Czekając na świt - Sabina Moone - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Czekając na świt ebook i audiobook

Moone Sabina

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

39 osób interesuje się tą książką

Opis

Do Hazelwood nie trafia się przypadkiem. Tu przyjeżdżają ludzie, którzy nie mają już dokąd wracać.

Po śmierci przyjaciela, Rhodes coraz bardziej oddala się od ludzi i traci wiarę w siebie. Zostały wyrzuty sumienia, nocne koszmary i narkotyki kupowane od tych, których kiedyś wsadzał za kratki – jedyna ucieczka od bólu, którego nie potrafi uciszyć.

Hazelwood wydaje się senne, spokojne, wręcz martwe. Ale pod powierzchnią ciszy pulsują sekrety, a plotki krążą z ust do ust szybciej, niż ktokolwiek chciałby się do tego przyznać.

Policjantka Rhea Parker jest jego przeciwieństwem i jednocześnie największą zagadką. Twarda, zdystansowana, z reputacją nie do ruszenia. Jej spojrzenie rozbraja, a chłód, którym otacza świat, tylko potęguje magnetyzm. W ciszy kryje się coś więcej niż profesjonalizm – coś, co każe ludziom odwracać wzrok. Rhodes coraz bardziej pragnie odkryć, co skrywa się za pancerzem milczenia – nawet jeśli prawda może zniszczyć ich oboje.

Między strachem a gniewem, pośród brudu sekretów i niewypowiedzianych win rodzi się uczucie niechciane, niebezpieczne i absolutnie zakazane.

Bo w Hazelwood miłość nie ratuje. Miłość odsłania wszystko.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 318

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 42 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Szymon KuklaMagdalena Wojtacha

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla ka­żde­go, kto kie­dy­kol­wiek sta­rał się od­na­le­źć siłę w bólu

Ostrzeżenie dla czy­tel­ni­ków

Ksi­ążka, któ­rą trzy­masz w rękach, jest prze­zna­czo­na wy­łącz­nie dla osób pe­łno­let­nich.

Za­wie­ra tre­ści mo­gące być trud­ne lub nie­od­po­wied­nie dla młod­szych czy­tel­ni­ków, w tym: sce­ny prze­mo­cy, mor­der­stwa, po­rwa­nia, śmier­ci, wąt­ki sil­ne­go po­czu­cia winy, znęca­nia się nad bo­ha­te­ra­mi, wpły­wu sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych i al­ko­ho­lu, sce­ny ero­tycz­ne.

Opi­sa­ne w ksi­ążce wy­da­rze­nia mogą wy­wo­ły­wać sil­ne emo­cje. Je­śli nie czu­jesz się go­to­wy(-wa) na tego ro­dza­ju tre­ści, roz­waż odło­że­nie lek­tu­ry.

War­to też pa­mi­ętać, że mia­sto, kraj oraz wszyst­kie lo­ka­li­za­cje po­ja­wia­jące się w tej ksi­ążce są ca­łko­wi­cie fik­cyj­ne. Wszel­kie po­do­bie­ństwo do rze­czy­wi­stych miejsc, osób lub wy­da­rzeń jest przy­pad­ko­we.

Je­śli zma­gasz się z uza­le­żnie­niem, wy­pa­le­niem lub kry­zy­sem psy­chicz­nym – wiedz, że po­moc jest mo­żli­wa. Nie je­steś w tym sam(-a).

800 70 2222 – Cen­trum Wspar­cia dla Osób w Sta­nie Kry­zy­su Psy­chicz­ne­go116 123 – Te­le­fon za­ufa­nia dla osób do­ro­słych w kry­zy­sie emo­cjo­nal­nym

Ta ksi­ążka to fik­cja, ale Two­je ży­cie jest praw­dzi­we. I war­te tro­ski.

Prolog

To ja mia­łem zgi­nąć, nie on.

Tam­tej nocy to mnie po­win­ni byli za­bić.

Po­win­ni byli to zro­bić, bym nie mu­siał żyć z tą prze­klętą świa­do­mo­ścią, że naj­lep­szy czło­wiek, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek po­zna­łem, zgi­nął prze­ze mnie.

An­der­son.

Czło­wiek, któ­ry nie miał żad­nych wro­gów, wy­łącz­nie przy­ja­ciół. Oj­ciec trój­ki dzie­ci, któ­re nie za­sy­pia­ły, póki nie po­wie­dział im „do­bra­noc”. Mąż ko­bie­ty pa­trzącej na nie­go z mi­ło­ścią, ja­kiej nie wi­du­je się już często. Wie­rzył, że świat mo­żna jesz­cze na­pra­wić – cho­ćby frag­ment po frag­men­cie, ce­gła po ce­gle. Wspa­nia­ła oso­ba, świet­ny po­li­cjant.

Ostat­nie, co zo­ba­czy­łem przed strza­łem, to jego oczy. Pe­łne na­dziei, że je­śli co­kol­wiek pój­dzie nie tak, za­opie­ku­ję się jego ro­dzi­ną. Uła­mek se­kun­dy, a wy­gląda­ło to, jak­by czas zwol­nił, by dać nam tę ostat­nią, nie­mą roz­mo­wę.

I wte­dy… padł strzał.

A ci­sza, któ­ra na­stąpi­ła po nim, była gor­sza niż sam dźwi­ęk wy­strza­łu.

Świat na­gle prze­stał się kręcić.

Krew była wszędzie – na jego ubra­niu, na mo­ich dło­niach, na zim­nej, chro­po­wa­tej zie­mi. Zgi­nął na­tych­miast. Nie mia­łem na­wet chwi­li, żeby wy­rwać go śmier­ci.

Re­ani­ma­cja była de­spe­ra­cją. Krzy­ki – bez­rad­no­ścią.

Łzy mie­sza­ły się z po­tem, a głos rwał na strzępy, gdy bła­ga­łem go, by zo­stał. By nie od­cho­dził.

– Mu­sisz jesz­cze po­stra­szyć tych wszyst­kich chło­pa­ków, któ­rzy będą się kręcić wo­kół two­jej cór­ki – szep­ta­łem. – Mu­sisz sie­dzieć na tej ka­na­pie z ręką na splu­wie i pa­trzeć, jak się pocą ze stra­chu. Nie mo­żesz te­raz ode­jść. Nie te­raz…

Ta noc za­po­wia­da­ła się zu­pe­łnie ina­czej.

Ak­cja mia­ła się od­być szyb­ko, gład­ko i bez kom­pli­ka­cji, a po niej pla­no­wa­li­śmy wy­pad na pa­nie­ro­wa­ne­go kur­cza­ka. Śmia­li­śmy się wcze­śniej z na­szych za­mia­rów, jak­by to był naj­nor­mal­niej­szy wie­czór, jak­by­śmy byli nie­ty­kal­ni. Po­tem ka­żdy miał wró­cić do swo­je­go ży­cia – do ro­dzi­ny, do domu, a rano obu­dzić się z nową ener­gią, by sta­wić czo­ła ko­lej­ne­mu dniu.

Ale wszyst­ko się spier­do­li­ło. Tak szyb­ko, że na­wet nie zdąży­łem tego zro­zu­mieć.

Wszyst­ko… po pro­stu ru­nęło w jed­nej chwi­li.

Kie­dy resz­ta rzu­ci­ła się za strzel­cem, ja klęcza­łem przy An­der­so­nie. Roz­pacz­li­wie pra­gnąłem go oca­lić, choć wie­dzia­łem, że już go nie ma. Ra­tow­ni­cy pró­bo­wa­li mnie od­ci­ągnąć, ale ich od sie­bie od­py­cha­łem. Ręce trzęsły mi się z wy­si­łku i nie­do­wie­rza­nia, a gdy w ko­ńcu mnie ode­rwa­li, nogi się pode mną ugi­ęły. Upa­dłem na ko­la­na, obcy, sła­by, pu­sty.

Jego krew za­sty­ga­ła na mo­jej skó­rze jak wy­rok.

Opa­rłem się o zie­mię, za­ci­snąłem po­wie­ki, pró­bu­jąc nie wi­dzieć tych mi­ga­jących nie­bie­sko-czer­wo­nych świa­teł, któ­re od­bi­ja­ły się od wszyst­kie­go jak echo tra­ge­dii. Sy­re­ny. Krzy­ki. Gło­sy przez ra­dio. Wszyst­ko do­cho­dzi­ło do mnie jak zza szy­by.

Wie­dzia­łem, co mu­szę zro­bić. Za­nim me­dia do­rwą się do in­for­ma­cji, za­nim ktoś pu­ści prze­ciek, za­nim re­por­te­rzy wci­sną mi­kro­fo­ny pod nie­od­po­wied­nie twa­rze.

To ja mu­sia­łem po­wie­dzieć Aaliy­ah.

To ja mia­łem spoj­rzeć jej w oczy i po­in­for­mo­wać, że mężczy­zna, któ­re­go ko­cha­ła, nie wró­ci już do domu. Że dzie­ci nie usły­szą wi­ęcej jego gło­su. Że ży­cie, któ­re zna­li, za­ko­ńczy­ło się w jed­nej bez­li­to­snej chwi­li.

By­łem nie tyl­ko jego part­ne­rem w pra­cy. By­łem oj­cem chrzest­nym ich cór­ki. Przy­ja­cie­lem domu. By­li­śmy prak­tycz­nie ro­dzi­ną.

I to ja mu­sia­łem zła­mać jej ser­ce.

Myśl o tym była gor­sza niż ja­ki­kol­wiek zna­ny mi ból fi­zycz­ny.

Ale nie mia­łem wy­bo­ru.

Nie mo­głem do­pu­ścić, by ktoś inny wy­znał jej praw­dę – nie z taką obo­jęt­no­ścią, z jaką mówi się o ko­lej­nym na­zwi­sku na li­ście ofiar. Ona za­słu­gi­wa­ła na wi­ęcej.

An­der­son na to za­słu­gi­wał.

Wie­dzia­łem, że ta noc zmie­ni wszyst­ko i że nic nie będzie już ta­kie samo.

Rozdział 1

Rhodes

Rok później… Czerwiec

Ha­zel­wo­od. Miej­sce mo­je­go wy­gna­nia.

Kie­dy po raz pierw­szy szu­ka­łem in­for­ma­cji o tym mia­stecz­ku, od razu się do­wie­dzia­łem, że to za­po­mnia­na przez Boga dziu­ra za­bi­ta de­cha­mi, któ­rej nikt nie od­wie­dza z wła­snej woli. Przez to miej­sce ra­czej się prze­je­żdża i nie zwra­ca na nie szcze­gól­nej uwa­gi.

Wiem, że chcie­li mnie wy­słać jak naj­da­lej od mia­sta, abym tyl­ko usu­nął się w cień i znik­nął. By lu­dzie o mnie za­po­mnie­li. By wszy­scy za­po­mnie­li o tym, co się wy­da­rzy­ło.

By nikt mnie nie za­bił…

Ze­sła­li mnie do miej­sca, w któ­rym naj­wi­ęk­szym wy­kro­cze­niem jest to, że sta­rusz­ko­wie prze­cho­dzą poza pa­sa­mi. Spo­koj­na, ci­cha mie­ści­na, gdzie po­li­cyj­ny ra­dio­wóz częściej za­trzy­mu­je się na kawę niż na in­ter­wen­cję.

Ide­al­na dla ko­goś, kogo chcą się po­zbyć.

Ko­goś, kto ma pro­blem nie tyl­ko z oto­cze­niem, ale i z sa­mym sobą.

Ko­goś, kto już ni­ko­go nie in­te­re­su­je.

Wy­sła­li mnie tu, że­bym po pro­stu znik­nął. Za­szył się w ma­łym mie­ście i prze­stał spra­wiać pro­ble­my. Żeby nikt nie mu­siał się przej­mo­wać, że zro­bię coś głu­pie­go. Bo gdy­bym jed­nak zro­bił coś nie­od­po­wied­nie­go, wszyst­kie me­dia szyb­ko by to pod­chwy­ci­ły.

A to by­łby wstyd dla po­li­cji.

Wiem, że część winy leży po mo­jej stro­nie.

Może na­wet wi­ęk­szo­ść, choć wci­ąż nie je­stem go­tów wy­po­wie­dzieć tego na głos. Pew­nie dla­te­go, że przy­zna­nie się ozna­cza­ło­by, że mo­głem za­po­biec, a nie zro­bi­łem nic.

Już daw­no po­wi­nie­nem był się po­zbie­rać. Otrze­pać z ku­rzu, bólu, żalu i iść da­lej, krok po kro­ku. Ale nie po­tra­fię.

Nie mam w so­bie tej siły, któ­rej wszy­scy ode mnie ocze­ki­wa­li. Tego we­wnętrz­ne­go me­cha­ni­zmu spra­wia­jące­go, że czło­wiek się pod­no­si po upad­ku.

Bo za ka­żdym ra­zem, gdy pró­bu­ję wstać, lądu­ję jesz­cze głębiej.

Jak­by ka­żdy ruch tyl­ko po­gar­szał spra­wę.

Aaliy­ah nie owi­ja­ła w ba­we­łnę. Ni­g­dy tego nie ro­bi­ła. Pa­trzy­ła mi pro­sto w oczy i po­wta­rza­ła, że to wszyst­ko moja wina. Że mam się trzy­mać z da­le­ka – od niej, od dzie­ci, od ich ży­cia – jak­by mnie ni­g­dy nie było. Jak­bym uma­rł ra­zem z nim.

Te sło­wa roz­ora­ły mi wnętrz­no­ści. Nie mu­sia­ła do­da­wać nic wi­ęcej – już i tak wie­rzy­łem, że to prze­ze mnie. Że gdy­bym zro­bił co­kol­wiek ina­czej, po­wie­dział jed­no sło­wo wi­ęcej albo jed­no mniej, może… może on wci­ąż by żył.

Ta sce­na wra­ca do mnie jak klątwa. Wci­ąż wi­dzę tam­ten dzień, co do se­kun­dy. I sie­bie – bez­rad­ne­go, spó­źnio­ne­go, wście­kle bez­u­ży­tecz­ne­go.

Ale nie cof­nę cza­su. Nie na­pra­wię tego, co bez­pow­rot­nie się roz­pa­dło. An­der­son od­sze­dł. A ja zo­sta­łem – z wy­rzu­ta­mi su­mie­nia, któ­re zja­da­ją mnie od środ­ka. Często mam wra­że­nie, że ni­g­dy nie zdo­łam się ich w pe­łni po­zbyć. Że będą ze mną za­wsze. Do ko­ńca mo­ich dni. Może z cza­sem nie­co wy­blak­ną, ale nie znik­ną.

An­der­son cza­sem przy­cho­dził do mnie w snach. Stał przede mną tak wy­ra­źny, jak­by wca­le nie od­sze­dł. Pew­ny sie­bie, sil­ny, spo­koj­ny. Mó­wił: „Opie­kuj się nimi. Bądź twar­dy. Nie pod­da­waj się. To nie two­ja wina”. I przez chwi­lę w to wie­rzy­łem. Chcia­łem wie­rzyć.

Ale jego głos uci­chł.

Od­kąd za­cząłem brać, od­kąd co­raz częściej si­ęgam po co­kol­wiek, co po­zwa­la za­po­mnieć, prze­sta­łem go wi­dzieć. Nie ma już snów, nie ma jego słów. Jest tyl­ko ciem­no­ść.

Uwa­ża­łem, że to moja wina, więc ni­g­dy nie szu­ka­łem po­mo­cy. Ani razu. Nie chcia­łem, żeby ktoś pró­bo­wał mnie ra­to­wać. Bo jak mo­żna ra­to­wać ko­goś, kto nie za­słu­gu­je na oca­le­nie? Ko­goś, kto sam w so­bie wi­dzi je­dy­nie ru­inę. Po co ktoś mia­łby mar­no­wać na mnie swój czas i ener­gię? W tym cza­sie mo­żna prze­cież oca­lić ko­goś lep­sze­go. Ko­goś, kto na­praw­dę tego chce. Kto się jesz­cze nie pod­dał.

Ja na to nie za­słu­gi­wa­łem.

Za­miast tego wy­bra­łem prost­szą dro­gę – za­przy­ja­źni­łem się z di­le­ra­mi, któ­rzy mie­li wszyst­ko, cze­go po­trze­bo­wa­łem, a jed­no­cze­śnie nie za­da­wa­li zbęd­nych py­tań. Li­czy­ło się tyl­ko, czy mam przy so­bie go­tów­kę. I to mi od­po­wia­da­ło. Uczci­wy, pro­sty układ: ja pła­cę, oni do­star­cza­ją. Bez uda­wa­nej tro­ski i spoj­rzeń pe­łnych li­to­ści.

Bo nie po­trze­bo­wa­łem ko­goś, kto by się nade mną po­chy­lał. Pra­gnąłem tyl­ko, by prze­sta­ło bo­leć. Cho­ćby na kil­ka go­dzin.

Pięć mi­nut temu wje­cha­łem do Ha­zel­wo­od. Je­dy­ne, co zdąży­ło mnie tu przy­wi­tać, to miej­sco­wy pi­ja­czek za­ta­cza­jący się z ro­we­rem, któ­ry naj­wy­ra­źniej pro­wa­dził jego, a nie od­wrot­nie.

Mam ocho­tę za­wró­cić. Po pro­stu za­wró­cić ten cho­ler­ny sa­mo­chód i po­je­chać tam, skąd przy­je­cha­łem. Ale wiem, że już mnie tam nie chcą.

Do­sta­łem ul­ti­ma­tum: albo wy­ru­szam do tej za­py­zia­łej dziu­ry, albo pa­ku­ję kar­to­ny i że­gnam się ze swo­ją od­zna­ką.

I wci­ąż nie mogę uwie­rzyć, że wo­la­łem wy­brać tę dziu­rę.

Jed­nak myśl o tym, że mia­łbym na za­wsze od­dać bla­chę, była kosz­ma­rem. Nie wy­obra­ża­łem so­bie tego. Na­wet nie wiem, co in­ne­go mó­głbym ro­bić.

Nie mam po­jęcia, jak dłu­go tu wy­trzy­mam.

W głębi du­szy wci­ąż na­iw­nie li­czę, że może któ­re­goś dnia ktoś się zli­tu­je i po­zwo­li mi wró­cić. Nie na­da­ję się do ży­cia na ta­kim za­du­piu, na któ­rym na­wet kury nie gda­czą. Nie wiem, co ci miej­sco­wi po­li­cjan­ci mogą tu­taj pa­tro­lo­wać, bo na uli­cach ru­chu jest jak na le­kar­stwo.

Zda­ję so­bie jed­nak spra­wę, że na ta­kich wsiach nikt nie za­wra­ca so­bie gło­wy te­sta­mi na nar­ko­ty­ki. I pew­nie ła­twiej jest je omi­nąć, je­śli już się tra­fią. Za­wsze wy­ni­ki mogą się ma­gicz­nie zgu­bić… Wszyst­ko spro­wa­dza się do jed­ne­go: nie rzu­cać się w oczy. Nie kom­bi­no­wać. Nie da­wać po­wo­du, by ktoś się tobą za­in­te­re­so­wał.

Zmia­na miej­sca mo­gła­by dać mi chwi­lę wy­tchnie­nia, po­zwo­lić na za­po­mnie­nie, ale w głębi ser­ca nie je­stem pew­ny, czy co­kol­wiek może mi na­praw­dę po­móc. To jak­byś pró­bo­wał za­ma­zać ob­raz, któ­ry wci­ąż po­ja­wia się w two­jej gło­wie, na­wet kie­dy za­mkniesz oczy.

Na­wi­ga­cja wska­zu­je, że bu­dy­nek, któ­re­go szu­kam, jest po mo­jej pra­wej stro­nie, więc skręcam w otwar­tą bra­mę i kie­ru­ję się na za­ro­śni­ęty tra­wą pod­jazd. Cały ogród wy­ma­ga ręki ogrod­ni­ka, któ­re­go w tej wsi pew­nie i tak nie ma. Mój wzrok za­trzy­mu­je się na sta­rym, bia­łym bu­dyn­ku. Far­ba od­pa­da gdzie­nie­gdzie z po­wierzch­ni ścian, dach po­kry­ty jest w kil­ku miej­scach mchem, a czer­wo­ny ko­min dum­nie wzno­si się nad do­mem. Przede mną roz­ci­ąga się sze­ro­ka we­ran­da z drew­nia­ny­mi de­ska­mi, na któ­rej stoi bu­ja­ny fo­tel lek­ko ko­ły­sa­ny przez po­dmu­chy wia­tru. Albo może to miej­sce jest po pro­stu na­wie­dzo­ne.

Mój nowy dom.

Nie mia­łem zbyt du­że­go wy­bo­ru, bo gdy szu­ka­łem mie­si­ąc wcze­śniej cze­goś na wy­na­jem – ten był je­dy­ny. Na sprze­daż nie było żad­ne­go.

Par­ku­ję sa­mo­chód i wy­sia­dam, kie­dy drew­nia­ne drzwi się otwie­ra­ją, a w pro­gu sta­je pod­pie­ra­jąca się na la­sce sta­rusz­ka. Za­trzy­mu­je się na chwi­lę, spoj­rze­nie ma spo­koj­ne, ale pe­łne cze­goś, co trud­no uchwy­cić. Ma­cha ręką, po­ka­zu­jąc, że­bym pod­sze­dł bli­żej. Ru­szam w jej stro­nę.

– Dzień do­bry – wi­tam się z nią i wy­ci­ągam w jej stro­nę dłoń. – Rho­des Re­in­hart.

– Dzień do­bry, pa­nie Re­in­hart. Bar­ba­ra. Po pro­stu. Tak będzie ła­twiej za­pa­mi­ętać – od­po­wia­da po­wo­li, wy­ra­źnie, jak­by mó­wi­ła do ob­co­kra­jow­ca, któ­ry le­d­wo ją ro­zu­mie. Ręki nie po­da­je. Po pro­stu od­wra­ca się na pi­ęcie i wcho­dzi do środ­ka bez żad­ne­go ge­stu za­pro­sze­nia, jak­by było oczy­wi­ste, że mam za nią iść. – No, niech pan nie stoi – rzu­ca w ko­ńcu. – Drzwi się same nie za­mkną. Pla­nu­je pan zo­stać na dłu­żej?

– Tak. Mam być tu­taj no­wym po­li­cjan­tem.

Bar­ba­ra na­tych­miast się za­trzy­mu­je. Ob­ra­ca gło­wę z za­ska­ku­jącą szyb­ko­ścią, a jej wzrok wra­ca do mnie. Prze­szy­wa mnie jak rent­gen.

– Po­li­cjant? Do­praw­dy? – Marsz­czy brwi.

– Tak. – Sta­ram się uśmiech­nąć, choć czu­ję, jak jej spoj­rze­nie prze­ni­ka mnie na wy­lot. Tro­chę mnie prze­ra­ża. Przy­naj­mniej na pierw­szy rzut oka. Po­tra­fię so­bie wy­obra­zić, ile osób już po­czu­ło na so­bie ci­ężar tej la­ski. – Je­stem więc zde­cy­do­wa­ny, by wy­na­jąć pani dom – do­da­ję spo­koj­nie.

Bo in­ne­go nie ma, my­ślę, ale nie mam od­wa­gi, by po­wie­dzieć to na głos.

– Wszyst­kie ma­te­ra­ce są wy­mie­nio­ne. Nikt z nich jesz­cze nie ko­rzy­stał – kon­ty­nu­uje i uno­si la­skę, by pchnąć drzwi, za któ­ry­mi do­strze­gam pierw­szą sy­pial­nię. – Woda pod prysz­ni­cem cza­sem nie leci. Trze­ba od­cze­kać. Mi­nu­tę, dwie. W ko­ńcu ru­szy, jak się zmi­łu­je. Może pan coś z tym zro­bi, ja się nie znam na tych wszyst­kich ru­rach. Te­le­wi­zor jak za­cznie świ­ro­wać, to trze­ba mu przy­ło­żyć z boku. Nie za moc­no, ale zde­cy­do­wa­nie. Z wy­czu­ciem. Wte­dy za­ska­ku­je. No i ogród. Wiel­ki jak nie­szczęście. Może pan go ogar­nąć, je­śli ma pan wi­ęcej siły niż ja.

Dom jest par­te­ro­wy, więc nie mamy wie­le do zwie­dza­nia. Sy­pial­nia, po­kój go­ścin­ny, jed­na ła­zien­ka, kuch­nia po­łączo­na z sa­lo­nem. Nic nad­zwy­czaj­ne­go. Podło­ga skrzy­pi pod no­ga­mi, gdy po­wo­li prze­mie­rza­my cały bu­dy­nek.

– Strych? – Uno­szę pa­lec.

– Pu­sty – od­po­wia­da ko­bie­ta i przy­sia­da na krze­śle w kuch­ni. – Piw­ni­ca też. Żad­nych tru­pów ani szczu­rów. Nie stra­szy, więc pan się nie boi. W ra­zie cze­go pro­szę dzwo­nić na po­li­cję. Ko­le­dzy na pew­no po­mo­gą. A ra­czej ko­le­żan­ka, bo ten dru­gi to chy­ba mniej od­wa­żny.

– Zna ich pani?

– Pa­nie ko­cha­ny, tu się wszy­scy zna­ją. I wszy­scy o wszyst­kich wszyst­ko wie­dzą, na­wet je­śli uda­ją, że nie. – Si­ęga do szu­fla­dy, wy­ci­ąga tecz­kę i kła­dzie ją na sto­le. – No. Pod­pi­su­je pan?

Bio­rę umo­wę do ręki i spraw­dzam, czy zga­dza się z tą, któ­rą wcze­śniej do­sta­łem ma­ilem. Bar­ba­ra wpa­tru­je się we mnie spod zmru­żo­nych po­wiek, jak­by oce­nia­ła, czy wiem, co ro­bię, czy tyl­ko uda­ję do­ro­słe­go.

Wszyst­ko się zga­dza, więc bez wa­ha­nia wpi­su­ję swo­je dane, skła­dam pod­pis i si­ęgam do port­fe­la po go­tów­kę. Po­da­ję jej bank­no­ty, a ona bie­rze je ostro­żnie, chu­cha na nie, jak­by od­pra­wia­ła ja­kiś dziw­ny ry­tu­ał, po czym wci­ska je do kie­sze­ni swo­je­go roz­ci­ągni­ęte­go sza­re­go swe­tra.

Ob­ser­wu­ję to przez chwi­lę, ale nic nie mó­wię. Lu­dzie mają swo­je dzi­wac­twa, a ja na­uczy­łem się już, że nie­któ­rych rze­czy le­piej nie ko­men­to­wać.

– Nu­mer kon­ta ma pan w umo­wie. Do wi­dze­nia.

– Do wi­dze­nia. – Wzdy­cham ci­ężko i od­pro­wa­dzam ją wzro­kiem.

Sam nie wiem, od cze­go za­cząć i za co się za­brać. Nie zro­bi­łem po dro­dze żad­nych za­ku­pów. Nie mam na­wet po­jęcia, czy mają tu­taj ja­kiś bar…

Po­sta­na­wiam naj­pierw wy­jąć rze­czy z sa­mo­cho­du i wszyst­ko wrzu­cić do po­ko­ju go­ścin­ne­go, by nie mu­sieć się na ra­zie roz­pa­ko­wy­wać. I tak nikt mnie nie od­wie­dzi, więc mogę spo­koj­nie za­wa­lić to po­miesz­cze­nie swo­imi gra­ta­mi.

Ro­dzi­ce miesz­ka­ją w in­nym kra­ju, z pew­no­ścią da­li­by mi wcze­śniej znać o swo­jej wi­zy­cie, w któ­rą szcze­rze wąt­pię. Nie byli u mnie przez ostat­nie dzie­si­ęć lat. Kon­takt te­le­fo­nicz­ny w zu­pe­łno­ści im wy­star­cza.

Nie ocze­ku­ję, że te­raz wsi­ądą w sa­mo­lot i się zja­wią.

Kie­dy wie­le lat temu po­wie­dzia­łem im, że idę do aka­de­mii po­li­cyj­nej, pa­trzy­li na to jak na chwi­lo­wą fa­na­be­rię. Jak na coś, co za­raz mi się znu­dzi. A pó­źniej sły­sza­łem tyl­ko w kó­łko – „to nie­bez­piecz­ne”, „po­my­śl o al­ter­na­ty­wie”, „czy to na pew­no dla cie­bie?”.

Obo­je mie­li swo­je praw­ni­cze ka­rie­ry. W za­sa­dzie to one były dla nich naj­wa­żniej­sze. Kie­dy by­łem mały, rzad­ko wi­dy­wa­łem ich w domu. Wra­ca­li pó­źno, zmęcze­ni… Wi­ęk­szo­ść mo­ich wspo­mnień wca­le nie za­wie­ra twa­rzy ro­dzi­ców, lecz opie­ku­nek. Cza­sem mam wra­że­nie, że to wła­śnie z nimi by­łem bar­dziej zwi­ąza­ny. To one uczy­ły mnie wszyst­kie­go, cze­go po­wi­nie­nem był do­wia­dy­wać się od ro­dzi­ców. Jaz­da na ro­we­rze, od­ra­bia­nie lek­cji, na­wet wi­ąza­nie bu­tów.

Dla­te­go nie czu­ję wi­ęzi z ro­dzi­ca­mi – ni­g­dy ich nie było obok.

Wrzu­cam wszyst­kie kar­to­ny do po­ko­ju i po opró­żnie­niu sa­mo­cho­du po­sta­na­wiam po­je­chać do cen­trum z na­dzie­ją, że mają tu ja­kiś lo­kal z cie­płym je­dze­niem.

Kie­ru­ję się po­wo­li w stro­nę bra­my i z nie­do­wie­rza­niem pa­trzę na za­ro­śni­ęty ogród, wie­dząc w głębi du­szy, że pew­nie i tak się nim zaj­mę. Mimo wszyst­ko lu­bię mieć w domu… ład­nie. Może nie za­wsze tak czy­sto, że mo­żna ro­bić test bia­łej ręka­wicz­ki, ale w mia­rę po­rząd­nie. Wte­dy mam wi­ęk­sze chęci, by w ogó­le wra­cać do domu.

A tu­taj… Same krza­ki by mnie znie­chęca­ły.

Cen­trum Ha­zel­wo­od.

Choć „cen­trum” to tro­chę na wy­rost.

Ot, mały ry­ne­czek wy­ło­żo­ny wy­pło­wia­łą sza­rą kost­ką, jak­by ktoś pró­bo­wał tu kie­dyś zro­bić coś ład­ne­go, ale sko­ńczy­ły się pie­ni­ądze albo chęci. Na środ­ku fon­tan­na – nie­czyn­na, z reszt­ka­mi li­ści i pu­stą pusz­ką po pi­wie w środ­ku. Wo­kół niej usta­wio­no kil­ka ła­wek, pew­nie po to, żeby sta­rusz­ko­wie mie­li gdzie plot­ko­wać o sąsia­dach.

Na jed­nym rogu ryn­ku stoi ko­ściół – skrom­ny, bia­ły. Da­lej: sklep spo­żyw­czy, mały za­kład fry­zjer­ski z szyl­dem jak z lat osiem­dzie­si­ątych, przy­chod­nia i szko­ła. Praw­dzi­we sza­le­ństwo. Roz­glądam się w po­szu­ki­wa­niu po­ste­run­ku po­li­cji albo cho­ciaż stra­ży, ale nie do­strze­gam żad­ne­go ta­kie­go bu­dyn­ku. Znaj­du­ję jed­nak na­prze­ciw­ko coś in­ne­go.

Knaj­pę.

Od razu się tam kie­ru­ję, czu­jąc bur­cze­nie w brzu­chu. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że ich kuch­nia nie sko­ńczy się dla mnie wi­zy­tą w tu­tej­szej przy­chod­ni. Albo w pro­sek­to­rium.

Z ze­wnątrz lo­kal nie za­chęca.

Wy­gląda, jak­by już daw­no padł ofia­rą ja­kie­goś za­po­mnia­ne­go hu­ra­ga­nu. Od­pa­da­jące ja­sne tyn­ki i ścia­ny po­kry­te bo­ho­ma­za­mi – nie tyle graf­fi­ti, co efek­tem nudy i bra­ku ta­len­tu u lo­kal­nych na­sto­lat­ków. „Jim­my tu był”, „Sa­rah to suka” i inne li­te­rac­kie pe­re­łki krzy­czące z mu­rów.

Ale kie­dy otwie­ram drzwi, tra­fiam do in­ne­go świa­ta.

Ude­rza we mnie cie­pło, jak­by ktoś pró­bo­wał zre­kom­pen­so­wać wszyst­ko to, co dzie­je się na ze­wnątrz. W środ­ku jest za­ska­ku­jąco przy­tul­nie. Podło­ga wy­ło­żo­na zo­sta­ła czar­no-bia­ły­mi ka­fel­ka­mi w sty­lu sza­chow­ni­cy, neo­no­we na­pi­sy zdo­bią ścia­ny, czer­wo­ne sofy usta­wio­no po dwóch stro­nach po­miesz­cze­nia, nad ka­żdym sto­li­kiem zwi­sa­ją lam­py… Pach­nie sma­żo­nym bocz­kiem, ce­bu­lą i czy­mś, co może być kawą, a rów­nie do­brze spa­lo­ną gumą – trud­no stwier­dzić.

Ko­bie­ta za ladą mie­rzy mnie wzro­kiem. Nie wro­go. Nie przy­ja­źnie. Po pro­stu z dy­stan­sem ko­goś, kto wi­dział już wszyst­ko – i nie­ko­niecz­nie był pod wra­że­niem. W jej spoj­rze­niu jest coś wy­cze­ku­jące­go, jak­by w my­ślach od­li­cza­ła czas do mo­men­tu, aż prze­sta­nę się ga­pić na wy­strój i przej­dę do rze­czy. Nie­cier­pli­wo­ść od­bi­ja się na jej twa­rzy tak wy­ra­źnie, jak­by chcia­ła po­wie­dzieć: „Za­ma­wiaj albo spa­daj”.

Kie­dy na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­ka­ją, jej usta wy­gi­na­ją się w coś na kszta­łt uśmie­chu – me­cha­nicz­ne­go, zmęczo­ne­go, wy­ćwi­czo­ne­go do per­fek­cji. Robi go pew­nie set­ki razy dzien­nie, bez wi­ęk­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia. Po pro­stu ele­ment ob­słu­gi klien­ta. Jak wi­de­lec do ze­sta­wu.

Sta­wiam krok w jej kie­run­ku, wie­dząc, że czas naj­wy­ższy w ko­ńcu coś za­mó­wić.

– Dzień do­bry. – Opie­ram się przed­ra­mio­na­mi o ladę i dys­kret­nie roz­glądam po so­fach.

Nie ma w ba­rze zbyt wie­lu lu­dzi. Cała prze­strzeń wy­da­je się spo­koj­na, wręcz pu­sta. Na sa­mym ko­ńcu po­miesz­cze­nia do­strze­gam ko­bie­tę o ciem­nych wło­sach. Sie­dzi do mnie ty­łem, więc nie mogę zo­ba­czyć jej twa­rzy. Jest tu tyl­ko ona i ja­kaś ro­dzin­ka zaj­mu­jąca miej­sce przy sto­li­ku w rogu. Dzie­cia­ki ha­ła­su­ją, śmie­jąc się i bie­ga­jąc wo­kół, ale poza nimi – ci­sza.

– Co będzie dla pana?

– Na pew­no kawa. Czar­na, bez cu­kru. I coś, co bym mógł prze­gry­źć.

– Dzi­siaj mamy w ofer­cie że­ber­ka z mio­dem, za­pie­kan­kę ma­ka­ro­no­wą z cho­ri­zo i na­le­śni­ki – od­po­wia­da ko­bie­ta, uśmie­cha­jąc się lek­ko.

– We­zmę że­ber­ka.

– Zde­cy­do­wa­nie do­bry wy­bór. Po­da­je­my je z pie­czo­ny­mi ziem­nia­ka­mi i go­to­wa­ną ku­ku­ry­dzą. Płat­no­ść na ko­ńcu – in­for­mu­je, kie­dy od­ru­cho­wo wy­ci­ągam port­fel. – Pro­szę so­bie usi­ąść, za­raz przy­nio­sę kawę. I do ka­żdej mamy do­lew­kę gra­tis.

– Dzi­ęki.

Sia­dam bli­żej drzwi, tuż za ta­jem­ni­czą bru­net­ką. Ko­bie­ta znaj­du­je się przede mną i przez chwi­lę ob­ser­wu­ję ka­żdy jej ruch. Spo­koj­na, pra­wie nie­ru­cho­ma, jak­by ce­lo­wo nie chcia­ła przy­ci­ągać uwa­gi. Może wła­śnie dla­te­go za­jąłem miej­sce za nią – by zo­ba­czyć twarz, gdy wsta­nie i pój­dzie ku wy­jściu. Cie­ka­wi mnie, kim jest. Żeby nie ga­pić się na nią jak ja­kiś zbo­cze­niec, wy­ci­ągam te­le­fon i spraw­dzam, gdzie jest po­ste­ru­nek po­li­cji. Mapa po­ka­zu­je, że znaj­du­je się on kil­ka­set me­trów od miej­sca, w któ­rym ak­tu­al­nie je­stem. Je­śli się stoi przo­dem do knaj­py, trze­ba skie­ro­wać się w lewo.

Za­mie­rzam się tam prze­jść, ale nie wcho­dzić do środ­ka. To pla­nu­ję zro­bić do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia. Dzi­siaj jest dzień na roz­po­zna­nie te­re­nu.

Przez to, że do­pie­ro do­ta­rłem do mia­sta i na­wet nie za­cząłem pra­cy, nie mogę za­pa­lić jo­in­ta, choć bar­dzo bym chciał. Wszyst­ko jest jesz­cze zbyt obce, a ja nie mam po­jęcia, na co mogę so­bie po­zwo­lić. Sam nie wiem, jak prze­ży­ję noc. Chy­ba na­ły­kam się ja­ki­chś ta­ble­tek na sen, żeby tyl­ko za­snąć.

Od tam­te­go dnia noce są dla mnie ist­nym kosz­ma­rem. Wie­le z nich spędzi­łem w pu­stej wan­nie… W ubra­niu, za­ty­ka­jąc uszy, jak­by to mia­ło mi po­móc nie sły­szeć wła­snych my­śli, któ­re na­pie­ra­ły na mnie z ka­żdej stro­ny. Po pro­stu cze­ka­łem na świt, wie­rząc, że wschód sło­ńca będzie moim wy­baw­cą, a świa­tło przy­nie­sie ulgę. W ci­ągu dnia jest ła­twiej. Po­chła­nia mnie wie­le za­jęć, my­śli nie są aż tak gło­śne, da się je ła­two za­głu­szyć. Ale w nocy… W nocy je­stem sam ze sobą i swo­imi my­śla­mi. A te są bez­li­to­sne. Na­tręt­ne. Ci­ężkie. Pe­łne po­czu­cia winy. Bez ko­ńca wy­po­mi­na­ją to, cze­go nie zro­bi­łem, co zro­bi­łem, co po­wie­dzia­łem za pó­źno, kogo za­wio­dłem. Gło­sy zna­jące ka­żdą moją sła­bo­ść oraz tę ranę, któ­rą pró­bu­ję ukryć za dnia.

W nocy nie ma uciecz­ki. Nie ma ha­ła­su, by je za­głu­szył. Nie ma miej­sca, gdzie mogę się scho­wać.

Je­stem tyl­ko ja… i moje de­mo­ny.

– Kawa dla pana.

Pod­no­szę wzrok i wi­dzę sza­tyn­kę, któ­ra de­li­kat­nie sta­wia przede mną ku­bek.

– Mogę o coś za­py­tać? – py­tam ci­cho, a ona pro­stu­je się i kiwa gło­wą.

– Oczy­wi­ście.

– Ma­cie tu ja­kiś sklep ogrod­ni­czy?

– Ty­po­wo ogrod­ni­cze­go nie mamy, ale na­prze­ciw­ko jest miej­sce, gdzie wszyst­ko pan znaj­dzie. A jak cze­goś nie ma, to pan im po­wie, a oni to za­mó­wią. Dwa dni i będzie do od­bio­ru. Mo­żna też po­je­chać gdzieś da­lej. Ja­kieś pół go­dzi­ny dro­gi i znaj­dzie pan su­per­mar­ke­ty.

– Dzi­ęki – od­po­wia­dam, uno­sząc lek­ko kącik ust w uśmie­chu, i si­ęgam po na­pój. To do­kład­nie to, cze­go po­trze­bo­wa­łem – cie­pła kawa w dło­niach i chwi­la ci­szy.

Że­ber­ka sma­ku­ją na­praw­dę do­brze, są so­czy­ste, z kar­me­li­zo­wa­nym mio­dem i chru­pi­ącą skór­ką. Po pierw­szym kęsie je­stem pra­wie pe­wien, że będę tu za­glądał w trak­cie przerw obia­do­wych.

Ko­ńczę jeść, a dziew­czy­na przede mną wci­ąż się nie ru­sza więc, po­sta­na­wiam pó­jść do to­a­le­ty, któ­ra znaj­du­je się nie­da­le­ko niej. Myję szyb­ko ręce i wy­cie­ram je w spodnie. Wy­cho­dzę z po­miesz­cze­nia i od razu na nią pa­trzę. Ona też uno­si wzrok. Jej ciem­ne oczy wpa­tru­ją się we mnie, jak­by pró­bo­wa­ła coś ze mnie wy­czy­tać, choć twarz po­zo­sta­je bez wy­ra­zu. Ale mimo tej ma­ski obo­jęt­no­ści nie da się za­prze­czyć, że jest pi­ęk­na – ma de­li­kat­ne rysy i coś w spoj­rze­niu, co przy­ku­wa uwa­gę. Przed nią za­uwa­żam: te­le­fon, do któ­re­go ma podłączo­ne słu­chaw­ki, i ku­bek z kawą. Nic nad­zwy­czaj­ne­go. Mi­jam ją, nie za­trzy­mu­jąc się na­wet na se­kun­dę, i pod­cho­dzę do lady, żeby za­pła­cić.

Po wy­jściu od razu kie­ru­ję się w stro­nę skle­pu. Po­py­cham drzwi, a w po­wie­trzu roz­brzmie­wa dźwi­ęk dzwo­necz­ka, któ­ry zwia­stu­je moją obec­no­ść. Mło­dy chło­pak wy­cho­dzi z za­ple­cza i przez chwi­lę przy­gląda mi się uwa­żnie, jak­by się za­sta­na­wiał, kim je­stem. W jego spoj­rze­niu do­strze­gam pew­ną cie­ka­wo­ść, może też lek­kie za­sko­cze­nie. Do­my­ślam się, że zna wszyst­kich w tym ma­łym mia­stecz­ku i pew­nie rzad­ko ma do czy­nie­nia z klien­ta­mi spo­za oko­li­cy. Czuć, że to miej­sce jest jak­by od­izo­lo­wa­ne.

– Dzień do­bry – mó­wię ci­cho i chwy­tam ko­szyk, któ­ry leży obok.

Po­sta­na­wiam za­cząć od za­ku­pów spo­żyw­czych, żeby było ła­twiej. Tak na­praw­dę to nie wiem, cze­go mogę po­trze­bo­wać, by ogar­nąć ogród. Nie spraw­dzi­łem na­wet, czy gdzieś przy domu jest cho­ciaż ko­siar­ka. Albo ja­kie­kol­wiek na­rzędzia. Tro­chę dłu­żej za­trzy­mu­ję się więc przy re­ga­le z rze­cza­mi ogrod­ni­czy­mi i wpa­tru­ję w ka­żdą po ko­lei.

– W czy­mś po­móc? Do­ra­dzić? – Obok mnie po­ja­wia się na­gle pra­cow­nik.

– Sam nie wiem, cze­go po­trze­bu­ję. Na pew­no we­zmę ja­kieś ręka­wi­ce ogro­do­we i se­ka­tor. A ma­cie sie­kie­rę?

– Tak. Tam. – Wska­zu­je re­gał, któ­ry jest nie­co da­lej, i pa­trzy na mnie tro­chę jak na sza­le­ńca.

– Je­stem z po­li­cji, pan się nie boi. Wpro­wa­dzi­łem się do­pie­ro, a mój ogród wy­gląda jak sie­dem nie­szczęść.

– Och! Pan Re­in­hart, praw­da?

– Wi­dzę, że plot­ki szyb­ko się roz­cho­dzą – mru­czę pod no­sem, a na jego twa­rzy po­ja­wia się sze­ro­ki uśmiech. – Ro­zu­miem, że wie pan, gdzie się wpro­wa­dzi­łem. Chcę od­no­wić we­ran­dę, może pan mi do­ra­dzi, cze­go po­trze­bu­ję.

– Oczy­wi­ście! – Za­czy­na si­ęgać po ró­żne rze­czy i sta­wiać je na la­dzie. Szep­cze coś pod no­sem, ale nie je­stem w sta­nie go zro­zu­mieć.

– Śru­bo­kręt też we­zmę – mó­wię, kie­dy jego ręka się przy nim za­trzy­mu­je. – Na pew­no do cze­goś się przy­da. I mło­tek.

– Ja­sne. W ogó­le… to gdy­by pan po­trze­bo­wał ja­kie­jś po­mo­cy lub po­ra­dy, co­kol­wiek, tu jest na­sza wi­zy­tów­ka. Mo­że­my też za­mó­wić pro­duk­ty, je­śli cze­goś panu będzie bra­ko­wać. – Si­ęga po kar­to­nik kon­tak­to­wy z lady i mi go po­da­je. – Ja na­zy­wam się The­odo­re Mar­tin. Mo­żna o mnie py­tać, ale inni też na pew­no po­mo­gą.

– Dzi­ęki. Pew­nie się przy­da.

Rozdział 2

Rhodes

Do­pie­ro po po­wro­cie do mo­je­go no­we­go domu przy­po­mi­nam so­bie, że za­mie­rza­łem po­je­chać i zo­ba­czyć miej­sco­wy bu­dy­nek po­li­cji, ale nie mam już ocho­ty się wra­cać i po­sta­na­wiam to zo­sta­wić na ko­lej­ny dzień.

Sło­ńce jest wci­ąż wy­so­ko, le­ni­wie prze­su­wa się po nie­bie, za­le­wa­jąc po­dwór­ko cie­płym świa­tłem. Mam jesz­cze kil­ka go­dzin do zmro­ku. W sam raz, by za­jąć się tym, co i tak mnie nie omi­nie – ogro­dem.

Nie wiem, czy bar­dziej chcę go ogar­nąć, czy po pro­stu mu­szę czy­mś za­jąć ręce. Co­kol­wiek – byle nie my­śleć. Wy­ci­ągam wszyst­kie za­ku­py z sa­mo­cho­du, za­kła­dam coś wy­god­niej­sze­go i si­ęgam po ręka­wi­ce.

Kie­dy wcze­śniej wje­żdża­łem przez bra­mę, za­uwa­ży­łem, że tuż przy niej chwa­sty są nie­co mniej­sze – wy­gląda­ją na ta­kie, któ­re da się wy­rwać bez pro­ble­mu. To do­bry punkt star­to­wy.

Mimo że za­ło­ży­łem bia­ły pod­ko­szu­lek, szyb­ko czu­ję, jak pot za­czy­na spły­wać mi po ple­cach, dra­żni­ąc skó­rę i przy­kle­ja­jąc ma­te­riał do cia­ła. Po upo­ra­niu się z za­le­d­wie skraw­kiem ogro­du mam ocho­tę rzu­cić ręka­wi­ce, kop­nąć wia­dro i usi­ąść w cie­niu, naj­le­piej z zim­nym na­po­jem w dło­ni. Ale pod­da­nie się po go­dzi­nie ro­bo­ty? Nie wcho­dzi w grę. Ni­g­dy nie by­łem tym, któ­ry re­zy­gnu­je przy pierw­szym opo­rze.

Nie roz­glądam się zbyt uwa­żnie. Ce­lo­wo tego nie ro­bię. Wiem, że gdy­bym spoj­rzał na to wszyst­ko z dy­stan­su, przy­tło­czy­ła­by mnie świa­do­mo­ść, ile tu ro­bo­ty. Tra­wa si­ęga miej­sca­mi do ko­lan, sta­re ra­ba­ty toną w ziel­sku, a ga­łęzie krza­ków roz­py­cha­ją się bez­ład­nie, jak­by nikt od mie­si­ęcy nie trzy­mał ich w ry­zach. Pra­ca na kil­ka dni? Bar­dziej kil­ka­na­ście. Po­sta­na­wiam dzi­siaj sku­pić się tyl­ko na bra­mie i pod­je­ździe. Resz­ta może po­cze­kać.

Z ka­żdym wy­rwa­nym chwa­stem ka­wa­łek po ka­wa­łku od­sła­nia się żwi­ro­wy pas pro­wa­dzący do drzwi domu. Ka­mie­nie szu­ra­ją pod sto­pa­mi, gdy prze­su­wam się da­lej.

Koło osiem­na­stej je­stem już wy­ko­ńczo­ny, dla­te­go za­my­kam bra­mę i idę pro­sto pod prysz­nic.

– Dzia­łaj! – war­czę pod no­sem, od­kręca­jąc wodę, ale nic. Zero. Ani stru­żki.

Do­pie­ro po chwi­li przy­po­mi­nam so­bie sło­wa Bar­ba­ry. Cze­kam więc, choć cier­pli­wo­ść nie jest moją moc­ną stro­ną. W ko­ńcu, bez żad­ne­go ostrze­że­nia, spa­da na mnie lo­do­wa­ty stru­mień. Ci­cho prze­kli­nam pod no­sem, ale kie­dy szok mija, przy­my­kam oczy. Ulga jest na­tych­mia­sto­wa. Czu­ję, jak na­pi­ęcie z bar­ków i kar­ku od­pły­wa z ka­żdą kro­plą.

Za­sta­na­wiam się przez chwi­lę, jacy będą inni po­li­cjan­ci. A zwłasz­cza ta po­li­cjant­ka, o któ­rej mó­wi­ła sta­rusz­ka. Czy będzie w po­rząd­ku, czy od razu za­cznie mi ro­bić pod gór­kę?

Wiem, że nie za­snę tak ła­two, dla­te­go koło dzie­si­ątej od­naj­du­ję w In­ter­ne­cie ad­res naj­bli­ższe­go baru. Nie na­sta­wia­łem się na zna­le­zie­nie ja­kie­goś w mie­ście, ale mapa wy­ra­źnie po­ka­zu­je mi lo­kal od­da­lo­ny o pi­ęt­na­ście mi­nut dro­gi pie­szo.

Uli­cą idę sam, w świe­tle mi­ga­jących cza­sem la­tar­ni. Nikt mnie nie mija, mia­sto wy­da­je się spać, a je­dy­ny­mi dźwi­ęka­mi, któ­re prze­ry­wa­ją ci­szę, są moje kro­ki i sze­lest li­ści. Do­pie­ro po kil­ku mi­nu­tach je­stem w sta­nie usły­szeć z od­da­li ja­kieś pi­jac­kie krzy­ki i śpiew lu­dzi. Dzi­ęki temu przy­naj­mniej wiem, że zmie­rzam w do­brym kie­run­ku. Nie mogę się jed­nak za bar­dzo wy­lu­zo­wać. Mu­szę trzy­mać się w ry­zach. Żad­nych wi­ęk­szych ilo­ści al­ko­ho­lu, żad­nych idio­tycz­nych awan­tur. Może i dzi­siaj jesz­cze nikt nie wie, kim je­stem, ale świt w ko­ńcu na­dej­dzie.

I wte­dy wy­star­czy jed­no spoj­rze­nie. Je­den sąsiad, któ­ry mnie po­zna. Jed­na oso­ba, któ­ra po­łączy krop­ki. „To ten po­li­cjant, co wczo­raj na­je­bał się w ba­rze”.

Tego by mi tyl­ko bra­ko­wa­ło.

Nie wiem cze­mu, ale na­gle my­ślę o tej dziew­czy­nie, któ­rą wi­dzia­łem pod­czas obia­du. Ubra­na ra­czej zwy­czaj­nie, bez żad­ne­go ma­ki­ja­żo­we­go sza­łu, ale mia­ła w so­bie coś… co przy­ci­ąga­ło uwa­gę. Wy­gląda­ła na trzy­dziest­kę, może mo­gła mieć odro­bi­nę wi­ęcej, ale ra­czej nie jest star­sza ode mnie. Wąt­pię, by prze­kro­czy­ła trzy­dzie­ści pięć. Choć i to nie ro­bi­ło­by mi ró­żni­cy. Spo­ty­ka­łem się już z ko­bie­ta­mi star­szy­mi ode mnie. Naj­wi­ęcej pięć lat ró­żni­cy. Zwy­kle ko­ńczy­ło się na kil­ku rand­kach – żad­nych wiel­kich unie­sień, żad­ne­go fi­zycz­ne­go zbli­że­nia. Nie czu­łem, żeby to było to.

Albo może po pro­stu ni­g­dy nie mia­łem od­wa­gi, żeby się na­praw­dę za­an­ga­żo­wać.

An­der­son za­wsze się ze mnie śmiał. Że je­stem wy­bred­ny, że za sztyw­ny. Że z ta­kim po­de­jściem do ży­cia i lu­dzi to ni­g­dy nie znaj­dę so­bie żony, nie za­ło­żę ro­dzi­ny. Może miał ra­cję. A może po pro­stu nie spo­tka­łem jesz­cze tej je­dy­nej.

Ta­kiej, dla któ­rej chcia­łbym się zmie­nić. Dla któ­rej by­łbym go­tów coś w so­bie prze­ła­mać, za­wal­czyć, na­pra­wić te parę rze­czy, co są we mnie spie­przo­ne.

Brzmi na­iw­nie? No pew­nie. Jak ma­rze­nie chło­pa­ka, któ­ry jesz­cze wie­rzy w wiel­kie prze­mia­ny i cu­dow­ne za­ko­ńcze­nia. A ja już daw­no prze­sta­łem być tym chło­pa­kiem.

Praw­da jest taka, że nie mam po­jęcia, czy w ogó­le do­ży­ję czter­dziest­ki. W moim świe­cie to nie jest pew­ne. W ka­żdej chwi­li coś może pier­dol­nąć. Ktoś może mnie zna­le­źć.

I co wte­dy?

Czy chcia­łbym ska­zać ko­bie­tę, któ­rą ko­cham, na ta­kie ży­cie? Na ci­ągły lęk? Na wiecz­ne ukry­wa­nie się? Na sen z jed­nym okiem otwar­tym?

Nie.

Może le­piej zo­stać sa­me­mu.

Tak jest bez­piecz­niej. Dla mnie. I dla niej. Na­wet je­śli jesz­cze jej nie znam.

Do­cie­ram do celu, ale nie roz­glądam się po lu­dziach sto­jących przed we­jściem. I tak ni­ko­go nie znam.

Gdy tyl­ko otwie­ram drzwi, ude­rza mnie za­pach dymu pa­pie­ro­so­we­go, tłu­ste­go je­dze­nia i ta­nie­go al­ko­ho­lu. Krzy­wię się od­ru­cho­wo, ale nie za­wra­cam. Prze­ciw­nie – wcho­dzę głębiej, nie­mal z im­pe­tem, jak­by szyb­sze tem­po mia­ło mnie uchro­nić przed na­ra­sta­jącą od­ra­zą.

Po­miesz­cze­nie jest dusz­ne, całe za­dy­mio­ne. Lu­dzie tło­czą się przy sto­łach i pod ścia­na­mi, a ja prze­ci­skam mi­ędzy nimi w stro­nę baru. My­śla­łem, że będzie pu­sto. Spo­dzie­wa­łem się naj­wy­żej kil­ku pi­ja­nych sa­mot­ni­ków i bar­ma­na znu­dzo­ne­go ży­ciem. Tym­cza­sem wy­gląda na to, jak­by pół mia­sta przy­szło tu, żeby się od­stre­so­wać i upić. Do­my­ślam się, że to ich je­dy­na roz­ryw­ka w tym miej­scu.

– Małe piwo – zwra­cam się do bar­ma­na, kie­dy spo­ty­ka­my się wzro­kiem.

Sia­dam na wy­so­kim sto­łku, któ­ry skrzy­pi pod moim ci­ęża­rem. Wy­ci­ągam go­tów­kę i kła­dę ją na bla­cie do­kład­nie w tej sa­mej chwi­li, w któ­rej on sta­wia przede mną ku­fel.

Nie ma tu zbyt wie­lu słów. I do­brze.

Nie przy­sze­dłem tu dla roz­mów.

Uno­szę brwi w za­sko­cze­niu, gdy na dru­gim ko­ńcu baru do­strze­gam zna­jo­mą syl­wet­kę. To ta sama ko­bie­ta, któ­rą wi­dzia­łem wcze­śniej na obie­dzie. Ona też się we mnie wpa­tru­je, więc mu­sia­ła mnie roz­po­znać. Nie od­wra­ca wzro­ku. Prze­ciw­nie. Pa­trzy śmia­ło, bez cie­nia nie­pew­no­ści. Przez krót­ką chwi­lę pro­wa­dzi­my nie­my po­je­dy­nek, spoj­rze­nie kon­tra spoj­rze­nie, jak­by żad­ne z nas nie chcia­ło być tym, któ­re pierw­sze spu­ści wzrok.

W ko­ńcu pod­no­si się z miej­sca. Jej ru­chy są spo­koj­ne, świa­do­me, nie­co za­dzior­ne. Jak­by do­kład­nie wie­dzia­ła, że zwra­ca uwa­gę. Ma na so­bie do­pa­so­wa­ne czar­ne spodnie i top, a na ra­mio­nach krót­ką skó­rza­ną kurt­kę. Wszyst­ko w niej jest ciem­ne, jak­by ce­lo­wo chcia­ła sto­pić się z pó­łm­ro­kiem tego za­dy­mio­ne­go miej­sca. I może dla­te­go wy­da­je się tak wy­ra­źna.

Za­trzy­mu­je się, kie­dy ja­kiś mężczy­zna sta­je jej na dro­dze. Jest wy­ższy od niej o gło­wę, bar­czy­sty, w wy­ci­ągni­ętej blu­zie i z flasz­ką wód­ki w ręce. Nie sły­szę, co do niej mówi, ale wi­dzę jego bez­czel­ny uśmiech i zbyt swo­bod­ne ge­sty. Ona jed­nak się nie cofa. Nie wy­gląda na wy­stra­szo­ną. Krzy­żu­je ręce na pier­siach, jak­by mó­wi­ła: „Spró­buj jesz­cze raz”.

Pod­no­szę się nie­znacz­nie z krze­sła. Od­sta­wiam ku­fel na ladę, go­to­wy za­re­ago­wać, je­śli sy­tu­acja się za­ogni. Ale za­nim zdążę zro­bić krok, ona prze­chy­la gło­wę i ru­chem dło­ni po­ka­zu­je fa­ce­to­wi, żeby się na­chy­lił. On się śmie­je, ale po­słusz­nie robi, co każe. Ko­bie­ta sta­je na pal­cach i mówi mu coś ci­cho do ucha – krót­ko, bez emo­cji.

Re­ak­cja jest na­tych­mia­sto­wa. Mężczy­zna mo­men­tal­nie sztyw­nie­je, jak­by usły­szał coś, cze­go się nie spo­dzie­wał. Cofa się o pół kro­ku, po­tem jesz­cze o je­den, ro­bi­ąc jej prze­jście. Nie mówi nic. Pa­trzy tyl­ko, jak ko­bie­ta ru­sza da­lej, mi­ja­jąc go bez sło­wa.

Nie ogląda się za sie­bie.

Nie wiem, kim jest, ale chcę się do­wie­dzieć.

Nie wiem, czy wy­szła tyl­ko na pa­pie­ro­sa, czy może wra­ca do domu. Nie mam po­jęcia, co nią kie­ru­je, ale czu­ję, jak coś mnie po­py­cha, by za nią pó­jść. Si­ęgam po ku­fel, do­pi­jam piwo i pod­no­szę się z krze­sła, jak­by od nie­chce­nia. W gło­wie szyb­ko for­mu­ję wy­mów­kę: pa­pie­ros. Tak, po pro­stu wy­cho­dzę za­pa­lić.

Drzwi baru za­trza­sku­ją się za mną ci­ężko, zo­sta­wia­jąc w środ­ku ha­łas, mu­zy­kę i za­pach dymu. W oko­li­cy nie ma zbyt wie­lu lamp, więc mu­szę wy­tężyć wzrok, żeby ją w ogó­le do­strzec. Już my­ślę, że po­szła gdzie in­dziej, że ją zgu­bi­łem, ale na­gle ją za­uwa­żam. Opie­ra się o mur kil­ka­dzie­si­ąt me­trów da­lej. Stoi sa­mot­na, skąpa­na w bla­dej po­świa­cie sła­bej lam­py ulicz­nej. W dło­ni trzy­ma pa­pie­ro­sa, z któ­re­go co chwi­lę le­ni­wie uno­si się dym wi­ru­jący wo­kół jej gło­wy.

Ro­bię krok do przo­du, a od­głos mo­ich bu­tów na bru­ku zda­je się gło­śniej­szy, niż po­wi­nien. Kie­dy wresz­cie sta­ję tuż przed nią, pod­no­si po­wo­li wzrok. Jej twarz jest spo­koj­na, nie­mal obo­jęt­na, jak­by nie za­sko­czy­ło jej to spo­tka­nie. Albo na­uczy­ła się, że obcy za­wsze za nią podąża­ją.

– Masz ogień? – Po­sta­na­wiam za­py­tać, cho­ciaż za­pal­nicz­ka leży w mo­jej kie­sze­ni.

Si­ęga wol­ną ręką po swo­ją, a ja w mi­ędzy­cza­sie wyj­mu­ję pa­pie­ro­sa z pacz­ki. Zbli­żam go do ust. Bez sło­wa od­pa­la mi go, pa­trząc na mnie spod przy­mru­żo­nych po­wiek. Ogień na mo­ment roz­ja­śnia jej twarz, ale ta wci­ąż nie zdra­dza cie­nia emo­cji.

– Już dru­gi raz się spo­ty­ka­my – mó­wię, a ona kiwa gło­wą.

– Jesz­cze raz, a po­my­ślę, że mnie śle­dzisz.

Trud­no ode­rwać wzrok od jej po­ma­lo­wa­nych na czer­wo­no pe­łnych ust.

– Nie mogę obie­cać, że już na sie­bie nie wpad­nie­my. W ko­ńcu to małe mia­sto. Wi­dzia­łem, że po­tra­fisz so­bie po­ra­dzić z na­tręt­ny­mi lu­dźmi. Mnie pew­nie też bez pro­ble­mu byś spła­wi­ła.

– Jesz­cze nic na cie­bie nie mam, żeby to wy­ko­rzy­stać – stwier­dza jak gdy­by ni­g­dy nic. – To kwe­stia cza­su. Chy­ba że je­steś tyl­ko prze­jaz­dem i ju­tro je­dziesz da­lej.

– Kto to wie? – Wzru­szam obo­jęt­nie ra­mio­na­mi. Sta­ję bo­kiem do niej i za­ci­ągam się faj­ką. – Nie no, ra­czej tu zo­sta­nę. Nie mam wy­jścia. Je­steś stąd?

– Na całe szczęście nie. Wte­dy pew­nie by­ła­bym bar­dziej szur­ni­ęta, niż fak­tycz­nie je­stem.

– Może po­sta­wię ci piwo? Co ty na to? – pro­po­nu­ję, ale od razu kręci gło­wą, pro­stu­jąc się.

Jest zde­cy­do­wa­nie ni­ższa ode mnie. Uno­si bro­dę, pa­trząc mi pro­sto w oczy z wy­ra­źną pew­no­ścią sie­bie.

– Nie, dzi­ęki. Przy­szłam tyl­ko coś za­ła­twić.

– To może cię od­pro­wa­dzę? W ko­ńcu jest już ciem­no, ró­żni lu­dzie się tu kręcą, ktoś może cię znów za­cze­pić.

W po­wie­trzu mi­ędzy nami uno­si się de­li­kat­ny, kwia­to­wy za­pach per­fum – słod­ki, sub­tel­ny, zu­pe­łnie nie­pa­su­jący do jej twar­de­go wi­ze­run­ku. Wy­gląda na ko­bie­tę, któ­ra nie boi się sta­wiać na swo­im. Jed­nak ten za­pach bu­dzi we mnie cie­ka­wo­ść. Ka­żda se­kun­da spra­wia, że co­raz bar­dziej chcę ją po­znać. Co tu robi, kim jest… jak ma na imię?

– Su­ge­ru­jesz, że nie po­tra­fię so­bie sama po­ra­dzić z na­chal­ny­mi ty­pa­mi?

– Ni­cze­go nie su­ge­ru­ję.

– Mam na­dzie­ję. Pój­dę już. – Od­su­wa się na­gle i gasi pa­pie­ro­sa, po czym wy­rzu­ca go do ko­sza. – Miło było.

Pierw­sza noc tu­taj jest jak kosz­mar, z któ­re­go nie po­tra­fię się wy­rwać. Za­my­kam oczy – i od razu wi­dzę An­der­so­na. Jego twarz, bla­de usta, bez­wład­ne cia­ło. Pró­bu­ję go ra­to­wać, każę mu od­dy­chać, krzy­czę, żeby się obu­dził. Ale on nie re­agu­je.

Wci­ąż nie wiem, co spra­wi­ło, że wszyst­ko się spier­do­li­ło.

Jo­shua Mar­ti­nez – fa­cet, któ­re­go pla­no­wa­li­śmy zgar­nąć – miał być sam. Czło­wiek za­mie­sza­ny po uszy w han­del bro­nią i nar­ko­ty­ka­mi, zna­ny z bru­tal­nych zle­ceń, któ­re ko­ńczy­ły się śmier­cią przy­pad­ko­wych osób. Miał lu­dzi, miał pie­ni­ądze…

Był nie­prze­wi­dy­wal­ny. Nie do osa­cze­nia. Nie do po­wstrzy­ma­nia.

Mie­li­śmy in­for­ma­cje, że nie wie nic o ak­cji. A tym­cza­sem, kie­dy wpa­dli­śmy, wo­kół nie­go na­gle zna­la­zło się kil­ku­na­stu uzbro­jo­nych go­ści, jak­by cze­ka­li na nas, zna­li ka­żdy ruch. Ktoś im do­nió­sł?

Na to wy­cho­dzi, ale kie­dy mó­wi­łem o tym moim prze­ło­żo­nym, stwier­dzi­li, że pew­nie dali ko­muś pod­słuch albo sami się do­my­śli­li, że chce­my go zgar­nąć. Od mie­si­ęcy pla­no­wa­li­śmy tę ak­cję. Mie­li­śmy roz­pra­co­wa­ny ka­żdy szcze­gół, do dys­po­zy­cji mnó­stwo lu­dzi, któ­rzy niby za­bez­pie­cza­li te­ren. I co? I nic.

Już kil­ka razy pró­bo­wa­li­śmy zła­pać Mar­ti­ne­za, ale ko­ńczy­ło się to fia­skiem. A ja za­wsze sze­dłem pierw­szy. By­łem tym, któ­ry otwie­rał drzwi do pie­kła, wkra­czał na te­ren wro­ga jako li­der. An­der­son tuż za mną, go­to­wy na wszyst­ko, co mia­ło na­de­jść. Ale to ja przy­ci­ąga­łem ich uwa­gę, to ja by­łem ce­lem nu­mer je­den.

Je­śli wie­le o nas wie­dzie­li, zda­wa­li so­bie spra­wę, jak za­le­ży mi na zła­pa­niu Mar­ti­ne­za. Mo­gli też po­dej­rze­wać, że wiem wszyst­ko o jego ro­dzi­nie, a ta­kże to, gdzie ich ukrył.

Pew­nie byli świa­do­mi, że pój­dę pierw­szy. To mnie mo­gli chcieć za­bić.

Bu­dzę się ran­kiem i nie wiem, ile w ogó­le spa­łem. Ani kie­dy za­mknąłem oczy. Ostat­nie, co pa­mi­ętam, to błąka­nie się po miesz­ka­niu i sło­wa, któ­re szep­ta­łem raz po raz jak ze­psu­ta pły­ta: „To wszyst­ko moja wina”.

Może gdy­bym nie miał ta­kiej ob­se­sji… Może wte­dy wszyst­ko po­to­czy­ło­by się ina­czej.

Sto­ję przed lu­strem, pa­trząc w swo­je od­bi­cie, ale czu­ję, jak­bym wi­dział ob­ce­go czło­wie­ka. Ciem­ne oczy – kie­dyś pe­łne de­ter­mi­na­cji – są ma­to­we, po­zba­wio­ne ży­cia. Nie ma w nich nic poza zmęcze­niem, ża­lem i bez­sil­no­ścią. Ani cie­nia daw­nej iskry. Prze­je­żdżam pal­ca­mi po grzyw­ce, któ­ra zno­wu opa­dła mi na czo­ło. Roz­sma­ro­wu­ję tro­chę gumy do wło­sów na dło­niach i pró­bu­ję okie­łznać fry­zu­rę, choć to tyl­ko po­zo­ry kon­tro­li. Praw­da jest taka, że wszyst­ko się sy­pie. Wło­sy też już za­ro­sły – jak cały ten syf, któ­ry się we mnie gro­ma­dzi. Przy­da­ła­by się wi­zy­ta u fry­zje­ra, ale ja­koś nie po­tra­fię zmu­sić się do ta­kich zwy­czaj­nych rze­czy.

Pięć mi­nut przed ósmą za­trzy­mu­ję sa­mo­chód pod miej­sco­wą po­li­cją. Bu­dy­nek nie wy­gląda oka­za­le. Jest par­te­ro­wy, ale dość sze­ro­ki, z du­ży­mi okna­mi i świe­żo od­ma­lo­wa­ną ele­wa­cją. Wo­kół jest zie­lo­no, tra­wa ide­al­nie przy­ci­ęta, a par­king z rów­no uło­żo­ną kost­ką.

Pod­cho­dzę bli­żej, czu­jąc nie­przy­jem­ne mro­wie­nie na kar­ku. Ktoś mnie ob­ser­wu­je. Je­stem tego nie­mal pe­wien. Roz­glądam się szyb­ko, ale ni­ko­go nie do­strze­gam. Może to tyl­ko prze­wra­żli­wie­nie, a może in­stynkt. Po­py­cham drzwi i wcho­dzę do środ­ka.

Od razu ude­rza mnie za­pach, któ­ry uno­si się we wnętrzu – mie­szan­ka pa­pie­ru, sta­re­go drew­na i resz­tek po­ran­nej kawy. Mło­dy fa­cet sto­jący przy oknie na­tych­miast od­wra­ca gło­wę w moją stro­nę.

– Cze­ść – mówi pod­eks­cy­to­wa­nym to­nem. – Je­stem Lu­cas. Po­ste­run­ko­wy Lu­cas We­lsh – przed­sta­wia się, wy­ci­ąga­jąc w moją stro­nę dłoń. Uścisk ma moc­ny, może na­wet tro­chę zbyt pew­ny jak na ko­goś, kto wy­gląda, jak­by do­pie­ro co wy­sze­dł z aka­de­mii.

– Sie­rżant Rho­des Re­in­hart – od­po­wia­dam, przy­ta­ku­jąc lek­ko gło­wą.

Pa­trzę na nie­go uwa­żniej. Wy­da­je się mło­dy. Czy­sta ko­szu­la, gład­ko ogo­lo­ny po­li­czek, zbyt by­stre spoj­rze­nie. Jesz­cze nie wi­dział wy­star­cza­jąco dużo, by na­uczyć się tej cha­rak­te­ry­stycz­nej ostro­żno­ści, któ­rą wi­dać w oczach po kil­ku la­tach pra­cy w tym za­wo­dzie.

Zer­kam na resz­tę po­miesz­cze­nia. Trzy biur­ka – jed­no obło­żo­ne pa­pie­ra­mi, jak­by ktoś się w nich to­pił, dru­gie ide­al­nie upo­rząd­ko­wa­ne, trze­cie pu­ste. W rogu ci­chy areszt. Drzwi do ar­chi­wum sto­ją lek­ko uchy­lo­ne. Obok do­strze­gam dru­gą parę – ma­syw­niej­szą, z ta­blicz­ką „Ko­men­dant” przy­twier­dzo­ną do drew­na, jak­by ktoś chciał ja­sno za­zna­czyć hie­rar­chię.

– To ga­bi­net sze­fa – in­for­mu­je Lu­cas. – Cze­ka na cie­bie. Idzie­my?

– Po­ra­dzę so­bie, dzi­ęki.

Ki­wam mu gło­wą i wcho­dzę sam. Za drzwia­mi za­sta­ję star­sze­go, si­we­go fa­ce­ta o ła­god­nym spoj­rze­niu i zmęczo­nych oczach. Typ czło­wie­ka, któ­ry praw­do­po­dob­nie wi­dział już wszyst­ko i te­raz po pro­stu od­li­cza dni do eme­ry­tu­ry. Uśmie­cha się uprzej­mie, ale bez wi­ęk­sze­go en­tu­zja­zmu. Wy­da­je się w po­rząd­ku. Chwi­lę roz­ma­wia­my. Opo­wia­da o mie­ście, o miesz­ka­ńcach, o tym, że nie­wie­le się tu dzie­je. Jak­by czas pły­nął tu wol­niej, a ka­żdy dzień był prze­wi­dy­wal­ny. Dzi­wi mnie tyl­ko, że nie każe mi za­ło­żyć mun­du­ru. Spo­dzie­wa­łem się tego, a on przez całą roz­mo­wę na­wet o tym nie wspo­mi­na.

Wła­ści­wie sam nie wiem, co po­wi­nie­nem my­śleć o tym miej­scu. Po­ste­ru­nek wy­gląda spo­koj­nie, nie­mal sen­nie. Nie mam po­jęcia, czy po kil­ku dniach nie za­cznie mi do­skwie­rać to sie­dze­nie na ty­łku i uda­wa­nie, że mam coś do ro­bo­ty.

Roz­mo­wa do­bie­ga ko­ńca, a ko­men­dant wsta­je, po­pra­wia lek­ko ma­ry­nar­kę i pod­cho­dzi do drzwi.

– Lu­cas, wpro­wa­dź go i po­każ mu wszyst­ko. Ja mu­szę wy­jść – rzu­ca, a po­tem od­wra­ca się do mnie i wska­zu­je pal­cem. – O dzie­si­ątej je­dzie­cie na pa­trol. Ty i Par­ker. Lu­cas, zo­sta­jesz.

– Oczy­wi­ście – od­po­wia­da mu bez wa­ha­nia mło­dy.

Mil­czy­my, do­pó­ki mężczy­zna nie opusz­cza bu­dyn­ku. We­lsh się roz­lu­źnia, do­pie­ro gdy drzwi za­my­ka­ją się za prze­ło­żo­nym. Wte­dy na jego twa­rzy znów po­ja­wia się sze­ro­ki uśmiech.

– Par­ker to fa­cet? – py­tam, a on kręci gło­wą.

– Nie, ale on za­wsze mówi do niej po na­zwi­sku. Przy­zwy­cza­isz się. Mo­żesz mi po­móc wy­ci­ągnąć ma­te­ra­ce za bu­dy­nek, na tra­wę, bo pew­nie za­raz przy­je­dzie. A sko­ro jesz­cze jej nie ma, to pew­nie zja­wi się w złym hu­mo­rze. Za­ło­żę się, że jej grat zno­wu nie od­pa­la.

Prze­cho­dzi­my przez bu­dy­nek, a ja za­glądam do ka­żde­go otwar­te­go po­miesz­cze­nia. Nie mam po­jęcia, na cho­le­rę im te ma­te­ra­ce, ale na­wet nie py­tam. Nie znam ich zwy­cza­jów. Sku­piam się więc na ob­ser­wa­cji.

Ma­ga­zyn ze sprzętem jest otwar­ty. Ka­ski, pa­łki, tro­chę gra­tów po­roz­rzu­ca­nych na pó­łkach i podło­dze. Nic, co mo­gło­by mnie za­sko­czyć. W po­wie­trzu uno­si się za­pach ku­rzu i sta­rej skó­ry.

Nie je­stem przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kie­go cha­osu. W moim po­przed­nim miej­scu pra­cy wszyst­ko mia­ło swo­je miej­sce. Wszyst­ko mu­sia­ło być ide­al­nie upo­rząd­ko­wa­ne, od naj­mniej­szej śrub­ki po ka­żdą tor­bę z wy­po­sa­że­niem. Tu jest ina­czej. Tu nie ma po­rząd­ku, nie ma kon­tro­li. Czu­ję, że nie je­stem w swo­im świe­cie.

– Tu mamy szaf­ki, gdy­byś chciał coś zo­sta­wić. Za­raz dam ci twój klu­czyk. Skąd cię prze­nie­śli?

– Z Oak Rid­ge – mó­wię, a on z uzna­niem kiwa gło­wą.

– Duże mia­sto. Pew­nie mie­li­ście pe­łne ręce ro­bo­ty.

– Że­byś wie­dział… Dla­te­go nie wiem, czy nie za­cznę się tu nu­dzić. Pew­nie rzad­ko tra­fia­ją wam się ja­kieś zgło­sze­nia.

– Z Par­ker nie ma nudy – in­for­mu­je, chwy­ta­jąc ma­te­rac. – Weź dru­gi i cho­dź za mną.

– Po co wam to?

– Je­stem! – sły­szę z da­le­ka, na co mój to­wa­rzysz po­sy­ła mi ner­wo­we spoj­rze­nie.

– Już po mnie… – szep­cze, a ja marsz­czę czo­ło, nie wie­dząc, o co mu cho­dzi.

– Lu­cas! Mam na­dzie­ję, że je­steś go­to­wy, bo nie uwie­rzysz, co mi się rano przy­tra­fi­ło!

Ob­ra­cam się i przez chwi­lę nie mogę uwie­rzyć wła­snym oczom. Stoi przede mną ko­bie­ta, któ­rą spo­tka­łem po­przed­nie­go dnia.

– To wła­śnie na­sza Par­ker.

I wte­dy zda­ję so­bie spra­wę, że może wca­le nie będzie tu tak nud­no, jak mi się wy­da­wa­ło.

Rozdział 3

Rhodes

Od razu mnie roz­po­zna­je. Sta­je w miej­scu, uno­si brew i krzy­żu­je ręce na klat­ce pier­sio­wej. Wiem, co za­raz po­wie.

– Trze­ci raz – rzu­ca po chwi­li ci­szy, a w jej gło­sie po­brzmie­wa znu­żo­ny sar­kazm. – Czy­li jed­nak mnie stal­ku­jesz. Po­win­nam ci dać ja­kąś kar­tę lo­jal­no­ścio­wą i przy­bi­jać pie­cząt­ki za ka­żdym ra­zem, kie­dy się na mnie na­tkniesz.

Prze­chy­lam gło­wę w bok, uda­jąc, że roz­wa­żam pro­po­zy­cję. Jej ton spra­wia, że to, co po­win­no być iry­tu­jące, w rze­czy­wi­sto­ści mnie bawi.

– Zna­cie się? – wtrąca Lu­cas, roz­gląda­jąc się z za­cie­ka­wie­niem.

Nie od­po­wia­da­my.

– Do­sta­nę coś za dzie­si­ęć pie­czątek? – py­tam.

– Może się uśmiech­nę – od­pie­ra bez mru­gni­ęcia okiem.

– To już coś. Wy­so­ko za­wie­szo­na po­przecz­ka, ale chy­ba dam radę – mó­wię, od­kła­da­jąc ma­te­rac na podło­gę, i pro­stu­ję się, by spoj­rzeć jej pro­sto w oczy. – Sie­rżant Rho­des Re­in­hart. Sły­sza­łem, że będzie­my wspó­łpra­co­wać.

Nie od­po­wia­da od razu. Przez uła­mek se­kun­dy wy­gląda na za­sko­czo­ną, jak­by do­pie­ro te­raz do­ta­rło do niej, kim je­stem. Jej spoj­rze­nie prze­ska­ku­je na Lu­ca­sa, któ­ry stoi tuż za mną, po czym wra­ca do mnie – już bar­dziej ostro­żne, mniej za­czep­ne.

Wi­dzę to w jej oczach. Wie, że będzie­my wi­dy­wać się co­dzien­nie. Że będzie­my ra­zem pra­co­wać, je­ździć na pa­tro­le i dzie­lić prze­strzeń. Tu, w bu­dyn­ku, może jesz­cze uciec do in­ne­go po­ko­ju. W au­cie – już nie. Tam nie będzie mia­ła żad­nej mo­żli­wo­ści unik­ni­ęcia kon­tak­tu.

– Star­sza po­ste­run­ko­wa Rhea Par­ker, pa­nie sie­rżan­cie – mówi w ko­ńcu, po­da­jąc mi dłoń. Uścisk ma pew­ny, sil­ny, zu­pe­łnie nie­pa­su­jący do tego lek­ko drwi­ące­go tonu, któ­rym rzu­ca­ła wcze­śniej­sze ko­men­ta­rze. Za­ska­ku­je mnie to, ale nic nie mó­wię.

Od­wra­ca się z po­wro­tem do Lu­ca­sa.

– Cze­mu je­steś w mun­du­rze?

– Mam za­kwa­sy, Par­ker… Zli­tuj się nad bied­nym, zmęczo­nym czło­wie­kiem. Masz te­raz nowy wo­rek tre­nin­go­wy – do­da­je, pa­trząc na mnie z sze­ro­kim uśmie­chem. – I zo­bacz, o wie­le bar­dziej umi­ęśnio­ny niż ja. Na­wet nie po­czu­je.

Lu­cas prze­krzy­wia nie­co gło­wę.

– Umiesz się bić?

– Umiem – od­po­wia­dam spo­koj­nie. – Ale nie będę tego ro­bił z nią.

– Nie mu­sisz od­da­wać. Mo­żesz ro­bić uni­ki. Je­śli ci się uda, oczy­wi­ście – do­po­wia­da Lu­cas z uśmie­chem, a po­tem zer­ka na ko­bie­tę, któ­ra nie wy­gląda na za­chwy­co­ną jego po­my­słem. – A ty w mi­ędzy­cza­sie mi opo­wiesz, co się wy­da­rzy­ło.

– Tym się zaj­mu­je­cie, żeby się nie nu­dzić? – rzu­cam, pod­no­sząc brew.

– A co mamy ro­bić? Grać w kul­ki na te­le­fo­nie? – Chło­pak prze­wra­ca ocza­mi. – Musi być w for­mie. Wcze­śniej mia­ła lep­sze­go chłop­ca do bi­cia, ale od­sze­dł, więc te­raz ty masz go za­stąpić.

– Wy­star­czy – uci­na Par­ker, nie od­wra­ca­jąc gło­wy. – Jak się boi, to do ni­cze­go nie będzie­my go zmu­szać, praw­da?

Jej ton jest spo­koj­ny, ale wy­czu­wam w nim wy­zwa­nie. Od razu przy­po­mi­na mi się na­sza noc­na roz­mo­wa.

Ro­bię krok w jej stro­nę.

– Su­ge­ru­jesz, że się boję?

– Ni­cze­go nie su­ge­ru­ję – mówi chłod­no.

– Więc się zga­dzam.

Za­pa­da chwi­la ci­szy. Rhea spo­gląda mi pro­sto w oczy, jak­by oce­nia­ła, ile w tym pew­no­ści, a ile ble­fu. Nie spusz­czam z niej wzro­ku ani na se­kun­dę.

Chwy­tam ma­te­rac i wy­mi­jam Lu­ca­sa, kie­ru­jąc się do ogro­du za bu­dyn­kiem.

– Skąd się zna­cie?

Sły­szę za ple­ca­mi jego głos, ale się nie od­wra­cam. Cze­go niby mia­łbym się bać? Jej ręka jest trzy razy chud­sza od mo­jej. Prze­cież nie zro­bi mi krzyw­dy. Zwłasz­cza że tre­no­wa­łem kie­dyś sze­ść razy w ty­go­dniu.

No do­bra, przez ostat­nie mie­si­ące for­ma tro­chę mi sia­dła, ale prze­sze­dłem w ży­ciu wi­ęcej szko­leń niż nie­je­den in­struk­tor. I wi­ęcej razy upa­dłem na matę, niż chcę pa­mi­ętać.

Rzu­cam ma­te­rac na tra­wę, ale nie mogę ode­rwać wzro­ku od Par­ker, któ­ra wła­śnie zdej­mu­je swo­je ob­ca­sy. Si­ęga do spodni, a ja czu­ję, jak prze­ły­kam moc­niej śli­nę, choć sta­ram się to ukryć. Przez mo­ment ser­ce pod­ska­ku­je mi w pier­si. My­śla­łem, że pod spodem uj­rzę bie­li­znę, ale na szczęście ma na so­bie ob­ci­słe czar­ne spoden­ki. Sam też zdej­mu­ję buty, cie­sząc się, że po­sta­no­wi­łem tego dnia za­ło­żyć zwy­kły bia­ły T-shirt i gra­na­to­we szor­ty. Kie­dy wi­dzę, jak ści­ąga przez gło­wę ko­szul­kę i po­zo­sta­je je­dy­nie w spor­to­wym sta­ni­ku, od­wra­cam wzrok, czu­jąc cie­pło na kar­ku. Nie chcę, żeby my­śla­ła, że się ga­pię… choć tak wła­śnie było.

Spo­glądam na Lu­ca­sa, któ­ry sie­dzi na krze­śle z oku­la­ra­mi prze­ciw­sło­necz­ny­mi na no­sie i wy­gląda, jak­by tyl­ko cze­kał na ja­kieś przed­sta­wie­nie. Se­rio, po­pcor­nu mu tyl­ko bra­ku­je.

Za­nim się orien­tu­ję, je­ste­śmy już na ma­te­ra­cu, a Par­ker wal­czy, jak­by mia­ła za sobą całe lata tre­nin­gów. Uni­kam jej cio­sów, sta­ra­jąc się zna­le­źć mo­ment na kontr­atak, ale gdy pró­bu­ję ją po­wa­lić, ona bły­ska­wicz­nie się ob­ra­ca, a ja tra­cę rów­no­wa­gę. Na­tych­miast to wy­ko­rzy­stu­je, prze­wra­ca mnie na ma­te­rac i sia­da na mo­ich bio­drach. Nie trzy­ma mo­ich rąk, ale i tak czu­ję, że mam nie­wie­le do po­wie­dze­nia.

Wiem, jak mogę ją zrzu­cić z sie­bie, ale za­miast tego zo­sta­ję w tej po­zy­cji, ob­ser­wu­jąc jej szyb­ki od­dech i po­wo­li uno­szącą się brew.

– Co te­raz, sie­rżan­cie? Wiem, że stać cię na wi­ęcej. – Po­chy­la się, i kła­dzie dło­nie po dwóch stro­nach mo­jej gło­wy.

Wy­star­czy­łby je­den szyb­ki ob­rót, że­bym to ja zna­la­zł się nad nią. Mo­stek i prze­wrót – tech­ni­ki do­brze zna­ne z bra­zy­lij­skie­go jiu-jit­su czy za­pa­sów. Uno­szę gwa­łtow­nie bio­dra, wy­trąca­jąc ją lek­ko z rów­no­wa­gi. Gdy zbli­ża się do mnie, przy­ci­ągam ją i jed­nym płyn­nym ru­chem ob­ra­cam, dzi­ęki cze­mu za­mie­nia­my się miej­sca­mi. Tym ra­zem to ja mam kon­tro­lę – trzy­mam jej nad­garst­ki unie­sio­ne nad gło­wą, pew­ny swo­jej prze­wa­gi.

– My­ślisz, że mo­żesz mnie za­sko­czyć, Par­ker? – szep­czę, zbli­ża­jąc się do niej. – Jesz­cze o tym nie wiesz, ale uwiel­biam przej­mo­wać kon­tro­lę.

– Je­śli my­ślisz, że uda ci się mnie zdo­mi­no­wać, to je­steś w błędzie, sie­rżan­cie.

– Po­wi­nie­nem so­bie pó­jść? – Lu­cas od­zy­wa się, przy­po­mi­na­jąc nam o swo­jej obec­no­ści.

– Nie – od­po­wia­da ko­bie­ta, kie­dy pusz­czam jej nad­garst­ki i pod­no­szę się z miej­sca, wy­ci­ąga­jąc jed­nak rękę, by po­móc jej wstać.

Nie dzi­wi mnie, że ją igno­ru­je i sama z gra­cją się pod­no­si, po czym po­pra­wia lek­ko kręco­ne, ciem­ne wło­sy.

– Idę się prze­brać – rzu­ca, si­ęga­jąc po swo­je ubra­nia. – Cie­bie też wi­dzę za­raz w mun­du­rze. Do­my­ślam się, że to ja mam za­brać cię na pa­trol.

– Tak – od­po­wia­da za mnie Lu­cas. – A te­raz mi opo­wiedz, co ci się zno­wu ze­psu­ło w sa­mo­cho­dzie, Par­ker, to może go na­pra­wię, jak po­je­dzie­cie. Albo za­dzwo­nię do bra­ta, żeby tu przy­je­chał i zer­k­nął.

– Nie wiem, sta­ry… Już daw­no ci mó­wi­łam, że mu­szę zmie­nić auto, bo to na­da­je się je­dy­nie na złom.

Wcho­dzą do środ­ka, a ja po­sta­na­wiam sprząt­nąć ma­te­ra­ce, wci­ąż my­śląc o tym, co się przed chwi­lą wy­da­rzy­ło. Je­stem w szo­ku z po­wo­du jej umie­jęt­no­ści. To też pew­nie wy­ja­śnia, dla­cze­go w nocy była taka pew­na sie­bie, kie­dy tam­ten fa­cet ją za­cze­pił.

Mam dziw­ne wra­że­nie, że ta ko­bie­ta jesz­cze nie­je­den raz mnie za­sko­czy.

Wcho­dzę po chwi­li do po­miesz­cze­nia z szaf­ka­mi, prysz­ni­ca­mi i umy­wal­ka­mi. Ści­ągam przez gło­wę ko­szul­kę, a Lu­cas sie­dzi na ław­ce, ga­da­jąc coś o sa­mo­cho­dzie. Par­ker z ko­lei nie kry­je, że jej wzrok błądzi po mo­jej klat­ce pier­sio­wej. Na­wet nie pró­bu­je ro­bić tego dys­kret­nie. Uno­szę lek­ko kącik ust i od­wra­cam się w stro­nę umy­wal­ki, żeby umyć ręce i opłu­kać twarz.

Sto­ję do ko­bie­ty ple­ca­mi, ale do­sko­na­le wi­dzę w lu­strze jej od­bi­cie. Wiem, że jej wzrok za­trzy­mał się na bli­źnie, któ­ra zdo­bi moje ple­cy. O nic jed­nak nie pyta. Ja też mil­czę. Nie je­stem wiel­kim fa­nem roz­mów o szra­mach, któ­re no­szę na cie­le. A kil­ka ich jest.

Nie wsty­dzę się ich, ka­żda to ka­wa­łek mo­jej prze­szło­ści. Do­wód na to, że prze­ży­łem wi­ęcej niż nie­je­den, że po­tra­fi­łem się pod­nie­ść po upad­ku. Choć cza­sem by­wa­ło nie­kom­for­to­wo. Zwłasz­cza gdy sy­tu­acja za­czy­na­ła się ro­bić in­tym­na, a ko­bie­ta na­gle krzy­wi­ła się na wi­dok któ­re­jś z blizn. Te chwi­le za­bi­ja­ły at­mos­fe­rę, od­bie­ra­ły mi pew­no­ść sie­bie, spra­wia­ły, że cały ten mo­ment tra­cił sens.

Na jej twa­rzy nie po­ja­wia się ża­den gry­mas obrzy­dze­nia. Bar­dziej wi­dać na niej cie­ka­wo­ść.

– Gra­na­to­wa ko­szu­la z krót­kim ręka­wem – prze­ry­wa Lu­ca­so­wi, ale mówi do mnie.

Ki­wam gło­wą i po chwi­li od­bie­ram od chło­pa­ka klu­czy­ki od szaf­ki i ubra­nia. Po­wo­li je wkła­dam, a Rhea wci­ąż nie od­wra­ca wzro­ku. Mu­szę przy­znać, że pa­su­je jej mun­dur. To imię też, choć czu­ję, że naj­częściej będę zwra­cał się do niej po na­zwi­sku.

Kie­dy zbli­ża się czas na­sze­go pa­tro­lu, Par­ker wy­ci­ąga klu­czy­ki i pa­trzy na mnie wzro­kiem mó­wi­ącym: „Na­wet nie myśl, że dam ci pro­wa­dzić”.

Nie kłó­cę się – zna mia­sto o wie­le le­piej – ale mam na­dzie­ję, że ju­tro to ja za­si­ądę za kie­row­ni­cą ra­dio­wo­zu. Nie­na­wi­dzę sie­dzieć na miej­scu pa­sa­że­ra.

– Pa­nie przo­dem – mówi, otwie­ra­jąc mi drzwi i prze­pusz­cza­jąc w nich.

– Dzi­ęki – od­po­wia­dam, wy­cho­dząc z bu­dyn­ku. – Lu­bię je­ździć w ci­szy – in­for­mu­ję, kie­dy wsia­da­my do środ­ka, a ona od­pa­la auto.

Pa­trzy na mnie, uno­si brew i włącza ra­dio.

Wiem, że chce mnie spro­wo­ko­wać i zro­bić mi na zło­ść, dla­te­go od­wra­cam gło­wę w stro­nę przed­niej szy­by, a ona dość spraw­nie wy­je­żdża z par­kin­gu.

– Cen­trum jest w dru­gą stro­nę – in­for­mu­ję, kie­dy wje­żdża na pu­stą uli­cę.

– Nie żar­tuj, se­rio?

– Par­ker… – od­po­wia­dam su­cho.

– Za­wsze za­czy­nam od obrze­ży, sie­rżan­cie. Gdy­by w cen­trum coś się dzia­ło, ktoś by do nas za­dzwo­nił – mówi bez zbęd­nych ce­re­gie­li. – Na przed­mie­ściach jest ci­cho, ale to nie zna­czy, że nic się nie dzie­je. Mamy tam kil­ku ty­pów, co urządza­ją so­bie wy­ści­gi ulicz­ne. Albo śmie­ci wy­wo­żą pod las, albo… naj­go­rzej: przy­wi­ązu­ją tam szcze­nia­ki czy ko­cia­ki do drzew. Lu­dzie bez ser­ca. Ta­kże miej oczy sze­ro­ko otwar­te. – Jej głos sta­je się tro­chę ostrzej­szy, po­wa­żniej­szy. – Zda­rza­ją się też te­le­fo­ny, że na przy­kład sąsiad bije swo­ją żonę. Przy­je­żdża­my na miej­sce, a ona twier­dzi, że to nie mąż, że sama się ude­rzy­ła. Tak tyl­ko uprze­dzam, że­byś się nie zdzi­wił. Nie chcą na­wet je­chać do szpi­ta­la, ni­g­dy nie ze­zna­ją prze­ciw­ko mężom. A w na­szej obec­no­ści żad­na nie do­sta­nie w twarz. Znam te hi­sto­rie na pa­mi­ęć. Mamy je na oku, ale nie mo­że­my ca­ły­mi dnia­mi cza­to­wać pod ich do­ma­mi. Więc jak szef będzie py­tał, to prze­ka­za­łam ci wszyst­kie in­for­ma­cje. Przy­naj­mniej te naj­wa­żniej­sze. Wy­star­czy na naj­bli­ższe ty­go­dnie. A resz­tę opo­wiem, jak do­je­dzie­my.

Przez po­zo­sta­łą dro­gę mil­czy. Sam nie pró­bu­ję jej za­ga­dy­wać. Za­miast tego wpa­tru­ję się w okno, żeby na pew­no ni­cze­go nie prze­ga­pić.

Kie­dy do­je­żdża­my pod las, par­ku­je na po­lnej dro­dze i gasi sil­nik. Kiwa gło­wą, że wy­sia­da­my, co od razu ro­bię. Wo­kół pa­nu­je mar­twa ci­sza prze­ry­wa­na je­dy­nie stu­ka­niem ja­kie­goś dzi­ęcio­ła.

Jed­nym spraw­nym ru­chem wy­łącza ka­me­rę.

– Wej­dź tu. – Wska­zu­je na las. – Ja pój­dę pro­sto i spo­tka­my się tam gdzieś.

Roz­dzie­la­my się więc i od­cho­dzi­my ka­wa­łek od sa­mo­cho­du. Sta­ram się roz­glądać, ale jed­no­cze­śnie mieć ją na oku, żeby się nie zgu­bić. Je­stem zdzi­wio­ny, kie­dy wcho­dzi do lasu, ale za­raz szyb­ko zmie­rza w moim kie­run­ku.

– Nie mu­si­my się lu­bić, sie­rżan­cie, ale pew­nie często wy­lądu­je­my ra­zem na pa­tro­lu. Szef nie­na­wi­dzi, kie­dy wtrącam się w prze­py­chan­ki tych ma­łże­ństw i pó­źniej kłó­cę z tymi głąba­mi, któ­rzy pod­no­szą rękę na żony. Za­zwy­czaj to on woli z nimi ga­dać, bo wte­dy tyl­ko mówi im, że to ma być ostat­ni raz i ni­g­dy wi­ęcej ma się to nie po­wtó­rzyć. Za dwa dni ro­bią to samo. Ta­kże jak kie­dyś z ja­ki­mś kre­ty­nem po­roz­ma­wiam, a szef pó­źniej cię o to za­py­ta, to nic nie wiesz. Albo mó­wisz mu, że za­cho­wa­łam spo­kój i to była zwy­kła roz­mo­wa, ro­zu­miesz?

– Ro­bisz im z ży­cia pie­kło, co? – Uśmie­cham się sze­ro­ko.

Par­ska śmie­chem i lek­ko kręci gło­wą.

– To ja je­stem ich pie­kłem.

Przez chwi­lę pa­trzę na nią z uko­sa, pró­bu­jąc od­czy­tać coś wi­ęcej z twar­dej fa­sa­dy, ale ona nie daje się roz­gry­źć. Twarz nie zdra­dza ani cie­nia emo­cji.

– Chy­ba nie je­steś lu­bia­na w tym mie­ście, praw­da? – py­tam, kie­dy za­wra­ca­my w stro­nę ra­dio­wo­zu.

Rzu­ca mi krót­kie, obo­jęt­ne spoj­rze­nie, jak­by to py­ta­nie w ogó­le jej nie ru­szy­ło.

– Nie ob­cho­dzi mnie to – mówi spo­koj­nie, ale w jej gło­sie czai się coś lo­do­wa­te­go, coś, co nie po­zo­sta­wia złu­dzeń. – Nie za­le­ży mi na tym, żeby ktoś mnie lu­bił, bo ja też wi­ęk­szo­ści nie da­rzę sym­pa­tią. Lu­bię tyl­ko tych, któ­rzy nie są pie­przo­ny­mi świ­ętosz­ka­mi uda­jący­mi, że nic złe­go się nie dzie­je. Lu­bię lu­dzi, któ­rzy nie gra­ją, a dzi­siaj wszyst­ko jest jed­ną wiel­ką, za­sra­ną grą. Ka­żdy uda­je. Ka­żdy kła­mie. I są tacy, któ­rzy kła­mią tak dłu­go, że za­czy­na­ją w te bred­nie wie­rzyć.

Wy­da­je się, jak­by w jej świe­cie wszyst­ko było albo czar­ne, albo bia­łe. To świat, gdzie albo je­steś sil­ny, albo ktoś cię znisz­czy. Albo je­steś dra­pie­żni­kiem, albo ofia­rą. Nic po­mi­ędzy.

A może ona też na­uczy­ła się kła­mać. Też gra w tę „za­sra­ną” grę.

Łże le­piej niż wszy­scy, któ­rych tak otwar­cie po­tępia.

Co­py­ri­ght © for the text by Sa­bi­na Mo­one

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz, Inga Jusz­czak

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i opra­co­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-53-1

Spis treści

Ostrzeżenie dla czy­tel­ni­ków

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Okład­ka