Diabeł. Tom 3. Karty Tarota - Magdalena Kornak - ebook + audiobook

Diabeł. Tom 3. Karty Tarota ebook i audiobook

Magdalena Kornak

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Po karkonoskiej burzy Róża i Kajetan wierzą, że wreszcie będą mogli budować życie bez strachu: szybki ślub, Klara u boku, dziecko w drodze to plan na spokojną przyszłość. Spokój jednak nie przychodzi, a Wrocław nocą znów staje się terytorium łowcy. Ktoś poluje na kobiety, a w aktach przybywa raportów i liczb, które nie pozwalają zasnąć.
Do śledztwa wraca sprawdzone trio: komisarz Kajetan Wydrzycki, jego partner Mariusz Chaberek oraz prokurator Patrycja Maciążek. Trop prowadzi przez podwórka, piwnice i bramy, coraz bliżej miejsc, które miały być bezpieczne. Jak ocalić ukochane osoby i miasto, które dławi strach?
„Diabeł”  – trzeci tom z cyklu Karty Tarota. To nie tylko opowieść o bestii zrodzonej z mroku, która wraca po swoje, ale również najbardziej duszny i bezkompromisowy thriller o zemście, winie i granicy między łowcą a ofiarą, która okazuje się cienka jak żyletka.
Polecamy również cykl bestsellerowy "Prokurator Amelia" oraz "O czym szumią świerki".
MAGDALENA KORNAK – autorka serii powieści o prokurator Amelii Wilskiej i mecenasie Szymonie Kiliańskim. Jest adwokatem prowadzącym własną kancelarię i adiunktem na wydziale prawa jednej z wrocławskich uczelni. Prywatnie żona i mama, wielbicielka czworonogów różnej maści, głównie psów i kotów. Jest nałogową czytelniczką. W wolnych chwilach fotografuje i spędza aktywnie czas.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 52 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mariusz Bonaszewski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Magdalena Kornak

Diabeł

Tom 3 Karty Tarota

LIND & CO

LIND & CO

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału:

Diabeł

Tom 3 Karty Tarota

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Lind&Co Polska sp. z o o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2025

Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Pruska, Klaudia Osmólska – Focus

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka Auresusart

Grafiki na okładce:

TeodorLazarev//Shutterstock

Copyright © dla tej edycji: 

Wydawnictwo Lind&Co Polska sp. z o o, Gdańsk, 2025

ISBN 978-83-68254-57-0

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek

Książka częściowo inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami, ale wszystkie postacie i wydarzenia opisane w książce są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących jest przypadkowe.

Prolog

Odkąd sięgał pamięcią, zawsze czuł w sobie mrok. Nie taki spektakularny, literacki, tylko ten prawdziwy – gęsty, lepki, wnikający pod skórę jak smar. Zresztą życie, jakie przez większość swych lat znał, dalekie było od wygód, dziecięcych uciech czy poczucia bezpieczeństwa. Inne dzieci cieszyły się ciepłem domowego ogniska, matczyną miłością i troską ojca o rodzinę, a on? On był szczęśliwy tylko wtedy, gdy ojciec po kolejnej flaszce wódki nie wszczynał awantur. Takie wieczory należały jednak do rzadkości, bo chociaż na przestrzeni lat zmieniały się rzeczy, których w jego rodzinnym domu brakowało, jednego zawsze było pod dostatkiem – alkoholu, bez którego ojciec nie potrafił żyć. To on wyznaczał rytm tego, co działo się w czterech ścianach ich mieszkania i to on był codziennością – szeleszczącym dźwiękiem zrywanych banderol, chlupotem w kieliszku, szlochem matki i dźwiękiem pasa uderzającego o skórę, gdy on był nieposłuszny. To alkohol sprawiał, że jego dzieciństwo naznaczone było sporą liczbą promili w ojcowskiej krwi.

Wbrew pozorom liczba wypitych przez ojca półlitrówek miała swoją wagę. Czasem ojcu wystarczyła jedna flaszka, a czasem dwie lub więcej. Po jednej jeszcze nie było tak źle. Ojciec nie był wtedy groźny, a jedynie za wszelką cenę próbował wywiązać się z małżeńskich obowiązków. Wślizgiwał się wówczas do łóżka matki, co najczęściej – po półgodzinnym skrzypieniu tapczanu i towarzyszących temu stęknięciach obojga, kończyło się głośnym westchnieniem ojca i krzykiem matki, po których każde wracało do siebie. Z ojcowskiej sypialni dość szybko po całym domu rozchodziło się głośne chrapanie, które sprawiało, że syn, podobne jak matka, nie mógł zasnąć. Matka zazwyczaj jeszcze z innych powodów cierpiała na bezsenność. Mimo wcześniejszych spazmów rozkoszy po każdym zbliżeniu łkała w poduszkę przez to, że ponownie zgrzeszyła. Potem gdy płacz ustawał, mamrotała już tylko pod nosem kolejne zdrowaśki, prosząc Najświętszą Panienkę i całe zastępy świętych o wstawiennictwo u Najwyższego i rozgrzeszenie.

Pech chciał, że odkąd pamiętał, dzielił pokój z matką. Ustawiona przez środek niska ława na wysoki połysk rozdzielała go na dwie połowy, a ściślej na dwie trzecie i jedną trzecią. Gdy się wykłócał o równe udziały, zawsze słyszał od matki, żeby się nie mądrzył, bo ona jest starsza i lepiej wie. W końcu przestał z nią walczyć. Zamiast tego wciskał się w róg swego rozkładanego łóżka, stojącego w zagraconym do granic możliwości pokoju, pośród rzeczy bez wartości i bez znaczenia, w którym tak naprawdę nie było dla niego miejsca. Tam, otulony w nie pierwszej świeżości pościel, marzył o jednym – żeby choć raz zasnąć w ciszy.

Co do butelek – znacznie gorzej sytuacja przedstawiała się wtedy, gdy ojciec wypił jeszcze więcej. Już dwie flaszki oznaczały początek domowej krucjaty. Kiedy nadmiar wódki ogarniał ciało i umysł ojca, ten, opętany gorliwą religijnością spod znaku procentów, ruszał na własną wyprawę krzyżową ku potępieniu piekielnej kurwy i jej diabelskiego nasienia, które bez cienia wątpliwości dostrzegał zarówno w żonie, jak i w synu.

W trakcie ojcowskich napadów szału matka barykadowała czym się dało ich wspólny pokój, po czym zamykała się z synem w przepastnej gdańskiej szafie, stanowiącej w ich czynszowym mieszkaniu relikt po Niemcach, którzy tuż po wojnie, jak oni przed ojcem, musieli uciekać przed ruskim wojskiem. Sama kryjówka tylko wtedy zdawała egzamin, kiedy pozostawali w niej cicho, ledwie łapiąc oddech, po to, by ojciec ich nie dorwał. Nie było to łatwe, gdyż on, w obawie przed silną ręką ojca, zazwyczaj trząsł się ze strachu i płakał głośno.

Kiedy kilka razy właśnie przez niego ojciec ich znalazł, dostawało się im obojgu, więc matka udoskonaliła system ukrycia. Podczas gdy tylko spożycie wódki u ojca nadmiernie rosło, oni chowali się w szafie jak do tej pory, ale po to, by syn nie płakał, matka wciskała mu w usta sutek swej piersi. Uspokajał się, wracając do niemowlęcych wspomnień, które dawno już zapomniał. W ten sposób dawne dziecięce ssanie, które koiło go, gdy miał rok czy dwa, sprawdziło się również potem, gdy miał osiem czy dziewięć lat, choć status oseska dawno go nie dotyczył. Przyzwyczaił się szybko do tego i chociaż z każdym kolejnym rokiem piersi matki były coraz mniej jędrne, on wiedział jedno, dawały mu ukojenie i bezpieczeństwo, którego potrzebował, a którego później już nigdy nie zaznał.

Troskliwa opieka matki skończyła się jednak, gdy miał dziesięć lat, a ona z bólem serca uświadomiła sobie, że Bóg, mimo jej gorliwych modlitw, nie wysłuchał jej próśb o to, by wychować syna na bogobojnego i żarliwego katolika. Czar jego pobożności prysł wtedy, kiedy w czasie jednej z nocnych ucieczek przed ojcowskim szałem, schroniony we wnętrzu szafy, miast ssać matczyną pierś jak zwykle, wgryzł się w nią tak mocno, że ta jęknęła z bólu, za to on po raz pierwszy w swym krótkim życiu poznał siłę i smak erekcji. Nagłej, niespodziewanej i przerażająco przyjemnej. Matka przeklęła go wtedy po trzykroć, a ocierając krwawiący sutek, krzyczała, że się go wyrzeka, gdyż w istocie ojciec musiał mieć rację, widząc w nim diabelskie nasienie.

Od tej pory, choć wciąż go kochała bezwarunkową matczyną miłością, coraz częściej traktowała go jak powietrze, którym wprawdzie wspólnie trzeba oddychać, które momentami robi się zbyt ciężkie, ale bez którego nie da się żyć. A on? Odkąd usłyszał, że jest przeklęty, uwierzył w to. Jeśli matka miała go za potwora, choć miał zaledwie dziesięć lat, stał się nim. Wtedy właśnie narodził się w nim Diabeł, a on przyjął go bez mrugnięcia okiem, jak mrok, który od zawsze w nim tkwił, a który do tej pory negował. Otworzył się na niego i na to, co wraz z nim przyniosła przyszłość.

Dziś gdy patrzył na siebie w lustro, wiedział, że świat stoi przed nim otworem, a on wystarczy, że wyciągnie po niego rękę i weźmie jak swoje to, co mu się należy.

1

Zwierzenia bestii

Listopad 2023 roku, Wrocław-Śródmieście

Przez te kilka lat, kiedy siedział, stale wzbierała w nim złość. Miał do siebie żal, że przez własną głupotę trafił za kraty. Wtedy, w sierpniu 2020 roku, wszystko miało wyglądać inaczej. Chciał zaliczyć tylko szybki numerek, rozładować napięcie, a skończyło się… tak, że szkoda gadać! Że też musiał wtedy trafić na tę kobietę! Gdyby nie ona, nikt niczego by mu nie udowodnił. Ale on popełnił błąd, który kosztował go wolność.

Sam był sobie winny. Gdyby nie te jego głupie zasady, nie miałby skrupułów. Ale nie, on miał swój nonsensowny kodeks, który próbował narzucić sobie i światu. Jego celem miały być głównie młode kobiety, ale nie za młode, bo w dzieciach nie gustował. Te pociągały go najbardziej. Nie przeszkadzały mu dojrzalsze, byle nie za stare. Tych zbyt pomarszczonych, z plamami wątrobowymi, unikał. Budziły w nim jedynie odrazę, za bardzo podobne były do matki w jej wersji tuż przed śmiercią – starej, wychudzonej, wyniszczonej przez chorobę siedemdziesięciolatki. Sama myśl o bliskości z taką kobietą go obrzydzała. I choć matka dawno zmarła, on zasad nie zmieniał. Nawet wtedy, gdy trafiała mu się wyjątkowo atrakcyjna wiekowa babka. Choć jego ciało reagowało wówczas podnieceniem, to ekscytacja szybko mieszała się z odrazą i lękiem, że jeśli tylko złamie reguły, to matka wróci, a wraz z nią jej chłodna obojętność i karcące spojrzenie. Wtedy jak kubeł zimnej wody działało na niego wspomnienie jej martwego ciała, to ono przynosiło otrzeźwienie. Bo przecież trup nie wzbudzał współczucia, a tym bardziej pożądania. Przypominał jedynie o rozkładających ciało robakach, a on robactwa nienawidził.

By uniknąć problemów, pytał ofiary o wiek, a granice ustalił jasne. Od dwunastego roku życia wzwyż. Dlaczego właśnie od tego? Nie tłumaczył się z tego nikomu, ale gdyby go ktoś zapytał, to powód był prosty. Kiedyś gdzieś usłyszał, że Cyganie od tego wieku wydają już córki za mąż. To mu wystarczyło, choć sam nie mógłby mieć takiej Romki za żonę. Jak tak pomyślał, to Cyganichy w życiu by nie tknął. Ojciec mu kiedyś wpajał, jeszcze jak był dzieciakiem, że tylko biała kobieta jest czysta rasowo. Żadne tam żółte czy czarne, żadna kawa z mlekiem albo czerwona. Tylko białe! Żadne inne! Tak mówił ojciec. I w tym jednym się z nim zgadzał.

Może gdyby mieszkał w takiej Ameryce, to z ciekawości spróbowałby czekolady, ale on się nigdzie nie wybierał. Jemu wystarczył Wrocław i jego mieszkanki.

Górna granica była równie klarowna – sześćdziesiąt dziewięć i basta. Powyżej znikała podnieta, a on momentalnie tracił zainteresowanie. Zresztą od pięćdziesiątki wzwyż też różnie bywało. Czasem taka pięćdziesiątka była znośna, a czasem trafił się taki kaszalot, że niejedna sześćdziesiątka bardziej go interesowała. Dlatego się nie ograniczał. Liczył się rozsądek i wewnętrzna podnieta.

Bo podniecał się szybko i niewiele było mu trzeba, tylko czasem za tą podnietą nie szło nic więcej, a raczej nie stało nic więcej. Jakby ciało nie słuchało umysłu, jakby wbrew niemu nie współpracowało. I to go frustrowało, bo on chciał więcej i mocniej, tak jak kiedyś, gdy dopiero zaczynał.

Wtedy, dziesięć lat temu, miał tylko jeden cel – chciał się przespać z kobietą, bo chociaż miał dwie dekady na karku, to żadnego doświadczenia. Może z jednym wyjątkiem, o którym nie chciał pamiętać. To był jeden jedyny raz, dawno temu. Był gówniarzem, miał trzynaście lat, buzowały w nim hormony, żadna koleżanka z klasy nie chciała nawet z nim gadać, a co dopiero spojrzeć w jego stronę. Dlatego wykorzystał sytuację, choć nie był z siebie dumny. Matka spała, otumaniona lekami, które jej podał, a on… dał upust swym żądzom i zrobił z nią to, co chciał. Bez skrupułów, bez hamulców i… poza jej świadomością.

Rano udawał, że nic się nie stało i śmiał się w duchu, bo matka obwiniała ojca, że wziął ją bez jej woli. Ojciec wyzwał ją od najgorszych, do niczego się nie przyznając. Choć wciąż trzeźwiał, nie przypominał sobie nocnych igraszek z żoną. Jego „po bożemu” nie zostawiało krwawych śladów. Szybko domyślił się prawdy. Spuścił mu łomot, nie mówiąc nic matce, i zagroził, że jeśli jeszcze kiedyś ją tknie, to go zabije. Chciał go nawet wyrzucić z domu, ale matka, niczego nieświadoma, stanęła w jego obronie, co go rozbawiło, a ojca tylko mocniej rozsierdziło. Może gdyby wtedy ojciec wyrzucił go na bruk, to ogarnąłby się, usamodzielnił, może zacząłby żyć własnym życiem. A tak dzięki wstawiennictwu matki został w rodzinnym domu, mając po swojej stronie mimo wszystko ślepo wpatrzoną w niego matkę i ojca, który szczerze go nienawidził. Skutek był taki, że staruszek coraz częściej wychodził z domu i coraz dłużej do niego nie wracał. Któregoś dnia zniknął bez słowa na wiele miesięcy. Nie wiedział, czy ojciec się wyprowadził, czy wyjechał. Nie bardzo go to interesowało, a matki nie pytał. Bo po co. Przestał dla nich istnieć i nikt po nim nie płakał. Miał nawet nadzieję, że już nigdy nie wróci, ale wrócił, choć z tego, co pamiętał, tylko na chwilę. Któregoś dnia zniknął na dobre, był – a potem go nie było, i nikt za nim nie tęsknił. Matka tylko zamknęła jego pokój na głucho i zakazała do niego wchodzić. Choć początkowo go to dziwiło, uszanował jej prośbę. Odpuścił i tak jak do braku ojca, tak i do małej przestrzeni się przyzwyczaił. A potem zapomniał, co się stało, a może nie zapomniał, tylko wyparł? Teraz sam już nie wiedział.

Kilka kolejnych wspólnych lat z matką, aż do jej śmierci, wspominał dobrze. Był młody, miał gdzie mieszkać, co jeść, ktoś mu sprzątał i prał, a on miał się jedynie uczyć. Matka niczego od niego nie chciała. Dzięki temu on mógł żyć własnym życiem, aż pewnego dnia zrodził się plan, w którym to właśnie on miał się realizować.

Początkowo był w nim chaos, ale on szybko się uczył, a jeszcze szybciej doszedł do wniosku, że jeśli chce bezkarnie zaspokajać swe żądze, musi działać strategicznie. Musiał wiedzieć, gdzie i kiedy zaatakować, i kogo wybrać na ofiarę. Dość szybko to wiedział, choć zanim doszedł do perfekcji, nie obyło się bez błędów. On się jednak nie poddawał i wkrótce stał się cieniem własnych ofiar, kameleonem, który potrafił się wtopić w ich otoczenie.

Zaczął od Gaju, choć sam nie wiedział dlaczego. Coś go tu przyciągało, potrafił godzinami kryć się w krzakach na Gajowickim Wzgórzu, krążyć ulicami osiedla i obserwować jak wytrawny predator swe zdobycze, poznając ich nawyki. Wkrótce wiedział, która z kobiet wychodzi z psem, a która chodzi biegać. Nie było też dla niego tajemnicą, która szła do pracy, która na zakupy, a która odprowadzała dziecko do przedszkola. Znał je wszystkie i czekał jedynie na ich potknięcie. Po Gaju przyszły Partynice, potem Wojszyce, Jagodno, a nawet Maślice i Psie Pole. Jego mapa przez te dziesięć lat rosła, nie ograniczał się. Teraz też nie miał takiego zamiaru.

Gdy patrzył na siebie z tamtych lat, to widział, że choć już wtedy był dobry w tym, co robi, to teraz musiał być jeszcze lepszy. Jego pierwsze ataki były zbyt niezdarne, popełniał w nich zbyt wiele błędów. Ale teraz był starszy i mądrzejszy. Teraz miał stać się drapieżnikiem, nieuchwytnym i precyzyjnym. Miał na nowo przemienić się w bestię gotową na powrót poczuć smak krwi. Teraz gdy znów był wolny, chciał dać o sobie znać, bo nadszedł wreszcie jego czas i nikt nie mógł go powstrzymać. Wyciągnął wnioski z dawnych błędów.

2

A trzeba było…

Maj 2014 roku, Wrocław-Gaj

Początek maja rozpieszczał mieszkańców Wrocławia wyjątkowo wysokimi temperaturami. Ospałe dotąd słońce wreszcie przebiło się przez warstwę chmur i grzało z coraz większą siłą, co zachęcało do opuszczenia małych i ciasnych kawalerek, spółdzielczo-własnościowych M3 i eleganckich willi. Po długiej i wyjątkowo mroźnej zimie, która nie chciała odpuścić aż do połowy kwietnia, Wrocław wreszcie złapał oddech. Teraz miasto tętniło życiem – skwery zapełniły się kocami i koszami piknikowymi, z balkonów pachniało grillem, a w powietrzu unosił się zapach rozgrzanej ziemi i budzącej się zieleni. Kto żyw, ruszył w plener, by wreszcie wystawić twarz do słońca.

Swój plan na kilka pierwszych dni maja miała również Paulina Gorczyca. W tym roku mogła zapomnieć o plenerowych imprezkach z licealną paczką. Matura zbliżała się wielkimi krokami, a ona wciąż miała tyle do powtórzenia. Polskiego i anglika, a nawet matmy się nie bała, ale historia, chociaż ryła ją od kilku dobrych miesięcy, wciąż ją przerażała. Miała wrażenie, że wszystkie daty zlewają jej się w jedną, że już sama nie wie, kto, kiedy i jak rządził, kiedy były jakie bitwy i jaki był ich rezultat, a pytania o przyczyny i skutki kluczowych historycznych wydarzeń zaczynały jej się śnić po nocach.

Plan na pierwszy dzień maja był prosty. Chciała połączyć przyjemne z pożytecznym – pouczyć się historii i złapać trochę słońca. Ładna opalenizna idealnie komponowałaby się z białą koszulową bluzką, którą matka kupiła jej na egzamin. Zrobiłaby furorę, choćby tylko wyglądem. Sprawdziła prognozy, wszędzie zapowiadali upał. Wprost idealna aura do wkuwania wojen punickich. W końcu i one toczyły się w skwarze. Oczami wyobraźni już wyobrażała sobie siebie jako brankę dawnych wojowników smaganych słońcem. Może nie było to wielkie pocieszenie, ale ta nieco naciągana analogia dawała jej motywację do dalszego ślęczenia nad okresem świetności Hannibala i upadkiem Kartaginy.

Naładowała telefon, wrzuciła do płóciennej torby ręcznik plażowy i olejek do opalania, uzupełniła bidon wodą, a na dokładkę dorzuciła mieszankę studencką i jabłko. Wolną przestrzeń wypełnił zeszyt z notatkami i skrypt z historii starożytnej i średniowiecza. Wskoczyła w kostium kąpielowy, letnią sukienkę i była gotowa.

Przez moment nawet przyszło jej do głowy, żeby zadzwonić do Kaśki i namówić ją na wspólne powtórki, ale szybko zmieniła zdanie. Wiedziała, jak to się skończy. Zamiast się uczyć, będą gadać i tyle będzie z efektywnego przedmaturalnego wykorzystania czasu.

Zerknęła na zegarek. Była dopiero dziesiąta – idealnie. Najdalej za piętnaście minut powinna dotrzeć na Wzgórze Gajowe. Wyjrzała jeszcze przez okno. Niebo było czyste, bez ani jednej chmurki. Prawdopodobieństwo deszczu wydawało się zerowe, a nawet jeśli rozpętałaby się nagła burza, to powrót do domu nie zająłby jej nie więcej niż kwadrans. Zabrała w pośpiechu klucze z kuchennego stołu i zbiegła po schodach.

Osiedle świeciło pustkami, tak jak i samo wzgórze. Żadnych spacerowiczów, biegaczy ani psów prowadzonych przez swych właścicieli.

Dziwne – pomyślała – zwykle pełno tu ludzi, a dzisiaj… ani żywej duszy. Może to i lepiej, nikt nie będzie podglądał, a ja idealnie się opalę.

Miała już wybrać miejsce na małej polanie, gdy pośród drzew na szczycie wzgórza zobaczyła młodego chłopaka. Mógł być od niej o kilka lat starszy, choć nie była tego pewna. Przysadzista sylwetka rzucała się w oczy, podobnie jak fałdki tłuszczu, na których opinała się przylegająca do ciała koszulka. Twarzy nie dostrzegła – zasłaniała ją malinowa czapeczka z daszkiem, w tak intensywnym kolorze soczystej czerwieni, że tylko ona zwracała uwagę, jednocześnie nie zachęcając do bliższego poznania jej właściciela. Miała wrażenie, że chłopak ją obserwował.

Kiedy ruszył w kierunku prowadzącej w dół wzgórza ścieżki, odetchnęła z ulgą. Nie bała się go, ale nagle dotarło do niej, że na osiedlowej górce była z nim zupełnie sama i choć jeszcze przed chwilą nie chciała nikogo na niej spotkać, teraz marzyła o tłumie. Rozejrzała się ponownie, niepewna, czy brać nogi za pas, czy przestać się przejmować. Decyzję podjęła o ułamek sekundy za późno. Miała już odejść i wrócić do domu, kiedy poczuła silny uścisk na przedramieniu i ramię zaciśnięte na jej szyi. Znalazła się w pułapce, z której nie miała jak się wydostać. Szarpała się, próbowała wbić paznokcie w przegub ręki napastnika, ale tylko go tym rozsierdziła, sprawiając, że mocniej zacisnął uchwyt.

– Nie wyrywaj się, bo cię uduszę. Będziesz spokojna, szmato, to przeżyjesz – syknął jej do ucha, a z jego ust uderzył ją odór próchniczej zgnilizny, który podrażnił jej nozdrza. I ten jego głos! Wysoki, piskliwy, w połączeniu z jego zwalistą sylwetką brzmiący wręcz komicznie, karykaturalnie. Skojarzył jej z leśnym skrzatem zamkniętym w ciele trolla. Pewnie w innych warunkach parsknęłaby śmiechem, ale teraz nie miała z czego się śmiać, teraz przeszył ją strach. Czy to działo się naprawdę? Czy wyjdzie z tego cała? Próbowała zachować spokój, zmuszając umysł do racjonalnego myślenia. W głowie miała jednak pustkę i jedną myśl – żeby tylko przeżyć.

– Boisz się mnie, suko? I bardzo dobrze! – warknął. – Powinnaś się bać, bo zaraz się przekonasz, do czego jestem zdolny.

I znów ten głos! Nie wiedziała dlaczego. Sama tego nie zrozumiała, ale nagle te jego groźby w połączeniu z tonem dziecka sprawiły, że choć wciąż się bała, nagle jedyną reakcją obronną stał się śmiech, wręcz histeryczny, głośny, który rozniósł się echem. Wściekł się. Próbowała go udobruchać, ale jej:

– Proszę, nie rób mi krzywdy – odebrał jak drwinę. Zrozumiała, że popełniła błąd, kiedy jego uścisk zacisnął się mocniej na jej gardle, a ona odpłynęła.

– Wreszcie. Tak jest lepiej. – Stanął w rozkroku nad jej omdlałym ciałem. – Jesteś zdecydowanie ładniejsza, gdy nic nie mówisz.

Sięgnął po jej płócienną torbę i szybko przejrzał jej zawartość.

– Młoda, ładna uczennica i dobrze, bo ostatnio same stare tylko tu przyłaziły, a z tymi to i za kasę bym nie chciał. A ta… – rzucił w trawę jej torbę, sprawiając, że notatki z zeszytu rozsypały się po łące. Nie zwracał na to uwagi. Skupił się na swojej zdobyczy. – Jesteś całkiem, całkiem. Tylko ta kiecka do niczego nie jest ci potrzebna.

Rozpiął guziki jej sukienki. Jego oczom ukazało się ciało modelki. Dopiero teraz zauważył jak była wysoka. Mogła mieć z metr siedemdziesiąt. Była zgrabna. Głębokie wcięcie w talii odznaczało się wyraźnie od krągłych bioder i dość sporego biustu, skrytego pod czerwonym strojem kąpielowym. Twarz też niczego sobie, choć nie ona go interesowała. Całą uwagę skupił na piersiach. Te krągłości mu odpowiadały. Były idealne. Takie jak najbardziej lubił. Czuł jak z czoła spływa mu pot. Krople kapały na jej nagie ciało. Ściągnął czapkę i rozpiął rozporek. Polizał jej sutek, a kiedy jej ciało w żaden sposób nie zareagowało, wgryzł się niego, na przemian kąsając i ssąc brodawkę. Dotknął drugą ręką swej męskości. Był gotowy. Zsunął spodnie i rozsunął jej uda. Dziewczyna dalej nie reagowała, co tym bardziej go podnieciło.

– Chcesz tego, suko. Inaczej byś protestowała. Skoro chcesz, to ja ci to dam, bezwstydna szmato!

Zacisnął dłonie na jej piersiach i mimo oporu wszedł w nią mocnym pchnięciem. Nagły ból sprawił, że Paulina odzyskała przytomność, krzycząc na całe gardło, kiedy on rozrywał na strzępy jej dziewiczą pochwę. Przywarł do niej całym swym zwalistym ciałem, zatykając jej usta ręką. Próbowała go ugryźć, ale to tylko go rozjuszyło.

– Podoba ci się, kurwo, tak? I dobrze!

Potem już tylko wchodził w nią głębiej i głębiej, aż w końcu wygiął się w łuk i westchnął ciężko. Paula już tego nie czuła. Ból połączony z upływem krwi sprawił, że ponownie straciła przytomność.

Obudził ją dotyk czyjejś dłoni na ramieniu. Przeraziła się, ale kobiecy głos mówił do niej czule i z troską:

– Proszę się nie ruszać. Jest pani w szpitalu na Borowskiej. Jestem lekarzem. Jest pani już bezpieczna.

Chciała się poderwać, chciała uciekać, ale nie miała siły. Wszystko ją bolało, ten ból był trudny do zniesienia i równomiernie rozchodził się po całym ciele. Jęknęła.

– Spokojnie, pani Paulino. Środki przeciwbólowe powinny zacząć zaraz działać. Już wszystko dobrze, nic pani nie grozi. Zawiadomiliśmy pani rodziców, są w drodze. Czy pamięta pani, co się stało?

Próbowała z zakamarków pamięci wydobyć strzępy wspomnień. Wracały przebłyski, choć nie miała pewności, co dokładnie się wydarzyło. Czuła jedynie, że coś potwornego, niewyobrażalnego. Zamiast ruchu, pamiętała dreszcze. Rękę, trawę, niebo i jakiś głos – wszystko jak przez mgłę.

Próbowała coś powiedzieć, ale słowa grzęzły jej w gardle. Czy ta „pani Paulina” to ona? Dziwne, nawet nie pamiętała swojego imienia, podobnie jak tego, czy miała rodziców, dom, jakieś życie. Nie pamiętała nic, po prostu pustka. Nie miała pojęcia, kim jest ani jak się tu znalazła. Jedyne, co wracało, to ból. Głęboki, przeszywający, paraliżujący. Każda kolejna minuta dotkliwie jej uświadamiała, że kimkolwiek jest i jakiekolwiek jeszcze wczoraj miała plany, będą musiały poczekać. Musiała odzyskać siebie i swoją tożsamość. Tylko czy to w ogóle było to możliwe? Była przerażona, zagubiona i odarta ze wspomnień. Kiedy jej ciało dopadły drgawki, miała nadzieję, że to już jej koniec. Poczuła lekkie ukłucie i wreszcie przyszedł spokój.

Gdy zasypiała pod wpływem działania leku, wydawało jej się, że słyszała szloch jakiejś kobiety, przyspieszony oddech mężczyzny i głos lekarki:

– Państwa córkę znalazła para spacerowiczów na Wzgórzu Gajowym. Była naga, zakrwawiona i nieprzytomna. To oni zawiadomili policję i pogotowie, prawdopodobnie uratowali jej życie. Dalej lekarka mówiła, że doszło do gwałtu, że straciła dużo krwi, że będzie wymagała leczenia, że prawdopodobnie efektem podduszenia jest padaczka pourazowa, że teraz doszła jeszcze amnezja psychogenna, że trzeba czasu i cierpliwości. Nie chciała już więcej nic słyszeć. Jej mózg się wyłączył, a ona zasnęła.

Gdy się przebudziła, pamiętała jedynie, że był piękny dzień, a ona miała się uczyć do matury. Cała reszta rozpłynęła się w niebycie.

Zanim zakończyła leczenie, był już wrzesień, terapia trwała do kolejnej wiosny i dopiero wtedy przystąpiła do matury. Sprawcy gwałtu nie odnaleziono. Śledztwo umorzono, mając nadzieję, że może kiedyś ktoś wpadnie jeszcze na jego trop i wtedy uda się wymierzyć sprawiedliwość. Dla systemu była jedną z wielu ofiar. Dla siebie – tajemnicą, której rozwikłanie miała dopiero znaleźć.

3

Szramy

Czerwiec 2014 roku, Wrocław-Gaj

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji