaka i wszedł do środka.
W karczmie poczuł uderzenie zimna z zawieszonego na ścianie klimatyzatora. Gdy właściciel restauracji go zauważył, o mało nie podskoczył za barem.
– Musisz tu dzisiaj przychodzić? – zapytał z wyrzutem. – Stypę mamy.
Eryk obejrzał się za siebie.
– Tylko część sali jest wydzielona – powiedział. – Widzę też sporo turystów. Nie odpuściłbyś utargu, Staszek.
– Jest piątek, środek sezonu.
Przez chwilę Staszek Baran wpatrywał się w Eryka, jakby miał nadzieję, że ten jednak pójdzie w cholerę. Nie poszedł. W końcu Baran westchnął, podszedł do nalewaka i wreszcie podał mu pełny kufel.
Na widok pianki dotykającej brzegów naczynia Eryk przejechał językiem po ustach.
– Wypiję to raz-dwa i wracam do siebie.
– Tak – odparł właściciel. – Raz-dwa i wypieprzasz. Tym razem żadnych dyskusji z turystami.
– Nie będę z nikim gadał. Wjechałem prawie na szczyt Pilska. Czarnym szlakiem. Musiałem trochę prowadzić rower, ale było warto. Więc jestem wyluzowany. Tobie też by się przydało, Stachu.
– Guzik mnie to obchodzi – wycedził Baran tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Wypij na koszt firmy i jedź do matki.
Eryk siorbnął cicho. Zauważył, że Baran nadal się w niego wpatruje. Jakby Eryk był jedynym klientem. Staszek prowadził karczmę od lat i całkiem nieźle mu szło. Na pewno przez brak konkurencji. Choć ostatnio ludzie w Czarnobogach zaczęli gadać, że Staszkowi mało i wziął się za branżę transportową. Eryka to nie obchodziło. Miał swoje problemy, nie interesowały go cudze.
– Umarła ta nauczycielka? – zapytał, gdy wypił kilka łyków. – Mama mówiła, że pójdzie na pogrzeb.
Baran pokiwał głową i zerknął w stronę żałobników. Uwagę Eryka przykuła szatynka z długimi włosami. Na lewym przedramieniu miała tatuaż.
– Kojarzę ją – rzucił Banaś. – Z widzenia. Parę lat starsza ode mnie. Kiedy poszedłem do technikum, ona była już po liceum.
– I lepiej na tym wyszła – prychnął Baran. – We Wrocku siedzi. Redaktorka jakaś.
– Jej matka była wredna. Ciągle mnie gnoiła. Z polaka.
– Niewiele to dało. – Na twarzy Staszka pojawił się lekki uśmiech.
Eryk znalazł wolny stolik przed budynkiem. Usiadł i z przyjemnością wyciągnął nogi. Słońce nie grzało już tak mocno. Powoli zaczynało się robić pomarańczowe. Takie lubił najbardziej. Trochę zmarkotniał na myśl, że jutro rano znowu musi iść do roboty.
Minęło sześć miesięcy, od kiedy wylali go z policji. Nadal nie mógł się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Z policjanta, który budził postrach, stał się ochroniarzem w supermarkecie. Wszyscy z niego drwili. Starzy. Młodzi. Oczywiście za jego plecami. Wprost nikt by nie zadrwił z dwumetrowego olbrzyma z wyrzeźbionymi ramionami. Ludzie bali się Eryka, a ci, którzy nie wiedzieli, że nie można go wkurwiać, sami prosili się o kłopoty.
Na pewno nie wiedzieli o tym przyjezdni z Krakowa albo chuj wie skąd, Eryk nie dosłyszał. Ale usłyszał, ile zarabia goguś z wystrzyżoną bródką i piskliwym głosem, a wtedy zabrakło mu tchu. Chwycił smartfona i włączył kalkulator. Szybko podzielił kwotę przez swoje zarobki. Pokręcił głową. Dla pewności przeliczył jeszcze raz. A ten cwaniaczek ze stolika obok nawijał coraz głośniej. Brzmiał, jakby jaja zostawił w domu, i ciągle się użalał, że nie stać go na mieszkanie. Eryk tymczasem patrzył w wyświetlacz smartfona i czuł, jak znajome, złowrogie uczucie wypełnia jego trzewia. Brało się gdzieś ze środka, a potem rozlewało na całe ciało. Gdy go nie zatrzymał w odpowiednim momencie, robiło się niebezpiecznie.
Patrzył na tego jebanego smartfona i walczył ze sobą. Wychodziło na to, że palant z bródką zarabia cztery i pół raza więcej niż Eryk. Pewnie siedział na dupie przed komputerem przez cały dzień, podczas gdy Eryk wydeptywał kolejne kilometry po sklepowej hali. I upominał emerytów, którzy próbowali w kieszeni ukryć pomidora.
Cztery i pół raza więcej. W głowie mu się to nie mieściło.
Towarzystwo bawiło się w najlepsze, bo gadali coraz głośniej. Teraz odezwała się idiotka z niebieskimi włosami. Pierdoliła coś o Central Parku. Central Park i Central Park. Eryk miał wrażenie, że powtórzyła to tysiąc razy. Z przesadnie amerykańskim akcentem.
Banaś dopił piwo. O mało nie trzasnął kuflem o drewniany blat.
Już miał się zbierać, gdy znów usłyszał ten wysoki głos. Facet, który przed chwilą obwieszczał światu, ile zarabia i że ciągle mu mało, mówił coś do Eryka. Ciężko było wychwycić z tego jazgotu poszczególne słowa.
– Sorry, stary! Nie masz czasem ognia?
– Nie jestem twoim starym! – warknął Eryk w odpowiedzi.
Znajomi chłopaka zarechotali. W sumie trzy dziewczyny i trzech chłopaków.
Eryk zamknął oczy. Pomyślał o Staszku Baranie. Karczmarz przed chwilą prosił go, żeby nie robił kłopotów. I miał chłop rację, Eryk narobił sobie już wystarczająco dużo problemów. Nie potrzebował kolejnych. A te dzieciaki i tak jutro wyjadą. I będą wkurwiać kogoś tam u siebie. W Krakowie. Albo w jebanym Central Parku, gdzie on i tak nigdy nie pojedzie.
Rozwrzeszczane towarzystwo odwróciło wzrok. Chyba już o nim zapomnieli. Było mu to na rękę. Podszedł do stojaka z rowerami. Odpiął zabezpieczenie.
Coś go tknęło. Odwrócił głowę. Mrużąc oczy, wpatrywał się w gogusia z bródką i jego kompanów. Miał wrażenie, że go obgadują. Że robią sobie z niego jaja. Zwłaszcza ta z kolorowymi włosami. Zacisnął zęby. Próbował zapanować nad uczuciem, które mogło go wpędzić w tarapaty. Próbował przez niecałą minutę.
– A chuj z tym – warknął i ruszył do stolika, przy którym siedzieli turyści.
Przy długim stole było coraz więcej wolnych krzeseł. Zyta poczuła ulgę. Miała już dość wysłuchiwania historii o matce. Drażniło ją, że uczestnicy stypy mówili o Annie Kafce w samych superlatywach. Zyta o mało nie roześmiała się w twarz krępemu facetowi, który z przejęciem opowiadał o tym, jak to pani Ania wyprowadziła go na ludzi. Ona pamiętała matkę zupełnie inaczej. Jako osobę surową i niedostępną. Na szczęście stypa zmierzała ku końcowi. Zyta oparła podbródek o dłoń i wodziła znudzonym wzrokiem po pomieszczeniu.
Skóry martwych zwierząt i poroża na ścianach wisiały tu chyba od zawsze. Tak samo drzeworyty nawiązujące do historii rodu Baranów. Zyta wpatrywała się w grafikę zawieszoną na przeciwległej ścianie. Przedstawiała mężczyzn pracujących przy wyrębie lasu. Na sąsiednim drzeworycie kobiety w chustach robiły pranie w potoku. Chyba. Grafika była na tyle prymitywna, że pewne rzeczy trzeba było sobie dopowiedzieć. Kolejne scenki rozgrywały się w karczmie: mieszkańcy Czarnobogów przy stołach z jadłem i trunkami. Nic ciekawego, zwykły góralski folklor, choć Staszek Baran pewnie miał na ten temat inne zdanie. Jego rodzina prowadziła tę karczmę od wieków.
Zyta w dzieciństwie przyjeżdżała tu z rodzicami. Gdy była małą dziewczynką. Gdy ojciec był jeszcze w domu. Teraz to miejsce trochę podupadło. Wszędobylski kurz prosił się o wytarcie, pożółkłe firanki w oknach potrzebowały odświeżenia, nawet sztućce wyglądały jak z późnego PRL-u. Widelec przy jej talerzu był wygięty i porysowany. Tak, Staszek Baran nie wkładał w rodzinny interes tyle serca co jego poprzednicy.
– Myślisz o mamie? – usłyszała za uchem.
Gośka. Jej najlepsza przyjaciółka z czasów szkolnych. Potem zaczęły się nowe czasy we Wrocławiu, a Zyta oddzieliła te dwa światy grubą kreską. Czarnobogi i Wrocław nie miały punktów stycznych. Jednak dziś na pogrzebie matki światy zaczęły się przenikać, a do Zyty w końcu zaczęło docierać, że została sama.
Pulchna brunetka przysunęła krzesło. Pachniała, jakby wylała na siebie cały flakon słodkich, ciężkich perfum. Zawsze takich używała. Zyta postanowiła tego nie komentować. Taki miały układ. Nie oceniały się. Może dlatego ta przyjaźń przetrwała. Nawet gdy Zyty nie było na miejscu.
– Mogę dziś spać u ciebie – zaproponowała koleżanka.
– A co na to Łukasz? – Zyta miała na myśli jej chorobliwie zapracowanego faceta. Łukasz Górnik prowadził firmę transportową, a w weekendy dorabiał w remontach. I jeszcze handlował drobnicą na OLX.
– Jutro sobota. Wyjątkowo ma wolne. Niech siedzi z dzieciakami.
– To świetnie! – ucieszyła się Zyta. Na myśl, że miałaby spać sama w rodzinnym domu, przechodziły ją dreszcze. – Weźmiemy coś ze stypy. Zostało trochę żarcia.
Gośka poklepała się po brzuchu.
– Ja odpadam. Chyba że jakiś alkohol na trawienie.
– Kupimy po drodze.
Gośka chciała coś powiedzieć, ale zamilkła w ostatniej chwili. Poruszyła bezgłośnie ustami. Wzrokiem omiotła salę, jakby czegoś tam szukała. Znów zerknęła na przyjaciółkę i podrapała się po nadgarstku. Zawsze tak robiła, gdy chciała poruszyć niezręczny temat. Zyta uśmiechnęła się pod nosem. Niewiele zmieniamy się od czasów dzieciństwa. Tak naprawdę ciągle jesteśmy małymi dziećmi. Z tą różnicą, że im więcej przybywa nam lat, tym bardziej jesteśmy zagubieni, pomyślała.
– Nie było cię na pogrzebie Adama – odezwała się Gośka po dłuższej przerwie.
Zyta miała wrażenie, że w głosie przyjaciółki słyszy żal.
– Miałam dużo pracy.
Rozmowa o byłym chłopaku w dniu pogrzebu matki nie była najlepszym pomysłem.
– Wiesz, że on... – Gośka urwała.
Zyta o mało nie podskoczyła. Przeraźliwy krzyk postawił wszystkich na nogi.
Eryk przewrócił stolik. Talerze z jedzeniem wylądowały na kostce brukowej. Nie przypuszczał, że narobią tyle hałasu. Ale niewiele go to obchodziło. Był w transie. Bestia, którą nosił w sobie, chciała wydostać się na zewnątrz. I siać zamęt. A on nie miał zamiaru jej powstrzymywać.
Chwycił gogusia z równo wygoloną brodą za szyję i uniósł. Nogi przerażonego chłopaka zamachały w powietrzu. Goguś zarzęził.
– Puść go, ty wsiurze! – wydzierała się jego niebieskowłosa towarzyszka.
Eryk pchnął chłopaka na drugi stolik.
Goguś wylądował z hukiem.
Eryk oddychał ciężko. Ciągle brakowało mu tchu i sapał jak pierdolony nosorożec. Oglądał kiedyś program o tych zwierzętach prawie przez godzinę, dopóki nie przyszła matka i nie zmieniła kanału. Serce nadal waliło jak szalone. Oczy zalewała czerwień. Zdążył zauważyć, że goguś jęczał przewieszony przez stół. Jakieś dziecko zaczęło płakać.
Stał lekko pochylony i przebiegał wzrokiem po przerażonych twarzach. Niektóre z nich znał. Niektórych nie.
Coś go tknęło, gdy w drzwiach zobaczył Zytę Kafkę. Odruchowo pomyślał, że w czarnym jej do twarzy. Zyta patrzyła na niego ze wstrętem.
– Eryk! – darł się Staszek. – Wynocha! Spierdalaj stąd!
– Pały już tu jadą! – wrzasnęła właścicielka kolorowych włosów.
Oddychała chyba głośniej niż Eryk. Gdyby mogła, na pewno by się na niego rzuciła, ale na szczęście trzymała się z daleka. Na szczęście, bo wkurw Eryka zbliżał się niebezpiecznie do maksa. Mimo że Banaś nadal nie kontrolował złości, to przynajmniej potrafił określić, na jakim etapie jest to podstępne uczucie, które zalewało go niczym żółć. Podobno to pierwszy krok do kontrolowania siebie. Ale Eryk nie miał wątpliwości. Jeśli chodzi o samokontrolę, nadal był w czarnej dupie. Posypał się całkowicie, gdy wylali go z policji. Kiedy był policjantem, miał motywację, żeby nad sobą panować. Teraz pracował w supermarkecie i wszystko mu wisiało.
– Pójdziesz siedzieć, chuju! – Towarzyszka typa z bródką warczała jak rottweiler.
Eryk westchnął. Miał wrażenie, że wrócił z krótkiej i gwałtownej podróży. Demon, który nim zawładnął, zniknął niespodziewanie. Czasem tak było. Wkurw pojawiał się znikąd i po chwili gasł jak znicz w wietrzny dzień na cmentarzu. Kiedy indziej uczucie gniewu trawiło go dłużej. I wtedy robiło się niebezpiecznie.
Wsiadł na rower i ruszając, rzucił do Staszka:
– Zapłacę za szkody! W poniedziałek mam wypłatę.
Jechał pod górę. Pedałował jak oszalały. Przed oczami miał krwawoczerwone słońce. Na tle otaczających wioskę gór robiło piorunujące wrażenie.
Po kilkuset metrach usłyszał za sobą dźwięk koguta policyjnego.
– Kurwa! – zaklął pod nosem i zwolnił.
Nie było sensu uciekać.
Zyta zaparkowała srebrną toyotę przed domem matki. Był to piętrowy budynek z brudnoszarą elewacją i spadzistym dachem. Niezbyt okazały, ale położony w urokliwym miejscu, w cichej uliczce. Tuż obok przepływała Koszarawa. Zapach rzeki oraz jej szum Zyta pamiętała z dzieciństwa. I często w myślach do nich wracała. Zwłaszcza we Wrocławiu, w niewielkiej kawalerce na dwunastym piętrze.
Od strony pasażera wytarabaniła się Gośka. W jednej ręce trzymała skórzaną torebkę z dyndająca literką K. W drugiej butelkę czerwonego wina. W samochodzie prawie się nie odzywała. To nie było w jej stylu. Zyta podejrzewała, że Gośka chce poruszyć cięższy temat. Póki Zyta jest jeszcze w Czarnobogach.
Gdy tylko przekroczyły próg, Gośka otworzyła butelkę z wprawą, która mogłaby zawstydzić niejednego barmana.
Usiadły przy stole w skromnej kuchni. Było schludnie i czysto, ale wystrój zatrzymał się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Zycie zrobiło się wstyd przed koleżanką. Za to, że nie doglądała matki i że nie interesowała się domem. I że w ogóle wypięła się na nich wszystkich. Gdy studiowała, wracała co jakiś czas w rodzinne strony. Po obronie pracy dyplomowej zaczęła pracować we wrocławskich mediach. Poza pisaniem krótkich tekstów do internetu nic jej nie interesowało. Z wielkomiejskiej perspektywy życie w maleńkich Czarnobogach wydawało się trywialne i nudne.
Gośka upiła łyk wina. Podrapała się po wewnętrznej stronie dłoni i wypaliła z grubej rury:
– Wiesz, że w dniu pogrzebu Adama doszło do... incydentu?
– Incydentu?
Skąd miała wiedzieć? Adam Panek, chłopak Zyty z czasów licealnych, zmarł miesiąc przed jej matką. No właśnie, matka... Podczas ostatniej rozmowy na Skypie robiła Zycie wyrzuty, że zostawiła ją samą w Czarnobogach. Że na starość nie ma jej kto podać szklanki wody. Zyta odgryzła się, że przez całe dzieciństwo nie mogła na nią liczyć. Matka skwitowała to jednym słowem: „Przesadzasz”. I tak przestały rozmawiać. No bo co więcej powiedzieć w sytuacji, gdy najcięższe działa zostały już wytoczone? Anna Kafka odeszła więc bez pożegnania. Zmarła w ciepłą lipcową noc. Jej ciało znaleziono nad rzeką za domem. Przyczyną śmierci był zawał. Zyta zastanawiała się, dlaczego matka była nad rzeką. I o czym myślała w swych ostatnich chwilach. Może o córce?
– Słuchasz mnie, Zyta? – Gośka ściągnęła ją na ziemię.
– Tak. – Zmrużyła oczy. – Mówiłaś o jakimś wypadku? Incydencie?
– Wypadek to mało powiedziane. – Gośka zrobiła duże oczy. – Słuchaj... Jakieś pojeby wykopały trumnę Adama.
– Co?
W innych okolicznościach Zyta wyśmiałaby przyjaciółkę. Ale napięte mięśnie twarzy Gośki i strach, który zagościł w jej brązowych oczach, nie pozostawiały wątpliwości.
– To jakieś plotki, tak? – zasugerowała jedyną logiczną odpowiedź.
– Jezu, Zyta! Żadne plotki! Próbuję ci powiedzieć, że ktoś odrąbał Adamowi głowę. Sprawcy włożyli ciało z powrotem do trumny, a głowę... Odciętą głowę położyli na wieku.
Zytę zatkało.
Gośka nachyliła się nad stołem. Kosmyk niesfornych włosów opadł jej na czoło. Sięgnęła po butelkę i drżącą ręką napełniła kieliszek. Do pełna.
– Zyta, to są Czarnobogi. Tutaj niejednemu trupowi łeb ucięli. Nie pamiętasz? Stara lokalna tradycja: ludzie bali się zbójów, nawet gdy ich pochowali. Dla pewności wyciągali zwłoki z grobów i odcinali im głowy, ręce, nogi. I najwyraźniej tutejsi wciąż o tym pamiętają. – Wbiła wzrok w Zytę. – Ty powinnaś wiedzieć o tym najlepiej. Przecież twój ojciec się tym zajmował.
Zyta skrzywiła się na wspomnienie o ojcu. Ostatni raz widziała go, gdy była dzieckiem. Ale Gośka w jednym miała rację. Prawdziwa historia Czarnobogów nie była czymś, czym można się chwalić przed turystami.
– Kiedy to było? – zapytała.
– Co?
– Ten... incydent – powiedziała Zyta z wahaniem. Miała wrażenie, że mówi o czymś abstrakcyjnym.
– W nocy, zaraz po pogrzebie.
Gośka spojrzała na wysłużoną ceratę. W pomieszczeniu zapadła ciężka cisza.
Zycie zrobiło się niedobrze. Gdzieś za uchem słyszała brzęczenie komara.
Przed oczami zobaczyła Adama Panka, beztroskiego i przebojowego chłopaka w za dużych ciuchach i z niedbale zawieszonym plecakiem na ramieniu. Nie rozstawał się z nim nawet po ukończeniu szkoły średniej. Adama wszędzie było pełno. Nic dziwnego, że w dorosłym życiu angażował się w działalność społeczną. Kochał Czarnobogi i miał otwarty umysł, a takich ludzi zdecydowanie brakowało w małych społecznościach. Adam był szansą na zmiany w ich zadupiu, choć Zyta nie wróżyła mu kariery politycznej nawet na samorządowym szczeblu. Adam Panek nie uznawał kompromisów, choć akurat ta cecha jego charakteru bardzo się Zycie podobała. Lubiła energię, którą promieniował, nawet jeśli od początku czuła, że to nie jest ktoś, z kim chciałaby iść przez życie. W każdym razie Adam nie zasłużył na takie upokorzenie.
– Kto mógł coś takiego zrobić? – zapytała drżącym głosem. – I po co?
Gośka wzruszyła ramionami. Była blada jak ściana. Opadły jej kąciki ust. Piwne oczy emanowały smutkiem.
– Czemu nic nie powiedziałaś? – warknęła Zyta. Skarciła się za to w myślach, ale nie mogła się uspokoić. – Dzwonisz z byle duperelami, a...
– A co ci miałam mówić? Co by to zmieniło?
– No, to akurat zmieniłoby wszystko!
Zyta miała wrażenie, że brakuje jej tchu.
Podeszła do okna i otworzyła je na oścież.
– Wlecą komary – zauważyła Gośka.
– Mam to gdzieś.
– Zyta... – przyjaciółka zagadnęła łagodnie. – Tu rządzi klika. Miałaś rację, że się stąd wyniosłaś. Tylko ja byłam głupia i zostałam. – Machnęła ręką. – Gdyby nie dzieciaki, też bym stąd spieprzyła.
Zyta nie słuchała. Stała przy oknie i wpatrywała się w ciemność.
Odwróciła się i skrzyżowała ręce na piersiach.
– I co? Nikt nikogo nie widział? Muszą być jacyś świadkowie.
Gośka przewróciła oczami.
– Wiesz, jak jest.
– Nie, właśnie, kurwa, nie wiem!
Eryk wrócił do domu przed jedenastą. Matka czekała na niego w kuchni. Niespełna siedemdziesięcioletnia drobna kobieta z pasmami siwych włosów do ramion. Robiła szalik na drutach. Zawsze robiła szaliki, gdy nieszczęście zaglądało pod dach Banasiów.
Eryk łudził się, że staruszka będzie spała, ale nie. Czekała, aż jej jedyny syn wytłumaczy, dlaczego znowu puściły mu nerwy.
Nalał sobie wody z kranu, ukradkiem obserwując matkę.
– Wiem wszystko – powiedziała, nie podnosząc wzroku znad robótki.
Eryk zauważył, że nowy szalik ma jaskrawy żółty kolor.
– Oliwia ci powiedziała?
– A co to za różnica?
– Na pewno Oliwia – westchnął.
Starsza aspirant z komisariatu w Czarnobogach. Blondynka o pełnych kształtach, sztucznych rzęsach i paznokciach długich na jakieś pięć centymetrów. Matka wymyśliła sobie, że policjantka nadawałaby się na żonę Eryka i matkę jego dzieci. Najgorsze było to, że Oliwia nie miała nic przeciwko. Eryka oczywiście nikt nie pytał o zdanie. Sam unikał tematu jak ognia. Poza tym te paznokcie... Eryk wyobrażał sobie, że podczas zbliżenia Oliwia przypadkiem wybija mu nimi oko. Ta myśl wracała do niego za każdym razem, gdy patrzył na jej dłonie. Oczywiście nie przyznałby się do tego. Nie był tchórzem. To przecież jego ludzie się bali.
Ku irytacji Eryka matka i Oliwia weszły w komitywę. Na razie polegała na donoszeniu. Gdy Eryk trafiał na komisariat do wyjaśnienia albo na dołek, Oliwia dzwoniła do staruszki.
– W poniedziałek mam wypłatę – powiedział, wpatrując się w matkę. – Oddam za szkody.
– Dużo tego było?
– A skąd! Parę talerzy.
Matka w końcu podniosła wzrok.
– A turyści? Będzie sprawa?
– Nie. Już pojechali.
Ten, którego Eryk dusił, spieprzał do auta w podskokach. Najbardziej odgrażała się dziewczyna w niebieskich włosach. Mówiła, że go zniszczy. Na szczęście nie złożyli zeznań. A o miejscowych nie musiał się martwić. Na Eryka nikt złego słowa powie, choć mieszkańcy Czarnobogów chętnie by go widzieli za kratkami.
– Musisz pić melisę – zarządziła matka.
– Piję.
– Trzy razy dziennie.
Jęknął.
– Rozerwie mi pęcherz.
– Coś musisz ze sobą zrobić.
Matka skierowała wzrok w stronę ogromnego krucyfiksu, który zdobił ścianę kuchni. Eryk bał się go od dziecka, ale matka nie pozwalała zdjąć.
– Jak Pan Jezus był w twoim wieku, to go na krzyżu powiesili. A ty? Co? Dalej nic...
– Jak tak dalej pójdzie, sam się powieszę – mruknął pod nosem.
Podszedł do srebrnej lodówki. W kuchni był to jedyny nowy sprzęt. Stara radziecka chłodziarka wyzionęła ducha podczas lipcowych upałów. Eryk musiał zamówić nową. Zapłacili z emerytury matki. Najważniejsze, że mama była zachwycona. Mówiła, że lodówka jest piękna i woli patrzeć na nią niż w telewizor.
Otworzył drzwi, wziął pęto kiełbasy i ugryzł spory kawałek.
Matka przeniosła wzrok na włóczkę, która miała w przyszłości zostać szalikiem. Jej chude ręce pracowały, jakby należały do kogoś o trzydzieści lat młodszego. Eryk obawiał się, co z nim będzie, gdy matka odejdzie. Może ta Oliwia nie byłaby takim najgorszym pomysłem na przyszłość? Poczuł, jak dreszcz biegnie wzdłuż jego pleców. Stracił apetyt. Nie chciał chować matki. Nigdy nie miał ojca. To przynajmniej niech mama zostanie z nim jak najdłużej.
– A te dziwne papierosy masz jeszcze? – zapytała.
– Jakie? – Posłał jej zaskoczone spojrzenie.
– Te, co tak słodko pachną. Chyba było ci po nich lepiej?
– Piotrek zwinął interes.
– A czemuż to? – Matka oderwała się od drutów.
– Siedzi od miesiąca.
– Boże drogi, i ja nic nie wiem? Irena nic nie mówiła. Dziś gadałyśmy po pogrzebie.
Eryk uśmiechnął się pod nosem.
– A czym się tu chwalić?
Piotrek Chudzikowski, zwany Chudym, po śmierci ojca nie chciał kontynuować rolniczych tradycji. Pozbył się inwentarza i w pustej stodole zaczął hodować marihuanę. Gdy gliniarze go zgarniali, miał tam prawie sto krzaków. Zaopatrywał całą gminę i wiodło mu się całkiem nieźle. Nawet z miasta przyjeżdżali po jego towar. Eryk też korzystał z usług lokalnego dilera.
Problem w tym, że Chudy był idiotą. Od dziecka mielił jęzorem jak popieprzony. A na dodatek wierzył w to, co mówią w necie czy w telewizji. Kiedy rząd zalegalizował medyczną marihuanę, Chudy dorobił do tego swoją filozofię. Uznał, że od kiedy zioło można kupować na receptę, to nie musi się kryć ze swoją robotą. No i to był błąd. Zwłaszcza że opowiadał, ile wyciąga na rękę. Nie trzeba było długo czekać. Ktoś się wkurwił i podpierdolił Chudego. Policja weszła mu na chatę. Wprawdzie dawni koledzy Eryka z komisariatu też kupowali u Chudego, ale co mogli zrobić? Prokurator wydał nakaz przeszukania. Musieli działać zgodnie z prawem. W ten sposób Eryk stracił dostęp do suszu, który koił zszargane nerwy. Nie tylko Eryk, ale cała gmina. Tyle że to on najbardziej cierpiał z tego powodu.
– Idź się umyj – powiedziała matka, podnosząc się powoli z krzesła. – Ja się kładę. I nie myśl tyle. Pacierz byś zmówił. To zawsze pomaga.
Kobieta poczłapała do pokoju obok. Eryk został sam w przestronnej kuchni. Z suszoną kiełbasą w dłoni. Przez chwilę myślał o Zycie Kafce. Podobała mu się od czasów szkolnych. Tylko wtedy wydawała się taka wyniosła. Pewnie dlatego, że była od niego starsza o sześć lat. A on był młody i głupi. Może by w końcu z nią pogadał?
– Tylko, kurwa, o czym? – zapytał cicho, żując resztki mięsa.
Miał wrażenie, że Chrystus przybity do krzyża zawieszonego nad drzwiami patrzy na niego z politowaniem.
Zyta obudziła się po dziewiątej. Spała w swoim łóżku, w pokoju pachnącym drewnem.
Oparła się na przedramionach. Wnętrze nagle zawirowało.
Jęknęła rozczarowana.
Poprzedniego wieczora, kiedy wino się skończyło, Zyta znalazła w kredensie spory zapas nalewki z pigwy. Wypicie jej po czerwonym winie nie było dobrym pomysłem. Na domiar złego Zyta i Gośka piły na smutno. Zytą wstrząsnęła wiadomość o profanacji zwłok Adama. Próbowała ciągnąć Gośkę za język, ale ta siedziała osowiała i odpowiadała półsłówkami. Przed północą przyjaciółka oznajmiła, że idzie spać.
Zyta miała wrażenie, że Gośka była rozczarowana. Rozczarowana nią. Ale nie miała jej tego za złe. Ojciec Zyty, Tadeusz Kafka, zaginął, gdy miała trzynaście lat. Największe wsparcie otrzymała wtedy od Gośki i Adama. Można powiedzieć, że wspierali ją całe życie, choć od Adama starała się dystansować. Po rozstaniu odpowiadała zdawkowo na jego wiadomości, a czasem nawet ich nie odczytywała. Nie chciała wiedzieć, co się dzieje w Czarnobogach. Nie chciała słyszeć o tym, że Adam wyprawia się do lasu, żeby szukać jej ojca. Ani o tym, że bada kolejne tropy. Wiedziała, że robi to dla niej, ale Zyta wcale tego nie oczekiwała. Chciała uwolnić się od rodzinnej historii, a nie ciągle do niej wracać. I dlatego trzymała Adama na dystans. A w przypływie złości zrzucała wszystko na jego usposobienie. Adam nie potrafił usiedzieć w miejscu i wszędzie doszukiwał się afer. Dlatego w urzędzie gminy go nie znosili.
Przycupnęła na brzegu łóżka. Męczył ją kac. Suchy jak pustynia Atakama.
Chciała zejść na parter i przeprosić Gośkę za wczoraj. Bała się, że z wiekiem upodabnia się do oschłej matki, i coraz bardziej się za to nie lubiła.
Trzymając się poręczy, ostrożnie zeszła po drewnianych schodach. Gośki nie było w salonie. Na kanapie leżały tylko zmięty koc i poduszka. Puste butelki zostawione na stole wyglądały jak wyrzut sumienia.
Zyta przygryzła wargę.
Zaczęło do niej docierać, że nad ranem ze snu wyrwał ją dźwięk telefonu Gośki. Melodyjka była wrzaskliwa. Jakiś taneczny przebój, który Zyta słyszała w radiu. Gośka z kimś rozmawiała.
Zyta w pierwszej chwili myślała, że to sen. Potem przez otwarte okno usłyszała, jak obcasy przyjaciółki wbijają się w żwirowy podjazd. Kiedy kroki ucichły, Zyta znów zapadła w sen.
Teraz sklęła się w myślach. Gdyby zachowywała się normalnie, Gośka zostałaby na śniadanie. Choć jedzenie to była ostatnia rzecz, o której Zyta chciała myśleć.
Na szczęście intensywny proces myślowy przerwało pukanie do drzwi.
Zyta uśmiechnęła się pod nosem. To pewnie Gośka ze świeżym pieczywem.
– Otwarte! – zawołała.
Do środka jednak nikt nie wszedł. Drzwi się nie otworzyły. Zyta ruszyła do wejścia. Nacisnęła klamkę.
Zaskoczona rozejrzała się wokół.
Ani żywej duszy.
Na żwirowym podjeździe zobaczyła za to podłużny kształt. W cieniu rzucanym przez dom wyglądał jak pasek do spodni. Długi na około metr. Zaintrygowana podeszła i ostrożnie kucnęła.
Uwagę przykuwała niewielka dziura w tułowiu, z której sączyła się ciemnoczerwona krew. Puste oczy gada i wysunięty język robiły upiorne wrażenie. Po żółtych plamkach w okolicy głowy rozstrzygnęła, że to zaskroniec. Jako dziecko często na nie trafiała, gdy bawiła się przy rzece za domem.
Wpatrywała się w martwego węża jak zahipnotyzowana. W końcu poczuła, jak wypity alkohol podchodzi jej do gardła.
Godzinę później było już trochę lepiej. Zyta wypiła kawę i nawet zaczęła myśleć o jedzeniu. Jak będzie wychodzić, musi tego cholernego węża wyrzucić do śmietnika. W domu było tak cicho, że nawet jej myśli wydawały się za głośne. W porównaniu z gwarnym Wrocławiem cisza Czarnobogów mogła doprowadzać do szaleństwa.
Patrzyła na kalendarz w smartfonie, planując najbliższe dni. Zamierzała zostać w rodzinnym domu do poniedziałku. Dziś jest sobota, więc w urzędzie gminy nic nie załatwi. Potem jak najszybciej stąd wypierza i już nigdy tu nie wróci.
Obejrzała rolkę, którą nagrała w drodze do Czarnobogów. Wrzuciła ją na profil portalu, dla którego pracowała. Usłyszała swój głos. Drżący, nie taki zdecydowany jak zawsze. Na nagraniu Zyta się uśmiechała, ale każdy, kto ją zna, wiedziałby, że to sztuczny uśmiech. W trzydzieści sekund opowiada, jak spędzić lato w mieście. Jej oczy patrzą wszędzie, tylko nie w obiektyw.
Zerknęła na liczbę wyświetleń i lajków. Pokiwała głową z zadowoleniem. Nawet wpadło trochę komentarzy. Nie wyszło najgorzej, choć podczas nagrywania ciągle myślała o zmarłej matce.
Westchnęła cicho na wspomnienie wczorajszego wieczoru. Musi pogadać z Gośką. Przeprosić ją za swoje zachowanie. Niepotrzebnie na nią naskoczyła, ale wiadomość o losach Adama, a właściwie jego ciała, całkowicie ją zdruzgotała. Nie dość, że dopiero co pochowała matkę, to jeszcze ta makabra z odcinaniem głowy... Najbardziej chyba jednak bolało ją to, czego Gośka nie powiedziała. Jej zrezygnowane spojrzenie, z którego Zyta wyczytała żal, rozczarowanie i może coś jeszcze. Trzeba było przyjechać na pogrzeb Adama. Chociaż tyle mogła zrobić. Przez lata wmawiała sobie, że Adam jest jej obojętny. I pewnie tak było, bo inaczej by się z nim nie rozstała. A jednak nie miała odwagi stanąć przed jego trumną w pieprzonej kaplicy.
Zmęczona myśleniem wybrała numer przyjaciółki. Odpowiedziała jej głucha cisza. Po chwili usłyszała znajomy komunikat: „Abonent czasowo niedostępny”.
Podrapała się po szyi.
Gośka powiedziała, że w Czarnobogach rządzi klika. Zyta domyślała się, co przyjaciółka miała na myśli, ale i tak nurtowały ją te słowa. Zwłaszcza w kontekście profanacji zwłok, która była albo chorym wybrykiem, albo... czymś na kształt ostrzeżenia. A to oznaczało, że Adam zadarł z kimś niebezpiecznym.
Tylko co ją to teraz obchodziło? Parą byli z Adamem w liceum, nieźle się dogadywali, ale na dłuższą metę Zyta czuła się osaczona. Osaczona Czarnobogami i towarzystwem Adama, który nie odstępował jej na krok. Potem wyjechała na studia. To był dobry pretekst, żeby zakończyć związek. I rzeczywiście tak się stało. Zyta i Adam nie byli wyjątkowi. Wiele związków kończyło się w ten sposób, zwłaszcza tych młodzieńczych.
Adam na początku zasypywał ją esemesami i mailami. Przestał, gdy ożenił się z Wiolą Mewą. Po paru latach urodziło się im dziecko. Zyta była przekonana, że Adam o niej zapomniał, choć ona czasem myślała o byłym chłopaku. Nie chciała jednak inicjować kontaktu. Ograniczali się do życzeń świątecznych i urodzinowych. Ale w zeszłym roku Adam zupełnie ją zaskoczył. Napisał, że nadal interesuje się zaginięciem jej ojca. Zyta nie odpowiedziała. Uznała, że to gruba przesada. Co prawda Adam interesował się tą sprawą już jako nastolatek. Wtedy myślała, że chce jej pomóc przejść przez ten trudny czas, a może nawet udowodnić, że na nią zasługuje. Biedak nie wiedział, że było zupełnie odwrotnie. Im więcej mówił o zaginięciu Tadeusza Kafki, tym bardziej oddalał się od Zyty.
Jesienią 2022 roku napisał, że wreszcie trafił na coś grubszego. Na coś, co wstrząśnie lokalną społecznością.
„Po latach wszystkie zgniłe tajemnice Czarnobogów ujrzą światło dzienne. Zobaczysz, Zyta. Wszyscy otrzymają to, na co zasłużyli” – pisał.
Odczytując wiadomość, Zyta przewróciła oczami. Patetyczny ton jej nie zdziwił. Adam zawsze miał skłonność do popadania w przesadę. Ale to, że uczepił się zaginięcia jej ojca i po latach nie odpuszczał, wyglądało dziwnie. W końcu miał swoje życie. Miał też rodzinę. Przez chwilę chciała zasugerować mu, żeby skorzystał z pomocy psychoterapeuty. Ostatecznie nie odpisała. Teraz tego żałowała.
Zyta nie chciała poznać prawdy. Nie chciała wracać do tematu zaginięcia ojca. Odkąd Tadeusz Kafka wyszedł z domu, żeby już nigdy nie wrócić, miała wrażenie, że coś w niej umarło. I nie chciała, żeby się odrodziło. A Adam był jak cierń w sercu. Nie tylko w jej sercu, ale w sercu Czarnobogów. Dlatego spotkała go kara. Tylko tak mogła sobie wytłumaczyć ten bestialski czyn. Jej były chłopak zaszedł komuś mocno za skórę i został ukarany po śmierci.
Wybuchła śmiechem w przeraźliwie pustym domu. Choć bardziej chciało się jej wyć.
Eryk chodził jak struty. Powłóczył nogami po sklepowej hali i wyglądał jak skazaniec wędrujący po spacerniaku. Taki, któremu zostało jeszcze dwadzieścia lat odsiadki.
Spojrzał na zegarek. Dopiero dziesiąta. A gdzie tam do osiemnastej? Ostatnio miewał gorsze dni. Zastanawiał się, w co tym razem wdepnął. Supermarket przypominał mu jebany czyściec. Eryk obawiał się, że utknął tu na zawsze. Z drugiej strony w Czarnobogach nie miał innych perspektyw. Właściciel sklepu, Marek Jędryka, zatrudnił Banasia nie dlatego, że ten miał zadatki na świetnego ochroniarza. Eryk po prostu znał wstydliwy sekret Jędryki.
– Wiesz, jak jest – powiedział Markowi na rozmowie kwalifikacyjnej. A raczej podczas niezobowiązującej pogawędki, która udawała rozmowę o pracę. – Ludzie się dowiedzą. Zaczną gadać. Masz żonę, syna. Jesteś drugi po wójcie w Czarnobogach. Czyli w sumie trzeci, bo pierwszy jest proboszcz. Gdyby to był zwykły skok w bok, jakoś by to przełknęli. Ale nie fakt, że... – Eryk przewrócił oczami.
Marek wziął głęboki oddech.
– Jutro punkt siódma w sklepie – wydukał ze złością.
I tak rozpoczęła się kariera Eryka w ochronie. Pilnował emerytów, żeby nie podkradali warzyw, oraz dzieciaków, które na potęgę kradły słodycze i energetyki. Sklep znajdował się przy ruchliwej transgranicznej drodze. Na zakupy wpadali Słowacy. W sezonie Czarnobogi odwiedzało wielu turystów, głównie tych mniej zamożnych, więc w sklepie ciągle się ktoś kręcił. Czasem Eryk musiał mieć oczy dookoła głowy. Ale kiedy indziej panował taki bezruch, że gdyby podciął sobie żyły, nikt by nie zauważył, jak wykrwawia się przy regale z makaronami.
We wsi nikt nie potrafił zrozumieć, dlaczego to akurat Banaś pracuje w największym sklepie w gminie. Bezrobocie w okolicy było tak duże, że nawet taka mało intratna posada była dla niektórych kusząca. Mieszkańcy dziwili się Markowi, że zatrudnił takiego pojeba. Szeptali za plecami Eryka. On na szczęście nie reagował. I był z siebie dumny. No, może poza jednym razem. Chwycił małolata za fraki i wyrzucił na chodnik. Gówniarz przesadził. Nazwał Eryka cipą. Takiej zniewagi Banaś nie mógł puścić płazem.
Kiedy Eryk ze znużeniem przyglądał się klientom kręcącym się przy owocach, zadzwonił telefon.
Spojrzał na ekran i odebrał, choć wolałby nie.
– Jest robota – usłyszał na powitanie.
– Jaka?
– Trzeba docisnąć gnoja.
– Kogo? – zapytał Eryk, krzywiąc się na samą myśl.
Co innego nawalać się z kibolami na meczach, na które jeździł jako policjant, a co innego przypierać do muru spłukanego frajera. Kiedy Eryk był spokojny, nie miał morderczych zapędów. Poza tym myślał o matce. Staruszka na pewno by tego nie pochwaliła.
– Kogo? – powtórzył pytanie.
– Co ty, kurwa, Banaś? Zgłupiałeś do reszty? Nie przez telefon.
– Kiedy?
– Przyjedziemy po ciebie.
– Macie jakiś towar? – zapytał z nadzieją w głosie.
Usłyszał śmiech po drugiej stronie.
– Mamy, i to jaki!
Eryk westchnął. Nie powinien zadawać się z Gremlinem. Ale gdy mieszkasz w Czarnobogach, nie masz za dużego wyboru.
[...]