Cień judasza - Anna Kusiak - ebook
BESTSELLER

Cień judasza ebook

Anna Kusiak

4,0

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Prawda. Ile poświęcisz, by ją poznać?

KIEDYŚ

Lipcowa noc, wiejski festyn. Osiemnastoletnie kuzynki Klaudia i Aneta świetnie się bawią, tańczą i flirtują. W trakcie zabawy dochodzi między nimi do kłótni. Następnego dnia okazuje się, że do domu wróciła tylko jedna – Klaudia. Ruszają poszukiwania. Po kilku dniach przypadkowi grzybiarze znajdują w lesie zwłoki dziewczyny. Zabójstwo czy nieszczęśliwy wypadek? Nieudolnie prowadzone śledztwo nie przynosi odpowiedzi. Miejscowa ludność snuje domysły.

TERAZ

Klaudia wraca do rodzinnej miejscowości, by uporządkować dom po zmarłej niedawno matce. Na każdym kroku natyka się na ślady dawnej tragedii. Choć od tamtych wydarzeń minęło już dziesięć lat, wciąż ścigają ją wrogie spojrzenia. W pierwszym odruchu chce jak najszybciej zamknąć stare sprawy i wyjechać, ale uświadamia sobie, że jeżeli nie spróbuje rozwiązać tajemnicy śmierci Anety, nigdy się od niej nie uwolni. Musi poznać prawdę, nawet najbardziej okrutną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 382

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Anna Kusiak Cień Judasza ISBN Copyright © by Anna Kusiak, 2021All rights reserved Wszelka zbieżność nazwisk, wydarzeń i okoliczności jest przypadkowa, a przedstawiona historia rozegrała się jedynie w wyobraźni autorki. Redaktor Karolina Kaczorowska Projekt okładki i stron tytułowych Mariusz Banachowicz Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

24 lipca 2005

Niedziela

Wsamochodzie unosił się leśny zapach odświeżacza zmieszany z gorzkim zapachem blanta i ostrym alkoholu. Było ciemno i ciepło. Nieopodal dudniła taneczna muzyka. Prawie czuła jej wibrujący rytm na swoim ciele, lecz nie pulsował już w gardle i żołądku tak jak wtedy, gdy stała na drewnianym parkiecie pod sceną ulokowaną w parku w centrum wsi.

— Daj mi tę noc!!! — zaryczał przez mikrofon wokalista zespołu prowadzącego zabawę.

— Daj mi tę noc — powtórzył w ciemności męski głos i zaśmiał się znacząco.

Poczuła ciepłe ręce na swoich nogach, które okrywały cienkie pończochy. Kręciło jej się w głowie od nadmiaru wypitego piwa. W gardle czuła suchość. Ręce przesuwały się coraz wyżej, po udzie.

— Co robisz? — spytała półprzytomnie, próbując je niezdarnie powstrzymać.

— Nic, czego byś nie chciała — odpowiedział.

O dziwo, jego ręce się zatrzymały. Jedną dłonią łaskotał wewnętrzną stronę jej uda, drugą zaś rozgarnął jej długie, jasne włosy. Palce niecierpliwie zaczęły błądzić po szyi i schodzić niżej, w kierunku dekoltu.

Poczuła lekkie szarpnięcie. Ciężar spadł jej z piersi. Nie zrobi nic, czego by nie chciała.

Coś brzęknęło metalicznie, ale nie zwróciła już na to uwagi. Poddała się pieszczotom.

Dźwięki muzyki umilkły na chwilę, by zaraz rozbrzmieć ze zdwojoną mocą.

— Siabada, siabada, ty i jaaa! — zawył wokalista.

Ręka znów zaczęła przesuwać się z uda w stronę majtek. Odsunął wąski materiał stringów.

— Nie! — Nagle się szarpnęła.

Zupełnie nie zwrócił uwagi na jej protest.

Zrobiło jej się duszno. Fala mdłości podeszła do gardła.

— Zostaw mnie! — krzyknęła, odpychając go od siebie. — Nie chcę!

W pierwszej chwili zbaraniał. Nim jednak zdążyła cokolwiek zrobić, złapał ją gwałtownie za ręce.

— Chcesz, chcesz. Nie zgrywaj niedostępnej. — Nie puszczając jej nadgarstków, nachylił się i zaczął całować ją po szyi. Jego oddech był przesiąknięty zapachem alkoholu i papierosów.

— Nie chcę, zostaw mnie — powtórzyła.

Ścisnął mocniej. Jeszcze chwila i zmiażdży jej nadgarstki.

— Proszę, nie — szepnęła płaczliwie.

Nie przestał.

18 czerwca 2015

Czwartek

To ona go znalazła. Wtedy, dziesięć lat temu jesienią.

Wisiał na sznurze przywiązanym do belki stropowej jak upiorna lalka w teatrzyku kukiełkowym, z tym że lina nie oplatała jego rąk, lecz szyję. Klaudia nie wiedziała, skąd wzięło się u niej to skojarzenie. Czy dlatego, że gdy była mała, uwielbiała chodzić na przedstawienia kukiełkowe z rodzicami, gdy akurat w pobliskim mieście zatrzymywało się wesołe miasteczko? Pamiętała to dobrze. Najpierw wyprawa autobusem z mamą, tatą, później karuzela jedna, druga, wata cukrowa, lody z automatu lub ulubione gałkowe i teatrzyk. Z tego wszystkiego najbardziej lubiła kukiełki i lody, przynajmniej dwie gałki. Jedna z nich musiała być truskawkowa.

Często zabierali ze sobą także Anetę, jej kuzynkę od strony matki. Mama i ojciec Anety, wujek Michał, byli rodzeństwem. Ciocia Fela i wujek Michał rzadko jeździli z nimi, nie chcieli czy nie mieli czasu, nie wiedziała. Aneta zawsze śmiała się z kukiełek. Nawet jak była mała, twierdziła, że to głupie, choć sama chciała zostać aktorką. „Ale nie taką od kukiełek, tylko prawdziwą” — mówiła, lekceważąco wydymając usta. „To dobre dla dzieciuchów” — dodawała buńczucznie, nie zważając na to, że podobne słowa wypowiadane przez dziesięcioletnią dziewczynkę brzmią śmiesznie. „To nie aktorzy, hańbią nasz zawód. Ja będę taką prawdziwą aktorką, w długiej brokatowej sukni i białym futrze” — powtarzała. „Jeszcze zobaczycie”. Może by i zobaczyli, bo Aneta zawsze stawiała na swoim. W domu, w szkole, na podwórku. Ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Aneta nie żyła.

A niedługo potem nie żył też ojciec Klaudii. Powiesił się w stodole piątego października tego pamiętnego dwa tysiące piątego roku. Klaudia sama nie wiedziała, po co poszła wtedy do stodoły. Pamiętała jedynie, że dzień był wyjątkowo ciepły jak na jesień. Wracała ze szkoły w cienkim sweterku, czarnym, bo od śmierci Anety minęły niecałe trzy miesiące. A od momentu znalezienia jej zwłok — dokładnie dwa. Był piąty października, Anetę znaleziono piątego sierpnia. W autobusie panował zaduch, chłopaki z równoległej klasy wydzierały się na cały głos, dziewczyny odwrotnie, szeptały między sobą, raz po raz rzucając znaczące spojrzenia w kierunku Klaudii. Wszyscy oni chodzili do jednej klasy z Anetą. Wszyscy wiedzieli, co się stało. Dlaczego obok niej siedzi jakaś starsza przypadkowa kobieta zamiast kuzynki. To była środa, tego dnia kończyłyby lekcje o tej samej porze. Pamiętała też, że akurat tego dnia nauczyciele straszyli ich zbliżającą się maturą, co było akurat bardziej niż naturalne, w końcu chodzili do ostatniej klasy liceum i matura, ta straszna matura, jawiąca się niczym zły upiór, powoli z bladej zjawy stawała się coraz bardziej realna. Kilka miesięcy i będzie maj, nie zostało wiele czasu, trzeba było brać się do nauki. Ale Klaudia kompletnie nie miała na to sił. W jej głowie wciąż huczała muzyka z letniego festynu. Trzecie Dni Gminy Brzózków, dwa tysiące pięć. Następnego dnia dowiedziała się, że Aneta nie wróciła do domu. A kilkanaście dni później jej zwłoki zna­leźli w tutejszym lesie przypadkowi grzybiarze, polujący na pierwszy letni wysyp grzybów. Jakie musieli mieć miny, gdy zamiast upragnionego prawdziwka znaleźli martwą osiemnastolatkę.

Dlaczego weszła wtedy do stodoły, zamiast pójść od razu do domu? Może zauważyła, że drzwi były uchylone? Może usłyszała miauczenie kocicy, która lada dzień miała się okocić, i chciała sprawdzić, czy to już? Tego nie pamiętała. W każdym razie weszła tam. I zobaczyła ojca.

Wyglądał, wyglądał… jak nie on. Obita, sina twarz, wytrzeszczone oczy. Szybko przeniosła wzrok na resztę jego ciała, chcąc jak najszybciej wymazać z pamięci ten widok. Nie mogła się ruszyć z miejsca, choć powinna. Postała chwilę, przyglądając się dyndającym na sznurze zwłokom, i dopiero po dłuższym czasie, gdy się opamiętała, powoli wycofała się na zewnątrz. Co było potem, również zatarło się w jej pamięci. Pamiętała tylko przesłuchanie, choć nie było to pierwsze przesłuchanie w jej życiu — po znalezieniu Anety też była przesłuchiwana. Pamiętała spojrzenia ludzi, najpierw współczujące, bo przecież w przeciągu niespełna trzech miesięcy straciła dwie bliskie osoby, a potem wrogie. Po wsi rozniosła się plotka, jakoby jej ojciec miał coś wspólnego ze śmiercią kuzynki. „Molestowanie…”, „Gwałt…”, „Pewnie broniła się i tak się to skończyło…”, „Widać sumienie nie dało mu żyć…”— słyszała za plecami nienawistne szepty. „To nie przypadek. A wydawało się, że to taki porządny, szanowany człowiek…”— jadzili. „Córka mordercy…” — szepty osaczały ją z każdej strony.To właśnie zdawała się mieć wypisane na czole. Córka mordercy.

Nikt, kompletnie nikt się za nim nie wstawił. Ludzie we wsi wiedzieli lepiej. Najpierw jedna tragedia, śmierć młodej dziewczyny, potem druga, powieszenie się szanowanego stolarza, Stanisława Marciniaka. Dwie tragedie w jednej rodzinie, dwie tragedie w tak krótkim odstępie czasu. Przypadek? Mieszkańcy Brzózkowa nie wierzyli w przypadki. Skoro tak nagle i niespodziewanie, bez żadnych ostrzeżeń wujek ofiary targnął się na swoje życie, powód mógł być tylko jeden: był winny. Szybko dodano dwa do dwóch, tym bardziej że Aneta była ładną dziewczyną. Molestowanie seksualne, kampania zły dotyk — o tym od kilku lat mówiło się coraz głośniej. O  tyle dobrze, że Aneta nie była małym dzieckiem, a pełnoletnią panną, więc obyło się bez oskarżeń o pedofilię. „I nie była to krew z krwi, a tylko powinowaci” — niektórzy nawet po czasie, gdy już ochłonęli z pierwszego szoku, próbowali brać starego Marciniaka w obronę. „Tylko po co zabił?” — pytali ci, którzy nie chcieli znaleźć dla stolarza usprawiedliwienia. „Pewnie niechcący, pewnie przypadkiem. Zresztą — sam sobie karę wymierzył”.Rozprzestrzenianiu się plotek dodatkowo pomogło to, że śledztwo w sprawie śmierci Anety umorzono na wiosnę bez wyjaśnienia.

Klaudia przez kolejne kilka miesięcy niewiele wychodziła z domu, odpuściła nawet studniówkę. Wystarczały jej docinki i głupie uśmiechy podczas przerw w szkole, nie musiała znosić tego także po lekcjach. Plus był taki, że miała o wiele więcej czasu na naukę, co zaowocowało dobrymi wynikami na maturze. Zdała wszystkie egzaminy, zdobywając prawie maksymalną liczbę punktów, i bez większych problemów dostała się na wymarzone dziennikarstwo. Z Brzózkowa, rodzinnej wsi na południu Polski, wyjechała do miasta wojewódzkiego prawie zaraz po ostatnim egzaminie, nie czekając nawet na wyniki. Za odłożone przez rodziców na ten cel pieniądze wynajęła niewielki pokój w studenckim mieszkaniu, znalazła pracę w barze, gdzie pracowała aż do rozpoczęcia roku akademickiego, a później dorywczo w weekendy. Do matki przyjeżdżała rzadko, tylko na święta, choć nie miała aż tak daleko, w sumie cztery godziny autobusami, z jedną przesiadką. Nie chciała, nie czuła takiej potrzeby, choć momentami miała z tego powodu wyrzuty sumienia. Ale matka nie została przecież sama — w Brzózkowie byli wujek Michał i ciotka Fela, i drugi brat, Rafał, którzy nie uwierzyli w rozpowiadane przez innych bujdy. A ona sama starała się do niej dzwonić jak najczęściej, czasem nawet codziennie. Tylko dzięki temu ich kontakt się nie urwał.

Skończyła studia. Wciąż pracując w barze, podłapała fuchę na reportaże dla lokalnej gazety. Najpierw jeden, potem drugi, trzeci… Spotkały się z dobrym przyjęciem, więc zlecenia napływały. W końcu udało jej się załapać na etat i rzuciła bar, a z małego pokoju przeniosła się do nieco większej kawalerki. Po studenckich przelotnych związkach zaliczyła dwa nieco dłuższe, które niestety nie wytrzymały próby czasu. W końcu jednak i w tej sferze życia zaczęło jej się układać i poznała kogoś bardziej na serio, po kilku miesiącach zdecydowali się nawet ze sobą zamieszkać. Wszystko układało się wręcz idealnie. W pracy awansowała na kierownika działu, z narzeczonym snuła wspólne plany… i nagle w jednej chwili wszystko, cała budowana przez lata stabilizacja runęła jak domek z kart. Straciła pracę, straciła narzeczonego. Jeszcze się po tym nie otrząsnęła, gdy zadzwoniła do niej ciotka Felicja z wiadomością, że mama jest w szpitalu i żeby przyjeżdżała jak najszybciej, jeżeli chce się z nią pożegnać.

Nie zdążyła. W szpitalu zobaczyła tylko puste łóżko, nakryte czystą, białą pościelą. Pojechała do pustego domu, lecz nawet do niego nie weszła, tylko od razu udała się do wujostwa, mieszkającego w drugim z domów w tym przysiółku wsi. Dwa stare, samotne drewniane domy na odludziu. Kilkadziesiąt metrów za nimi zaczynał się las, z drugiej strony rozpościerały się łąki i zalesione wzgórza. Słowa ciotki Feli przybiły ją jeszcze bardziej: spóźniła się ledwie kilka godzin. Później ciotka mówiła coś więcej, chyba o tym, że niedobrze, że jutro niedziela, bo jak nieboszczyk przeleży niedzielę, to w niedługim czasie zabierze sobie kogoś do towarzystwa w pozaziemskim żywocie. Klaudia nie bardzo słuchała, nie była w stanie, i dopiero wujek Michał zwrócił żonie uwagę, żeby przestała pleść bzdury i dała dziewczynie odpocząć.

Na pogrzeb nie przyszło wiele osób. Wujek Michał, ciotka Fela. Wujek Rafał umarł trzy lata wcześniej na raka płuc. Oprócz tego oczywiście młodsze siostry Anety, Kasia i Marzena. Kilka dawnych koleżanek mamy, kilka starych bab, chodzących na każdy pogrzeb. Tyle. Stypy nie urządzono, bo nie było dla kogo jej robić.

Wieczoru po pogrzebie Klaudia nie pamiętała. Zaraz po przyjściu wyciągnęła z barku butelkę czerwonego wina i zaczęła się znieczulać. Właściwie to powinna pomyśleć, co dalej zrobić ze swoim życiem, ale na to nie miała siły, nie tego dnia. Pomyśli o tym nazajutrz.

Jednak następnego dnia też nie pomyślała. Znieczulała się dalej. Niestety, tym razem zawiodła samą siebie, bo nie wyliczyła dawki i przez całą noc rzygała jak kot. Z obdartym od wymiotów gardłem i załzawionymi oczami oglądała wschód słońca, obiecując sobie, że weźmie się w końcu w garść. Jak długo można udawać, że wszystko jest w porządku? Jak długo bronić się przed tym, co nieuniknione?

Wstała późnym popołudniem z bolącą głową i spierzchniętymi ustami, spragniona choć łyka wody. Półprzytomna zwlokła się z łóżka i poszła do łazienki. Odkręciła kran i pochyliła się nad umywalką. Woda była zimna, orzeźwiająca. Prosto ze studni. Połączenie zrobili jeszcze za życia ojca, żeby nie trzeba jej było nosić wiadrami. W mieście to nie do pomyślenia, by pić wodę prosto z kranu.

Gdy w końcu zaspokoiła pierwsze pragnienie, obmyła twarz lodowatym strumieniem, próbując się ocucić. Poskutkowało na chwilę. Podniosła wzrok i spojrzała na swoje odbicie w lustrze wiszącym na ścianie. Wyglądała przynajmniej dziesięć lat starzej. Blada i wychudzona twarz, podkrążone sine oczy. Tylko włosy, długie i jasne, były tak samo wspaniałe jak zawsze, choć ostatnio zupełnie zapomniała o ich pielęgnacji. Aneta miała takie same: podobny odcień, podobna długość, tylko jej nieco bardziej się falowały. Z daleka Klaudię i Anetę można było ze sobą pomylić, co i nieraz się zdarzało. Do Anety mówili Klaudia, do Klaudii Aneta. Obydwie szczupłe, z długimi, zgrabnymi nogami. Jasnowłose, młode, piękne.

Zakręciła kran.

Było, minęło. Nie myśl o tym.

Poszła do kuchni, postawiła na kuchence czajnik z wodą i zaparzyła kawę. Piła ją, stojąc w oknie i patrząc na widoczną za szybą stodołę. Stodołę, w której prawie dziesięć lat temu powiesił się jej ojciec. Nawet nie wiedziała, w którym momencie odstawiła szklankę na kuchenny blat. Jak zahipnotyzowana wyszła z domu i ruszyła prosto w stronę budynku.

Stojąc pod drewnianą belką, uświadomiła sobie jedno: wszystko wróciło. Wszystko w jednym momencie wróciło i nie dało się już tego zagłuszyć.

• • •

Sama nie wiedziała, ile czasu spędziła w stodole. Godzinę, dwie, trzy? I tak nie miało to najmniejszego znaczenia. Gdy w końcu otrząsnęła się z przepływających przez głowę wspomnień, wyszła, zamykając za sobą dokładnie drzwi. Powinna zrobić to samo z przeszłością. Zamknąć w cholerę etap życia w Brzózkowie i nigdy więcej tu nie wracać. W końcu nic jej tu nie trzymało. Tylko jedno musiała jeszcze zrobić: posprzątać. Posprzątać dom, posprzątać pamiątki po matce. Nie mogła zamknąć drzwi z całym pozostawionym za nimi bałaganem. Trzeba uporządkować przynajmniej rzeczy, skoro nie udało się to z wydarzeniami sprzed lat.

Zawiesiła kłódkę i przekręciła klucz. Stodołę też trzeba będzie posprzątać. Pójdzie do wujka Michała i poprosi go, żeby przepatrzył, czy coś mu się z tych rzeczy przyda, a resztę wywiózł na złom. Tak samo trzeba uprzątnąć niewielki budynek koło stodoły, służący dawniej ojcu za stolarnię. Później, po jego śmierci, stał się dla matki składem rzeczy, których z różnych powodów nie chciała wyrzucać. Takie „przydasie”. Może kiedyś się przydadzą, może będą, jak znalazł. Nie chciała myśleć, jak wygląda wnętrze pomieszczenia po tylu latach.

Poczuła na plecach ciepły podmuch wiatru. Dzień był słoneczny, ale nie upalny. W sam raz jak dla niej, nie za gorąco, nie za zimno. Samopoczucie jednak wciąż miała do kitu: głowa bolała, w dodatku w jednej chwili zachciało jej się spać. Mogło to być spowodowane kacem, ale również nadciągającą burzą, bo na południu intensywnie się zachmurzyło .

Odwróciła się, by wrócić do domu i zaparzyć sobie kolejną kawę.

Przed drzwiami zobaczyła przestępującą niepewnie z nogi na nogę ciotkę Felicję.

— O, Klaudia! — zawołała na jej widok. — Jednak jesteś.

— A czemu miałoby mnie nie być? — zdziwiła się.

Ciotka uśmiechnęła się blado. Była niska, szczupła i z tego, co pamiętała Klaudia, dwa lata młodsza od jej mamy. Kiedyś może była piękną kobietą, no bo w końcu po kimś Aneta i jej siostry musiały odziedziczyć urodę, teraz jednak była taka… nijaka. Szare włosy, szare oczy, szara twarz. W głębokich zmarszczkach widać było nie tylko lata ciężkiej pracy na gospodarstwie, ale i przeżytą tragedię.

— Myślałam, że może wyjechałaś bez pożegnania. Nie pokazujesz się od pogrzebu.

Klaudia nie skomentowała ostatnich słów, które zabrzmiały jak wyrzut. Podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę.

— Wejdź, ciociu — powiedziała zmęczonym głosem. — Otwarte.

— Wiem, sprawdziłam. Gdy jednak zobaczyłam, że nie ma cię w środku, wyszłam. Właśnie zastanawiałam się, czy wracać do siebie, czy czekać, aż przyjdziesz… i pomyślałam, że może już wyjechałaś. W sumie, po co miałabyś tu siedzieć?

— Wyjechałam i zostawiłam drzwi otwarte? — zdziwiła się znowu.

Ciotka Fela nieznacznie wzruszyła ramionami.

— Przecież tu chyba nie ma co ukraść — stwierdziła rezolutnie.

— Ano nie ma.

Weszły do kuchni. Klaudia włożyła do zlewu pozostawioną przedtem na szafce szklankę z kawą i znów wstawiła czajnik na palnik.

— Napijesz się czegoś? — spytała, wyciągając z szafki czyste szklanki. — Kawy? Herbaty?

— Nie, nie kłopocz się. Chciałam tylko zobaczyć, jak się trzymasz. — Przysiadła na stojącym najbliżej wejścia krześle, jakby chcąc tym podkreślić, że wpadła tylko na chwilę.

Klaudia nasypała do jednej ze szklanek kawy i odłożyła puszkę do szafki.

— Chyba… chyba nie najgorzej — odpowiedziała, nie patrząc krewnej w oczy. Gdyby to zrobiła, z pewnością by się rozryczała. Zerknęła nerwowo na czajnik, nie mogąc się doczekać, aż zacznie gwizdać, by zająć czymś ręce.

Ciotka przekrzywiła głowę. Widać było, że nie wierzy w ani jedno słowo.

— Sprzątałaś już rzeczy po mamie?

— Rzeczy… po mamie? — Przełknęła nerwowo ślinę. O tym samym pomyślała, wychodząc ze stajni. Co z tego, skoro od czasu przyjazdu nie była nawet w stanie wejść do jej pokoju.

— Może trzeba ci pomóc? — zaproponowała szybko ciotka, patrząc na nią uważnie.

Klaudia była bliska płaczu. Całe szczęście rozległ się gwizd czajnika. Odwróciła się w stronę kuchenki.

— Nie, nie trzeba — powiedziała łamiącym się głosem. Zalała kawę, cudem nie oblewając sobie przy tym rąk wrzątkiem. — Dam sobie radę. Będę miała tylko prośbę, żeby wujek pomógł mi przy stodole i innych rupieciach. Może coś mu się stamtąd przyda. Powie mu ciocia? — Odstawiła czajnik i spojrzała na Felicję.

— Sama mu powiesz. Przyjdź jutro na obiad. Założę się, że przez te dwa dni nie jadłaś nic ciepłego.

Wygrałaby. Klaudia nie tylko nie jadła nic ciepłego, ale w ogóle nie jadła nic oprócz paluszków i chipsów, którymi przegryzała wino.

Kiwnęła głową.

— Przyjdę.

— Długo zamierzasz zostać? — spytała ciotka, zmieniając temat.

— Nie wiem. Tydzień, dwa, miesiąc. Ciężko mi powiedzieć.

— Miesiąc?

— Może nawet trochę dłużej. Uporządkuję rzeczy, przemyślę pewne sprawy, nabiorę dystansu i odzyskam równowagę — powiedziała Klaudia bez przekonania. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że rodzinna wieś była ostatnim miejscem, w którym mogła odzyskać równowagę ducha. Cały Brzózków był dla Klaudii jak wielka szafa pełna starych trupów, które wysypują się z niej przy najmniejszym skrzypnięciu podłogi.

Ciotka Felicja wyglądała na wstrząśniętą.

— A praca? A znajomi?

Teraz Klaudia wzruszyła nieznacznie ramionami. Praca. Znajomi. Życie w wielkim mieście.

— Pracy nie mam. Zwolnili mnie kilka dni temu i dopiero zamierzam czegoś szukać, więc równie dobrze mogę poszukać tu w okolicy — odpowiedziała szczerze. — A znajomi… — zawahała się przez chwilę, czy powiedzieć całą prawdę, po czym dokończyła szybko: — znajomych tu też mam.

Ciotka nie musiała wiedzieć, że nie dość, iż straciła pracę, to rzucił ją narzeczony, Łukasz. W dodatku dla najbliższej przyjaciółki, która nie tylko zabrała jej mężczyznę, ale i wygryzła ze stanowiska. Wszyscy w trójkę pracowali w redakcji — Iza była podwładną Klaudii w dziale regionalnym, a Łukasz, jako prawnik, dorywczo konsultował decyzje wydawnictwa oraz prowadził niewielką rubrykę z poradami prawnymi. Dopiero wtedy dowiedziała się, że już od dawna przyjaciółka kopała pod nią dołki. Za jednym zamachem straciła pracę i dwie najbliższe sobie do tej pory osoby. Co za ironia. Widać w jej życiu wszystkie nieszczęścia musiały chodzić parami.

— Przykro mi. Ale na twoim miejscu nie robiłabym sobie nadziei, że tutaj coś znajdziesz. Większość młodych wyjechała z Brzózkowa do większych miast, tak jak ty, lub przez większą część roku siedzi za granicą.

Klaudia kiwnęła głową, spodziewając się takiego komentarza.

— Zobaczymy — odpowiedziała apatycznie. — Na razie mam trochę oszczędności, a co będzie dalej, czas pokaże. I tak miałam zmieniać mieszkanie, już wymówiłam właścicielce najem.

Ciotka Felicja się skrzywiła.

— Bardzo lekkomyślnie postępujesz — skomentowała karcącym tonem. — A tu naprawdę ciężko znaleźć jakieś konkretne zajęcie. Jeszcze po tym twoim dziennikarstwie… Chyba że w piekarni, bo nawet do sklepów mają już nie lada wymagania. Chcesz pracować w piekarni?

— Oczywiście, że nie, ciociu. — Praca w piekarni była chyba na końcu jej listy i choć żadna praca nie hańbi, tej wolałaby uniknąć. — Ale tak jak mówię: na razie muszę trochę ochłonąć i ogarnąć to wszystko. — Zatoczyła głową krąg, wskazując na dom. — Zresztą i tak oficjalnie żadnej pracy nie mogę w tej chwili podjąć, bo jestem na miesięcznym wypowiedzeniu i muszę wybrać zaległy urlop.

Do Felicji zdawało się nie docierać to tłumaczenie.

— To ile masz tego urlopu? — spytała podejrzliwie.

— Dużo. O wiele za dużo. Nie jestem w stanie wykorzystać go w tym miesiącu, więc będą musieli wypłacić mi ekwiwalent — powiedziała. — Naprawdę nie kłopocz się tym, dam sobie radę. Zawsze dawałam.

— Jak uważasz.

Gdy ciotka już wyszła, Klaudia usiadła bezsilnie na krześle. Strasznie zmęczyła ją ta rozmowa. Poprzedni ból głowy był przy tym, który ją teraz naszedł, jak ćmienie zęba w porównaniu z jego wyrywaniem.

Odruchowo sięgnęła po kawę i upiła ze szklanki. Była ledwie ciepła. Na raz wlała w siebie całą jej zawartość, mając nadzieję, że kawa choć trochę pomoże pozbyć się bólu.

Nie pomogła. Po godzinie, gdy wciąż brak było efektów, ruszyła zdecydowanym krokiem w stronę barku. Chrzanić postanowienia. Jak mawiał wujek Michał i jej świętej pamięci ojciec: klin klinem.

— Jak klin to klin — mruknęła do siebie, wyciągając z barku ostatnią butelkę wina. Oprócz niego stała tam jeszcze butelka wódki i jakiś kupny słodki likier. — Skoro wczoraj było wino, zaklinujemy winem, jak Pan Bóg przykazał.

Swoją drogą trzeba będzie uzupełnić zapasy, jeżeli rzeczywiście mam tu zostać — pomyślała, polewając sobie do kieliszka. Co prawda nie będzie już takie dobre, jak to domowe, ale wino to wino. Wódkę lepiej zostawić na gorsze czasy, a po likierze to tylko porzygać się można.

Zakręciła kieliszkiem, obserwując, jak bordowy płyn spływa po ściankach szkła. Przyłożyła naczynie do ust. Kwaskowate. Porzeczkowe.

Usiadła w fotelu w dużym pokoju, sącząc powoli wino. Na kolana wskoczył jej Mruczek — stary kocur jako jedyny ostał się z tego miotu, który pojawił się na świecie w dzień pogrzebu ojca. O dziwo, pamiętał ją, choć ostatnio odwiedziła mamę na Wielkanoc. Odruchowo zaczęła głaskać miękkie bure futro. Nie miała siły o niczym myśleć, mimo że jeszcze nie tak dawno obiecywała sobie, że w końcu zmobilizuje się i zdecyduje, co dalej robić. Przecież nie zostanie tu na stałe, mowy nie ma. Sama nie wiedziała, co ją napadło, że powiedziała tak ciotce Felicji. Posprząta dom, żeby można go było sprzedać lub wynająć, jeżeli nie znajdzie kupca, i wyjedzie. Innej opcji nie było. Miesiąc może wytrzyma, dłużej z pewnością nie.

Od jutra trzeba brać się do roboty — postanowiła, nalewając kolejny, któryś już z rzędu kieliszek, choć zdawała sobie sprawę z tego, że silna wola nie jest jej najmocniejszą stroną.

Gdy kieliszek znów był pusty, wstała z fotela i otworzyła na oścież okno. Kot zsunął się na podłogę, po czym zwinnie skoczył na parapet i wyślizgnął się na zewnątrz. W międzyczasie z popołudnia zrobił się wieczór. Przez otwarte okno do środka pokoju wpadło świeże powietrze letniego wieczoru. Klaudia odetchnęła głęboko. Musi trochę zwolnić, jeżeli nie chce skończyć tak jak wczoraj. Choć obawy i tak były mniejsze — musiałaby sięgnąć po wódkę. Jedną butelką wina nie doprowadzi się do takiego stanu.

Usiadła na szerokim, drewnianym parapecie. W powietrzu unosił się zapach wysuszonego siana i palących się ognisk. Zapowiadała się naprawdę ciepła noc. Nie taka jak wtedy podczas Trzecich Dni Gminy Brzózków dwa tysiące piątego roku.

24 lipca 2005

Niedziela

Wyście chyba poszalały. — Ciotka Felicja załamała ręce na widok Klaudii ubranej w dżinsową minispódniczkę i obcisłą bluzkę, nie tylko z głębokim dekoltem, ale też odsłaniającą pępek. Na jej szyi wisiał duży pozłacany wisiorek w kształcie egipskiego krzyża ankh. Aneta ubrana była w podobnym stylu. — Ja już nie będę się czepiać ani długości spódnic, ani innych rzeczy, bo powiecie mi, że stara jestem i się nie znam, ale na litość boską, nabawicie się zapalenia płuc! W nocy ma być tylko dziesięć stopni, uświerkniecie na tym festynie!

— A mówiłam, żebyśmy się spotkały koło kapliczki — mruknęła Aneta do kuzynki. — Wymknęłabym się z domu i by nas nie widziała.

— Miałaś rację — odszepnęła Klaudia. — Ale już za późno.

Ciotka Felicja założyła ręce pod boki.

— Nie szeptać mi tam, drogie panny, tylko marsz po ciepłe swetry i rajstopy! Klaudia, jak nie chcesz wracać do domu, niech Aneta ci coś pożyczy! — zakomenderowała.

— No, nie chcę — przyznała niechętnie Klaudia. Wolała, by ojciec nie zobaczył jej wychodzącej w takim stroju. I tak ledwie udało jej się wyjść niezauważenie. Dziwiła się tylko, że ciotka Felicja reaguje tak samo. Nigdy nie czepiała się ich ubioru. I nagle taki przypał. Jak pokazać się w swetrze i rajstopach na zabawie?!

— Więc na co jeszcze czekacie? Będziecie potem narzekać, że przeze mnie się spóźniłyście.

— Chodź. — Aneta w tej samej chwili złapała kuzynkę za rękę i pociągnęła w głąb domu, w stronę swojego pokoju. — I tak jej nie przegadasz, szkoda nerwów. Zresztą mam coś ekstra — dodała szeptem. — Nie będzie obciachu, a matka nie będzie mamrać, że się zaziębimy. Sama zobaczysz.

Weszły do pokoju. Aneta od razu podeszła do dużej drewnianej szafy. Uchyliła drzwi i kucnęła, szukając czegoś na samym jej dole. Klaudia przyglądała się kuzynce z chłodnym zainteresowaniem. Nie wierzyła, że znajdzie coś zarówno ciepłego, jak i odpowiedniego na taką okazję.

Nagle Aneta wyprostowała się gwałtownie.

— Mam — powiedziała.

— Co to? — zdziwiła się Klaudia, nie potrafiąc zidentyfikować po złożonym kawałku materiału tego, co pokazuje jej Aneta. Coś dżinsowego, ale był także kawałek futra… Nie, niemożliwe. — Pokaż! — zażądała stanowczo.

Aneta rozłożyła ciuszek i oczom Klaudii ukazała się krótka dżinsowa kurteczka. Przy szyi i na rękawach obszyta była sztucznym futerkiem. Na kieszonkach i przy jednym boku wyhaftowane były czerwone róże, przyozdobione cekinami. Marzenie każdej nastolatki.

— Nie, nie może być! — wyrwało jej się. — Skąd to masz?

Na twarzy kuzynki pojawił się lekki uśmiech.

— Piękna, nie? — spytała, pomijając pytanie.

— Piękna — przyznała Klaudia. — Dopiero teraz ci wierzę. — Przez chwilę w milczeniu podziwiała modną kurtkę. — A mnie co pożyczysz?

Aneta uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

— To ci pożyczę — powiedziała wspaniałomyślnie. — Znaj moje dobre serce.

— Nie, no co ty — szepnęła zachwycona Klaudia.

— Wkładaj, zanim się rozmyślę. Będzie ci pasować do spódnicy. — Aneta wcisnęła Klaudii kurteczkę do ręki.

Dziewczyna bez zbędnego gadania włożyła wdzianko.

— I jak? — Spojrzała niepewnie na kuzynkę, okręcając się wokół własnej osi.

— Jak to jak? No super!

— A ty? Ty powinnaś ją włożyć.

Aneta pokręciła głową tak energicznie, że aż duże posrebrzane kolczyki koła zakołysały się w jej uszach.

— Nie. Tobie pasuje — odpowiedziała, sięgając znów do szafy. — A ja włożę to.

W jej ręku mignęła czarna sztruksowa marynarka. Klaudia skrzywiła się nieznacznie.

— Nie za oficjalne to?

— Oficjalne? Skąd! Francja elegancja — zaśmiała się Aneta, ubierając żakiet. — Klasyka, moja droga, klasyka. Jeszcze tylko coś na nogi i wychodzimy. — Znów schyliła się, by pogrzebać na dnie szafy.

— Jak uważasz — stwierdziła Klaudia. Musiała przyznać, że czarna marynarka świetnie komponowała się ze strojem Anety: krótką białą spódniczką ozdobioną przy kieszonkach cekinami i delikatną zwiewną bluzką w drobne kwiatki. Aneta zawsze miała superciuchy, choć jej rodzice byli oszczędni i nie stroili przesadnie najstarszej córki, zresztą młodszych też nie. Tyle że Anecie kupowali wszystko nowe, by jej siostry mogły po niej donaszać ubrania. A że kuzynka lubiła modę, wydawała chyba całe kieszonkowe na ciuchy. — Swoją drogą jak ty to robisz?

— Co jak robię?

Klaudia naciągnęła rękawy dżinsowej kurtki.

— To musiało kosztować majątek.

— A tam — zaśmiała się dziewczyna. — Szmateksy, lumpeksy, tani ciuszek itepe.

— Tani ciuszek? — Klaudia sceptycznie obejrzała pożyczoną kurteczkę.

— A to akurat dostałam. — Aneta w lot złapała jej spojrzenie. — Zresztą czy to ważne? Ubieraj się! — Rzuciła jej płaski tekturowy kartonik.

Klaudia otworzyła pudełko z rajstopami i zdębiała.

— Pończochy? — spytała, wyciągając ze środka dwa brązowe kawałki.

— Nie, barchany. A coś myślała? Może jeszcze kalesony chciałaś założyć? — prychnęła, naciągając pończochę na zgrabną nogę, potem na drugą. — I voilà! Teraz mamusia się już nie przyczepi. — Podeszła szybkim krokiem do wiszącego na ścianie dużego lustra i dokładnie się obejrzała. Chwilę podziwiała swoje odbicie, po czym odwróciła się do Klaudii. — Dobra, sieroto, ubrałaś się już? Jeśli tak, to chodźmy, bo w życiu nie dotrzemy na tę imprezę.

Klaudia kiwnęła głową, po czym zabrała z krzesła swoją torebkę i wyszła z pokoju za kuzynką.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki