Chłód - Weronika Mathia - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Chłód ebook i audiobook

Weronika Mathia

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

277 osób interesuje się tą książką

Opis

W mroźną zimę, która spowija miasteczko, kłamstwa są jak cienka warstwa lodu – wystarczy jedno pęknięcie, by odsłonić to, co miało nigdy nie wypłynąć na powierzchnię.

Szymon, skazany przed laty za brutalne morderstwo przyjaciela, opuszcza więzienie i wraca do rodziny, próbując odzyskać normalność. Ale przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć – jego wnuk Patryk zostaje znaleziony martwy, a stare sprawy budzą się do życia. Ci, którzy wiedzą o wydarzeniach sprzed lat, milczą, jakby każde słowo miało skruszyć cienki lód pod ich stopami.

Karolina Rawa, technik kryminalistyczna, rozpoczyna prywatne śledztwo, kiedy odkrywa, że także jej rodzina utkwiła w lodowatej sieci sekretów…

W świecie, gdzie każdy ma mroczną tajemnicę, jedno pytanie ma szczególne znaczenie: 

Gdzie przebiega cienka granica przebaczenia? 

 

Chłód to opowieść o przeszłości, która nie zamarza. O prawdzie jak ciemna woda pod lodem. I o tym, że czasem najgroźniejsze jest to, co wszyscy starają się ukryć – nawet przed najbliższymi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 378

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 24 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,4 (206 ocen)
119
62
21
3
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
IzabelaCyw

Nie oderwiesz się od lektury

Książka bardzo wciagająca. Ciekawe postaci, zaskakujące zakończenie. Polecam
10
Magdaczaplew

Nie polecam

Ile razy można czytać ze ktoś rozciąga usta w uśmiechu
22
Aniapie

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
izakaz14

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
EdytaKlo

Nie oderwiesz się od lektury

Ja lubię pióro Mathii :) dający do myślenia thriller psychologiczny 😌
00

Popularność




Copyright © by Weronika Mathia, 2026

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska

Marketing i promocja: Karolina Guzik

Redakcja: Aleksandra Deskur

Korekta: Magdalena Kawka

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i strony tytułowe: Tomasz Majewski

Ilustracje na okładce: © Y S | Unsplash; Osman Rana | Unsplash

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Niniejsza książka jest dziełem fikcyjnym. Wszystkie wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

ISBN 978-83-68692-87-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Fragment

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Podziękowania

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Dla moich synów – Wojtka, Tomka i Mikołaja. Jesteście jasnym, ciepłym płomieniem w świecie pełnym chłodu.

Szymon, 31 grudnia 1994

I wtedy go zobaczyłem. Klęczał. Nachylał się do przerębla. Czarna woda wessała jego dłoń, a potem wyjął kilka ryb, które w konwulsjach tłukły o lód. Zataczał po nim kręgi, aż w końcu znalazł to, czego szukał. Młotek.

Szybko zabił pierwszą rybę.

Przez żółte światło dwóch latarek położonych na lodzie wydawało się, że jesteśmy na pustyni, a nitki poszarpanej mgły to rośliny, które szukają słońca. Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Z jednej strony jakbym był sam na świecie, z drugiej – jak w środku mrowiska. Coś po mnie łaziło, szeptało i śpiewało do ucha.

„Niech pan coś zrobi. Niech to się wreszcie skończy”.

Dni ostatniego tygodnia zaczęły nakładać się na siebie i wypluwać obrazy.

Mój syn z przekrzywionym, żołnierskim beretem na głowie. Dorota na dachu, w zbyt dużych, czarnych rękawiczkach. Katrin wirująca w tańcu na środku sali balowej. Grzegorz płaczący nad oddanym strzałem. Biały jeleń, który nigdy nie podszedł bliżej.

Palce drgały tak dziwnie. Nie. Podrywały się do grania. Ryby wiły się wokół przerębla i walczyły o życie.

Przyspieszyłem. Biegłem.

Obecnie

„Zimno” – pomyślała Karolina Rawa i połknęła kolejny lodowaty podmuch. Wiatr wciskał się jej pod kaptur i szarpał kombinezonem, który wydawał szeleszczący dźwięk. W takie dni jak ten cieszyła się, że ma go na sobie, nie przepuszczał powietrza i było jej odrobinę cieplej niż pozostałym.

Ostrożnie zbliżyła się do krawędzi dachu opuszczonego ośrodka wypoczynkowego Rudka i spojrzała w dół, na ciało. Mężczyzna leżał na brzuchu, na fragmencie betonu tuż nad dziurą wypełnioną śniegiem. Być może były to schody prowadzące do piwnic. Dalej znajdował się dziedziniec, a właściwie małe wysypisko śmieci – ktoś porzucił tam wyrwane fotele samochodowe, kilkanaście opon, butelki i puszki. Teren wokół porastały niskie, dzikie krzewy, które zajęły wolną od betonu przestrzeń.

Choć horyzont wydawał się statyczny, a szara tafla jeziora Kalwa zlewała się z tak samo szarym niebem, Karolina wiedziała, że gdzieś tam wysoko chmury pęcznieją i za chwilę spadnie śnieg. Dostała już esemesa z alertem, który nakazywał mieszkańcom Warmii i Mazur pozostać w domach z uwagi na nadciągające burze śnieżne.

Dobiegały do niej przyciszone rozmowy ekipy na dole. Prokurator debatował z policjantami i lekarzem, który stwierdził zgon. Przed ich ustami rosły obłoczki wydychanego powietrza.

Zrobiła kilka zdjęć ciała i krawędzi ukruszonego muru, który był jedynym potencjalnym śladem tego, że na tym dachu coś się wydarzyło. Karolina wciąż się zastanawiała, czy upadek nastąpił stąd, czy z okna piętro niżej. Z wysokości dostrzegała, jak rozległy był teren ośrodka. Stała na jednym z dwóch bloków, pomiędzy którymi biegł łącznik. Dalej z lasu wyłaniały się dwie kolejne budowle. Przekrzywiły się i zapadły, brakowało im fragmentów elewacji. Widziała też coś dziwnego, schowanego głęboko w dolinie. Może jakiś magazyn? Na jego dachu leżały białe jak mleko czapy śniegu, jednak zza uchylonych drzwi wyzierała ciemność.

Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio tu była, i wyszło jej, że ponad trzydzieści lat temu. Tyle wystarczyło, żeby ośrodek Rudka, który niegdyś ściągał turystów z całej Polski, zamienił się w ruinę.

– Co, do cholery…? – mruknęła. Wydawało jej się, że w okolicy starych pawilonów dostrzegła ruch. I nie były to gałęzie ani zwierzę, tylko człowiek. W pomarańczowej czapce.

Spojrzała na las przez soczewkę aparatu i przez chwilę szukała między drzewami ludzkiej sylwetki. Zbliżyła obraz tak bardzo, że mogłaby policzyć sople na gałęziach, ale tym razem nikogo nie zauważyła. Śnieg wydawał się nienaruszony, gładki. Przeszło jej przez myśl, że zmęczony mózg podsunął jej fałszywy obraz. Ostatnio spała zbyt krótko i płytko. To musiały być ptaki, które podrywały się do lotu raz za razem. Na przykład gile, które mają pomarańczowe brzuszki.

Cofnęła się do drabiny podstawionej do prostokątnego otworu prowadzącego na dach. Bywalcy ośrodka najwidoczniej wdrapywali się po starych drzwiach, które na samym początku zabezpieczył Andrzej. Starszy technik, z którym tworzyli dziś zespół.

– Schodzę! – dała znać i złapała za metalowe szczeble.

Wielkość obiektu ją niepokoiła. Tylko jeden budynek składał się z ogromnej liczby pomieszczeń rozlokowanych na trzech piętrach, a w każdym z nich było tyle śladów biologicznych, że gdyby mieli skrupulatnie przebadać wszystkie, zajęłoby to miesiące. Musieli skupić się na tym, co podpowiadały im intuicja i doświadczenie. Ocenić, które ślady są świeże, a które stare. Wyznaczyć teren, który da się ogarnąć. No i koniecznie sprowadzić psa tropiącego. Ale to już dawno zasugerowali prokuratorowi.

Andrzej wygrzebywał właśnie spomiędzy śmieci i gruzów kiepy po papierosach. Klęczał przy ramie okiennej, z której mógł wypaść mężczyzna. Spojrzał na Karolinę i znacząco westchnął.

– No dobra, wolałbyś nagrzaną szopę i stado much? – Zrobiła serię zdjęć.

– Wygrałaś.

Przez następne minuty żartowali, wymieniali uwagi o pogodzie czy serialach, przeplatając je krótkimi, fachowymi komunikatami. Kiedy skończyli, oboje z niepokojem zerknęli w stronę chmur. Zrobiło się ciemniej.

– Zaraz przyjedzie medyk – uspokoił ją Andrzej. – Zdążymy.

Po drodze na dół próbowała przypomnieć sobie, gdzie znajdowała się kawiarnia, do której przyjeżdżała z dziadkami na lody. Na górze? Na dole? Boże, jak zawodna i dziwaczna była pamięć. Mimo że Karolina Rawa czuła smak włoskich lodów śmietankowych na końcu języka, to nie potrafiła umiejscowić pomieszczenia na siatce wspomnień

Na dole, w miejscu starych drzwi, czekała Patrycja Milewska z Komendy Wojewódzkiej w Olsztynie.

– Ciebie też ściągnęli? – Karolina zdziwiona zerknęła, gdzie znajduje się reszta policjantów.

Bała się, że ktoś nieświadomie zniszczy ślady, zanim je zabezpieczą. Razem z Andrzejem odgrodzili miejsce zdarzenia taśmą i wyznaczyli ścieżki dostępu, jednak doświadczenie nauczyło ją, że wszystkiego trzeba pilnować.

– Mieliśmy akurat dyżur. Przesłuchaliśmy gościa, który znalazł zwłoki. – Milewska gestem wskazała ścieżkę, gdzie właśnie stanął Borys Sztern.

Karolina poczuła to, co zawsze na jego widok. Żal, że im nie wyszło, choć mogło. Od czasu ich krótkiego romansu nie spotkała nikogo, kto tak do niej pasował. Na początku cierpiała. Potem, żeby o nim nie myśleć, zrobiła to, co zawsze – oddała się całą mocą jedynej stałej miłości swojego życia: pracy.

Uniosła rękę w geście powitania.

– Kto go znalazł? – spytała, wskazując zwłoki.

– Jakiś motocyklista, podobno chciał nagrać film o ośrodku. Prowadzi kanał na YouTube, gdzie wrzuca relacje z opuszczonych miejsc. – Milewska zerknęła do notatek i przeczytała: – StillAlivex.

– Ale nic nie nagrał?

– Nie grzebaliśmy mu w telefonie, ale twierdzi, że nie. Mówił, że był kilka dni temu wieczorem, nagrał część, ale chciał dorzucić kadry za dnia. Przyjechał dziś przed pracą i natknął się na zwłoki.

– Dotykał czegoś?

– Podobno szturchnął zwłoki kijem.

– Kijem? – powtórzyła Rawa. Nie mogła i nie chciała zrozumieć ludzi, którzy widząc nieprzytomnego człowieka, nie rzucają się, by mu pomóc, tylko szturchają kijem.

– Wyrzucił go gdzieś do lasu, potem zadzwonił. Myślał, że to jakiś pijak – wyjaśniła policjantka, jakby czytała Karolinie w myślach. Przeszła kawałek dalej, w głąb wielkiego holu, i przyglądała się właśnie graffiti, które przedstawiało zielonego kosmitę. – Znasz to miejsce? – spytała.

– Tak sobie, chociaż obok, w Pasymiu, mieszka moja babcia. Pojutrze zaczynam urlop i planowałam trochę u niej posiedzieć. – Znowu zrobiła kilka zdjęć, tym razem graffiti.

Z nieba nagle zaczęły spadać płatki śniegu, a wiatr się wzmógł i teraz chłostał policzki z podwójną mocą. Szybko podeszła do Andrzeja, który zabrał się właśnie do rozkładania namiotu technicznego. Posłała koledze spojrzenie mówiące: „Może powinniśmy to zrobić wcześniej?”, na co odpowiedział jej szeptem:

– Według prognozy miało zacząć sypać dopiero za dwie godziny.

Miał rację, tak gwałtownych zmian pogody nikt się nie spodziewał.

Karolina zaczęła dokumentować otoczenie i wszystko, co wydawało się ważne. Ciało i miejsce zbrodni zawsze miały do opowiedzenia jakąś historię i ona czasami ją słyszała. To nie był dar, tylko lata doświadczenia i zainteresowanie medycyną sądową. Zanim została technikiem, przeszła przez wiele stanowisk w policji.

„Wszedł lub wbiegł na górę” – pomyślała. „Wspiął się po drzwiach na dach. Potem skoczył lub ktoś go zepchnął. Ma czyste podeszwy, ale na ubraniu smugi i kawałki gruzu. Może przed kimś uciekał albo ktoś go przestraszył? Może ktoś rzucał w niego kamieniami? Jeśli wypadł z okna, to pewnie siedział w miejscu, gdzie dawniej znajdował się parapet”.

Miał czyste dłonie, bez śladów zadrapań czy walki. Na paznokciach zauważyła błękitny lakier z drobinkami brokatu.

Obserwację Karoliny przerwało głośne „dzień dobry”, rzucone przez kilka osób naraz. Biegły medyk sądowy od razu zbliżył się do ciała.

„W końcu” – pomyślała i zerknęła na Andrzeja. Widziała, że jemu też ulżyło. Śnieg padał coraz mocniej, trzeba było jak najszybciej zabrać zwłoki.

Lekarz najpierw ostrożnie odsunął kołnierz puchowej kurtki. Mężczyzna miał krótkie, lekko kręcone rude włosy, które wywijały się na zewnątrz tuż nad karkiem. Dopiero teraz było widać siniaki na szyi. Rozlewały się niżej i niżej. Medyk odwrócił ciało. Rozmowy, które do tej pory toczyły się wokół, natychmiast przycichły.

Karolina przygryzła wnętrze policzka i zaklęła w myślach. Na ziemi nie leżał dorosły mężczyzna, a chłopiec. Nastolatek. Schowała się za obiektywem i zrobiła serię zdjęć obrzmiałej i sinej twarzy. Wiedziała, że zachowa je w pamięci. O dorosłych ofiarach zbrodni i wypadków czasami na chwilę zapominała. O dzieciach nigdy.

Spojrzała na chłopaka, a potem zrobiła jeszcze jedną fotografię i od razu ją przybliżyła.

– Ma makijaż. Jakiś pomarańczowy, błyszczący cień, czarna kredka i tusz do rzęs.

Lekarz kiwnął głową i uniósł bluzę dzieciaka, odsłaniając więcej siniaków.

– Nie widzę ran kłutych. Ktoś go nieźle skopał. Ciekawe… Nie ma krwawych podbiegnięć. Mogły powstać już po śmierci. Chociaż tutaj… Nie jestem pewny. – Przesunął dłonią po okrągłych śladach w okolicy żeber. Później przeszukał ubranie i z lewej kieszeni wyjął skórzany portfel, a z niego legitymację. – Patryk Biały, za pół roku skończyłby szesnaście lat. Uczeń Zespołu Szkół Ekonomiczno-Handlowych numer dwa w Olsztynie. Jeśli dane są aktualne, to mieszkał przy ulicy Tadeusza Kościuszki w Pasymiu.

Karolina znała tę ulicę, ale kiedy wpisała adres w Google Maps, poczuła niepokój. Okazało się, że Patryk mieszkał naprzeciw starego młyna. Czyli z okien mieszkania babci prawdopodobnie widać było okna jego domu. Starsza kobieta musiała go znać i widywać.

Rawa sfotografowała dokument. Ze zdjęcia spoglądał na nią pogodny, uśmiechnięty nastolatek. Zaczęła gorączkowo rozgrzebywać wspomnienia, szukać w nich tego chłopca albo jego rodziny. Ale u dziadków bywała jako dziecko, później zamieszkała z rodzicami za granicą i wróciła do Olsztyna dopiero na studia. Zawsze zbyt zabiegana, żeby odwiedzać Pasym na dłużej niż kilka godzin – krótko mówiąc, nie wiedziała o Patryku Białym nic. „Może to i lepiej” – pomyślała. Nie chciała wyobrażać sobie go żywego, chodzącego ulicami miasteczka. Nie teraz, kiedy medyk musiał zrobić te wszystkie rzeczy, które z człowieka czynią obiekt badawczy. Rozebrać do naga, zmierzyć temperaturę, żeby określić czas zgonu. Dotknąć tam, gdzie nikt żywy nie pozwoliłby się dotykać. Z chwilą, gdy lekarz wypisał na akcie zgonu formułkę: „Nie wykluczam udziału osób trzecich”, Patryk stracił prawo do intymności. Gdyby tu była jego mama, kazałaby nakryć chłopca kocem, może sama położyłaby się na nim, żeby go chronić przed spojrzeniami. Karolina nieraz musiała odciągać bliskich, którzy koniecznie chcieli być przy zmarłym. Ostatni raz go dotknąć. Zadeptywali i niszczyli ślady, płakali, krzyczeli, przeklinali. Wyzywali ją od kurew. Przyzwyczaiła się.

Można się do tego przyzwyczaić. Oglądać zmarłych tak wiele razy, że człowiek się nie wzrusza, a przynajmniej nie publicznie.

Dopiero kiedy zabezpieczyła ostatni ślad i schowała aparat, poczuła, jak bardzo bolą ją plecy i że naprawdę potrzebuje odpoczynku. Tej zimy chyba pobiła swój rekord przyglądania się śmierci. Nie dalej niż przedwczoraj pracowała przy wyjątkowo paskudnym wypadku drogowym.

Kiedy szli do samochodów, Sztern pomógł jej zabrać najcięższe torby. Do pokonania mieli spory dystans – ośrodek znajdował się na wzniesieniu, a zaparkowali kilkanaście metrów dalej, przy kolejnym opuszczonym budynku, którym była stara leśniczówka. Robili sobie nadzieję w związku z kamerą zamontowaną na wysokiej bramie, ale na dobrą sprawę nikt nawet nie wiedział, czy była sprawna, a wszelkie działania w terenie trzeba było przełożyć na bliżej nieokreślone „wkrótce”. Rządziła nimi zima, która dopiero rozpoczynała pokaz siły. Nawet pies tropiący nie mógł na razie zacząć pracy, bo choć sam śnieg nie stanowił przeszkody, to wiatr gnający z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę już tak.

– Spadamy, co? – Sztern zapakował torby do jej bagażnika i zmrużył powieki.

– Jadę jeszcze do babci. Mieszka w Pasymiu, kilka kilometrów stąd. Nie wybaczyłaby mi, gdyby się dowiedziała, że byłam tak blisko i nie wpadłam na kawę. – Karolina nasunęła na głowę kaptur i próbowała zasłonić twarz szalikiem. Czuła, że ma spierzchnięte, suche usta.

– A poza tym… dobrze u ciebie? Dawno nie rozmawialiśmy.

– W porządku. Lepiej powiedz, jak córeczka.

– Mała terrorystka. – Zaśmiał się i było w tym śmiechu wszystko, czego nie powiedział. Szczęście? Chyba tak. Nie musiała wiedzieć więcej.

Gdy się pożegnali, wsiadła do auta, podkręciła klimę i dała sobie czas, by odtajać. Próbowała zebrać siły, bo miała odwiedzić babcię pierwszy raz od pogrzebu dziadka, który odbył się zaledwie miesiąc temu. Właściwie tylko dlatego zaplanowała urlop w Pasymiu – żeby się rozeznać, jak może pomóc. Jej rodzice nadal mieszkali i pracowali za granicą; babcia Nina co prawda miała syna, ale wujek Grzesiek był roztargniony i wydawał się niezdolny, żeby ogarnąć własne życie, a co dopiero cudze. Jedyna kuzynka babci, która do tej pory ją odwiedzała, musiała pomóc córce i zająć się wnukami. Tylko Karolina była blisko.

W końcu ruszyła. Powoli, bo bała się o zawieszenie auta. Cała okolica wokół ośrodka wydawała się wymarła. Budynek, w którym dawniej wypożyczano sprzęty wodne, straszył zardzewiałymi prętami zwisającymi z sufitu i dziurami zamiast okien. Nigdzie nie dostrzegła śladów obecności ludzi. Minęła dwa domy należące do nadleśnictwa, ale były ciemne i puste. Jeśli ktoś się tu pojawiał, to tylko po to, żeby podobnie jak mężczyzna, który znalazł ciało nastolatka, nakręcić odcinek o opuszczonych budynkach. Zresztą czego ludzie mieli szukać zimą na tym małym końcu świata? Latem jezioro Kalwa oferowało sporo atrakcji, a okoliczne lasy zachęcały do spacerów. Teraz mogliby co najwyżej zamknąć się w domku i modlić o to, żeby nie zasypało drogi. Nie było tu nawet odpowiedniego oświetlenia.

Przygnębiające wrażenie dopełniał były Mazurski Uniwersytet Ludowy, który po chwili mijała. Górował nad okolicą i zdawał się przyglądać, jak wszystko wokół znika i obraca się w pył. Karolina wiedziała, że dawno temu budynek spłonął, ale nie miała pojęcia, że nikt nie uprzątnął pogorzeliska. O stare mury opierały się czarne, osmolone deski, których nie zdążył jeszcze zakryć śnieg.

– Ale sypie – szepnęła i włączyła szybsze wycieraczki, co przyniosło marny efekt. Wciąż widziała tak samo niewiele, ale tym razem do rozmytego obrazu za oknem dołączył irytujący dźwięk gumy trącej o szkło.

Przyspieszyła i nagle poczuła, że traci kontrolę nad samochodem. Rzucało nią w prawo i lewo, a każda próba zapanowania nad pojazdem kończyła się jeszcze gwałtowniejszym szarpnięciem. Jeśli przed chwilą czuła zmęczenie i senność, to właśnie dostała zastrzyk adrenaliny. Nie mogła teraz wylądować na poboczu. Nie tutaj. Z prawej strony rozciągało się jezioro.

Skręciła maksymalnie w lewo, dociskając lekko hamulec. Samochód sunął po drodze, ale przynajmniej nie w stronę wody. Odbiła w prawo, zatrzymała się na skraju pobocza i przez chwilę zaciskała dłonie na kierownicy, próbując uspokoić tętno. Wysiadła, żeby sprawdzić, czy w nic nie uderzyła, i wtedy usłyszała płacz.

Rozdzierający, głośny płacz.

Starała się zachować zimną krew, jednak wyobraźnia podsunęła jej jeden z najstraszniejszych obrazów, jakie widziała w życiu: noworodka zawiniętego w reklamówkę. Wtedy też była zima, śnieg zacinał i zamarzał na rzęsach. Na sekcji dowiedziała się, że dziewczynka miała wykształcone wszystkie narządy i była zdrowa. Po prostu nikt jej nie chciał. Nikt jej nie kochał i nie dał szansy.

Wiedziała, że musi zejść niżej, w nieckę pełną wysokich traw. Buty ślizgały się po skarpie, śnieg wpadał do oczu i za ubranie, ale już się zorientowała, skąd dochodzi dźwięk: zza krzaków, od których dzieliło ją kilka metrów.

Ostatnich kilka kroków pokonała w parę sekund i zaczęła odgarniać wysokie, sztywne gałęzie. Tuż za nimi leżał przemoknięty karton. Drżącą dłonią rozerwała tekturę. W środku znalazła cztery zamarznięte kocięta i jedno wciąż żywe. Czarne, już z otwartymi oczkami i gęstym futerkiem.

Karolina ostrożnie uniosła zimną kuleczkę i wsunęła sobie pod ubranie.

– Już dobrze, maleństwo – powiedziała.

Wróciła do samochodu wyczerpana i wściekła na człowieka, który zostawił zwierzęta na pewną śmierć. Gdyby teraz przed nią stanął, zamknęłaby go w bagażniku i przewiozła kilka kilometrów po wyjątkowo wyboistej drodze. A później…? Tak, później by go skopała.

Położyła dłoń na wybrzuszeniu swojej bluzy. To też było dziecko i też miało prawo żyć. Pazurki, ostre jak igiełki, wczepiły jej się w ramię, miauczenie ustało. Nigdy nie miała kota, zawsze towarzyszyły jej psy. Ostatni zmarł niedawno i od tego czasu nie odważyła się nawet myśleć o tym, że ktoś mógłby zająć jego miejsce. Odłożyła zwierzątko na siedzenie pasażera i przez całą drogę do Pasymia zerkała, czy na pewno się rusza.

Warunki na zewnątrz wymagały skupienia, śnieg jeszcze się wzmógł i na drodze wszystko zlewało się w białe, ruchome pasy. Karolina zaparkowała przy starym młynie. Naprzeciwko, przy domu Patryka, stał samochód Borysa Szterna. No tak, nie pomyślała, że razem z Milewską pojadą zawiadomić rodzinę. Zdawała sobie sprawę, że ona również nie uniknie rozmowy o tym, co wydarzyło się w Rudce. Będzie musiała opowiedzieć o wszystkim babci.

Pochylona wbiegła do budynku, który przylegał do młyna, i skierowała się do mieszkania na pierwszym piętrze. Zanim zapukała do drzwi, otrzepała ubranie i przywołała na twarz uśmiech.

Nina przywitała ją długim, czułym objęciem. Była tak krucha, że nawet przez ubranie policjantka wyczuwała jej kości.

– Myślałam, że przyjedziesz pojutrze, nic nie przygotowałam – powiedziała z wyrzutem.

– Wpadłam tylko na chwilę, zaraz ci wszystko opowiem, najpierw ogarnijmy zwierzaka. – Karolina wyciągnęła spod ubrania kotka i patrzyła, jak w starszą kobietę zaczyna wstępować życie. Skupiona na pomocy, wydawała się taka jak dawniej.

Przygotowały kartonik z kocem i termoforem. Babcia miała zapas żwirku i jedzenia po innych znajdach, które zdarzało jej się odchować. Tak się już utarło, że jeśli chciało się kogoś uratować, szło się do Niny. Karolina przez wiele lat nie mogła zrozumieć, dlaczego jej matka ma pretensje do babci, kuratora społecznego, osoby nieskazitelnie dobrej, która zawsze miała dla wszystkich ciepłe słowo i herbatę.

Teraz przyglądała się z czułością zwierzakowi, a na jej ustach błąkał się uśmiech.

– Myślę, że ma z pięć tygodni, to dziewczynka. Macie szczęście, że się znalazłyście.

– Nigdy nie miałam kota. – Karolina spojrzała na włochaty precelek, który wczepił się w jej serce.

– A ona nigdy nie miała człowieka. Jak ją nazwiesz?

– Jeszcze nie wiem. Dziś może być maleństwem. – Usiadła na kanapie i położyła rękę na miękkim futerku. Czuła pod palcami wibracje i słyszała ciche mruczenie. Cieszyła się, że udało jej się uratować choć jedno życie.

– Powiedz, co się stało. – Nina postawiła przed nią kubek z gorącą herbatą i usiadła naprzeciw. – Wcześniej kilka radiowozów jechało w stronę Rudzisk Pasymskich. Kilkanaście minut temu ktoś zaparkował przed domem Białych, światła palą się w każdym oknie.

Karolina wiedziała, że nie ma sensu kłamać.

– Znaleźliśmy ciało nastolatka w byłym ośrodku. On… – Zawahała się, bo teraz miała powiedzieć najgorsze. – To Patryk Biały. Mieszkał naprzeciw ciebie.

– Patryk? Nie… Niemożliwe – wyszeptała babcia.

Powtarzała, że ten chłopiec był jak wiosna. Kolorowy, radosny.

„Zbyt dobry dla tego świata”.

Wyjaśniła, że miał brata Dawida, studenta weterynarii, który jeszcze rok temu, gdy Nina miała kota, wpadał, żeby go obejrzeć, i podrzucał jej witaminy dla zwierzaka. Z kolei siostra bliźniaczka Patryka, Magda, ma mózgowe porażenie dziecięce.

– Pamiętam, jak się urodzili, te bliźniaki. Mama woziła ich w takim wielkim, podwójnym wózku. A potem… Jak się robiło ciepło, to Patryk wynosił siostrę do ogrodu. Kładli się na kocu pod jabłonią i tak sobie leżeli. I patrzyli. I chyba rozmawiali.

Karolina nakryła babcię kocem i dotknęła jej stóp, a gdy poczuła, że są zimne, zaczęła je delikatnie masować. Te stopy przez wiele lat niosły Ninę tam, gdzie każdy bał się lub nie chciał wejść. Wytrzymywały ciężar, którego nie da się zważyć. Współodczuwania, ratowania, pocieszania. Może dlatego tak trudno było je teraz ogrzać.

– Widzisz, to był dobry chłopiec. Ale ludzie nie mogli znieść tego, jak wygląda. Tych jego długich, rudych włosów i tego, jak się ubierał.

Karolina zapamiętała, że Patryk, gdy go znaleźli, miał krótkie włosy. Albo je ściął, albo ktoś zrobił to za niego. Chciała o to zapytać, ale ugryzła się w język. Babcia była bardzo poruszona. Wstała i zbliżyła się do okna.

– Szymon Biały, dziadek Patryka, wyszedł z więzienia dwa tygodnie temu – wyjaśniła.

– Za co siedział?

– Za zabójstwo, które popełnił trzydzieści lat temu w sylwestra.

Karolina szybko policzyła, że miała wówczas zaledwie dziesięć lat, i właśnie wtedy przeprowadzili się z rodzicami do Londynu. Mogła tego nie wiedzieć.

– Znałaś go? – zapytała.

– Nie tak dobrze, jak myślałam.

– Ale pracowaliście razem? Wtedy, gdy to się stało, też?

Nina pokiwała twierdząco głową. Jej rozmyte odbicie w szybie drgało jak płomień świecy, w który ktoś dmucha z całych sił.

– Dlaczego nigdy o tym nie mówiłaś? – dociekała Karolina.

– A o czym tu mówić, dziecko? To było tak dawno temu… Chciałam o tym zapomnieć. – Odwróciła się do wnuczki i przez chwilę wpatrywała się w bliżej nieokreślony punkt na ścianie. Za jej plecami wirował śnieg.

Co widział Patryk przed śmiercią?

W dniu, w którym dziadek miał wyjść z więzienia, Patrykowi znowu śnił się ten straszny sen.

Stał na wysokiej górze i patrzył przed siebie. Była szara godzina, czyli ten moment zimą, tuż przed zapadnięciem zmroku, gdy światło jeszcze nie zniknęło, ale nie miało siły przebić się przez gęste chmury, zwiastujące noc. Dawniej mówiono, że to czas dla rodziny. Chwila, by się zjednoczyć i być blisko. Ale on był na górze sam. Słyszał tylko wiatr, który nic nie mówił. Nikt nic nie mówił.

Nie wiedział, jak dotarł na szczyt, bo nie czuł zmęczenia, ale gdy patrzył na swoje stopy, dostrzegał czerwone plamki. Domyślał się, że szedł długo i albo zgubił buty, albo wcale ich nie założył. Wiedział za to, po co przyszedł.

Odliczył w myślach do trzech, rozpostarł ręce i zrobił kilka kroków.

I już. I tyle.

Pęd powietrza wcisnął się do pępka. Spadał wygięty, jakby dostał kulą w brzuch. Spojrzał w dół, na koszulkę, i zauważył, że ją też pokrywają plamki. Tak samo jak ręce, nogi i prawdopodobnie twarz.

Jeśli do tego momentu się nie bał, to właśnie zaczynał ogarniać go strach. Patryk chciał się czegoś złapać, ale wszystko prześlizgiwało się przez dłonie jak woda.

„Wstawaj” – myślał. „Za chwilę przywalisz w ziemię!”

Dotarło do niego, że jeśli chce się obudzić, musi otworzyć oczy. Zaczął dotykać powiek, ale palce wpadły do dziur – głębokich, biegnących prawie na wylot czaszki. Gładka, pozbawiona skóry głowa wydawała się obca. Jakby przeklejona od innego ciała. I wtedy do niego dotarło. Krew na stopach i koszulce należała do kogoś innego. Przecież zanim wszedł na górę, rozwalił komuś łeb. Katował go tak długo, aż została z niego miazga.

To dlatego musiał spaść. To dlatego zmieniał się w trupa.

„Morderca, morderca! Zdychaj, zdychaj!”

Patryk krzyczał, błagał o litość, miotał się, wykręcał ciało. Krzyczał tak głośno, że musieli go słyszeć na drugiej połowie kuli ziemskiej, a może nawet na innej planecie. Obiecywał, że nigdy więcej tego nie zrobi. To był przypadek, nie chciał!

Nikt normalny nie chce zabić. Nikt normalny nie chce też umierać.

Końcówka snu była taka sama, jak zawsze. Lądował w miękkich ramionach swojej siostry Magdy, która była zdrowa, silna i ciepła.

Mam cię, Patryk! Mam cię!

Kołysała go powoli i tak długo, aż wyrównały się temperatury ich ciał, a serca zaczęły bić w takim samym tempie.

Tam, tam. Tam, tam.

Zanim budził się spocony w swoim łóżku, słyszał jeszcze jej szept: Wybaczam ci.

I można te słowa interpretować dwojako. Czy wybaczyła mu to, że kogoś zabił, czy może to, że z ich dwójki to on urodził się zdrowy, a ona chora?

Ten sen zazwyczaj mijał, gdy Patryk brał prysznic, ale tamtego dnia pozostał w nim na dłużej. Jeszcze gdy czesał włosy, czuł ból brzucha i pewnego rodzaju ekscytację. Nie trzeba było psychoanalityka, żeby wiedzieć dlaczego.

Dziś wracał dziadek.

Dziś miał go poznać.

I to oczywiście samo w sobie stanowiło sprawę przez duże S, ale była jeszcze ta druga rzecz. Kiedy Patryk raz na jakiś czas oglądał w starym albumie zdjęcia z czasów młodości dziadka, widział siebie. Nie w sensie metaforycznym. Po prostu mieli identyczny rysy twarzy, jakby wyrzeźbił ich ten sam artysta. Takie same głęboko osadzone oczy w kolorze ziemi, długie, proste nosy i usta z lekko zatartym konturem. Zadziwiające było to, że nawet dołeczek mieli w tym samym, lewym policzku.

– Oddychaj – powiedział do swojego odbicia i napiął mięśnie brzucha. Przesunął dłonią po gładkiej skórze. Z przyzwyczajenia sprawdził też te wszystkie inne miejsca, które regularnie depilował.

Później zaplótł warkocz i poszedł do siebie po nowe paletki do makijażu. Szafka na kosmetyki stała przy oknie, z którego miał widok na stary młyn.

Dla przechodniów lub mniej wprawnego obserwatora ten stary budynek pewnie wyglądał tak samo jak wczoraj, ale Patryk, który znał go na pamięć, zauważał więcej. Dziś młyn pociemniał. Zdawał się jeszcze bardziej stary i opuszczony. Może wrażenie potęgowała biel śniegu, a może jedna noc wystarczyła, by wszedł w nową fazę rozpadu.

U pani Niny w mieszkaniu paliło się światło. Gdy pojawiła się w jednym z okien, miał wrażenie, że spojrzała prosto na niego. Poczuł się dziwnie, irracjonalnie, tak jakby przyłapała go na czymś niewłaściwym. Szybko wycofał się w głąb pokoju i podszedł do komputera, który właśnie wydał głośny pik.

Zganił się w myślach, że nie wyłączył powiadomień, i szybko poruszył myszką, żeby sprawdzić zasięgi filmu, który wrzucił na YouTube. Miał już trzysta wyświetleń i kilka nowych subskrypcji, co dobrze rokowało. W komentarzach rozpętała się mała gównoburza, co też dobrze rokowało, ale niektóre teksty, zwłaszcza o tym, żeby nie pokazywał takiej brzydkiej mordy, miał ochotę skasować.

Powstrzymał się, bo przyszło mu do głowy, że te komentarze wykorzysta do nagrania kolejnego filmiku. Widział takie coś u innych – to się nazywało „odpowiadam na hejt” i generowało spore zasięgi. Ludzie lubili, jak ktoś odpowiada chamsko na chamski wpis.

Z kuchni dobiegało trzaskanie drzwiczkami szafek, poczuł zapach pieczeni.

– Patryk? Idź do Magdy, co? – Mama musiała usłyszeć, że wstał.

– Dobra! – odkrzyknął i z automatu przywołał najbardziej beztroski uśmiech, na jaki było go stać. Jakby był dzieckiem, które dostało właśnie największą tabliczkę czekolady.

Magda leżała w swoim pokoju i trącała palcami pianinko dziecięce w kształcie pieska.

– Cześć, piękna. – Podszedł do niej cicho i czekał, aż przybije piątkę.

Wodząc za nim wzrokiem, wydała swój okrzyk radości.

Czekałam na ciebie – powiedziała.

Oczywiście każdy w jakiś mniej lub bardziej udany sposób interpretował słowa Magdy, ale Patryk naprawdę słyszał w głowie jej głos. Miał na ten temat swoją magiczną teorię: gdy byli płodami w brzuchu mamy, siostra podarowała mu kawałek siebie. Dzięki temu on pokazywał jej świat, a ona uczyła go, jak znosić cierpienie.

– Przepraszam, zaspałem. Jesteś gorąca, trochę tu ciepło, co? – Odsłonił miękki koc w kwiaty i uśmiechnął się na widok sukienki, która zastąpiła dres. Pachniało chusteczkami dla niemowląt i kremem Nivea. To był jedyny kosmetyk, jakiego używała mama, i oczywiście to był jedyny krem, jakim smarowała córkę.

Mama mnie tak wystroiła. Jest nieźle, ale widziałeś, co zrobiła zmoimi włosami? Błagam, rozplącz to gniazdo na mojej głowie!

Zaśmiał się i sięgnął po szczotkę, a potem rozczesał Magdzie włosy i zaplótł dwa warkocze. Później szybko zajął się sobą – wystylizował brwi, narysował długie, fikuśne kreski eyelinerem i pomalował usta.

– Zamknij oczy – szepnął w końcu do siostry i ostrożnie nałożył na jej powieki błękitny cień z brokatem. – Gwiazda musi lśnić, co nie?

Magda wygięła się w łuk.

– Wyglądasz zajebiście – zapewnił i omiótł jej policzki pędzlem do różu.

Zaśmiała się szczerze, od samego środka aż po brzeg. Pomyślał, że gdyby człowiek mógł się świecić, gdy jest szczęśliwy, to Magda przez większość dnia jarałaby się jak żarówka.

Ty też jesteś zajebisty! Lubię, kiedy mnie malujesz!

– Co robicie? – Do pokoju wszedł Dawid.

Patryk od razu poczuł to, co ostatnio, gdy widywał brata. Że jest między nimi ściana, której nie da się rozbić ani przeskoczyć. Zbudowana nie wiadomo kiedy i przez kogo.

– Nic. – Patryk puścił oko do siostry i położył palec na ustach.

– Chodź, królewno. – Dawid delikatnie podniósł Magdę i posadził na wózku. Miał szerokie barki, a jego mięśnie wyraźnie rysowały się pod koszulką.

Kiedy zbliżył się do Patryka, ten wyczuł zapach przetrawionego alkoholu. Dawid tłumaczył, że świętuje zdaną sesję, ale prawda była taka, że prawie każdy weekend kończył z piwem lub małpką na stoliku nocnym. Upijał się zawsze na smutno.

Teraz był tak zajęty Magdą, że dopiero na korytarzu spojrzał na brata.

– Musiałeś? – spytał szeptem.

– Co?

– Nie udawaj pajaca. Wiesz, o co mi chodzi. – Zacisnął wargi, aż blizna po zajęczej wardze, która wyglądała jak przecinek, zrobiła się biała. – Wiesz, że ojciec będzie się czepiał. Akurat dziś mogłeś odpuścić albo, no nie wiem, pomalować tylko rzęsy, a nie całą twarz – zauważył cicho. – Zawsze myślisz tylko o sobie.

– Nie muszę ci się tłumaczyć. – Patryk silił się na spokojny ton, żeby nie zdenerwować Magdy, która wodziła za nim wzrokiem, jakby się upewniała, że przy niej jest.

Wjechali do salonu i ustawili wózek przy okrągłym stole. Jeszcze wczoraj rodzice podkreślali, żeby zachowywali się normalnie, bo powrót dziadka to nie jest żadne święto. Owszem, zamieszka z nimi, jednak będzie miał w piwnicy swój pokój, aneks kuchenny, łazienkę i osobne wejście.

„To starszy, schorowany człowiek, który nie ma się gdzie podziać” – dokładnie takich słów użyła mama. Ale Patryk pomyślał, że sama w to nie wierzyła, bo kiedy kładła na stole ostatni półmisek, z parującymi warzywami, drżały jej dłonie. Być może bała się, że dziadek wciąż ma w sobie tamto zło. Zamorduje wszystkich we śnie albo popełni samobójstwo na środku salonu i któryś z jej synów będzie musiał odciąć sznur.

– Siadajcie. – Przysunęła wózek z Magdą i rzuciła szybkie spojrzenie w stronę Patryka. – Dziecko… – Urwała, bo w tym samym momencie trzasnęły drzwi wejściowe i po chwili do pokoju weszli tata i dziadek.

Dziadek.

Patryk nie mógł oderwać od niego wzroku. Wcześniej widział go tylko na tamtych zdjęciach z młodości. Z akordeonem na kolanach i przyklejonym uśmiechem patrzył prosto w obiektyw. Przystojny, silny, może nie groźny, ale miał zacięte spojrzenie. Chłopakowi trochę schlebiało, że są podobni. A teraz? Starszy mężczyzna rozglądał się po salonie, a w jego oczach migotało coś takiego… Okej, nadal był postawny, ale sprawiał wrażenie, jakby nie szła za tym żadna siła. Zgarbiony zbliżył się do krzesła i od razu usiadł.

Powiedz coś! Magda zaśpiewała kilka swoich dźwięków.

– Cześć, dziadku – powiedział Patryk, a Dawid powtórzył dokładnie to samo.

Mama zaczęła paplać jakieś głupoty. O śniegu, który zasypał drogi w całym powiecie. I kurczaku, którego piekła zbyt długo, więc pewnie jest twardy. No i że to jest Magda, a to Dawid, a to Patryk. Tata też coś mówił. O tym, że na drodze było ślisko i kilka razy zarzuciło im dupę na zakręcie.

– Twoje rzeczy są jeszcze w samochodzie. Po kolacji je przyniosę – zwrócił się do dziadka, który pokiwał uprzejmie głową.

Trzydzieści lat nie widział tego salonu, a wnuków i wnuczkę znał tylko ze zdjęć, więc zerkał na ściany, meble, dywan i twarze swoich bliskich z delikatnym uśmiechem, który wyglądał nie tyle nieszczerze, ile dziwnie. Jak wyuczony grymas.

Patryk nie mógł oderwać od niego wzroku. Wciąż myślał o tym jednym, jedynym artykule na temat dziadka, który wygrzebał kiedyś na strychu w starej gazecie. Szymona Białego okrzyknięto tam „Rzeźnikiem z Pasymia”. Dobrano też stosowne zdjęcia – na jednym stał sam, w fartuchu pomazanym krwią, na drugim z mężczyzną, którego zabił. Dziennikarz nie przebierał w słowach, opisując dziadka jako brutalnego mordercę. „Z zimną krwią zadał swojemu koledze z pracy ciosy siekierą, a potem wrzucił do przerębla”. Patryk znał ten artykuł na pamięć, ale nie mógł dopasować tamtego obrazu do tego, co widział dziś.

Naprzeciw siedział stary, smutny człowiek, który trzymał widelec w rozdygotanej dłoni i wydawało się, że nie wie, jak trafić nim do ust. Pod tym względem przypominał Magdę – mama bezskutecznie próbowała ją nakarmić.

Powiedz jej, że to paskudne. Chcę od razu deser.

– Może ja spróbuję? – Patryk przysunął się do siostry i zrobił głupią minę, żeby ją rozśmieszyć. Tym samym zwrócił na siebie uwagę taty.

– Idź to zmyć. Nie da się na ciebie patrzeć – powiedział zdenerwowany.

„A jednak tylko wtedy mnie zauważasz” – pomyślał chłopak i złapał Magdę za rękę, żeby dać jej znać, że jest okej.

Dawid, który do tej pory był skupiony na jedzeniu, postanowił się wtrącić:

– To moja wina. Ja mu kazałem. Potem będziemy nagrywać teledysk do takiej jednej piosenki. Chciałem, żeby wyszło kontrowersyjnie.

– Więc ty mu to zmyjesz. – Tata powoli odłożył sztućce.

– Daj spokój – szepnęła mama.

– W tych czerwonych ustach wygląda jak prostytutka. Nie jak chłopak.

– Przemek… – W końcu usłyszeli głos dziadka. Chrapliwy, jakby ostatnie lata spędził na jaraniu fajek jedna za drugą, co zresztą mogło być prawdą. Uniósł rękę, a potem ostrożnie położył ją na ramieniu syna.

Ojciec zacisnął szczęki i nic więcej nie powiedział. Patryk nie mógł odgadnąć jego myśli, choć bardzo chciał. To wszystko musiało być dla niego jeszcze trudniejsze niż dla reszty. Do tej pory wspominał o dziadku tylko wtedy, kiedy raz na kilka tygodni jechał go odwiedzić w więzieniu w Iławie.

Wszyscy byli przekonani, że Szymon Biały spędzi za kratami całe życie, ale los zdawał się mieć inne plany. Mężczyznę najpierw skazano na karę śmierci, potem zmieniono ją na dożywocie, a w końcu, po trzydziestu latach, uznano, że resztę swoich dni może spędzić na wolności.

Podobno przyczyniła się do tego jego żarliwa wiara. Patryk zastanawiał się, czy dziadek traktował ją na serio, czy udawał, żeby uchodzić za niegroźnego.

Gdy skończyli jeść, chłopak próbował zająć się montażem kolejnego filmu, co chwilę jednak zatrzymywał i przewijał obraz. W końcu nie wytrzymał i zszedł na dół do mieszkania dziadka.

Chciał zapukać, ale wtedy usłyszał muzykę płynącą z akordeonu. Prawdopodobnie tego samego, który kiedyś stał na strychu w obdartym futerale. Gdy Patryk był mały, zakradał się tam z Dawidem i próbowali coś grać.

Po chwili wahania nacisnął klamkę i wsunął się do środka. Znalazł się w ciemnym korytarzu, który prowadził do dużego pokoju z aneksem kuchennym. Łazienka znajdowała się naprzeciw. Patryk nie chciał podsłuchiwać, chciał słuchać.

Odważnie stanął w progu pokoju i uśmiechnął się do dziadka. Nie spodziewał się, że zastanie go w takim stanie. Po czerwonej twarzy płynęły rzeki łez. Na widok wnuka przetarł je rękawem, ale zaraz kontynuował granie. Jego łokcie unosiły się i opadały. Kołysał się na boki i do przodu, stukał stopami w ziemię w rytm muzyki. Ale nie grał żadnej melodii, którą chłopak znał. Musiał wymyślać ją na bieżąco, bo czasami przyspieszał, a innym razem naciskał uparcie na jeden klawisz lub zapętlał dźwięk.

Grał płynnie i nagle fałszował. I tak w kółko.

Uważaj – Patryk usłyszał nagle głos Magdy, choć wcale jej przy nim nie było.

Zamknij oczy. Przestań patrzeć isłuchać.

Uciekaj, zanim ta historia cię zmieni.