Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
54 osoby interesują się tą książką
Thriller polityczny rozgrywający się w Peru czasów wojny domowej i zarazem przejmująca opowieść o zwykłych ludziach stających w obliczu przemocy.
Félix Chacaltana Saldívar, zastępca prokuratora okręgowego, zawsze rygorystycznie trzyma się przepisów i nie zna większych przyjemności nad solidnie napisany raport oraz rozmowy z dawno zmarłą matką. Pewnego dnia ów pozbawiony większych ambicji biurokrata musi zająć się dziwną i brutalną zbrodnią: w małej wiosce znalezione zostaje zwęglone i okaleczone ciało. Powodowany uporem i głuchy na ostrzeżenia Chacaltana brnie w śledztwo, a kiedy wszystkich, z którymi rozmawia, spotyka nieszczęśliwy i przedwczesny koniec, zdaje sobie sprawę, że rozwiązanie zagadki może wyglądać zupełnie inaczej niż się spodziewał, zaś grzebanie w niedawnej przeszłości kraju to naprawdę bardzo niebezpieczne zajęcie.
Czerwony kwiecień to wciągająca opowieść o mrocznym śledztwie, która zarazem odsłania dramatyczną i złożoną prawdę o peruwiańskim konflikcie rozpętanym przez terrorystyczny Świetlisty Szlak. Przełomowa powieść w karierze Santiago Roncagliolo.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 316
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Santiago Roncagliolo
Czerwony kwiecień
Przełożył
Tomasz Pindel
ArtRageWarszawa 2026
Dla Rosy, bo jestem stamtąd, skądkolwiek ty będziesz
Przypatrz się orgii korupcji, która toczy ten kraj; głodowi, który jednych niszczy, i przesytowi, od którego inni pękają; porozmawiaj z ludźmi idącymi pieszo, przyjrzyj się tym, co jadą konno… W ten sposób zrozumiesz tę przemoc… A jeśli nie chcesz współczesnych wyjaśnień, wczytaj się w Ewangelię Mateusza (21,12–15) i znajdziesz tam aktualne od tysiącleci wyjaśnienie gniewu, który wielu ludzi na świecie uważa za święty.
Efraín Morote, rektor Państwowego Uniwersytetu San Cristóbal de Huamanga
Jesteśmy ludźmi przepełnionymi wiarą…Na Czwartym Zjeździe obiecaliśmy zmierzyć się z tą krwawą łaźnią…Dzieci ludu nie umarły, żyją w nas i w nas tętnią.
Abimael Guzmán, przywódca Świetlistego Szlaku
Wojna jest święta, jej instytucja jest boska.I jest też jednym z uświęconych praw świata.Podsyca w ludziach wszystkie wielkie uczucia, takie jak honor, bezinteresowność, cnotę i odwagę, jednym słowem nie pozwala im popaść w godny potępienia materializm.
Helmut von Moltke, cytowany w ulotce Świetlistego Szlaku O wojnie: przysłowia i cytaty
Dnia 8 marca 2000 roku, to jest w środę, w trakcie przemieszczania się w kierunku swojego adresu zamieszkania w miejscowości Quinua, ob. Justino Mayta Carazo (lat 31) natknął się na zwłoki.
Zgodnie z wyjaśnieniami złożonymi właściwym władzom przesłuchiwany od trzech dni uczestniczył we wspomnianej miejscowości w zabawie karnawałowej, podczas której brał udział w tańcach. W związku z zaistniałymi okolicznościami przesłuchiwany twierdzi, iż nie pamięta, gdzie przebywał poprzedniej nocy ani podczas dwóch nocy wcześniejszych, kiedy to, jak zeznał, spożył znaczne ilości napojów alkoholowych. Oświadczenia tego nie był w stanie potwierdzić żaden z 1576 mieszkańców miejscowości, którzy zapewniają, iż w trakcie minionych 72 godzin obchodów karnawałowych znajdowali się w analogicznym stanie upojenia alkoholowego.
O świcie dnia 8 marca wzmiankowany Justino Mayta Carazo (lat 31), jak zeznał, stawił się osobiście na miejscowym rynku razem z Manuelchą Pachas Ispijuy (lat 28) oraz Deolindem Páucarem Quispe (lat 32), którzy jednak nie byli w stanie potwierdzić tej okoliczności. Następnie, jak oświadczył przesłuchiwany, przypomniał sobie o swoich obowiązkach zawodowych związanych z lokalem „Moje Peru”, w którym to piastuje stanowisko sprzedawcy. Wstał z łóżka i udał się do wspomnianego lokalu, ale wobec niesprzyjających okoliczności, w postaci dręczącego go przez połowę drogi niespodziewanego ataku wyczerpania, zdecydował się powrócić do miejsca zamieszkania i udać na zasłużony spoczynek.
Zanim zdążył dotrzeć do swoich drzwi, atak przybrał na sile, co skłoniło przesłuchiwanego do zatrzymania się w miejscu zamieszkania jego sąsiada Nemesia Limanty Huamána (lat 41), by odpocząć przed pokonaniem piętnastu metrów dzielących go od wejścia do własnego lokum. Jak zeznaje, wchodząc do budynku, nie zauważył niczego podejrzanego ani nie natknął się na nikogo, i udał się przez patio prosto do stodoły, gdzie spoczął. Zapewnia, że spędził tam samotnie następne sześć godzin. Nemesio Limanta Huamán (lat 41) zaprzeczył tej wersji, zeznając, że o godzinie 12 zastał w stodole samotną Teofilę Centeno de Páucar (lat 23), młodą małżonkę Deolinda Páucara Quispe (lat 32), znaną, zdaniem świadków, z hojnego uposażenia naturalnego oraz znacznego apetytu cielesnego, co jednakowoż zostało zanegowane zarówno przez jej współmałżonka, jak i wzmiankowanego przesłuchiwanego Justina Maytę Carazo (lat 31).
Po godzinie, czyli o 13, w trakcie wykonywania czynności przeciągania się, przesłuchiwany, jak zeznał, dotknął jakiegoś szorstkiego i sztywnego obiektu częściowo ukrytego w słomie. Wierząc, że może być to ukryta skrzynka z pieniędzmi należąca do właściciela lokalu, przesłuchiwany postanowił kontynuować wydobywanie tegoż przedmiotu. Prokuratura Rejonowa udzieliła przesłuchiwanemu zdecydowanej reprymendy wobec jego ewidentnie złych intencji, na co Justino Mayta Carazo (lat 31) okazał autentyczną skruchę, deklarując, że nie omieszka wyspowiadać się z tego u księdza Juliana Gonzáleza Casquignána (lat 65), proboszcza odnośnego okręgu kościelnego.
Około 13.10 wzmiankowany przesłuchiwany uznał, że przedmiot jest zbyt duży jak na skrzynkę i że raczej przypomina spaloną belkę, czarną i lepką. Następnie usunął resztki słomy zakrywające obiekt, natykając się na nieregularną powierzchnię pokrytą licznymi dziurami. Jak zeznał, odkrył, że jedna z tych dziur jest ustami pełnymi czarnych zębów, a na dalszych częściach ciała widnieją resztki koszuli, również zwęglone i przylegające do skóry tudzież spopielonego ciała, zapewne zniekształconego działaniem ognia.
Około 13.15 przerażone krzyki Justina Mayty Carazo (lat 31) obudziły pozostałych 1575 mieszkańców miejscowości.
Na tym protokół zakończono dnia 9 marca 2000 roku w prowincji Huamanga i po stwierdzeniu zgodności go podpisuję:
élix Chacaltana SaldívarPomocnik Prokuratora Rejonowego
Chacaltana, pomocnik prokuratora, z niepewną miną postawił kropkę. Przeczytał wszystko od początku, skreślił jakąś literkę i dopisał czarnym tuszem „F” przy imieniu. Teraz dobrze. Porządny protokół. Zastosował się do wszystkich zasad formalnych, precyzyjnie dobierał czasowniki i nie popadał w manierę rozbuchanego sypania przymiotnikami, typową dla tekstów prawniczych. Unikał litery „f” – bo jego maszyna Olivetti z siedemdziesiątego piątego zgubiła tę czcionkę – ale znał dostatecznie dużo słów, żeby sobie bez niej poradzić. Mógł napisać „okoliczność” zamiast „fakt” albo „okręg kościelny” zamiast „parafia”. Pomyślał z satysfakcją, że w jego sercu człowieka w służbie prawa kryje się poeta próbujący wydostać się na zewnątrz.
Wykręcił kartki z wałka, schował kalkę na potrzeby przyszłych dokumentów i wsadził każdą kopię raportu do stosownej koperty: jedną do archiwum, drugą dla sędziego karnego, jedną do akt i jedną dla dowództwa lokalnej jednostki wojskowej. Brakowało jeszcze raportu lekarza sądowego. Przed wyjściem do komisariatu napisał kolejny raz – jak każdego ranka – podanie o nową maszynę do pisania, dwa ołówki i ryzę papieru kalkowego. Wysłał już trzydzieści sześć takich podań i trzymał wszystkie potwierdzania nadania. Nie chciał być agresywny, ale jeśli nie dostanie tych materiałów szybko, będzie musiał uciec się do bardziej radykalnych procedur administracyjnych.
Osobiście zaniósł podanie i podpisał potwierdzenie nadania, po czym wyszedł na Plac Broni. Z głośników zamontowanych na jego czterech rogach, w ramach kampanii Kancelarii Premiera mającej na celu wzmożenie nastrojów patriotycznych w prowincji, płynęły słowa sławiące życie i dzieło wybitnych mieszkańców Ayacucho: don Benigno Huaranga Céspedes, sławetny doktor ayacuczański, studiował na Uniwersytecie Świętego Marka i poświęcił swe życie szlachetnym naukom medycznym, na którym to polu zebrał liczne zaszczyty i różne honory. Don Pascual Espinoza Chamochumbi, wybitny adwokat z Huanty, wyróżniał się zaangażowaniem na rzecz prowincji, której ufundował popiersie wielkiego Bolívara. Dla pomocnika prokuratora rejonowego Féliksa Chacaltany Saldívara te biografie, uroczyście recytowane na Placu Broni, stanowiły wzorce do naśladowania, przykłady rodaków, którzy mimo wszelkich trudności potrafili się wybić. Zastanawiał się, czy któregoś dnia, w uznaniu za nieustające trudy wkładane w pracę na rzecz sprawiedliwości, jego nazwisko zasłuży na to, by powtarzano je z głośników.
Podszedł do wózka z gazetami i poprosił o dziennik „El Comercio”. Sprzedawca powiedział, że dzisiejszy numer nie dotarł do Ayacucho, ale ma wydanie wczorajsze. Chacaltana kupił je. Niewiele może się przecież zmienić z dnia na dzień, pomyślał, wszystkie dni są zasadniczo takie same. Potem ruszył dalej w stronę komisariatu.
Kiedy tak maszerował, myśl o zwłokach w Quinua wywołała w nim pomieszanie dumy i niepokoju. To był jego pierwszy nieboszczyk w ciągu roku, który upłynął od powrotu do Ayacucho. To oznaka postępu. Aż do tej chwili każda sprawa z trupem trafiała prosto do prokuratury wojskowej z powodów bezpieczeństwa. Prokuraturze rejonowej przydzielano tylko pijackie bójki i przemoc domową, co najwyżej jakiś gwałt, często dokonany przez męża na żonie.
Chacaltana dostrzegał pewien problem z klasyfikowaniem przestępstw i nawet zwrócił się z pisemną prośbą o instrukcje do sądu karnego prowincji Huamanga, tyle że wciąż nie otrzymał odpowiedzi. Jego zdaniem takie praktyki w prawnie zawartym małżeństwie nie powinny być nazywane gwałtami. Mężowie nie gwałcą swoich żon: spełniają swój obowiązek. Pomocnik prokuratora Félix Chacaltana Saldívar, który rozumiał ludzkie słabości, zazwyczaj organizował rozprawę pojednawczą, by pogodzić skłócone strony, i obligował małżonka do wypełniania męskich powinności bez wywoływania urazów czy ran. Pomocnik prokuratora wspomniał swoją byłą żonę Cecilię. Ona nigdy się nie skarżyła, w każdym razie nie na to. Pomocnik prokuratora odnosił się do niej z szacunkiem, ledwie ją tykał. Byłaby pod wrażeniem, gdyby się dowiedziała o randze tej sprawy z nieboszczykiem. Wreszcie zaczęłaby go podziwiać.
W recepcji komisariatu samotny sierżant czytał sportową gazetę. Pomocnik prokuratora rejonowego Félix Chacaltana Saldívar podszedł do niego, głośno stawiając kroki, i odchrząknął.
– Szukam kapitana Pacheco.
Sierżant uniósł znudzony wzrok. Przeżuwał zapałkę.
– Kapitana Pacheco?
– Tak jest. Musimy podjąć działania w bardzo poważnej sprawie.
Pomocnik prokuratora przedstawił się. Sierżant miał dość niepewną minę. Spojrzał w bok. Pomocnikowi prokuratora wydało się, że kogoś tam dostrzega, jakiś cień. Może się mylił. Sierżant zanotował dane prokuratora i wyszedł z recepcji z kartką w ręku. Pomocnik prokuratora usłyszał w przylegającym pomieszczeniu jego głos nakładający się na inny, ale nie był w stanie rozpoznać, o czym jest rozmowa. Zresztą starał się nie słuchać. To oznaczałoby pogwałcenie zasad instytucjonalnej komunikacji. Sierżant wrócił po ośmiu minutach.
– Bo wie pan co… Dziś jest czwartek, szefie. W czwartki kapitan przychodzi dopiero po południu… O ile w ogóle… Bo ma wiele pilnych spraw…
– No, ale procedury nakazują, byśmy udali się wspólnie, celem dokonania wizji lokalnej w sprawie zmarłego… i umówiliśmy się, że…
– …jutro też jest trudny dzień, szefie, bo kazali nam iść na defiladę w niedzielę i trzeba wziąć się do przygotowań, sam pan wie.
Pomocnik prokuratora postanowił wyciągnąć mocny argument:
– Tylko że… denat nie może czekać.
– Ale ten to już na nic nie czeka, szefie. Proszę się nie martwić, przekażę kapitanowi, że stawił się pan u nas w związku z tym nieboszczykiem.
Nie bardzo wiedząc jak, pomocnik prokuratora rejonowego dał się ponieść słowom funkcjonariusza aż do drzwi. Chciał coś odpowiedzieć, ale było już za późno. Stał na ulicy. Wyjął z kieszeni chusteczkę i przetarł czoło. Nie wiedział, co robić – czy ominąć proceduralne wymogi, czy jednak czekać na kapitana. Ale czekać do poniedziałku to zbyt długo. Będą od niego wymagali raportu w terminie. Sam pójdzie. I przedłoży skargę przed Naczelną Administracją Policji, przesyłając kopię do prokuratury okręgowej.
Pomyślał znów o denacie i to przypomniało mu matkę. Nie poszedł się z nią zobaczyć. Powinien zajść do domu w drodze powrotnej ze szpitala, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Przeszedł przez miasto w piętnaście minut, wkroczył do Szpitala Wojskowego i zaczął szukać sekcji oparzeń albo kostnicy. Zdezorientowali go ci wszyscy kontuzjowani, pobici i cierpiący ludzie. Postanowił zapytać pielęgniarkę, która właśnie odprawiła dwóch staruszków w sposób sugerujący, że jest tu kimś ważnym.
– Przepraszam, gdzie znajdę doktora Faustina Posadasa?
Pielęgniarka obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem. Pomocnik prokuratora rejonowego Félix Chacaltana Saldívar zastanowił się, czy nie będzie musiał ujawnić swojej funkcji. Pielęgniarka weszła do jakiegoś gabinetu i wróciła po pięciu minutach.
– Pan doktor wyszedł. Proszę siąść i poczekać.
– P… przychodzę tylko po jeden dokument. Potrzebuję raportu lekarza sądowego.
– Ja nie znam tematu. Ale proszę spocząć.
– Jestem pomocnikiem pro…
Było to bezcelowe. Pielęgniarka wyszła, żeby pomóc krzyczącej z bólu kobiecie. Nie była ranna. Po prostu krzyczała z bólu. Pomocnik prokuratora usiadł między stareńką babuliną, która zawodziła coś w języku keczua, i policjantem z raną na ręce, z której ciekła krew. Rozłożył gazetę. Nagłówek informował o przekręcie planowanym przez rząd na kwietniowe wybory. Zaczął czytać z niesmakiem, myśląc, że takie podejrzenia powinny być kierowane do prokuratury generalnej i tam szybko wyjaśniane, zanim podobne sensacje zostaną opublikowane w prasie i wywołają godne pożałowania skutki.
Kiedy przewracał stronę, odniósł wrażenie, że przygląda mu się stojący przy wejściu rekrut. Nie. Już nie. Może nawet w ogóle nie patrzył. Czytał dalej. Mniej więcej co sześć minut w drzwiach pokazywała się pielęgniarka i wzywała którąś z osób czekających na korytarzu, bezrękiego mężczyznę albo dziecko z polio, którzy opuszczali swoje miejsce, pojękując z bólu i oddychając z ulgą. Przy trzeciej stronie pomocnik prokuratora poczuł, że siedzący obok policjant próbuje mu czytać przez ramię. Kiedy na niego spojrzał, funkcjonariusz z uwagą przyglądał się swojej ranie. Chacaltana złożył gazetę, umieścił ją sobie na kolanach i zaczął bębnić palcami o papier, żeby jakoś urozmaicić czekanie.
Doktor Posadas nie nadchodził. Prokurator chciał coś powiedzieć pielęgniarce, ale nie wiedział co. Uniósł wzrok. Stała przed nim szlochająca dziewczyna. Miała podrapaną, zaczerwienioną twarz, a jedno oko kompletnie spuchnięte. Opierała sponiewierany policzek o ramię matki. Wyglądała na pannę.
Chacaltana zastanawiał się, co w sensie prawnym robić z niezamężnymi ofiarami gwałtów. Na początku domagał się więzienia dla gwałcicieli, zgodnie z przepisami. Ale poszkodowane protestowały: jeśli napastnika zamykano, ofiara nie mogła wyjść za niego za mąż, żeby odzyskać cześć. Oznaczało to konieczność zreformowania kodeksu karnego.
Zadowolony ze swych przemyśleń pomocnik prokuratora postanowił wysłać do sądu karnego prowincji Huamanga dokument poruszający tę kwestię, dołączając ponaglenie, by odpowiedziano mu na poprzednie zapytanie. Piskliwy głos z północnym akcentem wybił go z tych rozważań:
– Prokurator Chacaltana?
Niziutki mężczyzna w okularach, źle ogolony i z tłustawymi włosami, stał obok, jedząc czekoladę. Jego kitel upaprany był musztardą, sosem kreolskim i czymś brązowawym, ale rękawy miał czyste, co pozwalało zamaskować obfitość łupieżu sypiącego się z jego głowy.
– Faustino Posadas, lekarz sądowy.
Wyciągnął ubrudzoną czekoladą dłoń, którą pomocnik prokuratora uścisnął. Następnie przeprowadził go przez ciemnawy korytarz pełen ludzkiego cierpienia. Niektóre osoby podchodziły do niego, pojękując i prosząc o pomoc, ale lekarz przeganiał je gestem do pierwszej z sal – proszę tam, do pielęgniarki, ja się zajmuję tylko denatami.
– Nie widziałem tu pana wcześniej – odezwał się lekarz, kiedy wchodzili do nowego pawilonu, gdzie znajdowała się inna poczekalnia. – Pan z Limy?
– Jestem z Ayacucho, ale mieszkałem w Limie w dzieciństwie. Rok temu mnie przenieśli.
Lekarz uśmiechnął się.
– Z Limy do Ayacucho? Chyba był pan niegrzeczny, panie Chacaltana… – Odchrząknął – Jeśli… wolno mi tak powiedzieć.
Pomocnik prokuratora nigdy nie był niegrzeczny. Nie zrobił niczego złego, nie zrobił niczego dobrego, nigdy nie zrobił niczego, co nie byłoby wyraźnie określone w przepisach dotyczących jego funkcji.
– Sam poprosiłem o przeniesienie. Moja matka tu mieszka, a ja od dwudziestu lat nie pojawiałem się w mieście. Ale teraz, kiedy nie ma już terroryzmu, wszędzie spokój, prawda?
Lekarz zatrzymał się przed drzwiami naprzeciwko poczekalni pełnej ciężarnych z porodówki. Przełożył czekoladę do drugiej ręki i wyjął z kieszeni klucz.
– Spokój, jasne.
Otworzył drzwi i weszli. Posadas włączył białe jarzeniówki, które migotały przez chwilę, zanim zaczęły się porządnie palić. Jedna zresztą nie przestała migać. W biurze znajdował się stół zakryty prześcieradłem. A pod nim jakiś kształt. Chacaltana poczuł się nieswojo. Wolałby, żeby stół był pusty.
– Ja… przyszedłem tylko, żeby odebrać stosowny doku…
– Protokół sekcji, tak.
Doktor Posadas zamknął drzwi i podszedł do biurka. Zaczął grzebać w papierach.
– Myślałem, że gdzieś tu jest… Przepraszam na chwilkę.
Kontynuował poszukiwania. Chacaltana nie potrafił oderwać wzroku od prześcieradła. Lekarz to zauważył. Zapytał:
– Widział go pan?
– Nie! Ja… spisałem zeznania od funkcjonariuszy pełniących wtedy służbę.
– Policjantów? Przecież nawet go nie widzieli.
– Jak to?
– Kazali gospodarzowi wpakować ciało do worka przed ich wejściem. Nie wiem, co mogli panu powiedzieć.
– Ach…
Posadas przestał na chwilę grzebać w papierach. Odwrócił się w stronę pomocnika prokuratora.
– Powinien go pan zobaczyć.
Chacaltana pomyślał, że to wszystko zbytnio się przeciąga.
– Ja tylko potrzebuję raport…
Ale lekarz podszedł do stołu i zdjął prześcieradło. Zwęglone ciało spojrzało na nich. Rzeczywiście miało ściśnięte zęby, ale poza tym trudno było rozpoznać w tym czarnym kształcie ludzkie cechy. Nie było go czuć trupem. Pachniało jak lampa naftowa. Światło zamigotało.
– Niewiele nam zostawił do oglądania, co? – zagadnął Posadas.
Chacaltanie przypomniało się, że miał wpaść do matki. Próbował odzyskać koncentrację. Starł pot. To nie był taki sam pot jak wcześniej. Tylko zimny.
– Dlaczego trzymacie to na porodówce?
– Z braku miejsca. Poza tym na jedno wychodzi. W kostnicy nie ma zamrażarki. Szlag ją trafił przez te ciągłe odcięcia prądu.
– Przecież od lat już nie odcinają.
– Nie w naszej kostnicy.
Posadas wrócił do biurka z papierami. Chacaltana obszedł stół, starając się patrzeć w inną stronę. Zwęglenie było nieregularne. Choć w twarzy można się było dopatrzyć pewnych cech ludzkiej fizjonomii, obie nogi zmieniły się w jedno ciemne przedłużenie tułowia. Po stronie zwróconej ku górze sterczały jakieś pokręcone elementy, niczym gałęzie skamieniałego drzewa. Chacaltana poczuł, że podchodzą mu do gardła wymioty, ale starał się zamaskować to jakże nieprofesjonalne zachowanie. Posadas wbił w niego te swoje dwa skośnawe i nieufne, jakby szczurze oczka.
– Pan będzie prowadził śledztwo? A żołdacy?
– Członkowie sił zbrojnych – poprawił go pomocnik prokuratora – nie mają powodu, by się angażować w sprawę. To się nie kwalifikuje pod jurysdykcję wojskową.
Posadas wyglądał na zaskoczonego tym stwierdzeniem. Odparł sucho:
– Wszystkie sprawy podlegają jurysdykcji wojskowej.
W jego głosie pobrzmiewało coś na kształt prowokacji. Chacaltana próbował dodać sobie ważności.
– Trzeba jeszcze zbadać okoliczności zajścia. Technicznie może tu nawet chodzić o wypadek…
– Wypadek?
Lekarzowi wyrwał się krótki i suchy śmieszek, od którego dostał kaszlu, i spojrzał na trupa, żeby podzielić się z nim tym dowcipem. Rzucił papierek po czekoladzie na podłogę i wyjął paczkę papierosów. Zaoferował jednego pomocnikowi prokuratora, ale ten odmówił gestem. Lekarz zapalił, znów pokasłując, wypuścił dym i powiedział poważnym tonem:
– Mężczyzna, lat czterdzieści, czterdzieści pięć, tak na oko. Biały, w każdym razie jasnej karnacji. Dwa dni temu był wyższy.
Pomocnik prokuratora rejonowego czuł, że powinien okazywać zawodową obojętność. Zrobiło mu się zimno. Zapytał z lekkim drżeniem:
– Jakiś… trop związany z tożsamością denata?
– Nie ocalały żadne ślady fizyczne ani przedmioty osobiste. Jeśli miał przy sobie dowód, musi być gdzieś tam w środku.
Chacaltana przyjrzał się ciału, które wydawało się rozpadać od samego patrzenia. Czarna maź okleiła jego umysł.
– Dlaczego wyklucza pan wypadek?
Posadas najwyraźniej oczekiwał tego pytania, bo zareagował z dumną wyższością, jak nauczyciel wobec najgłupszego dziecka w klasie. Odszedł od biurka, stanął obok stołu i zaczął wyjaśniać, wskazując zarazem na różne części ciała:
– Po pierwsze, oblano go naftą i podpalono. Resztki płynu znajdują się na całym ciele.
– Może zmarł w wyniku pożaru. Ktoś bał się to zgłosić i ukrył ciało. Wieśniacy często obawiają się, że policja…
– Ale to im nie wystarczyło – ciągnął Posadas, jakby zupełnie go nie słyszał. – Spalili go jeszcze bardziej.
Pozwolił, by cisza dodała mocy słowom. Jego szczurze oczka wypatrywały reakcji Chacaltany.
– Jak to „jeszcze bardziej”?
– Nikt tak nie wygląda tylko dlatego, że go podpalili, panie prokuratorze. Materiał jest wytrzymały. Ludzie często przeżywają nawet kompletnie poparzeni jakimś paliwem. Wypadki na szosach, pożary lasów… Ale to…
Wciągnął dym i wypuścił go nad stół na wysokości czarnej twarzy. Wyglądało to tak, jakby palił tamten, nieboszczyk. Światło zamigotało. Lekarz dokończył:
– Nigdy nie widziałem kogoś tak zwęglonego. Nigdy nie widziałem czegoś tak spalonego.
Wrócił do swoich papierów, nie zakrywając zwłok. Poszukiwany raport leżał w świetle lampy. Podał go pomocnikowi prokuratora. W jednym rogu kartka upstrzona była plamami czekolady. Chacaltana obrzucił ją szybkim spojrzeniem i stwierdził, że brakuje trzech kopii, ale uznał, że sam je może zrobić, nie będzie to poważne uchybienie. Pożegnał się gestem. Chciał szybko stamtąd wyjść.
– Jest jeszcze coś – zatrzymał go lekarz. – Widzi pan to? Takie jakby szpony z boku? To palce. Wyginają się tak pod wpływem gorąca. Są tylko z jednej strony. W sumie, jeśli się pan dobrze przyjrzy, to widać, że ciało jest trochę nierówne. Kiedy delikwent jest w takim stanie, trudno zobaczyć to na pierwszy rzut oka ale temu człowiekowi brakuje jednej ręki.
– Kaleka.
Chacaltana schował papier do teczki i przewiązał ją.
– Nie. Nie był kaleką. W każdym razie nie do wtorku. Na ramieniu są resztki krwi.
– Może się zranił?
– Panie prokuratorze, jemu odcięto prawą rękę. Wyrwali mu ją siłą albo odrąbali siekierą, albo może odpiłowali. Przebili się przez ciało i kość na wylot. To nie jest wcale proste. Jakby go jakiś smok zaatakował.
Tak rzeczywiście było. Miejsce, z którego powinno wyrastać ramię, było zapadnięte, jak gdyby pozbawione już stawu. Chacaltana zadumał się, jak mogli tego dokonać. Potem uznał, że lepiej się nie zastanawiać. Światło znów zamigotało. Pomocnik prokuratora przerwał milczenie:
– No cóż, zakładam, że to wszystko zostało opisane w raporcie…
– Wszystko. Nawet to o czole. Widział pan jego czoło?
Chacaltana chciał zadać jakieś pytanie, żeby nie musieć patrzeć. Próbował myśleć o czymś innym. Lekarz nie spuszczał z niego wzroku. Wreszcie pomocnik prokuratora skłamał:
– Tak.
– Wygląda na to, że jego głowa była oddalona od źródła gorąca, ale nie przez przeoczenie. Po spaleniu tego człowieka zabójca zrobił mu na czole krzyż, potężnym, może rzeźnickim nożem.
– Bardzo interesujące…
Chacaltanie zrobiło się słabo. Stwierdził, że czas już iść. Chciał się pożegnać jakimś profesjonalnym, stosownym gestem.
– Ostatnie pytanie, doktorze Posadas. Gdzie można by do tego stopnia zwęglić ciało? W piecu chlebowym? Detonując gaz?
Posadas cisnął niedopałek na podłogę. Przydeptał go i zasłonił zwłoki. Potem wyjął następną czekoladę. Przed udzieleniem odpowiedzi odgryzł spory kawałek.
– W piekle, panie prokuratorze.
czasami z nimi gadam, zawsze.
pamientajom mie. i ja ich tesz pamientam, bo byłem jednym z nich.
wcionsz jestem.
ale teraz muwiom więcej, proszom mie o rużne żeczy. oblizujom mie ciepłymi jenzykami po uszach, chcom mie dotykać, robiom mi krzywde.
to znak.
to ta chwila. tak. nadchodzi.
podpalimy czas i ogień stwoży nowy świat.
nowy czas dla nich.
dla nas.
dla wszystkich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Kontakt:
Z prozy współczesnej w ArtRage do tej pory ukazały się:
Verena Kessler
Duchy z miasteczka Demmin
w tłumaczeniu Małgorzaty Gralińskiej
Victoria Kielland
Moi mężczyźni
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Nona Fernández
Strefa mroku
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Aleksandra Pakieła
Oto ciało moje
Margaryta Jakowenko
Przemieszczenie
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Charles Yu
Ucieczka z Chinatown
w tłumaczeniu Agi Zano
Andrea Abreu
Ośli brzuch
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Linn Strømsborg
Nigdy, nigdy, nigdy
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Mohamed Mbougar Sarr
Bractwo
w tłumaczeniu Jacka Giszczaka
Claudia Salazar Jiménez
Krew o świcie
w tłumaczeniu Tomasza Pindla
Jessica Au
Mógłby spaść śnieg
w tłumaczeniu Agi Zano
Kjersti Anfinnsen
Chwile wieczności
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Jonas Eika
Po słońcu
w tłumaczeniu Macieja Bobuli
Aleksandra Tarnowska
Wniebogłos
Nick Cave
Gdy oślica ujrzała anioła
w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego
Sebastian Barry
Tysiąc księżyców
w tłumaczeniu Krzysztofa Cieślika
Adda Djørup
Kot Bułhakowa
w tłumaczeniu Zuzanny Zywert
Michał Michalski
Gruby
Linn Strømsborg
Kurwa, kurwa, kurwa
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Santiago Roncagliolo
Noc szpilek
w tłumaczeniu Tomasza Pindla
Cristina Morales
Lektura uproszczona
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko i Agaty Ostrowskiej
Sebastian Barry
Po stronie Kanaanu
w tłumaczeniu Katarzyny Makaruk
Merethe Lindstrøm
Dni w historii ciszy
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Marta Hermanowicz
Koniec
Aki Ollikainen
Sielanka
w tłumaczeniu Justyny Polanowskiej
Chiang-Sheng Kuo
Stroiciel fortepianów
w tłumaczeniu Katarzyny Sarek
Jarek Skurzyński
Zły syn
Sebastian Barry
Czas starego Boga
w tłumaczeniu Agi Zano
Arturo Pérez-Reverte
Szachownica flamandzka
w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego
Michał Trusewicz
Plemię
Oliver Lovrenski
Jak byliśmy młodsi
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
Juan Cárdenas
Diabeł z prowincji
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
Maren Uthaug
11%
w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz
Brenda Navarro
Prochy w ustach
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
Karina Sawaryna
Wynik negatywny
w tłumaczeniu Katarzyny Fiszer
Arturo Pérez-Reverte
Ostatnia zagadka
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
Sebastian Barry
Tak daleko od domu
w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki
Louise Erdrich
Rzeka Czerwona
w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
John Darnielle
Wilk w białej furgonetce
w tłumaczeniu Agi Zano
Natalka Suszczyńska
Wygoda
Sebastian Barry
Tymczasowy dżentelmen
w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
Wicekrólestwo Peru, rok 1623. Pewnej burzliwej nocy w klasztorze klarysek w Limie nowicjuszka rodzi przerażającą bestię o dwóch głowach, rozwidlonym języku i ośmiu kończynach. Narodziny owego potwora zbiegają się z pojawieniem się w stolicy kobiety o imieniu Róża, w której mieszkańcy widzą błogosławioną, a Święte Oficjum czarownicę. W mieście pogrążonym w przestępczości i korupcji młody konstabl trybunału Świętej Inkwizycji Alonso Morales staje się świadkiem niezwykłych wydarzeń, pełnych złowieszczych znaków, i brutalnej walki o władzę, a w pogoni za Złym odkrywa miłość i własną, skomplikowaną historię rodzinną. Wszystko okazuje się tu ostatecznie zupełnie inne, niż z początku mogłoby się wydawać.
W Roku, w którym narodził się diabeł Roncagliolo ożywia XVII-wieczną Limę, miasto intryg, przesądów, bałwochwalstwa, kolonizatorów i skolonizowanych, jak zawsze wciągając czytelnika od pierwszej strony i podlewając wartką akcję solidną dawką humoru.
Dwie ostatnie dekady XX wieku to w Peru czas dramatycznego konfliktu, który tak naprawdę nazwać należy wojną domową. Z jednej strony Świetlisty Szlak, maoistyczna organizacja, która postanowiła podpalić kraj, przeorać społeczeństwo i bez oglądania się na ofiary wprowadzić nowy ład. Z drugiej państwo, które najpierw nie umiało rozpoznać zagrożenia, a potem odpowiedziało na nie terroryzmem. Efekt: około 70 tysięcy ofiar, głównie mieszkańców Andów, za które odpowiedzialność spada niemal po równo na wywrotowców i służby mundurowe.
Santiago Roncagliolo, ceniony powieściopisarz od dekad parający się także dziennikarstwem, kreśli tu portret być może najbardziej przerażającego człowieka w historii Peru i całego regionu. To opowieść o dziejach Guzmána i całego kraju, a przy okazji fascynująca rozprawa o tym, jak pisać i co począć z jednostkami, które jawią się nam jako potwory, a przecież przede wszystkim są ludźmi.
Tytuł oryginału: Abril rojo
Redaktor inicjujący: Krzysztof Cieślik
Redaktor prowadzący: Michał Michalski
Opieka techniczna: Szczepan Kulpa
Projekt okładki: Sabina Twardowska
Projekt makiety: Mimi Wasilewska
Korekta: Aleksandra Marczuk-Radoszek, Aleksandra Tarnowska
© Santiago Roncagliolo, 2023
All rights reserved
Abril rojo © by Santiago Roncagliolo, 2006
All rights reserved
© Copyright for the Polish edition by ArtRage, 2026
© Copyright for the Polish translation by Tomasz Pindel, 2026
Published by arrangement of Casanovas & Lynch Literary Agency S.L. Spain and Book/Lab Literary Agency, Poland
Wydawnictwo ArtRage
wydawnictwo.artrage.pl
Wydanie pierwsze, Warszawa 2025
ISBN 978-83-68295-88-7
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
