Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Po drugiej wojnie światowej dwóch Polaków z bagażem mrocznej przeszłości trafia do Chicago. Bracia wyrabiają sobie fałszywe dokumenty i jako Henry oraz Frank Hardy znajdują pracę w rzeźni. Jeden z nich trenuje boks, drugi gra w pokera w irlandzkich pubach, bo tylko tak mogą, choć na chwilę zapomnieć o okrucieństwach wojny. Kiedy pewnego dnia w rzeźniczej chłodni Henry znajduje zmarłego Rosjanina, życie obu braci diametralnie się zmienia. Zwłoki mężczyzny zostawiono z wyraźnym podpisem włoskiej mafii – podobnie jak ciało jego żony. Ze względu na swoją przeszłość bracia dostają zlecenie – dowiedzieć się, kto i dlaczego zabił rosyjskie małżeństwo.
Czy uda im się rozwiązać tę sprawę? Jaka będzie cena prawdy?
Wielokulturowe Stany Zjednoczone w trakcie burzliwego przełomu lat 50 i 60. Ekskluzywne kluby dla panów, dziewczyny Pin Up, nielegalne kasyna, gwiazdy estrady i Hollywood, gangsterzy w skórzanych kurtkach i piękne kobiety w rozkloszowanych sukniach, a do tego szalony rock and roll i uliczne strzelaniny.
"Chłopcy z miasta" to powieść gangsterska z wątkiem kryminalnym. Doskonała rozrywka dla wszystkich fanów seriali: Peaky Blinders czy Zakazanego imperium.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 318
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Niniejsza powieść jest fikcją literacką przeznaczoną tylko dla czytelników dorosłych. Nazwiska, postaci, miejsca, organizacje i zdarzenia są tworem wyobraźni autora lub zostały użyte w fikcyjnym kontekście.
Heniowi – zawsze!Damianowi i Arkowi – za wszystkie minuty spędzone w ringu!
Laugh with many, but don`t trust any.
Tony „Big Tuna” Accardo
There’s no such thing as good money or bad money.There’s just money.
Lucky Luciano
PROLOG
Waszyngton. Końcówka listopada1963.
Tylko martwi dochowują tajemnic. Te słowa wybrzmiewały mu w głowie, kiedy skręcał czarnym buickiem rivierą na Rockville Pickle. Samochód odebrał na początku roku za pierwsze większe pieniądze pochodzące z czystego interesu. Pachniał nowością i robił ogromne wrażenie na przechodniach. Uwielbiał go. Włączył radio z muzyką country i rock. Wsłuchał się w słowa piosenki Johnny’ego Casha Ring of fire i zatęsknił za żoną. Chciał jak najszybciej oddać przesyłkę i wrócić do domu. W weekend będzie musiał przystrzyc trawnik, a wieczorem urządzi grilla dla sąsiadów. Coraz częściej myślał o tym, żeby całkowicie rzucić mokrą robotę, ale w tej branży to nie takie proste. Nie zamierzał pytać partnera, co wie na temat zlecenia – chciał tylko otrzymać za nie wynagrodzenie. Chłopak miał okrągłą twarz i zaczesane do tyłu, przylizane czarne włosy. Siedział obok w za dużym szarym garniturze i wyświechtanej skórzanej kurtce. Denerwował go. Nie chciał się zamknąć. Przez cały czas opowiadał o soczystych żeberkach, zimnym burbonie i motelu po drodze do Pittsburga, gdzie pracowała rudowłosa recepcjonistka. Mieli poczekać tam do rana i oddać mocodawcom walizkę odebraną wojskowemu patologowi.
Od kilku minut jechał za nimi zielony pontiac. Gdy tylko w lusterku wstecznym zauważył auto lawirujące pomiędzy wylewającymi się z miasta samochodami, próbował trzymać się na dystans. Komplikacje – nieodłączna część jego pracy. Przez kilkanaście lat w tej branży nauczył się nie ufać nikomu. Stąd dwa przykryte kocem karabiny Thompson 1928A1 leżące na tylnym siedzeniu oraz rewolwer Smith &Wesson w kaburze pod skórzaną kurtką.
– Ktoś nas śledzi. Widzisz ten samochód? – zapytał, nie odrywając rąk od kierownicy.
– Co? – odpowiedział znudzony towarzysz, odkładając kwietniowy numer „Playboya” z czarnowłosym króliczkiem trzymającym tacę z drinkami. Reklamował otwarcie nowego klubu dla dżentelmenów w Nowym Jorku. Planował się tam wybrać jeszcze przed świętami. O tym też mu wspominał. Gość bez pośpiechu sięgnął po leżące w schowku magnum kaliber 44 i zerknął w lusterka.
– Nic nie widzę przez ten pieprzony deszcz – odparł po chwili. – Nie wiem, ilu ich jest. – Wreszcie zaczął mówić, jakby znał się na rzeczy.
– Powiedziałeś komuś o robocie? Może tej rudej cizi z motelu?
– Za kogo mnie masz? – zdenerwował się jego partner. – Nie jestem kretem! Nawet nie wiem, jak się nazywasz. O godzinie akcji dowiedziałem się dziś koło południa. Przecież ty też od kilku dni siedziałeś w hotelu, czekając na telefon. Wiemy tyle samo.
– Może masz rację – mruknął kierowca. – Tylko bez emocji. – dodał, żeby nieco uspokoić sytuację.
Jego towarzysz wzruszył ramionami.
– Za bardzo się przejmujesz – odparł już spokojniej. – Pewnie gość jedzie w tę samą stronę co my, i tyle.
– Możliwe. Ale nie będę tego sprawdzał. Postaram się go zgubić.
Wcisnął pedał gazu.
Samochód z rykiem silnika nabrał prędkości. Wyprzedził ciężarówkę i przechylając się niebezpiecznie, wrócił na prawy pas. Dojeżdżali do zjazdu na autostradę. W ostatniej chwili z piskiem opon skręcili w lewo na rozwidleniu. Auto poślizgnęło się na mokrej nawierzchni, ale ładnie je wyprowadził i przyspieszył na prostej. Zielony samochód zniknął im z pola widzenia. Dochodziła siedemnasta. Ołowiane chmury nabierały coraz głębszej barwy. Deszcz się wzmógł. Zrobiło się ciemno. Po kilkudziesięciu milach prostej drogi skręcili w las, do ustronnego motelu na obrzeżach jakiegoś miasteczka. Według partnera byli na miejscu.
Wyłączył silnik i odetchnął.
– Chyba mamy ich z głowy – powiedział, po czym wyłączył radio i siedział przez kilka minut, patrząc przed siebie na czerwono-ceglany budynek motelu.
Parking był pusty. Krzykliwy neon Blue Motel i jedno zapalone światło w oknie recepcji dawały nadzieję, że obiekt działa i nie będą musieli spędzić tej nocy w samochodzie. Jego towarzysz trzymał dłoń na klamce od drzwi, czekając, aż deszcz ustanie. W końcu stracił cierpliwość i wysiadł.
– Ktoś przyjechał! – Jego krzyk zbiegł się z odgłosem nagłego hamowania.
Z zielonego pontiaca wysiedli dwaj mężczyźni w długich płaszczach. Dojrzał ich w blasku latarni oświetlającej bramę. Zastawili samochodem cały wyjazd. Zobaczył, jak wyjmują zza siebie karabiny. Jego towarzysz nie czekał, aż tamci zaczną pierwsi i wystrzelił z rewolweru, trafiając w brzuch jednego z bandytów. Szczęśliwy strzał, zważywszy na odległość około dwudziestu metrów. Rozległ się krzyk. Kolejny strzał i tamten zamilkł. Po serii kul z karabinu maszynowego roztrzaskało się tylne okno w buicku. Naboje trafiły też w ścianę motelu, aż z cegieł poleciały iskry. Wyskoczył z auta i schował się przed maską, zwrócony plecami do ściany budynku. Wyjął rewolwer, odbezpieczył broń i czekał na odpowiedni moment. Strzeli, kiedy będzie pewien, że każda kula oznaczać będzie śmierć. Grubasek miał niezły fart, trafiając napastnika z tak dużej odległości, do tego w takich warunkach. A może go nie docenił? W końcu odrzut magnum i pewna ręka robiły swoje.
Denerwował się. Zimny pot spłynął mu po czole, ścisnęło go w brzuchu. Starzeję się – pomyślał. – Najwyższy czas już z tym skończyć.
A jednak szybko doszedł do siebie. Kortyzol we krwi ustąpił miejsca adrenalinie. Lata doświadczenia przejęły nad nim kontrolę i zaczął trzeźwiej myśleć. Miał tylko sześć kul, a naładowane thompsony leżały bezczynnie na siedzeniach. Kurwa! Pomogłyby mu wyjaśnić tę sytuację znacznie szybciej.
Strzały nie milkły, pociski przecinały krople deszczu. Było za ciemno i za daleko, żeby dało się precyzyjnie trafić. Jego towarzysz dzielnie odpierał atak napastnika, osłaniając się otwartymi na oścież drzwiami od strony pasażera. Aż dostał, prosto w głowę. Za szybko się wychylił się. Broń wypadła mu z ręki i runął na plecy. Leżał tak, tonąc w kałuży krwi, a jego oczy zastygły wpatrzone w mroczne niebo.
Teraz zostaliśmy jeden na jednego – pomyślał.
O tył samochodu zabębnił grad kul. Wróg trafiał coraz precyzyjnej, zbliżał się. Kiedy pociski przebiły opony po stronie pasażera, auto gwałtownie się przechyliło i drzwi bardziej się otworzyły. Po chwili ciągnącej się w nieskończoność kanonada ustała. Skurwysyn przeładowywał magazynek albo czekał, aż ten wystawi głowę i skończy podobnie jak jego kolega.
Nasłuchiwał kroków, ale przez coraz głośniej padający deszcz nie było to takie łatwe.
Kurwa! Czy zawartość tej walizki jest warta życia aż tylu osób? – zdążył pomyśleć, a potem znowu zaczęło się piekło.
1
Chicago. Near North Side. Wabash Avenue. Czerwiec1950.
Kiedy umrę, pójdę do nieba, bo całe życie spędziłem w piekle. Wracałem do domu po dziesięciogodzinnej pracy w rzeźni Union Stock Yard, najpierw na piechotę, a potem metrem. Była sobota. Po drodze ze stacji Grand, znajdującej się kilka minut od naszej kamienicy, zaszedłem do monopolowego po butelkę whisky i papierosy. Mój młodszy brat Frank nie chciał się ze mną napić. Prawie codziennie po robocie grał w karty w podejrzanych melinach zamieszkiwanych przez Polaków, Rosjan czy Żydów. Kumplował się ze wszystkimi na dzielnicy, z którymi mógł się w miarę dogadać. Nie znał za dobrze angielskiego, a na obczyźnie musiał sobie jakoś radzić. Pomimo niewielkiej, bo czteroletniej różnicy wieku nie mogliśmy ostatnio znaleźć wspólnego języka. Być może w przeszłości zbyt wiele razem przeżyliśmy, doświadczyliśmy zbyt wiele zła.
Mieszkaliśmy w obskurnej czynszówce przy Wabash Avenue w dzielnicy Near North Side, robotniczym tyglu Irlandczyków, Polaków, Rosjan, Żydów, Sycylijczyków i Murzynów. Na rogach ulic kręcili się gangsterzy, złodzieje i drobne cwaniaczki czekający na otwarcie pubów albo na okazję, żeby zarobić łatwe pieniądze. Rządziła tutaj przemoc i bezprawie. Na porządku dziennym zdarzały się gwałty, rabunki, opodatkowania lokali, podpalenia i strzelaniny. Policja ani nawet potężniejsza od nich w tamtym okresie włosko-amerykańska mafia nie potrafiły przejąć kontroli nad piekielnym dystryktem. Wszechobecny zapach spalin, swąd kanałów i wyziewy z ustępów przypominały nam, że Bóg potrafi zapomnieć o własnych dzieciach. Przeludnione rudery, slumsy, domy pozbawione podstawowych warunków sanitarnych. Obszar biedy, pijackich burd złodziei i dziwek – jeden z najpodlejszych kwartałów wietrznego miasta, poprzecinany wiaduktami kolejowymi, po których z rykiem jeździło metro.
Pchnąłem drzwi prowadzące do ciemnego korytarza czynszówki. Otworzyły się z piskiem. Musiałem być czujny, nie zwracać na siebie uwagi. Nietrudno było o guza czy nóż w żebra, jeżeli trafiło się na niewłaściwych ludzi, a tu często spotykałem komitet powitalny składający się z chuliganów i narkomanów. Skrzypiącymi schodami, pośród zapachu gotowanej kapusty wydobywającego z mieszkania państwa Kowalskich zalegających tu już kilkanaście lat, tym razem bez przeszkód trafiłem do siebie. Zapaliłem światło i poszedłem się umyć. Później przygotowałem kolację, otworzyłem butelkę i zacząłem zastanawiać się nad sensem mojego życia.
Do Chicago przenieśliśmy się razem z bratem zaraz po drugiej wojnie światowej. Zmęczeni okrutnymi obrazami, ciągłym stresem i koniecznością zabijania, uciekliśmy przed prześladowaniami żołnierzy Armii Krajowej ze strony Rosjan. Na początku miasto wydawało nam się imponujące. Nigdzie indziej nie widzieliśmy tak szerokich ulic, strzelistych i gładkich wielopiętrowych wieżowców ze stali i szkła. Było zupełnie inaczej niż w zrujnowanej wojną Polsce. Tam straciliśmy przyjaciół, rodzinę, znajomych. Niemcy zabrali nam wszystko, zburzyli nasze domy i miasta. Najgorsze jest to, co zrobili z dziewczyną Franka. Zginęła w męczarniach w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Testowali na niej jakieś dziwne leki. Była wpół Żydówką i to wystarczyło tym zwierzętom. Straszna sprawa. O jej śmierci dowiedzieliśmy się dopiero pod koniec wojny. Frank nigdy sobie tego nie wybaczył. Nie wybaczył sobie, że nic nie mógł zrobić, a bezsilność to okropne uczucie. Wojna zostawia nieludzkie rany na psychice człowieka. Czas ich nie goi, bo blizny pozostają w ofiarach na zawsze.
W 1939 roku zawalił mi się świat. Studiowałem na trzecim roku medycyny na Uniwersytecie Warszawskim, miałem leczyć ludzi, a nie ich zabijać. Po wojnie przysiągłem sobie, że już nigdy nie wyrządzę krzywdy drugiemu człowiekowi. W młodości nie garnąłem się do bijatyk i wolałem rozwiązywać konflikty w sposób pokojowy. Podczas okupacji pomagałem przy rannych, brałem udział w akcjach dywersyjnych. Niestety czasem musiałem też uśmiercać wrogów.
Tamtego roku brat uczył się w klasie maturalnej. Nie miał jeszcze żadnych konkretnych planów co do swojej przyszłości, oprócz szybkiego ślubu z Sarą. Najpierw został łącznikiem i przenosił meldunki po targanej wojną Warszawie. Od kamienia do kamienia. Nie wystarczało mu to i po paru miesiącach został egzekutorem podziemia. Jednym z najskuteczniejszych. Zaślepiony nienawiścią do wroga wykonywał wyroki bez mrugnięcia okiem. Od zawsze mi powtarzał, że chce zostać kimś ważnym. Nie został, a z powodu stresu i tych wszystkich egzekucji, które przeprowadził, miewał tylko napady agresji. Relaksu szukał w hazardzie, a po śmierci ukochanej zbliżył się do Boga. Codziennie odmawiał różaniec i nie rezygnował z niedzielnej mszy świętej. Cóż, każdy inaczej radzi sobie z traumą – ja akurat zawsze wolałem alkohol i dziewczyny.
Tak naprawdę w starym kraju nazywaliśmy się inaczej. Zmiana tożsamości pozwoliła nam oddzielić krwawe wydarzenia młodości grubą kreską. Zaczęliśmy wszystko od nowa. Dzięki znajomościom wśród fałszerzy z Polskiego Państwa Podziemnego otrzymaliśmy irlandzkie paszporty na nazwisko Henry i Frank Hardy. Zawsze podobała mi się Irlandia. Kultura piątkowych wycieczek po pubach, whiskey i celtycka muzyka. Zielona wyspa była mi po prostu przeznaczona. W końcu urodziłem się 17 marca, w dzień świętego Patryka. To chyba nie przypadek.
Dobrze znam angielski, dzięki temu załatwiłem nam pracę w tutejszej rzeźni. Miałem szczęście, bo trafiło mi się lżejsze zajęcie niż bratu. Ja pracowałem na magazynie, pakowałem towar do samochodów, wydawałem dokumenty i plomby. Frank trafił gorzej. Z uwagi na jego słabą znajomość języka umieścili go w najgorszym miejscu zakładu – ubój i rozbiórka mięsa. To fucha na pierwszej linii, w oparach krwi i pisku mordowanych zwierząt. Podrzynał im gardła, dławiąc się w smrodzie śmierci. Codziennie brodził w kałużach krwi. W lecie temperatura na jego stanowisku pracy przekraczała 37 stopni Celsjusza.
Tyraliśmy jak to Polacy na emigracji – solidnie i do utraty sił. Żeby przeżyć i utrzymać robotę, braliśmy nadgodziny. Pracowaliśmy poniżej kwalifikacji, ale wtedy nie czekało na nas nic lepszego. Jedyną braterską rozrywkę stanowiły niedzielne wyprawy do irlandzkiego klubu Kerryboy. Tam śledziliśmy amatorską ligę bokserską, a po meczach tańczyliśmy i piliśmy z mieszkańcami dzielnicy. Ring wykorzystywano tam najpierw do krwawych walk, a potem jako scenę – grali tylko mocne rockowe brzmienia z elementami celtyckimi. Po kilku ginach z tonikiem, ewentualnie whisky, i talerzu kiełbasek z purée można było obstawić zakłady sportowe czy zagadać do jakiejś dziewczyny. Uwielbialiśmy tam przesiadywać do białego rana, wśród wszechobecnego pobrzękiwania butelek i szklanek, gwaru rozmów, śmiechów oraz żartów.
Wyjeżdżając do Stanów, chcieliśmy przeżyć słynny amerykański sen. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że przerodzi się on w prawdziwy koszmar.
2
Chicago. Rzeźnia Union Stock Yards. Sierpień1950.
Nienawidzę poniedziałków. Jechaliśmy do pracy – Frank niewyspany po całonocnym pokerku, ja skacowany. Wypiłem wczoraj więcej niż zwykle z naszym serdecznym przyjacielem Seanem, świętując jego zwycięstwo w walce bokserskiej. Chłopak był w kwiecie wieku, miał dwadzieścia jeden lat i wygrał emocjonujący, równy pojedynek. Po alkoholu przystawiałem się do jego siostry Suzy, kelnerki w Kerryboy, ale nic z tego nie wyszło. Wolała Franka, choć ten nawet na nią nie spojrzał. Posiedział z nami jak zwykle parę godzin, zjadł gulasz z baraniny, popił ciemnym piwem, a potem poszedł grać.
Kac rozsadzał mi głowę. Wkurwiał mnie każdy mocniejszy dźwięk, denerwowało wdzierające się do wagonu światło budzącego się dnia.
Wypiłem dziś dwie kawy, żeby jakoś zamaskować zapach przetrawionego alkoholu. Pomogło połowicznie – swąd znikł, ale za to ciśnienie pulsowało mi w głowie, a po czole spływał pot. Marzyłem tylko o tym, żeby jak najszybciej zrobić swoje i wrócić do domu. Potrzebowałem odpoczynku, długiego porządnego snu.
Wagon wypełniały szum sunących jezdnią samochodów, rytmiczny stukot tramwajów, odgłosy karetek i gwar wielojęzycznych dyskusji. Zmęczone po weekendzie twarze robotników krzyczały bezgłośnie, by w ten letni dzień jak najszybciej skończyć szychtę.
– Zaraz wysiadamy. Obudź się, Frank. – Trąciłem brata w ramię.
– Już jesteśmy? – zapytał, powoli otwierając zaspane oczy.
– O której wczoraj wróciłeś z kart?
– Nie pamiętam.
– Wygrałeś?
– No ba! Przecież nie mam już szczęścia w miłości, dlatego zawsze wygrywam – zaśmiał się.
– Nie masz? – westchnąłem, a potem przewróciłem oczami. – Przecież Suzy na ciebie leci. Gdybyś tylko chciał…
– Nie interesuje mnie ta chuda szatynka – odparł, wzruszając ramionami. – Jest za amerykańska, nawet jak na Irlandkę. Poza tym w moim sercu nie ma już miejsca na kobiety. Jest miejsce na hazard, Boga i rodzinę – dodał.
Pociąg zatrzymał się na stacji 47. Wyszliśmy na peron razem z innymi pracownikami. Dochodziła 5.20. Jeszcze dwadzieścia minut piechotą i znowu zobaczymy bramę, a z trójkątnego medalionu nad centralnym łukiem spojrzy na nas z zaciekawieniem Sherman, wielokrotnie nagradzany byk – duma właścicieli, i popędzi nas do roboty.
***
Chciałem jak najszybciej załadować dwa transporty do Cleveland. Według rozpiski przekazanej przez planistów dopiero w południe przyjeżdżały kolejne ciężarówki. W poniedziałki na magazynie wyrobów gotowych mieliśmy mniej pracy niż nasi koledzy na przyjęciu towarów do produkcji. Otworzyłem drzwi chłodni i zdziwiło mnie, że ktoś ich nie domknął. Zimno buchnęło mi w twarz, bo resztę ochraniał rzeźnicki uniform. Popatrzyłem z uwagą na listę załadunkową, ale litery tańczyły mi przed oczami i zlewały się w całość. Musiałem się mocno skupić, żeby odczytać ilość towaru do przygotowania. Dlatego kiedy pracujący dziś ze mną Giuseppe z Neapolu zaczął krzyczeć, nie od razu zorientowałem się, o co chodzi.
– Widzisz go, Henry?! Oh mio Dio! Morto!1– zawołał histerycznym głosem i zwymiotował obok mnie.
Podniosłem głowę i zobaczyłem przed sobą związanego mężczyznę, wiszącego na haku pośród wieprzowych półtuszy. Był w garniturze. Miał przestrzelone obie gałki oczne, a jego twarz zdawała się wciąż wrzeszczeć z bólu. Musieli go torturować. Przełknąłem ślinę, bo żołądek podszedł mi do gardła. Wtedy na podłodze, tuż pod stopami nieboszczyka, dojrzałem zakrwawioną kartę. As pik.
Wczoraj była niedziela. Pewnie porwali go wprost z kościoła albo z uroczystego obiadu w domu – pomyślałem.
– Giuseppe, trzeba kogoś zawiadomić – oprzytomniały zwróciłem się do Włocha.
Młody i śniady neapolitańczyk prawdopodobnie nie widział do tej pory trupa, przynajmniej ludzkiego. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem martwego człowieka, zareagowałem podobnie, z tym, że było to podczas zajęć w prosektorium jeszcze przed wojną. Pamiętam, że profesor i inni studenci zaczęli się ze mnie śmiać. Tutaj nikomu nie było do śmiechu.
Nie musieliśmy nikogo wołać, bo za chwilę zleciał się tłum gapiów. W końcu kierownik zmiany przedarł się przez ciekawskich ludzi.
– Proszę wracać na stanowiska pracy! Proszę się rozejść! Tu nie ma nic ciekawego do oglądania! – próbował zapanować nad szepczącymi robotnikami.
– Boże, ja go znałem… Pracowałem z nim. To Borys Iwanow – złamanym głosem powiedział ktoś z tłumu.
– Tak, to zięć tego aptekarza Aleksieja z Little Hell. Święty człowiek. To taka dobra rodzina. Pomagają biedakom, rozdają lekarstwa. Boże, co się stało…? Dlaczego ktoś go zabił?
– Jakby był taki święty, to by tu nie wisiał – odpowiedział chłodno ochroniarz wchodzący do pomieszczenia.
– To mi wygląda na mafię włosko-amerykańską. Wiadomość i ostrzeżenie, żeby nie zadzierać z Chicago Outfit! Pieniądze to najważniejsza waluta w półświatku, a nazwiska dłużników od zawsze zapisane są krwią – wyszeptał Giuseppe, który zdążył nieco do siebie dojść. Siedział teraz na kartonie, wciąż nieco pobladły, ale już bardziej energiczny niż jeszcze chwilę temu.
– Proszę wracać na stanowiska pracy! Proszę się rozejść! – wyraźnie zaniepokojony wypowiedzią Włocha kierownik bezskutecznie próbował nas uciszyć.
Słuchając tego wszystkiego i patrząc na ciało Borysa Iwanowa, pomyślałem o Franku. Co by było, gdyby mój młodszy brat tak skończył? Gdybym stracił ostatnią osobę na tym świecie? Przełknąłem ślinę, czując gulę w gardle. Musiałem sprawdzić, czy Frank jest bezpieczny. Wiem, że było to nieracjonalne, ale przekazałem listę załadunkową Giuseppe i krętymi korytarzami szybkim krokiem skierowałem się do sekcji uboju.
Śmierć nie była w Union Stockyard niczym niezwykłym. Wielu pracowników ginęło w wypadkach przy pracy oraz przez choroby wywołane złymi warunkami. Nie istniało tutaj BHP, a związki dogadane z szefostwem o nas nie walczyły. Kiedy robotnik ginął, fabryka przekazywała ciało najbliższemu zakładowi pogrzebowemu. Stawiano je przy samym wejściu do rzeźni, która była największym producentem ciał w okolicy. Takie sprawy jak ta wyciszano, żeby nie robić złej reklamy całemu zakładowi. Ciekawe, w jaki sposób właściciele i zarząd będą chcieli zatuszować tę sytuację. Na pewno po alkoholu któryś z robotników pochwali się, co zobaczył w poniedziałkowy poranek…
Wszedłem do pomieszczenia i zobaczyłem Franka podcinającego gardło świni. Stał w wielkiej kałuży krwi, nie mrugnął nawet. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, brat podniósł głowę w geście pozdrowienia, po czym wrócił do pracy. Ziemisty zapach krwi podsycał moje rozważania na temat przyszłości Franka. Musiałem za wszelką cenę przekonać go do zerwania z kartami. Przecież mógł trenować boks ze mną i z chłopakami z dzielnicy. W tym mieście nie było bezpiecznie dla nikogo, a szczególnie dla hazardzistów.
3
Chicago. Sala bokserska przy parafii Najświętszego Imienia Jezus. Near North Side. Sierpień1950.
– Widziałeś nagłówki? – zapytałem Franka.
– Nie czytam szmatławców – odpowiedział zirytowany.
Dzień po tragedii podczas kolacji rzuciłem na stół gazety. Na wszystkie wydałem dolara. Tytuły krzyczały z pierwszych stron: TRAGEDIA RODZINY IWANOW („Chicago Tribune”), MAKABRYCZNA ZBRODNIA W RZEŹNI I MIESZKANIU NA LITTLE HELL („Chicago Evening Post”), ZWYRODNIALCY NIE OSZĘDZILI KOBIETY W CIĄŻY. ŻĄDAMY KARY ŚMIERCI DLA WŁOCHÓW („Chicago Times”), GDZIE SĄ FBI I POLICJA? CZY DALEJ UWAŻACIE, ŻE MAFIA W CHICAGO NIE ISTNIEJE? („Chicago Daily Globe”)
Chciałem w ten sposób przestrzec go przed obracaniem się w podejrzanym towarzystwie.
Jeżeli gangsterzy nie przejmowali się opinią publiczną, policją ani układami z politykami, które niewątpliwie ucierpiały na tej sytuacji, oznaczało to, że nie cofną się przed niczym, żeby odzyskać należności, i zlikwidują każdego dłużnika, a w ich słowniku nie ma miejsca na słowa typu: umarzanie, negocjacje czy wybaczanie. Ta tragedia była tego doskonałym przykładem.
***
Sytuacja z Borysem poruszyła wszystkich mieszkańców dzielnicy. Ludzie gadali w kółko tylko o tym. W dodatku okazało się, że mój młodszy brat parę razy grał z nim w karty – środowisko pokerzystów w okolicy nie było wielkie. Każdy znał każdego: lichwiarz – karciarza, karciarz – lichwiarza. Tak to się właśnie kręciło, a Frank nie był głupi, zdawał sobie sprawę z tego, że dobra passa kiedyś się kończy. Ostatnio wychodził rzadziej na miasto, więc spędzaliśmy więcej czasu razem. Parę dni później zabrałem go na trening bokserski. Łudziłem się, że oprzytomnieje i wciągnie się w boks, poczuje smak adrenaliny.
Trenowałem tu już dwa lata, choć bez większych osiągnięć. Robiłem to bardziej dla siebie, nie zależało mi na zdobyciu mistrzostwa świata. Boks pozwalał mi oderwać myśli od problemów, szarej, podłej rzeczywistości i skupić się tylko na tym, co dzieje się tu i teraz. Każdy błąd czy chwila zawahania kosztowały złamany nos i stłuczone żebra, w skrajnych sytuacjach – nokaut. Boksowałem wieczorami zwykle dwa razy w tygodniu. Za treningi nie płaciłem, bo dotowała je katolicka parafia. Na zajęciach poznawałem sporo ludzi, głównie dzieciaki wyrwane z ulicy. Boks zagłuszał w nich potrzebę głupich pomysłów i bardzo dobrze. Najwięcej pojawiało się dwudziestolatków, czasem nawet młodszych – Polaków, Rosjan, Włochów, Irlandczyków i Murzynów. Tutaj nigdy nikomu nie groziła segregacja rasowa, co naprawdę mi odpowiadało. W końcu sam byłem obcy w kraju nieskończonych możliwości.
Miałem na karku trzydzieści trzy lata, ale wciąż byłem szybki, wytrzymały i potrafiłem sparować z chłodną głową, co różniło mnie od krewkich chłopaków. Wykorzystywałem bardziej kontrę i spryt – chciałem boksować, a nie mordować się w ringu, co wystarczało na pospolitych chuliganów, którzy dziko szarżowali, a zaraz potem padali po moim prawym prostym. Nieodmiennie wywoływało to w nich zdziwienie. Pasjonowałem się taktyką walki i mogłem w kółko o niej gadać. Tak właśnie spędzałem długie godziny z Seanem i wąsatym trenerem Timem DaRossa, irlandzko-włoskim imigrantem urodzonym już w Ameryce.
Klub urządzony był w minimalistycznym stylu: drewniany parkiet, zapach wyślizganych desek, krwi, skóry i potu, rzędy wiszących worków bokserskich, stare plakaty oraz ogłoszenia walk zakrywające zawilgocone ściany z odpadającym tynkiem. Ring na końcu sali, lustro, przed którymi technikę szlifowali młodzi adepci, do tego parę szafek z rękawicami i dwie gruszki bokserskie, a przy wejściu do pokoju trenera kilka sztang i hantli. No i szatnia.
Zjawiliśmy się pół godziny przed treningiem. Juniorzy w parach ćwiczyli kombinacje ciosów, a na ringu tańczył jakiś Murzyn i Sean. Słychać było pisk butów, głuchy odgłos uderzeń i wskazówki trenera. Podeszliśmy bliżej. Frank poprawił czuprynę i wpatrywał się w zawodników. Oczy jakby mu się zaświeciły. A może to sobie wmawiałem? Gong zabrzmiał szybciej niż myśleliśmy, przedwcześnie kończąc spektakl. Przywitaliśmy się z Seanem, a trener zaprosił nas na chwilę do siebie.
***
Siedzieliśmy w pokoju szkoleniowca – my na kanapie, a na fotelach Sean, trener i ksiądz. Na widok krzywego nosa młodego boksera i spływającej potem łysej głowy człowiek nabierał respektu – nie tylko na ringu. Trener z mętnym spojrzeniem pięściarza i spłaszczonym nosem przypatrywał się z ciekawością Frankowi. Znał go już, więc pewnie zastanawiał się, jak wykorzystać w walce jego długie ręce. Rektor kościoła i dobrodziej klubu, ojciec James, przeglądał żółty numer czasopisma „Boxing and Wresling” z Nino Valdezem, kubańskim potworem wagi ciężkiej. Po chwili niezręcznej ciszy odłożył gazetę na bok i zapytał:
– Panowie, czytujecie Pismo Święte?
– Ja czytam – odparł Frank. Znał duchownego i chyba cieszyło go to, że wreszcie może z nim porozmawiać, nie tylko przy okazji spowiedzi świętej. Wiem, bo całymi godzinami tłumaczył grzechy z polskiego na angielski. Zresztą nauka języka szła mu coraz lepiej.
– Wiem, Frank. Często widzę cię w domu bożym. Nie omijasz eucharystii i odmawiasz różaniec.
– Nigdzie się bez niego nie ruszam, proszę ojca. – Mój brat sięgnął do kieszeni i pokazał nam drewniane dewocjonalia.
Ojciec James uśmiechnął się z uznaniem.
– Pięknie. Kroczysz drogą Pana. Niedługo będziesz miał okazję odkupić winy. Wiesz, o czym mówię?
Frank opuścił głowę, a potem mruknął:
– Tak, ale nie wiem, czy jestem gotowy na taką łaskę, ojcze.
– Pan mówi w Księdze Powtórzonego Prawa, rozdział 19 wers 21: Twe oko nie będzie miało litości. Życie za życie, oko za oko, ząb za ząb, ręka za rękę, noga za nogę.
– W psalmie rozdział 58 werset 11, dodaje: Sprawiedliwy się cieszy, kiedy widzi karę, myje swoje nogi we krwi niegodziwca – uzupełnił cicho mój brat.
Duchowny przymknął oczy, po czym założył ramiona na piersi. Przez chwilę trwał w milczeniu, jakby zasnął, ale znałem go już na tyle długo, by wiedzieć, że tak właśnie zazwyczaj przygotowuje się do wygłoszenia dłuższej kwestii.
– Otóż i to – powiedział w końcu, spoglądając na nas po kolei. – Spotkaliśmy się tu, żeby pochylić się wspólnie nad straszną tragedią, która wydarzyła się w ostatnich dniach. Odeszła do Pana nasza parafianka pani Kalina Iwanow. Widywałem ją co niedziela z dziećmi na rękach w kościele. Jej mąż i ojciec byli ateistami. Nie myślcie jednak, że Bóg nie płacze też nad nimi. Nad zbłąkanymi owieczkami. Żona oddała życie za błędy męża. Za jego szatańskie uzależnienie od hazardu i związki ze złymi ludźmi. Kościół potępia wszelką mocą takie zachowania. – Podniósł głos jak na kazaniu, akcentując ostatnie zdanie.
– Nie zapominajmy również o aptekarzu Aleksieju Fiodorowie, który uratował życie mojemu dziecku. Bez antybiotyku moja córeczka umarłaby w męczarniach – odezwał się Sean.
Popatrzyłem na nich, ale nadal nie wiedziałem, po co się tu zebraliśmy.
– Nadal nie rozumiem, w czym mielibyśmy pomóc – stwierdziłem i nagle wszyscy łącznie z bratem spojrzeli na mnie z rozczarowaniem.
– Henry, to, o czym zaraz będziemy mówić, musi pozostać w tym pomieszczeniu. Dla dobra nas wszystkich – zastrzegł rektor i podniósł palec, wskazując na wiszący nad drzwiami krzyż. Jezus miał być gwarantem zachowania tajemnicy.
– Oczywiście – zapewniał Frank, nawet nie dając mi dojść do słowa.
– Musimy za wszelką cenę dowiedzieć się, kto w tak brutalny sposób zabił Borysa i jego żonę.
– Włosi. – Wzruszyłem ramionami. – To przecież oczywiste. Bez trudu można wyczytać to ze znaków charakterystycznych dla Czarnej Ręki. Karta oznacza dług hazardowy, a przestrzelone oczy… – Umilkłem na chwilę, bo nie byłem pewien, czy ojciec James słyszał o tym szczególe, ale najwyraźniej tak, bo tylko zacisnął wargi. – Zabójcy wierzą, że w źrenicach ofiary jak na kliszy fotograficznej zostaje utrwalony obraz ostatniej chwili życia – oznajmiłem pewnym siebie głosem. – Tak przynajmniej twierdzi Giuseppe, rodowity Włoch i kolega z pracy – dodałem szybko.
– W hotelu, w którym pracuję na ochronie, podsłuchałem rozmowę jednego skorumpowanego policjanta i prokuratora. – Sean pochylił się nieco do przodu i splótł dłonie na kolanach. – Dowiedziałem się, że burmistrz kazał stwierdzić samobójstwo denata i jego żony. Mają pochować ich ciała w trybie natychmiastowym, a trumny zostawić zamknięte.
Trochę mnie to zdziwiło. Jaki sens był w tuszowaniu sprawy przez władze, skoro w prasie i tak wszystko już podano ze szczegółami? Sam czytałem o tym, co ci zwyrodnialcy zrobili kobiecie w ciąży. Z jej brzucha wycięli płód i w zamian włożyli tam kartę. Oczywiście as pik, taki sam, jaki leżał na podłodze w rzeźni.
– Co za potwór mógł zrobić coś takiego? – mruknął w zamyśleniu ojciec Jamesa. – Wyciąć z brzucha dziecko? – Aż się wzdrygnął. – Rozmiar tej tragedii nie daje mi spokoju.
– Nikomu nie daje, proszę ojca – wtrąciłem. – Po co ktoś zabijał całą rodzinę? Jak wielki dług musiał zaciągnąć ten robotnik u mafii? A może chodzi o coś większego? Może widział za dużo?
Sean popatrzył na mnie i pokiwał głową.
– Na tym etapie nie wykluczałbym żadnego motywu – stwierdził. – W dodatku nadal nie wiadomo, co stało się z aptekarzem i jego dwójką wnucząt. Podejrzewamy, że albo nie żyją, albo zdołali uciec.
W pokoju zapadła cisza. Przerwał ją w końcu Frank, który najpierw zerknął na mnie, a potem popatrzył na rektora.
– Czego od nas oczekujecie? – zapytał.
Ojciec James przeżegnał się szybko, jakby w tym niewinnym pytaniu dopatrzył się czegoś niebezpiecznego. Skoro był spowiednikiem mojego brata, pewnie wiedział o jego przeszłości, a tym samym zdawał sobie sprawę z tego, do czego on jest zdolny.
– Tylko sprawiedliwości i znalezienia sprawcy – odparł z naciskiem. – Ludzie zaczynają się bać. Podczas spowiedzi kobiety płaczą, że drżą ze strachu o siebie, dzieci i mężów.
Sean wyprostował się na fotelu.
– Nie możemy dopuścić do tego, żeby bezkarnie zabijano ludzi – oznajmił. – Już kiedyś doszło w Chicago do masakry. To było wtedy, gdy Włosi z Alem Capone na czele wybili jak psy Irlandczyków z gangu North Side. Sześć trupów z klanu Moran i jeden przypadkowy. Nikogo za to nie skazali.
– To nie był gang, tylko biznesmeni. Przyjaciele parafii – sprostował wielebny, wskazując na powiązania z irlandzkim półświatkiem.
– Nadal nie rozumiem, co mamy z tym wspólnego – drążyłem dalej.
Kiedy duchowny przeniósł swoje spojrzenie na mnie, intuicja podpowiedziała mi, że nie spodoba mi się to, co zaraz usłyszę.
– Wiemy, że przeżyliście drugą wojnę światową – zaczął. – Wiemy, jak wielka była to dla was trauma…
– I wiemy też, że można wam zaufać – wtrącił szybko Sean. – Jako jedyni z tego pomieszczenia walczyliście na froncie.
– Tak, ale nie jesteśmy detektywami – odparłem. – Ani policją. Nie wiemy, kto to zrobił. Czego od nas oczekujecie? Mamy ich…
Zanim zdążyłem dokończyć, ojciec gniewnie potrząsnął głową, przerywając mi w pół słowa.
– Za kogo nas uważacie? – mruknął. – Macie po prostu dostać się do środka Chicago Outfit i dać nam nazwisko zleceniodawcy.
– Po prostu? – powtórzyłem za nim kpiąco. – To niby ma być takie proste?
Frank poruszył się niecierpliwie na sofie obok. Nie spodobała mu się albo propozycja rektora, albo moja reakcja. Chociaż na ile znałem mojego brata, stawiałem raczej na to drugie.
– Nie, ale znam żołnierza Outfitu – odparł spokojnie ojciec. – Trapi go ostatnio duży problem. W zamian za pomoc w jego sprawie otrzymacie pieniądze i informacje na temat zabójcy. Przysiągł mi to. Wystarczy, że wykonacie zadanie i przekażecie nam nazwisko.
Wbiłem wzrok w wytarty dywan, a mimo to wciąż czułem, jak spojrzenie duchownego wwierca się w moje czoło.
– Henry, w czym problem? – zapytał cicho mój brat. – Czemu nie chcesz pomóc?
– Problem w tym, Frank, że niepotrzebne są nam kłopoty. Pamiętaj, że ani nasza zielona karta, ani dokumenty nie są do końca legalne.
– Ale jeszcze nie wiemy, co trzeba zrobić, prawda?
– Tak – podchwycił natychmiast Sean. – Nie wiadomo przecież, o co chodzi.
Był podekscytowany jak rzadko kiedy. Najwyraźniej bardzo zależało mu na tym, żebym razem z Frankiem wziął to na siebie. Aż tak bardzo w nas wierzył? Czy oni naprawdę nie wiedzą, czym to wszystko grozi?
– Bardziej o kogo – odparłem, sprowadzając ich na ziemię.
– Musicie zrobić to, co trzeba. Tak zachowałby się katolik – oznajmił rektor i w tej chwili miałem ochotę poczęstować go moim prawym prostym. Dobrze wiedział, w jaki sposób pociągnąć za właściwy sznureczek, żeby mój brat zachował się jak marionetka.
– Domyśl się, Frank. – Obróciłem się ku niemu na sofie. Miałem teraz przed oczami tylko jego twarz. – Jeśli mafia szuka kogoś do brudnej roboty, to znaczy…
– Nie wyciągaj pochopnych wniosków, Henry – przerwał mi Sean. – Poza tym nikt nie każe wam się na wszystko zgadzać. Macie tylko zbliżyć się do Włochów.
– A my zrobimy resztę. – Włączył się trener, który aż do tej pory jedynie przysłuchiwał się naszej rozmowie.
Zawsze mu ufałem, wiedziałem, że nie rzuca słów na wiatr, i pewnie dlatego się zawahałem. Tamci natychmiast to wyczuli, jak sępy kołujące nad padliną.
Sean podniósł się z fotela i stanął przede mną.
– Pomścimy ich – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Nie pozwolimy, żeby ktokolwiek robił takie rzeczy.
– Zawsze warto się spotkać. Nic nie ryzykujecie. Najwyżej im odmówicie – naciskał duchowny, patrząc znacząco na Franka.
Westchnąłem ciężko. Byłem sam przeciwko im czterem. Nie miałem szans.
– Musisz zapewnić nam dyskrecję – powiedziałem w końcu do ojca Jamesa. – Nikt oprócz kontaktu z Outfitu nie może wiedzieć, jak wyglądamy. To ryzykowna gra, a wpadki się zdarzają.
Twarz duchownego od razu się rozpromieniła. On także podniósł się z fotela i podszedł do mnie, żeby uścisnąć moją dłoń.
– Spotkacie się z nim w sobotę, dwie godziny po porannej mszy w katedrze. Wtedy nikogo tam nie ma. Skryjecie się w cieniach świątyni. I koniecznie załóżcie chusty na twarze.
Kiedy już wychodziliśmy z pokoju, Frank popatrzył na mnie z wdzięcznością.
– Świadkiem tego spotkania będzie Bóg – dodał poważnie.
– Tylko on, Frank. I to on wskaże wam właściwą drogę. – Usłyszałem za plecami głos ojca Jamesa.
Nie oglądając się, ruszyłem w stronę szatni. Razem z bratem przebraliśmy się i dołączyliśmy do grupy zaawansowanej.
Tamtego dnia nie zamieniliśmy już ani słowa na temat spotkania. Trening pozwolił mi poukładać myśli.
OUTFIT – 1
Chicago. Gabinet Tony’ego „Big Tuna” Accardo. River Forest. Sierpień1950.
Tony Accardo był jednym z najpotężniejszych szefów mafii chicagowskiej w historii, członkiem Komisji Syndykatu, czyli organu zarządzającego całą mafią amerykańską. Głównym jej zadaniem było rozstrzyganie sporów między rodzinami mafijnymi. Każde zabójstwo, każdy duży interes musiały być przez nią zatwierdzone. Pod rządami Accardo mafia chicagowska, nazywana Outfitem, rozszerzyła wpływy ze stanu Illinois na Kalifornię, Arizonę, Kolorado, Texas i Nevadę z Las Vegas.
Boss przeszedł długą drogę, żeby znaleźć się na tym miejscu. Nikt przecież nie rodzi się wielkim człowiekiem. Na tę wielkość trzeba zapracować, trzeba ją wyrwać i mocno trzymać w garści. Zaczynał jako osobisty ochroniarz Ala Capone, którego podczas ostrzelania lokalu osłonił własnym ciałem. Następnie za czasów Franka Nittiego utworzył własną grupę i został kapitanem. Po samobójstwie ówczesnego szefa Outfitu współdzielił władzę z Paulem Riccą. Pierwszy przydomek „Joe Batters” otrzymał w młodości po zamordowaniu trzech niepokornych gangsterów, którzy dopuścili się zdrady organizacji. Załatwił ich za pomocą kija bejsbolowego. Do największych osiągnięć, prowadzących go prostą drogą ku stanowisku bossa w 1947 roku, należał udział w masakrze walentynkowej, podczas której wraz z innymi cynglami rozstrzelał sześciu Irlandczyków z konkurencyjnego gangu North Side. Po tych wydarzeniach banda rozwiązała się na dobre.
Po uzyskaniu pełnej kontroli nad Outfitem, Accardo wprowadził epokę dyscypliny. Założył kilka dochodowych nielegalnych przedsiębiorstw, handlował alkoholem i papierosami bez akcyzy, zaangażował się w przemyt narkotyków i automaty do gier oraz postanowił przekształcić burdele w usługi typu call girl. Zaczął stopniowo wycofywać się z wymuszeń i haraczy, ponieważ wiązały się z wysokim ryzykiem oraz kłopotami prawnymi. Przejął serwisy przekazujące informacje o wyścigach, aby bukmacherzy mogli za ich pomocą obliczyć szanse i zwiększyć rentowność. Odznaczał się ponadprzeciętną inteligencją. Słynął z przemyślanych dalekowzrocznych decyzji. Nie okazywał uczuć. Patrzył chłodno na świat i zawsze pozostawał w cieniu, nie zwracając na siebie uwagi. Nie miał kompleksu Ala Capone i nie potrzebował rozgłosu, żeby poczuć się wielkim gangsterem. Był elegancki, ale w przeciwieństwie do współpracowników nie kupował drogich garniturów. Żył skromnie. Jeśli ktokolwiek zapytał go, czym się zajmuje, odpowiadał, że jest sprzedawcą piwa – i to „dobrym” sprzedawcą. Z żoną Clarice miał dwie córki i dwóch adoptowanych synów.
Dziś siedział w ogromnym narożnym pokoju, gabinecie, w którym przyjmował najważniejszych ludzi z gangsterskiego świata, i nie krył zdenerwowania. Patrzył na nagłówki gazet krzyczące o tragedii rodziny Iwanow. Nie mógł pojąć, kto w tak lekkomyślny sposób ściągnął tym morderstwem kłopoty na jego organizację. Wielu znaczących polityków, biznesmenów, sędziów, federalnych oraz sam gubernator dzwonili do niego od rana i musiał ich uspokajać. Wiedział, że podtrzymanie ich przychylności wygeneruje niepotrzebne i w dodatku spore koszty. Wezwał do siebie Jake’a Guzika, skarbnika Outfitu oraz wieloletniego wspólnika Ala Capone. Gruby, niski Żyd polskiego pochodzenia, odstawiony w czarny garnitur i biały kapelusz z czarną taśmą, wszedł do pokoju i zasiadł naprzeciwko Tony’ego. Ten pierwszy odpalił cygaro, a drugi popijał whisky. Przez chwilę w gabinecie panowała cisza, przerywana jedynie pykaniem cygara i pobrzękiwaniem sygnetu o szklaneczkę z rżniętego kryształu.
– Kto wydał na to zgodę, Jake? – odezwał się w końcu Accardo, pokazując na zdjęcia w prasie. – Bo na pewno nie ja! – uniósł się.
– Nie wiem, Tony. Znam zasady. Nie podjąłbym takiej decyzji bez konsultacji z tobą – odpowiedział spokojnym głosem Guzik. Przez te wszystkie lata na samym szczycie mafijnej hierarchii przywykł do krzyków oraz niekontrolowanych napadów agresji ojców chrzestnych. Powtarzał, że z doświadczeniem i wiekiem człowiek uczy się cierpliwości.
– Mamy przez to ogromne problemy – dodał już spokojniej boss. – Takie sytuacje nie pomagają interesom. Kto mógł to zrobić? Masz jakieś podejrzenia?
– Nie wiem. Paul Mirro? – Guzik wydmuchał z płuc nikotynowy dym. To było jego pierwsze skojarzenie i nie zawahał się nim podzielić z szefem.
– Paul budzi postrach na ulicach i jest zwierzęciem – zgodził się Tony – nigdy jednak nie wykonałby czegoś takiego bez mojej zgody. To zabójca na zlecenie, ale to my mu płacimy.
– Jesteś pewien? Przecież z tego, co widać na zdjęciach, to jawny sycylijski telegram. Przestrzelone oczy, karty do gry. Musiał to zrobić Włoch, a Mirro ma doświadczenie w przekazywaniu wiadomości.
– Wiem, co to oznacza, Jake – westchnął Accardo. – Po prostu nie mam pewności. Nawet diabeł czasami staje się aniołem.
– To co mam robić?
– Zwołaj zebranie wszystkich kapitanów. Trzeba dowiedzieć się, czy stoi za tym któryś z naszych. Nie zabija się cywilów w taki sposób. Jakbyśmy mieli mało swoich problemów! – Boss znów podniósł głos, a potem upił łyk whisky.
Guzik czekał cierpliwie. Wiedział, że rozsądniej będzie nie przerywać teraz szefowi.
– Przede wszystkim trzeba tę sprawę wyciszyć – ciągnął po chwili Tony. – I to jak najszybciej. Dzwoń do prokuratorów i burmistrza. Niech szef policji zamknie śledztwo i napisze, że zabili ich Murzyni. Albo nie, że pozabijali się nawzajem. Mąż odkrył zdradę żony, nie wytrzymał i zamordował. Potem pomścił ją kochanek. Pojawiły się nowe okoliczności i dowody. Płacimy im, niech to załatwią!
– Gówno już się rozlało – zauważył ostrożnie Jake. – Widziałeś tytuły gazet? Nikt nie kupi nowej wersji. Ludzie wydali wyrok i dopowiedzieli sobie resztę.
– Wiem, nie chodzi mi o ludzi. – Boss machnął z lekceważeniem ręką. – Ważne jest to, co napiszą w raporcie kończącym śledztwo. W papierach wszystko musi się zgadzać, a szmatławce i tak przestaną o tym pisać. Te hieny już zarobiły na sensacji. Skontaktuj się z opłaconymi gazetami. Niech wydrukują sprostowanie z naszą wersją. Tylko wszyscy mają to zrobić jednego dnia, a potem ma być cisza! Skoro nie zareagowaliśmy w porę, to prawdopodobnie nie był nikt od nas, ale dopóki nie mamy pewności, masz poruszyć niebo i ziemię, żeby się dowiedzieć, kto za tym stoi. Tylko już po tym, jak, do cholery, te informacje przestaną wyskakiwać mi z lodówki! Przekupuj, zastraszaj. Dowiedz się, kto na tym zyskał. Tak dojdziemy do prawdy. Musimy zadbać o spokój naszych przyjaciół.
Tony zakołysał szklaneczką, resztki whisky zafalowały i Guzik przez chwilę pomyślał, że szef się obleje.
Ale oczywiście się nie oblał – on zawsze miał wszystko pod kontrolą.
– Myślisz, że w mieście rośnie nam konkurencja? – zapytał ostrożnie, chociaż znał już odpowiedź na to pytanie.
– Chicago jest wieloetnicznym tyglem, jednym z największych miast w Stanach. A to wystarczający powód do obaw. – Szef wzruszył ramionami i jednym haustem dopił resztę alkoholu. – Murzyni, Latynosi, Chińczycy, Irlandczycy i inne gangi uliczne chcą zarabiać. Wśród nich należy upatrywać winnego – dodał, po czym spojrzał wymownie na Jake’a, a ten niespiesznie wstał, skinął mu głową i opuścił gabinet.
