Celownik - Blaže Minevski - ebook
Opis

Narrator, jednocześnie główna postać utworu, snajper, reprezentant świata chrześcijańskiego, kieruje strzelbę w stronę swego celu – muzułmanki, która ze swego punktu obserwacyjnego celuje z broni w jego stronę. Każde z nich może strzelić w ciągu sekundy, żadne nie wykonuje decydującego ruchu.

Doruntina – jak nazywa swoją przeciwniczkę narrator, nawiązując do bałkańskiej legendy o miłości, która przezwycięża śmierć - staje się niemą słuchaczką opowieści o dzieciństwie i dojrzewaniu bohatera, jego studiach literackich, wątek ostatnich wojen domowych toczonych na Bałkanach przeplata się z osobistymi doświadczeniami i przeżyciami autora. Liczne nawiązania do bohaterów dzieł literatury światowej sprawiają, że przeszłość miesza się z teraźniejszością, fikcja z rzeczywistością.

Konflikty zbrojne są tu tylko pretekstem do poszukiwania odpowiedzi na pytania najistotniejsze, dotyczące natury człowieczeństwa. Otrzymujemy uniwersalną opowieść o życiu i śmierci, miłości i nienawiści, bezsensie wojny, wewnętrznych konfliktach i absurdalności ludzkiej egzystencji.

Powieść uznana została przez krytyków mianem arcydzieła macedońskiej, a zarazem europejskiej i światowej literatury.

Tytuł znalazł się na liście książek zakwalifikowanych w tym roku do Nagrody Europy Środkowej Angelus.

Blaže Minevski - macedoński prozaik i dramaturg, urodzony w 1961 roku w Gevgeliji, ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie w Skopje. Jest autorem powieści, opowiadań i dramatów. Jego tłumaczona na wiele języków powieść Celownik (Нишан, 1997) otrzymała prestiżową nagrodę „Stale Popov” –  przyznawaną przez Stowarzyszenie Pisarzy Macedonii dla najlepszej prozy, tytuł powieści roku dziennika „Utrinski Vesnik“ oraz nagrodę Miasta Skopje – „13 listopada”. Z kolei powieść Gwiżdżący uzyskała nagrodę „Mistrzowie prozy” Fundacji Macedonia Present. Potwierdzeniem polularności Blaže Minevskiego są kolejne macedońskie wznowienia powieści Celownik oraz nagroda dla „Najczęściej czytanego autora”, którą na podstawie ilości wypożyczeń utworów pisarzy macedońskich we wszystkich bibliotekach publicznych w kraju przyznaje Narodowa i Uniwersytecka Biblioteka im. Św. Klimenta Ochrydzkiego w Skopje.

Utwory Blaže Minevskiego wydawane są w przekładach na inne języki. Powieść Celownik  ukazała się w języku angielskim, armeńskim, serbskim, słoweńskim, arabskim, chińskim i włoskim. Tłumaczenia na język serbski doczekała się jego powieść Ja, Tito i Myszka Miki, a na język bułgarski – powieści Powinniśmy zrobić zdjęcie, zanim zaczęliśmy się nienawidzić i Wyznania pewnego wilczomlecza.

Powieść Roku „Utrinski Vesnik”, 2008

Nagroda „Stale Popov”, DPM, 2008

Nagroda „13-ti Noemvri”, Miasto Skopje, 2009

Kandydatka do International IMPAC Dublin Literary Award, 2011

Celownik jest pierwszą powieścią autora wydaną w Polsce.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 495

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


zakupiono w sklepie:

Sklep Testowy

identyfikator transakcji:

1622637002389060

e-mail nabywcy:

[email protected]

znak wodny:

Powieść Roku „Utrinski Vesnik”, 2008 Nagroda „Stale Popov”, DPM, 2008Nagroda „13-ti Noemvri”, Miasto Skopje, 2009 Kandydatka do International IMPAC Dublin Literary Award, 2011

Tytuł oryginału: НИШАН

© Blaže Minevski, Skopje 2007

This edition is published by arrangement with Tempi Irregolari, Gorizia, www.tempirregolari.it

© Elżbieta Ćirlić, 2018

©Biblioteka Analiz, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody wydawcy jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Redakcja i korekta: Tomasz Karpowicz

Projekt okładki: Aleksandar Ćirlić

Opracowanie graficzne i skład: TYPO 2 Jolanta Ugorowska

Warszawa, 2018Wydanie I

ISBN 978-83-952611-3-8

Wydawca:

Biblioteka Analiz Sp. z o.o. ul. Mazowiecka 6/8

00-048 Warszawa

Tel. 22 828 36 31

www.rynek-ksiazki.pl Facebook.com/bibliotekaanaliz Facebook.com/WydawnictwoBibliotekaSlow

Wydanie dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu „Literatura”

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Marii i Teresie, moim pocieszycielkom i jedynej nadziei

„Przesłałem ci znak, Despino, żebyś o mnie pamiętała.

Nie minęły trzy lata,

a ty o mnie zapomniałaś…”.

Macedońska pieśń ludowa

1.

Słońce stoi nad zrujnowaną twierdzą, a ja kieruję karabin snajperski na drugi brzeg rzeki i patrzę na nią – patrzy prosto we mnie: trzymała mnie na celowniku przez dłuższy czas, zanim ją dostrzegłem. „Mogła mnie zabić, kiedy chciała”, pomyślałem, szukając powietrza w trawie, która falowała przede mną niby kałuża. Pod koszulą polową serce podskoczyło mi do gardła, a ja pomyślałem, że to świerszcz. Widzę ją przez celownik optyczny niczym zdjęcie z maturalnego tableaux, ona też patrzy na mnie. Ma duże, błękitne oko, jak niebo nad twierdzą: widzę nawet ziarenko wilgoci w jego kąciku. Zapewne długo patrzyła na mnie bez mrugnięcia. Ja, kiedy celuję, zamykam lewe oko; ona ma je otwarte, chociaż mnie nim nie widzi, jest daleko. Patrzę na jej jasne włosy przechodzące w pierwiosnki, jakby nie miały końca. Nie mogę dostrzec, gdzie się kończą jedne, a gdzie zaczynają drugie.

– Mogłaś mnie zabić, zanim cię odkryłem wśród pierwiosnków – mówię, pierwiosnków, jak powiedziałem, a ona mruga okiem, jakby przytakiwała, jakby czytała z ruchu moich warg. Widzę, jak trzymasz palec na spuście, tak samo jak ja: możesz we mnie trafić, tak jak ja mogę w ciebie. Wiem, że mnie widzisz tak, jakbym stał tuż przed tobą, a słońce migocze nad zrujnowaną twierdzą i dziwi się, i nie dowierza. A czas mija na naszych oczach jakoś obco, jak przeszłość, mówię, a ty jeszcze się uśmiechasz, patrząc prosto przez moje długie, nieme samogłoski. Mówię po cichu, ma się rozumieć, może ledwie poruszając ustami, patrząc, jak delikatnie drży lewy kącik twoich warg, tak jakbyś mnie rozumiała, jakbyś mi współczuła: będę cię nazywał Doruntina, mówię, a ty na mnie patrzysz przez celownik optyczny i z ruchu warg możesz przeczytać swoje imię. Twoje włosy są pełne żółtych kwiatków: tak jakby pierwiosnki rosły na tobie, wszędzie, dookoła, nawet w powietrzu. Będę cię nazywał Doruntina, powtarzam trochę głośniej, litera po literze, a ty znowu się uśmiechasz, mrugając lewym okiem, czyli że się zgadzasz, mówię, zgadzasz się, jak powiedziałem, czyż nie tak? I dopiero teraz słyszę, jak szemrze strumień, który przepływa obok mnie, dziesięć metrów dalej, ale też strumień, który wypływa koło twierdzy, przepływa obok ciebie i wpada do tej samej wody, do rzeki między nami, w dole. Wsłuchując się w ten szmer, nagle, jak we śnie, poczułem, że staję się historią, która sama się opowiada, ponieważ życie, mówię, życie, jak powiedziałem, jest z pewnością tym, o czym się opowiada. Opowieść, mówię, opowieść, jak powiedziałem, i widzę że mi czytasz z ust, i znów się uśmiechasz, ale palec trzymasz ciągle na spuście, na wszelki wypadek.

Jak szybko mija czas, Doruntina, mówię, czas, jak powiedziałem, i nic się nie zmienia. Jeżeli popłynę moim strumieniem do ciebie, zabiją mnie twoi; jeżeli ty popłyniesz swoim strumieniem do mnie, zabiją cię moi, mówię, a ty mrugasz lewym okiem, czyli rozumiesz, wszystko ci jest jasne, Doruntina, a rzeka w dole ciągle płynie, ta sama rzeka, tamta rzeka, co ją porwała z sobą jak tajemnicę. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem tylko jej kapelusz, jak podskakuje na falach i się śmieje. Kapelusz się śmieje, a rzeka płynie bez końca, jak teraz.

Widząc, jak się smutno uśmiechasz lewym kącikiem ust, pomyślałem, że ci zaproponuję, żebyśmy zaczekali, aż nadejdzie noc, a potem popłynęli razem do rzeki, mówię, rzeki, jak powiedziałem, ale nagle ktoś mocno uderzył mnie po tyle buta, mówię, trzasnął, jak powiedziałem, i położył się obok mnie, za ostami. Oczywiście, ty już widzisz, że bez najmniejszego ruchu, tylko kątem lewego oka, dostrzegłem lornetkę i spiczasty nos Siokury Pipidżana:

– Na co czekasz? – zapytał. – Strzelaj!

2.

„Będę cię nazywał Doruntina”, powiedziałem, a ty mrugasz lewym okiem na znak, że ci się imię spodobało. Wiedziałem, że ci się spodoba. Nawet Steve Liptoff, profesor kreatywnego pisania na Międzynarodowych Warsztatach Pisarzy w Iowa City, z zachwytem mówił nam, że legenda o Doruntinie to najpiękniejsza opowieść o miłości, jaką kiedykolwiek w życiu usłyszał. Być może dlatego właśnie z uporem się domagał, żeby nasz kolega, poeta Fatos Dedelli z Krui, wymyślał coraz to nowsze wersje opowieści o Doruntinie. Jak pewnie wiesz, miała ona dziewięciu braci – dziewięciu bohaterów. Kiedy nadszedł czas jej zamęścia, poprosił ją o rękę pewien bogaty człowiek, który mieszkał za dziewięcioma cmentarzami, za dziewięcioma górami. Ośmiu braci i matka nie zgadzali się na to zamążpójście, dlatego że to bardzo daleko, ale najmłodszy z braci, Konstantin, wyraził zgodę, dając słowo matce, że zawsze ilekroć ona zapragnie, uda się za dziewięć gór i za dziewięć cmentarzy i przywiezie siostrę do domu, mówię, żeby się uściskały, jak powiedziałem, a ja widzę, jak ci drży oko, a po szyi pełznie ciepły wiatr, rzeko moja głęboka. Minęły długie lata, jak wiesz, nastała straszna choroba, czarna śmierć, zaraza morowa, i jak chce legenda, jeden po drugim, zmarli wszyscy bracia, a matka oślepła i choć nic nie widziała, nadal prosiła Konstantina, żeby dotrzymał słowa, przywiózł Doruntinę do domu, aby mogła ją uściskać, aby mogła ją zobaczyć, aby mogła ją pobłogosławić. I tak dzień po dniu prosiła ze łzami w oczach, ale Konstantin nie nadjeżdżał, nigdzie go nie było.

Aż w końcu, pewnego dnia, najmłodszy syn usłyszał prośbę matki, wstał z grobu, a trumna od razu przemieniła się w konia. Dosiadł konia, mówię, konia, jak powiedziałem, i ruszył przez wszystkie cmentarze, żeby sprowadzić siostrę do domu. Kiedy przybył za dziewięć gór, zastał ją samą w morzu pierwiosnków: jej jasne włosy niczym złotą chustę rozwiewał nad trawą wiatr. Zatrzymał konia przed nią, a potem uniósł ją, posadził za sobą i ruszyli przez wszystkie cmentarze, przez wspomnienia z powrotem, mówię, widząc jak niebieskie ziarenko ześlizguje się z twojego oka i wpada w pierwiosnki. Kiedy przybyli w pobliże wsi, ujrzał ich starzec stojący na żałobnym wzgórzu: popatrzył na nich i nie mógł uwierzyć własnym oczom: „Widzę tam konia. A na koniu jadą żywy i martwy”. Nie mógł się nadziwić, obracając w ustach podmuch wiatru. A kiedy tak stał z ustami rozdziawionymi na wietrze, Konstantin i Doruntina już wjechali na podwórze i zeszli z konia. W podcieniach domu pogłaskał ją po włosach, jak się wydawało, albo tylko ją poprosił, żeby sama weszła na górę, a on tymczasem przywiąże konia za domem. Wchodząc po schodach, Doruntina nie widziała, jak pośpiesznie skręcił za bramą, żeby wrócić jak najprędzej do swojego pustego grobu, mówię, grobu, jak powiedziałem, aż tu nagle zamajaczył cień Fatosa Dedellego, jakby on tu był, i rozległ się jego cichy głos, a profesor Steve Liptoff zaczął z entuzjazmem zacierać ręce w oczekiwaniu na zakończenie opowieści. I tak też się stało – opowieść potoczyła się dalej z Doruntiną w izbie na górze: jak tylko weszła, czytał Dedelli na lekcji kreatywnego pisania w Iowa, od razu zobaczyła matkę siedzącą przy oknie, ale nie wiedziała, że jest ślepa:

– Kto to? – zapytała staruszka.

– Doruntina – odpowiedziała dziewczyna i uklękła.

– Czy ty mnie nie okłamujesz, a może ty jesteś czarna śmierć, która mi zabrała synów, a teraz przyszła po mnie?

– Ja jestem Doruntina, matko, twoja córka – powiedziała i położyła głowę na kolanach staruszki, a włosy jej opadły na podłogę i rozlały się po izbie jak woda ze źródła.

– Kto cię przywiózł? – zapytała matka.

– Konstantin – odpowiedziała.

– Konstantin… dawno nie żyje – wyszeptała staruszka, głaszcząc ją po głowie, zanim sama całkiem nie stopniała jak płatek śniegu we włosach Doruntiny.

A potem wszyscy chuchaliśmy w dłonie, jakbyśmy mieli kawałki lodu pod paznokciami. Profesor Steve Liptoff był niewątpliwie zadowolony z nowej wersji legendy Fatosa Dedellego, gdyż w przeciwnym razie machnąłby ręką tak, jakby chciał przepędzić z nosa natarczywą muchę, lub wrzuciłby kredę do kosza na śmieci. Tym razem nowa wersja opowieści najwyraźniej go oczarowała. Mnie także, ma się rozumieć. Dlatego chcę, żebyś była Doruntina, mówię, dlatego, jak powiedziałem. I dlatego jesteś Doruntina. Teraz, kiedy widzę cię osiem razy bliżej, dochodzę do wniosku, że żadne inne imię nie pasowałoby do ciebie. Do ciebie pasuje właśnie takie najpiękniejsze imię, wieczne imię, dlatego że imiona w legendach nigdy nie umierają. Gdyby jednak nie było tego dziwnego poety z miasta Kruja, nie dowiedziałbym się, że istnieje takie imię; gdyby nie było tego wszystkiego, co się obecnie dzieje, nie byłbym w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo jesteś piękna – ponieważ Dedelli nie cierpiał opisów i długich zdań: wyjechał z Iowa trzy miesiące wcześniej niż ja, a po moim powrocie dowiedziałem się, że odniósł obrażenia w zamieszkach wywołanych przez opozycję w Sarandzie. Potem ktoś mi powiedział, że żyje, ale niestety stracił lewą rękę. Nie wiem, co tu jest prawdą, Doruntina. Wiem tylko, że wiele razy śniłem cię taką jasnowłosą jak w opowieści, mówię, opowieści, jak powiedziałem, i przezroczystą jak szklanka zapocona od wewnątrz oddechem: czarodziejkę z małym pieprzykiem nad lewym kącikiem ust. Taką samą, jak cię widzę teraz, Doruntina.

Gdyby wiedział kapitan Siokura Pipidżan, że patrzę na ciebie, że cię namierzyłem, że mam cię na celowniku, a nie strzelam, od razu by mnie zastrzelił za ołtarzem, pod oknem. Czerwony kwiat mleczu z mojej krwi zakwitłby wówczas na ścianie w tynku z czasów Bizancjum, a potem z nogą opartą na moich zwłokach kazałby zatrąbić kilka razy Ottonowi Trębaczowi na znak szacunku i uznania. Teraz jest wściekły z powodu śmierci Echa Wrzaskuna, najstarszego ochotnika w oddziale, jakiegoś jego zastępcy. Zginął, zanim się tu pojawiłem: załatwiał się, za przeproszeniem, za ścianą cmentarza, a nie wiedział, że właśnie ta część ogrodzenia schodziła w dół, otwierając pustą przestrzeń w kierunku twierdzy za rzeką. Pozostał w pozycji klęczącej z dokumentem, który mu wcześniej dałem: trzymał go w rękach, jakby się nic nie stało, jakby czytanie sprawiało mu przyjemność. Dopiero jak go wyciągnęli, widać było, że jest trafiony w usta. Ja akurat wtedy wychodziłem z cerkwi. Zamknąłem za sobą drzwi, a kapitan Siokura Pipidżan od razu oczami wskazał mi kierunek cmentarza – wskoczył do okopu przede mną, zanurkował głową, kopnął bryłki ziemi i zaczął biec dokądś pod górę, przed siebie, dalej, zawadzając ramionami o popękaną ziemię osuwającą się po bokach. Szliśmy szybko bez słów, nie powiedział, dlaczego ani dokąd się śpieszymy. Klął przy tym na czym świat stoi, mruczał coś pod nosem i dmuchał na mrówki, potem nieco zwolnił, mówiąc, że to ja osobiście muszę wykonać tę robotę. Jak doszliśmy na miejsce, zająłem pozycję za łodygami ostu, jak już wiesz, i wtedy Siokura Pipidżan powiedział, że mam zlikwidować snajpera, który w ciągu trzech dni zabił dziesięciu naszych chłopaków, łącznie z Echem Wrzaskunem:

– Albo ty, albo on! – splunął, cofnął się do okopu, przeklął mrówki i biegnąc, oddalił się gdzieś na dół, może w stronę cerkwi, nie wiem.

No tak, co by ci tu jeszcze powiedzieć, Doruntina: kiedy cię ujrzałem wśród pierwiosnków, ujrzałem siebie samego, to, co jeszcze pamiętam jako ja.

Jeszcze zanim tu przybyłem, zanim mnie zabrali na front, przydarzyło mi się to najgorsze. Właściwie wydarzyła się wielka tragedia, coś, co mi zniszczyło karierę i życie, jeżeli to w ogóle było życie, zrozumiałe. Moja pierwsza i jedyna powieść – ta, którą wydałem po powrocie z Iowa, którą uznano za arcydzieło i natychmiast przetłumaczono w krajach sąsiednich – nagle rozbiła się z hukiem, przepadła jak potok w otchłani, zniknęła razem ze mną.

Pozostało mi tylko zamrożone moje biedne imię. Później, jak będzie czas, a czas to ty, powiem ci, co się wydarzyło, co mnie spotkało, jak ucierpiałem. O, widzę, że się uśmiechasz, czyli mnie zrozumiałaś. Teraz patrzę na twój okazały karabin otoczony pierwiosnkami: mieni się, podparty na białej ręce, leży spokojnie na twoim przedramieniu, delikatnym i cienkim jak gladiola. Wiem dobrze, że jak tylko czerwona plamka celownika laserowego wskaże cel i przyklei się do czoła niczym owad, to już koniec, chociaż ofiara może być oddalona o cały kilometr, i co ciekawe, nawet nie mieć pojęcia o tym, że właśnie patrzysz na nią jak na okrągłe zdjęcie z maturalnego tableaux. Masz mocny karabin snajperski, Doruntina. Widzę, mówię, widzę, powiedziałem, i wiem. Jestem pewny, że to snajperski karabin „Heckler-Koch, SG 1”, doskonała maszyna do zabijania; naciskasz spust, a pocisk już wie, jak zadziałać. Ale ty nie nacisnęłaś… I nadal nie naciskasz, i ciągle jeszcze nie naciskasz…

Dlaczego, Doruntina, dlaczego czekasz, mówię, otwierając na chwilę lewe oko, które widzisz. Ja je otwieram, a ty mrugasz kilkakrotnie swoim, wzdychasz i wypuszczasz powietrze w pierwiosnki: żółte kwiatki mienią się jak po deszczu, jak podniecone motyle. Za tobą, na lewo od twierdzy, tuż nad powaloną cerkwią Ścięcia św. Jana, błyszczy wysoko minaret meczetu. Właśnie w tej chwili słyszę, mówię, słyszę, jak powiedziałem, jak muezin, klęcząc na galeryjce nadbudowanej na minarecie, wzywa na modlitwę tych w okopach. Hodża, mówię, hodża, jak powiedziałem, w minarecie, chociaż może to tylko głośnik. Jest piątek, południe prawdopodobnie. Przypuszczalnie wszyscy z okopów wkrótce wejdą do meczetu: zajmą miejsca w rzędach przed półokrągłym wgłębieniem w przedniej ścianie, które jest odniesieniem dla każdego, ponieważ tylko wtedy jest się zwróconym ku Mekce, i zaczną mamrotać z otwartymi dłońmi, dotykając kciukami swoich uszu. Będą szeptać „Allahu Akbar”, jeśli się nie mylę, będą odmawiać modlitwy, mówię, modlitwy, jak powiedziałem, i będą bić pokłony. Bóg jest wielki, ale życie jest wszystkim, co mamy: jego strata jest największą stratą dla każdego. Oprócz mnie, jak wiadomo. A to dlatego, że ja go nie mam.

Profesor Steve Liptoff, ze wspomnianych warsztatów w Iowa City, zażyczył sobie, żebyśmy przestudiowali wszystkie religie w ramach przygotowań do opowiadania o raju i piekle, które mieliśmy następnie napisać. Więc chciałbym wyznać, że bardzo mi się podoba wasz raj, który, co ci zapewne wiadomo, jest ogrodem z wieloma rzekami, na podobieństwo tej, którą moglibyśmy zobaczyć na dnie wąwozu, gdybyśmy na moment zerknęli w dół. Oczywiście nie możemy, dlatego że nie wolno nam oderwać się od celownika, mimo że zarówno mój, jak i twój strumień płyną w tej samej rzece, Doruntina, a dookoła rosną wprawiające w zachwyt kwiaty i owoce, zupełnie jak w raju. Czy to taki raj śni się tym z długimi brodami, którzy z radością giną od pocisków naszych snajperów, samolotów i artylerii? Czy właśnie taki, Doruntina? W cieniu drzew pewnie piją wino, co było im zakazane na ziemi: wino, które nie upija. Puchary podają im przystojni chłopcy, a czarnookie uwodzicielskie dziewczęta dbają o zaspokojenie każdej ich przyjemności, mówię, przyjemności, jak powiedziałem, i widzę, jak się uśmiechasz, a skradający się wietrzyk rozwiewa włosy na twoich ramionach. Ponownie otwieram lewe oko, mówię, oko, jak powiedziałem, i przez chwilę oceniam, jak daleko jesteś, kiedy nim patrzę, a jak blisko – kiedy patrzę na ciebie drugim okiem. Przymykam oko, przerażony odległością, i znowu widzę cię leżącą wśród pierwiosnków z karabinem skierowanym w moją stronę. Tak, Doruntina, to „Heckler” bez wątpienia! Znam dobrze każdą jego część: już w szkole podstawowej zbierałem wszelkie informacje o karabinach drukowane w gazetach i czasopismach specjalistycznych, a nawet byłem członkiem klubu strzeleckiego Falanga. Z karabinu snajperskiego kosiłem kwiatki na tarczy. Pamiętam, jak z odległości sześciuset metrów z włoskiej beretty, z sześcioma pociskami, udało mi się trafić do małego rozkwitłego pierwiosnka. Wraz z zapachem, ma się rozumieć. Wstrzymując oddech, patrzyłem na niego przez celownik optyczny. Mój dowódca Siokura Pipidżan zna to: był mistrzem karabinu małego kalibru. Tak, „Heckler”, Doruntina, „Heckler”! Masz „Hecklera”, to jest „Heckler”.

W odróżnieniu od celownika na mojej „Czarnej Strzale”, który ośmiokrotnie zbliża cię do mnie, ty widzisz mnie powiększonego dziesięciokrotnie. Możesz mi przyłożyć palec do oka; możesz zobaczyć, że od trzech dni nie zmrużyłem oka; możesz zobaczyć, że mój nos jest jak pomidor, pogryziony przez komary czy pająki, co za różnica; nawet możesz zobaczyć mój znak szczególny między brwiami, bliznę z czasów, kiedy zostałem sam i chciałem dołączyć do swoich w raju. Nie udało mi się dołączyć do nich, ale udało mi się pojąć, że raj istnieje jedynie po to, żeby zrozumieć życie na ziemi.

Dlaczego nie strzelasz, Doruntina? Zrób to, nim się pojawi Siokura Pipidżan; nie chcę się zhańbić przed nim. Masz prawo to zrobić: mogłaś mnie zabić, nawet gdybym cię nigdy nie widział. Jednak pozwoliłaś mi cię ujrzeć – i to wystarczy. Jestem pewien, że nie ma takiego snajpera, który by na to pozwolił; ja też nie, Doruntina, uwierz mi, mówię, uwierz, powiedziałem, a źdźbła trawy maszerują, regulują oddech, równają szyk i stają na baczność, szykując się do strzału, czekają na rozkaz i żeby mnie zapiekło coś w piersiach i opadła czerwona kurtyna przed oczami. Nawet trawy czekają na moją zhańbioną krew, Doruntina. A przed chwilą, zanim tu przyszedłem, byłem w dzwonnicy. Nasz dowódca, Siokura Pipidżan, ten, którego na pewno widziałaś, nim zająłem swoją pozycję za ostami, sądził, że wasz główny snajper jest w meczecie. Wyciągnął mnie z okopu, w którym nadaremnie czekałem, że się coś pojawi na moście, zaprowadził do dzwonnicy i wskazał na meczet. Po południu zauważyłem jakąś szarą postać, w kształcie dyni, i jedną brew nad krawędzią galeryjki muezina, ale spudłowałem; pocisk trafił wyżej, w ścianę minaretu. Tuż po tym poranku, kiedy zginął Echo Wrzaskun, jakiś wasz człowiek, prawdopodobnie nasz szpieg, przekazał informację o tunelu pod twierdzą; powiedział, że z tego tunelu wychodzicie na wzgórze z pierwiosnkami i stamtąd trzymacie na muszce cały teren wokół cerkwi. Dlatego jestem tutaj, mówię, dlatego, jak powiedziałem, patrząc, jak powoli zginasz palec na spuście. Teraz widzę, że Siokura Pipidżan miał rację: „Następny błąd będzie cię kosztował życie”, powiedział, prowadząc mnie tutaj. To on wybrał to miejsce za ostami i stwierdził, że stąd nikt się nie uratuje przed moim karabinem: „Będziesz czekał i się doczekasz”, powiedział i poszedł.

A na kogo mam czekać, Doruntina, na kogo mam czekać, skoro ty mnie miałaś na celowniku, zanim cię namierzyłem wśród pierwiosnków? Błąd został już popełniony, mówię, błąd, powiedziałem, i nagle ponownie przypomniał mi się profesor Steve Liptoff: „We wszechświecie – mówi – w kosmosie, nie ma błędów. Błędy istnieją tylko wówczas, kiedy patrzymy stąd naszymi oczami”, dodał, odnosząc się do mojej pierwszej i jedynej powieści, którą zacząłem pisać pod jego kierunkiem w Iowa City, w stanie Iowa, w USA. Teraz wiem, że cytował optyka Benedicta van der Brucha, chociaż nigdy nie mówił wyraźnie, co jest jego, a co – cudze, więc najczęściej sprawiał wrażenie, że wszystko, co powiedział, zostało powiedziane po raz pierwszy i tylko on wpadł na to: „Jeżeli błędy nie istnieją bez nas, to i my nie istniejemy bez nich – miał zwyczaj mówić, przechadzając się po sali. – Każdy błąd rodzi nowy błąd. Dlatego popełniaj je bez obawy, że je popełniłeś” – powiedział i uśmiechnął się, zezując, po czym wrzucił kredę do kosza przy tablicy. I wyobraź sobie teraz, Doruntina, że Steve Liptoff i Siokura Pipidżan, chociaż nic nie wiedzą o sobie, nawet o swoim istnieniu, tu i teraz mają to samo zdanie w odniesieniu do istoty błędów w kosmosie! Chodzi o globalny błąd ewolucji, Doruntina, nic nie może się zmienić; życie jest tylko nieudaną próbą korekty błędów: „Każde życie – mówi Siokura Pipidżan, idąc przede mną przez okopy – znaczy także twoje życie, mój generale – i uśmiecha się, psia mać, mówi – istnieje tylko w swojej własnej śmierci. Śmierć jest błędem kosmicznym bez możliwości korekty. Życie jest częścią śmierci, a nie śmierć – częścią życia. Zrozum to, a będzie ci łatwiej”.

„A tak w ogóle, to czy jest ktoś taki, kto żyje tu i teraz, a nikt przed nim nie umarł dla niego? Nie ma. Czy jest ktoś, kto nie umarł, a żył? – mówi. Nie ma, psia mać, nikogo takiego. Życie to ogon, a śmierć – usta. Zamknięty krąg. Wszystkie żywoty są powiązane ze sobą jak wiatr i wietrzyk – mówi i staje na końcu okopu. – Tutaj za tymi ostami – powiedział – będziesz czekał na swój cel. Oni mają tunel pod twierdzą” – zakończył i jak wiatr, jak wietrzyk, oddalił się przez okopy do obozu, do cerkwi, chyba. Osty nie mogły się nadziwić głupocie, że mam się za nimi schować, leżeć i wierzyć, że mnie nie widać.

W każdym razie ty jesteś tutaj, Doruntina; przez celownik optyczny mojej „Czarnej Strzały” widzę pieprzyk na twoim policzku; dostrzegam rzęsy na twoim lewym oku, uśmiech w kącikach ust, czerwonych i soczystych, z drobnymi kropelkami, które pobłyskują jak rosa na korze arbuza. Patrząc tak na ciebie w zbliżeniu, pomyślałem, że jesteś stworzeniem o zadziwiającej inteligencji, osobliwym wdzięku i wolnej woli, jak by powiedział Jorge Julio Gabriel Eberte z Cúcuty, kolega z kursu w Iowa City, a dzika leszczyna obok ciebie drży, wzburzona na wietrze. Widzę kuty pierścionek na twojej lewej ręce, widzę odpięty guzik na twojej koszuli kamuflażowej, takiej w kolorze trawy, bardziej jednak żółtej niż zielonej, mówię, koszuli, jak powiedziałem, i widzę jeszcze kawałek twoich białych piersi wśród pierwiosnków, i małego motylka, jak sfruwa, żeby zebrać wilgoć z rowku między nimi; o, i jeszcze łańcuszek znikający pod koszulą: łańcuszek z płytką z twoimi danymi, też mam taką; twoja koszula znika wśród pierwiosnków, natomiast moja tak jakby przypomina trochę te osty, a nawet popękaną ziemię wokół nich. Może właśnie dlatego, Doruntina, może ze względu na twoje włosy, i twoją koszulę, takie same jak wszystko wokół, mówię, włosy, jak powiedziałem, i ze względu na twarz z odblaskiem pierwiosnków, nie mogłem cię od razu odkryć i namierzyć. A jak cię dostrzegłem, to ty już miałaś mnie na celowniku. A i teraz, kiedy cię widzę, ledwie odróżniam twoją cienką szyję między łodyżkami, twoje ręce pomiędzy kwiatami, mówię, ręce, jak powiedziałem. Jesteś taka jak one, a jednak się różnisz: człowiek musi znaleźć sposób, by cię znaleźć wśród pierwiosnków. Jeśli się nie mylę, jesteś tu od wielu dni; najwyraźniej czekałaś, bym się pojawił, i w końcu, proszę bardzo, jestem, a ty mnie przywitałaś: masz mnie na celowniku, Doruntina, mówię, masz mnie, jak powiedziałem; wystarczy tylko, byś nacisnęła spust. Po ręce i oku widać, że jesteś precyzyjna, zachowujesz zimną krew, i cierpliwość, to widać. Być może jesteś najlepszym snajperem na lewym brzegu. A jaka jesteś piękna, Doruntina, jaka piękna, mówię, tego nawet Fatos Dedelli nie potrafiłby wyrazić słowami! Udałbym się w drogę za wszystkie cmentarze tylko po to, żeby pogładzić twoje włosy, ale wiem, że gdybym tylko zaczął schodzić wzdłuż swojego strumienia, już wyschniętego strumienia, Doruntina, to jeśli nie ty, to twoi na pewno z przyjemnością by mnie zabili. To samo przytrafiłoby się tobie, możesz być pewna: jeśli ruszysz wzdłuż swojego strumienia, mówię, strumienia, jak powiedziałem, natychmiast zabiją cię moi. Widzę motylka, który sfrunął w pierwiosnki do ciebie, tak, ten motylek, Doruntina, motylek, jak powiedziałem. Właśnie fruwa przed tobą, przed celownikiem! A ja chciałbym, żeby przyfrunął do mnie i szepnął coś miłego, coś delikatnego i cichutkiego: coś, co bym zapamiętał na zawsze. Ale u mnie, tutaj, na tym suchym kopcu, nie ma nawet trzmiela, a cóż dopiero motyla. Cóż mógłbym ci podarować, Doruntina? Wiem, że mi nie wolno ruszyć ręką – nie mogę ci pokazać notesika, który mam zawsze w lewej kieszeni. W niej, Doruntina, w lewej kieszeni, mam Lubę, mówię, Lubę Biełozorską, jak powiedziałem, drugą żonę Jurija Andriejewicza Strielnikowa. Tutaj, w tym notesiku, są jej słowa: „Jeśli istnieje coś, co może zastąpić miłość, to są to wspomnienia”. Tak więc ją, moją Lubę Biełozorską w lewej kieszeni, przy sercu, mówię, sercu, powiedziałem, i wspomnienia o twoim motylku, daję tobie; wspomnienia, Doruntina, mówię, wspomnienia, jak powiedziałem, i nagle wraz z tobą, rzeko moja głęboka, jak wiatr, jak wietrzyk, wracam do Iowa.

Z powrotem do Iowa!

3.

Przyjechałem do Iowa City pod koniec deszczu: ostatnie krople spływały mi po rękach, droga prowadząca do college’u parowała jak koc nasiąknięty deszczem. Zostałem stypendystą Międzynarodowej Szkoły Kreatywnego Pisania. Przez następnych dziewięć miesięcy będę się uczył, jak napisać powieść, pomyślałem sobie. Profesor Steve Liptoff, pisarz w średnim wieku, co już dawno zapomniał o swoich słowiańskich korzeniach, od razu na początku zaznaczył, że talent to kara, a następnie jednym tchem wyliczył, iż w 1553 roku, w Genewie, żywcem spłonął na stosie naukowiec Servetus, oskarżony z powodu dzieła o osiągnięciach medycznych, w 1600 roku w Rzymie spłonął Giordano Bruno z powodu książki o nieskończoności wszechświata „Dell’infinito, universo e mondi”, dziewiętnaście lat później publicznie był puszczony z dymem jego uczeń Vannini, ponieważ napisał książkę „O dziwnych tajemnicach natury”, a następnie – Thomas Lachierre za swoją „Historią ciała ludzkiego” i wielu innych. – Jeśli chcesz być pisarzem – mówi – zawsze miej na uwadze to, że czytelnik nie zawsze może czy też nie musi cię zrozumieć, ale zawsze ma prawo cię spalić, jeśli nie spodoba mu się to, co napisałeś. Zrozumiałe, do tego wcale nie jest potrzebny stos: stosem jest on, czytelnik, mówi. Z popiołu serca nie ma dymu dla uciechy. Rzecz w tym, że przestajesz istnieć, mimo że być może nadal żyjesz. Chcę, żebyście się nauczyli, a właściwie, chcę was nauczyć, że świata nie mogą zmienić wymyślone opowieści, ale te prawdziwe: w jeszcze mniejszym stopniu. W rzeczywistości każdy dobry autor powinien tylko napisać swoją powieść, która będzie dla niego prawdą. Przy czym jeden fakt rzeczywisty przypada na dwa wymyślone. Powieść nie jest rzeczywistością, ale też rzeczywistość nie jest powieścią; czytelnik nie wierzy w prawdziwą, lecz w przekonującą opowieść. Przyszłość nowej literatury należy do informacji, która wymyślone fakty czyni realnymi – powiedział Steve Liptoff na pierwszych zajęciach. – Dlatego literatura jest związana z pamięcią i wspomnieniami, a nie z jakimiś tam muzami, stąd wszystkiego, co zostanie zapomniane, będzie wam później brakowało – dodał, zaklaskał w ręce, odwrócił się, zrobił kilka kroków koło katedry i od razu zrozumiałem, że jest dobroduszny: energicznie przebierał nogami a dwa placki na tyłku połyskiwały mu jak talerze w orkiestrze perkusyjnej. – Pisarz nie może interpretować – kontynuował – nie może wyjaśniać faktów z życia, tylko ma je opisywać, po to, aby je w jak największym stopniu ożywić i uprawdopodobnić. Tak twierdzili inni, tak twierdzę ja, i tak jest. Rzeczywistość to fikcja; fikcja to rzeczywistość. Tyle na dzisiaj, cytat zamknięty, shit sorry – zakończył, odpędzając z nosa natrętną muchę, wspiął się na palce, wykonał obrót i, niezwykle szybko, prawie jak chodziarz na bieżni, ruszył ku drzwiom. Pośladki mu dzwoniły jak dwa mosiężne talerze. Było słychać, nawet kiedy wyszedł.

– To co jest tutaj rzeczywistością, a co fikcją? – zapytał ktoś z drugiego rzędu.

Odwróciłem się i zobaczyłem, że to Jorge Julio Gabriel Eberte.

– My w Cúcucie – zaczął – w południowej Cúcucie – dodał, porządkując papiery w teczce kolorowej jak papuga – my nie mamy problemu z prawdą, amigo. My mamy problem z rzeczywistością. Nikt, ale to nikt, amigo – powiedział – nikt nam nie wierzy, że piszemy o czymś, co się naprawdę zdarzyło!

– Nam też – powiedziałem, zwrócony ku niemu bokiem.

– Nasza rzeczywistość jest nieprawdopodobna. – Eberte wstał, poprawił krzykliwą koszulę, i teraz, oparty na swoich ptasich rękach, przypominał papugę z opowiadania o Don Bino di Padre Bambino, lekarzu o zapachu gorzkich migdałów. Miał nawet takie kudłate włosy na czubku głowy: zupełnie jak papuga, która przed chwilą uciekła z garnka z zupą, pomyślałem sobie. Jednak, pięć minut później, idąc ścieżką w kierunku domu studenta, a dokładnie – apartamentów akademickich Mayflower, Jorge Julio amigo Eberte już chichotał i opowiadał o pewnej Cecylii Gonzalez Pisano, dziewczynie o zadziwiającej inteligencji, osobliwym wdzięku i wolnej woli, która mieszkała ze swoją ciotką arystokratką w domu zbudowanym w stylu kolonialnym i tonącym wśród słoneczników, naprzeciwko liceum, do którego uczęszczał. Po czym przeszedł na jakąś Letycję Cabrera Cucre, kobietę o abisyńskim profilu i kakaowej skórze, swobodnej w łóżku, o dzikich i męczących orgazmach i z instynktem miłosnym przypominającym rozwścieczoną rzekę. Mieszkała ona w małym domu koło cmentarza, więc sąsiedzi się skarżyli, że swoim skowytem zaspokajanej suki niepokoi zmarłych. Grabarz ich uspakajał i powiedział, że któregoś dnia zmusi ją do tego, żeby zagryzła poduszkę! I zagryzła. „Gdzie tu fikcja, a gdzie rzeczywistość, skoro wszystko jest prawdą?” – zapytał nerwowo Eberte, a ja i Fatos Dedelli wzruszyliśmy tylko ramionami, bo nie mieliśmy pojęcia, jak go pocieszyć. Przez następnych kilka dni myśleliśmy tylko o Letycji Cabrera Cucre, śniliśmy cmentarz, poduszkę i szczęśliwą sukę.

Widzisz, Doruntina, widzisz na pewno, to wspomnienie z Iowa sprawiło, że na chwilę otworzyłem lewe oko, ale zmrużyłem prawe, a ty nagle zniknęłaś, nie ma cię w polu widzenia celownika. Teraz widzę cię ponownie, ale się już nie uśmiechasz lewym kącikiem ust. Również lewe oko, które zawsze było otwarte, teraz jest jakby mniejsze, przymrużone: „Chyba coś się dzieje”, pomyślałem i wstrzymując oddech, przyciskam prawe oko do celownika i dostrzegam stojącego za tobą człowieka z długą brodą. Słońce świeci mu na plecy, mówię, plecy, jak powiedziałem, a cień pada na pierwiosnki, zaciemnia je. Stoi pochylony, na szeroko rozstawionych nogach, z wybałuszonymi oczami, za drżącą trwożnie gałązką leszczyny: rozparty, szczerzący kły jak pies, kiwa głową, macha ręką. Chyba coś mówi, bo broda porusza listkami i się trzęsie, mam wrażenie, że się za moment odklei. Ręką pokazuje na meczet, a potem tutaj, prosto na mnie, dokładnie na osty na kopcu. Raczej mnie nie widzi, mówię sobie, właściwie nie może mnie dostrzec gołym okiem, dlatego że stąd do drugiego brzegu rzeki będzie w linii powietrznej co najmniej sześćset metrów. Przywieram do ziemi za ostami, zamykam usta i dostrzegam, że ten człowiek nie ma ręki, nie ma lewej ręki: rękaw mu bezwładnie zwisa z ramienia, majta się na wietrze. Ma jakieś czerwone emblematy na kieszeni i berecie. Wyraźnie widzę, że jest bardzo zły: widzę, jak mu oczy skaczą jak dwa ciemne owady zaplątane na twarzy. Jego zarost jest tak gruby, że widać tylko dwie dziurki, na oczy. Nie widzę jego ust, nie wiem, co mówi. Coś jest zły na nią: może ją pyta, dlaczego mnie jeszcze nie zabiła, może jej mówi, że rano został ciężko ranny ich łysy snajper na minarecie, mówię sobie. Ona wie, że to ja strzelałem do niego, już jej to powiedziałem, ale powiedziałem, że nie trafiłem: myślałem, że nie trafiłem. Z tego, co mogę zobaczyć, Doruntina jest opanowana: twarz ma całkiem spokojną, tylko zniknął jej uśmiech w lewym kąciku ust. Człowiek-broda ciągle wymachuje swoją jedyną ręką, wskazując na ten brzeg rzeki, na prawy brzeg: macha i stoi pochylony, wydaje się, że za chwilę upadnie na nią i ją sobą nakryje. Moja „Czarna Strzała” ma kaliber 12,7 milimetrów, jest wyposażona w tłumik ognia i dźwięku, więc właśnie teraz, kiedy jest nad nią pochylony, kiedy wrzeszczy dokładnie nad jej głową, mogę odrzucić go w leszczyny albo przykleić do ściany twierdzy, wszystko jedno.

Właściwie to jednym pociskiem mogę załatwić ich dwoje: pocisk, który przeleci przez głowę Doruntiny, trafi go w samo serce. Wiem, że mógłbym to zrobić: mogę mu wyciąć pierwiosnka na piersiach, jeśli zechcę, ale zużyję niepotrzebnie pięć pocisków. Jednak – nie! W żadnym razie, mówię sobie, nie zasłużył na kulkę z zapachem Doruntiny; teraz, w takiej sytuacji, nie zasługuje na żadną kulkę, chociaż czuję, jak mi drży palec na spuście, patrzę, jak mu podskakuje broda na szyi, jak się prześlizgują oczy, jak kiwa głową. Uspokajam palec i zmniejszam napięcie: nie zasłużył, żeby umrzeć obok niej, mówię sobie. „Milcz, Doruntina – mówię – milcz, jak powiedziałem. – On nie wie, że mnie widzisz. Gdyby wiedział, na pewno od razu by cię zabił, tak jak i mnie by zabił Siokura Pipidżan, bez zastanowienia, uwierz: jedna kula w ciemię i po wszystkim, bez zmrużenia oka. Albo by cię zarżnął, Doruntina, żeby było ciszej. Jednak myślę, że chętnie by cię zarżnął, aby poczuć w rękach twoje słabnące ciało: twoja krew by przemieniła pierwiosnki w maki, w wiosnę bez życia. Brodaci bardzo lubią zarzynać: odciąłby ci głowę jak barankowi. Mają takie specjalne noże ostre, wyklepane, z dwoma ostrzami: chwytają cię za włosy nad czołem, pociągają głowę do tyłu, krtań się zaciska, napina się pod brodą jak żyła – cyk – i po wszystkim. Widziałem w telewizji, jak zarzynają związanych jeńców: najpierw ich zachęcają, żeby się uśmiechnęli i pomachali rodzinie. Tę kasetę potem puszczają w telewizji, a na drugiej, którą zachowują dla siebie, chwytają ich za włosy, od tyłu, i od razu podcinają gardło, ofiara słyszy tylko „sguisss”, co, jak by powiedział mój kolega Giambattista Bodoni z „Wyspy dnia poprzedniego”, znaczy po prostu „sguisss”, i nic więcej, a głowa już wisi w ręce kata, krew kapie z ręki jak z wilgotnej szmaty. Ciało pozbawione głowy podskakuje po trawie, przechyla się do tyłu na plecy, jakby chciało wstać. Nogi próbują kroczyć, śpieszą się dokądś, a oni, mówię, oni, jak powiedziałem, tacy jak Bezręki za tobą, oglądają martwą głowę, obracają jak lampę, wymachują nożami i się cieszą. Potem robią zdjęcia z nogą w bucie opartą na głowie. Oglądałem te sceny, Doruntina, mimo że przed ich emisją ukazała się informacja, że zawierają one drastyczne momenty. Jak można zarżnąć człowieka, mówię, człowieka, jak powiedziałem, jeżeli wiesz, a powinnaś wiedzieć, skoro jesteś człowiekiem, że ma wspomnienia jak ty, że ma matkę, że może ma dzieci, tak jak ty, jeśli jesteś człowiekiem. Ciekaw jestem, rzeko moja głęboka, czy oni naprawdę nie czują bólu w krtani, kiedy przykładają nóż z pocałunkiem śmierci, mówię, pocałunkiem, jak powiedziałem, czy ich nie oparzy krew, kiedy pryśnie na kciuk jak stopiony cukier. Milcz, Doruntina, powtarzam, i myślę sobie, co by było, gdyby Bezręki jeszcze trochę poczekał albo gdyby był uprzejmy postać tak, aż słońce zajdzie za twierdzę. Wtedy moim laserowym markerem usiadłbym mu na czole jak robaczek świętojański, a on by nawet nie zdążył mrugnąć i już byłby załatwiony, wyeliminowany, psia mać, jak by powiedział Siokura Pipidżan, zlikwidowany. Pomyślałem jednak, że to też nie byłoby dobrym i rozsądnym rozwiązaniem, dopóki on nie przesunie się choćby o dwa kroki od ciebie, bo gdyby pozostał tu, gdzie stoi, upadłby dokładnie na ciebie, a ty jesteś tak delikatna, tak czysta, nie mogę pozwolić na to, by cię skalał taki śmieć, takie cuchnące zwierzę, oślizgły gnój bez ręki, gówno w kształcie człowieka, stwór z dwiema dziurkami w brodzie zamiast oczu.

Zaczekaj, Doruntina, nie ruszaj się z miejsca, mówię, nie ruszaj się, jak powiedziałem, teraz ten się trochę wyprostował i wrócił na poprzednie miejsce. Teraz, kiedy wiatr szeleścił w liściach leszczyny, podczas gdy on trzyma się gałęzi i wciąż wrzeszczy, nie przestaje wrzeszczeć, mówię, teraz mógłbym mu przykleić znaczek na czole, od razu go zabić, bo wiem, że wpadnie w krzaki, zanim sobie uzmysłowi, że widzę go zza kopca naprzeciwko, widzę go jak na dłoni i mogę go trafić trzema pociskami, zanim upadnie. Jedna sekunda – jeden pocisk, trzy sekundy – trzy pociski. Jeżeli będzie padał powoli, mogę nawet sześcioma. Wiesz, Doruntina, prędkość pocisku wynosi osiemset dwadzieścia metrów na sekundę, a moja „Czarna Strzała” może nawet zestrzelić helikopter albo zabić pilota w samolocie podczas startu i lądowania. Trzymam palec na spuście: kto wie, co się wydarzy właśnie w tej sekundzie, mówię, sekundzie, powiedziałem. On może ci rozkazać, żebyś strzeliła, żebyś spróbowała, na przykład żebyś wystrzeliła jedną kulę, trafiła w coś naprzeciwko, na drugim brzegu, na tym brzegu, na prawym, tak, na próbę. Wtedy będziesz musiała nacisnąć spust, a ponieważ już długo mierzysz do mnie, kula sama mnie znajdzie, chociaż Bezręki nawet nie będzie wiedział, że mnie trafiłaś, że jestem zlikwidowany. Właściwie, to on chyba nie wie, że masz mnie na celowniku. Chociaż może jednak coś wie, skoro tak macha pustym rękawem i skoro wskazuje w moją stronę, za rzekę. Wiem, że w ciągu sekundy pocisk powali mnie do tyłu do okopu, mówię, okopu, jak powiedziałem, i wszystko się skończy. W jego oczach, Doruntina, moja śmierć nie będzie realna, dlatego że by była całkiem przypadkowa i nieznana, ale jednak będzie to prawdziwa śmierć, moja śmierć. I tylko ty możesz ją opowiedzieć realnie, przekonująco, jako śmierć. Milcz, Doruntina, milcz, mówię, milcz, jak powiedziałem, to nie czas na rozmowę, a ty, widzę, uśmiechasz się, czyż nie, czyli jest jeszcze jedna sekunda przed moją ostatnią sekundą, mówię sobie. Bezręka zjawa klęka obok ciebie, na prawo, wśród pierwiosnków, a ty mimo wszystko się uśmiechasz, mrugasz lewym okiem. On tego nie może zobaczyć: on nie wie, że nadchodzi nasza nowa sekunda, Doruntina. Jednakże czy teraz, czy jedną sekundę później będziesz musiała do mnie strzelić, a wtedy te osty mnie nie uratują: wręcz przeciwnie – ucieszą się, kiedy mnie zabijesz. Tak, Doruntina, widzę, jak powoli przesuwasz łokieć lewej ręki, na której opierasz karabin. Twój „Heckler-Koch SG 1” nie ma nóżek jak mój karabin. Moja „Czarna Strzała” jest ze stali nierdzewnej, pierwsza klasa. Zgadzam się, to teraz wcale nie jest ważne: rzeczywistość staje się całkiem nieprawdopodobna i fakty utraciły znaczenie. Zauważam, jak powoli poruszasz środkowym palcem, tym, który pod palcem wskazującym zgina się na spuście – to znak, że się przygotowujesz do akcji, do strzału: powoli przymykasz lewe oko, to, które dotychczas miałaś ciągle otwarte; wstrzymujesz oddech, wykonujesz te same czynności co ja, Doruntina: pozostaje już tylko zobaczyć, która sekunda jest szybsza, które powietrze lepsze, mówię, powietrze, jak powiedziałem, czyż nie, i opowieść się skończy. Może się zdarzyć, że się moja i twoja sekunda pokryją, że się rozminą na środku, gdzieś nad rzeką, i wtedy żadne z nas nie będzie wiedziało, czy trafiło czy nie, czy żyje czy nie. W realizmie tragicznym bałkańskich anarchistów to się nazywa „strzelanie po bałkańsku”: kula i cel są w ruchu w tym samym czasie. Może powinniśmy dać sobie znak i nacisnąć spust jednocześnie? Może powinienem cię powiadomić, zanim się wydarzy to, co się wydarzyć musi? Czas, który mi podarowałaś, zanim cię namierzyłem wśród pierwiosnków, dobiegł końca. W głowie mi nieustannie rozbrzmiewa podjudzający głos Siokury Pipidżana: „Zabij, i natychmiast zapomnij, że to zrobiłeś”. Na palcu na spuście migocze mi cienka, ciepła linia: jakby ktoś chodził pod nim z zapaloną zapałką. Teraz już nie ma odwrotu, mówię sobie, i raz jeszcze, jak mogę najszybciej, patrzę na twoją twarz, Doruntina: lewy kącik ust, pieprzyk trochę wyżej, brew, która zbiera puls ze skroni, nos, po którym schodzi wschodnia ściana twierdzy za tobą, czerwone kółeczko na lewym policzku, które migoce jak samotny mak wśród pierwiosnków, i oczywiście pierwiosnki, mówię, pierwiosnki, jak powiedziałem, ma się rozumieć, pierwiosnki spryskane słońcem jak cudownym deszczem. I twoje włosy, Doruntina, długie i bujne: włosy, z których można by zrobić drabinę do mnie: włosy, które jak złota pajęczyna spadają na twoje lewe ramię, a następnie między pierwiosnki, lub może to pierwiosnki wspinają się po nich aż do czoła, które połyskuje jak wianuszek wykuty ze złota. I oto zamykasz całkiem lewe oko: właściwie kryjesz łzę w kąciku, chociaż ja nadal ją widzę, a następnie wstrzymujesz oddech i… Co? Nagle w osty przyfrunął motylek, który pił rosę wśród pierwiosnków rosnących przed tobą. Prawdopodobnie jeszcze żyję, mówię sobie. Człowiek z brodą podniósł się i machając automatem do mnie, szedł w moim kierunku, po czym zapadł się za leszczyną. Po chwili wynurzył się przy wschodniej ścianie twierdzy, co oznacza, że istnieje tunel prowadzący z lewego brzegu rzeki do wnętrza ruin, a stamtąd – aż do meczetu. Siokura Pipidżan miał rację, kiedy mówił, że bronicie brzegu przy pomocy kilku snajperów, którzy się zmieniają, bez możliwości dostrzeżenia ruchu na pierwszej linii: „Nocami przywiązują latarki do psów, a wy, głupki, psia mać, dajecie się nabrać, strzelacie do nich, odkrywacie się. Dlatego was zabijają jak pluskwy”, mówi Siokura Pipidżan, stojący przy grobie nieznanego żołnierza. I znowu słyszę jego głos, dobiegający z okopów, a ty tylko wzdychasz, Doruntina, w lewym kąciku twoich ust pojawia się smutny uśmiech.

Jaki piękny dzień, mówię, dzień, jak powiedziałem. Dobiega mnie szemranie mojego wyschniętego, szemranie twojego spienionego strumienia: wesoło spływają z mojego i twojego okopu – wystarczy popatrzeć na dół, żeby zobaczyć, jak się obejmują pod skałami, na dnie wąwozu. Posłuchaj, jak się całują, mówię, całują, jak powiedziałem, na przekór wszystkiemu i na przekór wszystkim. Posłuchaj, jak zakochani biegną pod wierzby, nad morze, nad ocean, wszystko jedno, byle dalej stąd, rzecz jasna. Patrząc przez celownik, moje ciało puka i ryje ziemię pode mną, migoce i znika, a moje dreszcze spacerują po nim jak mrówki, zawracają i idą z powrotem pod pazuchy: już nawet nie wiem, czy jestem żywy, czy tylko opowiadam jak żywy. Mimo wszystko dziękuję za ten cichy zachód słońca, za górę za tobą i za twierdzę również; za niebo, za rzekę, za leszczynę z gałęzią jak skrzydło ptaka, za motylka i za pierwiosnki o złotych kwiatkach, za zapach miodu, który falami przypływa z twoim uśmiechem zza rzeki, tutaj, Doruntina, mówię, tutaj, jak powiedziałem, do mnie, do tych spłoszonych ostów, które się trzęsą ze strachu jak tchórz. Jesteś pięknością, mówię sobie, pięknością niedoścignioną. Jeżeli żyję, to mogę zaparzyć herbaty z pierwiosnków: uspokaja nerwy i skołatane serce, jest skuteczna na bezsenność. A wyobraź sobie jeszcze, że jest piękna zima, mały domeczek na środku pustkowia, a na dworze skrzypi ciekawski i tęskny śnieg. Herbata paruje przed nami, a my milczymy i patrzymy na siebie, żyjemy, a nie czujemy, że żyjemy. Cienie płatków śniegu głaszczą nas po policzkach, ty jesteś przezroczysta jak para ulatniająca się znad filiżanek: nie mam odwagi cię dotknąć, obawiam się, że znikniesz, gdy tylko cię dotknę. Chociaż go nie widzę, to mam uczucie, że przez okno zagląda mężczyzna z zawadiacką bródką, podobny do Amerykanina z czasów Lincolna. A na zewnątrz nadal pada stęskniony śnieg: śnieg pada, a wrogowie sami tropią ślady, Doruntina, pomyślałem przez chwilę, mówię, ślady, jak powiedziałem, patrząc w twoją twarz, która połyskuje nad stołem. Wierzę, że się jeszcze kochamy, dlatego że tak chcą ziemia pod nami, niebo nad naszymi głowami, drzewa, śnieg i ten człowiek, co zagląda przez okno: „Ja nie chcę posiąść twojego ciała; ja pragnę, żebyś ty ofiarowała mi swoje ciało jako dowód twojej miłości”, tylko co pomyślałem, żeby ci o tym powiedzieć, kiedy rozległo się wycie wilków krążących wokół domu i twoja twarz zniknęła między belkami w suficie. Otwieram okno, przecieram oczy i na śniegu widzę ślad twarzy mężczyzny z zawadiacką bródką: „Każdy człowiek kończy w swojej zapomnianej opowieści”, mówię sobie, opowieści, jak powiedziałem, obserwując, jak płatki śniegu powoli zasypują twarz odciśniętą w śniegu. Mam twoją twarz w filiżance, a ty moją na oknie; żyjemy, a nie czujemy, że żyjemy. Widzę, że mnie rozumiesz, a nie wiem, co chciałem powiedzieć; wiem tylko, że czasy się wymieszały: rzeczywistość jest wspomnieniem, wspomnienie jest rzeczywistością, nie istnieje rzeka w naszych celownikach optycznych, ale mamy ten sam raj, to samo piekło, dlatego że zarówno raj, jak i piekło to stan, a nie miejsce. Żyjemy we wspomnieniach zmarłych, dlatego nie czujemy, że żyjemy. I tak, powoli, czyż nie tak, powoli wyparowujemy z herbatą, a teraz, myślę sobie, jesteśmy małym, pachnącym obłoczkiem nad Iowa.

A tam pada pachnący deszcz. Fatos Dedelli czyta jakiś miłosny wiersz pod tytułem „Twarz, którą posiadam”. Zapamiętałem sobie cały. „Pamiętasz, Doruntina, czyją twarz posiadam, wydali cię za mąż za dziewięcioma cmentarzami i było dobrze, a potem czary-mary i rozdzielili nas. Teraz, nocą, dociera mój głos, moje echo; czy słyszysz głośny galop czarnego konia, co pędzi przez pierwiosnki; konia, który błąka się w nieskończoną noc? Przed twoimi nogami leży moje martwe ciało; zapamiętaj grób, do którego mnie złożą, i nie płacz, Doruntina, wiatr zaniesie twoje szlochanie za dziewięć gór, za dziewięć cmentarzy…”.

Czyżbyś płakała, Doruntina?! I ty tam, za swoim celownikiem, i ona tam, za wszystkimi cmentarzami. Jednak ktoś powinien nam powiedzieć, że jesteśmy żywi. Jeżeli jesteśmy żywi.

Jak tylko wróciłem z Iowa, otrzymałem widokówkę od poety Fatosa Dedellego: Kruja, widok z fontanną, wiosna. Napisał, że stracił lewą rękę podczas pokojowych demonstracji opozycji. Po uśmiechu widzę, że rozumiesz, co chcę powiedzieć: tak, być może tamten, co go widziałem, tamten w czarnej koszuli z czerwoną chustką przewiązaną wokół czoła, może tamten gad to właśnie Fatos, Doruntina? Czy to możliwe, mówię, czy to możliwe że to Dedelli, poeta, który wierszami zmiękczał drut kolczasty wokół więzienia? Czy on może być tym samym, co ten, który stał obok ciebie i machał pustym rękawem w stronę prawego brzegu rzeki? Chciałbym uwierzyć w to, że to niemożliwe. Patrzę i czekam: nie musisz potwierdzać, mówię, nie musisz, jak powiedziałem, tylko mrugnij okiem, a ja zrozumiem, że wiersz swoją drogą, a życie – swoją. Jeżeli to naprawdę on, mówię, on, jak powiedziałem, to, jeżelibym przed chwilą pociągnął za spust, to już by go nie było w opowieści, zabiłbym go razem ze wspomnieniami, ale straciłbym też ciebie, Doruntina; straciłbym możliwość opowiedzenia ci o tym, i szansę, żeby powiedzieć ci coś jeszcze: otóż przez sześć miesięcy ja, on, mówię, on, jak powiedziałem, o ile to on, i Jorge Julio amigo Eberte, mieszkaliśmy w jednym pokoju; przez sześć miesięcy dzieliłem pokój z tym gadem, o ile to ten, mówię, jeżeli to naprawdę jest Fatos Dedelli, jak powiedziałem. Wydał mi się jakiś podobny, jak tylko zdjął chustkę z czoła, mówię, chustkę, jak powiedziałem, jak się powiązały jej końce z widokówką, na której napisał, że stracił rękę podczas demonstracji opozycji; być może stracił właśnie lewą rękę, nie wiem; nie odezwał się do mnie od czasu, jak się to zaczęło, a może i dłużej; to bez znaczenia, musiałbym go i tak zabić, jeżeli naprawdę patrzył na te osty, Doruntina, mimo że przez sześć miesięcy byliśmy razem w Iowa, zanim wrócił za senne marzenia, za dziewięcioma cmentarzami do Krui. Trzy miesiące później ja również wróciłem do domu, a następnie wydałem swoją pierwszą i jedyną powieść, powieść napisaną według instrukcji na światowy bestseller udzielonych prze Steve’a Liptoffa. Opublikowałem ją i najpierw przeżyłem wzlot, wielką sławę, a potem straszny upadek. Byłem u szczytu sławy. Nagrody, dziesiątki sprzedanych nakładów i nagle zdarzył się straszny w skutkach zwrot. Byłem pokonany, porażony i zniszczony przez tych samych ludzi, którzy do niedawna wychwalali mnie pod niebiosa, a ja miałem wrażenie, że szybuję, mówię, szybuję, jak powiedziałem, i posiadłem sztukę latania w stopniu wyższym niż mewa o imieniu Jonathan Livingston. Trzy noce przed zabraniem mnie tutaj chciałem popełnić samobójstwo, myśląc o starcu imieniem Santiago i chłopcu o imieniu Manolin, jak też o morzu opluskującym brzeg. Ostatniego ranka w drzwiach, które stanowiła kolorowa kurtyna cieni, pojawiła się głowa Siokury Pipidżana, a w dalszej kolejności wąsy Echa Wrzaskuna; włożyli mi w ręce karabin, wsadzili do dżipa pełnego konserw, piwa i strzelb, i ruszyliśmy: „Wczoraj wieczorem, jak sikałem za cerkwią, przypomniałem sobie o tobie – mówi Siokura Pipidżan. – Echo, mój zastępca, sikał obok, o mało co mnie nie obsikał ze szczęścia, kiedy cię tylko wspomniałem!”.

„Tylko on, nikt inny – mówi Echo Wrzaskun – tylko mistrz, tylko on może załatwić sprawę. Mamy groźnego wroga, mówię ci otwarcie; ma zagranicznych instruktorów, opłacanych pieniędzmi z handlu narkotykami” – powiedział, zamykając lewe drzwi dżipa.

„Ty, nikt inny, generale – uśmiecha się – ty ich załatwisz, psia mać! Ty!” – mówi Siokura Pipidżan, wgapiony w uśmiechnięte trupy wiszące na drzewach przy głównej ulicy. Minęliśmy potem boczne uliczki, stłoczone i blade, jak zaklęte, a on jeszcze gada, nie przestaje: „Zapomnisz o całym świecie, bracie – mówi – o problemach i smutkach. Daj spokój, bracie pisarzu, książki – mówi, bez przesady; możesz wymyślić tyle książek, ile tylko zechcesz – mówi – ale życie to nie książka, bracie; życie śmierdzi, i boli, bracie” – zakończył, dysząc jak pies w upał, a przy tym kilkakrotnie zdzielił czapką karabin, który mi podskakiwał na kolanach niczym plastikowa zabawka.

„Wiemy, że ścinamy pierwiosnki w środku celu z odległości tysiąca metrów: cak i cyk, cyk, cyk, jak igłą, jak gobelin, jak kilim – mówi Echo Wrzaskun i się śmieje, aż mu trzeszczą kiszki. – Mój ojciec też, Panie świeć nad jego duszą, był taki sam. Taki sam jak ty, wykapany. Gdyby zobaczył orła chodzącego przed deszczem po wodzie, pozwoliłby mu dojść do środka jeziora, i tak, na jeziorze, by go palnął jak schwytanego w sidła, prosto w głowę, w czoło, upolowałby go jednym strzałem, a następnie by popłynął, żeby go zabrać; ludzkie życie, eeej” – mówi i już jesteśmy przed cerkwią, przy okopach. Myślę, że wyraźnie widzisz cerkiew. Jeżeli nie całą, to przynajmniej dach z krzyżem i pół dzwonnicy. Tylko co wysiadłem z dżipa, a już Siokura Pipidżan zaprowadził mnie na górę, do niej. Czekałem kilka dni, a potem zastąpił mnie jakiś chłopak z blizną na czole: teraz on wszedł na górę, ja zająłem inną pozycję, i oto teraz jestem tutaj, mówię, tutaj, jak powiedziałem, na tym kopcu, który przypomina mogiłę, za kępami ostów, które chichoczą jak szalone; tutaj, Doruntina, właśnie tutaj jestem, dokładnie na twoim celowniku. A ty wciąż na mnie patrzysz, i znowu się uśmiechasz, a ja jestem pewien, że mnie rozumiesz: wiem, że czytasz z ruchu moich warg, tylko nie wiem, co byś zrobiła, gdybym zdjął oko z celownika; gdybym zostawił karabin na nóżkach za ostami i zszedł wzdłuż strumienia do rzeki, a potem od rzeki ruszyłbym strumieniem do ciebie. Możliwe, że ty byś nic nie zrobiła; może byś mnie nie zabiła z daleka, ale ktoś z twoich, może właśnie Dedelli, o ile Bezręki to on, o ile Bezręki to mój kolega z Krui, na pewno by to zrobił. Wystarczy, bym się zbliżył na odległość, z której by mnie dostrzegł gołym okiem: każdy zabity po drugiej stronie to zwycięstwo, każdy żywy to porażka. Oczywiście to samo by się stało z tobą, gdybyś zostawiła karabin w pierwiosnkach, i z motylami we włosach zeszła na dół wzdłuż swojego strumienia, a potem moim strumieniem doszłabyś tutaj, do mnie, na prawy brzeg rzeki. Ja bym się wstrzymał, ale Siokura Pipidżan by się nie zawahał ani chwili i nie przeoczył okazji do awansu, może na majora, czy nawet generała. W takich czasach wielu zostaje generałami bez powodu i zasług. Dotychczas nie wzięliśmy do niewoli ani jednego trupa, Doruntina: nie podnieśliśmy ani jednego martwego ciała w mundurze; ani jeden zabity z lewej strony rzeki nie został na froncie, żeby móc się przenieść do obozu po tej stronie. Kapitan Siokura Pipidżan mówi, że przebieracie martwych w cywilne ubrania i zostawiacie na drogach po to, by ich mogli zobaczyć członkowie misji zagranicznych i dziennikarze. Ja nie wiem, Doruntina, może ty też nie wiesz, ale mówią, że brodaci, jak Bezręki, zbierają swoich martwych za wszelką cenę; ciągną ich na haku lub kiju, żeby ukryć w bezpiecznym miejscu. Nasi wywiadowcy twierdzą, że oni zawsze mają przy sobie dużą sumę pieniędzy: bierze ten, kto zaciągnie trupa szybciej i dalej. Tylko że oczywiście wywiadowcy mają swoją narrację, w której mają zawsze rację. Nawet kiedy racji nie mają. Przed kilku dniami przez ten celownik widziałem kolumnę czarnych mundurów i długie brody; zapadli się pod ziemię przy twierdzy, a nasi wywiadowcy uparcie twierdzili, że to nie miało miejsca i że sytuacja jest pod kontrolą. Ale teraz to nieważne: wiem, że na końcu policzy się martwych, żeby był powód do nowej zemsty – martwi są potrzebni do tego, żeby można było ciągle zaczynać od początku. Wciąż od nowa, mówię, od początku, jak powiedziałem, zawsze z nienawiścią odziedziczoną po zmarłych, po snach zmarłych, Doruntina.

Także Ziemia się kręci z nimi, ze zmarłymi.

Kręciła się także sto lat wcześniej, kiedy to pewien pisarz, siedzący pod kwitnącą wiśnią, a właściwie w wiśniowym sadzie, sam siebie zapytywał, po co rozum, wzrok, słowo i uczucie, skoro wszystkiemu jest sądzone obrócić się w proch, zamarznąć w glebie, a potem miliony lat bez sensu i celu kręcić się wraz z Ziemią wokół Słońca. Dlaczego, Doruntina? Żeby się kręcić z Ziemią, wcale nie potrzebujemy rozumu: Ziemia będzie się kręcić i bez tego; będzie się kręcić i bez nas. No, popatrz, Doruntina, to jest pocałunek, który przesyłam tobie za rzekę, pocałunek, mówię, pocałunek, jak powiedziałem, który będzie krążył z nami wokół Słońca przez wieki. Czy jest coś, co nie krąży razem z nami i z Ziemią, a ty znowu patrzysz na mnie przez swój celownik, i ja znowu patrzę na ciebie przez mój celownik. A wyobraź sobie, Doruntina, że ja jestem drobinką pyłu, i ty jesteś drobinką pyłu, i jeszcze patrzymy na siebie przez celownik, my, drobinki, chociaż upłynęły miliony lat, od kiedy bez wyraźnego celu i sensu krążymy wokół Słońca!

4.

I ciągle jeszcze krążymy, Doruntina; ścieżka w college’u w Iowa City wciąż jeszcze paruje jak koc nasiąknięty deszczem, a ja szepczę, patrząc przez celownik, i nie wiem, czy się zgadzasz, nie wiem, czy mnie rozumiesz, mówię, otwierając usta powoli i z uwagą, żebyś mogła zrozumieć to, co mam do powiedzenia. Jeżeli będę żył, to opowiem ci historię Fatosa Dedellego, mówię, a wietrzyk frywolnie odrzuca twoje włosy na plecy i patrzę, jak splata je z pierwiosnkami wokół ciebie, doprawdy. Wszystko pachnie pierwiosnkami, Doruntina, mówię, pierwiosnkami, jak powiedziałem. Kiedy cię odkryłem, twój karabin był wycelowany we mnie: mogłaś mnie zabić, gdybyś tylko chciała. Na przykład wczoraj nasi, ot tak, dla zabawy, zabili jakiegoś staruszka, który zbierał ślimaki na lewym brzegu, a wasi od razu się zrewanżowali, zabijając staruszkę, która pojawiła się na moście, żeby złapać swojego przestraszonego pudelka. Nikt nie wybaczył, nikt nie wie, kto do nich strzelił, nie ma zabójcy, a oni są martwi. Ktoś może za nich dostać order, i może będzie wiedział za co. A za mnie? Co by dostał za mnie? Zależy od Bezrękiego, czyż nie tak?

Kiedy Siokura Pipidżan znajdzie mnie martwego, leżącego na karabinie, wygłosi mowę o moim bohaterstwie, stojąc na grobie nieznanego bohatera. Powie, że jestem patriotą, który oddał swoje życie za ojczyznę i drogo sprzedał swoją skórę, zabijając tylu a tylu wrogów, a później, o ile nie zacznie padać deszcz, może rozkaże trębaczowi, na którego wołają Otto Cyrcyr, żeby odtrąbił kawałek hymnu na moją cześć. Zrozumiałe, Siokura Pipidżan wie, że to jego ostatnia szansa w karierze: albo skończy jako kapitan, albo przeskoczy kilka stopni naraz i odejdzie na emeryturę przynajmniej jako pułkownik. Nie sądzę, żeby z racji mojej bohaterskiej śmierci za kępami ostu zdołał dojść do stopnia generała. Właśnie słyszę, jak biega w okopach za mną; on jest jedynym zawodowcem wśród nas: wierzy tylko w to, co zobaczy. Wiem, że twój celownik powiększa mnie dziesięciokrotnie, i wiem, że już zrozumiałaś, co ci powiedziałem: widziałem, jak się rozpromienił kącik ust i błysnęło twoje lewe oko, zamigotało jak skrzydełko motyla. Cóż za piękno, pomyślałem, i oto teraz, mówię sobie, znajdzie się przynajmniej jedna sekunda na moją historię, taką opowieść: Marzyłem, żeby zostać pisarzem, Doruntina, a teraz jestem nikim: kropelką krwi, która mówi, jak by to ujął kolega z Transylwanii, intymny przyjaciel poetki Mesigo Tanga z Takasaki. Być pisarzem to boże dzieło: sam tworzysz wszystko z niczego, z ciemności, prowadzisz z nią grę, z ciemnością, z niczym, ale moja zabawa już się skończyła, Doruntina. Wracając z Iowa, śniłem, że lecę wyżej niż mewa Jonathan Livingston, a teraz ledwie zipię w tym obskurnym miejscu. Trzmiel, który zszedł z mojego ostu, ruszył po lufie karabinu prosto na mnie. Mój upadek w przepaść, mój koniec, rzeko moja głęboka, wydarzył się wkrótce po wydaniu mojej pierwszej i jedynej powieści. Od razu poszedłem na dno, zniknąłem, i teraz nie istnieję, teraz ledwie dyszę, i nic więcej, dokładnie tak, jak dyszy ten trzmiel przede mną, trzmiel, mówię, trzmiel, jak powiedziałem: oddycham ja, oddycha on, a osty się śmieją, chichoczą. Trzmiel spadł z lufy, niestety, a motylek przed tobą jeszcze fruwa, mówię, fruwa, jak powiedziałem, patrząc w twoją twarz, jak pobłyskuje oświetlona przez pierwiosnki. Przeglądam się w tobie jak w lustrze, a śmierć, mówią, jest jak lustro: widzisz całe życie przed sobą, próbując się odnaleźć, przypomnieć sobie samego siebie. Zwykle pierwszy obraz to najbardziej wstrząsające wspomnienie najsmutniejszej chwili w życiu. Albo może najpiękniejszej, nie wiem. Wiem tylko, że tuż po tym, jak skierowałem karabin na drugi brzeg rzeki, mówię, brzeg rzeki, jak powiedziałem, od razu ją zobaczyłem, Cutikę, moją profesorkę od literatury z liceum: biegła przez łan młodego zboża, zawracając mnie z powrotem do mojego pierwszego opowiadania, do historii Liliki. Kiedy nie była szczęśliwa, a zdarzało się to często, mówiła, że się czuje jak Anna Karenina, zanim rzuciła się pod pociąg, ale kiedy się uśmiechała z jakiejś wewnętrznej radości w duszy – przypominała Annę Kareninę, która nigdy się nie rzuci pod pociąg. Tylko ona wiedziała o moim pierwszym opowiadaniu, Doruntina; nie dość, że wiedziała, to jeszcze poprosiła, żebym jej przeczytał to opowiadanie w pokoju nauczycielskim. Twierdziła, że jedynie głos autora pozwala jej odkryć prawdziwy sens słów. Patrzę, jak przed tobą kołyszą się pierwiosnki, mówię, pierwiosnki, jak powiedziałem; połyskują tam, połyskują we wspomnieniach, połyskują jak koronki na jej piersiach, mówię sobie, na piersiach Cutiki, drżą w rytmie jej serca; jak dziwnie o wielu rzeczach przypomina sobie człowiek, któremu śmierć zagląda w oczy; nawet o zapachu; pachniała pierwiosnkami, Doruntina. Nawet wspomnienia, oczywiście, pachniały pierwiosnkami. Trzymając zeszyt w lewej ręce, zabazgrała tytuł „Chłopiec i błyskawica”, mówię, błyskawica, jak powiedziałem, i napisała: „Tragiczne wydarzenie pod drzewem w Edenie”. Roześmialiśmy się oboje, zakrywając usta dłońmi, jakbyśmy coś skrywali. Niestety, nawet pod tym tytułem opowiadanie się nie ukazało, nie zostało wydrukowane. A tylko ona wiedziała o tym, że wysłałem je do trzech czasopism literackich, i tylko ona wiedziała, że nikt go nie wydał. I oto właśnie ona w całej okazałości przede mną, Doruntina, mówię, oto ona, jak powiedziałem, wiruje między celownikami naszych karabinów; oto ona, opowiada mi o Iowa City, o stanie Iowa, i o USA, ogólnie. Doradza mi: „Ty – mówi – ty masz talent, pięknie opowiadasz, ale to nie wystarczy. Musisz się nauczyć wybierać ciekawe tematy, musisz wypracować swój styl. A styl jest w porównaniach. Przykładowo: jej włosy spadały z ramion niczym pajęczyna, nie jest dobre, nie rusza mnie. Włosy odbijały się od jej bioder jak bicz od westchnień, to już coś zupełnie innego, coś mocnego i odmiennego. Tylko wtedy, gdy przeczytam coś takiego, albo podobnego, tylko wtedy czuję, jak biały motylek fruwa mi w brzuchu. Czyli musisz opanować sztukę nieustannego zaskakiwania, nieustannego, mówi, nieustannego, powiedziała, w każdym zdaniu. Wszystkiego można się nauczyć, to nie takie trudne. Mam adres pewnego Międzynarodowego Programu Kreatywnego Pisania w Iowa City, w Ameryce” – mówi, pochylona nad moim zeszytem pogryzmolonym nawet na okładkach. Litery spacerowały po jej białej sukience, a włosy połyskiwały na biodrach jak bicz wśród westchnień, męskich westchnień.

– Zdania można się nauczyć – mówi – a słowa pochodzą od Boga – powiedziała i trzymając dłoń na brzuchu, podała mi zeszyt z opowiadaniem, odwróciła się i zapatrzyła w okno.

– Najpiękniejszą powieść – ciągnęła dalej – dzieło swojego życia – powiedziała – napiszesz wówczas, kiedy przyjdzie ci się zmierzyć z największym ryzykiem w twoim życiu: może wówczas, kiedy się otrzesz o śmierć, kiedy zrozumiesz, co to śmierć – powiedziała i spojrzała na mnie krzywo, odgarniając włosy z policzka. – Wielkie powieści, powieści, które się nigdy nie starzeją, rodzi pogarda wobec śmierci. Dlatego pociąg ciągle nadjeżdża, a Karenina ciągle się rzuca pod drugi wagon, i to w chwili, w której chce się rozmyślić. A dlaczego pociąg nigdy się nie spóźni? Dlatego, że chodzi o powieść ponadczasową, wieczną, a wieczności nikt nie może zmienić – powiedziała i ponownie jej myśli powędrowały gdzieś poza opowieść. – Tylko dzieła, które zapomniały swojego autora, stają się nieśmiertelne; radzę ci, jeżeli kiedyś będziesz pisać, jak zostaniesz pisarzem, dlatego że pisarzem się zostaje, pisz tylko wówczas, kiedy będziesz narażony na ryzyko, że cię nie będzie. Pisz tak, jakby cię ktoś nieustannie trzymał na muszce, na przykład; pisz tak, jakby każde twoje zdanie miało być ostatnie, jakbyś już w następnej sekundzie miał umrzeć, po następnym wyrazie, i nie masz czasu na wyjaśnienia, opis, uzupełnienia ani korektę. I przy tym, powtarzam, miej na uwadze że… – zamilkła, zamyśliła się, a potem nagle zwróciła się do mnie, policzkując włosami dolną krawędź okna – … że… – kontynuowała – … dopóki piszesz, ktoś nieprzerwanie trzyma cię na celowniku. Tylko dla takiej powieści warto żyć. I umrzeć, zrozumiałe – skończyła, patrząc na mnie tylko lewym okiem, drugie przykrywały włosy. W następnej chwili zatrzęsła się, jakby po jej ciele powiał jakiś skryty wiatr, pochyliła głowę i bez słowa wyszła z pokoju nauczycielskiego. Drzwi się zamknęły i tyle. Właściwie tam wyszła, ale tu ciągle jeszcze migotała przede mną, Doruntina, tak jakby się tworzyła z powietrza i jakby ponownie w nim się rozpływała. Czy mogłem coś dla niej zrobić, czy mogłem coś więcej zrobić niż patrzeć, jak na drobnych falach rzeki podskakuje jej kapelusz, a ja biegłem przez wierzby i nie mogłem nic, albo nic nie mogłem zmienić. Jak Anna Karenina i drugi wagon, Doruntina, mówię, drugi, jak powiedziałem.